Głosy Pamano - Jaume Cabre - ebook
Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 807 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 22 godz. 39 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Głosy Pamano - Jaume Cabre

Tina, zafascynowana fotografią spokojna nauczycielka, która pracuje w Sort, robi zdjęcie starej szkoły w Torenie tuż przed jej wyburzeniem. Jedno proste kliknięcie i gotowe. Strona po stronie czytelnik odkrywa konsekwencje tego pozornie trywialnego gestu, a przed jego wzrokiem rozciąga się szeroka panorama wspomnień i przekłamań o wydarzeniach, których bohaterami są falangiści i partyzanci, dranie i ludzie przyzwoici, a także ci zwyczajni, żyjący w trudnych, okrutnych czasach. W Pirenejach, w Pallars, regionie potraktowanym przez wojsko generała Franco z niespotykanym bestialstwem, ściera się moralna podłość frankizmu z bohaterstwem i tchórzostwem indywidualnym i grupowym tuż po zakończeniu hiszpańskiej wojny domowej.

Na początku XXI wieku fakty jeszcze ciągle dopominają się o wirtuoza, który po tylu latach zdecyduje się poruszyć strunę Historii. Na szczęście jest Jaume Cabré.

Jaume Cabré (Barcelona, 1947) jest autorem wielu powieści (w tym bestsellera Wyznaję), zbiorów opowiadań, scenariuszy filmowych i telewizyjnych oraz esejów literackich, a także dramatu. Stale współpracuje z dziennikiem „Avui”, jest członkiem Institut d’Estudis Catalans (Katalońskiej Akademii Nauk). Jego utwory, wysoko oceniane przez czytelników i krytyków, były wielokrotnie nagradzane i tłumaczone na szereg języków.

Opinie o ebooku Głosy Pamano - Jaume Cabre

Fragment ebooka Głosy Pamano - Jaume Cabre

Spis treści
Karta redakcyjna
Od tłumaczki
Dedykacja
Wstęp
I. Lot dzwońca
II. Imiona na ziemi
III. GWIAZDY JAK CIERNIE
IV. REQUIEM DLA KATA
V. KINDERTOTENLIEDER
VI. PAMIĘĆ KAMIENI
VII. PIEŚŃ GROBÓW
Dramatis personae
Przypisy
Tytuł oryginału: LES VEUS DEL PAMANO
Przekład: ANNA SAWICKA
Redaktor prowadzący, Redakcja: ADAM PLUSZKA
Korekta: ELŻBIETA JAROSZUK
Projekt okładki, opracowanie graficzne typograficzne: ANNA POL
Łamanie, montaż: MANUFAKTURA
Zdjęcie na okładce © Pagès Editors and Arxiu Comarcal de Sort
© Jaume Cabré, 2004
© first published in Catalan by Raval Edicions, SLU, Proa, 2004
Published by arrangement with Cristina Mora Literary & Film Agency (Barcelona, Spain)
Copyright © for the translation by Anna Sawicka
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2014
The translation of this work was supported by grant from the Institut Ramon Llull
Wydanie pierwsze, Warszawa 2014
ISBN 978-83-63656-90-4
Wydawnictwo Marginesy
ul. Forteczna 1a,
01-540 Warszawa
tel./faks: 48 22 839 91 27, 48 696 451 127
e-mail: redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja: eLitera s.c.

OD TŁUMACZKI

Jedna recenzji, jaka ukazała się po niemieckojęzycznym wydaniu Głosów Pamano, zaczynała się mniej więcej tak: nigdy bym nie uwierzył, że nie będę mógł się oderwać od książki, która ma niezrozumiały tytuł jakieś dziwne zdjęcie na okładce. Zdjęcie zostało zrobione przed szkołą miejscowości Enviny, pobliżu Llessui Pirenejach, 1941 roku, czyli czasach, gdy rozgrywa się akcja powieści. Autorowi na spotkaniu czytelnikami Sort dzięki obecności jednej uczennic uwiecznionej na znalezionej archiwum państwowym fotografii udało się zidentyfikować nauczycielkę kilka innych osób. Stało się to już po publikacji książki, której okładka ma sygnalizować główny wątek powieści: losy nauczycieli powojennej Hiszpanii, katalońskich Pirenejach. Natomiast tytuł obecnej postaci pojawił się bardzo późno. Początkowo Jaume Cabré, zafascynowany zagubionymi górach cmentarzami, gdzie pośród nagrobków szukał nazwisk dla swoich postaci, zastanawiał się nad Pamięcią kamieni lub Imionami na ziemi. Ostateczny wybór, lokalną, mało znaną nawet samej Katalonii nazwą górskiej rzeki, ma po prostu zaintrygować czytelnika skłonić go do szukania odpowiedzi książce.

Wszystkie pojawiające się utworze toponimy autentyczne, jednym wyjątkiem. Inspiracją dla powieściowej Toreny była miejscowość Llessui, pobliżu której znajdują się ruiny zamku Torena. Tak jak powieściowej Torenie, również Llessui latach sześćdziesiątych otwarto stację narciarską, która funkcjonowała do 1987 roku.

Mieszkańcy górskich miejscowości zachowali dawny zwyczaj używania życiu codziennym zamiast nazwisk rodowych tradycyjnej nazwy domu, którym mieszkają. Zatem rodzina składająca się ojca (Joan Esplandiu Rella), matki (Glòria Carmaniu), syna (Joan Esplandiu Carmaniu) dwóch córek, Cèlii Rosy (Esplandiu Carmaniu), identyfikowana jest przez sąsiadów jako rodzina Ventura, od pojawiającego się spontanicznie utrwalonego przez lata przydomku czy przezwiska, który nie jest kojarzony konkretną osobą, lecz miejscem zamieszkania domostwem, gospodarstwem, dworkiem. Na przykład nazwa domu Gravat pochodzi od dekoracji na fasadzie, dom Maria del Nasi upamiętnia nazwisko pierwszej właścicielki, nazwa domu Ventura (dosłownie: „szczęśliwy dom”) miała zaklinać los, jak na ironię, zważywszy tragiczne losy jego mieszkańców Również każdym jej członków mówi się, używając tej nazwy-przezwiska, na przykład ojciec Ventura, Ventura matka, stara Ventura, mały Ventura, również stosując liczbę mnogą (Ventures rodzeństwie) lub zdrobnienia (Ventureta). Te ostatnie nie zostały jednak zachowane przekładzie polskim.

powieści Primavera, estiu, etcètera Marta Rojals opisuje trudności, jakie miała jej bohaterka ze znalezieniem nazwiska abonenta lokalnej książce telefonicznej, sporządzonej według nazw domów. Zachęcam Czytelników do odszukania katalońskiej Wikipedii takich miejscowości jak Sort, Altron czy Lllessui, gdzie poza opisem geograficznym historycznym zamieszcza się jako ważną informację... spis domów, podaniem ich tradycyjnych nazw.

Ponadto pozorne uproszczenie potocznego systemu identyfikacji mieszkańców zmusza ich do długiego opisu, kiedy muszą się przedstawić, więc: porucznik Marcó to Joan Esplandiu Rella domu Ventura Toreny, pochodzący Altronu. Albo: Felisa, żona Josepa Mauri domu Maria del Nasi Toreny. Prawda, że proste? tego oryginalnego systemu wynikają pewne korzyści, jak wspólne przezwisko dla całej rodziny, zamiast czterech nazwisk.

Hiszpanii kobiety, mężczyźni noszą oficjalnie nazwisko ojca matki (czasem opcjonalnie łączone spójnikiem), niezależnie od stanu cywilnego. więc na przykład legitymujący się tymi samymi nazwiskami Joan Rosa Esplandiu Carmaniu to nie małżeństwo, tylko rodzeństwo. Na co dzień ze względów praktycznych Hiszpanie posługują się tylko pierwszym nazwiskiem, chyba że komuś bardzo zależy na podkreśleniu swojego rodowodu. Wtedy wymienia się po kolei: nazwisko ojca, matki nazwiska dwóch dziadków dwóch babć. Przy rodowodach arystokratycznych lista nazwisk może się wydłużyć ze względu na nazwiska podwójne (Centelles-Anglesola) lub rozwinięte (Erill Sentmenat) oraz dodanie linii żeńskiej, czyli drugiego nazwiska ojca, matki, dwóch dziadków dwóch babć. Pisarz nie wszystkie postaci przedstawia oficjalnie; nie znamy więc drugiego nazwiska Ventury matki, czyli Glòrii Carmaniu, za to rodzinę Vilabrú poznajemy bardzo bogatym rodowodem.

Jaume Cabré jeden najpoczytniejszych pisarzy katalońskich, znany Polsce dzięki opublikowanej 2013 roku bestsellerowej powieści Wyznaję zdążył oswoić czytelników oryginalnym stylem narracji redakcji: opuszczaniem znaków interpunkcyjnych przed przytoczeniem wypowiedzi czy płynnym przechodzeniem od pierwszej do trzeciej osoby (lub odwrotnie) tym samym zdaniu. W Głosach Pamano można znaleźć zdania, które zaczynają się latach siedemdziesiątych, kończą czterdziestych. Zgodnie wolą autora cytaty wypowiedzi języku obcym nie zostały przetłumaczone ani wyróżnione graficznie, kursywa jest zarezerwowana wyłącznie dla tytułów.

Głosy Pamano to również tytuł dwuczęściowego filmu telewizyjnego, adaptacji powieści dokonanej przez Xeska Barceló Eduarda Xortèsa, reżyserii Lluísa M. Güella (2009).

Anna Sawicka

ANNA SAWICKA iberystka, pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego, redaktor „Studiów Iberystycznych”, tłumaczy języka katalońskiego hiszpańskiego. Przez pięć lat była lektorem języka polskiego wykładowcą literatury polskiej na Uniwersytecie Barcelońskim. Zajmuje się m.in. literaturą kulturą katalońską (Paryż–Barcelona –Sitges. Modernistyczny „genius loci” Katalonii perspektywy Santiago Rusiñola, 2003, Drogi rozdroża kultury katalońskiej, 2007). Ma dorobku przekłady kilku katalońskich dramatów (Sergi Belbel, Josep Maria Benet Jornet, Carles Batlle, Josep Pere Peyró, Lluïsa Cunillé, Guillem Clua) oraz opowiadania Pere Caldersa Javiera Tomeo (Minihistorie, 2009), średniowieczny brewiarz mistyczny Ramona Llulla (Księga Przyjaciela Umiłowanego, 2003), także powieści Alberta Sancheza Piñola (Chłodny dotyk, 2006), Lluisa-Antona Baulenasa (Za worek kości, 2008), Marii Àngels Anglady (Skrzypce Auschwitz, 2010) Eduarda Mendozy (Miasto cudów, 2010). 2013 roku ukazała się jej przekładzie pierwsza tłumaczona na język polski powieść Jaume Cabrégo Wyznaję.

KSIĄŻKA UHONOROWANA

Nagrodą Krytyki Hiszpańskiej, 2005

oraz Nagrodą Siódme Niebo, Salt 2007

AUTOR NAGRODZONY TYTUŁEM

Premi d’Honor de les Lletres Catalanes

dla najlepszego pisarza katalońskiego

ORAZ

Krzyżem Świętego Jerzego,

najwyższym katalońskim odznaczeniem

Dla Margaridy

Ojcze, nie przebaczaj im, bo wiedzą, co czynią.

VLADIMIR JANKÉLÉVITCH

0

Manewr był bezszelestny, delikatny jak pieszczota. Dłoń rękawiczce przytrzymała klamkę od wewnątrz, żeby uniknąć hałasu. Drzwi domknęły się ledwie dosłyszalnym westchnieniem. Ktoś, jakaś niewyraźna sylwetka, pojawiła się ciemnym mieszkaniu. Jura dobrze widział nocą mógł śledzić jej ruchy milczeniu. Przybysz wszedł do gabinetu. Wkurzył się, że nie zaciągnięto na noc żaluzji. Po drugiej stronie okna pejzaż zamrożony niespodziewanym prądem arktycznym trwał martwej ciszy, potęgowanej opadającymi powoli płatkami śniegu. Nie dobiegał nawet szum rzeki. Przybysz zostawił żaluzje spokoju, żeby nikt, nigdy, pod żadnym pozorem nie domyślił się, że ktoś tej nocy zakradł się do mieszkania.

ciężkim westchnieniem zasiadł przy biurku, postawił teczkę na podłodze obok krzesła włączył komputer. Ucieszył się, że panujący tu wzorowy porządek ułatwi mu zadanie. Jura bezszelestnie odprowadził intruza do gabinetu, teraz zatrzymał się progu obserwował go milczeniu. Kiedy niebieskawe światło ekranu wypełniło pomieszczenie, przybysz zaniepokoił się, że ta zimna, słaba poświata może być widoczna opustoszałej ulicy czy wnętrza mieszkania. Nad ekranem ktoś przykleił kartkę: „Dzień dobry! Jedzenie jest szafce nad lodówką. Dziękuję za wszystko!”. Zaczął przeglądać zawartość folderów. Wyciągnął kieszeni paczkę dyskietek zabrał się do systematycznego kopiowania plików. budynku ktoś zakaszlał. Domyślił się, że to sąsiedzi dołu wrócili nieco zamroczeni jakiejś imprezy, teraz, zmęczeni znużeni, narzekali, że za starzy na takie wyskoki. Jakiś powoli brnący przez śnieg samochód ponownie zakłócił ciszę nocną. Czemu te komputery tak wolno pracują, kiedy człowiekowi się spieszy. czemu robią tyle hałasu, skoro teoretycznie bezszelestne. tym momencie zadzwonił telefon. Przybysz zastygł bezruchu nie zamykając dokumentów, natychmiast wyłączył komputer. Nie otarł kropli potu spływającej mu po nosie, bo na ten moment zawiesił swoje istnienie. mieszkaniu panowała absolutna cisza.

– Nie mogę teraz odebrać. Zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału.

– Słuchaj, jutro rano nie przyjdę, bo niespodziewanie przyszło zamówienie Tremp na kamienne płyty córka postawiła na swoim. Nie martw się, będę koło południa, przed obiadem. Cześć. Powodzenia. Buziaki. Później cię odwiedzę. Ach, jeszcze jedno: miałaś rację, rzeczywiście słychać kantylenę rzeki Pamano.

Bi, bip. Żegnaj. Męski głos, którym pobrzmiewał akcent gór, zachrypnięty od tabaki kawy procentami, nadzieją mówił jutrzejszym dniu. Nieznajomy odczekał chwilę, czy mieszkaniu otworzą się któreś drzwi. Nic. Nikt. Na szczęście dla siebie Jura postanowił się nie ujawniać tkwił nieruchomo jak przedmiot. Kiedy rozpłynęło się powietrzu echo głosu telefonu nieznajomy znów usłyszał, jak delikatnie opadają płatki śniegu, pokrywając wszystko za oknem, ostrożnie zaczerpnął powietrza do płuc ponownie włączył komputer.

Jura opuścił swoje stanowisko przy drzwiach nie mając konkretnego planu działania, wymknął się do salonu, cały czas wsłuchując się odgłosy dochodzące gabinetu.

Intruz kontynuował przerwane zajęcie. Szybko zapełnił pięć dyskietek plikami folderu oznaczonego literami O.F. skopiował jeszcze parę innych na wszelki wypadek. Kiedy skończył, wykasował wszystkie dokumenty. Upewnił się, że nie pozostał po nich żaden ślad że niczego nie przegapił. Następnie skopiował własnej dyskietki złośliwe oprogramowanie. Wyjął dyskietkę wirusem wyłączył komputer.

Zapalił latarkę. Trzymał zębach, żeby mieć wolne ręce. Opróżnił szybko trzy segregatory znalezione na biurku. Były nich papiery, zdjęcia, jakieś dokumenty. Wrzucił wszystko do swojej teczki, segregatory odłożył. Na podłodze pod ścianą stała czerwona walizka, spakowana do podróży. Otworzył. Uważnie przejrzał zawartość, ale nie znalazł nic ciekawego. Zamknął odstawił na miejsce. Już miał wyjść, kiedy coś go tknęło, żeby na wszelki wypadek przejrzeć jeszcze szuflady. Dużo czystego papieru, notesy, szkolne zeszyty. pudełko. Otworzył je poczuł, jak oblewa go zimny pot. tym momencie usłyszał jakby ciężkie westchnienie głębi mieszkania.

Zanim zamknął za sobą drzwi, upewnił się, że nie zostawił żadnego śladu swojej piętnastominutowej obecności, pełną świadomością, że im dalej od tego miejsca zastanie go świt, tym lepiej dla niego.

Kiedy Jura został sam, wszedł do pogrążonego ciemnościach gabinetu. Niby wszystko pozostało na swoim miejscu, ale coś go dręczyło. Miał nieodparte wrażenie, że nie stanął na wysokości zadania.

I

Lot dzwońca

Imiona na ziemi przykryły kwiaty.

