Germinal  - Emil Zola  - ebook
Wydawca: Literatura Net Pl Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Germinal - Emil Zola

"Germinal" ukazuje "historię naturalną i społeczną rodziny" za II Cesarstwa.

Powieść Emila Zoli rozgrywa się podczas jednego ze strajków górniczych w północnej Francji pod koniec XIX wieku. Główny bohater, Stefan, zostaje pracownikiem kopalni, gdzie styka się z ciężką pracą i wielką nędzą górników. Kryzys gospodarczy doprowadza do obniżek płac, co z kolei prowadzi do strajku. Strajk zostaje spacyfikowany, w wyniku czego śmierć ponosi kilkunastu górników. Reszta pod presją kapituluje i wraca do pracy. Powrót ten jednak kończy się tragicznie...

Ciąg dalszy opowieści pozna czytelnik czytając to znakomite dzieło.

Opinie o ebooku Germinal - Emil Zola

Fragment ebooka Germinal - Emil Zola




Emil Zola

Germinal

Literatura.net.pl

Gdańsk 2001


CZĘŚĆ PIERWSZA



I


Nagą równiną, w bezgwiezdną noc, czarną i gęstą jak atrament, jakiś człowiek szedł samotnie drogą z Marchiennes do Montsou. Brukowany gościniec na przestrzeni dziesięciu kilometrów przecinał pola buraczane. Wędrowiec nie widział drogi przed sobą; ogrom przestrzeni wyczuwał jedynie w podmuchach marcowego wiatru, który szeroką, lodowatą falą wiał znad mokradeł i nagich pól. Żaden cień drzewa nie plamił nieba. Prosty gościniec ciągnął się we mgle oślepiających ciemności.

Człowiek ów wyszedł z Marchiennes około drugiej w nocy. Szedł wyciągniętym krokiem drżąc z zimna w cienkiej bawełnianej marynarce i welwetowych spodniach. Pod pachą ściskał małe zawiniątko związane kraciastą chustką. Zawadzało mu bardzo. Przekładał je ustawicznie i przyciskał do siebie usiłując wsunąć do kieszeni obydwie do krwi posiekane wichrem dłonie. W pozbawionej jakichkolwiek myśli głowie tego robotnika bez pracy i bez domu żyła jedna jedyna nadzieja, że jak słońce wzejdzie, zrobi się cieplej. Szedł tak przeszło godzinę, gdy nagle, po lewej stronie, dwa kilometry przed Montsou, ujrzał czerwone światła trzech stosów. węgla palących się na wolnej przestrzeni, jakby zawieszonych w powietrzu. Zrazu zawahał się wylękniony, nie mógł jednak oprzeć się niepohamowanej chęci ogrzania rąk przez chwilę.

Wszedł w głęboki wąwóz. Wszystko znikło. Po prawej ręce miał parkan z grubych desek, chroniący tor kolejowy. Po lewej wznosiło się porosłe trawą wzgórze, spoza którego wyzierały płaskie, jednakowe dachy jakiegoś osiedla. Uszedł może ze dwadzieścia kroków. Nagle na zakręcie ukazały się znowu światła, a podróżny i tym razem nie mógł pojąć, jak mogą palić się tak wysoko na martwym niebie, podobne do dymiących księżyców. Lecz u wyjścia z wąwozu inny widok zajął jego uwagę. Ujrzał olbrzymią, bezkształtną masę zabudowań. Ponad nimi sterczał komin fabryczny. Przez brudne szyby okien połyskiwały rzadkie światła, pięć czy sześć smutnych latarń chwiało się na poczerniałych belkowaniach potwornego rusztowania. Pogrążona w ciemnościach nocy i dymu masa wydawała z siebie jeden tylko głos: ciężkie i głuche dyszenie niewidzialnej maszyny parowej.

Wędrowiec rozpoznał wreszcie kopalnię. I znów przyszła mu myśl, że nie warto... I tutaj też na pewno nie znajdzie pracy. Zamiast zawrócić w stronę budynków, skierował się ku hałdzie, gdzie w żelaznych koszach żarzyły się węgle, służące równocześnie do oświetlania placu i do ogrzewania robotników. Robotnicy musieli widocznie pracować do późnej nocy, bo dotąd jeszcze szuflowano miał. Posłyszał turkot wózków na szynach i dostrzegł cienie ludzi zajętych opróżnianiem ich przy ogniskach.

