Głaskologia - Miłosz Brzeźiński - ebook
Wydawca: Instytut Kreowania Skuteczności Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Głaskologia - Miłosz Brzeźiński

To książka wyjątkowa pod każdym względem. Powinien ją przeczytać każdy Polak. Rodzic, szef, podwładny, polityk, dziennikarz, trener, mąż i żona, sprzedawca i księgowy… Każdy, kto chce się dobrze czuć dłużej niż parę chwil i każdy, kto chce mieć pozytywny wpływ na innych, dać im energetycznego kopa. Każdy, kto chce utrzymać pracę, awansować czy budować związek oparty na zaufaniu, zrozumieniu i nieustannej ciekawości drugiej osoby. „Głaskologia” powinna być obowiązkową lekturą szkolną! To nie tylko książka, ale swego rodzaju efektywna filozofia postępowania. Jest to lektura fascynująca, wciągająca i taka, która nie pozwala o sobie zapomnieć. Bogata merytorycznie, rzeczowa, dowcipna, mądra i konkretna. Momentami bezpardonowa. Na pewno nietuzinkowa. Autor sprawnie balansuje między przykładami, wynikami najnowszych światowych badań a metaforami pomagającymi zapamiętać najważniejsze wnioski. Uwaga: sięganie po tę książkę bez markera grozi koniecznością przerwania lektury po paru stronach w celu udania się do piórnika! Jeśli dostałeś „Głaskologię” od kogoś w prezencie - pomyśl o nim ciepło, bo możesz być pewien, że temu komuś bardzo zależy na Twoim powodzeniu w życiu.

Opinie o ebooku Głaskologia - Miłosz Brzeźiński

Fragment ebooka Głaskologia - Miłosz Brzeźiński

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym

Głaskologia

Jak pozytywnie wpływać na innych i zwiększać przy tym swoją satysfakcję

Faktyczne reguły motywowania i rozumienia motywacji

Wydanie pierwsze

ISBN ePub: 978-83-938008-1-0

ISBN mobi: 978-83-938008-2-7

© Copyright 989 Instytut Kreowania Skuteczności, Miłosz Brzeziński, 2013

Projekt, skład, łamanie i ilustracje Piotr Wyskok

Fotograf Arek Markowicz

Redakcja Ewa Nowaczyk

Korekta Iwona Brzezińska

Wydawca 989 Instytut Kreowania Skuteczności, Warszawa, 2013

Opracowanie wersji elektronicznej:

SPIS TREŚCI

WSTĘP: JĘZYKI W GENACH I KASKI DLA CHOMIKÓW
CZĘŚĆ I: PO CO GŁASKAĆ, JEŚLI NIE DLA SAMEJ TEGO WARTOŚCI?
By być bardziej przekonującym
Czas dolewki
Reguła józefa
Jak dużo czekolady
Motywacja z zapleczem
Czy mam gwarancję, że to do mnie wróci?
CZĘŚĆ II: JAK WSPIERAĆ
Komplement, oczywiście! (oczywiście?)
Return
Savoir-vivre
Narzędzia bardziej zaawansowane
Nie trzeba słów
Chronię twoje plecki
Schody do nieba
Filozofia błyskawiczna
Kilka szybkich działań odczytywanych jako docenianie i wspieranie
Jak się nie wypalić
Podziękowania

Książkę poświęcam mojej Mamie, Iwonie, której słowa słyszę w każdym wspierającym zdaniu, jakie kiedykolwiek wypowiedziałem i wypowiem, w domu i w pracy. Ta książka jest moim obowiązkiem wobec pracy, którą Mama dla mnie wykonała. W pewnym sensie to Ona ułożyła strukturę tej publikacji w mojej głowie, a ja jedynie przekazuję dalej. Dziękuję, Mamo.

autor

WSTĘPJĘZYKI W GENACH I KASKI DLA CHOMIKÓW

Może pochwaliłbyś go? Tak się starał… nawet po godzinach został.

Po co mam go chwalić, przecież wie, że dobrze zrobił? Dam mu więcej punktów podczas oceny rocznej.

Nic nie powiesz? Nawet tego, że jest dobrym pracownikiem?

Co? Przecież jest szefem. Jak by nie był dobry, nie dałby rady. Nie będę mówił oczywistych rzeczy.

Nie masz nic do stracenia.

Mam. Znam takich. Zaraz mu się w głowie przewróci i tyle będzie. Dobrze robi, niech robi swoje.

Poczułby się dobrze…

Uhm. Za dobrze się poczuje, o awansie zamarzy i będzie kłopot, bo gdzie pójdę? Masz mózg w ogóle?

Okazja sama ci się pcha w ręce, a ty marnujesz.

Swój rozum mam. Daj palec, to zaraz inni po nagrody przyjdą… Słuchaj doświadczonego. To nie okazja, tylko pułapka. Wracaj do roboty.

Czy powinienem dodawać więcej?

O CZYM BĘDZIE W TEJ KSIĄŻCE

Pomimo sporej dawki lęku jest w tej rozmowie niemało życiowej mądrości i doświadczenia… rzec by się chciało. Jakby na potwierdzenie badania przeprowadzone w 2003 roku w USA wykazały, że 65% aktywnych zawodowo respondentów nie potrafi sobie przypomnieć ani jednego dobrego słowa na temat wyników swojej pracy wygłoszonego przez szefów. Wynika z tego, że zbyt mało w biznesie zainteresowania pracownikiem i efektami jego pracy!

Z drugiej strony, rozmowy, które przeprowadziłem, zbierając informacje do książki, niemal zawsze kończyły się pytaniami o to, jak zbudować w ludziach motywację.

A więc zainteresowanie jest. I większość uważa, że bardziej doceniony pracownik mocniej zaangażowałby się w pracę! I miałby lepszy wynik bo w biznesie akurat wynik liczy się najbardziej.

Fakty pokazują, że człowiek, idąc do pracy czy zabierając się za coś nowego, zwykle ma motywację. Potem jednak, w codziennym trudzie, często przez złą organizację i wpływ otoczenia traci zaangażowanie.

Znacie to uczucie, Szanowni Czytelnicy? Ilu z Was czuje, że organizacja nie wykorzystuje Waszego potencjału? Że stać was na więcej, ale nie widzicie sensu wysiłku?

Na pytanie: jak zbudować motywację?, postawione w odniesieniu do pracowników, których wyniki spadają, psychologia odpowiada innym pytaniem: w jaki sposób otoczenie, które zmarnotrawiło już jedną motywację (mając gotową na tacy), ma odbudować?

Pytania powinny raczej brzmieć tak: jak odbudować motywację? oraz: jak jej w przyszłości znów nie zmarnować?

Zaraz, zaraz… A jeśli to nic złego?

Może efektywniej jest zająć się po prostu własną motywacją, licząc, że inni jakoś się nią zarażą?

A jeśli lepiej radzą sobie ci, którzy przejmują się dobrostanem innych?

Co mówią badania?

Na koniec najważniejsze: jak to robią praktycy, najlepsi w swoim fachu?

Jak wyczuwają złoty środek, bo przecież nie można ludzi tylko głaskać?

Jakie mają nawyki?

W „Głaskologii” staram się odpowiedzieć na wszystkie te pytania.

To nie jest książka o słodziaczkowym głaskaniu i dobroci kosmosu. Badania dowodzą, że kosmos nie dba o tych, na których wpływa. Dlatego też jeśli chcecie uporządkować sobie od nowa reguły wspierania i motywacji innych zapraszam do lektury.

Bardzo chciałbym, żeby była to książka „dla siebie” o tym, jak traktować innych. Książka o innych. Po prostu. O tym, co można o nich myśleć i jak ich wspierać przede wszystkim wtedy, kiedy wszystko jest w porządku, mamy nad życiem kontrolę i wszystkie mechanizmy w głowie podpowiadają nam, żebyśmy innych ludzi mieli w nosie.