JOAN VINYOLI

dziewiątej rano piątek trzydziestego marca dwa tysiące drugiego roku od narodzenia Chrystusa, tym dniu tak wytęsknionym upragnionym, oczy licznych wiernych zgromadzonych na placu Świętego Piotra Watykanie, przybyłych ze wszystkich zakątków świata, wpatrują się napięciu przystrojone okno, którego jego świątobliwość Ojciec Święty ma udzielić błogosławieństwa urbi et orbi. Mimo pierwszych dni wiosny doskwiera chłód, wywołany mroźnym zdradzieckim wiatrem znad Tybru, który nadciąga przez via della Conciliazione dziarsko, triumfalnie wpada na plac zamiarem zakłócenia nabożnego skupienia wiernych oczekujących, pojawi się Summus Pontifex. Chłód emocje zmusiły do wyciągnięcia chusteczek. Porusza się okno szybie otwieranego do wewnątrz balkonu odbija się światło. Najpierw wyłonił się mikrofon, który jakiś usłużny kapłan zainstalował na odpowiedniej wysokości, zaraz potem ukazuje się przygarbiona, obleczona nieskazitelną biel sylwetka Ojca Świętego Jana Pawła II. Wypowiadane przez niego ledwie dosłyszalne słowa gubią sens, nim dotarły do ludzi, mimo że wszyscy schowali już chusteczki umilkli. Udziela błogosławieństwa. Sześć zakonnic Gwinei, klęczących na mokrych kamiennych płytach, płacze radości. Pielgrzymi grupy księdza Relli, usytuowani bardzo dobrym miejscu, na wprost papieskiego okna, starają się zachować milczenie, zakłóca je tylko nieco zabobonne zachowanie paru osób. Niektórzy potrząsają owiniętymi wokół dłoni różańcami, inni całują obrazek za pół euro przedstawiający papieża, jeszcze inni starają się uwiecznić chwilę na zdjęciu. Ksiądz Rella ucisza ich ruchem ręki, żeby się przedwcześnie nie ekscytowali, patrzy na zegarek. Trzeba się pospieszyć, mają tylko pół godziny na dojście do piazza del Sant’Uffizio. Kiedy tylko Ojciec Święty, zaraz po błogosławieństwie, znika porwany przez lekarzy, ksiądz Rella podnosi rękę, wskazując kierunek, zdecydowany użyć czerwonego parasola do torowania drogi przez gęsty jak zarośla tłum zgromadzony na watykańskim placu. Jak jeden mąż grupa składająca się pięćdziesięciu kobiet trzynastu mężczyzn podąża za czerwonym parasolem. Zgromadzeni rozchodzą się powoli, bez pośpiechu, jakby im było żal opuszczać miejsce, którym tak długo marzyli.

Ulicą via di Porta Angelica przemyka zręcznie jak kot limuzyna przyciemnionymi szybami, skręca prawo zatrzymuje się przy punkcie kontrolnym na via del Belvedere. Dwaj mężczyźni ze słuchawkami uchu, ciemnych okularach wygolonymi karkami rzucają się do okien, które otwierają się elegancko, jak zalotnie opuszczone powieki. Obaj wyprostowują się równocześnie dają znak, że droga wolna. Jednakże jeden nich towarzyszy samochodowi, idąc szybkim krokiem, by wskazać, którym miejscu na via della Posta ma zaparkować. Watykański odźwierny wynurza się wprost ze ściany otwiera drzwi limuzyny prawej strony. Stojący przed drzwiami Palazzo Apostolico gwardzista szwajcarski przebrany za janczara sprawia wrażenie zupełnie niezainteresowanego tym, co się wokół niego dzieje. Patrzy przed siebie, na budynek żandarmerii, jak gdyby chciał przeniknąć skrywane tam tajemnice. limuzyny wyłaniają się kształtne stopy obleczone surową czerń obuwia ze srebrną sprzączką delikatnie dotykają ziemi.

Msza zostanie odprawiona zgodnie protokołem kalendarzem liturgicznym Bazylice Świętego Piotra Watykanie, udziałem Kongregacji do spraw Kultu Bożego pełnym składzie. Jak nakazuje ostrożność, wszyscy honorowi goście zostali zaproszeni trzy godziny przed ceremonią, żeby uniknąć najmniejszego choćby zgrzytu, bo co jak co, ale na przestrzeni wieków Święty, Powszechny Apostolski Kościół Rzymskokatolicki nauczył się planować, przygotowywać przeprowadzać ceremonie dowolnego rodzaju idealnie dobranym do wagi uroczystości poziomem przepychu.

Ubrana czerń dama, szczupła wyprostowana mimo swoich osiemdziesięciu siedmiu lat, dyskretnym, ale bardzo eleganckim kapeluszu na głowie, czeka, jej syn była synowa ustawią się obok niej. niechęcią znużeniem puszcza mimo uszu hałas dochodzący placu, gdzie zgromadzeni ludzie nie zdają sobie sprawy tego, że tworzą tłum. Gasull załatwia coś mundurowym, który pojawił się ślad za odźwiernym.

– Gdzie się podział Sergi dama wypowiada słowa, patrząc przed siebie powagą, nie starając się nawet zakończyć zdania intonacją pytającą.

– Tu jest, mamo odpowiada oschłym tonem Marcel. gdzie miałby być?

Sergi został tyłu, żeby zapalić papierosa, przewidując, że wewnątrz nie pozwolą mu ani razu się zaciągnąć, na wieki wieków amen.

– Nie słyszę go.

Mogłabyś się pofatygować jemu samemu zadać to pytanie, myśli Mertxe, która od rana ma kwaśną minę. Ale ty nigdy nie zapytasz pewnych osób pewne sprawy ani nie odwrócisz głowy, żeby się obejrzeć, bo nie chcesz pokazać zmarszczek na szyi uważasz, że to inni powinni się stawić przed tobą.

– co? dama zwraca się do Gasulla.

– porządku. Wszystko załatwione.

Pięcioosobowa grupa opatrzona numerem 35Z przekracza próg Palazzo na trzy godziny przed rozpoczęciem uroczystości.

Sala Świętej Klary jest przestronna, oświetlona łagodnym, leniwym światłem wpadającym przez trzy balkony wychodzące na obszerny dziedziniec wewnętrzny, gdzie właśnie miota się pośpiechu pewien dziwny osobnik przystrojony żółtą szarfą przewieszoną na ukos przez ramię, podążający za uczynnym obywatelem codziennym ubraniu, który ruchem ręki wskazuje mu właściwe drzwi. Vis-à-vis balkonów ogromna, ciemna półkula globusa ukazuje wszystko, co ludzkość wiedziała Ziemi XVII wieku. Tuż obok fortepian, zaskakujący tym otoczeniu, przybiera wyszukaną pozę, właściwą instrumentom muzycznym, kiedy milczą.

Odpowiedzialny za protokół chudy mężczyzna takiej samej surowej czerni jak dama, najprawdopodobniej ksiądz, poucza ich, mrucząc pod nosem po włosku, przeświadczony, że tak go nie zrozumieją: że mogą usiąść czuć się jak siebie domu, że teraz trzeba czekać, razie potrzeby za fortepianem drzwi, które prowadzą do stanza de bagno. Podczas gdy oni oswajają się miejscem, kobieta średnim wieku, najpewniej zakonnica, wjeżdża do sali wózkiem pełnym przekąsek napojów bezalkoholowych, chudy mężczyzna szepce do ucha Gasulla, że na godzinę przed uroczystością ten wózek zniknie, sam pan rozumie dlaczego.

Dama zasiada na wygodnej sofie, ze złączonymi kolanami, kieruje wzrok głąb sali, tak jakby mogła cokolwiek zobaczyć, dając dobry przykład pozostałym. Jest spięta do granic wytrzymałości słabego ciała. Ale ukrywa to napięcie, by ani syn, ani była synowa, ani wnuk, który teraz obojętnie wodzi wzrokiem po balkonach, ani adwokat Gasull nie domyślili się, jak bardzo jest zdenerwowana, niemal przytłoczona, siedząc na sofie przestronnym pomieszczeniu Świętej Klary, Palazzo Apostolico Watykanie. Ta dama wie, że po dzisiejszym dniu będzie już mogła spokojnie umrzeć. Kładzie rękę na piersi, żeby dotknąć krzyżyka zawieszonego na szyi. Wie, że dziś zakończy się dla niej czas sześćdziesięciu lat udręki, nie potrafi przyznać się sama przed sobą, że mogłaby lepiej przeżyć życie.

1

dniu, którym odesłano jego imię niepamięć, na ulicy znajdowało się bardzo mało ludzi. Nawet gdyby nie padało, też mało kto by przyszedł, bo większość zdecydowała się udawać, że ich to nie dotyczy, tylko dyskretnie, zza firanki, zza płotu, śledzili przebieg wydarzenia zamykającego czasy, które kosztowały ich tyle łez. Burmistrz zdecydował, że pomimo ulewy nie odwoła uroczystości, nie wspomniał tylko, że prawdziwą przyczyną tej politycznej determinacji okazało się spotkanie klientem Sort. Już mu ślinka ciekła na samą myśl wspaniałej, soczystej paelli przyrządzanej restauracji Rendégo. Ale nazwisko, które nosił, do czegoś zobowiązywało. Bringué musiał pokazać całemu miasteczku, przede wszystkim mieszkańcom domu Gravat, że uroczystość się odbędzie, choćby potop. Tak więc dokonali wymiany obecności burmistrza, radców, sekretarza dwóch podekscytowanych turystów jaskrawych płaszczach przeciwdeszczowych, którzy przyplątali się nie wiedzieć skąd nie wnikając, czym rzecz, bez przerwy robili zdjęcia ilustrujące dziwne obyczaje mieszkańców wysokogórskich miejscowości; oczywistych względów był też obecny Serrallac. trudno uwierzyć, że czymś takim wzięła udział również pani Báscones; po co, na litość boską? Toż to istna kolostomia. Jaume Serrallac wykuł pomalował na czarno litery na czterech wspaniałych, jasnoszarych marmurowych tablicach, których elegancja się prosiła bardziej okazałe ulice, porządniejsze ściany godniejszą miejscowość. Ulica prezydenta Francesca Macià zastąpiła ulicę generalissimusa Franco, Główna pojawiła się miejsce ulicy Joségo Antonia, Rynek zastąpił plac Hiszpanii, ulica Środkowa zostawiła niczym falangistę Fontellesa. Ponieważ przygotowania zostały dopięte na ostatni guzik, otwory wywiercone, Serrallac zdążył nabrać wprawy dzięki gorączce wymiany nazw, jaką pociągnął za sobą upadek dyktatury, wszystko poszło jak płatka. Tylko ostatnia tabliczka, nazwiskiem falangisty Fontellesa, stawiała opór, żeby usunąć, musiał rozbić starą płytę młotkiem na samej ścianie. Później wrzucił smętne szczątki historii do kontenera stojącego przed domem Batalla. Okruchy falangisty Fontellesa odpowiedziały niemym, bezsilnym krzykiem, brzmiącym niemal unisono ledwie dosłyszalnym jękiem na balkonie domu Gravat, wydanym przez nieruchomą postać napięciu zaciskającą ręce na poręczy, na którą nikt, poza kotami, nie zwrócił uwagi. Dwie kobiety, jedna podeszłym wieku, obie ciepło ubrane, przyglądały się wszystkiemu wysokości ulicy Rasa. Kiedy się upewniły, że Serrallac rozbił na kawałki starą tabliczkę, zeszły powoli ulicą Środkową; trzymały się pod rękę oglądały po kolei wszystkie fasady, okna drzwi, komentując coś od czasu do czasu półsłówkami, półgłosem, żeby pokryć zmieszanie wywołane świadomością, że wiele oczu obserwuje je wnętrza domów tak samo bezkarnie, jak one obserwowały góry ceremonię zmiany nazwy ich ulicy. Kiedy dotarły do kontenera, zajrzały do środka, jakby chciały się upewnić co do jego zawartości. Oficjalna delegacja skierowała się już tymczasem ulicą Francesca Macià stronę Rynku, gdzie miała się dokonać ostatnia zaplanowanych zamian gdzie burmistrz zamierzał przypomnieć krótkich słowach, że uroczystość przywrócenia tradycyjnych nazw jest symbolicznym aktem pojednania. Od momentu, gdy ulica znów pogrążyła się zwykłej ciszy, Torenie wszyscy wyrzucili pamięci Oriola każdym domu dało się słyszeć westchnienie ulgi, wyraz ogólnego przeświadczenia, że oto zniknął znienawidzony symbol niezgody. całym miasteczku Oriolu Fontellesie zapomniał każdy, oprócz cienia na balkonie domu Gravat, który właśnie przecierał okulary, myśląc jeszcze zobaczycie, kto będzie się śmiał ostatni, do chwili, gdy dwadzieścia cztery lata później zaczęto mówić, że trzeba zburzyć opuszczony, nieczynny budynek dawnej szkoły, żeby miasteczko mogło wejść dwudziesty pierwszy wiek nową twarzą.

Było oczywiste, że dyrektorka szkoły Sort wysłała do Toreny Tinę Bros misją oficjalnego myszkowania szpargałach, myślą przygotowywanej wystawie na temat historii materiałów dydaktycznych. Istniała szansa, że tym niewielkim budynku będzie można znaleźć coś ciekawego. Przestarzałe podręczniki inne ciekawostki. Ponieważ pisała książkę, uchodziła szkole za specjalistkę od wszystkiego. Tak więc Tina, mimo że głowę miała zaprzątniętą czym innym, musiała pojechać, chcąc nie chcąc, po raz drugi ciągu trzech dni do Toreny tym swoim charakterystycznym czerwonym citroenem. Nie wiedziała, że zaparkowała samochód dokładnie pod tabliczką, która dwadzieścia cztery lata temu przywróciła oryginalną nazwę ulicy Środkowej. Poprosiła klucze ratuszu, tam odesłali do robotników pracujących przy rozbiórce budynku. Kiedy dotarła na miejsce, na rogatki miasteczka od strony wzgórza Triador, ekipa zaczynała już rozbierać dach, zdejmując łupkowe dachówki jedna po drugiej. Nie zastanawiając się długo, wyjęła swój mały aparat fotograficzny kliszą wysokiej czułości korzystając migotliwego światła zmierzchu, zrobiła trzy zdjęcia budynku. Udało się jej tak wykadrować, że na żadnym nie było widać robotników. Może któreś tych ujęć przyda się do książki. Kto wie. Na szczęście robotnicy rozpoczęli rozbiórkę od strony łazienki. Zdążyła sprawdzić zawartość dwóch szaf sali lekcyjnej, pobrudzić ręce lepkim, czarnym, wieloletnim kurzem, wyrzucić niepotrzebne szpargały, ocalić tuzin podręczników stworzonych myśl zasad prehistorycznej pedagogiki, których staroświecki urok sam raz pasuje do wystawy, przy czym wsłuchiwała się cały czas stukot młotków odsyłających ten budynek niebyt. Wyselekcjonowany przez nią materiał zmieścił się kartonowym pudle, które przywiozła Sort. Zatrzymała się na chwilę przy oknie zapatrzona dal zastanawiała się, czy to, co zamierzała zrobić po opuszczeniu szkoły, nie uwłacza jej godności. Na pewno uwłacza, ale Jordi nie dał jej wyboru. Jeszcze dwie minuty otwartymi ustami; żadnego wyboru. Mój Boże, dlaczego Jordi, dlaczego Arnau. Dlaczego domu nigdy niczym nie rozmawiali, dlaczego byli tacy zamknięci sobie, dlaczego Arnau coraz bardziej się od nich oddala, całymi dniami poza domem, tak nerwowo reaguje na pytanie, kim spędza czas. Po dłuższej chwili otrząsnęła się tych gorzkich refleksji, westchnęła, spuściła wzrok wróciła do rzeczywistości, do opuszczonej szkoły Torenie. Musiała wziąć się garść choć na moment przestać myśleć nich dwóch, zwłaszcza Jordim. Wtedy wpadła na pomysł, żeby sprawdzić zawartość szuflad nauczycielskiego biurka. pierwszej nich, poza niematerialnymi wspomnieniami, które ulotniły się natychmiast po otwarciu szuflady, ktoś pozostawił strużyny ołówka. pozostałych dwóch nie znalazła nic, nawet wspomnień. Za brudnymi szybami niespiesznie dogasał dzień nagle dotarło do niej, że od jakiegoś czasu nie słychać uderzeń młotka.

Przy tablicy znalazła kawałek kredy. Kiedy wzięła do ręki, nie mogła się oprzeć pokusie starannym, belferskim pismem wykaligrafowała datę: środa, 13 grudnia 2001 roku. Odwróciła się natychmiast, jakby za jej plecami zjedzonych przez korniki ławkach siedziały dzieci, którym trzeba wyjaśnić, jaki jest plan zajęć na dziś. Ale zamarła otwartymi ustami, kiedy dostrzegła głębi sali, tuż przy drzwiach, nieogolonego robotnika papierosem ustach pudełkiem po cygarach jednej dłoni; drugiej trzymał gazową campingową lampę. On też zamarł otwartymi ustami, ale szybciej zareagował.

– Proszę pani... Musimy już kończyć, sami siebie nie widzimy. Odda pani klucz?

