Głos w wietrze - Francine Rivers - Francine Rivers - ebook
Wydawca: Bogulandia Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 884 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Głos w wietrze - Francine Rivers - Francine Rivers

Trylogia "Znamię lwa"

„JEST TYLKO JEDNA PRAWDZIWA WŁADZA NA TEJ ZIEMI, DZIEWCZYNO, I JEST TO WŁADZA RZYMU”

– usłyszała młodziutka chrześcijanka Hadassa, kiedy została sprzedana jako niewolnica. Jednak już wkrótce Rzym miał się przekonać, że prawda jest zupełnie inna. Hadassa trafia do bogatej rzymskiej rodziny, poznaje tam przystojnego Markusa i jego młodszą siostrę Julię. W tym samym czasie germański wódz Atretes zostaje wzięty do niewoli i trafia na rzymską arenę jako gladiator. Niedługo potem miłość Markusa i Hadassy oraz związek Atretesa i Julii doprowadzają do wydarzeń, które zburzą całe ich dotychczasowe życie.

***

Trylogia „Znamię lwa” zajmuje bezsprzecznie nr 1 w moim rankingu najlepszych powieści. Gdybym miała nadawać punkty w kategorii warte/niewarte przeczytania, to daleeeeeeko w tyle za powieścią

„Głos w wietrze” byłaby druga pozycja. Po prostu cudowna powieść! Największym atutem i sekretem tej książki jest to, że czytając ją, człowiek czuje się „uwznioślony”, podniesiony na duchu, pełen optymizmu i wiary w siebie. Widzi też sens istnienia. Powieść ta winna być polecana jako doskonały lek na depresję, niezwykłe uczucie spokoju wewnętrznego, pogoda ducha pozostają bowiem w człowieku jeszcze długo po ukończeniu czytania. Jedyny minus tej trylogii to fakt, że przeczytawszy jej trzy tomy, żałujemy niezmiernie, że to już koniec.

recenzja z www.biblionetka.pl

***

Francine Rivers jest pisarką aktywną od ponad trzydziestu lat.

W latach 1976-1985 odnosiła sukcesy na rynku beletrystyki dla szerszego grona odbiorców, zdobywając liczne nagrody. W 1986 powróciła do głębokiej wiary chrześcijańskiej. Odtąd Francine Rivers publikuje na rynku wydawnictw chrześcijańskich, a jej książki wciąż cieszą się uznaniem zarówno krytyków, jak czytelników. Została nagrodzona złotym medalem amerykańskiego Ewangelicznego Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Wydawców ECPA, zaś Amerykańskie Stowarzyszenie Autorów Romansów wyróżniło prestiżową nagrodą RITA aż trzy inne powieści. Autorka wyznaje, że poprzez swoje pisarstwo stara się zbliżać czytelników do Boga oraz że pragnie czcić i wielbić swoją pracą Chrystusa, w podzięce za to, w jaki sposób wpłynął i wciąż wpływa na jej życie.

Recenzja: http://ksiazkowy-blog.blogspot.com/2013/09/trylogia-znamie-lwa-recenzja.html

Opinie o ebooku Głos w wietrze - Francine Rivers - Francine Rivers

Cytaty z ebooka Głos w wietrze - Francine Rivers - Francine Rivers

Miłość jest cierpliwa, Markusie – mówiła cichutko. – Miłość jest łaskawa. Nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego. Miłość nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje…

Fragment ebooka Głos w wietrze - Francine Rivers - Francine Rivers















Znamię Lwa

(trylogia)

Głos w wietrze

Echo w ciemności

Jak świt poranka


Tytuł oryginału: A Voice in the Wind

Copyright© 1993 Francine Rivers.

All rights reserved.

Tłumaczenie:

Adam Szymanowski

Projekt okładki:

Radosław Krawczyk

Skład:

Mikrograf s.c. www.mikrograf.pl

Druk i oprawa:

Drukarnia ReadMe Łódź

Copyright © 2013 for the Polish edition by Wydawnictwo Bogulandia, Warszawa 2013

All rights to the Polish edition reserved.

Książka, ani żadna jej część, nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. W sprawie zezwoleń proszę zwracać się do:

Wydawnictwo Bogulandia

tel. 603 072 828

info@bogulandia.pl

www.bogulandia.pl

Cytaty z Pisma Świętego pochodzą z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu, Najnowszy przekład z języków oryginalnych z komentarzem, przygotowany z inicjatywy Towarzystwa Świętego Pawła, wydanego przez Edycję Świętego Pawła, Częstochowa, 2009.

ISBN 978-83-63097-07-3

Książka do nabycia:

Księgarnia i Hurtownia wysyłkowa „Bogulandia”

ul. Ząbkowska 23/25 lok. 53, 03-736 Warszawa

info@bogulandia.pl

www.bogulandia.pl

Książka polecana przez

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser


Spis treści

Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Słowo wstępne – Przedmowa wydawcy
Przedmowa
Podziękowania
Część I: Jerozolima
Część II: Germania
Część III: Rzym
Część IV: Efez
Epilog
Echo w ciemności, rozdział 1
Słowniczek terminów
Materiały do dyskusji

Przedmowa wydawcy

Drodzy Czytelnicy!

Od czasu nawrócenia, przez 15 lat interesowały mnie tylko półki z książkami, na którym widniały napisy: poradniki, religia, świadectwa, rozważania duchowe itp. Zawsze omijałam dział: powieści chrześcijańskie. Wydawały mi się płytkie, nic nieznaczące dla mojego rozwoju duchowego, po prostu strata czasu i pieniędzy. W takim przekonaniu chodziłam do czasu, gdy koleżanka dosłownie wcisnęła mi w ręce powieść „Potęga miłości” Francine Rivers.

Jadąc nad morze, włożyłam książkę do walizki. Z nudów zaczęłam ją czytać. Uwierzcie mi, żadna lektura nie wywarła na mnie tak wielkiego wrażenia, utrzymującego się przez wiele tygodni po jej przeczytaniu.

Oczywiście powieść można było „połknąć”w jeden dzień, no może dobę, mnie zajęła ona trzy dni. Z obawy przed pokusą czytania na plaży, celowo nie brałam książki ze sobą, gdyż rola mamy sześciorga dzieci nad morzem polega na ciągłym liczeniem stanu rodziny. Na szczęście w nocy dzieci śpią, a ja, nie rozstając się z pudełkiem chusteczek, mogłam upajać się cudowną historią głównych bohaterów.

Nie mam zamiaru zamieszczać streszczenia powieści, ale opowiem krótką historię towarzyszącą mojej lekturze.

Na pewno znacie to uczucie wściekłości, gdy okazuje się, że pozostała już tylko jedna kartka do końca, a wy oddalibyście wszystko, żeby nie rozstawać się z bohaterami książki. Ale po co jest wyobraźnia? Nie jesteś w stanie o niczym innym myśleć, a na samo wspomnienie fabuły powieści, to płaczesz, to się śmiejesz. Ja wciąż płakałam.

W niedzielę pojechaliśmy gościnnie na nabożeństwo do kościoła w Kołobrzegu. Spóźniliśmy się, więc „za karę” zmuszeni byliśmy usiąść w pierwszym rzędzie, tuż przed sceną, bo tylko tam były wolne miejsca. Trzymałam się dzielnie przez cały czas uwielbienia, następnie pewne małżeństwo opowiedziało świadectwo dotyczące kryzysu, przez jaki właśnie przechodzili. To wystarczyło. Wróciłam myślami do losów moich bohaterów. Płakałam przez całe kazanie, nie będąc w stanie przestać. Byłam wściekła na siebie, że nie mogę się ukryć. Widziałam pocieszający wzrok pastora, który pewnie był przekonany, że słowo, jakie mówi, tak potężnie działa w moim sercu.

Następnego dnia poszłam do księgarni w poszukiwaniu jakiejkolwiek książki Francine Rivers. Znalazł się jeden egzemplarz – pierwszy tom trylogii „Znamię Lwa” – „Głos w wietrze”, który okazał się jeszcze większym sukcesem literackim. Podczas czytania trylogii nie byłam zdolna do wykonywania żadnej przyziemnej czynności. Obawiam się, że taki stan, przyglądając się objawom, przypomina uzależnienie. Myślisz tylko o sposobności ukrycia się gdziekolwiek sam na sam z książką. I  w takich momentach wdzięczna jesteś Bogu za odpoczynek i nieocenioną ciszę podczas nieprzespanych nocy.

Oczywiście przeczytałam wszystkie, dostępne na rynku polskim, książki Francine Rivers, ale nigdy nie spodziewałam się, że będę miała zaszczyt przyczynienia się do wydania dzieł autorki, które do tej pory były niedostępne w języku polskim. Są to dwie słynne powieści „Szofar zabrzmiał” oraz „Ostatni zjadacz grzechu”, która zachwyciła reżysera Michaela Landona i na jej podstawie nagrał film . Bardzo mi zależało, aby te powieści były dostępne również dla polskiego czytelnika i tak samo gorąco polecam, jak wspomnianą trylogię „Znamię lwa”, która niezmiennie od 10 lat cieszy się popularnością. Z radością przyjęłam fakt, że prawa autorskie są do nich dostępne i  postanowiliśmy wznowić wydanie tych powieści, gdyż na rynku polskim nie może ich nigdy zabraknąć. Mam też nadzieję, że doczekają się ekranizacji.

Edyta Bogulak
Wydawca


Przedmowa

Kiedy w 1986 roku stałam się nowo narodzoną chrześcijanką, pragnęłam dzielić się swoją wiarą z innymi. Jednak nie chciałam nikogo obrazić i podejmować ryzyka „utraty” starych przyjaciół oraz członków rodziny, którzy nie podzielali mojej wiary w Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Wciąż się wahałam i pozostawałam milcząca. Postanowiłam wtedy rozpocząć własne poszukiwania, badając wiarę męczenników. „Głos w wietrze” był tego rezultatem.

Pisząc historię Hadassy, doszłam do przekonania, że odwaga nie jest czymś, co można wytworzyć samemu, jako wynik własnych starań. Nauczyłam się, że gdy całym sercem poddajemy się Bogu, On daje nam odwagę, aby stawić czoło temu, co przychodzi. On daje nam słowa, które trzeba wypowiedzieć, gdy jesteśmy wezwani, by stanąć i wyrazić swoją wiarę.

Wciąż odczuwam wewnętrzne zmagania jako chrześcijanka, walcząc ze swoimi wadami i przeżywając porażki, ale Jezus dał mi narzędzie w postaci pisania i mogę go używać, poszukując odpowiedzi, które pochodzą od Niego. Każda z moich postaci, ze swoim odmiennym punktem widzenia, odgrywa jakąś rolę, kiedy poszukuję Bożej perspektywy i każdego dnia znajduję w Piśmie Świętym coś, co do mnie przemawia. Bóg okazuje wobec mnie cierpliwość i dzięki studiowaniu Jego Słowa odnajduję to, czego On chce mnie nauczyć. Kiedy słyszę od jakiegoś czytelnika, że został on poruszony jedną z moich opowieści, to mogę powiedzieć, że jedynie Bogu należy się za to chwała. Wszystkie dobre rzeczy pochodzą od Ojca w górze i może On użyć czegokolwiek, aby dotrzeć do swoich dzieci ze swoim pouczeniem – nawet za pomocą fikcji literackiej.

Moim głównym pragnieniem, gdy podjęłam się pisania chrześcijańskiej beletrystyki, było znalezienie odpowiedzi na osobiste pytania i dzielenie się nimi z innymi w formie opowieści. Teraz chcę o wiele więcej. Pragnę, aby Pan Bóg użył moich książek, aby ludzie stali się spragnieni Bożego Słowa, Biblii. Mam nadzieję, że przeczytanie historii Hadassy sprawi, że staniecie się głodni prawdziwego Słowa, Jezusa Chrystusa, Chleba Życia. Modlę się, abyście gdy skończycie czytanie mojej książki, chwycili za Biblię z nowym entuzjazmem i oczekiwaniem na spotkanie z samym Panem. Badajcie Pismo Święte dla czystej radości bycia w Bożej obecności.

Umiłowani, poddajcie się całym sercem Jezusowi Chrystusowi, który Was kocha. Kiedy będziecie pić z głębokiej studni Pisma, Pan Was odświeży i oczyści, będzie was kształtował i odtwarzał poprzez swoje Żywe Słowo. Gdyż Biblia jest samym tchnieniem Boga, dającym życie na wieki tym, którzy Go szukają.

Francine Rivers, 2002


Podziękowania

Jest wiele osób, którym chciałabym podziękować za wspieranie mnie w pracy pisarskiej: mój mąż Rick, dzieci, Trevor, Shannon i Travis; mama, Frieda King; i moi teściowie, Bili i Edith Rivers; mój brat i szwagierka, Everett i Evelyn King; ciotka Margaret Freed – wy wszyscy kochaliście mnie, niczego w zamian nie żądając, i dodawaliście mi ducha we wszystkim, co robiłam. Cieszę się również, że moim agentem jest Jane Jordan Browne. Gdyby nie jej wytrwałość i doświadczenie, ta książka nigdy, być może, nie znalazłaby sobie wydawcy i mogłam dawno już temu rzucić pisanie.

Szczególne podziękowania jestem winna Rickowi Hahnowi, pastorowi z Sebastopol Christian Church, otworzył mi bowiem oczy i uszy na piękno Słowa Bożego; także członkom mojej kościelnej rodziny, która pokazała mi, że Bóg naprawdę codziennie odmienia czyjeś życie. Tak wielu z was pomogło mi w sposób, którego nawet nie odgadniecie, i cieszę się, że mam tylu braci i tyle sióstr.

Przypis specjalnie dla Jenny i Scotta – co bym bez was dwojga zrobiła? Jesteście mi szczególnie drodzy. Oby Pan pobłogosławił was, dając zawsze szczęście, zdrowie i oczywiście dzieci.

Najbardziej chcę podziękować Panu za wszystko, co dla mnie zrobił. Modlę się, by zechciał pobłogosławić tę pracę, przyjąć ją jako moją skromną ofiarę i uczynić z niej dobry użytek w życiu innych ludzi.

Francine Rivers



Jerozolima


I
Jerozolima

Milczące miasto smażyło się w palącym słońcu, gnijąc tak samo, jak tysiące ciał leżących tam, gdzie padły podczas walk ulicznych. Przygnębiający gorący wiatr wiał od południowego wschodu, niosąc z sobą smród zgnilizny i rozkładu. A poza murami miasta sama śmierć w osobie Tytusa, syna Wespazjana, czekała wraz z sześćdziesięcioma tysiącami legionistów, którym spieszno było spustoszyć miasto Boga.

Zanim jeszcze Rzymianie przebyli Dolinę Cierni i rozbili obozy na Górze Oliwnej, bojówki, które wkroczyły w obręb murów jerozolimskich, poczyniły przygotowania do dzieła zniszczenia.

Żydowscy rabusie, którzy uciekli teraz jak szczury przed rzymskimi legionistami, runęli niedawno na Jerozolimę i wtargnąwszy do świątyni, wymordowali co znaczniejszych obywateli. Rzucając losy o kapłanów, obrócili dom modlitwy w plac targowy tyranii.

Zaraz po rabusiach napłynęli powstańcy i zeloci. Pod kierunkiem rywalizujących między sobą przywódców – Jana, Szymona i Eleazara – bojówki szalały w murach miasta. Upojeni władzą i nadęci pychą cięli Jerozolimę na krwawe plastry.

Łamiąc szabat i prawa Boga, Eleazar rzucił się do szturmu na twierdzę Antonię i wymordował broniących się w niej rzymskich żołnierzy. Zeloci miotali się jak opętani, mordując następne tysiące tych, którzy próbowali przywrócić porządek w oszalałym mieście. Ustanowiono bezprawne trybunały i drwiono z prawa ludzkiego i Boskiego, zabijając setki niewinnych mężczyzn i kobiet. W tym chaosie spalono spichrze wypełnione zbożem. Wkrótce pojawił się głód.

Sprawiedliwi Żydzi modlili się żarliwie i z rozpaczą w sercu, by Rzym znów wystąpił przeciwko wielkiemu miastu. Wierzyli bowiem, że wtedy, dopiero wtedy wszystkie przebywające w Jerozolimie bojówki zjednoczą się w jednej sprawie: w walce z Rzymem o wolność.

I Rzym przybył z niesionymi wysoko znienawidzonymi insygniami i wojennym okrzykiem, który poniósł się przez całą Judeę. Wzięli Gadarę, Jotopatę, Beer-Szebę, Jerycho, Cezareę. Potężne legiony maszerowały śladami pobożnych pielgrzymów, którzy ze wszystkich zakątków świata, gdzie osiedlili się Żydzi, zdążali tu, by uczcić i obchodzić uroczyście święty Dzień Niekwaszonego Chleba, Paschę. Dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi napłynęły do miasta i znalazły się w samym środku wojny domowej. Zeloci zamknęli bramy, więc przybysze znaleźli się w pułapce. Kiedy zjawił się Rzym, łoskot zniszczenia niósł się już przez Dolinę Cedronu, odbijając się echem o mury Jerozolimy. Tytus przystąpił do oblężenia starego świętego miasta, zdecydowany raz na zawsze skończyć z żydowskim buntem.

Józef, żydowski dowódca zdobytej Jotopaty, wzięty przez Rzymian do niewoli, płakał i wykrzykiwał z  pierwszego muru zdobytego przez legionistów. Za przyzwoleniem Tytusa błagał swoich ziomków, by się skruszyli, ostrzegając, że Bóg jest przeciw nim, że rychło spełnią się proroctwa zapowiadające zniszczenie. Nieliczni, którzy posłuchali go i zdołali uciec zelotom, wpadali w ręce chciwych Syryjczyków – a ci rąbali ich na kawałki, poszukując złotych monet, mniemali bowiem, że nieszczęśnicy połknęli je przed ucieczką. Ci, którzy nie dbali o Józefa, narażali się na całą wściekłość rzymskiej machiny wojennej. Tytus polecił ściąć wszystkie drzewa na przestrzeni wielu mil i zbudować urządzenia oblężnicze, z których wyrzucano ku miastu włócznie, kamienie, a nawet jeńców.

Miasto wiło się w spazmach buntu – od placu targowego w Górnym Mieście po Akrę w Dolnym, wraz z oddzielającą je Doliną Handlarzy Serem.

W wielkiej świątyni Boga przywódca powstańców, Jan, topił dla siebie święte złote naczynia. Sprawiedliwi opłakiwali Jeruzalem, oblubienicę królów, matkę proroków, dom pastuszego króla Dawida. Rozdarta na strzępy przez własny naród, leżała wypatroszona i bezsilna, czekając na śmiertelny cios z ręki znienawidzonych pogańskich przybyszów.