Na koniec mam jeszcze prośbę do Ciebie, Czytelniku. Zapoznając się z historiami, przykładami i wynikami badań, zwróć uwagę, że zdecydowana większość ludzi na świecie jest bardzo „w porządku”. To także ukryty cel tej lektury. Choć może teraz wcale już nie taki ukryty. To książka o nieocenianiu pochopnym i szacunku dla innych.

By poszukać korzeni mistrzowskich praktyk, zostawmy na chwilę problemy pracownicze naszych czasów i zastanówmy się nad zupełnie inną, pozornie niezwiązaną z tematem koncepcją, która dręczyła pewnego króla bardzo dawno temu.

WRODZONE JĘZYKI

A jeśli każdy człowiek od urodzenia zna jakiś jeden starożytny język? I mógłby nim swobodnie mówić? Lecz jak sprawdzić, czy tak jest faktycznie? Jak skutecznie go uaktywnić? Może sprawić, żeby dzieci nie uczyły się żadnego języka, a wtedy tamten się objawi? Jak jednak odciąć dzieci od kontaktu z językiem w ogóle, na przykład z językiem rodziców?

W 1296 roku na króla Sycylii koronowano Fryderyka II z dynastii barcelońskiej, który oprócz tego, że święcie wierzył w teorię o wrodzonych, starożytnych językach, zapisał się w annałach historii jednym z najbardziej bezdusznych eksperymentów z udziałem ludzi.

Bezsensowności tego eksperymentu dowodzi też fakt, że minął on zupełnie bez echa i potrzeba było ponad 650 lat, by połączyć z nim pewne zjawiska, które wywróciły do góry nogami naszą wiedzę na temat fizjologii i motywacji człowieka, a więc i efektywności działania.

Wróćmy jednak do Fryderyka II. Będąc królem, mógł wszystko. Tym bardziej że żył w czasach, w których wyrok śmierci za nieumyślne znieważenie władzy zapadał po dziesięciominutowym procesie, zaś na festynach ku uciesze gawiedzi dręczono na śmierć zwierzęta, wrzucając je żywcem do ognia. Wobec tak nasączonej przemocą codzienności, nie wydało się zapewne niczym nadzwyczajnym rozporządzenie dotyczące „naukowego” eksperymentu króla, w którym odebrano pewną grupę niemowląt ich matkom. Następnie przekazano maluchy matkom zastępczym z jasnym nakazem, by w ogóle się do nich nie odzywały. Założenie było proste: dzieci nie mogły mieć żadnego kontaktu z ludzkim językiem tak długo, ich wrodzony wewnętrzny prajęzyk, zrazu nieśmiało, a potem coraz bardziej dziarsko zacznie się światu ujawniać. Domorosły „badacz” Fryderyk II przekonany był, że w końcu to nastąpi, a skoro nastąpi, to nie będzie można przypisać tego wychowaniu. Quod erat demonstrandum.

Wyniki przedsięwzięcia zaskoczyły jednak nie tylko ich autora szeroko komentowane do dziś. Finał eksperymentu do szczęśliwych nie należał, jeden z ówczesnych kronikarzy tak go podsumował: „Lecz trudził się on [król przyp. MB] na próżno, ponieważ wszystkie dzieci umarły. Nie mogły bowiem żyć bez pieszczot, radosnych twarzy i czułych słów przybranych matek”.

Przez wiele lat dokumentowano kolejne przypadki dzieci z sierocińców, szpitali oraz domów opieki, umierających z powodu braku ciepła, uśmiechu i życzliwości. W 1915 roku w szpitalu Johna Hopkinsa, pomimo właściwej opieki medycznej, umierało blisko 90% dzieci kierowanych tam jako sieroty. Maluchy nie miały apetytu, były znacznie niższe, bardziej apatyczne i chudsze, niż sugerowały normy, męczyły je zaburzenia trawienia, częste biegunki, infekcje i gorączki niewiadomego pochodzenia, miały słabsze mięśnie. Z tych doświadczeń również nie wyciągnięto sensownych wniosków.

Wszystko zmieniło się dopiero w 1946 roku. Po drugiej wojnie światowej doktorzy Rene A. Spitz i Katherine Wolf obserwowali kilkoro dzieci z sierocińca w USA, a następnie przyjrzeli się dzieciom w innych ośrodkach dla sierot w USA i Kanadzie. Choć zakres ich zainteresowań obejmował wtedy nieco inną dziedzinę, zdecydowali, że nie mogą zostawić swoich dramatycznych konkluzji wyłącznie dla siebie. W ten sposób, w 1952 roku, setki lat po eksperymencie Fryderyka II, świat usłyszał o mechanizmie, który powoduje dosłowne „usychanie” części układu nerwowego.

Spitz obserwował 91 niemowląt i opiekę, jaką je otaczano. Po wojnie wciąż było zbyt wiele sierot i zbyt mało opiekunów, co skutkowało tym, że opiekunowie nie mieli czasu na bliższy kontakt z podopiecznymi. Efekt? W pomieszczeniach z dziećmi było zaskakująco cicho. Maluchy były czyste, zadbane, lecz wiele z nich nie chciało jeść. Spitz z dnia na dzień mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że ma do czynienia z wielkim niedopatrzeniem ze strony całego systemu opieki. Spitz w raporcie po badaniu napisał potem: „Jeśli między szóstym a osiemnastym miesiącem życia dziecko oddzieli się od matki i nie ma ono odpowiedniego dla niej zastępstwa, dziecko zaczyna kretynieć (słowo „kretynieć”, ang. retarded, ma dziś wydźwięk pejoratywny, ale niegdyś było w języku psychologii akademickiej używane neutralnie przyp. MB) nie później niż dwa miesiące od oddzielenia. Staje się niedostępne, senne i hałaśliwe.

W trzecim miesiącu po oddzieleniu dziecko finalnie się poddaje. Dziecko przyjmuje pozycję pasywną, kontakt z otoczeniem ogranicza się do minimum, rozwój zostaje zahamowany. (…) Stan dzieci oddzielonych od matek w pierwszym roku życia na dłużej niż pięć miesięcy coraz bardziej się pogarsza. Zapadają w letargi, wygaszone, spada ich waga, a wzrost ulega zahamowaniu. Twarz zamiera, jak woskowa maska, a aktywność ogranicza się do nietypowych, dziwnych ruchów palcami. Nie w stanie mówić, siedzieć, stać, ani chodzić. (…) W 37,3% przypadków obserwowanych niemowląt postępujące pogarszanie się stanu psychicznego prowadziło do marazmu i śmierci przed osiągnięciem drugiego roku życia.

Wnioski: (…) Pochodzenie opisanych schorzeń jednoznacznie wiąże się z zaburzoną relacją matka–dziecko. Wnioski wysnute na podstawie tej obserwacji powinny zostać natychmiast wykorzystane na polu terapii i prewencji psychiatrycznej”.

Te właśnie obserwacje wprowadziły wreszcie naukę na trop silnego połączenia fizjologii człowieka z jego emocjonalnością. Sygnały wsparcia, miłości, poczucia wspólnoty odbierane nie tylko i wyłącznie przez ośrodki emocjonalne w mózgu, ale także m.in. przez podwzgórze, i przekazywane do przysadki, która w przypadku ich braku z jakiegoś powodu przestaje produkować hormony wzrostowe.

W 1972 roku opisano nawet jednostkę chorobową zwaną „karłowatością deprywacyjną” u dzieci pochodzących z rodzin, w których odnotowano duży stopień zobojętnienia emocjonalnego.

Jakiś czas później amerykański psychiatra Eric Berne poszedł krok dalej, konstruując swego rodzaju koncepcję stosunków międzyludzkich, zwanych analizą transakcyjną. U jej podstaw legł wniosek, że każdy człowiek potrzebuje tak zwanych głasków, czyli interakcji, wymiany sygnałów z innymi osobami wokół siebie. Najlepiej jeśli to głaski wsparcia, bezpieczeństwa czy miłości. Wtedy człowiek jest najbardziej produktywny. W przypadku ich braku decyduje się na każdą inną interakcję, bo jakakolwiek interakcja jest lepsza dla układu nerwowego niż żadna.