Podszedł do niej lampą; do dżinsów miał przytroczony pęk kluczy. Tina odniosła wrażenie, że zbliża się do niej uczeń dzienniczkiem, ona, jak sięgnąć pamięcią, jest tej szkole nauczycielką. Robotnik położył pudełko po cygarach na biurku.

– Znaleźliśmy je za tablicą.

– Za tablicą?

Majster podszedł do ściany popchnął tablicę. Wydawało się, że jest umocowana na stałe; jednak przesunęła się nieco jękiem odsłoniła niewielką ciemną wnękę. Poświecił lampą.

– Tu, środku.

– Jak skarb piratów.

Majster przywrócił tablicę na poprzednie miejsce.

– To zeszyty uczniowskie oświadczył, stukając dłonią pokrywkę. Pudełko świetnie się zachowało, ktoś je przewiązał czarnym sznurkiem.

– Mogę je zatrzymać?

– Miałem je wyrzucić.

– Mógłby mi pan zostawić światło?

– Zamarznie pani tutaj ostrzegł, spełniając jej prośbę.

– Jestem ciepło ubrana. Wskazując lampę, dodała: Dziękuję.

– Kiedy pani skończy, proszę zamknąć na klucz zostawić lampę przed drzwiami. Jutro znajdziemy.

– Jak długo potrwa rozbiórka?

– Jutro będzie po wszystkim. Dziś robiliśmy przygotowania. Zburzyć taki budynek to żadna filozofia.

Zasalutował jej jak żołnierz marines, przykładając kościsty palec do skroni. Zamknął za sobą drzwi głosy trzech robotników powoli rozwiały się za brudnym oknem, zapanowała taka cisza, że Tina prawie słyszała suchy kaszel Elviry Lluís, tej dziewczynki pierwszej ławki, która pięćdziesiąt sześć lat temu zmarła na gruźlicę. Tina rozejrzała się wokół. Światło lampy wywoływało coraz to nowe, nieznane cienie. Zburzenie takiego budynku to żadna filozofia, powtórzyła myślach. Ile pokoleń dzieci nauczyło się tu pisać czytać? zastanawiała się. ciągu jednego dnia to wszystko zamieni się gruz, westchnęła.

Wróciła do biurka uświadomiła sobie, że robotnik mówił świętą prawdę: klasie było zimno jak lodowni. światło dnia kończyło swoją dniówkę coraz większym pośpiechem. Postawiła lampę na biurku zadumała się nad skarbem piratów. pomyśleć, że mogliby zburzyć szkołę pogrzebać diamenty środku... Rozwiązała czarny sznurek otworzyła pudełko: diamentami okazały się zeszyty jasnoniebieskiej czy jasnozielonej okładce, trudny do rozpoznania kolor, wykaligrafowanym poprzek drukowanymi, czarnymi literami słowem „Zeszyt”. Uczniowskie zeszyty. Dwie, trzy, cztery sztuki. Jaka szkoda, że to nie diamenty, westchnęła. Poczuła ukłucie, które nie dawało sobie zapomnieć.

Otworzyła jeden nich: natychmiast zwróciła uwagę na charakter pisma, porządny, równy, czytelny; litery wypełniały od góry do dołu wszystkie strony. Od czasu do czasu jakaś ilustracja. Wszystkie zeszyty były bardzo podobne. pierwszym nich rysunek twarzy. Nie wiedziała, że to autoportret Oriola sporządzony przed lusterkiem uczniowskiej toalecie. Mężczyzna smutnym spojrzeniu. drugim zeszycie rysunek domostwa, podpisany „Dom Gravat”. co trzecim, zobaczmy..., ach, kościół. Kościół Świętego Piotra Torenie. pies rasy springer spaniel. Tina nigdy nie widziała żadnego psa tak smutnych oczu. Najprawdopodobniej nazywał się Achilles. ostatnim zeszycie szkic do portretu jakiejś kobiety, rozpoczęty, zmieniony, poprawiany tysiące razy niedokończony, pozbawiony ust, bez źrenic, jak marmurowe rzeźby nagrobne, które sprzedawał Serrallac swoim warsztacie. Usiadła, nie zdając sobie sprawy, że powodu zimna wydychane przez nią powietrze zamienia się mgłę, jakby chciało ukryć ujawnienie tych czterech zeszytów. Gdzie mogła słyszeć to imię? Na pewno całkiem niedawno, tak. Jak gdyby ktoś jej nim przed chwilą opowiadał.

Tina Bros zaczęła czytać zaintrygowana, nieuprzedzona niepodejrzewająca, jakie nieszczęście właśnie na siebie ściąga. Zaczęła od pierwszej strony pierwszego zeszytu, odczytała nagłówek, adresowany do kogoś słowami kochana córko, nie wiem, jak się nazywasz, ale wiem, że istniejesz, bo widziałem twoją rączkę, małą słodką. Chciałbym, żeby ktoś, kiedy dorośniesz, przekazał ci te linijki, chciałbym, żebyś je przeczytała... Boję się, co inni mogą ci mnie powiedzieć, zwłaszcza twoja matka.

wpół do dziewiątej, kiedy światło lampy zaczynało dogasać, nagle uniosła głowę, jakby wracała innego świata. Bardzo nierozsądne było narażanie się na zamarznięcie tej klasie. Poczuła dreszcz. Zamknęła miękką okładkę ostatniego zeszytu zaczerpnęła powietrza do płuc. Chyba na czas lektury zawiesiła oddychanie. Uznała, że zeszyty nie przydadzą się na wystawę organizowaną przez Maite. Umieściła je pudełku po hawańskich cygarach, które wraz czarnym sznurkiem włożyła do przepastnej kieszeni swojej kurtki, skierowała się do wyjścia, opuszczając szkołę, gdzie, jak się jej teraz wydawało, spędziła dobre pięćdziesiąt lat.

Zostawiła lampę miejscu wskazanym przez robotnika udającego marines, oddała klucz ratuszu ruszyła stronę marmurowej tabliczki informującej, że jest na ulicy Środkowej. Tam czekał na nią jej wierny citroen przykryty cienką warstwą świeżego śniegu, którym odgrodził się od melancholii swojej pani.

Szosa do Sort, którą zjeżdżała dół, była bardzo zimna całkiem odludna. Ponieważ nie chciała tracić czasu na zakładanie łańcuchów, jechała powoli, rytm swoich myśli, oszołomiona zimnem, zawartością przeczytanych przed chwilą stronic oraz perspektywą dalszego ciągu dzisiejszego wieczoru. Na starym murze chroniącym przed osuwaniem się gruntu, na zakręcie Pendís, wyznaczającym granicę gminy Torena, graffiti sporządzone charakterystycznej dla radykałów estetyce denuncjowało wycinkę drzew Tuca Negra celu przedłużenia trasy narciarskiej. szkole nikogo nie zastała: zostawiła kartonowe pudło opatrzone stosowną notatką gabinecie Maite uciekła pośpiechu, bo ciemne, puste korytarze zawsze budziły niej lęk. Jakby taki mróz widma miały tu coś do roboty. Citroen bez problemu dowiózł do ustronnego pensjonatu. Mimo że Ainet leżało dalej na północ, jeszcze nie było tych okolicach śniegu. Na siedzeniu pilota leżało pudełko po cygarach czterema zeszytami. Ostrożność odradziła jej korzystanie parkingu, więc zdecydowała się ukryć samochód przy pustej bocznej drodze. Zgasiła światła, wyłączyła silnik zastygła bezruchu, wpatrując się obsesyjnie oświetlone drzwi ośrodka. Zaczął padać śnieg, zdawał się tylko czekać na ten moment, cicho ostrożnie, ona dotknęła pudełka na siedzeniu obok, sprawdzając, czy aby na pewno tam jest. Nie mogła się skupić na słuchaniu delikatnego szumu płatków pokrywających wszystko wokół.

Wychodziła parę razy na mróz, żeby oczyścić przednią szybę, nie tracąc oczu ani na chwilę drzwi pensjonatu. Wolała nie włączać samochodzie ogrzewania, żeby nie ujawniać swojej obecności, bo tej magicznej ciszy pudełka czekoladek wyłożonego aksamitem, gdzie nawet rzeka starała się płynąć bezszelestnie, szum silnika musiałby przyciągnąć uwagę Jordiego.

Kiedy wysiadła samochodu po raz kolejny, żeby rozruszać zmarznięte stopy, usunęła skrobaczką lód przedniej szyby przykryła świeżym śniegiem zgarniętym na drodze tablicę rejestracyjną. Przyznać się przed sobą, że balansowała na granicy utraty godności, to jedno, ale przyznać się do tego przed innymi, to całkiem inna kwestia. Poczuła, że zmarzł jej nos.

Wróciła do auta, nie odrywając wzroku od oświetlonych drzwi, przez które tym czasie wyszły tylko dwie nieznajome osoby. Ostrożnie dotknęła pudełka po cygarach, nie zdejmując rękawiczek.

– Coś ty powiedział?

– To, co słyszałaś.

Rosa, ustami otwartymi ze zdziwienia czy może ze strachu, czuła, że serce wali jak młotem. Zakręciło się jej głowie musiała przysiąść na fotelu. Wyszeptała:

– Dlaczego?

– Wszyscy tu narażają się na niebezpieczeństwo.

– Nie, niebezpieczeństwo zagraża tylko temu dziecku.

– Robię, co mogę.

– Gówno prawda. Idź lepiej tym do pani Elisendy.

– Po co?

– co, nie lubisz jej odwiedzać? drążyła intencją zadania bolesnego ciosu. Nie ślinisz się na jej widok? Że niby ma taką plastyczną twarz, takie trudne oczy...

– Co ty mówisz?

Jakby niczego wcześniej nie insynuowała, Rosa, patrząc okno, powiedziała zmęczonym głosem jesteś jedyną osobą miasteczku, której ona wysłucha.

– Pani Elisenda nie może nic zrobić.

– Tutaj wszystko dzieje się pod jej dyktando.

– Akurat.

Rosa spojrzała na Oriola. Wpatrując się uważnie jego oczy, próbowała odgadnąć sekrety, jakie on pani Elisenda przekazywali sobie wzrokiem, kiedy byli razem. Oriol już miał odpowiedzieć, ale rozdzwoniły się dzwony na Anioł Pański. Zamilkli, choć przecież nigdy się nie modlili, nawet podczas zimy tak srogiej jak ta. Zanim dzwony umilkły, Rosa wybuchnęła.

– Jeśli czegoś tym nie zrobisz, wracam do Barcelony.

– Nie zostawiaj mnie.

– Jesteś tchórzem.

– Tak, jestem tchórzem.

Rosa instynktownie położyła rękę na brzuchu powiedziała zmęczonym głosem nie chcę, żeby nasza córka się dowiedziała, że jej ojciec to tchórz faszysta.

– Nie jestem faszystą.

– czym się różnisz od tego skurwysyna burmistrza?

– Nie krzycz, ściany mają uszy!

– On sobie na wszystko pozwala, ty mu przyklaskujesz.

– Słuchaj, jestem tylko skromnym nauczycielem.

– Mógłbyś okręcić sobie burmistrza wokół palca.

– Mrzonki. Poza tym się boję. Boję się go.

– Musisz obronić małego Venturę.

– Nie mogę. Przysięgam, on się ze mną nie liczy.

Rosa po raz ostatni spojrzała mu oczy. Odwróciła głowę bujając się fotelu, patrzyła przez okno. To było jak pożegnanie. Zastanawiała się, dlaczego tak się stało, przeklinała dzień, którym zdecydowali się objąć posadę tu, tej pięknej miejscowości charakteryzującej się, według encyklopedii, dużą populacją rogacizny owiec; będzie nam wspaniale, będziemy czytać kochać się, nareszcie starczy nam czasu na wszystko. Rozważywszy każde za przeciw, końcu powiedziała zgoda, Oriol, jedźmy do Toreny. Co tego, że ciasto na świąteczne krokiety stygło na stole. Nie powinna była ogóle zabierać się dzisiaj do gotowania, niepotrzebne całe to Boże Narodzenie za cztery dni, nic jej nie przejdzie przez gardło, kiedy sobie pomyśli tym biednym dziecku.

Oriol spojrzał na kark Rosy. Zacisnął szczęki wściekłością wyszedł domu, trzaskając drzwiami. Natychmiast znów je otworzył, jakby czegoś zapomniał. Zatrzymał się progu ręką na klamce próbował opanować gniew. Rosa ciągle wyglądała przez okno na ulicę, obojętna na rozciągającą się przed nią imponującą panoramę doliny Àssua, którą przysłoniła jej teraz mgła łez. Sięgnął po kurtkę czapkę wyszedł.

Wystarczyło osiem miesięcy na stanowisku nauczyciela Torenie, by Oriol stał się innym człowiekiem. Była pierwszym miesiącu ciąży, kiedy tu przyjechali, pełni entuzjazmu. Nie mogli uwierzyć, że im się udało, mimo że Oriol nie walczył na froncie ani nawet powodu wrzodów żołądka nie służył wojsku. Jednak otrzymał posadę zarezerwowaną dla weteranów, dla kogoś, kto się zjawi nie wiadomo skąd legitymacją Falangi zębach albo orderami pogromcy Republiki zawieszonymi na cienkim wąsiku. Cieszyli się, nie zdając sobie sprawy swojej naiwności, że na posadę nauczyciela Torenie nie zgłosiłby się sam Pan Bóg, który może się urodził stajni, ale do szkoły chodził Nazarecie, gdzie było boisko prawdziwego zdarzenia przyzwoite, czyste ściany, osobne klasy dla dziewcząt, osobne dla chłopców, poza chłopskimi dziećmi uczyli się niej też ciesielscy synowie.

Patrzyła przez okno, ale nie widziała placu. Valentí Targa odmienił jej męża. Od pierwszego dnia zaczął go sobie podporządkowywać ustawiać. Od pierwszego wyzywającego spojrzenia, jakim ich obrzucił, stojąc rękami na biodrach, kiedy wysiedli taksówki nadzieją oczach dużym koszem pełnym naczyń kuchennych. Ze starannie zapakowanym portretem, który namalował jej Oriol. Nie umiała porę dostrzec niebezpieczeństwa. tak spędzili Torenie milczeniu długie trzy miesiące, docierało do nich, że co jakiś czas czarne samochody wożą na ugór Sebastiana zapłakanych mężczyzn, potem ciężarówki do przewozu bydła transportują ich gdzieś uciszonych na zawsze, już bez łez. Ona też się zmieniła: Valentí Targa sprawił, że przestała się odzywać. Za długo milczała. do dzisiejszego dnia, kiedy Oriol wrócił ratusza, gdzie go wezwał ten przeklęty Targa, oświadczył, nie patrząc jej oczy, że powinien wstąpić do Falangi, ona, jak stała przed piekarnikiem, tak zamarła otwartymi ustami zabrakło jej słów, może źle go zrozumiała, może to tylko żart. Ale nie: nadal unikał jej wzroku milczał, czekał na reakcję. Odłożyła blachę krokietami na bok wysiłkiem przeszła stronę bujanego fotela, poprzedzana brzuchem, chcąc ten sposób oddalić swoją córkę od męża, zapytała coś ty powiedział?

– To, co słyszałaś.

José Oriol Fontelles Grau, poległ za Boga za Hiszpanię. Teraz Tina sobie przypomniała, skąd zna to nazwisko. Tydzień temu, kiedy jeszcze była szczęśliwa, wybrała się do doliny Àssua związku książką, której chciała wspomnieć również miejscach wiecznego spoczynku. Cmentarz Torenie porównaniu innymi przypominał pięciogwiazdkową wieczystą rezydencję. Wolała uzyskać lepszy kadr, dostosowując odległość niż ustawiając teleobiektyw. Na samym środku miał stać pewien bardzo zniszczony pomnik. Po obu stronach wyrastały ziemi rzędy grobów, większość przerdzewiałymi żelaznymi krzyżami, niektóre krzyżem marmuru. głębi, przysłonięty przez pomnik, kolejny rząd grobów, wzdłuż północnego muru, od strony, której nacierał wróg lodowaty wiatr. jeszcze mauzoleum miejscowych bogaczy po lewej, okazałe zadbane.

Pstryk. Dzwoniec, który wzbijał się do lotu, został uchwycony na zdjęciu, na prawo od zaniedbanego pomnika. Nie zauważyła go. może jednak; podobnie jak wielu fotografów, którzy kontrolują wszystko, co ma się znaleźć kadrze, ale tak, wywołując zdjęcia, oczekują jakiejś niespodzianki.

Biały papier, skąpany czerwonej poświacie, powoli wypluwał siebie dziwne kształty utrwalał je, najpierw ledwo widoczne, później już pełną świadomością obiektów. Poruszyła pęsetą papier kuwecie kształty przekształciły się obrazy, coraz wyraźniejsze. Świetnie wykadrowane, stwierdziła. Wyciągnęła pęsetą papier utrwalacza zawiesiła go obok pozostałych dwudziestu zdjęć filmu numer trzy, piątego grudnia dwa tysiące jeden, cmentarz Torenie. Tak, świetnie wykadrowane.