Anarchia zburzyła Syjon i oto Rzym stanął w pogotowiu, by niszczyć anarchię… zawsze… wszędzie…

Hadassa trzymała matkę w objęciach i łzy płynęły jej z oczu, kiedy odgarniała czarne włosy z wychudzonej, bladej twarzy swej rodzicielki. Matka była niegdyś piękną kobietą. Hadassa pamiętała, że lubiła patrzeć, jak matka sczesywała włosy w dół, aż spływały lśniącymi falami na jej kark. Ojciec nazywał te włosy jej diademem chwały. Teraz były matowe i szorstkie. Rumiane niegdyś policzki pobladły i zapadły się. Brzuch miała wzdęty od marnego pożywienia, a  kości nóg i ramion rysowały się wyraźnie pod szarą wierzchnią suknią.

Hadassa uniosła dłoń matki i pocałowała czule. Ta dłoń była jak kościste szpony, wiotkie i zimne. „Mamo?” Żadnej odpowiedzi. Hadassa spojrzała na drugą stronę izby, gdzie jej młodsza siostra, Lea, leżała w kącie na brudnym sienniku. Na szczęście spała i dzięki temu mogła zapomnieć o męce powolnego konania z głodu.

Hadassa znowu pogładziła głowę matki. Cisza okrywała ją niby gorący całun; ból pustego brzucha był prawie nie do wytrzymania. Nie dalej jak wczoraj przelewała pełne goryczy łzy, kiedy matka dziękowała Bogu za posiłek, który Markowi udało się dla nich znaleźć: skórę z tarczy poległego rzymskiego żołnierza.

Jak dawno temu oni wszyscy rozstali się z życiem?

Pogrążona w swym niemym przygnębieniu słyszała jednak, jak ojciec zwraca się do niej swoim pewnym, ale łagodnym głosem:

– Człowiek nie uniknie przeznaczenia, nawet kiedy ma je przed swymi oczami.

Hadassa powtarzała sobie te słowa ledwie parę tygodni temu – choć teraz wydawało się, że minęła wieczność. Ojciec modlił się cały ranek, a ona tak się bała! Wiedziała, co ojciec zrobi, co robił zawsze przedtem. Wyjdzie, by przed niewierzącymi nauczać o Mesjaszu, Jezusie z Nazaretu.

– Dlaczego musisz wychodzić i przemawiać do jakichś ludzi? Ostatnio omal cię nie zabili.

– Do jakichś ludzi, Hadasso? Są naszymi ziomkami. Jestem z pokolenia Beniamina. – Czuła nadal na policzku delikatne dotknięcie jego dłoni. – Musimy wykorzystywać każdą sposobność, by głosić prawdę i pokój. A zwłaszcza teraz. Dla wielu tak mało czasu pozostało.

Przywarła do niego.

– Proszę, ojcze, nie odchodź, wiesz przecież, co się stanie. Co zrobimy bez ciebie? Nie potrafisz przynieść pokoju. Tu nie ma miejsca na pokój!

– Nie mówię o pokoju świata, Hadasso, ale o pokoju Bożym. Wiesz przecież. – Przytulił ją mocniej. – Sza, córeczko. Już nie płacz.

Nie mogła go puścić. Wiedziała, że nie zechcą słuchać, nie zechcą tego, co ma im do powiedzenia. Ludzie Szymona rozerwą go na strzępy, i to na oczach tłumu, by pokazać, jaki los czeka tych, którzy domagają się pokoju. Inni już tak skończyli.

– Muszę iść. – Jego ręce były stanowcze, ale oczy łagodne, kiedy unosił jej podbródek. – Cokolwiek się zdarzy, Pan zawsze będzie z wami. – Całował ją i tulił, a później odsunął od siebie, by uścisnąć i pocałować pozostałą dwójkę dzieci. – Marku, masz tu zostać z matką i siostrami.

Hadassa uczepiła się matki i potrząsała nią, błagając:

– Nie pozwolisz mu! Nie dzisiaj!

– Cicho, Hadasso. Komu służysz, wykrzykując tak przeciwko swemu ojcu?

Matka skarciła ją łagodnym głosem, ale i tak zabolało. Wiele razy powtarzała przedtem, że kto nie służy Panu, służy, choćby nieświadomie, złu. Wstrzymując łzy, Hadassa posłuchała matki i nie odezwała się już ani słowem.

Rebeka położyła dłoń na okolonej siwą brodą twarzy swojego męża. Wiedziała, że Hadassa ma rację; może nie wrócić, i zapewne nie wróci. Ale przecież taka jest wola Boga, jego ofiara może uratować czyjąś duszę. A dość uratować jedną jedyną duszę. Oczy miała pełne łez i nie mogła – nie śmiała – nic powiedzieć. Bała się, że gdyby otworzyła usta, dołączyłaby do Hadassy, błagając go, by nie wychodził z ich małego domku. Lecz Chananiasz lepiej niż ona wiedział, czego Pan dla niego chce. Położył dłoń na jej dłoni i Rebeka spróbowała przełknąć łzy.

– Pamiętaj, Rebeko, o Panu – powiedział uroczystym tonem. – Jesteśmy w Nim razem, ty i ja.

Nie wrócił.

Hadassa pochyliła się opiekuńczo nad matką, przestraszona, że ją także mogłaby utracić. „Matko?” Nadal żadnej odpowiedzi. Oddychała płytko, twarz miała popielatą. Czemu Marek nie wraca? Wyszedł o świcie. Z pewnością Pan nie zechce zabrać jego także…

Hadassa poczuła, jak w ciszy małej izby narasta w niej strach. Z roztargnieniem głaskała matkę po głowie. Proszę, Boże mój. Proszę! Słowa nie przechodziły jej przez gardło, w każdym razie żadne słowa, które by coś znaczyły. Tylko jęk z samej głębi duszy. Proszę, o co? Oby pomarli z głodu, nim przyjdą uzbrojeni w miecze Rzymianie, by nie cierpieli męki konania na krzyżu? O Boże, mój Boże! Jej błaganie płynęło odarte ze słów i rozpaczliwe, bez nadziei i pełne lęku. Pomóż nam!

Po co przybyli do tego miasta? Nienawidziła Jerozolimy.

Zmagała się z trawiącą ją rozpaczą. A była to rozpacz tak ciężka, że Hadassa czuła, jakby jakiś fizyczny ciężar ściągał ją w głąb ciemnej studni. Próbowała rozmyślać o lepszych czasach, o chwilach szczęśliwszych, ale takie myśli ciągle jej umykały.

Pomyślała o dawno temu przeżytych miesiącach, kiedy wyruszyli z Galilei, nie spodziewając się zgoła, że miasto stanie się dla nich pułapką. W wieczór przed wejściem do Jerozolimy ojciec rozbił obóz na wzgórzu, z którego widzieli górę Moria, gdzie Abraham prawie złożył ofiarę z Izaaka. Ojciec opowiadał im o czasach, kiedy był chłopcem i mieszkał tuż za miastem, do późnej nocy mówił o prawach Mojżeszowych, według których wzrastał. Mówił o prorokach. Mówił o Jeszui, Chrystusie.

Hadassa zasnęła i śniła o tym, jak Pan nakarmił na wzgórzu pięciotysięczną rzeszę.

Przypomniała sobie, że o brzasku ojciec obudził całą swoją rodzinę. I przypomniała sobie, jak słońce wędrowało wyżej i wyżej i światło odbijało się od marmurów i złota świątyni, zmieniając budowlę w latarnię gorejącą splendorem, widoczną z odległości wielu mil. Hadassa nadal czuła całą grozę, jaka przeniknęła ją wtedy na widok tej chwały. „Ojcze, jakie to piękne!”

– Tak – odparł uroczyście. – Lecz jakże często rzeczy wielkiej urody są pełne wielkiego zepsucia.

Pomimo prześladowań i niebezpieczeństw, jakie czekały ich w Jerozolimie, ojciec był rozradowany i przeniknięty oczekiwaniem, kiedy przekraczali bramy miasta. Może tym razem większa liczba ziomków zechce go wysłuchać; może więcej z nich odda serca zmartwychwstałemu Panu.

Nieliczni spośród wierzących w Jezusa pozostali w Jerozolimie. Wielu trafiło do więzienia, paru ukamienowano, jeszcze więcej wypędzono w inne miejsca. Tak wypędzono Łazarza, jego siostrę i Marię Magdalenę; apostoł Jan, bliski przyjaciel rodziny, opuścił Jerozolimę dwa lata wcześniej, zabierając ze sobą Matkę Pana. A jednak ojciec Hadassy pozostał. Raz w roku wracał do Jerozolimy z całą rodziną, by w pokoju na górze spotkać się z innymi wierzącymi. Dzielili się chlebem i winem, tak jak ich Pan, Jezus, czynił to w wieczór przed ukrzyżowaniem. Tego roku Symeon Bar-Adoniasz obwieścił, jakie dania złożą się na ucztę paschalną:

„Jagnię, niezakwaszony chleb i gorzkie zioła paschalne mają dla nas równie wielkie znaczenie, jak dla naszych żydowskich braci i sióstr. Pan napełnia sobą każdą z tych rzeczy. Jest Barankiem Bożym bez skazy, który, sam bezgrzeszny, wziął na siebie całą gorycz naszych grzechów. Jak Żydom w niewoli egipskiej powiedziano, by przelali krew baranka na progu swoich domostw, gdyż dzięki temu ominie ich Boży gniew i sąd, tak Jezus przelał za nas swą krew, byśmy w Dniu Sądu stanęli bez winy przed Bogiem. Jesteśmy dziećmi Abrahama, albowiem przez naszą wiarę w Pana jesteśmy zbawieni za pośrednictwem Jego łaski…”.

Przez następne trzy dni pościli, modlili się i przepowiadali nauczanie Jezusa. Trzeciego dnia śpiewali i radowali się, raz jeszcze łamiąc się chlebem dla uczczenia Jego zmartwychwstania. I co roku w ostatnich godzinach wspólnego świętowania ojciec Hadassy opowiadał swoją historię. I w tym roku tak było. Większość wiele razy słyszała jego opowieść, ale zawsze byli i tacy, którzy zostali dopiero teraz pozyskani dla wiary. Do tych ludzi przemawiał ojciec.

Stał przed nimi – prosty człowiek o siwych włosach na głowie i brodzie i o ciemnych oczach pełnych światła i pogody. Nie było w nim nic, co przykuwałoby uwagę. Nawet kiedy mówił, nie było w nim nic nadzwyczajnego. Tylko dotknięcie ręki Boga czyniło go innym niż pozostali.

„Mój ojciec był dobrym człowiekiem z pokolenia Beniamina. Miłował Boga i nauczył mnie Prawa Mojżeszowego – zaczął spokojnie, patrząc w oczy siedzącym najbliżej. – Był kupcem, mieszkał nieopodal Jerozolimy i poślubił moją matkę, córkę ubogiego rolnika. Nie byliśmy ni bogaci, ni biedni. Za wszystko, co mieliśmy, ojciec sławił Boga, dziękując Mu. Kiedy nadchodził czas Paschy, zamykaliśmy nasz sklepik i wchodziliśmy do miasta. Matka zostawała u przyjaciół i czyniła przygotowania przed ucztą paschalną. My, ojciec i ja, spędzaliśmy czas w świątyni. Słuchanie Słowa Bożego było jak posiłek, a ja marzyłem o tym, żeby zostać uczonym w Piśmie. Nigdy jednak nie miało się to spełnić. I kiedy miałem czternaście lat, ojciec umarł i musiałem zająć się sklepikiem, bo miałem przecież braci i siostry. Przyszły ciężkie czasy, a ja byłem młody i niedoświadczony. Ale Bóg okazał nam swą dobroć i zaspokajał nasze potrzeby.”

Zamknął oczy.

„Wtedy gorączka wzięła mnie w swe władanie. Zmagałem się ze śmiercią. Słyszałem, jak matka płakała i błagała Boga. Panie, modliłem się, nie pozwól, bym umarł. Jestem potrzebny matce. Beze mnie będzie sama i nikt się o nią nie zatroszczy. Proszę, nie zabieraj mnie teraz! Ale śmierć przyszła. Osaczyła mnie jak zimna ciemność i trzymała w swym uścisku.”

W pokoju panowała niemal dotykalna cisza, gdyż słuchacze w napięciu czekali na zakończenie opowieści.

Bez względu na to, ile razy Hadassa słyszała tę opowieść, nigdy nie była nią znużona, słowa ojca zawsze przenikały ją do głębi. Czuła mroczną i samotną siłę, która wzywała go do siebie. Było jej chłodno, obejmowała więc kolana ramionami i przyciągała je do piersi. A ojciec ciągnął opowieść.

„Matka powiedziała, że przyjaciele nieśli mnie drogą w stronę przeznaczonego dla mnie grobowca, kiedy przyszedł Jezus. Pan usłyszał płacz i ulitował się. Gdy zatrzymywał procesję pogrzebową, matka nie wiedziała, kim On jest, ale było z Nim wielu uczniów, a także chorych i kalekich. I potem rozpoznała Go, gdyż dotknął mnie i wstałem.”

Hadassa miała ochotę zerwać się i krzyczeć z radości. Niektórzy z obecnych płakali, a na ich twarzach malowały się zdumienie i przestrach. Inni chcieli dotknąć ojca, położyć rękę na człowieku, który został wyrwany śmierci przez Jezusa Chrystusa. I mieli także mnóstwo pytań. Co czułeś, kiedy wstałeś z martwych? Czy rozmawiałeś z Nim? Co ci rzekł? Jak wyglądał?

W górnym pokoju, w otoczeniu wierzących, Hadassa wiedziała, że nic jej nie grozi. Miała w sobie siłę. W tym miejscu czuła obecność Boga i Jego miłość. „Dotknął mnie i wstałem.” Moc Boga pokona wszystko.

Potem opuszczali pokój na górze i kiedy ojciec prowadził swoją rodzinę w stronę domu, gdzie mieszkali, Hadassa znowu zaczynała odczuwać wszechobecny strach. Zawsze modliła się, by ojciec nie zatrzymywał się, by mówił dalej. Gdy opowiadał swą historię wierzącym, płakali i weselili się. Dla niewierzących był przedmiotem szyderstwa. Uniesienie i poczucie bezpieczeństwa, jakie dzieliła z tymi, którzy wierzyli tak samo jak ona, znikały, kiedy patrzyła, jak ojciec staje przed tłumem i znosi obelgi.

– Słuchajcie mnie, mężowie Judy – wykrzykiwał, zwołując ludzi. – Słuchajcie, gdyż mam wam do powiedzenia dobrą nowinę.

Z początku słuchali. Był starym człowiekiem i budził zaciekawienie. Prorocy zawsze stanowili rozrywkę. Nie był tak wymowny, jak przywódcy religijni; przemawiał słowami prostymi, płynącymi prosto z serca. I ludzie niezmiennie śmiali się i szydzili z niego. Niektórzy rzucali zgniłymi jarzynami i owocami, inni wykrzykiwali, że jest szalony. Jeszcze innych gniewała jego opowieść o powstaniu z martwych i wykrzykiwali, że jest kłamcą i bluźniercą.

Przed dwoma laty został tak dotkliwie pobity, że dwaj przyjaciele musieli przyprowadzić go do wynajętego domku, w którym zawsze się zatrzymywali. Elkana i Benajasz starali się go przekonać.

– Chananiaszu, nie możesz tu wracać – powiedział Elkana. – Kapłani wiedzą, kim jesteś, i chcą cię uciszyć. Nie są tacy głupi, żeby stawiać cię przed sądem, lecz nie brak złych ludzi, którzy za szekla uczynią wszystko, co się im każe. Strzepnij kurz jerozolimski ze swoich sandałów i idź tam, gdzie zechcą wysłuchać posłannictwa.

– A dokąd mam iść, jeśli nie tutaj, gdzie nasz Pan umarł i powstał z martwych?

– Wielu z tych, którzy byli świadkami zmartwychwstania, uciekło przed więzieniem i śmiercią z rąk faryzeuszy – odparł Benajasz. – Nawet Łazarz opuścił Judeę.

– Dokąd się udał?

– Mówiono mi, że zabrał swoje siostry i Marię Magdalenę do Galii.

– Ja nie mogę opuścić Judei. Pan chce, bym tu został, cokolwiek ma się stać.

Benajasz milczał przez dłuższą chwilę, a potem skinął z powagą głową.

– Niechaj więc będzie, jak chce Pan.

Zgodził się z tym także Elkana. Położył rękę na dłoni ojca Hadassy i powiedział:

– Zostają tu Szelomit i Cyrus. Pomogą ci, póki będziesz w Jerozolimie. Ja zabieram z miasta moją rodzinę. Benajasz idzie ze mną. Oby oblicze Boga jaśniało nad tobą, Chananiaszu. Ty i Rebeka zawsze będziecie w naszych modlitwach. I twoje dzieci też.

Hadassa zaczęła płakać, gdyż runęły jej nadzieje na opuszczenie nieszczęsnego miasta. Jej wiara była wątła. Ojciec zawsze wybaczał swym dręczycielom i napastnikom, ale Hadassa modliła się, by zaznali ognia piekielnego za to, co mu czynili. Często modliła się, by Bóg odmienił swą wolę i posłał ojca w jakieś inne miejsce niż Jerozolima. Do jakiegoś małego i spokojnego miasta, gdzie ludzie chętnie by go słuchali.

– Hadasso, wiemy, że Bóg wszystko czyni dla dobra tych, którzy Go miłują, tych, którzy zostali wezwani, by służyli Jego zamysłom – powtarzała często matka, starając się ją pocieszyć.

– Co dobrego może być w tym, że zostanie się pobitym? Co dobrego, że zostanie się oplutym? Czemu musimy tak cierpieć?

Wśród łagodnych galilejskich wzgórz, mając przed oczyma błękit morza, a za sobą lilie polne, Hadassa uwierzyłaby w miłość Bożą. W domu, wśród tych wzgórz, jej wiara była silna. Dawała ciepło i sprawiała, że serce w niej śpiewało.

Natomiast w Jerozolimie musiała walczyć. Przywierała do swej wiary, ale wiara ciągle się wymykała. Jej towarzyszem było zwątpienie, czuła wszechogarniający strach.

– Ojcze, dlaczego nie możemy wierzyć i milczeć?

– Zostaliśmy powołani, by stać się światłem świata.

– Co roku bardziej nas nienawidzą.

– Nienawiść jest nieprzyjacielem, Hadasso. Nie ludzie.

– To ludzie cię biją, ojcze. Czyż sam Pan nie powiedział, byśmy nie rzucali pereł przed wieprze?