Mamo, dostałem piątkę!

Znowu? Bardzo ładnie.

Grzeczne dzieci, o ile rodzice nie zwracają na nie uwagi, domagając się swojej dziennej porcji głasków, czyli interakcji z rodzicami, szukają innego sposobu i nierzadko próbują być niegrzeczne dla odmiany. Bez wątpienia ta strategia często odnosi skutek kontaktu przybywa.

Mamo, dostałem tróję z minusem.

Co?!? Z minusem? Jak możesz?! Usiądźmy, musimy porozmawiać. Myślałam, że sam sobie poradzisz z lekcjami, ale widzę, że musimy posiedzieć jeszcze trochę razem. Trója w drugiej klasie? A ja z tatą tak ciężko pracujemy, żebyś…

Na podstawie tego typu obserwacji stworzono koncepcję naturalnego głodu bodźców, którą zawarł Eric Berne w książce „W co grają ludzie”, a konkretnie w zdaniu-przestrodze: „Jeśli nie jesteś głaskany, twój rdzeń kręgowy usycha”, co wobec wiedzy o deprywacji emocjonalnej niemowląt wcale nie wydaje się być wyłącznie metaforą.

NORMA GŁASKÓW

Zwróćmy uwagę na jedną rzecz. Załóżmy, że czytamy taki oto opis przypadku:

„Brak czynnika X powoduje u dzieci spadek masy ciała, spadek aktywności, przestają rosnąć, ich rozwój intelektualny zostaje poważnie spowolniony, zaczynają mieć infekcje, problemy z koordynacją ruchową, a w końcu ich organizm poddaje się wyczerpany dolegliwościami i umiera”. Czy uznalibyśmy wtedy, że ów magiczny czynnik X powinien być jakimś dodatkiem do normalnego życia? Czy raczej, że jest on jego podstawowym składnikiem i ewidentnie nie może go zabraknąć?

Zauważ, Czytelniku, że pomimo tego, co potocznie może się wydawać, a więc, że wsparcie, nagroda i pochwała powinny być czymś wyjątkowym w życiu każdego człowieka, tak po prostu nie jest. Mówiąc inaczej: poczucie wsparcia otoczenia jest potrzebne do życia, w młodym wieku wręcz niezbędne, by człowiek nie umarł. W świecie dorosłych niewiele się to wszystko różni. Z kart „Głaskologii” wynika, że niewspieranie ludzi, kiedy chcemy im pomóc uzyskać wymierne wyniki, jest jak niezabieranie butli z tlenem na wyprawę na Mount Everest, bo „najważniejsze, żeby było lekko w plecaku i dzięki temu szybko dotrzemy do celu”.

Nie marnujmy czasu na pociąganie z butli powie dziarski kierownik wyprawy.

Niestety. Każda wyprawa zaopatrzona w tlen nas wyprzedzi. To metafora ważna zarówno dla rodziców, jak i przyjaciół czy menedżerów.

Wspieranie jest niezbędne jak tlen, picie czy jedzenie! Przesada? Otóż przykłady zawarte w tej książce udowadniają, że nie tylko przyjmowanie wsparcia, ale i dawanie go „podpięte” jest w mózgu dosłownie pod samą pompę endorfin co seks i zaspokajanie głodu. Wobec tego wspieranie innych nie jest ekstra życiowym dodatkiem. Wspieranie innych to konieczność, norma, tyle że, podobnie jak tlen, okazuje się tak zwanym czynnikiem higieny, na który na co dzień nie zwracamy uwagi. Póki tlen jest w pomieszczeniu, nikt z obecnych go nie docenia, ani nikt o nim nie pamięta. Ale powoli wypompuj go z pokoju, a zobaczysz, co zrobią ludzie i jak tlen natychmiast stanie się jedynym obiektem pożądania.

Jak to się więc dzieje, że ekspresję bliskości, uznania i pochwały niektórzy ludzie zaczynają uważać nie za normę i codzienność, lecz za coś wyjątkowego i święto?

Pochwalę cię, jak będzie okazja.

Czyli kiedy?

No, jak się nieco uskłada, bo na razie jeszcze za wcześnie. A poza tym wczoraj ci mówiłem, że podoba mi się to, co robisz. Dzisiaj znowu mam to powtarzać?

Skoro mamy silne powiązanie między poczuciem akceptacji, wsparciem i fizjologią, dlaczego człowiek tak często decyduje, że efektywniej będzie kogoś zdeprymować czy postraszyć, niż wesprzeć? Że z dobrego serca ludziom się wymienia wszystkie niebezpieczeństwa, a motywują tylko lekkoduchy?

Fajnie to się zapowiada, ale świat taki nie jest. Jest wielu ludzi, którzy cię wykorzystają i rozkradną to, co stworzyłeś. Po co ci to? Mój znajomy też coś takiego chciał założyć, ale nawet w banku nie chcieli dać mu pożyczki. Tylko się namęczysz, a figa ci zostanie i jeszcze na ciebie naplują w Internecie. Już czuję nadlatującą burzę błota!

Dlaczego wydaje się, że ważniejsze i efektywniejsze jest, żeby człowieka przed wszystkim ostrzegać? W jakim miejscu ginie owa mądrość, której każdy dorosły w mniejszym lub większym stopniu doświadczył w dzieciństwie? Dlaczego niektórzy ludzie decydują się porzucić najskuteczniejszą strategię na rzecz kontrstrategii, która najmniej skutecznie wpływa na efektywność? A może to jednak ma sens, bo można kogoś przechwalić i mu się w głowie poprzewraca?

No widzisz, chwaliłem cię i chwaliłem, a ty jak zwykle to samo. Nic z ciebie jednak nie będzie. Chwalenie tylko cię bardziej zepsuło…

Czy to w ogóle możliwe?

A może faktycznie świat jest tak niebezpieczny?

Okazuje się, że zdecydowana większość z nas zdaje sobie sprawę z tego, co jest okazją do dostarczenia głasków i jak wykorzystać. Zdaje sobie sprawę także z tego, że jest to jedna z podstawowych i najbardziej opłacalnych reguł, którymi kierują się nie tylko ludzie sukcesu, ale człowiek jako gatunek w ogóle.

By nie być gołosłownym, rzućmy okiem na taką fikcyjną sytuację, która nie jest niczym innym, jak prośbą o głaskową transakcję w dorosłej wersji. Byłem jej świadkiem przed jednym ze spotkań z młodymi biznesmenami.

Będę produkował kaski dla chomików mówi jeden młody człowiek do drugiego.

Dla chomików? Taaa… jasne. Jeszcze spadochrony sprzedawaj. Przecież nikt tego nie kupi! Miałeś kiedyś chomika? To jest jak futrzasty oddział samobójczy! W małych kaskach? Wyobrażasz sobie witrynę sklepową ze stadkiem chomików, co lezą na wielkie drabinki, żeby poskakać w kaskach? Kto to kupi? O prawa zwierząt się upomną, wstyd na cały Internet. Nie tylko dla ciebie wstyd, dla żony, córki w szkole. Zwariowałeś? Wiesz, ilu takich znam, co próbowali i skończyli prawie zawałem z nerwów?

Ilu?

No… wielu.