– Dobry wieczór – rzekł i zbliżył się do jednego z koszów.

Odwrócony plecami do ognia stał poganiacz. Był to stary człowiek w fioletowym swetrze i króliczej czapce na głowie. Obok niego stał rosły gniadosz. Jak z kamienia wykuty, czekał na opróżnienie sześciu wózków, które właśnie przyciągnął. Pomocnik, zajęty wyładowywaniem wózków, nie śpieszył się. Był to wysoki rudy chłopak. Leniwie naciskał dźwignię. Tu, na wzgórzu, dął wiatr jeszcze ostrzejszy. Lodowaty powiew ciął jak kosą, w równomiernych odstępach.

– Dobry wieczór – odparł stary.

Zapanowało milczenie. Przybysz czując, że patrzą na niego podejrzliwie, wymienił swoje nazwisko.

– Nazywam się Stefan Lantier, jestem maszynistą. Czy nie mógłbym tu znaleźć pracy?

Płomień ogniska oświetlał go teraz jasno. Mógł mieć ze dwadzieścia jeden lat, ciemnowłosy, przystojny, o silnej, choć drobnej budowie.

Uspokojony, poganiacz potrząsnął głową.

– Pracy... tutaj... maszynista? Nie... Wczoraj dopiero zgłaszało się dwóch. Nie ma pracy – odparł.

Gwałtowny podmuch wiatru przerwał rozmowę. Po chwili Stefan zapytał wskazując na ponurą grupę zabudowań u stóp hałdy:

– To kopalnia, prawda?

Tym razem stary nie mógł mu odpowiedzieć. Dusił go silny atak kaszlu. Odplunął wreszcie, a flegma padła czarną plamą na zaróżowioną od ognia ziemię.

– Tak, kopalnia le Voreux... Osiedle robotnicze jest tuż obok.

Wyciągniętą ręką wskazał w kierunku osiedla, którego dachy dostrzegł Stefan już przedtem.

Tymczasem wózki zostały opróżnione i stary udał się na sztywnych od reumatyzmu nogach za grubym gniadoszem, który bez bicza ruszył z miejsca i kroczył powoli między szynami, nie troszcząc się o wiatr jeżący mu sierść.

Kopalnia le Voreux zarysowała się teraz wyraźniej. Stefan grzał pokrwawione dłonie u ogniska i rozglądał się dokoła. Rozróżniał poszczególne części kopalni; sortownie o ścianach jakby posmarowanych mazią, wieżę szybu, obszerny budynek, w którym znajdowała się maszyna wyciągowa, czworokątną wieżyczkę pompy. Ta ukryta w kotlinie kopalnia, ze swymi przysadzistymi budowlami z cegły i podobnym do groźnie wzniesionego rogu kominem z cegły wydała mu się żarłocznym potworem czyhającym na życie ludzkie. Przypatrując się jej myślał o sobie, o swojej bezdomności i trwających już od tygodnia poszukiwaniach pracy. W myślach ujrzał się w warsztacie kolejowym w Lilie, skąd usunięto go za pobicie szefa. Wyrzucony stamtąd wszędzie zastawał drzwi zamknięte. W sobotę przybył do Marchiennes, gdzie, jak mówiono, były wolne miejsca w hucie. Tymczasem nie znalazł nic ani tam, ani u Sonneville'a. Niedzielę spędził ukryty wśród belek wielkiego składu drzewa, skąd o drugiej w nocy wygnał go dozorca. Nie miał ani grosza, ani okruszyny chleba. Czym skończy się ta tułaczka po nieznajomych drogach, na wietrze, przed którym nie wiadomo gdzie się schronić? Tak – to była kopalnia. Nieliczne latarnie oświetlały czworobok budynków fabrycznych. Nagle otworzyły się jakieś drzwi i dojrzał paleniska kotłów. Zrozumiał teraz ten regularny, głęboki oddech niby sapanie dławiącego się potwora: to dyszała pompa.