– Hadasso, jeśli mam za Niego umrzeć, umrę z radością. To, co robię, służy dobremu celowi. Prawda nie odchodzi i nie przychodzi daremnie. Musisz mieć wiarę, Hadasso. Pamiętaj o obietnicy. Jesteśmy cząstką ciała Chrystusa i w Chrystusie mamy życie wieczne. Nic nie może nas rozdzielić. Żadna ziemska moc. Nawet śmierć.

Tuliła twarz do jego piersi, do szorstkiej sukni, i czuła, jak drapie ją tkanina.

– Ojcze, czemu mogę wierzyć w domu, a tu nie?

– Gdyż nieprzyjaciel wie, jak może cię zranić. – Położył dłoń na jej głowie. – Czy pamiętasz opowieść o Jozafacie? Synowie Moabu, Ammonu i góry Seir wyszli przeciwko niemu z potężną armią. Duch Pana spoczął na Jachazjelu i Bóg powiedział: „Nie bójcie się i nie lękajcie tego wielkiego mnóstwa, albowiem nie wy będziecie walczyć, lecz Bóg”. Śpiewali i wznosili okrzyki uwielbienia i sam Pan zastawił pułapkę na ich wrogów. A rano, kiedy mieszkańcy Judy doszli do miejsca, skąd widać było pustynię, zobaczyli trupy leżące na ziemi. Nikt nie uszedł z życiem. Mężowie Judy nie podnieśli nawet ramienia w bitwie, a jednak zwyciężyli.

Pocałował ją w głowę i dodał:

– Stój pewnie przy Panu, Hadasso. Stój przy Nim i pozwól, by za ciebie zwyciężał. Nie próbuj walczyć w osamotnieniu.

Hadassa westchnęła, starając się nie zwracać uwagi na palenie w żołądku. Jakże brakowało jej rady ojca w niemej samotności tego domu. Gdyby umiała uwierzyć we wszystko, czego nauczał, radowałaby się, że jest teraz z Panem. Zamiast tego czuła dojmującą troskę, która nabrzmiewała i ogarniała ją falami, przynosząc z sobą dziwny, niejasny gniew.

Dlaczego ojciec musiał być takim szaleńcem Chrystusowym? Ludzie nie chcieli go słuchać; nie wierzyli mu. Jego świadectwo było dla nich zniewagą. Jego słowa rozbudzały w nich szaleńczą nienawiść. Dlaczego nie mógł choć raz zachować milczenia i pozostać bezpiecznie w małym domku? Żyłby nadal i byłby tutaj, niosąc im pocieszenie i nadzieję, miast zostawiać ich, by sami musieli się o siebie troszczyć. Dlaczego ten jeden jedyny raz nie mógł okazać rozsądku i przeczekać burzy?

Drzwi otworzyły się powoli i serce Hadassy zadrżało ze strachu, przywracając jej poczucie teraźniejszości. Rabusie wdzierali się do domów w dole ulicy i mordowali mieszkańców za kromkę zaoszczędzonego chleba. Tym razem był to jednak Marek. Poczuła ulgę i odetchnęła.

– Tak się o ciebie bałam – szepnęła z tkliwością. – Nie było cię wiele godzin.

Zamknął za sobą drzwi i opadł wyczerpany obok siostry, opierając się o ścianę.

– Co znalazłeś?

Czekała, żeby dobył swą zdobycz spod koszuli. Jakiekolwiek znalezione pożywienie trzeba było ukrywać, bo inaczej w każdej chwili groziło, że ktoś go napadnie.

Marek spojrzał na nią bezradnie.

– Nic. Zupełnie nic. Nawet starego sandała, nawet skóry z tarczy poległego żołnierza. Nic.

Zaczął płakać i Hadassa widziała, jak drżą mu ramiona.

– Sza, obudzisz Leę i mamę. – Hadassa delikatnie położyła głowę matki na pledzie i zwróciła się w stronę brata. Otoczyła go ramieniem i położyła mu głowę na piersi. – Robiłeś, co w twej mocy, Marku. Wiem, że tak było.

– Może Bóg chce, byśmy pomarli.

– Nie wiem, czy chcę jeszcze znać wolę Boga – wyrwało się z jej ust. W jej oczach pojawiły się zaraz łzy. – Mama mówiła, że Bóg się o nas zatroszczy – dodała, ale słowa robiły wrażenie pustych. Jakże słaba jest jej wiara! Nie taka jak wiara ojca i matki. Nawet Lea, choć taka młoda, kochała Pana z całego serca. Wydawało się też, że i Marek godzi się na śmierć. Dlaczego ona tylko musi zawsze zadawać pytania i powątpiewać?

Zachowaj wiarę. Zachowaj wiarę. Kiedy nie masz nic, zachowaj choć wiarę!

Marek zadrżał i wydobył ją z ponurego zamyślenia.

– Rzucają zwłoki do Wadi El Rabadi, na tyłach świątyni. Tysiące, Hadasso.

Hadassa przypomniała sobie straszliwy widok doliny Hinnom. Tam było miejsce, gdzie Jerozolima wyrzucała martwe nieczyste zwierzęta i wszelkie brudy pozostałe z nocy. Kosze pełne kopyt, wnętrzności i zwierzęcych resztek ze świątyni ciskano w głąb doliny. Kłębiły się tam szczury i ptaki żywiące się padliną i często gorący wiatr niósł smród do miasta. Ojciec nazywał tę dolinę Gehenną.

– Niedaleko stamtąd ukrzyżowano naszego Pana.

Marek przesunął dłonią po włosach.

– Bałem się podejść bliżej.

Hadassa zacisnęła powieki, lecz nie mogła odpędzić palącego i natarczywego pytania. Czy jej ojciec został tam rzucony, czy sprofanowano jego ciało i pozostawiono, by gniło na słońcu? Zagryzła wargi i starała się odepchnąć tę myśl.

– Widziałem Tytusa – powiedział matowym głosem Marek. – Przyjechał konno z paroma ludźmi. Kiedy zobaczył ciała, zaczął coś wykrzykiwać. Nie dosłyszałem słów, ale ludzie mówili, że wzywał Jahwe na świadka, że to nie jego dzieło.

– Czy okazałby łaskę, gdyby miasto się teraz poddało?

– Jeśliby zdołał powstrzymać swoich ludzi. Nienawidzą Żydów i chcą patrzeć, jak umierają.

– A my razem z nimi. – Zadrżała. – Nie będą zważać na różnicę między wierzącymi w Jezusa a zelotami, prawda? Powstańcy czy Żydzi sprawiedliwi, czy nawet chrześcijanie, cóż to dla nich za różnica? – Oczy zaszły jej łzami. – Czy taka, Marku, jest wola Boga?

– Ojciec mówił, że nie jest wolą Boga, by ktokolwiek cierpiał.

– Czemu więc my musimy cierpieć?

– Spada na nas odpowiedzialność za to, cośmy sami sobie uczynili, i cierpimy za grzech, który rządzi światem. Jezus wybaczył łotrowi, ale nie zdjął go z krzyża. – Raz jeszcze przesunął dłonią po włosach. – Nie mam mądrości ojca. Nie potrafię powiedzieć dlaczego, ale wiem, że nie możemy wyzbywać się nadziei.

– Jakiej nadziei, Marku? Jakąż można mieć nadzieję?

– Bóg zawsze zostawia nam skrawek nadziei.

Oblężenie przedłużało się i choć życie w Jerozolimie gasło, żydowski opór trwał. Hadassa pozostawała w domku i tylko wsłuchiwała się w przerażające odgłosy dochodzące zza niezaryglowanych drzwi. Jakiś mężczyzna biegł ulicą, wykrzykując: „Wdarli się na mury!”.

Kiedy Marek wyszedł, żeby zobaczyć, co się dzieje, Lea dostała ataku histerii. Hadassa podeszła do siostry i przytuliła ją z całej siły. Sama czuła, że odchodzi od zmysłów, ale trzymając w ramionach siostrzyczkę, czuła się odrobinę lepiej.

– Wszystko będzie dobrze, Leo. Cicho. – Słowa brzmiały pusto w jej własnych uszach. – Pan czuwa nad nami – dodała, głaszcząc czule siostrę.

Monotonny szereg kłamstw, które miały nieść pociechę, choć przecież cały świat wokół nich walił się w gruzy. Hadassa spojrzała na matkę leżącą po drugiej stronie izby i poczuła, że łzy znowu napływają jej do oczu. Matka uśmiechnęła się słabo, jakby chciała dodać jej otuchy, ale Hadassa wcale nie poczuła się spokojniejsza. Co się z nimi stanie?

Marek wrócił i powiedział, że w obrębie murów trwają walki. Żydzi uzyskali przewagę i wypierają teraz Rzymian.

Jednak jeszcze tej nocy dziesięciu legionistów, korzystając z osłony ciemności, przeczołgało się wśród ruin miasta i zawładnęło twierdzą Antonia. Walki przeniosły się w stronę wejścia do samej świątyni. Rzymianie zostali wprawdzie znowu odparci, ale zdołali zwalić część fundamentów twierdzy, otwierając sobie drogę na dziedziniec pogan. Próbując odciągnąć wroga od świątyni, zeloci zaatakowali Rzymian na Górze Oliwnej. Ponieśli klęskę i zostali wybici co do nogi. Jeńców ukrzyżowano naprzeciwko murów, żeby wszyscy mogli ich widzieć.

I znowu zapadła cisza. A potem miasto ogarnęło od nowa przerażenie, jeszcze większe i jeszcze bardziej pustoszące serca, rozeszła się bowiem pogłoska, że pewna kobieta zjadła własne dziecko. Płomień nienawiści do Rzymian rozgorzał jak pożar.

Józef raz jeszcze zaczął wykrzykiwać do swych ziomków, że Bóg posłużył się Rzymianami, by ich zniszczyć, w ten bowiem sposób spełnią się proroctwa Daniela i Jezusa. Żydzi gromadzili wszelkie materiały, jakie mogli znaleźć, smołę ziemną i pak, by naprawić wyłomy w murach. Rzymianie rzucili się do przodu, a Żydzi ustąpili, zwabiając Rzymian do świątyni. I wtedy Żydzi podpalili Święte Miejsce, i wielu legionistów padło pastwą płomieni.

Tytus zapanował nad rozwścieczonymi żołnierzami i rozkazał ugasić pożar, ale gdy tylko wykonano jego rozkaz, Żydzi znowu runęli do ataku. Tym razem wszyscy rzymscy dowódcy razem wzięci nie byli w stanie powstrzymać furii legionistów, którzy spragnieni żydowskiej krwi znowu podpalili świątynię i przystąpiwszy do plądrowania zdobytego miasta, zabijali każdego, kogo napotkali na swojej drodze.

Mężczyźni padali setkami, kiedy płomienie pochłaniały babilońską zasłonę haftowaną pięknymi niebieskimi, szkarłatnymi i pąsowymi nićmi. Wysoko na dachu świątyni jakiś fałszywy prorok wykrzykiwał, żeby ludzie dołączyli do niego i wyzwolili się. Przez miasto niosło się wycie palących się żywcem ludzi, mieszając się z odgłosami bitwy, która nadal toczyła się na ulicach i w alejach. Mężczyźni, kobiety, dzieci – wszyscy bez wyjątku szli pod miecz.

Hadassa starała się nie dopuścić do siebie myśli o tym, co ich czeka, ale zewsząd wdzierały się do izby odgłosy umierania. Jej matka umarła tego samego gorącego sierpniowego dnia, kiedy padła Jerozolima, i przez dwa dni Hadassa, Marek i Lea czekali, wiedząc, że Rzymianie znajdą ich wcześniej czy później i zabiją jak zabijali każdego, kto się im nawinął.

Ktoś uciekał ich wąską uliczką. Inni krzyczeli, kiedy zarzynano ich bez litości. Hadassa chciała zerwać się i uciekać, ale dokąd miałaby biec? I co z siostrą i bratem? Wcisnęła się jeszcze głębiej w coraz mroczniejszy cień izdebki i mocniej przytuliła Leę.

Coraz więcej męskich głosów. Coraz głośniejszych. Coraz bliższych. Gdzieś w sąsiedztwie ktoś otworzył szarpnięciem drzwi. Ludzie w środku zaczęli krzyczeć. Uciszano ich głosy jeden po drugim.

Wychudzony, wycieńczony Marek dźwignął się z wysiłkiem na nogi i stanął naprzeciwko drzwi, modląc się bezgłośnie. Serce Hadassy waliło jak młot, pusty żołądek zacisnął się w bolesny węzeł. Usłyszała dochodzące z ulicy męskie głosy. Słowa były greckie, ton pogardliwy. Jakiś mężczyzna wydał rozkaz, by przeszukano następne domy. Wyważono kolejne drzwi. Rozległy się znowu krzyki.

Tupot podkutych ćwiekami butów przybliżył się do ich drzwi. Hadassa czuła, że serce wyskoczy jej zaraz z piersi.

– O Boże!…

– Zamknij oczy, Hadasso – powiedział Marek dziwnie spokojnym głosem. – Pamiętaj o naszym Panu – dodał, kiedy drzwi otworzyły się gwałtownie.

Z ust Marka dobył się chrapliwy urwany dźwięk i chłopak osunął się na kolana. Z jego pleców sterczał koniec zakrwawionego miecza; na szarej sukni utworzyła się czerwona plama. Małą izbę wypełnił piskliwy krzyk Lei.

Rzymski żołnierz pchnął stopą Marka, uwalniając miecz.

Hadassa nie mogła dobyć głosu. Patrząc na mężczyznę, na zbroję okrytą kurzem i splamioną krwią jej brata, nie była w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Widziała błyszczące spod hełmu oczy. Kiedy żołnierz zrobił krok do przodu, unosząc krwawy miecz, Hadassa rzuciła się szybko, nie myśląc o tym, co robi. Pchnęła Leę na podłogę i przykryła ją swoim ciałem. „O Boże, niech to się już stanie – modliła się. – Jak najszybciej”. Lea zamilkła. Słychać było tylko chrapliwy oddech żołnierza przemieszany z krzykami z zewnątrz.

Tercjusz ścisnął mocniej miecz w dłoni i patrzył na wychudzoną dziewczynę, która zakryła własnym ciałem jeszcze mniejsze dziecko. Powinien zabić je obie i skończyć z tym raz na zawsze! Ci przeklęci Żydzi są nieszczęściem Rzymu. Zjadają własne dzieci! Zabij kobiety, by nie rodziły wojowników. Ten naród zasłużył na zgubę.

Co go powstrzymywało?

Starsza dziewczyna podniosła na niego wzrok; jej ciemne oczy były pełne strachu. Była taka drobna, taka szczupła. Tylko te oczy – zbyt duże w popielatej twarzy. Było w niej coś, co obezwładniało morderczą siłę jego ramienia. Oddychał teraz swobodniej, serce biło wolniej.

Chciał przypomnieć sobie poległych kolegów. Diokles poległ od kamienia, kiedy budował machinę oblężniczą. Malcenas padł, gdy wbiegł przez wyłom w murze i rzuciło się na niego sześciu wojowników. Kapaneusz spłonął, kiedy Żydzi podłożyli ogień pod swoją świątynię. Albion leży zraniony żydowskim grotem.

Mimo to czuł, że krew w jego żyłach nie jest już taka wrząca, jak jeszcze przed chwilą.

Drżąc na całym ciele, Tercjusz opuścił miecz. Bacząc nadal na każdy ruch dziewczyny, rozejrzał się po izdebce. Czerwona mgła ustąpiła sprzed oczu. Oto chłopiec, którego zabił. Leżał w kałuży krwi tuż obok kobiety. Miała twarz spokojną, jakby spała, włosy starannie uczesane, ręce złożone na piersi. W przeciwieństwie do tych, którzy rzucali swych zmarłych do wadi, te dzieci ułożyły swą matkę tak, by wyglądała godnie.

Słyszał opowieść o kobiecie, która zjadła swoje dziecko. To podsyciło w nim nienawiść do Żydów, którą przesiąknął podczas dziesięciu długich lat spędzonych w Judei. Niczego tak nie pragnął, jak wymazać ślad po nich z powierzchni ziemi. Od początku Rzym miał z nimi same kłopoty – byli dumni, nieskłonni do zgięcia karku przed kimkolwiek poza ich jedynym i prawdziwym, niewidzialnym Bogiem.

Jedyny prawdziwy Bóg! Srogie usta Tercjusza wykrzywiły się w szyderczym uśmiechu. Co za głupcy! Wiara w jednego Boga była nie tylko śmieszna, ale i barbarzyńska. I mimo swych świętych zapewnień, i mimo swego uporu byli narodem barbarzyńców. Wystarczy pomyśleć, co zrobili z własną świątynią.

Ilu Żydów zabił w ciągu ostatnich pięciu miesięcy? Nie dbał o rachubę, kiedy chodził od domu do domu, spragniony krwi, polując na nich jak na zwierzęta. Na bogów, rozkoszował się tym, gdyż każdy zabity Żyd był drobną zapłatą za poległych w tym kraju kolegów.

Dlaczego waha się teraz? Czy poczuł litość dla tej śmierdzącej małej Żydówki? Zabić ją i uwolnić od tej nędzy byłoby czynem miłosiernym. Tak wychudła z głodu, że mógłby zdmuchnąć ją jak świeczkę. Zrobił krok w jej kierunku. Mógłby jednym ciosem zabić obie… i spróbował zmusić się do tego czynu.

Dziewczyna czekała. Widać było, że jest przerażona, a jednak nie błagała o litość, jak czyniło wiele innych. Obie, ona i dziecko, które zasłoniła sobą, trwały bez ruchu i w milczeniu. Patrzyły.

Serce Tercjusza drgnęło, poczuł, że ogarnia go jakaś słabość. Przez chwilę dyszał gwałtownie. Zaklął i wsunął miecz do pochwy.

– Będziecie żyć, ale nie podziękujecie mi za to.

Hadassa znała grekę. Był to język pospolicie używany przez rzymskich legionistów i rozbrzmiewał w całej Judei. Zaczęła płakać. Chwycił ją za ramię i szarpnął, żeby wstała.

Tercjusz spojrzał na małą dziewczynkę leżącą na podłodze. Miała oczy szeroko otwarte i wpatrzone w jakieś odległe miejsce, ku któremu umykał jej umysł. Nie po raz pierwszy widział takie spojrzenie. Niewiele życia ma przed sobą to dziecko.

– Leo – powiedziała Hadassa przestraszona pustym spojrzeniem siostry. Pochyliła się i objęła Leę ramieniem. – Moja siostrzyczko – szepnęła, próbując ją unieść.

Tercjusz wiedział, że mała dziewczynka jest już właściwie martwa i najrozsądniej byłoby zostawić ją tutaj. Kiedy jednak tak patrzył, jak starsza siostra próbuje objąć dziecko i unieść je, poczuł litość. Nawet to nic prawie nieważące dziecko było dla niej za ciężkie.