Eee… To nie takie oczywiste… włącza się stojący dotąd z boku kolega. Jeśli sprzedasz je ludziom w Polsce, a może i w USA albo w Unii i na każdym kasku będziesz miał jeden euro zysku, to jeśli kupi je 1% ludzi będziesz milionerem! Znam cię, lubisz próbować i dajesz radę jak nikt inny. Masz wyczucie ryzyka, ja tego nie mam. Gdybym był tobą, atakowałbym! Zwłaszcza że ludzie najwięcej wydają na dzieci i zwierzątka domowe. Uderzaj w Internet! Załóż domenę bezpiecznychomik.com za złotówkę, wstaw obrazek, oszukując, że to sklep, i w tło wrzuć licznik, a zobaczysz, ile osób będzie próbowało tam wejść w ciągu tygodnia. Nic cię to nie kosztuje, a od razu będziesz wiedział, czy warto! Nie ma na co czekać! Boisz się, że nie wypali? Przestań! To twój pierwszy biznes, więc pewnie nie wypali. Wypali piąty albo szósty, może czwarty. Atakuj, stary! Może za 15 lat będziesz odpoczywał w Kalifornii na wakacjach!

Z CZYM GO ZOSTAWIĘ?

Za każdym razem, kiedy wchodzimy w interakcję z drugą osobą, mamy emocjonalny wybór: brać albo dać coś od siebie. Okazuje się, że w bliskich relacjach większość osób wybiera dawanie. Nawet wtedy, gdy nie widać bezpośrednich korzyści. Odmiennie rzecz się ma w pracy. Choć znacznie mniej, niż się wydaje, jest osób, które gotowe brać od innych bez opamiętania, większość dokonuje chłodnej kalkulacji: co z tego będę miał? Zasada „wet za wet” rządzi.

W dalszej części książki przedstawię wyniki badań dowodzące, że ludzie chętnie oferujący pomoc wychodzą na tym znacznie lepiej niż ci, którzy jej nie oferują. Jest jednak w tej strategii pewien kruczek. Póki co podstawowe pytanie brzmi: jakie reguły dostarczania motywacji innym, by nie zabłądzić w skomplikowanym labiryncie kalkulacji?

Czy takie działanie ma więcej wspólnego z naiwnością, czy też jest lisią strategią?

A może to jakiś rodzaj mentalnego odruchu?

To także sprawdzimy w kolejnych rozdziałach „Głaskologii”.

Następny rozdział rozpoczniemy opowieścią, w której jeden z najwybitniejszych umysłów naukowych staje się podłym wyzyskiwaczem, ktoś mu o tym mówi, co otwiera mu oczy. Ta historia naprowadzi nas na ślad jednej z najciekawszych reguł rządzących motywacją człowieka.

Część IPO CO GŁASKAĆ, JEŚLI NIE DLA SAMEJ TEGO WARTOŚCI?

glask-10pt

Kiedy zaczynasz mieć do czynienia z ludźmi, dobrze pamiętaj, że nie masz do czynienia z istotami logicznymi, tylko emocjonalnymi.

Dale Carnegie

BY BYĆ BARDZIEJ PRZEKONUJĄCYM

Zacznijmy od tego, że na chwilę pozwolisz się uczynić bohaterem jednej ze słynniejszych historii współczesnej psychologii. Dzięki temu rzucisz na nią zupełnie nowe światło i być może uda się oświetlić coś, na co niewielu faktycznie zwraca uwagę.

Wyobraź sobie, że jesteś profesorem na poważnej uczelni w USA. Dajmy na to na Uniwersytecie Stanforda. Wszystko dzieje się w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Jest to wspaniały okres dla psychologii akademickiej, nie tylko dlatego, że niewiele jeszcze wiadomo, ale przede wszystkim dlatego, że w kwestii eksperymentów całkiem sporo wolno, z czego profesorowie, także psychologii, skwapliwie korzystają.

Zanim jednak zostałeś profesorem, byłeś dzieckiem imigrantów z Sycylii. Mieszkałeś w Bronxie w Nowym Jorku. I to już nie było takie różowe.

Ojciec elektryk o imieniu, dajmy na to, Grzegorz, mężczyzna o dość silnej pozycji w rodzinie. Na tyle mocnej, by dwóm z trzech synów nadać imię Grzegorz (jednemu na drugie, ale jednak). Masz też siostrę. No i matkę, która zajmuje się domem.

Nie tylko jednak imigracja i niski status społeczny rodziny utrudniają ci realizację marzeń. Trafiasz do szkoły, w której białych uczniów jest zaledwie kilka procent. To rodzi specyficzny klimat. Pomimo ogólnej atmosfery rezygnacji i poczucia braku sensu, kończysz szkołę i nie dajesz za wygraną. Życie nauczyło cię, że nie jest łatwo. To samo powtarza ojciec i matka. A już na pewno nie ma co patrzeć na innych. Wymagasz od siebie sporo. Może nawet za dużo. Powoli uczysz się odcinać od malkontentów. Uderzasz do Brooklyn College, gdzie „robisz” bakałarza i to z trzech dziedzin: psychologii, antropologii i socjologii.

A potem zdobywasz Yale i tytuł doktora.

Naturalna charyzma i sycylijski temperament zaskarbiają ci przychylność władz uniwersytetu, więc zostajesz wykładowcą na uczelni. Niestety, tylko przez rok. Odchodzisz. Ledwie odszedłeś z Yale, twój kolega ze szkoły, Stanley Milgram, zainspirowany głośnym procesem nazisty Adolfa Eichmanna, publikuje wyniki wstrząsających badań, które udowadniają niespodziewaną władzę autorytetu nad jednostką (wrócimy jeszcze zresztą w „Głaskologii” do tych badań, by je nieco odczarować). Dla psychologii krok milowy, dla ciebie – defibrylator przyłożony bezpośrednio do mózgu. Co masz zamiar teraz zrobić?

Umrzesz jako dobrze zapowiadający się naukowiec?

Przez następne trzy lata wykładasz na New York University, a potem przez rok na Columbia University. Co robić? Gdzie zapuścić korzenie? Jak zaistnieć? Jak nie stracić impetu? Rozumiesz, co się z tobą dzieje?

I wtedy pojawia się Stanford. Wspaniałe miejsce dla nauki. Nie możesz tego stracić! Przenosisz się. Dwa lata po twoim pojawieniu się Biuro Badań Marynarki Wojennej daje kasę na wielki eksperyment, który – niczym dar od niebios – jest ci bardzo po drodze. Przede wszystkim: będzie trochę jak teatr, a to lubisz. Scenografie, zabawa w policjantów i więźniów.

Jest rok 1970. Wojsko chętnie się angażuje w badania na uczelniach. Co prawda ma swoje niesławne akcje, na przykład wstrzykiwanie studentom substancji radioaktywnych, ale na szczęście to jest coś innego. Żadnych wstrzykiwanych brudów, żadnego prądu i robienia sobie krzywdy jak u Milgrama (eksperyment Milgrama polegał na tym, że ludzie razili innych prądem o różnym napięciu, myśląc, że robią to naprawdę; w rzeczywistości prąd był fikcyjny, a eksperyment miał udowadniać moc autorytetu – przyp. MB). Czysta psychologia!

– No! Panie Zimbardo – mówisz do siebie – to może być szansa! Cholera… To jest szansa!

I faktycznie – 14 sierpnia, w środku pięknego lata, werbujesz do eksperymentu 75 osób, którym płacisz po około 250 zł za dzień. Rodzaj zabawy w strażników i więźniów. Wszystko zaaranżowane jak w szkolnym teatrzyku – przerobiona piwnica uniwersytecka, prawdziwe stroje, łańcuchy na nogach, prawdziwe zatrzymanie przez policję. Jak u Kafki. Dzieje się! Studenci podekscytowani, badacze z gotowymi notesami, wojsko wreszcie o krok od rozwiązania problemów, które mieli z więźniami i strażnikami. Wszystko gotowe do dwóch tygodni wnikliwej obserwacji ludzkich zachowań.

Eksperyment rusza. Powstają tony notatek, studenci wylosowani jako więźniowie przejawiają coraz ciekawsze zachowania. Studenci-strażnicy zaangażowali się tak, że sam Al Pacino, który dwa lata później dostanie Złoty Glob za rolę prymusa policji Serpico, miałby się od kogo uczyć! Wszystko chodzi jak w zegarku. Nie tylko jest to wielki eksperyment, ale i masa dokumentacji dla studentów oraz profesorów. Kto wie, co się w tym jeszcze kryje! Dzieło jest doskonałe!