Pomocnik poganiacza, skulony przy ognisku, nie podniósł nawet oczu na przybysza. Stefan miał właśnie schylić się po swe zawiniątko, kiedy głośny kaszel oznajmił powrót woźnicy. Powoli wyłonił się on z ciemności wraz z gniadoszem, ciągnącym sześć świeżo naładowanych wózków.

– Czy w Montsou są jakieś fabryki? – spytał Stefan.

Stary odplunął ciemną ślinę i głosem rwącym się na wietrze odparł:

– O, fabryk to tu nie brak. Trzeba tu było być przed trzema, czterema laty! Wszędzie huczały maszyny. nie można było nastarczyć robotników. A ile zarabiali! Teraz znów trzeba zaciskać pasa. Nędza wszędzie, zwalniają z pracy, fabryki stają jedna po drugiej. Może to i nie wina cesarza... Ale po co mu było mieszać się do walk w Ameryce? A tu jeszcze zwierzęta i ludzie mrą na cholerę.

I obaj zaczęli żalić się w krótkich, urywanych zdaniach. Stefan opowiadał dzieje swej tygodniowej, daremnej wędrówki. Więc ma zdechnąć z głodu? Drogi roić się będą wkrótce od żebraków.

– Tak – mówił stary – to się źle skończy. Kto to widział, żeby tylu chrześcijan wyrzucać na ulicę.

– Nie co dzień mają teraz ludzie mięso na obiad.

– Żeby chociaż chleb mieli co dzień.

– Tak, tak. Zeby chociaż chleb.

Głosy gubiły się w ponurym świście wichru.

– To tam jest Montsou – zawołał poganiacz zwracając się na południe.

Wyciągniętą ręką wskazywał w ciemnościach jakieś niewidzialne punkty i kolejno wymieniał ich nazwy. Tam, w Montsou, idzie jeszcze cukrownia Fauvelle'a, natomiast cukrownia Hotona zwolniła część robotników. Tylko młyn Dutilleula i fabryka powrożnicza Bleuze'a, dostarczająca lin do kopalni, trzymają się jeszcze jako tako. Następnie szerokim gestem objął część widnokręgu od północy: zakłady budowlane Sonneville nie otrzymały ani połowy dawnych zamówień; z trzech wielkich pieców hutniczych w Marchiennes tylko dwa są czynne, a hucie szkła w Gagebois grozi strajk, gdyż zapowiedziano obniżkę płac.

– Wiem, wiem – powtarzał Stefan przy każdej nazwie. – Byłem tam.

– U nas – dodał poganiacz – do tej pory wszystko jest jeszcze bez zmian, chociaż i tu kopalnie zmniejszają już wydobycie. Ot, na przykład tam naprzeciwko, w Victoire, palą się już tylko dwie baterie koksowe.

Splunął i zaprzęgnąwszy sennego konika do pustych wózków, ruszył za nim.

Stefan znał już teraz całą okolicę. Ręka starego poganiacza nadała wymowę otaczającym ciemnościom, napełniła je udręką, którą młody człowiek wyczuwał wokół siebie. Czyż to nie krzyk głodu niósł ze sobą marcowy wicher dmąc ponad nagimi polami? Podmuchy stawały się coraz gwałtowniejsze. Zdawało się, że zamrze od nich praca i zapanuje nędza, która zabije wielu ludzi. Stefan błądził wzrokiem po równinie, jednocześnie lękając się i pragnąc ją zobaczyć. Wszystko tonęło w obcych mrokach nocy i tylko bardzo daleko dostrzegał sylwetki wielkich pieców i baterii koksowych. Te ostatnie tworzyły ukośny rząd czerwonych płomieni. Dwie wieże, nieco bardziej na lewo, płonęły niebiesko jak olbrzymie pochodnie. Był w tym smutek pożaru, zdawało się, że w krainie węgla i żelaza nie ma na ponurym niebie innych gwiazd jak te nocne ognie.

– Wy może z Belgii?

Poganiacz wrócił i podjął przerwaną rozmowę.

Tym razem przywiózł tylko trzy wózki. W kopalni wydarzył się wypadek: pękła jakaś śruba w windzie i robota stanęła na dobry kwadrans. U stóp hałdy zapanowała cisza. Ładowacze przestali toczyć wózki po szynach. Z głębi podziemia dochodziły tylko dalekie uderzenia młota, bijącego w żelazną blachę.