Tercjusz odsunął ją, podniósł z łatwością małą i łagodnym ruchem przewiesił ją sobie przez ramię jak worek z ziarnem. Chwycił dziewczynę za łokieć i pchnął na ulicę.

Panowała tu teraz cisza, gdyż reszta żołnierzy już się oddaliła. Szedł szybko, chociaż był świadom tego, że starsza dziewczyna z trudem trzyma się na nogach.

W całym mieście unosił się zapach śmierci. Wszędzie leżały nabrzmiałe i rozkładające się od wielu dni trupy ludzi, jednych zabitych przez rzymskich żołnierzy plądrujących miasto, innych zmarłych z głodu. Wyraz przerażenia na twarzy dziewczyny sprawił, że Tercjusz jął zastanawiać się, jak długo ukrywała się w tamtym domu.

– Wasze wielkie święte miasto – powiedział i splunął w kurz.

Ból przeszył ramię Hadassy, kiedy palce legionisty zagłębiły się w jej ciele. Potknęła się o nogi jakiegoś trupa. Na jego twarzy kłębiły się robaki. Wszędzie zwłoki. Poczuła, że zaraz zemdleje.

Im dalej szli, tym więcej widzieli rzeczy przejmujących grozą. Rozkładające się ciała były splątane niby zwierzęta w rzeźni. Tak cuchnęło krwią i śmiercią, że Hadassa zakryła sobie usta.

– Gdzie trzymamy niewolników? – krzyknął Tercjusz w stronę żołnierza rozdzielającego zwłoki.

Dwaj legioniści wyciągali poległego towarzysza spomiędzy dwóch Żydów. Inni legioniści dźwigali łup ze splądrowanej świątyni. Wozy były już załadowane złotymi i srebrnymi kropielnicami, misami, nożykami do przycinania knotów, garnkami i świecznikami. Szufle z brązu i garnki zwalono na stos, tak samo misy, kadzielnice i inne przedmioty używane w świątyni do obrzędów.

Żołnierz podniósł wzrok na Tercjusza, obrzucił brzemiennym w przekleństwo spojrzeniem Hadassę i Leę.

– Tą ulicą i za wielką bramą, ale nie wygląda na to, by te dwie warte były zachodu.

Hadassa spojrzała na nieskazitelny dawniej marmur świątyni, ten sam, który wyglądał z daleka jak okryty śniegiem szczyt górski. Był teraz poczerniały, połupany kamieniami wyrzucanymi przez machiny oblężnicze. Złoto wytopiło się podczas pożaru. Całe fragmenty muru były zwalone. Świątynia. Jeszcze jedno miejsce wydane śmierci i zniszczeniu.

Hadassa poruszała się niemrawo, mdliło ją, przerażało to, co widziała wokół siebie. Dym szczypał w oczy i drapał w gardle. Kiedy szli wzdłuż muru świątyni, słyszała dochodzący ze środka podnoszący się i opadający krzyk zgrozy. Otworzyła usta i serce biło jej mocniej, w miarę jak zbliżali się do bramy wiodącej na dziedziniec kobiet.

Tercjusz szturchnął ją.

– Jeśli zemdlejesz, zabiję cię tam, gdzie upadniesz, i razem z tobą twoją siostrę.

Na dziedzińcu stłoczono tysiące pozostałych przy życiu; jedni jęczeli w swym opuszczeniu, inni opłakiwali swoich zmarłych. Żołnierz wepchnął ją w bramę i zobaczyła przed sobą rzeszę ludzi okrytych łachmanami. Wypełniali cały dziedziniec. Większość była wycieńczona wskutek głodu, wynędzniała, bezradna.

Tercjusz zdjął dziecko z ramienia. Hadassa chwyciła Leę, próbowała ją podtrzymać. Potem opadła bezsilnie na ziemię, trzymając ciągle siostrę w objęciach. Żołnierz odwrócił się i odszedł.

Tysiące ludzi błąkały się to tu, to tam, szukając krewnych i znajomych. Inni zbijali się w małe grupki i płakali, a niektórzy, samotni, wpatrywali się w nicość – jak Lea. Było tak gorąco, że Hadassa ledwie mogła oddychać.

Jakiś lewita rozdarł swoją niebiesko-pomarańczową szatę i wykrzykiwał w udręce: „Boże! Mój Boże! Czemuś nas opuścił?”. Kobieta obok niego, ubrana w szarą suknię zakrwawioną i rozdartą na ramieniu, zaczęła zawodzić żałośnie. Opatulony tkaniną w biało-czarne prążki starzec siedział samotnie, oparty o mur i poruszał bezgłośnie wargami. Hadassa wiedziała, że to członek Sanhedrynu i że jego szata symbolizuje strój pustynny i namioty patriarchów.

W tłumie nie brakowało nazirejczyków o długich, zaplecionych włosach i zelotów ubranych w brudne, wystrzępione spodnie i koszule, na które zakładali krótkie kurtki bez rękawów, z niebieskimi frędzlami. Chociaż nie mieli już noży ani łuków, nadal wyglądali groźnie.

Wybuchła jakaś bójka. Kobiety zaczęły krzyczeć. Dziesiątka rzymskich legionistów przepchnęła się przez tłum, by rozprawić się z przeciwnikami, jak również z paroma innymi osobami, których jedyną winą było to, że znalazły się w pobliżu. Rzymski dowódca stanął na szczycie schodów i zaczął wykrzykiwać w stronę niewolników. Wskazywał mężczyzn w tłumie i żołnierze natychmiast wyciągali wskazanych. Ich przeznaczeniem było umrzeć na krzyżu.

Hadassa zdołała zaciągnąć Leę w bezpieczniejsze miejsce przy murze, koło lewity. Kiedy słońce zaszło i zapadła ciemność, przytuliła mocniej Leę, starając się przekazać siostrze odrobinę swojego ciepła. Ale rano Lea już nie żyła.

Słodka twarz siostry była teraz wolna od strachu i cierpienia. Kąciki warg unosiły się w łagodnym uśmiechu. Hadassa trzymała ją ciągle w ramionach i kołysała. Ból nabrzmiewał i wypełniał ją całą rozpaczą tak głęboką, że nie była nawet w stanie płakać. Kiedy podszedł rzymski żołnierz, ledwie zwróciła na niego uwagę, póki nie spróbował odebrać jej Lei. Mocniej przycisnęła siostrę do piersi.

– Ona nie żyje. Oddaj mi ją.

Hadassa wtuliła twarz w zagłębienie w szyi siostry i jęknęła. Rzymianin napatrzył się na śmierć i nie robiła już na nim większego wrażenia. Szturchnął Hadassę, wyrwał ciało dziecka z jej objęć i kopnięciem odrzucił ją na bok. Oszołomiona Hadassa czuła, jak ból przenika całe jej ciało, i patrzyła bezsilnie na żołnierza, który niósł ciało Lei w stronę wozu pełnego już zwłok ludzi zmarłych w ciągu nocy. Niedbałym ruchem rzucił małe ciało na stos.

Hadassa podciągnęła nogi, zamknęła oczy i łkała z twarzą wciśniętą w kolana.

Dni biegły jednostajnie. Setki umierały z głodu, jeszcze więcej z rozpaczy i utraty wszelkiej nadziei. Niektórych co silniejszych niewolników zabrano do kopania masowych grobów.

Rozeszła się pogłoska, że Tytus dał rozkaz zburzenia nie tylko świątyni, ale całego miasta. Pozostać miały tylko w celach obronnych twierdze Phasaelus, Hippicus i Mariamne oraz fragment zachodnich murów. Nic takiego nie zdarzyło się od czasów, kiedy babiloński król Nabuchodonozor zniszczył świątynię Salomona. Jerozolima, ich ukochana Jerozolima miała być starta z powierzchni ziemi.

Rzymianie przynieśli niewolnikom zboże. Niektórzy Żydzi, nadal nie chcąc zgiąć karku przed rzymskimi rządami, w ostatnim zgubnym geście buntu odmówili przyjęcia pokarmu. W gorszym położeniu byli chorzy i słabi, odmówiono im bowiem pożywienia, gdyż Rzymianie ani myśleli marnować zboże dla tych, którzy zapewne nie wytrzymają marszu do Cezarei. Hadassa należała do tych ostatnich i nie dostała nic do jedzenia.

Pewnego ranka wraz z innymi wyprowadzono ją za mury miasta. Patrzyła ze zgrozą na widok rozciągający się przed jej oczyma. Tysiące Żydów ukrzyżowano naprzeciwko zburzonych murów Jerozolimy. Była to uczta dla padlinożernych ptaków. Ziemia bitewna tak nasiąkła krwią, że była czerwonobrunatna i twarda jak cegła, ale zmiana krajobrazu przerastała wszystko, czego Hadassa mogła się spodziewać. Poza wielkim, straszliwym lasem krzyży nie było ani drzewka, ani krzaczka, ani źdźbła trawy. Przed jej oczyma rozciągała się pustynia, za jej plecami pozostało potężne niegdyś miasto, które teraz zmieniło się w stos gruzów.

– Dalej, ruszać się! – wrzasnął strażnik i jego bat świsnął w powietrzu tuż obok Hadassy, a potem z trzaskiem opadł na plecy jednego z mężczyzn.

Jakiś inny mężczyzna, idący tuż przed nią, jęknął posępnie i osunął się na ziemię. Kiedy strażnik wyciągnął miecz, jedna z kobiet próbowała go powstrzymać, więc powalił ją ciosem pięści i zręcznym ruchem otworzył tętnicę w szyi leżącego mężczyzny. Ujął wijącego się człowieka za rękę, zawlókł na skraj nasypu oblężniczego i zepchnął w dół. Ciało stoczyło się powoli i spoczęło wśród głazów obok innych ciał. Jakiś niewolnik pomógł łkającej kobiecie dźwignąć się na nogi i pochód ruszył.

Zwycięzcy zaprowadzili ich w miejsce znajdujące się w zasięgu słuchu i wzroku od obozu Tytusa.

– Zdaje się, że będziemy musieli być świadkami rzymskiego tryumfu – powiedział z goryczą jakiś mężczyzna z niebieskimi frędzlami przy kurtce, które wskazywały, że jest zelotą.

– Milczże albo będziesz przynętą dla kruków jak tamci nieszczęśni głupcy – syknął ktoś z tłumu.

Niewolnicy patrzyli, jak legiony ustawiły się w szyku i maszerowały zwartymi wyćwiczonymi oddziałami przed Tytusem, który olśniewał swoim złotym rynsztunkiem. Niewolników było więcej niż żołnierzy, lecz Rzymianie szli jak jedna olbrzymia wojenna bestia, zorganizowani i zdyscyplinowani. Dla Hadassy rytmiczna kadencja tysięcy mężczyzn maszerujących w nieskazitelnie wyrównanych szeregach była widokiem przerażającym. Jedno słowo, jeden sygnał mogły sprawić, że setki poruszały się jak jeden mąż. Czy to możliwe, by jakiś naród pomyślał, że może pokonać taką machinę? Zasłaniali sobą horyzont.

Tytus wygłosił mowę, przerywając ją od czasu do czasu, kiedy żołnierze wybuchali wiwatami. Następnie wręczono nagrody. Dowódcy stali przed Tytusem, okryci wyczyszczonymi i lśniącymi w słońcu zbrojami. Odczytano listę tych, którzy dokonali wielkich czynów. Tytus osobiście nałożył im na głowy złote wieńce, a na szyjach zawiesił złote naszyjniki. Niektórym wręczył długie złote włócznie i srebrne odznaczenia. Każdy z nich został uhonorowany podniesieniem do wyższego stopnia wojskowego.

Hadassa rozejrzała się po swoich ziomkach i na wszystkich twarzach dostrzegła gorycz i nienawiść; to, że byli świadkami uroczystości, było jak posypanie solą świeżych ran.

Rozdzielono między żołnierzy łupy wojenne, a potem Tytus znowu zabrał głos, chwaląc swoich ludzi i życząc im wielkiej fortuny oraz szczęścia. Rozradowani żołnierze wznosili raz po raz okrzyki na jego cześć, kiedy przechodził między nimi.

Wreszcie dał rozkaz do rozpoczęcia uczty. Ogromną liczbę wołów spędzono już w pobliże ołtarzy rzymskich bogów i na znak Tytusa przystąpiono do składania ofiar. Ojciec Hadassy powiedział jej, że prawo żydowskie wymaga przelania krwi jako pokuty za grzechy. Wiedziała, że kapłani codziennie składali w świątyni ofiary dla przypomnienia o potrzebie skruchy. Jednak rodzice uczyli ją, że Chrystus przelał krew, by zmyć grzechy świata, że Prawo Mojżeszowe wypełniło się w Nim, że niepotrzebne są już ofiary ze zwierząt. Nigdy więc nie widziała takiej ofiary. Teraz patrzyła z grymasem przerażenia na twarzy, jak w ofierze dziękczynnej zabijano jednego wołu za drugim. Widok takiej ilości krwi spływającej z kamiennych ołtarzy sprawił, że poczuła mdłości. Przyłożyła rękę do ust, zamknęła oczy i odwróciła się.

Zabite zwierzęta rozdano zwycięskiej armii, by żołnierze przygotowali sobie ucztę. Dręczący zapach pieczonej wołowiny niósł się przez nocne powietrze ku setkom niewolników. Nawet gdyby dano im mięso, sprawiedliwi Żydzi odmówiliby jego zjedzenia. Lepszy głód niż mięso poświęcone pogańskim bogom.

W końcu zjawili się żołnierze i rozkazali niewolnikom, by ci ustawili się po swoje racje pszenicy i jęczmienia. Hadassa z trudem wstała i zajęła miejsce w długiej kolejce, pewna, że znowu nie dostanie nic do jedzenia. Oczy zaszły jej łzami. O Boże, Boże, niech się spełni Twoja wola. Kiedy przyszła jej kolej, utworzyła z dłoni miseczkę i czekała, by ją odepchnięto. Jednak złote ziarno sypnęło się z szufli w jej nastawione dłonie.

Prawie usłyszała głos matki: „Pan się o nas zatroszczy”.

Podniosła wzrok i spojrzała młodemu żołnierzowi w oczy. Jego twarz, ogorzała od judejskiego słońca, była skamieniała, nie wyrażała żadnych uczuć. „Dziękuję” – powiedziała po grecku z prostotą i pokorą, nie myśląc zgoła, kim jest ten żołnierz i co może uczynić. W jego oczach zatliła się jakaś iskierka. Ktoś z tyłu szturchnął ją z całej siły i przeklął po aramejsku.

Kiedy odchodziła, nie wiedziała, że młody żołnierz wciąż na nią patrzy. Znowu zanurzył szufelkę w beczce i napełnił dłonie następnej osobie, nie spuszczając wzroku z Hadassy.

Hadassa usiadła na zboczu wzgórza. Siedziała daleko od innych, sama ze swoimi myślami. Pochyliwszy głowę, zacisnęła dłonie na ziarnach. Narastało w niej wzruszenie.

– Stół dla mnie zastawisz wobec mych przeciwników – wyszeptała łamiącym się głosem i zaczęła łkać. – Wybacz mi, Ojcze. Prostuj moje ścieżki. Lecz łagodnie, Panie, byś nie starł mnie w nicość. Boję się, Ojcze, tak się boję. Zachowaj mnie mocą swojego ramienia.

Otworzyła oczy i raz jeszcze rozwarła dłonie.

– Pan się zatroszczy – powiedziała cicho i zaczęła jeść powoli, smakując każde ziarno.

Kiedy słońce zaszło, Hadassę ogarnęło uczucie dziwnego spokoju. Mimo całego zniszczenia, mimo śmierci szalejącej wokół niej, wbrew wszystkim czekającym ją cierpieniom, czuła bliskość Boga. Podniosła wzrok na jasne nocne niebo. Gwiazdy lśniły w górze i wiał łagodny wiatr, przypominający jej Galileę.

Noc była ciepła… Jadła… będzie żyła.

„Bóg zawsze zostawia nam skrawek nadziei” – powiedział Marek. Spośród wszystkich członków rodziny ona miała wiarę najsłabszą, jej serce najbardziej wątpiło, najbardziej brakowało mu śmiałości. Z nich wszystkich ona jest najmniej warta.

– Dlaczego, Panie? – spytała, łkając cicho. – Dlaczego ja?


Germania


II
Germania

Atretes uniósł wysoko rękę, dając swemu ojcu znak, że rzymski legion wchodzi na polanę. Germańscy wojownicy czekali ukryci w lesie. Każdy ściskał w dłoni framea, oszczep, prawdziwy postrach Rzymian, gdyż na mocnym drzewcu miał osadzony ostry jak brzytwa grot, który przebijał zbroję. Rzucano nim celnie z daleka albo używano w walce z bliska.

Widząc, że nadszedł właściwy moment, Atretes opuścił rękę. Ojciec natychmiast wydał wojenny okrzyk, który narastał i rozchodził się po horyzont, kiedy cała świta podjęła zza tarcz pieśń Tiwaza, ich boga wojny. Markobus, wódz Brukterów, który zjednoczył wszystkie plemiona germańskie, dołączył z pozostałymi Brukterami i Batawami – setką ludzi. Przerażający, chaotyczny okrzyk odbijał się echem w położonej niżej dolinie niby wycie demonów z Hadesu. Atretes uśmiechnął się, widząc, że załamuje się rytm marszu Rzymian. I w tym momencie wojownicy runęli do ataku ze stoków wzgórza. Zaskoczeni i zdezorientowani barbarzyńskimi wrzaskami Rzymianie nie słyszeli swych dowódców, którzy rozkazali uformować żółwia. Dowódcy zdawali sobie sprawę, że ten szyk – polegający na tym, że żołnierze tworzyli ciasny krąg i zasłaniali się trzymanymi wysoko i skierowanymi na zewnątrz szyku tarczami, dzięki czemu powstawał nieprzenikniony pancerz przypominający skorupę żółwia – jest jedyną skuteczną obroną w walce z barbarzyńcami. Jednak na widok hordy zaciekłych półnagich wojowników z włóczniami, którzy zaatakowali z boku, szeregi legionistów przemieszały się na tyle, że Germanie zyskali tak im potrzebną przewagę. W kierunku Rzymian poleciały oszczepy. Żołnierze zaczęli padać jeden po drugim.

Ojciec Atretesa, Hermun, znajdował się na czele klina, który rozpoczął atak. W błyszczącym hełmie, oznace wodza, biegł na czele Chattów, prowadząc swój szczep z kryjówki w gęstej puszczy świerkowej. Pędzili z rozwianymi długimi włosami; większość ubrana tylko w sagum – krótki płaszcz ochronny, spięty na ramieniu prostą broszą z brązu – a ich jedyną bronią była tarcza z żelaza i skór oraz framea. Tylko bogatsi spośród wodzów mieli miecze i hełmy.