Kiedy przystąpiła do podsumowywania efektów tej sesji fotograficznej, stwierdziła, że wszystkie zdjęcia wyszły zgodnie oczekiwaniami, bez niespodzianek. Wtedy dopiero zwróciła uwagę na dzwońca zatrzymanego kadrze momencie, gdy wzbijał się do lotu, na fotografii przedstawiającej zaniedbany pomnik. Zapomniała nim. Coś takiego. Co za, no nie wiem, poezja? Przyjrzała się ptakowi pod lupą. Tak, dzwoniec opuszczonymi skrzydłami, uchwycony trakcie wznoszenia się powietrze. dziobie trzymał robaka. Nie. Przy wywoływaniu przykleił się jakiś okruch. Nie; to rysunek wyryty na pomniku na drugim planie zdjęcia: ptaszek tylko przed nim przelatywał powstało złudzenie optyczne. Rysunek wyryty na pomniku. Wtedy przyjrzała się lepiej tamtej płycie nagrobnej. Mimo że zapadał zmrok, dzięki idealnie wyliczonemu czasowi naświetlania, całe tło było bardzo wyraźne. Dzwoniec pochylona płyta miały świetny kadr. Może całość wyszła zbyt akademicka, zbyt płaska. Pomyślała, że dzwoniec jest jak pióro dziobkiem niczym stalówką zapisuje słowa na płycie. Dzwoniec zapisał José Oriol Fontelles Grau (1915–1944), poległ za Boga za Hiszpanię. Wyrysował tam jeszcze faszystowskie jarzmo strzały. Ostrze jednej nich wyglądało jak robak unoszony przez dzwońca do gniazda.

Tina odłożyła lupę na stół przetarła oczy. To zdjęcie, ostatnie na kliszy, mogłoby pójść na początek, czarno-białe, ilustrujące upływ czasu tym podobne historie.

Wciąż trzymała dłoń na pudełku po cygarach zeszytami Oriola Fontellesa dzięki temu, że zastanawiała się nad ich zawartością, pozwalając, by śnieg znów zasypał przednią szybę samochodu, udało się jej zapomnieć na chwilę tym, co tu robi, przyczajona przed oświetlonymi drzwiami pensjonatu Ainet. Wyobrażała sobie, że płatki śniegu to gwiazdy, które spadają zmęczone bezowocnym przebywaniem na niebie, rozczarowane świadomością, że ich światło potrzebuje całych wieków, by dotrzeć do źrenic kochanych osób. na świecie ukochane osoby? No tak, ja kocham Arnaua, on jednak nie daje się kochać, tylko milczy, zajęty swoimi sprawami, jakby nie chciał patrzeć gwiazdy, podobnie jak Jordi. Jej mężczyźni nie potrzebowali gwiazd. Kiedy już się zbierała, żeby wyjść na zewnątrz przetrzeć szybę, zauważyła jakiś ruch przy drzwiach pensjonatu. Ktoś wychodził. Jordi. Jordi. Jej Jordi wychodził pensjonatu Ainet, wiele kilometrów od domu, rozglądał się, zakładając czapkę. Nie dostrzegł czerwonego samochodu zaparkowanego poza zasięgiem światła. Odwrócił się wyciągnął rękę do kogoś za progiem. Patrzyła na ten gest zazdrością. Większą zazdrość wzbudził niej sam gest niż kobieta, która pojawiła się ślad za nim, prawie tak wysoka jak Jordi. Spod kurtki nie wystawał nawet czubek nosa nie dało się jej rozpoznać. Tym gestem Jordi obejmował nie tylko tamtą kobietę, ale wszystko, co się nią wiązało. Opiekuńczy gest był policzkiem wymierzonym nią, która marzła tu samochodzie tylko po to, żeby potwierdzić coś, czego się obawiała.

końcu zareagowała. Wyjęła aparat, przechyliła się przez kierownicę, żeby dobrze wykadrować, ustawiła szeroki plan, długi czas naświetlania pstryknęła. Dwa, trzy zdjęcia. Cztery, pięć. teraz teleobiektywem: jedno, drugie, trzecie, czwarte, piąte, szóste... Przestała pstrykać zastanowiła się nad sobą. Poczuła się jak jakaś prymitywna paparazza. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się jej poczuć na policzku zamarzniętej łzy.

2

Jego Ekscelencja Nazario Prats, łysy, przystrzyżonym wąsikiem, kroplami potu na czole pod bielizną, gubernator cywilny lokalny przywódca Ruchu Narodowego, czuł się nieswojo. Przed panią Elisendą albo się czujesz nieswojo, albo nie jesteś facetem. Dobiegł go niebezpieczny zapach perfum, wyjątkowych niepowtarzalnych, których używała jaśnie pani, ten sam, który towarzyszył aksamitnemu głosowi szepcącemu mu do ucha polecenia podczas pogrzebu, całkowitym lekceważeniem jego rangi gubernatora cywilnego, przypierający go do muru, jakby nie obchodziło jej, że był lokalnym przywódcą Ruchu Narodowego musiał trzymać się przepisów, ona bowiem miała przepisy gdzieś nie zawahałaby się pozbawić go należnych mu profitów bezwzględnością godną, nie przymierzając, Stalina. Wcale nie przesadzam. Żeby dobrze wyjść na zdjęciach, zrobiła uprzejmą minę, przyglądając się, jak latorośl zaszczepiona na pniu nieodżałowanego towarzysza Santiaga Vilabrú zjeżdża chyba dobrym stylu trasą narciarską, na dole już czekają on, trzej zastępcy delegatów, sześciu burmistrzów ta przeklęta jaśnie wdowa oraz trzy autokary klakierów doliny Àssua, Caregue Batlliu, żeby asystować inauguracji toru narciarskiego Tuca Negra, który jest symbolem innowacyjności, chrztem bojowym odważnych inicjatyw oskardem wbitym Niderlandy przyszłości. Wszystkie trzy autokary biły brawo profesjonalną gorliwością, bo skoro ludzie niczego nie rozumieli, to znaczy, że chodziło coś bardzo ważnego. Tym wyróżnionym narciarzem zjeżdżającym wysokości dwu tysięcy trzystu metrów hiszpańską flagą przymocowaną porządnie do pleców był Marcel Vilabrú Vilabrú. Czuł, jak przyhamowuje go powiewające za nim fru fru fru płótno kolorze ognia złota, podczas gdy świst nart roztaczał aurę intymności ciszy. Szusując dół, rysował esy-floresy uzgodnione wcześniej Quique przećwiczone ze trzydzieści razy, żeby zapewnić doskonały efekt wykluczyć przypadkowy manewr, który by sprowadził na ziemię jego, flagę cały ten spektakl na świeżym śniegu: spektakl ów Marcel Vilabrú oficjalnie inaugurował epicką jazdą. Dobrze, Jacinto, dobrze się spisałeś.

Jego Ekscelencja Nazario Prats przyklejonym do twarzy uśmiechem przyglądał się, jak chłopiec zjeżdża, co chwila kątem oka sprawdzał, czy jego nieprzyjaciółka nie robi znudzonej czy zdegustowanej miny, czy jakikolwiek inny sposób nie daje mu do zrozumienia, że porozmawia nim którymś ministrów, czystej złośliwości. ministrem albo towarzyszami Falangi. Nie, jaśnie wdowę interesował tylko jej ukochany syn dumą wpatrywała się powiewającą cicho na wietrze dwukolorową flagę (fru fru fru nie dochodziło do uszu władz) czasie tej pamiętnej jazdy, którą kamery kroniki filmowej zarejestrowały czerni bieli.

– Trzynaście lat, proszę spojrzeć, jak jeździ rzucił ogólną uwagę, żeby usłyszeli go wszyscy, przede wszystkim ona. Nikt nie zareagował nagle zaczęły mu się pocić ręce, jak zawsze, kiedy się denerwował. Nawet ona nie odpowiedziała, przecież mogłaby się zdobyć na gest zwykłej uprzejmości. Ale najwyraźniej wkurzanie mnie sprawia jej przyjemność.

Spojrzał lewo, skąd jazdę Marcela Vilabrú podziwiał podstarzały, milczący ksiądz August Vilabrú, kanonik czy coś tym rodzaju. Czuł dumę, jakby był ojcem chłopca. Gubernator nie wiedział, ale tamten miał podstawy, żeby uznawać się przynajmniej za ojca matki młodego narciarza, bo kiedy Elisenda skończyła pięć lat, zakomunikował jej rodzicom słuchajcie, Anselmie Pilar, ta dziewczynka to prawdziwy skarb. Josep? Josep (biedny Josep, świętej pamięci) jest zwyczajnym dzieckiem, natomiast Elisenda posiada ponadprzeciętną inteligencję, umiejętność syntezy i... Wiesz, co ci powiem? Szkoda, że jest dziewczynką. Ta twoja galanteria. Proszę, nie kłóćcie się teraz mojego powodu, do cholery, przyjmijcie do wiadomości, że wasza córka, Anselmie Pilar, to diament, czułbym się zaszczycony, gdybym mógł go oszlifować, żeby nabrał blasku. Niestety, sugestie Augusta trafiły próżnię. Anselm Vilabrú miał głowę zajętą wojaczką, Pilar, tajemnicy przed wszystkimi, całymi dniami flirtowała. Zresztą zarówno brat, jak bratowa zlekceważyli go zupełnie, zakładając góry, że matematycy nie znają się na ludziach. zwłaszcza matematycy sutannie. tej sytuacji ksiądz August sam przystąpił do działania zapisał dziewczynkę do internatu przy szkole prowadzonej przez towarzystwo świętej Teresy od Dzieciątka Jezus Barcelonie, ponieważ jemu bardzo odpowiadał ten rodzaj duchowości, jaką reprezentował wielebny ojciec Henryk d’Ossó, który na pewno kiedyś zostanie wyniesiony na ołtarze. Porozmawiał matką Venàncią zdobył niej sprzymierzeńca niezbędnym dziele edukacji dziewczynki pochodzącej dobrego domu, ale zaniedbanej przez rodziców. Matka Venància zrozumiała go lot. Wiedziała, że ksiądz August Vilabrú zwrócił się do niej, gdyż była uosobieniem terezjańskiej surowości. Jej krótki, ale owocny pobyt klasztorze Ràpicie czasach przeoryszy Dorotei wyostrzył niej poczucie obowiązku zaszczepił głębokie do szpiku kości przekonanie, że kiedy człowiek posiadł prawdę, jest zobowiązany nie ustawać czynieniu tego, co powinien, jeśli uważa to za słuszne. Celujący arytmetyki, celujący gramatyki, celujący łaciny, celujący przyrody, celujący religii to więcej niż diament, księże Auguście, ta dziewczynka to więcej niż diament.

Dobrze, Jacinto, dobrze się spisałeś.

Kiedy dzielny młodzieniec dotarł na dół, odczepił flagę, chwycił za drzewce wbił śnieg miną zdobywcy geograficznego bieguna północnego, miejscu uzgodnionym Quique niejakim Matanzasem, nudziarzem, specjalistą od oficjalnego, urzędowego protokołu. Ten jakże męski gest wbicia czegoś dziewiczy śnieg zyskał gorący aplauz władz autokarów. Wtedy śladem flagi ruszył slalom trzydziestu narciarzy, tworząc trakcie zjeżdżania warkocz, znów rozległy się oklaski władz autokarów. Pan Nazario Prats obrócił się czterdzieści pięć stopni tuż przed jego nosem pojawiła się taca czerwoną poduszeczką, na której spoczywały inauguracyjne nożyczki. Wziął je do ręki kręcąc nimi młynka, zastanawiał się, czy by nie popełnić jakiegoś szaleństwa. Sam Onésimo Redondo wyznał mu pewnego wieczoru, że genialne pomysły albo efektem intuicyjnej improwizacji, albo nie genialne. tym momencie jemu przytrafił się taki genialny pomysł bez namysłu podał nożyczki wdowie Vilabrú.

Bierz, ty dziwko, najchętniej wbiłbym ci je szyję. Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa.

– Nie znajdę godniejszego pomocnika przy inauguracji trasy narciarskiej Tuca Negra.

Pani Elisenda nie dała się prosić, przekonana, że ma do tego prawo, zamiast pomagać, sama przecięła dwukolorową wstęgę odgradzającą władzom dostęp do wyciągu krzesełkowego, konkretnie do ślicznego szwajcarskiego domku, którym miano im serwować gorącą kawę dowolnym rodzajem procentów. Władze autokary oklaskiwały przecięcie wstęgi przez panią Elisendę, dziedziczkę domu Gravat. Po odłożeniu nożyczek na poduszeczkę dziedziczka ruszyła asyście władz stronę schroniska, które miało stać się centrum życia towarzyskiego Tuca Negra. Wyłącznie władze przekroczyły dopiero co zainaugurowaną już zatartą linię, ponieważ pasażerowie autokarów, którzy całe życie spędzali śniegu, nigdy nie zakładali nart; zimą mieli pod dostatkiem roboty naprawą wyrabianiem narzędzi rolniczych, klepaniem kos, smarowaniem sprzętu mechanicznego, łataniem dziur, wymianą potłuczonych dachówek, kiedy było mniej śniegu, doglądali bydła, patrzyli dal marzyli innym, nieosiągalnym życiu. Wyłącznie przedstawiciele władz Jacinto Mas, który nikogo nie pytał zgodę, tylko po prostu nigdy nie oddalał się od swojej pani, nie żeby ktoś nastawał na jej życie, ale dlatego, że jego życie, blizna na twarzy cała jego przyszłość miały sens wówczas, kiedy mógł wyczytać spojrzeniu jaśnie pani pochwałę dobrze, Jacinto, dobrze się spisałeś.

Ksiądz August Vilabrú pobłogosławił lokal (drewniane ściany pociągnięte pokostem, fałszywe trofea eksponowane na ścianie, duże okna, których rozciągał się widok na stok narciarski), wypędził złe duchy wodą święconą, wymamrotał pod nosem asperges me wypowiedział życzenie, używając słów, których nikt nie zrozumiał, by to miejsce zawsze promieniało dobrem. jednak po paru latach Marcel Quique zostali wplątani ten skandal pod prysznicem. jednak cała tłumiona nienawiść Quique zaowocowała przekleństwami złorzeczeniami, których te pobłogosławione ściany musiały rezygnacją wysłuchać. jednak schronisko Tuca Negra stało się siedliskiem trzydziestu zdrad małżeńskich rocznie, jeśli sezon wyjątkowo się udał dopisały warunki atmosferyczne, liczba ta wzrastała do czterdziestu; jednak wielu stałych klientów, ludzi dobrze wychowanych, nie miało skrupułów. Cóż tym mógł wiedzieć ksiądz August Vilabrú. On pobłogosławił to wszystko hurtem, spokojny dzięki błogiej nieświadomości, której pozbawiona była Bibiana, znawczyni ludzkich postępków ich przyszłych konsekwencji.

Władze, które wchodziły do pobłogosławionego schroniska, mogły obserwować przez okno niewiarygodne zjawisko liczącą około trzydziestu osób grupę narciarzy narciarek, pokazujących wystudiowanym uśmiechu doskonałe zęby, imponujących zdrową cerą, wyposażonych świetny sprzęt, zerkających ukradkiem stronę kamery kroniki filmowej, choć im tego surowo zabroniono, którzy nagle wyłonili się ze śniegu gawędząc swobodnie między sobą, ustawili się kolejce do wyciągu krzesełkowego zainaugurowanego dosłownie przed chwilą, przeczuciu, że dystyngowana klientela tylko na to czeka zjawi się tłumnie, korzystając nowej, asfaltowej drogi L-129, specjalnie zbudowanej odnogi pobliskiej autostrady L-1317. wszystko to, podsumowywał mówiący przez nos spiker, dzięki lokalnej inicjatywie przedsiębiorczości oraz znaczącemu wsparciu władz prowincji, które postanowiły przekształcić ten idylliczny zakątek atrakcję dla doborowych miłośników coraz bardziej popularnego naszym kraju sportu zimowego. Zapomniał tylko dodać, że mówiąc lokalnej przedsiębiorczości, użył eufemizmu, ponieważ siedemdziesiąt procent kapitału wnieśli Szwedzi, mimo że tak się brzydzą dyktaturą. Pozostałe trzydzieści procent należało do pani Elisendy domu Vilabrú, wdowy Vilabrú, jedynej potomkini wyłącznej dziedziczki trzechsetletniego majątku rodziny Vilabrú domu Gravat, dziedziczki osobistego majątku, też nie do pogardzenia, nieżyjącego już męża, Santiaga Vilabrú. Była jedyną przedstawicielką miejscowych przedsiębiorców, jako że wszyscy ewentualni inwestorzy pokręcili nosem stwierdzili, że jedna trasa narciarska Molinie wystarczy, Tuca Negra nie ma żadnej przyszłości. następnym reportażu Franco inaugurował kolejną zaporę, trzecią tym roku, tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym, dziewiętnastym od zwycięstwa.