Opiszesz to potem w swojej książce „Efekt Lucyfera. Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?”: „(…) patrzyłem na skutą grupę, udającą się po raz ostatni tego dnia do toalety, mijającą otwarte drzwi mojego biura. Jak zwykle, łańcuchy na ich kostkach łączyły poszczególnych więźniów; na głowach mieli duże papierowe torby, a każdy więzień trzymał rękę na ramieniu następnego. Prowadził procesję jeden ze strażników, wielki Geoff Landry”.

Obok siebie masz ukochaną Christinę, która – tak się składa – pomaga ci w kwestiach organizacyjnych. Mówisz do niej:

– Chris, popatrz na to! – a ona patrzy i spuszcza wzrok. – Widziałaś? Co o tym myślisz?

– Już wcześniej to widziałam – mówi i znów odwraca wzrok.

– Co masz na myśli? Nie rozumiesz, że to ciężka próba ludzkiego zachowania, że widzimy rzeczy, których nikt wcześniej nie był świadkiem. Co się z tobą dzieje?

Dwaj przyjaciele-asystenci Curt i Jaffe, którzy akurat są opodal, także nie kryją zdziwienia. Co ta baba sobie wyobraża? Chryste!

– Wychodzę. Nici z kolacji. Wracam do domu – odpowiada na to „baba” i faktycznie wychodzi. Co się dzieje? Czy ona nic nie rozumie?

Tymczasem strażnik Hellmann wrzeszczy na więźniów:

– Powiedz mu, że jest kutasem! Widzicie tę dziurę w podłodze? Zróbcie teraz 25 pompek, tak jakbyście pieprzyli tę dziurę! Słyszycie, co mówię?! – i ochotnicy zatrudnieni jako więźniowie pokornie wykonują, co mają do wykonania.

– Okay! Uwaga! – Pojawia się następny rozkaz. – Wy trzej będziecie samicami wielbłądów. Chodźcie tu i pochylcie się, dotykając rękami podłogi. – Kiedy ochotnicy to robią, zbyt krótkie koszule odsłaniają ich pośladki. – Dobra, a teraz wy dwaj będziecie samcami wielbłądów. Stańcie za samicami i obskakujcie je. Wiecie, o co chodzi!

Eksperyment się kręci… Albo może lepszym sformułowaniem będzie: szaleje. A może to nie eksperyment jest szalony?

Nie martw się, Christina rok później zostanie twoją żoną. Widać nie był to jedyny jej „wyczyn” potwierdzający słowa Oscara Wilde’a, że „mężczyzna jest tak dobry, na ile wymaga tego od niego jego kobieta”. Ale wtedy, gdy ot tak sobie wyszła, stawiając cię w niezręcznej sytuacji przy kolegach z pracy, byłeś po prostu wściekły.

Christina Maslach (Polka z pochodzenia – więc właściwie to Krystyna Maślak) opisze to potem następująco (o czym zresztą wspomnisz w swojej książce):

„Krótko po tym, jak opuściliśmy więzienne otoczenie, Phil zapytał mnie, co sądzę o całym badaniu. Jestem pewna, że oczekiwał jakiejś poważnej intelektualnej dyskusji o badaniach i zdarzeniach, których byliśmy tam świadkami. Zamiast tego spotkał go z mojej strony niezwykle emocjonalny wybuch (zazwyczaj jestem osobą dość opanowaną). Byłam zła, wystraszona i płakałam. Powiedziałam coś takiego:

– To, co robisz tym chłopcom, to okropność!

Potem nastąpiła między nami gorąca sprzeczka. Było to dla mnie szczególnie przerażające, bo Phil zdawał się tak odmienny od tego człowieka, którego znałam, od człowieka, który uwielbiał studentów i troszczył się o nich w sposób legendarny na uniwersytecie. Nie był tą samą osobą, którą pokochałam, łagodną i wrażliwą na potrzeby innych. Nigdy przedtem nie mieliśmy tak gwałtownej sprzeczki. Zamiast być blisko siebie i nadawać na tej samej fali, zdawało się, że znajdujemy się po przeciwnych stronach wielkiej przepaści. Przemiana, jaka zaszła w Philu (a także we mnie), i związane z tym zagrożenie dla naszego związku były zaskakujące i wstrząsające. Nie pamiętam, jak długo trwała kłótnia, ale czułam, że była zbyt długa i zbyt traumatyczna.

Wiem, że Phil w końcu przyjął do wiadomości to, co mówiłam, przeprosił za to, jak mnie potraktował, i zdał sobie sprawę z tego, co stopniowo działo się z nim i wszystkimi pozostałymi osobami biorącymi udział w tym badaniu. Z tego, że wszyscy zinternalizowali zestaw destrukcyjnych wartości więziennych, które oddaliły ich od własnych, humanitarnych wartości. Przyznał się do odpowiedzialności i podjął decyzję o wstrzymaniu eksperymentu. Było już dobrze po północy, więc zdecydował, że zakończy go następnego ranka, po uprzednim skontaktowaniu się ze wszystkimi wcześniej zwolnionymi więźniami i sprowadzeniu wszystkich zmian strażników w celu omówienia eksperymentu ze strażnikami, potem z więźniami, a w końcu ze wszystkimi razem. Wielki ciężar spadł z niego, ze mnie i z naszego związku”.

Philip George Zimbardo zakończył eksperyment po sześciu dniach, uznając go dziś za nieetyczny i wychwalając przy okazji kręgosłup moralny żony. Do dziś pozostaje pod wrażeniem tego, co sytuacja uczyniła z uczestnikami, ale przede wszystkim przez długi czas sen z powiek spędzała mu myśl, co ta sytuacja uczyniła z nim samym. Wiele lat później, w 2008 roku, tworząc publikację „Efekt Lucyfera. Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?”, szeroko odniósł się do swoich doświadczeń i refleksji na temat tamtych czasów. Zwrócił uwagę na fakt, że często sytuacja i organizacja systemu (na przykład więziennego w Guantanamo, gdzie oskarżono strażników amerykańskich o znęcanie się nad irackimi więźniami) może doprowadzić nawet dobrych ludzi do czynienia złych rzeczy. „Efekt Lucyfera” uznany został za jedną z najważniejszych książek współczesnej psychologii.

ENERGIA SPOZA SYSTEMU

Być może eksperyment więzienny Zimbardo jest znany nawet niezainteresowanym psychologią. Niewielu jednak wie, że to nie profesor nagle zorientował się, że coś idzie nie tak, że to nie jego ruszyło serce i to nie on ukrył twarz w dłoniach i, łkając, pociągnął za dźwignię hamulca. Umysł zaangażowanego profesora i jego kolegów po fachu potrzebował czegoś, co wybije go z torów eksperymentu. Z torów, które powiodły uśmiechniętego i empatycznego profesora tam, gdzie nigdy nie spodziewałby się siebie zobaczyć.

Stało się tu jeszcze jedno i to może zmienić porządkowanie wiedzy na temat efektywności perswazji. Po raz kolejny w historii okazuje się, że zaangażowany umysł w ogóle nie ma zamiaru poddawać się zbędnym refleksjom. Wtyczka dystansu zostaje wyłączona i myśli coraz ściślej kołują jedynie wokół kwestii istotnych dla osiągnięcia celu. Każdy umysł czasem się na to łapie. Nawet tak wybitny, jak umysł Zimbardo. Dodajmy – umysł zaangażowanego profesora, stawiającego na szali karierę, która zaczęła się wiele lat wcześniej, w Bronxie, profesora walczącego o pozycję, prestiż i próbującego godnie wykorzystać fundusze państwowe. Mało tego, osoby świadomej tego, że jest pod lupą wielu przychylnych i nieprzychylnych jej osób.