Biegnący z wojennym okrzykiem Atretes cisnął swój oszczep. Wydłużony grot przebił gardło rzymskiego trybuna i insygnium upadło na ziemię. Jakiś Rzymianin podniósł je, ale Atretes dopadł go i złamał mu kark jednym ciosem rąk złożonych w podwójną pięść. Wyrwał oszczep z martwego ciała i cisnął nim w kierunku następnego żołnierza.

Ze wzgórza zbiegły kobiety z dziećmi; usiadły i zagrzewały okrzykami swoich wojowników. Bitwa nie mogła trwać długo, gdyż zaskoczenie dało Germanom tylko chwilową przewagę. Gdy Rzymianie opanują sytuację, wojownicy wycofają się. Wiedzieli, że mają niewielkie szanse w przedłużającej się bitwie przeciwko doskonale wyćwiczonym wojskom rzymskim. W ostatnich miesiącach stosowali taktykę, która przynosiła im sukcesy: nękali nieprzyjaciela z flanki, uderzali szybko i wycofywali się, gdy tylko szczęście bitewne zaczynało się od nich odwracać.

Atretes przebił zbroję setnika i oszczep uwiązł w ciele. Zaklął imieniem Tiwaza, trzasnął tarczą w głowę żołnierza, który go zaatakował, chwycił gladius, krótki miecz poległego setnika i ledwie zdążył odparować ciosy dwóch następnych Rzymian. Nie nawykł posługiwać się krótkim mieczem i wiedział, że musi wycofać się, nim będzie za późno.

Legioniści opanowali już początkową panikę. W środku bitewnego zgiełku oficerowie na koniach wymachiwali mieczami i wykrzykiwali rozkazy. Szeregi zwarły się i rzymskie wyszkolenie i dyscyplina zaczęły brać górę nad atakującymi.

Atretes zobaczył, że padł jego brat, Warus. Machnął mieczem, odcinając jakiemuś Rzymianinowi ramię. Kiedy ruszył w stronę brata, stanął przed nim jeden z setników i Atretes z najwyższym trudem walczył o życie, gdyż jego przeciwnik bardzo wprawnie posługiwał się mieczem. Germanin blokował kolejne pchnięcia. Wykorzystując całą siłę swego potężnego ciała, rzucił się na setnika i pchnął go na trzech innych żołnierzy.

– Uważaj, Atretesie, z tyłu! – krzyknął ojciec.

Atretes, robiąc gwałtowny unik i wymachując w górę i w dół mieczem, obrócił się i ciosem od dołu rozpłatał od pachwiny po brzuch atakującego. Mężczyzna jęknął i padł, zanim Atretes zdążył uwolnić miecz.

Setnik, którego Atretes przed chwilą powalił, wstał już i znowu ruszył w jego kierunku. Bezbronny Atretes runął na ziemię, chwycił żołnierza za nogę i obalił go. Skoczył na leżącego, chwycił za głowę i jednym szarpnięciem skręcił mu kark. Wydarł miecz z martwej dłoni, zerwał się na równe nogi i zaatakował Rzymianina, który właśnie wyciągał miecz z ciała zabitego przez siebie Germanina. Atretes ciął w nieosłoniętą część szyi i fontanna krwi bryznęła mu prosto w twarz. Rzucił miecz i w biegu porwał oszczep poległego.

Nie widział już pozłacanego hełmu ojca, a wojowników germańskich ciągle ubywało, gdyż Rzymianie przegrupowali się i dawali pokaz zorganizowanej niszczycielskiej siły, z której byli sławni. Markobus, którego lewa ręka zwisała bezwładnie wzdłuż ciała, krzyknął do swoich ludzi żeby się wycofywali. W przeciwieństwie do Rzymian plemiona germańskie nie widziały nic niestosownego w opuszczeniu pola bitwy, kiedy przeciwnik był górą. Batawowie cofnęli się zgodnie z rozkazem, pozbawiając wsparcia ród Atretesa. Atretes zdawał sobie sprawę, że ostrożność nakazuje krzyknąć, by Chattowie skryli się wraz z resztą w puszczy, ale w jego żyłach płynęła gorąca krew, a ramię miał nadal silne. Z wojennym okrzykiem rzucił się na dwóch Rzymian.

Padł jego stryj z piersią przeszytą strzałą. Kuzyn Rolf próbował przedrzeć się do niego, ale poległ od rzymskiego miecza. Rycząc z wściekłości, Atretes rzucał się na prawo i lewo; rozbił hełm jednego legionisty, ciął w ramię drugiego. Jednak zbyt wielu z jego rodu zginęło i w końcu ostrożność zwyciężyła. Krzyknął żywym jeszcze towarzyszom, żeby wycofali się do lasu. Zniknęli w gęstwinie, pozostawiając na polu bitwy zawiedzionych Rzymian, którzy nie byli odpowiednio wyposażeni, by ruszyć w pościg.

Po przebyciu pół mili pod górę Atretes zobaczył swoją siostrę, Martę, która klęczała i przemywała ranę na ramieniu męża. Obok leżał nieprzytomny brat z nogą ciasno obandażowaną, by zatamować krew.

Usipi krzywił się, kiedy Marta pewną ręką, ale szorstko opatrywała mu ranę. Z twarzy spływał mu pot.

– Twój ojciec… – powiedział.

Uniósł trochę rękę, wskazując kierunek.

Atretes pobiegł lasem na zachód i natknął się na matkę, która trzymała ojca w ramionach. Cały bok hełmu wodza był wgnieciony i pozłacany brąz pokrywała krew. Atretes wydał dziki okrzyk i padł na kolana.

Matka z bladą, ściągniętą twarzą gorączkowo opatrywała otwarty brzuch ojca. Łkając, upychała wnętrzności i próbowała ściągnąć brzegi rany.

– Hermun – powtarzała błagalnym głosem. – Hermun, Hermun…

Atretes chwycił matkę za zakrwawione nadgarstki, przerywając jej gorączkowe wysiłki.

– Zostaw go w spokoju.

– Nie!

– Matko! – Zacisnął mocniej dłonie i szarpnął nią. – On nie żyje. Nic już nie możesz zrobić.

Ucichła, napięte mięśnie rozluźniły się. Puścił ją i zakrwawione dłonie spoczęły bezwładnie na udach. Atretes zamknął ojcu oczy i położył rękę na znieruchomiałej piersi. Matka siedziała spokojnie przez dłuższą chwilę, a potem załkała spazmatycznie, pochyliła się i położyła sobie na łonie zakrwawioną głowę męża. Skrajem krótkiego płaszcza otarła mu twarz, jakby był dzieckiem.

– Zaniosę go do innych – powiedział Atretes.

Matka uniosła ramiona Hermuna i Atretes dźwignął ojca z ziemi. Łzy spływały po jego srogiej twarzy, kiedy nogi ugięły mu się pod ciężarem ojcowskiego ciała i musiał przyklęknąć na jedno kolano. Walcząc ze zmęczeniem, zacisnął zęby i wstał. Każdy krok oznaczał straszliwy wysiłek.

Kiedy dotarł do siostry i Usipiego, położył ostrożnie ciało ojca obok ciał Dulgi i Rolfa, które zdołała przyciągnąć tu inna kobieta z jego rodu. Dysząc ciężko i czując słabość rozlewającą się po grzbiecie, Atretes zdjął z szyi ojca rzeźbiony talizman i zacisnął drewniany wizerunek w dłoni. Został wyrzeźbiony z dębu rosnącego w świętym zagajniku i chronił Hermuna w wielu bitwach. Atretes chciał przejąć z niego siłę, ale czuł tylko głęboką rozpacz.

Bitwa została przegrana, ojciec nie żyje. Jeśli Atretes okaże dość siły, zostanie wodzem. Czy jednak chce tego?

Proroctwo Weledy, jasnowidzącej Brukterów, która siedziała ukryta w swej wieży, gdzie nikt nie mógł jej zobaczyć, okazało się fałszywe. Chociaż Juliusz Cywilis i jego powstańcy zniszczyli przygraniczne legiony, powstanie gasło. Po roku walk nie mieli już wolności w zasięgu ręki.

Po dwunastomiesięcznym okresie, kiedy upadło trzech cesarzy, do władzy doszedł Wespazjan. I teraz osiem następnych legionów wysłano pod dowództwem najmłodszego syna władcy, Domicjana, przeciwko Juliuszowi Cywilisowi. Weleda prorokowała, że młodość zgubi Domicjana, ale chłopiec dotarł na granicę na czele swoich legionów, ani myśląc chować się za ich plecami. Miał sławę doskonale wyćwiczonego gladiatora i był zdecydowany dowieść, że jest równie dobrym wodzem, jak jego ojciec, Wespazjan, oraz brat, Tytus. I okazało się, że ten wyrostek potrafi postawić na swoim.

Rozprawiając się z oddziałami buntowników, Domicjan brał ich w niewolę. Rozkazał, żeby zdziesiątkowano ludzi Juliusza Cywilisa. Ustawiano jeńców w szeregu i co dziesiątego krzyżowano. Kiedy sam Juliusz Cywilis zmierzał skuty łańcuchami w stronę Rzymu, skończyła się jedność popierających go plemion. Kolejne odłamy odłączały się od sił germańskich. Wielu Batawów dostało się do niewoli. Z rodu Atretesa poległ co trzeci mężczyzna.

Atretes patrzył na ojca i czuł, jak wzbiera w nim gniew. Ledwie tydzień temu wódz Chattów rzucał na białe płótno kawałki gałązek i kory z jednego ze świętych dębów. Nie potrafił odczytać z nich wyraźnych znaków, ale kapłan oznajmił, że rżenie i parskanie białego konia zapowiadają zwycięstwo.

Zwycięstwo! Gdzież to zwycięstwo? Czyżby ich właśni bogowie obrócili się przeciwko nim? Czy może bogowie Rzymian okazali się potężniejsi niż mocarny Tiwaz?

Kiedy nieśli swoich poległych do wioski, zaczęli napływać inni członkowie rodu, którzy oznajmili, że Rzymianie pomaszerowali na północ.

Atretes ścinał drzewa, żeby zbudować dla ojca dom śmierci, matka zaś ubierała w tym czasie męża w najlepsze skóry i przygotowywała ucztę żałobną. Ustawiła obok męża najlepsze gliniane misy, kruże i tace i napełniła miski gęstą owsianką, a kruże mocnym miodem. Na tacach ułożyła kawały pieczonej jagnięciny i wieprzowiny. Kiedy skończyła, Atretes podpalił dom śmierci. Kolejne ognie rozbłyskiwały w ciemności.

– Dokonało się – powiedziała matka. Po policzkach spływały jej łzy. Łagodnie położyła dłoń na ramieniu Atretesa. – Jutro w nocy zgromadzisz mężczyzn w świętym zagajniku.

Wiedział, że matka uznała, iż zostanie wodzem.

– To zależy od kapłanów.

– Już cię wybrali, podobnie jak nasi ludzie. Kto lepiej może się nadawać? Czyż nie twoich rozkazów słuchali bez szemrania, kiedy bitwa przyjęła zły obrót? I Chattowie jako ostatni wycofali się do lasu.

– To nie moja zasługa, ale skutek tego, że poległ ojciec.

– Będziesz wodzem, Atretesie. Hermun wiedział, że nadejdzie ten dzień. Dlatego przygotowywał cię, dlatego musiałeś starać się bardziej niż inni synowie. Kiedy przyszedłeś na świat, otrzymaliśmy znak, że zostaniesz wielkim wodzem.

– Znaki nieraz już zawodziły.

– Ale nie ten. W niektórych sprawach nie ma wyboru. Nie możesz walczyć z przeznaczeniem. Czy pamiętasz ten wieczór, kiedy ojciec zaprowadził cię przed oblicze rady i przedstawił uzbrojonego w tarczę i oszczep?

– Tak – odparł, próbując zapanować nad swoim żalem. Patrzył na płomienie i kiedy ściany runęły, zobaczył ciało ojca. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnął, była godność wodza, oznaczała bowiem utratę wolności.

– Tamtej nocy stałeś się, Atretesie, mężczyzną. I od tego czasu stale wzrastałeś w męskości. Pierwszego wroga zabiłeś, kiedy miałeś czternaście lat. – Uśmiechnęła się i w jej niebieskich oczach zalśniły łzy. – Ledwie miałeś co golić, kiedy zabiłeś wroga, ale zawzięcie skrobałeś sobie twarz zgodnie z naszą tradycją.

Jej dłoń zacisnęła się na ramieniu syna.

– Miałeś piętnaście lat, gdy wziąłeś sobie za narzeczoną Anię, szesnaście, gdy umarła przy porodzie tak jak i twój syn. Dwa lata później pokonałeś najeźdźców brukterskich i złożono hołd twemu męstwu, pozwalając zdjąć z palca żelazny pierścień. Ojciec powiedział, że walczyłeś lepiej niż jakikolwiek wojownik, którego widział. Był z ciebie dumny. – Jeszcze mocniej ścisnęła jego ramię. – I ja jestem z ciebie dumna!

Zamilkła i tylko łzy spływały jej po twarzy, kiedy wpatrywała się w ogień.

– Mieliśmy dwa lata pokoju.

– Ale przyszedł Juliusz Cywilis i powiedział o powstaniu przeciwko Rzymianom.

– Tak – potwierdziła, znowu podnosząc na niego wzrok. – I o nadziei na wolność.

– Ale nie dodał, że Wespazjan objął władzę, matko.

– Wespazjan jest tylko człowiekiem. My mamy po swojej stronie Tiwaza. Czyż nie słyszałeś proroctw Weledy? Wolności nikt nie da nam w darze, Atretesie. Musimy o nią walczyć.

Przeczesał palcami swoje jasne włosy i podniósł wzrok na gwiazdy. Gdybyż miał wiedzę kapłana i potrafił odczytać odpowiedź tam, w niebie! Chce walczyć! Chciał tak bardzo, że poczuł, jak napinają się jego mięśnie i serce zaczyna bić szybciej. Najpełniej czuł, że żyje, w ogniu bitwy, walcząc o zwycięstwo i o swoje życie. Jako wódz będzie musiał myśleć o innych sprawach, inne rzeczy rozważać.

– Kiedy byłeś chłopcem, marzyłeś, że porzucisz nasze plemię i wejdziesz do świty Markobusa – powiedziała spokojnym głosem matka.

Atretes spojrzał na nią ze zdziwieniem. Czyżby wiedziała wszystko, o czym on pomyśli?

Z czułością dotknęła jego twarzy.

– Nigdy o tym nie mówiłeś, bo chciałeś dochować wierności ojcu, ale on wiedział o tym tak samo jak ja. Atretesie, czeka cię inny los. Wyczytałam to ze znaków przy twoim narodzeniu. Poprowadzisz swój lud do wolności.

– Albo śmierci – odparł posępnie.

– Wielu umrze – powiedziała uroczystym tonem. – Między nimi będę ja.

– Matko! – wykrzyknął, ale jej dłoń znowu zacisnęła się na jego ramieniu, nakazując milczenie.

– Tak się stanie. Widziałam to. – Jej błękitne oczy stały się jakieś puste i niepokojące. – Twoje imię stanie się znane w Rzymie. Będziesz walczył tak, jak nie walczył przed tobą nikt z plemienia Chattów i zatryumfujesz nad każdym swym wrogiem. – Mówiła dziwnym, odległym głosem. – Nadciąga burza, która przejdzie przez cesarstwo i zmiecie je z powierzchni ziemi. Nadejdzie z północy, wschodu i zachodu, a ty będziesz jej częścią. I jest kobieta, kobieta o ciemnych włosach i ciemnych oczach, kobieta krocząca dziwnymi ścieżkami. I pokochasz ją.

Zamilkła i mrugała teraz oczami, jak ktoś przebudzony z głębokiego snu.

Serce Atretesa biło jak oszalałe. Widział matkę w takim stanie ledwie kilka razy i zawsze czuł wtedy chłód w studni swego żołądka. Gdyby była kim innym, zlekceważyłby jej słowa jako słowa matki marzącej o wielkości dla swojego syna. Jej słów nie mógł jednak ważyć lekce, gdyż była szanowaną jasnowidzącą i wieszczką, czczoną przez niektórych jak bogini.

Jej twarz pojaśniała. Odetchnęła i uśmiechnęła się smutno.

– Musisz zostać, Atretesie. Musisz być przygotowany na to, co cię czeka. – Obróciła spojrzenie ku żarzącym się węglom domu śmierci. – Ogień prawie zgasł. Zostaw mnie samą z Hermunem – powiedziała miękkim głosem.

Jej twarz lśniła w migającym świetle jak powleczona złotem.

Minęło kilka godzin, zanim Atretes zdołał zasnąć. Kiedy o świcie dźwignął się z siennika i wyszedł przed dom, zobaczył, że matka wybiera z popiołów kości ojca i wkłada je do glinianego naczynia, by w nim je pogrzebać.

Zanim słońce stanęło w zenicie, jeszcze czterech mężczyzn umarło z ran i zbudowano cztery nowe domy śmierci.

Potem doniesiono Atretesowi, że złapano dezertera. Atretes zdawał sobie sprawę, że ludzie od niego oczekują rady. Wiedział, co należy zrobić, ale wydać wyrok na człowieka, nawet na takiego, jak Wagast, wydawało mu się czymś niewłaściwym.

Ludzie zebrali się w dębowym zagajniku, wysoka rada zasiadła koło świętego drzewa. Powietrze nocne było zimne i wilgotne; głosy żab i sów rozbrzmiewały tajemniczym echem wokół zgromadzonych. Atretes zajął skromne miejsce, mając odrobinę nadziei, że wodzem zostanie Rud albo Holt. Byli odpowiednimi ludźmi, i starszymi niż on.

Gundrid, kapłan, wyjął wizerunki z pustego pnia świętego dębu i umieścił je na najniższych gałęziach. Szepcząc słowa zaklęcia i modlitwy, odwinął i uniósł wysoko złote rogi, ozdobione wyrytymi na nich symbolami.

Kiedy opuścił święte przedmioty, Atretes trwał w bezruchu. Spojrzenie jasnoniebieskich oczu kapłana przenosiło się z jednego mężczyzny na drugiego, a wreszcie spoczęło na nim. Serce Atretesa waliło jak młot. Kapłan podszedł do niego i młodzieniec poczuł na całym ciele krople potu. Tylko kapłan i wódz mieli prawo dotykać świętych wizerunków i wielkich rogów. Kiedy kapłan podał mu je, Atretes zobaczył, że na jednym rogu znajdował się wizerunek mężczyzny o trzech głowach, trzymającego topór, i samicy węża karmiącej swoje małe. Na drugim był mężczyzna trzymający sierp i prowadzący kozę. Atretes wiedział, że jeśli dotknie świętych rogów, uzna sam siebie za nowego wodza. Wszyscy mężczyźni zaczęli już wznosić radosne okrzyki i potrząsać oszczepami, potwierdzając w ten sposób wybór.