– Nie, pochodzę z południa – odparł Stefan.

Opróżniwszy wózki pomocnik poganiacza usiadł na ziemi, zadowolony z przerwy. W milczeniu podniósł na starego przygasłe spojrzenie, jakby zdziwiony jego gadatliwością. Poganiacz nie należał do ludzi rozmownych. Może spodobała mu się twarz obcego przybysza, a może ogarnęła go chęć zwierzeń, która sprawia, że starzy ludzie mówią czasami na głos sami do siebie?

– A ja jestem z Montsou – odparł. – Nazywam się Bonnemort.

– Bonnemort? – zapytał Stefan zdziwiony. – To chyba przezwisko?

Stary roześmiał się z zadowoleniem i rzekł wskazując na kopalnię:

– Tak, tak... Trzy razy wyciągano mnie stamtąd... Raz z opalonymi włosami, drugi raz, jak mnie przysypało, a trzeci raz, jak mnie woda zalała... Brzuch miałem wzdęty jak ropucha. Jak się przekonali, że nie chcę umierać, przezwali mnie Bonnemort, dla żartu.

Poweselał jeszcze bardziej. Śmiał się chrypliwie. Przypominało to zgrzyt źle naoliwionych trybów i zakończyło się strasznym atakiem kaszlu. Żarzące się w koszu węgle oświetlały jego wielką głowę o rzadkich siwych włosach i płaską twarz, bardzo bladą, pokrytą sinawymi plamami. Był małego wzrostu, szyję miał grubą, nogi powykręcane, ręce sięgające aż do kolan, dłonie kwadratowe. Podobnie jak jego koń stojący nieruchomo i nieczuły na wiatr, wyglądał jak wyciosany z kamienia. Zdawało się, że nie czuje zimna ani ostrych podmuchów wichru. Gdy się wykaszlał, odchrząknął z głębi piersi i splunął. Na ziemi ukazała się znów czarna plama.

Stefan przyjrzał mu się, przyjrzał się czarnej plamie i zapytał:

– Dawno już pracujecie w kopalni?

Bonnemort szeroko rozłożył ręce.

– Och, dawno... Nie miałem jeszcze ośmiu lat, jak pierwszy raz zjechałem do le Voreux, a teraz mam pięćdziesiąt osiem. Porachujcie. Robiłem tam na dole wszystko. Naprzód byłem chłopcem do pomocy, potem jak już byłem silniejszy, ładowaczem, a potem przez osiemnaście lat rębaczem. Później przez te przeklęte nogi przeznaczyli mnie do kopania ziemi, przesypywania miału, do rozmaitych poprawek, aż wreszcie musieli mnie zatrudnić na wierzchu, bo doktor powiedział, że im, tam zdechnę. No i od pięciu lat jestem poganiaczem. Ładny kawał czasu, co? – pięćdziesiąt lat w kopalni, z tego czterdzieści pięć pod ziemią!

Wypadające od czasu do czasu z kosza rozżarzone węgle rzucały na jego twarz krwawe odblaski.

– Każą mi przerwać pracę – ciągnął. – Ale ja nie chcę. Nie głupim! Poczekam jeszcze te dwa lata do sześćdziesiątki, żeby mieć sto osiemdziesiąt franków emerytury. Jakbym się wyniósł dzisiaj, daliby mi sto pięćdziesiąt. Chytre bestie! Zresztą trzymam się jeszcze zupełnie dobrze, tylko te nogi... To wszystko przez wodę. Za dużo człowiek namókł przy robocie i weszło mu pod skórę. Są takie dni, że nie mogę ruszyć nogą, żeby nie krzyczeć.

Przerwał mu nowy atak kaszlu.

– Kaszlecie też od tej wody? – spytał Stefan.

Stary zaprzeczył gwałtownie ruchem głowy. Gdy odzyskał głos, objaśnił:

– Nie, nie od wody. Przeziębiłem się w zeszłym miesiącu. Nigdy dotąd nie kaszlałem, a teraz nie mogę się jakoś tego pozbyć... Wiecznie tylko pluję i pluję...

Odchrząknął i znowu splunął czarno.