Jak wielkiej mocy trzeba było więc użyć, by sygnał stop został usłyszany w tym rozpędzonym pociągu myśli i kolejno realizowanych procedur na pozór świetnie idącego eksperymentu?

Kto może czegoś takiego dokonać?

JAK ZEBRAĆ MOC

Dziś wiemy, że była to wielka moc i tylko jedna osoba, która tę moc miała. Najważniejsze jest jednak, że moc ta nie została wygenerowana w trakcie eksperymentu. Ona została zebrana i skapitalizowana wcześniej. Skapitalizowana w formie wspólnych chwil miłości i przyjaźni, wspólnych działań i budowania poczucia bezpieczeństwa oraz bezwarunkowej wiary, że oto osoba, która krytykuje moje działania, nie może mieć niczego złego na myśli, a zatem – pomimo budzącej się agresji – coś może być na rzeczy.

Wiekopomna interwencja Krystyny Maślak to uruchomienie zasobów zaufania, które jak arsenał na czarną godzinę były zgromadzone i skapitalizowane wcześniej! Bez całego uprzedniego działania, które pozostawało niewidoczne (a rozumiemy je dopiero po latach), jej uwaga pozostałaby niezauważona i być może uznana za kolejną złośliwość, zawiść jednego naukowca w stosunku do drugiego albo wręcz niedyspozycję intelektualną.

Tym samym pani Maslach (dziś także psycholog, światowej klasy ekspert w dziedzinie wypalenia zawodowego) wykorzystała jedną z najpotężniejszych zasad, leżących u podstaw zrozumienia efektywności, perswazji i poczucia bezpieczeństwa. Zasadę, która jest fundamentem głaskologii – regułę kapitalizowania relacji i korzystania z tych skapitalizowanych zasobów.

Wkrótce przyjrzymy się jej niuansom, a także przedstawię ciekawe wyniki badań wielu wspaniałych naukowców, które pozwalają rozbić tę regułę na zasady gotowe do wdrożenia.

Póki co, w celu łatwiejszego przyswojenia wspomnianej koncepcji, najlepiej przedstawię ją w formie nieco bajkowej metafory.

METAFORA CZEKOLADY

Wyobraź sobie, że każdy człowiek, którego spotykasz, ma niewidzialny kubek z gorącą pitną czekoladą (Tom Rath i Donald O. Clifton w książce „Pozytywne emocje. Jak rozwijać relacje międzyludzkie” określają to mianem „niewidzialnego wiaderka”).

Za każdym razem kiedy robisz dla kogoś coś dobrego: pomagasz, wspierasz, chwalisz – dolewasz mu czekolady. Za każdym razem kiedy coś od kogoś chcesz – wyciągasz dłoń z łyżeczką, żeby nieco tej czekolady podebrać.

Takie postrzeganie kwestii wspierania ludzi i ewentualnego korzystania z tego, co zebrałeś, powoduje ciekawe implikacje:

  • Znajomości z ludźmi się kapitalizują, czyli jest to swego rodzaju „emocjonalne konto bankowe”, jak nazywał to w „Siedmiu nawykach skutecznego działania” Stephen R. Covey, jeden z najtęższych umysłów, jeśli chodzi o rozwój osobisty. Relacje z ludźmi polegają między innymi na składaniu. A innymi słowy – żeby coś podebrać, trzeba wcześniej uskładać.
  • Po drugie – trzeba składać regularnie. Jeśli żona ostatnią miłą rzecz usłyszała od męża w dniu ślubu (że pięknie wygląda przed ołtarzem), a więc 15 lat temu – będzie raczej ciężko. Czekolady dolewamy nie tylko po to, żeby było jej więcej, ale także, żeby nie stygła.
  • Po trzecie – każdy mój kontakt z inną osobą na świecie wpływa na wahania czekoladowych poziomów u tej osoby. Ode mnie zależy, z jakim poziomem ją zostawię w porównaniu do poziomu czekolady, z jakim ją zastałem.
  • Po czwarte – wpływając na cudzy poziom czekolady, wpływam jednocześnie na własny, bo wspierając innych, lepiej czuję się jako człowiek.
  • Po piąte – niekorzystanie z okazji, żeby dolać czekolady, jest marnowaniem okazji.

Wygląda na to, że aby rościć sobie prawa do wpływu na czyjeś życie, trzeba mieć uskładane czekolady. Tak też się dzieje i strategia wspierania często opiera się wręcz na dolewaniu czekolady na zapas, bez jasnego powodu, ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy przyda się ją podebrać.

– Dzień dobry. Pani magister, potrzebuję takiego specyfiku…

– A, to paaan!

– Ja?

– To pan pomógł mi wczoraj wejść z wózkiem do tramwaju.

– Naprawdę? Przepraszam, nie zapamiętałem pani twarzy. Eee, to nic takiego.

– Proszę pokazać receptę… Będzie kłopot, bo tego leku nie ma teraz w hurtowniach. Zobaczę, co się da zrobić.

A najkrócej: żeby wypłacić, trzeba najpierw wpłacić.

Oto najprostszy sposób wpływania na innych.

TWOJA CZEKOLADA TWOJĄ TARCZĄ

Zasada ta działa również w drugą stronę. Jeśli mamy naskładane u kogoś czekolady, jest on bardziej wytrwały w znoszeniu naszych wpadek.

Kiedy jednak zgromadzony kapitał wyczerpie się, bo liczba wpadek rośnie, a dolewek czekolady brakuje, zaczynają się kąśliwe uwagi, a z czasem coraz bardziej bezpośrednie ataki. Doświadczonymi obserwatorami tego zjawiska są zwykle członkowie rządu, którzy – widząc wyczerpywanie się własnych zasobów czekoladowych u społeczeństwa – panicznie szukają pomysłu na dolewkę, zanim ktoś zainwestuje w wycieczkę autokarową z transparentami pod sejm.

Lecz wróćmy do nas samych, na polityków przyjdzie jeszcze czas w tej książce.

Kiedy na twoje życie próbuje wpłynąć obca osoba lub co gorsza ktoś, kto wcześniej nadwerężył twoje zaufanie, sprawa staje się bardzo prosta.

Po pierwsze, nie może się powołać na: „od dawna się przyjaźnimy”, a więc nie może wypłacić tego, co zgromadził w twoim kubku, bo po prostu nic tam nie ma. Sprawa jest prosta, bo i rozmowa krótka.

– Wydaje mi się, że trochę źle się zachowałeś.

– Co??? A co ty o mnie wiesz, żeby mnie oceniać…

Albo:

– Coś ci powiem.

– Nie interesuje mnie to.

– Dlaczego?

– Bo nie.

– I tak ci powiem. Uważam, że źle się zachowałeś.

– I kto to mówi? Mistrz ceremonii, który już trzy razy mnie wkopał. To będzie kolejna z twoich mądrości pod tytułem: „nie rób tak, jak ja robię, tylko tak, jak mówię”. Nie męcz się.

Trudno się nie zgodzić z powyższymi dialogami, wszak matki zawsze powtarzają córkom, żeby były głuche na to, co mężczyźni mówią, ale miały sokole oko na to, co robią. Nawet wilk z bajki o Czerwonym Kapturku jest miły i sympatyczny przy pierwszym spotkaniu, prawda? Jeśli nie masz poczucia, że ktoś cię wcześniej wspierał, nie uwierzysz, że teraz bezinteresownie chce dla ciebie dobrze.

Zauważ, że ci, którzy mają u ciebie skapitalizowaną czekoladę (rodzice, przyjaciele), wpływają na ciebie skuteczniej. Kiedy przyjaciel powie, że jego zdaniem źle postąpiłeś, zastanowisz się nad tym.

– Wiesz, coś ci powiem…

– No?

– Cóż, od dawna się przyjaźnimy i raczej się nie wtrącam w twoje sprawy…

– Nie owijaj w bawełnę, tylko wal prosto z mostu, bo widzę, że coś cię gniecie.

– No dobra. Nie powinieneś się tak zachowywać. Tak jak wczoraj.