Opanował się, złożył oszczep na ziemi i wyciągnął przed siebie ręce. Był zadowolony, że nie drżą. Kiedy kapłan powierzył mu święte bóstwo, Atretes wstał i wzniósł wysoko wielkie rogi. Mężczyźni zaczęli wykrzykiwać jeszcze głośniej i jeszcze mocniej potrząsać oszczepami. Atretes zwrócił się okrzykiem do Tiwaza; jego głęboki głos poniósł się przez puszczę.

Kiedy Atretes niósł rogi w stronę ołtarza, kapłan zapalił kadzielnicę. Nowy wódz położył rogi i przyklęknął, czekając na błogosławieństwo kapłana. Gundrid wezwał Tiwaza, by bóg był przewodnikiem dla nowego wodza, by dał mu mądrość, a jego ramieniu siłę do walki. Atretes poczuł, że przenika go gorąco, kiedy kapłan zaczął się modlić, by znaleziono dla niego żonę i by ich związek okazał się owocny.

Gdy Gundrid skończył, Atretes wstał i wziął sztylet, który mu ofiarowano. Szybkim ruchem otworzył sobie żyłę po wewnętrznej stronie nadgarstka. W ciszy, która teraz zapadła, wyciągnął rękę, aby jego krew spłynęła na rogi jako ofiara.

Gundrid podał mu białe płótno, by zatamował krew. Atretes owinął nim mocno rękę, a następnie odpasał cienki rzemień, na którym nosił mały woreczek. Woreczek przygotowała matka jako ofiarę dla bogów. Kapłan wysypał zawartość do kadzielnicy i mały płomyk zasyczał i buchnął jaśniejącą czerwienią i błękitem. Obecni sapnęli z przestrachu.

Gundrid kołysał się i pojękiwał; w powietrzu unosił się słodki, oszałamiający zapach. Kapłan wyrzucił wysoko ręce, oddając w uniesieniu cześć, ale język, którym przemawiał, był zrozumiały tylko dla Tiwaza i bóstw leśnych. Inni kapłani położyli dłonie na Atretesie i znowu poprowadzili go do ołtarza. Ukląkł i pocałował rogi, oni zaś ranili swe ciała świętymi nożami i w błogosławieństwie wylewali na niego swą krew.

Serce biło mu coraz mocniej; oddychał coraz szybciej. Od słodkiego zapachu kadzideł kręciło mu się w głowie i zobaczył skrzydlate bestie i wijące się spiżowe ciała, które splatały się ze sobą w śmiertelnej walce wśród świętych płomieni. Odrzucił do tyłu głowę i wykrzykiwał dzikim głosem; ogarniało go coraz większe podniecenie, aż jął myśleć, że wybuchnie. Jego głęboki głos raz po raz rozbrzmiewał w ciemnym lesie.

Podszedł Gundrid i kiedy położył na Atretesie dłonie, paliły jak ogień. Atretes odchylił znowu głowę do tyłu, by wyryto mu na czole znak.

– Pij – powiedział Gundrid i przyłożył do jego warg srebrny puchar. Atretes pił i jego serce zwalniało stopniowo szaleńczy rytm, w miarę jak smakował mieszankę miodu z krwią.

Stało się. Był teraz nowym wodzem.

Wstał, by zająć honorowe miejsce i posępnie myślał o pierwszym zadaniu: musi skazać na śmierć jednego ze swych najstarszych przyjaciół.

Przywleczono Wagasta i rzucono przed Atretesa. Twarz młodzieńca spływała potem; usta drgały nerwowo. Atretes, patrząc na niego, przypomniał sobie, że Wagast otrzymał tarczę i oszczep o miesiąc wcześniej niż on.

– Nie jestem tchórzem! – krzyczał rozpaczliwie Wagast. – Bitwa była przegrana! Atretesie, zobaczyłem, jak pada twój ojciec. Batawowie uciekli do lasu.

– Rzucił tarczę – oznajmił Rud. W blasku ognia wyraz jego srogiej, ogolonej, ogorzałej twarzy nie dopuszczał myśli o pobłażliwości. Nie ma nikczemniejszej zbrodni, o jaką może być oskarżony mężczyzna – nawet młody lub niedoświadczony.

– Wytrącono mi ją! – krzyczał Wagast. – Przysięgam.

– Próbowałeś ją odzyskać? – spytał Atretes.

Spojrzenie Wagasta umknęło gdzieś w bok.

– Nie mogłem do niej dotrzeć.

Mężczyźni pomrukiwali pod nosem, zaprzeczając temu, co twierdził Wagast. Rud patrzył na niego z odrazą; niebieskie oczy wyrażały nieprzejednanie.

– Sam cię widziałem, jak zmykałeś z pola bitwy niczym przestraszony pies. – Zwracając się do Atretesa i rady, wykrzyknął: – Kara za tchórzostwo jest jedna. Żadnego odroczenia. Nasze prawo wymaga jego śmierci!

Mężczyźni zaczęli potrząsać oszczepami, ale bez większego zapału. Żaden z nich nie cieszył się koniecznością stracenia członka rodu. Kiedy Atretes uniósł miecz, wyrok zapadł. Wagast wyrywał się, rzucał i kopał zbliżających się do niego mężczyzn. Błagającego o litość zaciągnięto na skraj grzęzawiska. Zapierał się piętami o miękką ziemię, walcząc zaciekle o życie, łkając i błagając. Atretes poczuł obrzydzenie i powalił go ciosem pięści. Potem podniósł Wagasta w górę i sam cisnął w bagno. Dwaj ze starszyzny położyli na nim fragment płotu i spychali go w dół długimi drągami, uniemożliwiając wydostanie się z moczaru.

Im bardziej Wagast się miotał, tym szybciej się pogrążał. Kiedy zniknęła jego głowa, widać jeszcze było dłonie szukające jakiegoś chwytu. Jeden ze starszyzny wydobył i odrzucił drąg. Inni poszli w jego ślady. Pokryte błotem palce Wagasta wczepiały się w płot. Wreszcie rozwarły się i na powierzchni pokazało się kilka bąbli.

Mężczyźni stali w milczeniu. Taka śmierć nie ma nic wspólnego z tryumfem. Lepiej zginąć od rzymskiego miecza niż ponieść haniebną śmierć w cuchnącym zapomnieniu grzęzawiska.

Atretes obrócił się do stojącego na uboczu siwowłosego mężczyzny. Położył dłoń na ramieniu Herigasta i zacisnął ją mocno.

– Byłeś ojcem mojego przyjaciela. Wiemy wszyscy, że jesteś człowiekiem honoru i nie obwiniamy cię za tchórzostwo twego syna. – Twarz mężczyzny drgnęła, potem znowu przybrała wyraz spokoju i obojętności. Atretes czuł litość, ale okazał tylko pełen powagi szacunek. – Będziesz zawsze mile widziany przy moim ognisku – dodał i odszedł od bagna.

Pozostali ruszyli za nim.

Herigast został sam. Przykucnął, przycisnął oszczep do czoła i zapłakał.

Sewer Albanus Majorian walczył już przedtem ze śmierdzącym plemieniem germańskim. Przez ostatnie dwa miesiące Germanie ani na krok nie odstępowali różnych rzymskich legionów, uderzając nagle, odcinając część szeregów niby śmiertelna mgła i równie nagle znikając. Lecz chociaż rzymski dowódca spodziewał się germańskiego ataku i liczył na ten atak, był zdumiony jego zaciekłością.

Gdy tylko usłyszał okrzyk wojenny, dał znak do kontrataku. Ci plugawi Germanie postępowali zdradziecko, uderzali bowiem jak jadowity wąż, który ukazuje się nie wiadomo skąd i zaraz niknie w głębi swojej nory. Żeby zabić węża, trzeba odciąć mu głowę.

Niewidoczna kawaleria zajęła stanowiska. Szeregi legionistów wykonały wyćwiczony zwrot. Kiedy horda nagich wojowników runęła z drzew, Sewer wypatrzył wodza, który z rozwianymi jak flaga jasnymi włosami biegł przed stadem swoich wilków. Żołnierza ogarnęła wściekłość, która jednak prawie natychmiast ustąpiła miejsca posępnej determinacji. Musi mieć tego młodego barbarzyńcę zakutego w łańcuchy. Ruszył na swym koniu do przodu, wykrzykując dalsze rozkazy.

Młody barbarzyńca, nacierający prosto na legion, tak wprawnie posługiwał się zakrwawionym oszczepem, że żołnierze z pierwszego szeregu zaczęli się cofać, ogarnięci przerażeniem. Nieustraszony Sewer dał następny znak i rozległ się dźwięk trąbek, które wzywały rzymską kawalerię uszykowaną za plecami germańskich wojowników. Szeregi rzymskie przetrwały pierwszy impet i teraz stężały, biorąc to, co barbarzyńcy mogli dać, to znaczy wciągając ich jak najgłębiej w pułapkę.

Sewer skierował konia w tłum walczących mężczyzn i wywijał na wszystkie strony mieczem; znał wystarczająco germańską taktykę, by wiedzieć, że za kilka minut wojownicy rozproszą się po lesie. Jeśli oderwą się od legionistów, znowu znikną, by później rzucić się do następnego ataku. W tym momencie Sewer zdał sobie sprawę, że ich wódz dostrzegł pułapkę, gdyż zaczął coś wykrzykiwać do swoich ludzi.

– Bierzcie olbrzyma! – ryknął Sewer, ściągając wodze. Pochylił się i framea przemknęła tuż obok jego głowy. Ciął mieczem wojownika, który go zaatakował, i zaklął. – Olbrzym! Bierzcie go! Olbrzym!

Atretes gwizdnął przenikliwie, raz jeszcze dając swoim ludziom sygnał do odwrotu. Rud padł ze strzałą w plecach, Holt krzyczał jak szalony na pozostałych. Kilku przedarło się przez szeregi, ale Atretes został otoczony. Przebił grotem oszczepu jednego żołnierza i drugim końcem wymierzył cios w brodę innemu, który zaatakował go od tyłu. Zanim zdołał wydobyć oszczep, jakiś żołnierz pchnął go w plecy. Atretes, nie puszczając oszczepu, przewrócił się, wywinął koziołka i stanął mocno na nogach z bronią w ręku, celując jej ostrym jak brzytwa grotem w brzuch napastnika.

Zobaczył błysk z prawej strony i obrócił się, ale poczuł już na prawym ramieniu ostrze miecza. Dowódca na koniu jechał w jego stronę, wykrzykując jakieś rozkazy. Pół tuzina żołnierzy osaczyło Atretesa ze wszystkich stron.

Atretes wydał dziki okrzyk wojenny i runął na najmłodszego z atakujących go żołnierzy; wgniótł mu bok hełmu, a następnie ciął w pachwinę. Kiedy inny próbował pchnąć go mieczem, zrobił szybki unik, obrócił się i wymierzył mu piętą kopniaka prosto w twarz. Rzymski dowódca ruszył prosto w jego stronę, ale Atretes umiał przekoziołkować i błyskawicznie stanąć z powrotem na nogi, wyrzucając do góry ręce i wydając przeraźliwy, wysoki okrzyk, który sprawił, że rumak zrobił krok do tyłu. Unikając jego kopyt, Atretes chwycił oszczep.

Kiedy framea znalazła się znowu w ręku Germanina, Rzymianie cofnęli się. Dowódca starał się odzyskać panowanie nad swym koniem, wykrzykując z twarzą czerwoną od gniewu rozkazy swoim żołnierzom.

Atretes spostrzegł, że nie ma dla niego ucieczki i postanowił zabrać ze sobą na tamten świat tylu śmierdzących rzymskich żołnierzy, ilu tylko zdoła. Obnażył zęby i obracał się, czekając na atak. Jeden z żołnierzy wystąpił z kręgu, więc Atretes zwrócił się w jego stronę, trzymając oburącz oszczep. Żołnierz machnął mieczem i zaczął przesuwać się wewnątrz kręgu w prawo; reszta dodawała mu głosem otuchy. Rzymianin zaatakował pierwszy. Atretes z łatwością odparował cios, splunął tamtemu w twarz i odepchnął go. Rozwścieczony żołnierz wykonał pchnięcie. Atretes tego właśnie oczekiwał; uchylił się i z obrotu uderzył końcem oszczepu nieostrożnego legionistę w bok głowy. Rozległ się głuchy odgłos. Żołnierz upadł i Atretes szybkim ruchem oszczepu przeciągnął grotem po jego szyi. Legionista przez chwilę rzucał się gwałtownie, ale zaraz skonał.

Wystąpił, wymachując mieczem, następny żołnierz. Atretes uchylił się i krążył, spodziewając się w każdej chwili, że ktoś z zacieśniającego się kręgu wbije mu miecz w plecy. Nic takiego się nie stało. Wyglądało na to, że Rzymianie chcą zabić go w uczciwej walce.

Drugi żołnierz bardzo szybko został wyłączony z walki, gdyż Atretes rozpłatał mu udo. Germanin zabiłby przeciwnika, gdyby nie to, że następny legionista wszedł szybko do kręgu i odbił cios oszczepu. Ranny został odciągnięty i Atretes miał teraz przed sobą trzeciego przeciwnika. Szybkimi, urywanymi ruchami wysuwał ostrze oszczepu, zmuszając go do cofania się. Krąg otworzył się i zaraz znowu zamknął. Rzymianin, który stanął naprzeciwko Atretesa, opuścił gwałtownie tarczę, uderzając nią z całej siły w długie metalowe ostrze oszczepu i jednocześnie wywijając mieczem. Atretes zrobił unik, obrócił się wokół własnej osi i długim drzewcem oszczepu uderzył tamtego w tył głowy. Żołnierz padł twarzą w kurz i zastygł.

Rozwścieczeni Rzymianie okrzykami zachęcali dwóch innych towarzyszy, którzy wystąpili przeciwko barbarzyńcy. Atretes poruszał się tak zręcznie, że w końcu ci dwaj zderzyli się ze sobą. Atretes, śmiejąc się, kopał w ich stronę kurz i spluwał. Jeśli ma umrzeć, umrze, szydząc z wrogów.

Siedząc na swoim czarnym wierzchowcu, Sewer przyglądał się, jak walczy młody Germanin. Ten pies był otoczony przez żołnierzy, wiedział, że nie uniknie śmierci, a jednak otwarcie drwił ze swoich wrogów. Sewer patrzył, jak olbrzym zatoczył oszczepem obszerny krąg i roześmiał się głośno, gdyż żołnierze zrobili krok do tyłu. Kiedy wystąpił kolejny przeciwnik, rozprawił się z nim błyskawicznie, posługując się długim oszczepem jak mieczem i zarazem maczugą. Postawił nogę na poległym i trzymając oburącz swą broń uśmiechał się dziko, wyzywając legionistów w tym barbarzyńskim języku zrozumiałym tylko dla jego germańskich ziomków. Kiedy znalazł się następny chętny, Atretes poruszał się tak szybko, że tamten zupełnie się z nim minął. Próbował odzyskać równowagę, ale było już za późno. Barbarzyńca walnął końcem oszczepu w hełm i obróciwszy drzewce, bezlitośnie przesunął ostrzem po odsłoniętej szyi.

– Dość tego! – krzyknął z wściekłością Sewer. – Chcecie zginąć jeden po drugim? Skończyć z nim! – Kiedy do kręgu wkroczyło trzech żołnierzy spragnionych germańskiej krwi, wrzasnął: – Chcę mieć go żywego!

Atretes nie rozumiał tych rozkazów, ale z wyrazu twarzy atakujących domyślił się, że coś się zmieniło. Parowali mieczami jego ciosy, ale sami nie atakowali. Może chcą zachować go przy życiu, żeby potem ukrzyżować. Wydał wściekły okrzyk i z furią rzucił się do ataku. Jeśli nadchodzi śmierć, chce wyjść jej naprzeciw z oszczepem w dłoni.

Coraz więcej żołnierzy napierało, atakując go tarczami. Największy z nich zdołał chwycić oszczep, a inny uderzył go płasko mieczem w bok głowy. Wykrzykując z wściekłością imię Tiwaza, Atretes szarpnął oszczepem do dołu i czołem walnął przeciwnika w twarz. Tamten padł i Atretes rzucił się na dwóch innych. Uchylił się przed ciosem tarczą, ale zanim zdołał znowu unieść oręż, uderzenie mieczem na płask ogłuszyło go na moment. Z całej siły kopnął któregoś z żołnierzy w pachwinę, jednak następny cios w plecy sprawił, że ugięły się pod nim kolana. Jeszcze jeden cios i Atretes runął na ziemię.

Instynktownie przekoziołkował i spróbował stanąć, ale czterech ludzi chwyciło go za ręce i nogi. Przygwoździli go do ziemi, a jakiś inny legionista spróbował wyrwać mu oszczep z zaciśniętej dłoni. Atretes zawył dziko, rzucając się i walcząc. Rzymski dowódca zsiadł z konia i stanął nad nim. Spokojnym głosem wydał rozkaz i głownia miecza opadła na skroń Germanina. Ten ścisnął mocniej oszczep, ale natychmiast zapadł się w ciemność.

Powoli wracał do przytomności. Nie potrafił rozpoznać miejsca, w którym się znalazł. Miał przed oczyma mgłę, a jego nozdrzy nie wypełnił czysty zapach lasu, lecz woń krwi i moczu. W głowie mu huczało, a w ustach miał smak krwi. Spróbował wstać, ale zdołał się dźwignąć ledwie kilka cali, kiedy brzęk łańcuchów sprawił, że poczuł kłujący ból w skroniach i uświadomił sobie swoją klęskę. Jęknął i opadł bezsilnie.

Proroctwo matki wydawało mu się teraz szyderstwem. Powiedziała, że nie pokona go żaden wróg, a oto leży w łańcuchach na deskach, czekając na nieznane przeznaczenie. Zawiódł swój lud, zawiódł siebie samego.

„Jeśli mamy umrzeć, umierajmy jako ludzie wolni!” – zakrzyknęli jego wojownicy, kiedy kazał im wybierać między wędrówką na północ albo dalszą walką z panowaniem rzymskim. Jakże gorzko uwięzła teraz ta przysięga w gardle, bo przecież ani on, ani jego wojownicy nie brali pod uwagę tego, że mogą zostać jeńcami. Nie bali się śmierci i szli do bitwy, żeby zabić tylu wrogów, ilu się uda. Przeznaczeniem człowieka jest umrzeć. Atretes i mężczyźni z jego rodu zawsze myśleli, że śmierć spotkają, walcząc.