– Czy to krew? – ośmielił się wreszcie zapytać Stefan.

Bonnemort powoli ocierał usta wierzchem dłoni.

– Nie, to węgiel... Tyle mam tego w środku, że do końca życia miałbym czym palić w piecu. A przecież od pięciu lat nie byłem pod ziemią. Człowiek nawet nie wiedział, że sobie taki zapas uzbiera! Ale to nic, to zdrowo!

Zapanowało milczenie. Z kopalni dochodziły równomierne uderzenia młota; z głębin nocy wiatr przynosił skargi głodnych i zmęczonych. Przy ogniu, który przygasł, stary ciągnął dalej swoje wspomnienia.

Tak, tak, i on, i jego rodzina nie od wczoraj znają się z kilofem. Pracują w kopalni od chwili powstania Towarzystwa Węglowego w Montsou przed stu sześciu laty. Jego dziad, Wilhelm Maheu, jako piętnastoletni chłopak odkrył pokłady węgla w Requillart. Była to pierwsza kopalnia Towarzystwa, stara, dziś już opuszczona, niedaleko cukrowni Fauvelle'a. Wszyscy o tym wiedzą, a pierwszy szyb nazwano szybem Wilhelma od imienia dziadka. Bonnemort go nie znał, opowiadają, że był silny i tęgi. Umarł w sześćdziesiątym roku życia. Jego ojciec, Mikołaj Maheu zwany Rudym, zginął w kopalni mając czterdzieści lat. Pogłębiano wówczas le Voreux.

Nastąpiło obsunięcie. Zawaliło się wszystko – ani śladu nie zostało po człowieku. Dwaj jego wujowie i trzej bracia również stracili tu życie. Jego, Wincentego Maheu, który wyszedł z kopalni prawię cało, postradawszy tylko siłę w nogach, uważali wszyscy za szczęściarza. Ale cóż robić – pracować trzeba! Szli do kopalni jedni po drugich – najpierw ojcowie, potem dzieci, męczy się tam teraz jego syn, Toussaint Maheu, jego wnuki i reszta rodziny. Mieszkają wszyscy w osiedlu. Sto sześć lat pracy u jednego chlebodawcy! Najpierw dziadkowie, teraz prawnuki. – Niejeden mieszczuch nie potrafiłby opowiedzieć tak dziejów swojej rodziny, co?

– Tak, tak, byleby było co jeść – mruknął znowu Stefan.

– Właśnie do tego mówię – odparł stary. – Póki jest chleb, można żyć!

Bonnemort zamilkł i zwrócił oczy w stronę kolonii robotniczej. W oknach zaczęły zapalać się światła. Na wieży w Montsou zegar wybił czwartą. Było coraz zimniej.

– Bogate jest to wasze Towarzystwo? – spytał Stefan.

Stary podniósł ramiona w górę, a później opuścił je, jak gdyby uginał się pod ciężarem złota.

– Jeszcze jak! – odparł. – Może nie takie bogate jak sąsiednie Towarzystwo w Anzin, ale i tak ma tyle milionów, że ani byś porachował... Dziewiętnaście kopalń, z czego trzynaście czynnych, le Voreux, la Victoire, Crévecoeur, Mirou, Saint-Thomas, Madeleine, Feutry-Cantel i inne jeszcze, a sześć służy za szyby odwadniające albo wentylacyjne, jak Réquillart... Dziesięć tysięcy robotników, koncesje na obszarach sześćdziesięciu gmin, dzienna produkcja pięć tysięcy ton, kolej łącząca wszystkie kopalnie, warsztaty, fabryki!... Ho, ho, pieniędzy im nie brak!

Zadudniły po szynach wózki. Gruby gniadosz nastawił uszu. Windę widocznie już naprawiono, ładowacze wzięli się na nowo do roboty. Zaprzęgając konia poganiacz zwrócił się doń łagodnie:

– Nie przyzwyczajaj się do gadulstwa, leniu jeden! Gdyby tak pan Hennebeau dowiedział się, co robisz na postojach.

Stefan spoglądał zamyślony w ciemność.

– Więc kopalnia jest własnością pana Hennebeau? – zapytał.