– Dzwoniła do ciebie i kazała ci ze mną gadać?

– Nie, tak myślę po prostu.

– Uff… Uważam, że miałem rację, ale przemyślę to.

Gdyby to wszystko sprawdzało się przynajmniej w większości przypadków, mielibyśmy przed sobą jedną z najpiękniejszych zasad funkcjonowania świata: wymagać zmian zachowania, przysług i ustępstw możemy od ludzi, u których mamy uskładane czekolady. Brzmi dobrze, prawda?

Dlaczego jednak mam komuś ciągle „składać”, a sobie wcale?

CO Z TEGO MAM JA?

Po pierwsze – sobie też należy dolewać czekolady, o czym napisano już tyle książek, że doprawdy jest gdzie się dowiedzieć, jak sobie zrobić dobrze.

Po drugie – życzliwość i wspieranie innych wymaga ćwiczenia i ciągłego rozwijania. Jest to jedna z najważniejszych umiejętności, których dorośli powinni uczyć dzieci oraz sami umieć. Życzliwość jest wartością bezwzględnie dobrą. W odróżnieniu od inteligencji na przykład, która – wbrew temu co się potocznie uważa – ma wymiar neutralny i jak każde narzędzie może zostać zastosowana… różnie. Stalin był na przykład potwornie (sic!) inteligentnym facetem. Jak to wykorzystał – wszyscy wiemy.

O istocie życzliwości w naszym życiu świadczy fakt, że robiąc coś dla innych, napełniamy sobie także własny kubeczek, nawet jeśli nikt nie jest nam wdzięczny.

– Pomogłem mu i dobrze zrobiłem. Trzeba sobie pomagać. Drugi raz zrobiłbym to samo.

– Odwdzięczył ci się?

– Nie robiłem tego dla odwdzięczania, po prostu chciałem pomóc.

– I co? Będziesz wciąż tak robił, a ludzie będą korzystać?

– Pomagasz czasem innym? Chyba rzadko.

– Dlaczego tak uważasz?

– Na tyle osób, którym pomogłem, a będzie ich z tysiąc, ze trzy faktycznie obróciły się na pięcie i poszły. Większość ludzi wie, jak się zachować. Prędzej czy później.

Życzliwość, owszem – pomaga innym, ale, co nie jest już takie oczywiste, bardzo pomaga także osobom życzliwym.

W 2013 roku opublikowano w magazynie „Psychological Science” wyniki badań, które przeprowadził zespół pod kierunkiem Barbary Fredrickson z University of North Carolina. Do badań nad efektami stresu i relaksacji zrekrutowano 65 osób, przy czym połowę z nich „wysłano” na sześciotygodniowy kurs miłości i życzliwości, zawierający elementy medytacji i afirmacji miłości do innych. Na zajęciach instruowano ich, by siedząc na dywanie, zaczynali ćwiczenie od myślenia o swoich kłopotach, a potem przechodzili myślami na inne osoby. Ilekroć ich myśli figlarnie schodziły na tematy poboczne, mieli powtarzać sobie: „Możesz czuć się bezpiecznie, możesz czuć się szczęśliwy, możesz czuć się zdrowy, możesz żyć z łatwością”. Uczestników kursu poproszono również, żeby skupiali się na tych myślach oraz nad sytuacją innych osób, kiedy zwiększało się w ich życiu napięcie, na przykład podczas stania w korku. Jakkolwiek mistycznie wyglądają powyższe badania, ich cel był bardzo przyziemny. Badano przewodnictwo nerwu błędnego i efekty, jakie endogenna (wewnętrzna) dieta emocjonalna, składająca się z dostarczania pozytywnych emocji, wywiera na układ krążenia.

Nerw błędny, oprócz wielu różnych funkcji, pełni rolę regulacyjną przy koordynowaniu tętna i bicia serca w stosunku do tempa oddechu. Może mieć też znaczenie podczas procesów regulowania poziomu glukozy we krwi i odpowiedzi odpornościowej w przypadku infekcji.

Jakie były wyniki? Okazało się, że owszem – dieta emocjonalna pomogła, ale tylko części badanych. Stwierdzono u nich poprawę wyników badań układu krążenia i ogólnego stanu fizycznego organizmu.

Komu pomogła? Wyłącznie osobom, które – oprócz tego, że ćwiczyły pozytywną dietę – odczuwały większą bliskość z innymi ludźmi. Jest to swoją drogą kolejny dowód na to, że jakość życia jest silnie pozytywnie skorelowana z jakością relacji z innymi ludźmi.

– Największym zaskoczeniem – stwierdza Barbara Fredrickson – jest to, że możemy zmienić coś fizycznego w ludziach, wyłącznie zmieniając ich dzienną dietę pozytywnych emocji, co może pomóc nam wyjaśnić prastarą zagadkę, w jaki sposób nasze emocjonalne i społeczne doświadczenia bezpośrednio wpływają na kondycję fizyczną.

Wspieranie może sprawić, że sami poczujemy się silniejsi, bo pomagając innym, uważamy się za lepszych i nadajemy życiu sens.

To jednak nie wszystko.

DOBRA ZŁOTA KACZKA

Lara Aknin z University of Canada dokonała w latach 2006–2008 tytanicznej pracy zebrania danych od ok. 235 000 respondentów z całego świata, różnicując ich wiekiem, wykształceniem, płcią, orientacjami – wszystkim, czym się dało. Przy średniej wieku 38 lat oraz równej liczbie kobiet i mężczyzn odkryła, że wydawanie pieniędzy na innych daje większe poczucie nagrody i satysfakcji, niż przeznaczanie ich na siebie.

Wyniki opublikowane w czasopiśmie „Journal of Personality and Social Psychology” (są dostępne również on-line) wskazują jednoznacznie, że wobec braku istotnych różnic między kulturami, płciami czy innymi czynnikami pomaganie innym jest jedną z fundamentalnych cech natury człowieka.

W kolejnym badaniu Lara Aknin analizowała różne sytuacje generujące poczucie „ciepłego obwarzanka” wokół serca. Oferowanie możliwości wydawania pieniędzy czy to w Kanadzie, czy w Ugandzie (gdzie – delikatnie mówiąc – nie wszyscy są bogaci) nieodmiennie przynosiło lepsze rezultaty na poziomie dobrego samopoczucia u tych, którzy nie wydali ich na siebie. W badaniu wzięło udział 820 osób.

W innym jeszcze badaniu Aknin zapytała 101 osób z Indii, jak się czują w życiu, przy czym część z nich poproszono, by najpierw przypomniały sobie sytuację, w której wydały pieniądze na kogoś innego, a pozostałych spytano o satysfakcję z życia, ot tak. Okazało się, że przywołanie z pamięci takiego faktu także wypłynęło pozytywnie na samopoczucie. Studenci zarówno z Kanady, jak i Afryki Południowej (207 badanych) zadeklarowali bardziej długotrwały wzrost dobrego samopoczucia po tym, jak zafundowali „torbę z prezentami” chorym dzieciom, niż wtedy, gdy zrobili prezent sobie.

PIENIĄDZE SZCZĘŚCIA NIE DAJĄ…

Zróbmy chwilę przerwy w czytaniu o dzieleniu się pieniędzmi i pogadajmy o wydawaniu na siebie.

Czy jest jakiś sposób na maksymalizację przyjemności z zakupów?

Co uważa na ten temat nauka?

W 2013 roku ekonomistki Justin Wolfers i Betsy Stevenson przeprowadziły badania w 25 państwach, z których wynikało, że w krajach bogatszych jest więcej szczęśliwych ludzi. Wiadomo też, że nasze wynagrodzenie w pracy ma wpływ na poziom szczęścia. Oczywiście, może wynikać to z tego, że ludzie bogatsi mają statystycznie więcej miłych doświadczeń w życiu, a przez to łatwiej im więcej znieść (ja też wolę się smucić w ferrari niż na rowerze).