Gubernator popijał kawę koniakiem palił śmierdzące cygaro. Uśmiechał się pod wąsem udawał, że patrzy na śnieg za oknem, podczas gdy rzeczywistości pożerał wzrokiem masochistyczną, niebezpieczną przyjemnością odbijającą się szybie sylwetkę jaśnie wdowy. Jaśnie wdowa, pani Vilabrú, doskonale zdawała sobie sprawę tego zaślinionego spojrzenia, widziała, jak wyciera, przejęty, spocone dłonie czoło, ale nie robiło to na niej wrażenia, bo liczne niezbadane ścieżki Pana. Spojrzeniem wydała polecenie Xato, by nie zabrakło koniaku gubernatorowi ani żadnemu innemu gościowi mundurze wojskowym czy falangistowskim. Pewien szczupły niepozorny mężczyzna wzniósł kieliszek wina jakby do toastu; już od ponad dwóch lat adwokat Gasull troszczył się legalność prowadzonych przez panią Elisendę interesów myślał tylko niej, jej oczach, jej koncie, jej najwyższym stopniu ryzykownych operacjach finansowych politycznych, jej cerze wyrafinowanej obojętności, jaką przyjmowała drżenie jego serca. Gasull chciał przesłać uśmiech na odległość, wzniesionym kieliszkiem wina, ale pani Elisenda nie zwróciła uwagi na pusty gest adwokata, bo właśnie otwartych drzwiach pojawił się Quique, wpuszczając do środka zimne powietrze, wraz nim Marcel dwaj inni doborowi narciarze. Musiała mu przekazać gratulacje gubernatora za udany slalom jeszcze dodała nie jadę do Barcelony, zostaję na noc Torenie, co nie jest informacją, Quique, tylko rozkazem. Idź teraz przywitać się gubernatorem. Razem Marcelem. Dyskretny uśmiech na opalonej od śniegu twarzy szefa trenerów Tuca Negra wyrażał satysfakcję. Ruszył stronę gubernatora towarzystwie Marcela Vilabrú. Jego Ekscelencja Nazario Prats ostentacyjnie zignorował przystojnego trenera położył dłonie na ramionach najmłodszej latorośli rodziny Vilabrú, chłopca niższej silniejszej postury niż ten idiota, jego ojciec. Powiedział Marcelowi Marcelo, twój ojciec, gdyby mógł tu być, czułby dumę. Nie masz pojęcia, jak bardzo. Biedny Santiago, szkoda, że nie dożył tej chwili. Wyobraź sobie, że ja dobrze wiem, czym mówię, łączyła mnie bowiem twoim ojcem prawdziwa szczera przyjaźń, jaka zdarza się tylko między dwoma otwartymi umysłami. Do tego stopnia, że, jak to się mówi, zmarł na moich rękach, biedny Santiago. Marcel Vilabrú uśmiechnął się uprzejmie, bo cała jego wiedza ojcu ograniczała się do chłodnej twarzy na jednym ze zdjęć, jakich wiele stało salonie domu Gravat. Szkoda, że taty tu nie ma, proszę pana, odpowiedział na wszelki wypadek gubernatorowi. Dobrze, Jacinto, dobrze się spisałeś.

3

Nie słyszała, co pyta uczeń, ten, zniecierpliwiony, pociągnął za rękaw, bo mimo że miała przed sobą atlas kontynentem azjatyckim, jej myśli przymarzły do drzwi pensjonatu Ainet. Wracało obsesyjne pytanie, kim była tamta kobieta, kim była, kto to mógł być, no kto.

– Nie widzę nigdzie Hongkongu.

Kiedy wróciła do domu, torebkę klucze rzuciła byle gdzie siadła pierwszym brzegu fotelu, milczeniu patrząc przed siebie niczym doktor Żywago, zaczęła obsesyjnie drążyć temat, ja myślałam, że jestem ponad takie uczucia jak zazdrość. ja myślałam, że zawsze będziemy postępować honorowo. ja myślałam, że... Nie: to upokarzające. Upokarzające jest przede wszystkim to, że mnie lekceważy, oszukuje, okłamuje, to wszystko za moimi plecami.

– co, wolałabyś, żeby to robił ostentacyjnie? wtrącił doktor Żywago, otwierając pyszczek szerokim ziewnięciu. To dopiero byłoby upokarzające.

– Nikt cię nie pytał zdanie, Juriju Andriejewiczu.

Doktor Żywago zamknął pyszczek, wygiął grzbiet właściwą sobie kocią gracją, nie tracąc godnej postawy, zeskoczył oparcia fotela zwinął się kłębek na kolanach Tiny. Głaskała go po głowie, za uszami, tak jak lubił, skupieniu, ponieważ już postanowiła, że gdy tylko Jordi się pojawi, poprosi go, żeby usiadł; niech się tłumaczy, kim ona jest, od jak dawna się nią zadajesz, co ona ma takiego, czego mnie brakuje, dlaczego mi to robisz, czy już mnie nie kochasz, nie wiesz, że moja miłość nie wygasła, dlaczego mnie oszukujesz, nasz syn, pomyślałeś nim, chcę się rozwieść, chcę cię zabić, ty skurwysynie, przysięgałeś mi wierność, czy ty rozumiesz, co znaczy to słowo? Znaczy wierzyć nie opuszczać drugiego, ty mnie zostawiasz, bo już we mnie nie wierzysz, dlaczego mi sam nie powiedziałeś, co się tobą dzieje, jeżeli brak ci odwagi, wyślij list, listy jak światło gwiazd, wiedziałeś tym, Jordi? Wydaje mi się, że nie zasłużyłeś, żeby ci wyjaśniać, co listy mają wspólnego gwiazdami. Co się między nami zmieniło, kiedy się zmieniło, którym momencie, czyja to wina, co zrobiłam źle, no co, Jordi, jaki popełniłam błąd, żebyś teraz po kryjomu zadawał się Maite, jeżeli to ona, czy Bego, czy Joaną, czy kimś, kogo nie znam. Kim jest kobieta, która zajęła moje miejsce, Jordi? Koleżanką ze szkoły? Jordi będzie na nią patrzył otwartymi ustami, przerażony, że ona wie wszystkim, czego nie wziął pod uwagę tych swoich paranoicznych kalkulacjach. wtedy zacznie płakać, będzie prosił przebaczenie, ona spróbuje zapomnieć tym gorzkim epizodzie, który na szczęście pozostanie tylko epizodem; trudno jej będzie zapomnieć, ale zrobi to, bo jest nastawiona pozytywnie zawsze chciała patrzeć przed siebie. kara? Jak powinna go ukarać?

Tina nie wiedziała, czy lepiej będzie teraz zrobić kolację czy czekać, Jordi wróci narady. Jordi Maite, intelektualista dyrektorka, niezła para oszustów cudzołożników, którzy po zakończeniu zebrania będą zwlekać wyjściem tak długo, zostaną sami ciemnym budynku. Jeżeli Jordi po powrocie zastanie kuchni, nie będzie miała odwagi wygarnąć mu tego, co miała do powiedzenia, bo takich sprawach nie rozmawia się przy garach, tylko siedząc wygodnie salonie, wtedy ona zacznie Jordi, wiem wszystkim, okłamujesz mnie, zdradzasz mnie jakąś kobietą, spotykacie się co tydzień pensjonacie Ainet, zawiodłam się na tobie, jestem smutna chce mi się płakać; przecież ja jeszcze jestem całkiem do rzeczy jako kobieta, trzy kilo nadwagi, ale całkiem nieźle się trzymam, Jordi, czy ty tego nie dostrzegasz? to tobie rośnie brzuch, ale mnie się podobasz, Jordi, brzuchem czy bez, czemu ciebie taki skurwiel, żeby mnie zdradzać, czy nie umówiliśmy się, że jesteśmy honorowi, Jordi? Tak, lepiej salonie niż kuchni. Ciągle głaskała po głowie doktora Żywago mimo woli myślała, że tamci pewnie już zostali sami budynku szkoły; wszyscy natychmiast się zmyli... Jeżeli nie, to dlaczego jeszcze nie wraca. Jeżeli to jest Maite. kim mnie zdradzasz, Jordi? Znam ją? Maite mnie popamięta, jeśli to ona.

Odczekała kolejny kwadrans, już czuła głód, ale nie chciała ruszyć się miejsca, wolała, żeby Jordi zastał właśnie tej pozie, czekającą na niego, gotową na wyjaśnianie ciemnych punktów ich życiu. Przyciągnęło jej wzrok pudełko cygar, które zostawiła na stoliku. Otworzyła cztery zeszyty Oriola Fontellesa. Mimo własnego cierpienia Tina miała uszach słowa Oriola córeczko, mój list jest jak światło gwiazd, dotrze do twoich oczu wiele lat po mojej śmierci. Koniecznie trzeba pisać, na przekór śmierci, to takie okrutne pisać, kiedy śmierć przysłania ci jakikolwiek blask nadziei. To musiało być wtedy, kiedy czekała na Jordiego, wtedy zrozumiała, że Oriol Fontelles desperacko pisał, żeby odebrać śmierci prawo ostatniego słowa.

Zauważyła napięcie doktora Żywago: zawsze wyczuwał Jordiego, zanim jeszcze znalazł się na schodach. Zeskoczył kolan Tiny pobiegł do drzwi. Chyba miał wyrzuty sumienia, że to robi, spojrzał kątem oka na Tinę podniósł ogon, próbując powiedzieć bardzo mi przykro, ale właśnie nadchodzi Jordi, nic na to nie poradzę. Usiadł przed drzwiami, Tina pomyślała obyśmy się kochali, ty ja, tak jak nas kocha Jurij Andriejewicz.

– Cześć, Jura powiedział progu Jordi, podczas gdy doktor Żywago ocierał się bezszelestnie nogawki jego spodni. Zauważył Tinę siedzącą fotelu zwrócił uwagę na dziwny wyraz jej twarzy. Co jest na kolację?

– Nic nie przygotowałam. Jak ci poszło?

– Dobrze westchnął. Jestem wykończony.

Zostawił kurtkę na wieszaku podszedł do żony. Pogłaskał po głowie, coś stylu cześć, Tina, zmęczony opadł na fotel doktora Żywago. Tina poczuła dreszcz pod wpływem pieszczoty Jordiego, doktor Żywago wskoczył mu na kolana, gotów go bronić.

Jordi, odkryłam, że mnie zdradzasz, co środę wychodzisz na zebranie związku nauczycieli, żeby spotykać się jakąś kobietą pensjonacie Ainet, wiem wszystkim, przestań udawać, oszuście, kim jest ta kobieta? Dlaczego jesteś taki fałszywy?

– Idę przygotować kolację powiedziała. Została zupa obiadu.

– Świetnie odpowiedział Jordi relaksując się, zamknął oczy, głaszcząc miękki kark doktora Żywago. Otworzył je ponownie, kiedy dotarło do niego, że Tina nie ruszyła się miejsca. Zaproponował:

– Jeśli chcesz, mogę usmażyć jajecznicę.

– Doskonale.

Zawsze stanowili zgraną parę, Tina Jordi. Odczekała, mąż będzie miał ręce zajęte przy kuchni siedząc nadal fotelu ze wzrokiem wbitym ścianę, bo czuła wstyd, zapytała jak się udało zebranie, co?

– Phi. Ròdenes się rozchorował.

– Będziecie musieli znów się spotkać?

– Tak, na pewno.

Ty obłudniku, taki synu, który okłamujesz własną żonę obrzydliwy sposób, starym, wyświechtanym kłamstwem, niewyszukaną wymówką wszystkich facetów, którzy robią skok bok, to wstrętne, co za bagno, ja myślałam, że nam się to nigdy nie przytrafi, bo nasza miłość jest szczera, my jesteśmy honorowi.

– Jedliście coś?

– Takie tam przekąski.

Tina wstała weszła do kuchni. Oparła się plecami drzwi, nie mając zamiaru pomagać przygotowaniach. Nie patrzyła na niego:

– Dużo osób przyszło?

– Sześć czy siedem. Całkiem sporo.

Ty obłudniku. Sześć czy siedem! Dwoje: ty ona, ona ty, zebranie łóżku, oficjalne rozpoczęcie, dyskusja na temat wprowadzania reformy nauczania rejonach wysokogórskich, ona rozkładała nogi, ty pieściłeś jej piersi tak delikatnie, jak wtedy, gdy pieścisz moje. Gdy pieściłeś moje. Ona. Kim jest? jaką kobietą mnie zdradzasz, jak mogło do tego dojść? nasze poczucie honoru?

Kolację zjedli milczeniu. Niemożliwe, żeby Jordiemu nie dała do myślenia ta cisza. Absolutnie niemożliwe, jaśniej nie da się tego wyrazić. No, tak. Jest inny, bardziej bezpośredni sposób. Słowami.

– Idę spać oświadczyła, zamiast szukać słów.

Jesteś żałosna; nie potrafisz zdobyć się na odwagę, żeby zadać proste pytanie dlaczego mnie zdradzasz, Jordi, ty skurwysynu, zaspokoić niezdrową ciekawość kim. Pewnie po to, żeby porównywać: co takiego ona ma, czego mi brakuje, czy ja mam coś, czego ona nigdy mieć nie będzie, jest młodsza czy starsza, na pewno jest szczuplejsza ode mnie, znam ją, nigdy jej nie widziałam. Dlaczego mnie się to przytrafiło? Dlaczego, przecież się kochaliśmy? Dlaczego, mój Boże, przecież byliśmy tacy honorowi...

– Ja też już się zbieram powiedział Jordi.

Przynajmniej weź prysznic, ty świnio. Teraz jest odpowiedni moment, żeby mu powiedzieć nie masz czego szukać tym łóżku. Nie odezwała się ani słowem. Patrzyła, jak Jordi się kładzie po dziesięciu minutach równo, spokojnie oddycha, jak człowiek poczuciem honoru, podczas gdy ona leżała szeroko otwartymi oczami ciągle nie mogła uwierzyć, że to się im przytrafiło. Zasnęła dopiero wpół do czwartej śniły się jej koszmary. Co mówiłeś, Sergi?

– Nie umiem znaleźć Hongkongu.

Hongkong. Sergi Rovira domu Ros nie umie znaleźć Hongkongu na mapie Azji. Poważna sprawa: nie wiedzieć, gdzie leży Hongkong. Teraz, kiedy już przerobili Chiny, to niedopuszczalne, by Sergi Rovira domu Ros szukał Hongkongu Japonii. czym ten chłopiec myśli? czym myślał Sergi Rovira, kiedy mówiła im, że to terytorium, jeszcze do niedawna brytyjskie, teraz znów należy do Chin myśl zasady jedno państwo, dwa ustroje; nie można być szczęśliwym, kiedy zdrada odbiera ci sen, czyżbyś nie wiedziała, że marzeń snów nie da się retuszować, że jak raz się na nich zawiedziesz, już nigdy nie będziesz im ufać.

– Proszę pani, czemu pani płacze?

Otarła łzy chusteczką, spłoszona, powiedziała to nic, nigdy wam się nie zdarzyło, że łzawią wam oczy, na przykład kiedy coś was szczypie?

– Jak się kroi cebulę. Też płakałem.

– ja.

– Ja też.

– No właśnie, masz rację, Alba. Ja teraz tak się czuję, jakbym kroiła cebulę przez całą noc.

Podczas długiej przerwy Maite zawołała do biblioteki, żeby pokazać materiał na wystawę. boku Joana katalogowała książki wszystkie przybory szkolne przeznaczone do ekspozycji: od gumki marki Ebro po pojedynczą różową kredkę kompletu Alpino. Maite wzięła do ręki starą książkę ze stosu leżącego na środkowym stole.

– Te podręczniki, które przywiozłaś Toreny odezwała się Joana, nie odrywając wzroku od fiszek genialne. Wydane roku czterdziestym drugim czterdziestym piątym.

– Dobrze, że Tina je przywiozła.

tym momencie Tina uświadomiła sobie, że już od wielu godzin nie myślała Oriolu Fontellesie jego zeszytach.

– Powinnaś przekonać Jordiego mówiła dalej Maite żeby powiedział parę słów na wernisażu.

– Przecież ty tu jesteś dyrektorką.

– Nie wychodzą mi publiczne wystąpienia.

jeżeli to ona? Jeżeli nielojalną koleżanką jest Maite? Wierna przyjaciółka, pracowita, ale niezbyt wybredna doborze facetów do łóżka? Może tak być? Może tak być. Czyli jeszcze na dodatek teraz każe jej namówić Jordiego... Co za hipokryzja.

Spojrzała jej prosto oczy, Maite odpowiedziała szczerym uśmiechem. Czy stać by było na taki chłód, taki cynizm? Maite odłożyła książkę na stół otrzepała ręce kurzu.

– To jak będzie? Pogadasz nim?

jeśli to nie Maite? Jeśli to jakaś nieznajoma kobieta?

– Słuchaj, Maite, nie mogę ci niczego przyrzec.

– On zawsze robi, co mu każesz stwierdziła dyrektorka poufałym tonem.