– Nie – wyjaśnił stary – pan Hennebeau jest naczelnym dyrektorem. Otrzymuje zapłatę jak i my.

Stefan wskazał ruchem ręki otaczający ich bezmiar mroku:

– Więc czyjeż to wszystko?

Ale Bonnemort dostał nagle tak silnego ataku kaszlu, że nie mógł pochwycić tchu. Kiedy odplunął wreszcie i otarł czarną pianę z warg, odparł wśród wzmagających się podmuchów wiatru:

– Czyje? A no, nie wiadomo... Pańskie!

I dłonią wskazał jakiś punkt w ciemności, jakieś odległe, niewidzialne miejsce, zamieszkałe przez tych, dla których rodzina Maheuów od stu lat wydobywała węgiel z głębi ziemi. W jego głosie zabrzmiał zabobonny lęk, jak gdyby mówił o jakimś niedostępnym przybytku, kryjącym w swym wnętrzu syte bóstwo, które pasło się ich krwią, a którego nigdy nie oglądali.

– Tak, tak, byle mieć chleba do syta – powtórzył Stefan po raz trzeci, pozornie bez związku.

– Za pięknie by to było!

Koń ruszył, a starzec powlókł się za nim pociągając nogami jak inwalida. Skurczony obok wywrotnicy pomocnik nie drgnął nawet. Siedział z brodą utkwioną między kolanami, tępo zapatrzony w przestrzeń.

Stefan podniósł z ziemi zawiniątko, ale nie odchodził. Na plecach czuł lodowate podmuchy wiatru, a na piersiach żar bijący od ognia. Może powinien jednak zwrócić się do zarządu kopalni o pracę? Stary mógł się nie orientować tak dobrze. Zresztą zadowoli się byle czym, przyjmie jakiekolwiek zajęcie. Dokąd pójść i co począć w tej wygłodzonej bezrobociem okolicy? Zdechnąć pod płotem jak bezdomny pies? A jednak wahał się.

Spowita gęstym mrokiem kopalnia le Voreux wzbudzała w nim lęk. Podmuchy wiatru były coraz bardziej porywiste, jakby wiał od coraz rozleglejszych przestrzeni. Jedynym światłem rozjaśniającym martwe niebo był czerwony blask, jakim broczyły w ciemnościach wielkie piece. Przyczajona w swej jamie jak zły zwierz kopalnia dyszała ciężko, utrudzona trawieniem oddanych na jej pastwę ciał ludzkich.



II




Położona wśród pól, na których uprawiano zboże i buraki, osada robotnicza Dwieście Czterdzieści spała wśród ciemnej nocy. W mroku majaczyły kontury czterech ogromnych kompleksów składających się z małych domków, kompleksów przypominających koszary lub szpital. Ustawione w równoległe szeregi, przedzielone były szerokimi ulicami. Przed każdym domkiem znajdował się ogródek. Przepływający nad równiną wiatr targał porwanymi siatkami ogrodzeń i niósł ze sobą ich skargę.

W drugim bloku, pod numerem szesnastym, w mieszkaniu rodziny Maheuów nikt się nie ruszał. Jedyną izbę na piętrze zalegały głębokie ciemności, przygniatając swym ciężarem pogrążanych we śnie, śmiertelnie utrudzonych ludzi. Mimo zimna panującego na dworze w pokoju było duszno i gorąco: w powietrzu unosiły się wyziewy ludzkich ciał.

W izbie na parterze kukułka zegara odezwała się cztery razy. Ale nikt się nie poruszył. Rozlegały się tylko świszczące oddechy i dwa głośne chrapania. Pierwsza poderwała się Katarzyna, z przyzwyczajenia policzyła przez sen cztery uderzenia zegara dolatujące z dołu, nie miała jednak siły rozbudzić się zupełnie. Wysunęła spod kołdry nogi, namacała zapałki i zapaliła świecę. Ale nie wstała z łóżka. Głowa chwiała jej się i ciążyła do tyłu, jakby chciała opaść z powrotem na poduszkę.