Teraz zakuty w łańcuchy Atretes czuł skręcające trzewia upokorzenie, gdyż poniósł klęskę. Szarpał się gwałtownie z łańcuchami i znowu zapadł się w ciemność. Po chwili odzyskał przytomność i nie otwierał oczu, czekając, aż miną zawroty głowy i mdłości.

Obrócił się, żeby ocenić swoje położenie. Znajdował się w małym pomieszczeniu z surowych kloców. Światło słoneczne wpadające przez wysoko umieszczone okienko sprawiło, że zmrużył oczy, gdyż poczuł nagły ból w głowie. Leżał przykuty do dużego stołu. Zdarto z niego nawet sagum. Poruszył się niemrawo, żeby zbadać moc więzów, i ból przeniknął grzbiet i ramiona. Krótkie grube łańcuchy były przymocowane do żelaznych bransolet nałożonych na nadgarstki i kostki nóg.

Do izby weszli dwaj mężczyźni.

Atretes uniósł się trochę i szarpnął więzy. Rzucił krótkie plugawe przekleństwo, zniewagę. Stali spokojnie, smakując swój tryumf. Jeden z nich, okryty wspaniałą zbroją i szkarłatnym płaszczem, trzymał pod pachą hełm z brązu. Atretes rozpoznał wysokiego rangą dowódcę, który stał nad nim i napawał się jego widokiem pod koniec bitwy. Drugi miał na sobie cienką tunikę i ciemny płaszcz podróżny. Cały strój świadczył o zamożności.

– O, widzę, że odzyskałeś zmysły – powiedział z uśmiechem Sewer, wpatrując się w niebieskie oczy młodego wojownika. – Miło mi, że żyjesz i jesteś przytomny. Moi ludzie chcieli, żebym kazał cię wychłostać i ukrzyżować, ale mam co do ciebie inne plany, które przyniosą mi pewne korzyści.

Atretes nie rozumiał łaciny ani greki, ale aroganckie zachowanie rzymskiego dowódcy wzburzyło jego buntowniczą naturę. Szarpał gwałtownie okowy, nie zważając na ból, jaki sam sobie zadaje.

– I co o nim sądzisz, Malcenasie?

– Ryczy jak bestia i cuchnie – odparł kupiec.

Sewer roześmiał się cicho.

– Przyjrzyj mu się bacznie, Malcenasie. Musisz przyznać, że to nie byle jaka zdobycz, a zatem cena, którą ci podałem, nie jest zgoła wygórowana.

Gniew Atretesa sięgnął szczytu, kiedy kupiec podszedł bliżej i z chciwym wyrazem twarzy zaczął mu się badawczo przyglądać. Kiedy tamten wyciągnął rękę, żeby go dotknąć, Atretes szarpnął gwałtownie łańcuchy. Nagły ból przenikający głowę i ramiona tylko podsycił jego wściekłość. Splunął na tamtego.

– Śmierdząca rzymska świnia!

Klął i miotał się jak szalony.

Malcenas skrzywił się, wyjął z rękawa kawałek płótna i delikatnie osuszył tunikę.

– Ci Germanie są jak zwierzęta. I cóż to za barbarzyński język!

Sewer chwycił młodzieńca za włosy i przycisnął jego głowę do stołu.

– Tak, to zwierzę. Ale jakie! Ma twarz Apolla i ciało Marsa.

Germanin rzucał się straszliwie, starając się zagłębić zęby w ramię swojego dręczyciela. Sewer szarpnął jego głowę do tyłu i przytrzymał tym razem mocniej.

– Wiesz doskonale, Malcenasie, że wystarczy, by rzymskie kobiety raz spojrzały na tego młodego barbarzyńcę, a oszaleją podczas igrzysk. – Spojrzał na zaczerwienioną twarz Malcenasa i wykrzywił cynicznie wargi. – I jak myślę, ten i ów z mężczyzn, jeśli mam sądzić po wyrazie twojej twarzy.

Malcenas zacisnął pełne wargi. Nie mógł oderwać wzroku od młodego wojownika. Wiedział, że Germanie są dzicy, ale wystarczyło raz spojrzeć w niebieskie oczy tego tutaj, by całe ciało przebiegł dreszcz. Mimo że był skuty, Malcenas nie czuł się bezpiecznie. To go podniecało. Ale pieniądz to pieniądz i Sewer żąda fortuny za tego niewolnika.

– Jest piękny, Sewerze, ale czy zechce ćwiczyć?

– Ćwiczyć? – Sewer roześmiał się i puścił jasne włosy wojownika.

– Szkoda, że nie widziałeś, jak ten barbarzyńca walczy. Już teraz jest lepszym gladiatorem niż wszyscy, których posłałeś w ciągu ostatnich dziesięciu lat na arenę. – Jego uśmiech zgasł. – Zabił ponad tuzin dobrze wyszkolonych legionistów w pierwszych minutach bitwy. Trzech doświadczonych żołnierzy z trudem go obezwładniło. Nie mogli wyrwać z jego dłoni spływającej krwią framea. Póki go nie ogłuszyli – uśmiechnął się ironicznie. – Nie sądzę, by potrzebował zbyt wielu ćwiczeń. Wystarczy, że będziesz go trzymał w łańcuchach, a potem wypuścisz na arenę.

Malcenas podziwiał napięte mięśnie potężnego młodego ciała. Kiedy natrze się go oliwą, będzie wyglądał jak spiżowy posąg boga. I te długie jasne włosy. Rzymianie uwielbiali jasne włosy.

– Jednak żądasz za niego zbyt dużo – powiedział Malcenas i westchnął z żalem, w nadziei, że Sewer obniży cenę.

– Jest tyle wart. Nawet więcej!

– Sam Mars nie byłby wart takich pieniędzy!

Sewer wzruszył ramionami.

– Szkoda, że cię na niego nie stać. – Wskazał drzwi. – Chodźmy. Sprzedam ci dwóch innych, gorszych.

– Nic nie opuścisz?

– Obaj tracimy tylko czas. Prochorus kupi go bez targowania się o parę tysięcy sesterców.

– Prochorus! – Na dźwięk imienia rywala Malcenasa ogarnęła chwilowa furia.

– Przybywa jutro.

– Dobrze – powiedział zniecierpliwionym głosem Malcenas. – Biorę go.

Sewer uśmiechnął się.

– To mądra decyzja, Malcenasie. Nie brak ci przenikliwości, gdy chodzi o ludzkie mięso.

– Ty zaś, drogi Sewerusie, masz kamienne serce kupca.

– Chcesz zobaczyć innych?

– Sam powiedziałeś, że daleko im do tego. Sprzedaj ich Prochorusowi. Ja przypieczętuję umowę, a pieniądze zostaną ci przekazane, gdy tylko znajdę się w Rzymie.

– Zgoda.

Malcenas podszedł do zamkniętych drzwi i zastukał. Zaraz wszedł mężczyzna ubrany w prostą tunikę. Malcenas skinął w stronę Atretesa. Wiedział, że podróż do ludus, szkoły gladiatorów, nie będzie krótka.

– Obejrzyj go, Kwintusie. Otworzył sobie rany. Nie chcę, żeby wykrwawił się na śmierć, nim dotrzemy do ludus
w Kapui.


Rzym


III
Rzym

Decymus Windacjusz Walerian nalał znowu wina i z trzaskiem odstawił srebrny dzban na marmurowy stół. Spojrzał na siedzącego po drugiej stronie stołu syna, który z obojętnym wyrazem przystojnej twarzy spoczywał na łożu. Młodzieniec wystawiał na próbę jego cierpliwość. Rozmawiali już od ponad godziny i Decymus niczego nie uzyskał. Markus wypił mały łyk falernu i skinął głową.

– Doskonałe wino, ojcze.

Decymus odpowiedział na tę pochwałę kamiennym spojrzeniem. Ojciec jak zawsze chciał popchnąć go na drogę, którą sam dla niego wybrał. Markus uśmiechnął się do siebie. Czy naprawdę ojciec spodziewa się, że ulegnie? Jest w końcu jego potomkiem. Kiedy starszy Walerian uświadomi sobie, że jego syn ma własne poglądy, że chce kroczyć szlakiem wytyczonym przez siebie samego?

Ojciec jest niecierpliwy, łatwo wybucha, kiedy nie może postawić na swoim. Zawzięcie wracał do tego samego wątku i z pozoru wyglądał na spokojnego, ale Markus zdawał sobie sprawę, że to tylko werniks, pod którym burzy się gorąca krew.

– Wespazjan przy całej swojej mądrości i przy wszystkich talentach taktycznych jest, Markusie, plebejuszem. A jako plebejusz nienawidzi patrycjatu, który prawie doprowadził cesarstwo do ruiny. Któryś z senatorów oznajmił, że jego genealog wywiódł ród cesarza od Jowisza. Wespazjan roześmiał mu się w twarz.

Markus wzruszył ramionami i wstał.

– Słyszałem o tym, ojcze. Usunął czterech senatorów, którzy wywodzili swój ród od Romulusa i Remusa.

– Jeżeli wierzysz w takie bzdury.

– Wierzę, bo to w najlepiej pojętym moim interesie. Ten Flawiusz otwarcie mówi, że jest synem hiszpańskiego poborcy podatkowego, a to może oznaczać jego ostateczny upadek. Jest człowiekiem gminu, a jednak trzyma w ręku wodze cesarstwa zbudowanego przez rody królewskie.

– To, że jesteś największym psem, nie znaczy jeszcze, że jesteś najprzebieglejszym czy najlepszym. Być może Wespazjan nie ma w żyłach szlachetnej krwi, ale jest urodzonym przywódcą.

– Podzielam, ojcze, twój podziw dla Wespazjana. Galba był starym głupcem, a Otton człowiekiem chciwym i pozbawionym rozumu. Jeśli chodzi o Witeliusza, podejrzewam, że po to tylko chciał zostać cesarzem, by mieć dość pieniędzy na napychanie brzucha gęsimi wątróbkami i języczkami kolibrów. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak namiętnie oddawał się jedzeniu. – Jego oschły uśmiech zgasł. – Tylko Wespazjan ma dość siły, by utrzymać całość cesarstwa.

– Otóż to, i będzie potrzebował energicznych młodych senatorów, którzy mu w tym pomogą.

Markus poczuł, że twarz mu tężeje. O to więc chodzi. Zastanawiał się, dlaczego ojciec tak łatwo uległ, kiedy Markus odrzucił propozycję bardzo stosownego małżeństwa. Wszystko stało się jasne. Ojciec miał na widoku coś ważniejszego: politykę. Zdaniem Markusa najpaskudniejsze z zajęć.

W ostatnich latach bogowie niezbyt byli przychylni ojcu. Wskutek pożarów i buntów stracił kilka magazynów i miliony sesterców w towarach. Winą obarczał Nerona, chociaż cesarz robił, co mógł, żeby odpowiedzialnością za pożar obarczyć sektę chrześcijan. Ludzie bliscy Neronowi wiedzieli o jego marzeniu, by odbudować Rzym według nowych planów i nadać mu nazwę Neropolis. Jednak szaleńcowi udało się tylko zniszczyć miasto.

Rządy Nerona pchnęły Rzym do buntu.

Cesarz Galba okazał się głupcem. Kiedy rozkazał, by ci, którzy otrzymali od Nerona podarunki i pensje, zwrócili skarbowi dziewięć dziesiątych, sam wydał na siebie wyrok śmierci. Po paru tygodniach gwardia pretoriańska wręczyła jego głowę Ottonowi i ogłosiła zbankrutowanego kupca nowym cesarzem Rzymu.

Rzym wkroczył na złą drogę.

Otto okazał się nie lepszy od Galby. Kiedy legiony Witeliusza weszły do Italii i zniosły północne garnizony gwardii pretoriańskiej, Otton popełnił samobójstwo. Ale Witeliusz po dojściu do władzy tylko pogorszył sytuację, wypierając się odpowiedzialności za nadużycia popełnione przez jego wyzwoleńca, Azjatykusa. Witeliusz, ten głupi wieprz, powrócił do trybu życia tłustego, gnuśnego epikurejskiego żarłoka.

Władza odpływała i przypływała jak morska fala i całe cesarstwo ogarniało wrzenie. Trwał bunt w Judei. Zbuntowała się Galia. Plemiona germańskie zjednoczyły się pod dowództwem wyszkolonego w Rzymie Cywilisa i zaatakowały posterunki graniczne.

Rzym padł na kolana.

Wziął sobie Wespazjana, by ten postawił go z powrotem na nogi. Po prowincjach rozeszła się pogłoska, że władza się rozpada, więc najważniejsze legiony proklamowały cesarzem Wespazjana i aby zapewnić mu przejęcie władzy, wysłały do Italii wodza Antoniusza i wielką armię, ażeby zrzucić z tronu Witeliusza. Antoniusz odniósł zwycięstwo pod Kremoną i pomaszerował na Rzym, zabijając bez litości żołnierzy Witeliusza. Witeliusz ukrył się w pałacu, ale znaleziono go i powleczono półnagiego ulicami. Mieszkańcy Rzymu obrzucali go łajnem i okrutnie torturowali. Nawet jego śmierć nie zadowoliła tłumów i żołnierzy. Okaleczyli ciało Witeliusza i ciągali na hakach po rzymskich ulicach, by w końcu rzucić szczątki do mulistego Tybru.

– Milczysz – powiedział Decymus, marszcząc brwi.

Markus ocknął się z zamyślenia. Zbyt wielu traciło na jego oczach życie, by pragnął kariery politycznej. Zabito młodzieńców, których jedyną wino było to, że poparli niewłaściwego człowieka. Nie ulega wątpliwości, że Wespazjan to człowiek prawy i zdolny, to żołnierz nawykły do wojny. Jednak według Markusa nie oznaczało to wcale, że nie padnie ofiarą trucizny podsuniętej przez konkubinę albo sztyletu zabójcy.

– Wielu moich przyjaciół miało ambicje polityczne, ojcze. Na przykład Hymeneusz i Akwila. I co się z nimi stało? Rozkazano im popełnić samobójstwo, gdyż Neron podejrzewał ich o zdradę, i to bez żadnych dowodów innych niż słowo zazdrosnego senatora. Pudens został zamordowany, bo jego ojciec był osobistym przyjacielem Ottona. Appikusa ścięto, kiedy Antoniusz wkroczył do Rzymu. A poza tym, kiedy pomyślę o życiu większości naszych cesarzy i o tym, jak skończyli, trudno mi uznać politykę za zajęcie szczególnie zdrowe i honorowe.

Decymus usiadł, starając się odzyskać spokój, którego zgoła nie czuł. Znał ten wyraz twarzy Markusa. Gdyby tylko silna wola syna mogła być właściwie skierowana – ku innym celom niż egoistyczne przyjemności.

– Zastanów się, Markusie. Póki panuje Wespazjan, czasy są sprzyjające ambicjom politycznym. To odpowiedni moment, żeby wytyczyć sobie korzystny szlak życiowy. Mamy za sobą burzliwy okres, ale to nie wróci pod rządami człowieka rozumnego i prawego. – Ujrzał krzywy uśmiech na twarzy Markusa i przeszedł do konkluzji. – Za milion sesterców można kupić ci miejsce w warstwie kwitów i ławę w senacie.

Markus stłumił gniew i przybrał ironiczną minę.

– I w ten sposób wejdę do klasy, z której zawsze drwiłeś, którą zawsze pogardzałeś?

– Abyś miał swój udział w tworzeniu nowego rzymskiego ładu!

– Przecież mam, ojcze.

– Ale na obrzeżu władzy. – Decymus pochylił się do przodu i zacisnął pięść. – A możesz zdobyć niemałą jej cząstkę.

Markus wybuchnął drwiącym śmiechem.

– Antygonus doprowadził się prawie do nędzy, zabiegając o względy motłochu. Unikasz igrzysk, ojcze, ale jak dobrze wiesz, finansowanie ich jest polityczną koniecznością. Tłuszczę trzeba uciszyć bez względu na koszty. Na bogów, czyżbyś chciał, ażeby praca twego życia została roztrwoniona na arenach, których nie chcesz oglądać? Czy mamy wydawać tysiące sesterców na uczty dla arystokratów, których tak bardzo przecież nienawidzisz?

Decymus powściągnął irytację, słuchając, jak wracają do niego słowa, które sam wypowiedział. Tę metodę dyskusji zwykle stosował Markus – a Decymus tego nie cierpiał.

– Czasy wielkich wstrząsów bywają czasami wielkich sposobności.

– Zgadzam się z tym z całego serca, ojcze. Lecz wiatry polityki są zbyt zmienne, a ja nie chcę, by porwał mnie jakiś powiew. – Uśmiechnął się z przymusem i uniósł puchar. – Moje ambicje kieruję w inną stronę.

– Jeść, pić i korzystać z życia, czekając na śmierć – powiedział posępnym głosem Decymus.

Markus oddychał głęboko, żeby nie ulec narastającemu w nim gniewowi.

– I przysporzyć ci majątku. – Wykrzywił cynicznie usta. – Jeśli chcesz odcisnąć swoje piętno na cesarstwie, ojcze, uczyń to na cedrze i kamieniu. Neron zniszczył nas ogniem; Galba, Otton i Witeliusz buntami. Niechaj dom Waleriana ma znowu swój udział w dźwiganiu Rzymu.

Oczy Decymusa pociemniały.

– Wolałbym, żebyś szukał zaszczytów, zostając senatorem, niż byś uganiał się za pieniędzmi jak pierwszy lepszy kupiec.

– Nie powiedziałbym, panie, że jesteś kimś pierwszym lepszym.

Decymus odstawił kielich z takim rozmachem, że wino wychlapało się na marmurowy stół.

– Jesteś zuchwały. Mówimy o twojej przyszłości.

Markus też odstawił puchar i przyjął ojcowskie wyzwanie.

– Nie, chcesz podyktować mi plany, które opracowałeś bez mojego udziału. Skoro chcesz Waleriana w senacie, sam tam zasiądź. Przykro mi, ojcze, że znów sprawiam ci zawód, ale mam własne plany życiowe.

– Czy zechciałbyś powiedzieć, na czym polegają?

– Cieszyć się tym krótkim pobytem na ziemi. Płacąc za to, jak to czynię.

– I poślubisz Arrię?

Markus poczuł, że krew się w nim burzy na samo wspomnienie Arrii. Ojciec nie pochwalał jej swobodnych obyczajów. Zirytowany Markus odwrócił wzrok i zobaczył, że matka i siostra nadchodzą z ogrodu. Wstał z poczuciem ulgi, że rozmowa dobiegła końca. Nie chciał powiedzieć czegoś, czego by później żałował.

Wyszedł naprzeciw, żeby pozdrowić matkę. Obrzuciła go pytającym spojrzeniem.

– Czy nic się nie stało, Markusie? – spytała, kiedy pochylił się, żeby pocałować ją w policzek.

– Czyż kiedykolwiek coś się stało, mamo?