Leżąc szeroko otwartymi oczami do wpół do trzeciej nad ranem, Tina zastanawiała się, jak się zasypia boku niewiernego męża, nielojalnego oszusta, po czym wstała, przekonana, że bolesny smutek już nigdy nie da jej odpocząć, po cichutku wymknęła się do ciemni. Po raz pierwszy od kiedy urządziła małej łazience, przy entuzjastycznym aplauzie Jordiego obojętnym milczeniu Arnaua, zamknęła drzwi na klucz. Poczuła się obco we własnym domu. Zaczęła pracować, mimo że ze zdenerwowania drżały jej ręce, ale skoro nie mogła spać, czemu nie miałaby się tym zająć.

Kiedy wieszała wywołane mokre zdjęcia, zrozumiała, że nie pomógłby nawet teleobiektyw. Na wszystkich fotografiach widniał Jordi jego szerokie, niegdyś szlachetne, niegdyś kochane czoło; Jordi, jak wychodzi pensjonatu, patrząc przed siebie, jak obejmuje kobietę pasie albo bierze ramiona, jak coś do niej mówi. kobieta, ukryta kurtce kapturem, była tylko nieodgadnionym cieniem, mrocznym, bez znaków szczególnych, czegokolwiek, co mogłoby podsunąć jakiś trop. Kobieta, która ukrywa się ciemności. Należało zrobić zdjęcie fleszem, ale wtedy zauważyliby jej citroena przeżyłaby upokorzenie zdemaskowanego szpiega. Jordi natychmiast podszedłby ze słowami to nie to, co myślisz, Tino, naprawdę, tylko zebranie wcześniej się skończyło i... no wiesz, wpadliśmy się czegoś napić, znacie się? chcesz, żebym ci przedstawił?

– On zawsze robi, co mu każesz powtórzyła Maite, ta zołza.

więc tak ich postrzegali ludzie. Dlaczego tak bardzo się mylili? Dlaczego prawdę znał tylko doktor Żywago?

Joanie wypadła książka rąk. Schyliła się, przeciągnęła po niej dłonią, jakby chciała oczyścić, spojrzała na Tinę:

– Słyszałam, że zrobiłaś zdjęcie starej szkoły Torenie.

– Tak. Jeszcze nie zdążyłam go wywołać, szkoła już nie istnieje.

– Straszne.

– Tak. Tempus fugit jak zwariowany.

– Zrobisz dla nas odbitkę? Na wystawę...

– Tak, jasne. Możemy sfotografować przed po.

jeżeli kobieta na zdjęciu to Joana? Dyskretna sekretarka, poważna, ale zawsze żądna przygód. Pasuje, jeszcze jak. mój Boże, chyba zwariuję, dlaczego nie umiem się zachowywać godnością, dlaczego jestem zazdrosna, dlaczego jestem wściekła czuję się upokorzona, brudna jak ścierka, nie mogę spać nie mogę przestać myśleć, co zrobiłam nie tak, dlaczego ten szlachetny lojalny Jordi zdradza mnie ten sposób. Nie, Joana nie: może Dora albo Carme. Albo Pilar. Może Agnès, która jest... No dobrze, nie wiem. Carme całymi dniami opowiada pieprzne dowcipy, jak mężczyzna. Nie, raczej Dora, taka młoda... Ale wydaje mi się, że Dora jest za niska. Skąd mogę wiedzieć...

– Pani Tino, czy pani mnie słyszy? Powie mi pani, gdzie jest Hongkong, czy mnie pani olewa?

– Il faut tenter de vivre odpowiedziała. Dzieci popatrzyły po sobie, zdziwione rozbawione, nagle onieśmielone jej zachowaniem. Spojrzała na uczniów nieobecnym wzrokiem. Le vent se lève, tak dokończyła.

– Pani Tina mnie olewa.

4

Ekspres Szanghaju majestatycznie opuścił stację. Osie kół lokomotywy, dokonując tytanicznego wysiłku, wprawiły ruch ciężką, potężną lokomotywę, która ciągnęła dwa luksusowe wagony.

tym samym czasie pani Elisenda zdjęła łańcuszek krzyżykiem schowała go szkatułce kości słoniowej, następnie otworzyła drzwi od podwórka, żeby wpuścić Quique, który wchodził po kryjomu jak kłusownik, tylko Bibiana, która znała wszystkie westchnienia całym domu, parząc sobie rumianek, pomyślała biedna panienka.

Quique poczuł, jak mu się ściska gardło na widok pani Elisendy czarnej, długiej sukni, którą tak lubił. Ucisk gardle brał się stąd, że jego romantyczne nastroje ona zawsze ucinała, wydając mu kategorycznym tonem rozkazy, dodawała nie zawracaj sobie głowy nie myśl głupotach: przyszedłeś tu, żeby mnie zerżnąć nic więcej. Więc bierz się do roboty, za to ci płacę. Raniło go ostrze ukryte tych słowach. płaciła faktycznie dobrze. Bardzo dobrze. Elisenda zdejmowała długą suknię, rozkładała nogi prezentowała przed atletycznym, opalonym kochankiem swoje sekrety, jakby jej się spieszyło, jakby niewiadomego, tajemnego powodu oboje musieli wspólnie odprawić jakiś uciążliwy rytuał. Nigdy, podczas żadnej tych grzesznych nocy, Quique nie widział uśmiechu na jej twarzy. Nigdy. Natomiast jej namiętne krzyki utwierdziły go przekonaniu, że jako kochanek nie ma sobie równych. Ale żeby dostrzec wściekłość zawartą tym krzyku, Quique musiałby najpierw ściągnąć okulary słoneczne. Nie miał pojęcia, co jak się wydarzyło. Nie wiedział, że pani Elisenda pragnęła całych sił, by życie powtórzyło się od tego momentu, kiedy uciekła do Burgos, towarzystwie Bibiany, która nie chciała zostawić jej samej, walizką wypełnioną zemstą.

– Już doszłaś?

– Nie. Dziś jeszcze nie...

– Cholera.

Po raz pierwszy Quique poczuł zawód. Zwykle funkcjonował jak maszyna, która niezawodnie spełnia wszystkie oczekiwania.

Ekspres Szanghaju wesoło parł przed siebie, mijając pola uprawne most, prawdziwe dzieło sztuki brytyjskiej inżynierii, nad głęboką rzeką, po czym wjechał do pełnego tajemnic tunelu, zostawiając za sobą przygaszony, bardzo słaby dźwięk triumfalnego gwizdka.

– Nie wiem, co dziś ze mną nie tak... Quique usprawiedliwiał się zawstydzony.

Zadziwiająco delikatnie ujęła jego członek dłonie dużą znajomością rzeczy przywróciła go do życia, co zakończyło się zadowalającym wytryskiem. wdzięczności młodzieniec podarował jej kolejny orgazm przyjęty krzykiem, lecz nie rozkoszy, tylko furii, bo przypomniał jej, że miłość jest niemożliwa. Bibiana, siedząc swoim pokoju filiżanką rumianku, przeżegnała się westchnęła biedna panienka, taka ładna, taka bogata taka smutna, ciągle za nim tęskni, bo Bibiana pozbyła się wszystkich swoich cierpień, przejmując się wyłącznie cierpieniami panienki, dlatego rozumiała udręki duszy pani Elisendy Vilabrú.

Dokładnie momencie kociego wrzasku pani Elisendy ekspres Szanghaju wziął zakręt nadmierną prędkością. Ten zakręt tuż pod oknem. Pojazd wypadł torów runął na ziemię, przewracając ośnieżone sosny, których jedna wyleciała powietrze tak łatwo, jakby była wykałaczką. Dwa luksusowe wagony leżały nieruchomo żałosnym stanie poprzek torów; kręciły się jeszcze koła. Marcel nawet nie próbował interweniować. Oczywiście widział, że wykoleiła się jego ukochana lokomotywa, ale on tym czasie onanizował się ze łzami oczach, nie pojmując sensu krzyków, które przypominały kocie wrzaski. Gdyby pani Elisenda wiedziała, że dzięki cudom architektury jęki jej pokoju doskonale słychać na strychu, może by się zastanowiła przed podjęciem decyzji przeznaczeniu pomieszczeń na górze na dziecięcy pokój, elektrycznym pociągiem innymi bajerami, niemieckim gramofonem, stojakiem na narty, miejscem na buty narciarskie dodatkowym łóżkiem, na wypadek gdyby odwiedził go jakiś kolega.

– internatu nikt nie przyjedzie, miejscowi nie zostaną tu na noc.

– Nie chcesz tej leżanki?

– Uważasz, że Xavi Burés będzie tu nocował, skoro mieszka naprzeciwko?

Zdecydowała się na przebudowę strychu, żeby pocieszyć Marcela po nagłej śmierci ojca.

– Mamo, nie chcę wracać do szkoły.

– Już tym rozmawialiśmy.

– To syf. Wolę mieszkać tutaj.

– Trzeba ci wyparzyć buzię. Nigdzie cię tak dobrze nie wykształcą jak tam.

– Mógłbym chodzić do szkoły Torenie.

– Nie-ma-mo-wy. Koniec dyskusji. jak przyjedziesz do domu, będziesz miał całą górę do dyspozycji.

Quique szybko się ubrał, żeby skrócić niezręczność oschłego finału. Odprowadziła go do kuchennych drzwi, kiedy została sama, siadła salonie nocnej koszuli ze szkatułką kości słoniowej dłoniach. Zbierało się jej na płacz, czuła się upokorzona. Jak na ironię, odległej przeszłości powracały do niej dawne przestrogi matki Venàncii, która zawsze powtarzała, że czystość jest największym skarbem kobiety, panno Elisendo Vilabrú, celujący arytmetyki, celujący geografii, celujący łaciny zero czystości, matko Venàncio, to wszystko powodu nieszczęścia.

– Na ogół, moje dziecko, kobiety nie czują silnego pożądania.

– Myślę, ojcze, że potrafiłabym się obyć bez seksu.

– To już naprawdę nic tego nie rozumiem, córko spowiednik zamilkł, skonsternowany. Ulicą Llúria przejeżdżał właśnie hałaśliwy tramwaj ciemnym konfesjonale na moment zapanowała cisza.

– Sama nie wiem. To taka potrzeba... Chcę pokazać, że... Nieważne.

– Ważne, słucham cię, córko.

– Nie, nie, nic.

– Dlaczego nie wyjdziesz ponownie za mąż?

– Nie, nigdy więcej. Przeżyłam wielką miłość obiecałam sobie, że nigdy więcej nie wyjdę za mąż.

– Więc dlaczego zadajesz się mężczyznami?

– wściekłości.

Następny tramwaj. Spowiednik przeciągnął ręką po policzku, który tej porze dnia już nie był całkiem gładki. Zastanawiał się, co powiedzieć.

– Nie rozumiem cię, moje dziecko.

– Wolałabym, żeby sprawy nie potoczyły się tak, jak się potoczyły.

– Tak... Długa chwila refleksji. Zastanawiałaś się może kiedyś nad chrześcijańską cnotą rezygnacji?

– Czy może mi ojciec udzielić rozgrzeszenia?

Zanim poszła do sypialni, zupełnie rozbudzona, przesunęła dłonią po zdjęciach na serwantce, jakby chciała zrobić szybką powtórkę ze wszystkich swoich miłości nienawiści. Zgasiła światło salonie. Przez szczeliny żaluzji sączyła się słaba poświata mroźnego księżyca.

Bibiana, od kiedy żyła duszy jaśnie pani potrafiła jednym spojrzeniem odgadnąć jej myśli, pociągnęła ostatni łyk smętnego rumianku też zgasiła światło swoim pokoju.

Wiesz, synu? Cmentarze małych miejscowościach zawsze mi się kojarzyły ze zdjęciami rodzinnymi, których nie możesz się wycofać: wszyscy się znają wszyscy pozostają nieruchomi; jeden obok drugiego już na zawsze, każdy zatopiony swoich marzeniach. Nawet nienawiść gubi drogę takim bezruchu. Nie myśl sobie, gdyby to ode mnie zależało, nigdy bym nie grawerował tego nagrobka, mimo że to twój nauczyciel. Nie podoba mi się, że muszę utrwalać kamieniu pamięć mordercy. Ale czasem musimy robić coś, co nie jest po naszej myśli, tak jak teraz: poległ za Boga za Hiszpanię współwinny zbrodni, której zawsze będziemy pamiętać. Równo wymierzyłem, co?

– Tak.

– Widzisz? Tu zamarkuję główkę gwoździa.

– Po jednej każdej strony.

– Bardzo dobrze, synu. Wkrótce będziesz wiedział więcej niż ja. Nauczyciel nie zasługuje na takie ceregiele, ale nie umiem pracować byle jak. Tak, widzisz?

– Tak. Ojcze, pozwól mi wyszlifować płytę.

– Nauczycielu spod ciemnej gwiazdy, narobiłeś więcej zła niż sam pan Valentí, bo tamten przynajmniej niczego nie udaje. Wyrzuć go pamięci, Jaumet. Nie mów nikomu, czym tu dziś rozmawialiśmy. Amen.

Tekst

II

Imiona na ziemi

 
 
 

Talitha kum.

 

EWANGELIA WEDŁUG ŚW. MARKA, 5,41

 
 
 

Gdyby nie fakt, że dzień należy do wyjątkowych, ksiądz Rella już dawno przegoniłby gdzie pieprz rośnie z pół tuzina swoich owieczek, które przez całą podróż – dwa dni zwiedzania Rzymu i nawet w dniu uroczystości – bez przerwy krytykują organizację pielgrzymki, czyli organizatorów, czyli księdza biskupa, niby półgębkiem, ale tak, że on dobrze słyszał to owcze beczenie. A najgorsza jest Cecilia Báscones, niech Bóg mi wybaczy, ale im starsza, tym więcej ma energii. Mój Boże, jak ciężko jest okazywać miłosierdzie wszystkim owieczkom z bożej owczarni, zwłaszcza tej Báscones, która już trzeci raz podczas ich pobytu w Rzymie rzuca niby od niechcenia komentarz, w obecności zaprzyjaźnionych kumoszek, że to jej one wszystkie zawdzięczają wyprawę do Wiecznego Miasta. Ksiądz Rella musi się bardzo starać, żeby nie okazywać niechęci, jaką budzą w nim jego owieczki, zwłaszcza te kobiety, które teraz uśmiechają się do niego, bo napawa je dumą perspektywa imponowania wszystkim po powrocie, że zostały wpuszczone do prywatnych apartamentów watykańskich wejściem zarezerwowanym dla wyjątkowych gości, takich jak my. A ten gwardzista szwajcarski, niczego sobie, tak między nami. Pewnie niewiele by zwojował tą swoją lancą z mosiądzu, ale jakie ma piękne oczy, akurat jak mój wnuk. I jeszcze odźwierny, który nas wpuszcza do środka. Niestety, ten dureń, ksiądz Rella, nic tylko nas liczy, jakbyśmy byli stadem baranów czy uczniami na wycieczce szkolnej.

– Quarantanove e txinquanta – podnosi głos pasterz owczarni. Odźwierny nie odwdzięcza mu się ciepłym uśmiechem za tę próbę mówienia po włosku. Co to ich obchodzi, tych wszystkich facetów.

Grupa złożona z dwunastu byłych falangistów z długim stażem emeryckim, każdy z małżonką, pięciu burmistrzów różnych orientacji politycznych i barwnej reprezentacji kilku diecezjalnych rad parafialnych zostaje porzucona na pastwę losu w korytarzu tak szerokim, że można by w nim urządzać bale, ozdobionym freskami w górnej części, tworzącymi fryz na całej długości i wypełniającymi przestrzeń pomiędzy okrągłymi oknami. I jeszcze ogromny obraz przedstawiający świętego Józefa z rozkwitającą różdżką. Na drugim końcu korytarza inna grupa, podobna do nich, porozumiewa się nie wiadomo jakim językiem, zdaniem pana Guardansa, chyba rosyjskim.

– Tego świętego Józefa chyba żółć zalewa.

– Faktycznie, na to wygląda. Chyba mu się podniósł poziom bilirubiny. Mogę się założyć, że powodem żółtaczki tego świętego jest nadmierna hemoliza erytrocytów.

– O cholera.

– Jesteście państwo pewni, że to święty Józef?

– Pół tonu ciszej – mówi ksiądz, który zaczyna mieć już tego dość.

– Niech ksiądz zapyta, czy jest tu gdzieś łazienka.

– Musi być.

– Nie odzywaj się. – Do księdza: – Może ksiądz zapyta?

Ksiądz stoi tyłem, niezadowolony, żeby nie dać po sobie poznać rozdrażnienia. Oczywiście osobą, która musi natychmiast zrobić siusiu, jest pani Báscones, skaranie boskie. Ksiądz się rozgląda, ale dostrzega tylko znudzoną zbroję podpierającą ścianę tuż za grupą rosyjską.

– Chyba o nas nie zapomnieli, co?

– Mam nadzieję, że nie. Przebyć taki kawał drogi, żeby człowieka zamknęli w jakimś korytarzu razem z Rosjanami...

– Czy oni przypadkiem nie wyznają innej religii?

– Moje panie, proszę o spokój.