Blask świecy rozjaśnił kwadratową izbę o dwóch oknach. Stały w niej trzy łóżka, szafa, stół, dwa orzechowe krzesła; poczerniałe od starości, ostro odcinały się od żółto malowanych ścian. I to było całe umeblowanie. Na gwoździu wisiało trochę łachmanów, na podłodze stał dzbanek i czerwona miska służąca za miednicę. W łóżku po lewej stronie spał najstarszy syn Zachariasz, chłopak dwudziestoletni, ze swym jedenastoletnim bratem, Jankiem. W łóżku po prawej stronie spało obejmując się ramionami dwoje malców, Lenora i Henryk. Dziewczynka miała sześć lat, chłopiec cztery. Trzecie łóżko dzieliła Katarzyna z dziewięcioletnią Alzirą; była ona tak drobna i szczupła na swój wiek, że siostra nie odczuwałaby wcale jej obecności, gdyby nie garb małej kaleki, który urażał ją w bok. Przez otwarte oszklone drzwi widać było wąską sionkę, rodzaj alkowy, w której stało czwarte łóżko, zajmowane przez rodziców, i kołyska z najmłodszym dzieckiem, trzymiesięczną Estelką.

Katarzyna zdobyła się na rozpaczliwy wysiłek. Przeciągnęła się, zanurzyła dłonie w rudych włosach opadających na czoło i kark. Jak na piętnaście lat była jeszcze bardzo drobna. Spod wąskiej koszuli widać było jedynie sine stopy, jakby wytatuowane węglem, i delikatne ramiona, których mleczna białość odbijała od ziemistego koloru twarzy, zniszczonej stałym myciem czarnym mydłem. Ziewnęła raz jeszcze, ukazując wspaniałe zęby i blade anemiczne dziąsła. Walczyła ze snem. Jej szare oczy łzawiły z niewyspania, a ciało wydawało się nabrzmiałe znużeniem.

Z komórki rodziców dobiegł pomruk. Maheu postękiwał niewyraźnie:

– Psiakrew! Już czas! Zapaliłaś światło, Katarzyno?

– Tak ojcze. Na dole wybiła czwarta.

– No to ruszajże się prędzej! Jakbyś wczoraj mniej tańcowała przy niedzieli, zbudziłabyś nas dzisiaj wcześniej... A to próżniacze życie! – Burczał coś jeszcze pod nosem, ale sen zmorzył go na nowo i słowa przeszły w chrapanie.

Dziewczyna wstała i boso, w koszuli zaczęła krzątać się po izbie. Przechodząc obok łóżka Henryka i Lenory, narzuciła na nich zsuniętą kołdrę. Nie zbudzili się pogrążeni w głębokim, dziecinnym śnie. Alzira nie spała już i bez słowa odwróciła się na bok, zajmując wygrzane miejsce starszej siostry.

– Zachariasz, Janek, czas wstawać! – wołała Katarzyna stojąc przy łóżku braci, którzy spali z twarzami w poduszce.

Musiała potrząsnąć starszego za ramię. Klął pod nosem, jej zaś przyszło do głowy ściągnąć z nich kołdrę, żeby zmusić do wstania. Widząc, jak wymachują gołymi nogami, zaczęła się śmiać.

– Wynoś się, co za głupie żarty! – krzyknął ze złością Zachariasz siadając na łóżku. – Nie lubię tego! Psiakrew... że też znowu trzeba wstawać!

Chudy, wyrośnięty, o długiej twarzy, na której ciemniały kępki rzadkiego zarostu, miał podobnie jak cała rodzina jasne włosy i bladą, anemiczną cerę. Obciągnął koszulę, nie przez wstydliwość, ale dlatego, że było mu zimno.

– Już czwarta – powtarzała Katarzyna. – Dalej, wstawajcie! Ojciec będzie się gniewał!

Janek zwinął się w kłębek, zamknął z powrotem oczy i rzekł:

– Daj mi święty spokój, ja śpię!

Zaśmiała się dobrodusznie. Był tak mały, jego członki o zgrubiałych stawach tak drobne, że objąwszy go ramionami podniosła bez trudu. Wyrywał się. Jego małpia, ziemista twarz, o odstających uszach i małych, zielonych oczach, pobladła ze złości, że jest taki słaby. Nie powiedział ani słowa, tylko ugryzł ją w prawą pierś.

– Szkaradniku jakiś! – szepnęła tłumiąc okrzyk bólu i postawiła go na ziemi.