– Bardzo długo rozmawiałeś z ojcem – powiedziała zza pleców matki Julia, delikatnie wtrącając się do rozmowy.

– Interesy – odparł i leciutko, czule uszczypnął ją w policzek. Czternastoletnia dziewczynka wyrastała na piękność.

Feba weszła przed synem do triclinium, przestronnej, wytwornie umeblowanej i ozdobionej jadalni. Zwykle, kiedy tu wchodziła, ogarniało ją uczucie przyjemności. Jednak tego dnia ledwie zwróciła uwagę na otoczenie; wpatrywała się w męża. Siwiejące włosy opadały lokami na spocone czoło. Miała wrażenie, że Decymus jest jakiś spięty. Usiadła przy nim na łożu i położyła dłoń na jego dłoni.

– Coś nie ułożyło się po twojej myśli? – spytała cicho.

Ujął jej dłoń i lekko ścisnął. Zobaczył w jej oczach troskę i próbował ją usunąć. Byli małżeństwem od trzydziestu lat i chociaż namiętność dawno już wygasła, ich miłość była głębsza niż kiedyś.

– Markus gardzi zaszczytną karierą polityczną.

– Zaszczytną? – Zaskoczona Julia roześmiała się wesoło. – Mówisz, ojcze, jednym tchem o rzeczy zaszczytnej i o polityce? Nienawidzisz polityków. Nie słyszałam, byś powiedział o nich chociaż jedno dobre słowo, a teraz oto chcesz, by Markus stał się jednym z nich? Chyba nie mówisz poważnie!

Markus uśmiechnął się szeroko, słysząc naiwne słowa, które spontanicznie pojawiły się na ustach jego siostry. Mówi wszystko, co przyjdzie jej do głowy, nie zważając na humor ojca, czy raczej jego brak.

– Można by pomyśleć, że chociaż ojciec tak często powątpiewa w prawo większości senatorów do zasiadania w senacie, sam w tajemnicy wzdycha do tego, by zobaczyć na Forum któregoś z Walerianów.

– Och, czyż nie byłoby to cudowne?! – wykrzyknęła Julia i jej ciemnobrązowe oczy zapłonęły. – Markusie, już widzę, jak stajesz przed senatem.

Wstała i przyjęła dramatyczną pozę. Uniosła śliczny podbródek, zebrała do ręki palus, pięknie haftowany płaszcz czy raczej wierzchnią suknię, i przechadzała się tam i z powrotem przed bratem i rodzicami – z ręką przyciśniętą do piersi i tak poważnym i dostojnym wyrazem twarzy, że nawet Decymus musiał się uśmiechnąć.

– Usiądźże, brzdącu – powiedział Markus, popychając ją lekko na łoże.

Julia, która nie słuchała nikogo, kiedy była w wesołym nastroju, ujęła jego rękę.

– Byłbyś, Markusie, najpiękniejszym senatorem.

– Najpiękniejszym? To określenie lepiej pasuje do szlachetnego Skorpusa – oznajmił, mając na myśli majętnego kupca, który przybył z Efezu i prowadził jakieś interesy z ich ojcem. Na Julii spore wrażenie wywarły jego ciemne oczy i śniada cera.

– Czy to prawda, że ma catamitusa, chłopca, którego
miłuje?

– Julio! – wykrzyknęła Feba, zgorszona tym, że jej córka mówi o takich sprawach.

Julia skrzywiła się.

– Przepraszam, mamo.

– Gdzie o tym słyszałaś?

– Ojciec mówił Markusowi, że nie ufa komuś, kto ma catamitusa, a Markus na to…

– Jak długo stałaś przy wejściu do biblioteki? – przerwał jej czym prędzej Markus.

Był zirytowany tym, że podsłuchała jego rozmowę z ojcem w bibliotece i że wprawiła w zakłopotanie matkę, która najwyraźniej była zgorszona tym swobodnym językiem. Julia w wieku czternastu lat wiedziała o życiu więcej niż jej matka w wieku czterdziestu czterech. Może matka po prostu nie chciała wiedzieć takich rzeczy.

– Przechodziłam tamtędy. – Za późno spostrzegła, że sprawiła matce przykrość. Czym prędzej zmieniła temat. – Czy zostaniesz zatem senatorem, Markusie?

– Nie. – Spojrzał ojcu prosto w oczy. – Jeśli chcesz mieć swój udział w polityce, wspomóż biednego Antygonusa.

– Antygonusa? – powtórzył ojciec. – To szczenię, które handluje rzeźbami dla arystokracji.

– Dziełami sztuki, ojcze, nie rzeźbami.

Decymus parsknął drwiąco.

Markus napełnił kielich i podał ojcu.

– Antygonus powiedział mi dzisiaj po południu, że z rozpaczy otworzyłby sobie chętnie żyły, kiedy zobaczył, ile kosztowały igrzyska, które ufundował w zeszłym tygodniu. Możesz mieć osobistego senatora za umiarkowaną cenę kilkuset tysięcy sesterców. Przez Domicjana, syna Wespazjana, zdołał już dotrzeć do samego cesarza. Domicjan i Antygonus uczą się władania mieczem w szkole gladiatorów. Stanowisko senatora to w przypadku Antygonusa tylko kwestia czasu, chyba, oczywiście, że przedtem popełni samobójstwo.

– Wątpię, by Antygonus potrafił wyrządzić sam sobie poważniejszą krzywdę – powiedział oschłym tonem Decymus. – Chyba że byłby to wypadek.

– Antygonus podziwia Senekę, a jak wiesz, Seneka głosił pochwałę samobójstwa. Jeśli Antygonus rozstanie się z życiem, stracimy szansę na wielką korzyść – oświadczył głosem, w którym pobrzmiewało cyniczne rozbawienie.

Feba poczuła się skonsternowana.

– Myślałam, Markusie, że Antygonus jest twoim przyjacielem.

– Jest, mamo – odparł łagodnym tonem. – W tej chwili przyjacielem przygnębionym. – Zerknął na ojca. – Polityczne ambicje często prowadzą do ubóstwa.

Decymus zacisnął wargi. To, co powiedział syn, było szczerą prawdą. Wiedział o niejednym senatorze, który popełnił samobójstwo, kiedy roztrwonił fortunę na to wszystko, co było związane z tym stanowiskiem. „Schlebianie tłumom” – jak powiedział Markus. Trafne określenie. A tłum jest jak kosztowna i niewierna kochanka. Poczuł, że mięknie.

– Dowiedz się, ile potrzebuje, a wtedy porozmawiamy.

Kapitulacja ojca zaskoczyła Markusa. Spodziewał się długiej i gwałtownej dyskusji, zanim wydobędzie z niego choć denara. Wymienił sumę i zobaczył, że ojciec unosi brwi.

– Dzisiaj po południu, w łaźni, powiedziałem Antygonusowi, że mój ojciec jest mądrym i szczodrym dobroczyńcą.

– Doprawdy? – spytał Decymus, rozdarty między dumą a gniewem z powodu zuchwałości syna.

Markus uśmiechnął się i uniósł w pozdrowieniu kielich.

– Sam zobaczysz, że Antygonus potrafi okazać wdzięczność. Zanim wróciłem dziś wieczorem do domu, omówiliśmy obszernie sprawę umów budowlanych. Okazywał mi wielką uprzejmość.

Decymus spostrzegł, że jego syn wprowadza już w życie jakieś własne plany.

– I cóż będziesz budował, Markusie? Świątynie bogini Fortuny?

– Niczego tak monumentalnego, ojcze. Myślę o domach dla twojej nowej i szlachetnej arystokracji. I o kamienicach czynszowych dla plebejuszy, jeśli sobie życzysz.

Feba, znużona napięciem panującym między ojcem a synem, skinęła na partyjskiego niewolnika, który stał w drzwiach.

– Możesz już podawać.

Part dał znak ręką i dwóch młodziutkich greckich niewolników wśliznęło się cicho do środka i usiadło nikomu nie wadząc w kącie komnaty. Jeden grał cicho na fletni Pana, drugi równie delikatnie brzdąkał na lirze. Młoda egipska niewolnica przyniosła srebrny półmisek z plastrami pieczonej wieprzowiny ze świń tuczonych w dębowych lasach.

– Obiecałem Antygonusowi, że jeszcze dziś wieczorem powiem mu, co postanowiłeś – oznajmił Markus, nabierając sobie plaster mięsiwa.

– Taki byłeś pewny, że się zgodzę – powiedział oschłym tonem Decymus.

– Nauczyłeś mnie, bym nigdy nie pozwalał wymknąć się okazji. Może już nie wrócić.

– Żałuję, że nauczyłem cię niektórych rzeczy.

Kiedy zjedli wieprzowinę, wniesiono następne danie. Julia przebierała w owocach i wzięła sobie małą kiść syryjskich winogron. Markus wybrał perską brzoskwinię. W drzwiach stał przez cały czas nieruchomo Part. Kiedy kielichy były puste, egipska dziewczyna zaraz je napełniała.

– Marmur łatwo zamówić z Luny lub Paros – powiedział Decymus, rozważając pomysł Markusa. – Ale cedry stały się w Libanie rzadkością i ich cena rośnie. Lepiej już sprowadzać drewno z Grecji.

– Dlaczego nie z Galii? – spytał Markus.

– Tamten obszar jest ciągle niespokojny. Jeśli masz wywiązać się z umów, musisz mieć materiały na miejscu, a nie w drodze.

Part skinął na Egipcjankę, żeby przyniosła miski z ciepłą wonną wodą. Kiedy pochyliła się, żeby postawić miskę przed Markusem, podniosła na niego wzrok i zobaczył w jej oczach niechybny znak. Uśmiechnąwszy się lekko, Markus zanurzył dłonie w misce i obmył je z mięsiwa i soku owoców. Wziął ręcznik, który podała mu dziewczyna, i prześliznął się po niej spojrzeniem, kiedy stała, czekając na jego rozkazy.

– To wszystko, Bitio – powiedziała łagodnym głosem Feba, odprawiając dziewczynę.

Feba wiedziała, że młoda Egipcjanka nie jest wśród domowników Waleriana pierwszą niewolnicą, która zakochała się w Markusie. Markus był przystojny, dobrze zbudowany, bardzo męski. Jeśli chodzi o moralność, Feba życzyłaby sobie czegoś zupełnie innego; jego postępowanie było przeciwieństwem tego, czego uczyła go, gdy siadał jej na kolanach. Kiedy tylko jakaś młoda kobieta okazywała mu zainteresowanie, Markus zbyt ochoczo korzystał z okazji. W kręgu towarzyskim Markusa było zbyt wiele zainteresowanych nim młodych niewiast, by musiał w ich własnym domu wykorzystywać powaby zakochanej egipskiej niewolnicy.

Matczyna dezaprobata wydawała się Markusowi zabawna, ale spełnił jej niemą prośbę. Rzucił ręcznik na stół i wstał.

– Pójdę i powiem Antygonusowi o twoim postanowieniu, ojcze. Poczuje ulgę. I dziękuję ci.

– Znowu wychodzisz? – spytała zawiedziona Julia. – Och, Markusie. Wróciłeś ledwie kilka godzin temu i większość czasu spędziłeś na rozmowie z ojcem. Nie mogliśmy ani chwili pogawędzić!

– Muszę dzisiaj wyjść, Julio. – Pochylił się i pocałował ją w policzek. – Kiedy wrócę, opowiem ci o igrzyskach – szepnął tak, by nie usłyszał tego nikt poza nią.

Decymus i Feba patrzyli, jak ich syn wychodzi. Julia zerwała się i pobiegła za nim. Feba zawsze z przyjemnością patrzyła, jak oddana jest Julia starszemu bratu i jak on kocha głęboko swoją młodszą siostrę. Między nimi było osiem lat różnicy, gdyż dwójka dzieci, które przyszły na świat po Marku, a przed Julią, wcześnie zmarła.

Później jednak ta bliskość rodzeństwa stała się dla Feby powodem zmartwienia. Julia była pełna życia i namiętna, a taka natura łatwo ulega zepsuciu. Zaś Marek wyrósł na prawdziwego epikurejczyka. Nie widział zbyt wielu celów w życiu poza zarabianiem pieniędzy i korzystaniem z wszelkich uciech, jakie one zapewniają. Feba uważała, że nie może mieć młodym ludziom za złe tego, że ulegają takiej filozofii, gdyż w ostatnich latach tak wielu zginęło w zamęcie i rzeziach. Życie było niepewne. Jednak taka postawa budziła jej troskę.

Co stało się z poczuciem przyzwoitości? Co z czystością i wiernością? Życie to nie tylko przyjemności. Jest jeszcze obowiązek i honor. Jest też rodzina. Jest jeszcze troszczenie się o tych, którzy nie potrafią się zatroszczyć sami o siebie.

Spojrzała na Decymusa. Pogrążył się w myślach. Dotknęła jego dłoni, by zwrócił na nią uwagę.

– Chciałabym, żeby Markus ożenił się i ustatkował. Co powiedział o aliansie z Garibaldimi?

– Odmówił.

– Nie mogłeś go przekonać? Olimpia to bardzo miła dziewczyna.

– Jak sama powiedziałaś, Markus ma pod dostatkiem miłych dziewcząt, niewolnych i wolnych – odparł Decymus. – Nie sądzę, żeby perspektywa małżeństwa była dla niego zbyt pociągająca.

Zastanawiał się, czy jego syn jest nadal tak głupi, by mniemać, że zakochał się w Arrii. Wątpliwe.

– Prowadzi życie bez żadnego celu – westchnęła Feba.

– Nie bez celu, moja droga. Skupia się na sobie samym. Pobłaża sobie. – Decymus wstał i żona poszła w jego ślady. – Jest zupełnie taki sam jak mnóstwo jego przyjaciół z arystokracji. Życie to dla niego wielkie łowy; każde przeżycie jest zwierzyną, którą trzeba pożreć. Niewiele myśli się w naszych czasach o tym, co jest dobre dla Rzymu.

Wyszli do perystylu, szerokiego krużganka otaczającego dziedziniec. Szli wzdłuż rzędu białych marmurowych kolumn, a po chwili znaleźli się w ogrodzie. Był ciepły wieczór i na jasnym niebie błyszczały gwiazdy. Ścieżka wiła się wśród przystrzyżonych krzewów i obsypanych kwieciem drzew. W otoczeniu kwiatów stał tam posąg nagiej kobiety, a męski odpowiednik – po drugiej stronie chodniczka. Nieskazitelne kształty lśniły bielą w świetle księżyca.

Decymus przypomniał sobie dzień, kiedy Markus po raz pierwszy się ogolił. Razem zanieśli zgolony zarost do świątyni Jowisza. Markus złożył ofiarę i stał się mężczyzną. Wydawało się, że było to nie dalej jak wczoraj – i całe życie temu. W tych latach Decymus obserwował, jak chłopak uczy się retoryki i bierze udział w ćwiczeniach wojskowych. Ale gdzieś po drodze stracił kontrolę nad dorastaniem syna. Stracił syna.

– Miałem nadzieję, że przekonam Markusa, iż nowe porządki przyniosą być może pożądane zmiany w cesarstwie – powiedział, kładąc dłoń na wspartej na jego ramieniu dłoni żony.

– Czyż nie warto dążyć do przebudowy Rzymu? – spytała łagodnym głosem Feba.

Decymus robił wrażenie zaniepokojonego, a nie czuł się ostatnio najlepiej, chociaż nie mówił, co mu dolega. Może to tylko troska o przyszłość Markusa. I Julii.

– Rzym potrzebuje odnowy – odparł, ale wiedział, że Markus niewiele dba o cesarstwo poza tym, co dotyczyło go osobiście. Markus nie miał żadnych altruistycznych powodów, żeby pragnąć przebudowy rzymskich domów. Jego jedyną motywacją była chęć pomnożenia majątku Waleriana. Człowiek nie może narzucać niczego życiu, jeśli nie dysponuje odpowiednimi środkami, a pieniądze zapewniały takie środki.

Decymus pomyślał, że ta troska Markusa o pieniądze jest jego winą. Większość życia spędził na budowaniu fortuny Walerianów, podejmując rozmaite przedsięwzięcia. Zaczął w Efezie jako współwłaściciel małego statku. Teraz osiadł w Rzymie i miał pod sobą całą flotę handlową. Jego statki wypływały na wszystkie znane morza i wracały z ładunkami z prawie wszystkich krajów cesarstwa: bydło i wełna z Sycylii; niewolnicy z Brytanii; dzikie zwierzęta z wybrzeży afrykańskich; rzadkie wonności, gemy, eunuchowie z Partii i Persji; zboże z Egiptu; cynamon, aloes i laudanum z Arabii.

Karawany Waleriana wędrowały aż do Chin i przywoziły jedwab, barwniki i lekarstwa; inne wyprawiały się do Indii i wracały z pieprzem, korzeniami i ziołami, a także perłami, sardonyksem, diamentami i karbunkułami. Karawany Waleriana dostarczały wszystkiego, na co było zapotrzebowanie na rzymskim rynku.

Od dawna już Decymus zdawał sobie sprawę, że Markus jest wyjątkowo zdolnym chłopcem. Miał dar pomnażania pieniędzy. Miał przenikliwe pomysły i niezawodną intuicję. Co ważniejsze, potrafił czytać w ludzkich sercach. Decymus był dumny z wrodzonych zdolności syna, ale dostrzegał też tę stronę jego charakteru, która bardzo go martwiła. Przy całym swym uroku i rozumie Markus miał skłonność do wykorzystywania ludzi do swoich celów.

Decymus przypomniał sobie, kiedy po raz pierwszy zauważył, jak bardzo nieczuły stał się Markus.

– Więcej złota jest w piasku, ojcze, niż w ziarnie.

– Ludzie potrzebują ziarna.

– Chcą igrzysk, a nie ma igrzysk, jeśli nie ma piasku do zasypywania krwi.

– Setki głodują i potrzebują jedzenia. Musimy myśleć o tym, co jest najlepsze dla naszego ludu.

Po raz pierwszy syn mu się sprzeciwił.

– Sprowadź dwa statki, jeden załadowany ziarnem, drugi piaskiem, a zobaczysz, za który towar szybciej otrzymasz zapłatę i który statek będzie pierwszy rozładowany. Jeśli ze zbożem, będę przez następny rok robił, co tylko rozkażesz. Ale jeśli z piaskiem, oddasz pod moje dowództwo sześć statków, bym wykorzystał je jak zechcę.

Decymus był taki pewny, że potrzeba przeważy nad pragnieniami. A może miał tylko taką nadzieję.

W końcu Markus dostał swoich sześć statków. Nie leżało w naturze Decymusa przyznać przed samym sobą, że poczuł ulgę, ponieważ Markus będzie ładował teraz na nie drewno i kamienie, nie zaś piasek i ofiary przeznaczone na arenę.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.