Najpierw cicho, potem coraz głośniej nad rejwachem niezadowolonych głosów wybija się stukot obcasów, roztaczając magiczną aurę bezsprzecznego autorytetu. Powoli szum milknie. Widać, że wszyscy nasłuchują tych kroków, które zbliżają się nie wiadomo skąd, bo w tym ogromnym gmachu echo roznosi się we wszystkich kierunkach. Nagle zza rogu tuż za grupą wyłania się młody człowiek, zaskoczony i ucieszony, że ich tu znalazł, i z uśmiechem zwraca się do pierwszej z brzegu osoby, zachęcając gestem, żeby iść za nim. Ksiądz Rella, nie chcąc stracić autorytetu w oczach grupy, wysuwa się naprzód, podchodzi do młodzieńca i podaje mu rękę. Tamten przyjmuje ów gest ze zrozumieniem. Ale ksiądz ma problem do rozwiązania, więc pyta łazienka?

Mężczyzna patrzy na niego zdziwiony.

– Toilette, gabinetto – próbuje dalej ksiądz.

Teraz dociera do młodzieńca, o co chodzi. Zatrzymuje się, bo właśnie stoją przed gabinetto, pół godziny przerwy, nie zdejmować plecaków, nie pić za dużo wody, można usiąść, ale nie wolno się kłaść, można podziwiać otoczenie. Na drugi raz niech im zorganizuje pielgrzymkę święta Rita, zarzeka się ksiądz.

Teraz podchodzą do nich ci Rosjanie czy kim oni są, reagując na nagłe poruszenie. Obie grupy niebezpiecznie się mieszają i jeden z tamtych na pytanie zadane po angielsku przez Guardansa, najbardziej obytego z nich wszystkich, protestuje, skądże znowu, wziął nas pan za Rosjan? Niestety, nie może się podzielić z pozostałymi tą rewelacją, bo przeważająca część obu grup z westchnieniem ulgi oddaje się właśnie opróżnianiu przepełnionych pęcherzy.

 
 

5

 
 

Na końcu ulicy Głównej, obecnie Joségo Antonia, znajdował się dom Gravat, wzniesiony, jak głosił napis wyryty na nadprożu, w tysiąc siedemset trzydziestym pierwszym roku. Wybudował go Joan Vilabrú i Tor w miejscu należącego do jego rodziny gospodarstwa Gravat, kiedy zdecydował, że praca i dom to dwie różne sprawy. W gospodarstwie Padrós, gdzie mieszkali dotychczas, zostawił zarządcę, administratora, wszystkich parobków, do ostatniego popychadła włącznie, maszyny, narzędzia, siano, ziarno, gzy, smród, gnój, muły, cielaki i cały żywy inwentarz, i urządził nowy dom na taką rezydencję, jakie widywał w Barcelonie, dokąd się wybrał, żeby odkupić tytuł od zrujnowanego barona z Malavelli; w wyniku tej operacji powiększył ogromny majątek rodzinny o parę grządek i dołączył do towarzystwa drobnej szlachty. Jeden z jego synów, który potraktował poważnie awans na barona, szukał szczęścia w Barcelonie i na Minorce, ale w końcu docenił bezpieczeństwo swojskiej doliny, przekonany, że rodzina potrafi się wzbogacić, zajmując się tym, co zawsze: kupowaniem i sprzedawaniem bydła, upłynnianiem nadwyżek siana zebranego na ich polach, handlem wełną, obrotem gruntami, inteligentnym wykorzystaniem tego, co dzięki uwłaszczeniu dóbr kościelnych Historia serwowała im na tacy; nasłuchiwaniem, skąd wieje wiatr, żeby ubiec innych i pochwycić w lot każdą użyteczną informację, odstępując zarządzanie gruntami ludziom w najwyższym stopniu godnym zaufania tylko wtedy, gdy dosłownie żaden Vilabrú nie mógł się tym zająć osobiście. Od tego czasu posiadłość Gravat rosła wzdłuż i wszerz. W tysiąc siedemset osiemdziesiątym roku na ścianie frontowej pojawił się wykonany techniką sgraffito wspaniały, sławny w okolicy mural przedstawiający powtórzoną trzykrotnie na płaszczyznach oddzielonych balkonami tę samą, dobrze zbudowaną kobiecą postać symbolizującą czas żęcia traw, postrzyżyny owiec i redyk stad na idylliczne uroczyska. Gdyby było więcej miejsca, potomkowie Joana Vilabrú w czwartym pokoleniu mogliby dodać do tego inne sceny, też idylliczne, przedstawiające długą karawanę przemytników zmierzających z towarem w kierunku przełęczy Salau, ponieważ w XIX wieku sporo grosza do kiesy rodziny Vilabrú wpadło dzięki dobrym układom z bandami przemytników. Żeby korzystnie handlować z kupcami z Arieja czy z Andory, wystarczyło dać w łapę karabinierom ze straży pogranicza, umiejętnie rozparcelować towar i w żadnym razie nie dać się przyłapać władzy na gorącym uczynku. Wreszcie nadeszły czasy świętej pamięci Marcela Vilabrú (1855–1920, mąż opatrznościowy Toreny, R.I.P.), który, kiedy tylko zakończyło się szalone awanturnictwo Pierwszej Republiki, lojalnie zaczął współpracować z przywróconą do łask monarchią, i żeby szacowna rodzina Vilabrú rzeczywiście nie tylko budziła grozę, ale i szacunek, zdecydował, że drugi syn, August, zostanie księdzem, a najmłodszego wysłał do Akademii Wojskowej. Kiedy ci synowie już się ustawili, zmarł najstarszy, ten, który miał zostać dziedzicem, Josep (Josep Vilabrú, 1876–1905, nasz nieodżałowany syn, R.I.P.), i ojciec wybudował rodzinny panteon na cmentarzu w Torenie, wydając fortunę na uporządkowanie całej tej poświęconej ziemi. Zawistnicy twierdzą, że pan Marcel na dobrą drogę wkroczył pod przymusem, kiedy na przełomie wieków pojawili się przemytnicy odważni i nieobliczalni, świetnie zorientowani w terenie, znający wszystkie drogi, ścieżki i bezdroża, kryjówki, spichlerze i pasterzy, których już nie satysfakcjonowało pośredniczenie i zaczęli handlować na własną rękę.

Gdy otwierały się drzwi domu Gravat, człowiek od razu znajdował się w innym świecie, otaczała go inna atmosfera, specyficzne zapachy, przytłumione dźwięki i trzy służące, podwładne starej Bibiany, które bez przerwy ścierały kurze i walczyły ze smrodem przenikającym do środka przez tysiące szczelin. Drzwi po prawej stronie holu prowadziły do wielkiego salonu przeznaczonego dla gości. W przestronnym salonie stały trzy solidne fotele, sofa i dwuosobowa kanapka chippendale, kominek, w którym ogień palił się przez całą zimę, nad kominkiem półka pełna bibelotów, dwa lustra zachowujące w tajemnicy to, co widziały, oraz olejny portret dziadka Marcela. Tuż obok drzwi wisiał duży ścienny zegar, z tego samego kompletu co reszta mebli, który co godzinę głębokim, szlachetnym tonem przypominał domownikom, że czas ucieka i nie wraca. Na prawo od zegara, tuż przy balkonie, stała komoda z szufladami pełnymi dokumentów potwierdzających, że w tym domu od jedenastu pokoleń rodzina Vilabrú zarabiała pieniądze i powiększała swoje włości. Na komodzie wyeksponowano osiemnaście zdjęć, osiemnaście tajemnic bolesnych poświęconych tym dwom postaciom, których wspomnieniem oddychał cały dom i jego mieszkańcy. Jaśnie pan Anselm Vilabrú, w mundurze polowym ze stopniem kapitana, i dwójka dzieci, Josep i Elisenda, w atelier fotograficznym: Anselm Vilabrú z ciemnymi, nastroszonymi wąsami, Josep ze spojrzeniem zagubionym we mgle i Elisenda zamyślona. Pewnie już w dzieciństwie chciała decydować o przyszłości świata. Fotografie rodzeństwa w różnym wieku. Elisenda jako podlotek, sama. Oriol przesunął palcem po ramce tego zdjęcia: ten sam doskonały owal, z idealnym nosem i żywym spojrzeniem. O tak, trudno będzie oddać te oczy. Na największym zdjęciu, na poczesnym miejscu, kapitan Anselm Vilabrú, już w cywilu, i jego najstarszy syn Josep jako młodzieniec altius, citius i fortius, zasiadający w ogrodzie domu Gravat, przy stole z serwisem do herbaty, wpatrywali się obaj w obiektyw z takim natężeniem, jakby w nim szukali tej odrobiny przyszłości, jaka im została w chwili pozowania. Cztery dni temu kupili grunty w Boscosie i jaśnie pan Anselm chciał zgarniać pieniądze pełnymi garściami, żeby zrekompensować sobie królewską niełaskę, czyli utratę praw do baronii w Malavelli, ale lada moment samowolna bojówka FAI[1] z Tremp, którą dowodził nauczyciel Cid, wyciągnie ich obu z domu za uszy, aż na ugór Sebastiana za cmentarzem, w środku dnia, a za tym, Bibiano, musiał stać Bringué i tamtych dwóch, jak im tam, no, jak im tam, to oni na nas donieśli, Bibiano, co tam mogli o nas wiedzieć w Tremp, to oni ich tu ściągnęli, Bibiano, przysięgam ci, że ta śmierć stanie im ością w gardle. Cicho siedź, dziecko jesteś. Bibiano, nie mam zamiaru milczeć.

I jeszcze kilka zdjęć o tematyce wojskowej. Na najwyraźniejszym z nich kapitan Anselm Vilabrú w oficerskiej czapce z trzema gwiazdkami stał z zadowoloną miną obok dwóch Ryfeńczyków, którzy wyglądali na pokonanych, niczym myśliwy wpatrujący się w obiektyw z nogą opartą o ustrzelonego jelenia. (Jak się dobrze przyjrzeć, dało się zauważyć, że obaj Marokańczycy trzymali ręce z tyłu, co poniekąd tłumaczyło zadowoloną minę kapitana Vilabrú.) Josep wyjaśnił Elisendzie w tajemnicy, że nie widać rąk Ryfeńczyków, bo zostali związani, byli więźniami; po zrobieniu tego zdjęcia tato kazał ich rozstrzelać. On sam ich dobił, ale nikomu o tym ani słowa, nie przyznawaj się tacie, że wiesz to ode mnie, bo cię zabiję. I Elisenda zachowała to dla siebie, a teraz Oriol odstawił zdjęcie na miejsce, nie poznawszy jego sekretu. Dlaczego nie ma żadnego zdjęcia matki? – zastanawiał się. Czyżby pani Elisenda była sierotą? Jej mąż też nie zasłużył na zdjęcie?

Zegar oznajmił obojętnym tonem, że jest szósta po południu i że na zewnątrz zmierzcha.

– W tym miasteczku kryje się dużo skurwysyństwa, powinieneś o tym wiedzieć – zakomunikował mu pan Valentí Targa w dniu, kiedy podpisywał jego nominację na stanowisko nauczyciela w Torenie.

– Jestem nauczycielem i muszę pilnować swoich obowiązków, które...

– Jesteś nauczycielem i będziesz, kim ja ci każę.

Siedzący na krześle burmistrz podniósł głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Oriol stał przed nim i po raz pierwszy w obecności pana Valentína poczuł, jak uginają się pod nim kolana. Nic nie odpowiedział, a burmistrz dał mu głową znak, żeby usiadł. Potem go oświecił, że kiedy ojczyzna tkwiła w marazmie rewolucji komunistycznej i separatystycznej, na którą odpowiedzią było Glorioso Alzamiento, opatrznościowe powstanie, tu, w Torenie, wydarzyło się coś bardzo poważnego.

– Co się wydarzyło?

Oriol wpatrywał się w ścianę za burmistrzem. Po prawej Franco w grubym polowym płaszczu, po lewej José Antonio z włosami natłuszczonymi brylantyną, w ciemnej koszuli, a na środku obłudna mina ukrzyżowanego, na takim samym krucyfiksie jak w szkole.

– Ona woli o tym nie mówić: to jej ojciec i brat.

– Jaka ona?

Valentí Targa patrzył na niego zdziwiony. Po chwili ocknął się i wyjaśnił:

– Pani Elisenda Vilabrú.

Matowym głosem, jakby ciągle nie umiał zapanować nad emocjami, powiedział, że przyszli po nich dwudziestego lipca, że to była bojówka czerwonych i anarchistów z Tremp. Słyszałeś kiedyś o Máximo Cidzie? Nie? Nauczyciel, taki jak ty. A jednocześnie zbrodniarz. Zbrodniarz, którego załatwili jego właśni ludzie i przez to straciłem okazję, żeby się z nim porachować.

– Pani Elisenda nic mi o tym nie mówiła.

– Często się z nią spotykasz?

– Nie. Złożyliśmy jej wizytę z Rosą. A dlaczego?

– Nie, nic.

– Faktycznie o tym nie mówi, ale ma zdjęcia. Zdjęcia brata i ojca.

– Nie wspomina o tym, bo chciałaby zamknąć ten rozdział.

Sięgnął po papierosa i przez chwilę palił w milczeniu. Wyłuskując z dymu wspomnienia, zaczął opowiadać założyli im sznur na szyję i ciągnęli aż na ugór Sebastiana. Pan Vilabrú zmarł po drodze. Ale Josep, biedny chłopiec, jeszcze żył, więc go oblali benzyną. Dodał, że wspólnikami tej zbrodni są ludzie z miasteczka.

– Tak pan uważa?

– Trzech morderców i parę tuzinów ludzi, którzy nie kiwnęli nawet palcem. Bringué, Gassia, ci z domu Maria del Nasi...

Teraz Oriol, stojąc przy oknie w domu Gravat, patrzył, jak światło powoli dogasa, ustępując miejsca nocy i z niewiadomej przyczyny ogarnęła go melancholia. I właśnie w tym momencie zabłysło słońce, bo pojawiła się pani Elisenda, coraz piękniejsza. Uśmiechała się nieśmiało, ale Oriol zwrócił uwagę, że od razu szybko obrzuciła go wzrokiem, żeby sprawdzić, czy przyniósł przybory do malowania.

– Jak mam usiąść? – zapytała, nie mogąc się doczekać.

Oriol poczuł, że ma niebo w zasięgu ręki. Niebo w postaci ramienia pani Elisendy. Jak to możliwe, że ta kobieta, mimo swojej młodości, wygląda jak bogini, a mnie się plącze język i nie umiem powiedzieć proszę usiąść tu, na tym krześle, trochę w tę stronę, do mnie, o tak.

Elisenda założyła brylantowe kolczyki, rzucające iskry przy każdym, nawet najmniejszym poruszeniu głową i oślepiające Oriola, który właśnie wydusił z siebie wyznanie, że nie jest malarzem, tylko rysownikiem.

– Portret, który pan namalował Rosie, jest doskonały.

– Dziękuję.

Oriol czuł się oszołomiony, tym bardziej że teraz zaczęła do niego docierać czarodziejska aura tej kobiety, mieszanka świeżego, delikatnego zapachu perfum i czystego ciała. Zapach nardu, powiedziała Rosa, nie podejrzewając, że śnił o nim przez dwie noce.

Rozkładał tubki z farbą, paletę i pędzle, starając się nie patrzeć przed siebie, zdenerwowany, bo pierwszy raz był z nią sam na sam. Wcześniej przychodził do domu Gravat z wizytą, w towarzystwie Rosy, i zawsze przy ich spotkaniach znajdował się ktoś trzeci. Nie tym razem. Elisenda, wspaniała i promienna, przestrzeń przesycona nardem i białe płótno. Drżącymi palcami odkręcał tubki z farbą. Spojrzał na swoją Elisendę. Swoją klientkę.

– Zapłaci?

– Tak powiedziała.

– Ile zapłaci?

– Nie podałem ceny. Nie wiem, ile powinienem wziąć. Ale nalegała, że chce zapłacić.

Rosa wbiła igłę w koszulę i odłożyła ją na koszyk z przyborami do szycia, po czym dotknęła ręką brzucha, jakby chciała kontrolować ruchy dziecka, i spojrzała na Oriola smutnym wzrokiem. Powiedziała zażądaj pięćset peset.

– Naprawdę?

– Tak. Jeśli powiesz mniej, będzie wyglądało, że marny z ciebie artysta.

– Bo marny ze mnie artysta.

– Sześćset peset.

Oriol przesunął dłonią po twarzy. Jak tu zażądać sześciuset peset od zjawiskowej kobiety.

– Sześćset – potwierdziła Rosa. – I to jak najszybciej, bo gotów jesteś w ogóle o tym nie wspomnieć.

– No wiesz...

– Oriol, sześćset.

Powinien zażądać sześciuset peset. Teraz? Kiedy zakończy tę sesję? Jutro? Nigdy?

– Tak dobrze wyglądam?

Dobrze wyglądasz w każdej pozycji.

– Jeśli pani pozwoli...