W przypadku optymistów wciąż trwają spory, co jest przyczyną, a co skutkiem – czy kasa koreluje z optymizmem i pogodą ducha, czy może jest odwrotnie – „pogodna” ekspresja cech osobowości po prostu zwiększa szansę na zarobienie kasy. Nie wiadomo.

Wiadomo natomiast, że ilość szczęścia, jaką dają pieniądze, mówiąc szczerze… głowy nie urywa. Badania pokazują bowiem, że pieniądze – owszem – dają szczęście, jednak po tym, jak zaspokoją już podstawowe potrzeby, dają go (niestety!) bardzo niewiele.

Najwięcej, rzecz jasna, dają ludziom bardzo biednym, mieszkającym w kraju toczącym wojnę, pracującym po 15 godzin w kopalni na chleb lub niemającym na podstawowe wydatki na życie.

Trudno jednak porównywać długoterminowe szczęście wynikające z zaspokojenia podstawowych potrzeb ze szczęściem spowodowanym kupieniem sobie dobrego albo lepszego samochodu. To drugie (albo nawet tylko „urabianie się” do nocy na kawę ze „Starbunia”) daje znacznie mniej szczęścia i uzależnia życie od świadectw materialnego statusu, co jest raczej realizacją szczęścia sprzedawców (a i to nie do końca).

Znacznie więcej szczęścia niż pieniądze dają na przykład wrodzone cechy charakteru, ale na to trudno wpływać. Jeszcze więcej szczęścia są w nas w stanie „wdrukować” otaczający nas ludzie i czynności, jakim się oddajemy w chwilach wolnych od pracy (i to nawet jeśli ją lubimy).

Z ogólnego rachunku badań dość jasno wychodzi, że pieniądze szczęścia raczej nie dają, ponieważ:

  • Same pieniądze w dawaniu szczęścia są bardzo mało efektywne.
  • Wszystko, co pompuje szczęście najefektywniej, i tak nie jest do kupienia, trzeba o to zadbać inaczej.
  • Pieniądze bardzo skutecznie odwracają uwagę od pielęgnowania elementów z punktu drugiego, więc w ogólnym rozrachunku mogą wręcz wpływać na poziom szczęścia negatywnie.

No dobrze. To co z nimi robić, kiedy już są?

W książce „Happy Money – The Science of smarter Spending” autorzy Elizabeth Dunn i Michael Norton podają m.in. sześć sposobów wydawania pieniędzy tak, by zwiększyć prawdopodobieństwo, że zamienią się w szczęście. Oto one:

  • Kupuj ciekawe doświadczenia, a nie przedmioty. Dla poczucia szczęścia w życiu lepiej iść 10 razy na dobry obiad z kimś, kogo się kocha, niż kupować droższy telewizor za równowartość 10 obiadów.
  • Kupuj sobie nagrody, ale tylko od czasu do czasu (obejrzenie całego sezonu serialu od razu daje mniej przyjemności, niż robienie sobie przerw między odcinkami).
  • Kupuj sobie wolny czas. Większa wtedy szansa, że porobisz coś, co lubisz, pomożesz innym czy spotkasz się ze znajomymi, co długofalowo zwiększy twoje poczucie szczęścia i wartości.
  • Płać teraz, konsumuj później. Odkładanie konsumpcji (np. czekolady) czy rezerwowanie wyjazdu na przyszłość powoduje, że dochodzi przyjemność czekania (to zupełna odwrotność procedur: zadłuż się, skonsumuj od razu, spłacaj potem parę lat, prawda?).
  • Inwestuj w innych. Wydawanie pieniędzy na siebie daje mniej satysfakcji, niż wydawanie na innych – była o tym mowa w tekście głównym książki, tuż przed ramką.
  • Kiedy już wyciągasz portfel, zadaj sobie dwa pytania przed zakupem – co innego mógłbym zrobić z taką kwotą? oraz: czy to naprawdę najlepsza inwestycja w moje szczęście? Nierzadko zdarzy się, że portfel z nienaruszoną zawartością wróci jednak do kieszeni.

A wszystko zgodnie ze znaną zasadą: zamiast ganiać za sposobami, by mieć więcej pieniędzy, doskonal się w wyciskaniu szczęścia z tych pieniędzy, które masz.

Lara Aknin jest przekonana, że połączenie ośrodka nagrody (kiedy człowiek robi dobre rzeczy, miłe dla innych, to uruchamia mu się w mózgu produkcja endorfin) ze wspieraniem oraz pomaganiem innym ludziom jest kluczowe dla rozumienia człowieka, jego zachowań i tego, w jaki sposób udało mu się stworzyć tak ogromne społeczeństwa. Badaczka nazywa to jednym z fundamentalnych dla ewolucji elementów człowieczeństwa.

Czy wobec tego wciąż można uważać, że chodzi wyłącznie o pomaganie innym?

Może jednak wychodzi na to, że przy okazji bardzo pomagamy również sobie. W pewnym sensie można uznać, iż pomagamy ludzkości w ogóle! Chodzimy bowiem po ziemi głównie dlatego, że nasi przodkowie mieli nie tylko profit, ale także wielką frajdę z pomagania sobie nawzajem od zarania gatunku. My zaś jedynie kontynuujemy ich dzieło.

MAM CZAS DLA CIEBIE

Cassie Mogilner oraz Michael Norton z Harvard University opublikowali w „Psychological Science” w artykule „Giving time gives you time” wyniki jednego ze swoich eksperymentów, które wskazują na kolejny, dobroczynny wpływ inwestycji w kogoś, tym razem jednak nie finansowej, ale… czasu!

Grupy biorące udział w eksperymencie miały do wykonania najróżniejsze zadania – od zupełnie bezsensownych i wykonywanych tylko dla siebie, po pisanie listów do chorych dzieci czy sprawdzanie czyichś prac. Dawano im następnie możliwość odpowiedzenia na pytanie: czy z reguły starcza ci na wszystko czasu?

Wyniki jednoznacznie wskazały, że uczestnicy, którzy poświęcili pięć minut dzieciom, mieli poczucie, że zwykle posiadają znacznie więcej czasu niż osoby, które poświęciły czas tylko sobie. Ci drudzy zdecydowanie częściej wspominali, że mają za mało czasu i że za dużo go marnują.

Cassie Mogliner na podstawie tych badań stwierdziła, że poświęcanie czasu innym nie powoduje zwiększenia ilości czasu obiektywnie (to oczywiste), jednak subiektywnie daje człowiekowi poczucie, że ma go więcej. Dlaczego? To proste: skoro poświęca on czas innym, to znaczy że ma, bo większość swoich najważniejszych spraw już załatwił. Mogilner kwituje to dość odważnie: „Te badania mogą być prostym przepisem na poradzenie sobie z chronicznym poczuciem braku czasu. Wystarczy poświęcić chwilę innym!”.

Wszystkie przytoczone przykłady wskazują, że wspieranie i pomaganie innym działa na człowieka w sposób tak wielopłaszczyznowy, że można uznać, iż właściwie dało by się stworzyć osobną gałąź terapii z tym związaną. Tłumaczy to też być może, skąd się bierze podejście niektórych ludzi, twierdzących, że robiąc wiele dla innych, nie potrzebują do szczęścia żadnej wdzięczności w zamian. Samo pomaganie daje im satysfakcję, a czy podopieczni (dzieci, uczniowie, anonimowi odbiorcy) będą im wdzięczni, nie ma to większego znaczenia. Traktują to często jako wisienkę na torcie, lecz nie warunek sine qua non do szczęścia.

Wątek ten jest na tyle ważny, że wrócę do niego na końcu.

Tutaj tymczasem wspomnę jeszcze inne badania, głównie dlatego, że są to tzw. badania podłużne, a takich w psychologii wciąż jest za mało (badania podłużne to takie, które trwają przez jakiś czas i mierzy się ich długotrwałe efekty z udziałem tej samej grupy badanych – przyp. MB).