Oriol podszedł bliżej, aż owionął go duszny zapach nardu, podniósł jej rękę i położył delikatnie na oparciu krzesła; drżącymi, błagalnymi palcami dotknął jej podbródka i delikatnie obrócił twarz w bok, żeby zmienić pozycję frontalną. Może sam siebie oszukiwał, ale dotykając tego ciała, czuł przechodzący go prąd. Może tylko tak mu się wydawało, lecz w spojrzeniu jaśnie pani, kiedy wziął ją za rękę, dostrzegł tłumione pożądanie. Nie jestem pewien. Chyba tak.

– To pierwszy portret w moim życiu – powiedziała lekko drżącym głosem.

Chciałbym cię sportretować nago. Zgodziłabyś się?

– Wie pani? Dziś zrobimy tylko... Dziś zaplanuję kompozycję. I tylko parę pociągnięć pędzlem, żeby sprawdzić światło...

Nie odważę się tego zaproponować, ale tak naprawdę chciałabym ci pozować nago. Masz takie szlachetne ręce, subtelne spojrzenie. Lepiej mnie nie dotykaj, bo...

– Mój mąż uparł się na ten portret, więc żeby mi tu nie sprowadził kogoś obcego, ja sama...

Dlaczego nigdy nie widziałem twojego męża? Dlaczego nie masz go nawet na zdjęciu?

Oriol upozował naelektryzowaną rękę modelki, cofnął się dwa kroki, żeby się jej przyjrzeć, zmieszany, i wrócił ze złamanym sercem do sztalug. Zaczął szkicować węglem i to go uspokoiło.

– Już pan zdecydował, ile mnie to będzie kosztować?

– No... Ja... Nie trzeba, żeby...

– Nalegam. Jeśli pan nie weźmie pieniędzy, nie będę pozowała.

– Sześćset – wyszeptał zawstydzony.

– Ile?

Teraz mnie pośle do diabła, nazwie złodziejem, przemytnikiem, oszustem i lichwiarzem.

– Pięćset – poprawił się, nieco zmieszany.

– Ach, świetnie. Prawdę mówiąc, myślałam, że będzie drożej.

Imbecyl. Idiota. Osioł.

Zamilkli oboje. Płynęły minuty, noc zamalowywała pędzlem ciemności pejzaż za oknem, a tymczasem Oriol szkicował węglem na płótnie profil kobiety.

– Ma pani tu jakąś książkę? – ożywił się, bo wpadł na koncepcję obrazu. – Zresztą, wszystko jedno: proszę wziąć zdjęcie. Tak, proszę je trzymać w dłoniach jak książkę. O, tak.

Brylantowe kolczyki przy jej minimalnym ruchu rzuciły tysiące iskier nadziei. Jaką ma delikatną szyję. Co za piękne ręce artysty, jakie szerokie czoło, co za głos.

Oriol podszedł do pani Elisendy i wyjął zdjęcie z jej rąk. Przedstawiało księdza w sutannie i pelerynie z porządnej wełny, z grubym łańcuchem przyczepionym na wysokości trzeciego guzika i z książką w ręce; miał miłą twarz i nieco ironiczny uśmiech; siedział przy tym samym stole w ogrodzie co na innych zdjęciach. Obok niego stał kapitan Anselm Vilabrú, w cywilu, wpatrując się w obiektyw przenikliwym wzrokiem, ale z miną pozornie pogodną, tak jak ksiądz. Wydawało się, że obaj przeżywają szczęśliwe chwile.

– Proszę trzymać zdjęcie jak otwartą książkę.

– Nie potrafię.

– To proszę mi coś opowiedzieć. Kim są ci ludzie na zdjęciu.

Oriol wrócił do sztalug, a tymczasem pani Elisenda zaczęła posłusznie recytować ci dwaj to mój ojciec i stryj August, jego brat. Mój ojciec jest najmłodszy z rodzeństwa. To znaczy był. Potem stuknęła palcem trzy czy cztery razy w postać księdza:

– Niedawno wrócił z Rzymu. Musiał uciekać, kiedy... No, w dniu śmierci mojego ojca. – Spojrzała na zdjęcie z uwagą, jak gdyby widziała je po raz pierwszy. – A tak bardzo go kochał.

Ksiądz August Vilabrú odłożył książkę na stół, zwolnił fotografa, który opuścił ogród, i poprosił brata, żeby usiadł. Miły wyraz twarzy rodzeństwa rozpłynął się jak galareta na słońcu.

– Chcę cię poinformować o postępach twojej córki.

– Wszystko mi jedno, słowo honoru. Elisenda to tylko dziewczynka. Ja bym wolał, żeby Josep miał trochę więcej oleju w głowie.

– Mój Boże, Anselmie – powiedział, przestając panować nad sobą. – Skąd w tobie tyle nienawiści?

– Nie masz prawa mnie pouczać.

– Sądzę, że mam. Jestem od ciebie siedem lat starszy, jestem kapłanem i teologiem.

– Jesteś matematykiem w sutannie, którego interesują tylko pochodne i całki. Nie wiesz, co to znaczy pole bitwy.

– Matko Najświętsza... – Zgorszony, pojednawczym tonem: – Pole bitwy...

– Nie bądź takim hipokrytą, w Biblii pełno jest krwi, bebechów i pól bitewnych.

– Zmieniasz temat rozmowy.

– Niczego nie zmieniam. – Anselm Vilabrú, kapitan, od pięciu miesięcy na przymusowym urlopie, wstał wściekły i pochylając się nad bratem, bombardował go słowami o śmiertelnej sile rażenia. – Tobie nikt nie zabije sześćdziesięciu ludzi z powodu niefortunnego rozkazu.

Ksiądz August milczał, z czego jego brat skorzystał, by kontynuować. Niech to zostanie między nami, ale trzeba jasno powiedzieć, że mój prawdziwy wróg to nie Igueriben ani marokańskie siły zbrojne, ani Alhucemas, ani nawet ten zdrajca Muhammad ibn Abd al-Karim. Moim wrogiem jest król, ma na imię Alfons XIII. To kawał głupiego skurwysyna, który położył palec z równo przyciętym paznokciem na mapie w sali, gdzie zwykł bawić się w wojnę, i powiedział tutaj, tu chcę wysłać wojsko, do Alhucemas, na co inni zareagowali ależ Wasza Wysokość, powinno o tym wiedzieć naczelne dowództwo. A ten pieprzony król...

– Bądź uprzejmy uważać na język. Obrażasz moje uszy.

– Dobrze, no więc król, kiedy usłyszał, że go przekonują ależ Wasza Wysokość, o tym powinno wiedzieć naczelne dowództwo, znów stuknął w mapę palcem wskazującym, tam, gdzie Alhucemas, i powtórzył tutaj, a wszyscy patrzyli przerażeni, nie wiedząc, jak zareagować, i dlatego króla, który za karę odebrał mi baronię, uważam za swego wroga i cieszę się, że żołnierz takiego pokroju jak generał Primo de Rivera, odważny i poważany, wprowadza porządek w tym nieszczęsnym kraju, w którym przyszło nam żyć. Czy jasno się wyrażam?

Kapitan Anselm Vilabrú nauczył się słuchać samego siebie w Akademii Wojskowej i z biegiem lat osiągnął dużą zręczność retoryczną. Teraz czuł się usatysfakcjonowany efektem, jaki wywarło jego przemówienie. Zwłaszcza gdy sobie uświadomił, że jego patriotyczny zapał zasiał wątpliwość w duszy brata. Dokończył w duchu prorockim:

– Zawsze kiedy jakiś wojskowy zechce zaprowadzić porządek w tym chaosie, będzie mógł na mnie liczyć.

Ksiądz August zamiast odpowiedzi otrzepał poły sutanny. Już dawno nie czuł się tak niezręcznie w obecności młodszego brata jak tamtego popołudnia. Żeby nie przyznać się do porażki, zdecydował się na strategię dissimilitudo i dostosował do niej spokojny i poufały ton:

– Nie lubię wojskowych.

– Ojciec mnie wysłał do wojska. A ciebie do seminarium.

Ksiądz August znów spojrzał bratu w oczy.

– Nie lubię, kiedy ktoś upokarza króla.

– Wiesz, co jest najgorsze? Że tego wszystkiego, co się zdarzyło w Annual, a mnie przy okazji złamało karierę, można było uniknąć.

– Za głupi jesteśmy na wielką politykę.

– Wiesz, co jest jeszcze gorsze?

– Masz serce przepełnione nienawiścią. Winny nie jest król, tylko Pilar.

– Bo w Igueriben, kiedy dostałem rozkaz wymarszu z trzecią kompanią, wiedziałem, że połowa z nas zginie. Ale ruszyliśmy do ataku, bo rozkaz to rozkaz.

– Niech Bóg ci wybaczy, Anselmie. – Zgromił go lodowatym spojrzeniem. – Przepraszam, że się wtrącam, ale od kiedy Pilar...

– Z którego roku jest to zdjęcie? – zapytał Oriol, żeby podtrzymać rozmowę.

– Tysiąc dziewięćset dwudziesty czwarty – przeczytała datę na dole. – Rok, w którym mój ojciec przeszedł do rezerwy i osiedliśmy tutaj.

– A pani matka? Dlaczego jej nie...

– Ubiegłej wiosny stryjek August wrócił z Rzymu. Jest kanonikiem przy katedrze w Urgell... – Uśmiechnęła się. – Ale często mnie tu odwiedza. Lubi mówić, że jest moim mistrzem duchowym.

– A jest?

– Tak. Oczywiście.

– Proszę mówić dalej.

– Jest bardzo mądry.

– Dlaczego pani tak uważa?

– Opublikował książkę, coś o algebrze czy czymś w tym rodzaju, i bardzo go cenią za granicą. – Przerwała z wymuszonym uśmiechem: – Dlaczego mam ciągle mówić?

– Żeby naturalnie wyglądać.

– Dawno pan skończył seminarium nauczycielskie? – przeszła do kontrataku.

– Przed wojną, gdy byłem bardzo młody.

– Wie pan, co mi się podoba? Że ma pan w domu tyle książek. Że ma pan...

– No, to normalne... – odpowiedział skromnie Oriol – ...i wcale nie jest ich tak dużo.

– Ile ma pan lat?

– Dwadzieścia dziewięć.

– No proszę, jesteśmy w tym samym wieku.

O kurczę. Właśnie się przyznała, że ma dwadzieścia dziewięć lat. Ja jej dawałem dwadzieścia. Dwadzieścia dziewięć. Gdzie jest jej mąż?

– A jak to się stało, że zajął się pan malarstwem?

Istnieje ten pan Santiago, czy to tylko wymyślona przez ciebie bariera chroniąca przed natrętami?

– Lubiłem rysować, więc zacząłem chodzić na kursy do Llotja, podczas wojny.

– W Barcelonie?

– Tak. Jestem dzieckiem Poble-Sec. Zna pani Barcelonę?

– Tak, oczywiście. Tam się uczyłam.

– Gdzie?

– U terezjanek w Bonanovie.

Dyskretnie rzucił na nią okiem. Terezjanki. Bonanova. Inny świat w tym samym mieście. Poczuł nad językiem wyschnięte podniebienie. Mówiła dalej:

– Tam zostałam ukształtowana intelektualnie i duchowo. Pod kierunkiem stryja Augusta, ponieważ ojciec zawsze służył gdzieś daleko.

A matka?

– Ja mam złe wspomnienia ze szkoły. W ciemnym mieszkaniu przy ulicy Margarit...

– A ja nie. I kiedy jadę do Barcelony...

– Mają tam państwo mieszkanie?

– Tak, naturalnie. Właśnie Santiago został tam na tydzień.

I na miesiąc, i na rok.

– Tak, oczywiście.

– Przejdźmy na ty. – Powiedziała to z pełną świadomością, mając wrażenie, że leci w dół nieskończoną i kamienistą drogą, jak zbocze wąwozu Forcallets, ale z uczuciem rozkosznej przyjemności.

– Co takiego?

– Jak zrobisz przerwę, poproszę, żeby nam przynieśli herbatę.

O mój Boże, przypłacę ten obraz zawałem. Muszę do tego podchodzić bardziej... No, nie wiem.

– Ty nie byłeś na froncie...

– Nie. Z powodu problemów z żołądkiem.

– Nawet nie wiesz, ile ci zostało oszczędzone. Lubisz pracę w szkole?

– Tak, ale proszę mnie nie zmuszać do mówienia. To pani ma mówić.

– A co chcesz usłyszeć, Oriolu?

Brylanty zaiskrzyły, przestraszone, choć nie drgnął ani jeden włos. A może te iskry poleciały z jej oczu?

 
 

6

 
 

Kobieta, która otworzyła jej drzwi, zamiast zapytać kim pani jest i czego tu szuka, wpatrywała się w nią, z ręką na klamce, jakby oderwała się na chwilę od jakiegoś zajęcia, któremu towarzyszył poważny namysł. Sinusoidalne zmarszczki na twarzy tworzyły skomplikowaną historię życia, które walecznie zbliżało się do siedemdziesiątki. Jej oczy zmierzyły się z nieśmiałym spojrzeniem Tiny. Poczuła się nieswojo i zapytała czy to pani Ventura?

– Tak.

– Starsza pani Ventura?

– Jeszcze jedna dziennikarka?

– No, nie, ja... – Chciała schować aparat, ale było już za późno. Widziała wyraźnie, jak ręka na klamce drżała nerwowo, choć na twarzy Ventury nie widniał nawet ślad zniecierpliwienia.

– Już trzy miesiące minęły, odkąd skończyła dziewięćdziesiąt pięć lat. – Powoli traciła cierpliwość. – Zapewniali nas, że już dadzą nam spokój z uroczystościami na jej cześć.

– Przychodzę w innej sprawie.

– W jakiej?

– Chodzi o wojnę.

Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, kobieta zamknęła drzwi i zostawiła Tinę Bros na środku ulicy, z niemądrą miną i z tym frustrującym uczuciem, jakie ma myśliwy, gdy potknie się o korzeń i spłoszy zwierzynę. Popatrzyła w górę i w dół ulicy i zobaczyła tylko obłoczek własnego oddechu. Znów zaczynały łagodnie opadać nieprzeliczone białe płatki zimnej ciszy i kiedy pomyślała jaka szkoda, że nie umiem zjednywać sobie ludzi, i już zastanawiała się czy iść w górę, w dół, czy się schronić w kawiarni, drzwi domostwa Ventura się otworzyły i ta sama chuda kobieta posyłająca ją do diabła, zaprosiła ją do środka krótkim, zdecydowanym gestem, który z góry wykluczał jakąkolwiek dyskusję.

Myślała, że zastanie staruszkę pokonaną wiekiem, a może i bólem, leżącą w łóżku, narzekającą na swój los. Ale kiedy weszła do niewielkiej jadalni połączonej z kuchnią, zobaczyła ubraną na ciemno kobietę z siwymi, rzadkimi włosami, która czekała na nią, stojąc podparta na lasce, z równie przenikliwym spojrzeniem jak jej córka. Wszystkim w Torenie wyostrzyła wzrok długo tłumiona nienawiść.

– Przyszła tu pani opowiadać mi o wojnie?

Pomieszczenie było niewielkie. Zachował się tu kominek i kaflowa kuchnia dająca ciepło. Pod oknem zlew, czysty i zadbany. Na ścianie w głębi półka wypełniona głębokimi talerzami, poobijanymi od częstego używania. Na środku stół przykryty pożółkłą ceratą, a w kącie gazowa kuchenka. Na przeciwległej ścianie jadalni mały, ściszony telewizor, który pokazywał niesamowite loty skandynawskich skoczków narciarskich z niewiarygodnie wysokiego rozbiegu, a na telewizorze serwetka z ekspozycją pocztówek, których pochodzenia Tina nie odgadła.

– Ja nie... Chciałabym, żeby mi pani wyjaśniła... Czytałam pani oświadczenie w piśmie „Llar” i dlatego...

– Chce się pani dowiedzieć, dlaczego noga moja nie stanęła na ulicy Środkowej przez trzydzieści osiem lat.

– No właśnie.

Gestem równie energicznym jak wcześniej jej córka wskazała Tinie krzesło.

– Pani pewnie ma ochotę na kawę, Celio.

– Nie, mnie nic nie...

– Zrób jej kawy. – I tytułem wyjaśnienia: – Sama nie piję, ale lubię zapach.

Po trzech minutach już sączyły razem z Celią czarną mocną kawę, a stara nie odrywała od nich wzroku, zafascynowana tą czynnością. Tina podjęła postanowienie, że nie będzie niczego przyspieszać, i czekała, aż tamta się zdecyduje. Upłynęło dużo, dużo czasu, ale w końcu stara Ventura przemówiła. Zmienili nazwę ulicy na Falangisty Fontellesa.

– Kto to taki?

– To nauczyciel, którego mieliśmy w miasteczku zaraz po wojnie. – Uściśliła: – Oriol Fontelles.

– Uczył mnie – wtrąciła Celia. – Słabo go pamiętam, bo byłam wtedy bardzo mała. – I znów skryła się w milczeniu za swoją kawą.

– Obłudny zdrajca, który przyniósł nieszczęście naszej rodzinie. I całemu miastu. – Dodała innym tonem: – Zgaś telewizor, córko.

– Co się stało z żoną nauczyciela?