Milcząca Alzira podciągnęła kołdrę pod brodę. Nie zasnęła. Mądrymi oczami kaleki wodziła za ubierającym się rodzeństwem. Nowa kłótnia wybuchła przy misce z wodą. Chłopcy odepchnęli Katarzynę, bo za długo się myła. Koszule fruwały w powietrzu, a oni, zaspani jeszcze, załatwiali się bez skrępowania jak szczenięta, które wychowały się razem. Katarzyna pierwsza była gotowa. Włożyła górnicze spodnie i płócienny kaftan, włosy wsunęła pod niebieską chustkę. W tym czystym, męskim stroju wyglądała jak chłopak. Tylko lekkie kołysanie się bioder zdradzało, że jest kobietą,

– Poczekaj, jak stary wróci, będzie się złościł, że łóżko nie posłane... Powiem mu, że to twoja wina – rzucił złośliwie Zachariasz.

Starym nazywano dziadka Bannemort, który pracował w nocy, a kładł się ze świtem, tak że łóżko nie ostygało nigdy, zawsze ktoś w nim leżał.

Katarzyna nie odpowiedziała nic, tylko przykryła je kołdrą.

Od kilku chwil z sąsiedniego mieszkania dobiegały odgłosy krzątania się. Domki robotnicze, zbudowane przez Towarzystwo jak najmniejszym kosztem, miały ściany tak cienkie, że słychać było każdy szelest. Rodziny trącały się niejako łokciami i żaden szczegół osobistego życia sąsiadów nie pozostawał w ukryciu, nawet dla dzieci. Na schodach rozległo się ciężkie stąpanie, a wkrótce potem ktoś miękko opadł na łóżko z westchnieniem ulgi.

– Aha – powiedziała Katarzyna – Levaque poszedł do roboty, a Bouteloup przyszedł do Lewaczki.

Janek roześmiał się złośliwie, nawet oczy małej Alziry zabłysły.

Każdego ranka zabawiali się historią tego trójkąta małżeńskiego w sąsiedztwie. Rębacz Levaque przyjął jako sublokatora kopacza i żona miała teraz dwóch mężów; jednego we dnie, drugiego w nocy.

– Filomena kaszle! – podjęła Katarzyna nasłuchując.

Mówiła o najstarszej córce Levaque'ów, wysokiej, dziewiętnastoletniej dziewczynie, kochance Zachariasza, z którym miała już dwoje dzieci. Była chora na płuca. Otrzymała zajęcie sortowaczki, gdyż nie nadawała się do pracy pod ziemią.

– Ta to ma święte życie – mruknął Zachariasz. – Wysypia się do szóstej.

Wciągnął spodnie, podszedł do okna i otworzył je. Osiedle ożywało, w oknach zapalały się światła. I znowu w izbie doszło do sprzeczki: Zachariasz wychylił się, żeby podpatrzeć, jak z domku Pierrona, mieszkającego naprzeciwko, wyjdzie Dansaert, starszy sztygar z le Voreux, którego posądzano, że sypia z Pierronką. Tymczasem Katarzyna wołała, że Pierron od wczoraj pracuje we dnie, więc Dansaert nie mógł tam spać tej nocy. Lodowate powietrze wdzierało się do izby, a oni kłócili się, każde upierało się przy swoim. Nagle rozległ się krzyk. To Estelka, której zrobiło się zimno, zaczęła płakać.

Obudziło to Maheu. Co mu się stało, że tak dziś zaspał? Klął tak głośno, że w przyległej izbie dzieci nie śmiały już pisnąć ani słowa. Janek i Zachariasz powoli kończyli się myć. Alzira przyglądała im się w dalszym ciągu szeroko otwartymi oczyma. Tylko Lenora i Henryk spali dalej mimo zgiełku.

– Katarzyna, podaj mi świecę! – zawołał Maheu.

Zapięła kaftan i zaniosła ojcu świecę. Bracia musieli się ubierać przy skąpym świetle wpadającym przez drzwi. Ojciec wstawał. Katarzyna w grubych wełnianych pończochach zeszła po omacku do izby na dole i zapaliła drugą świecę, żeby przyrządzić kawę. Saboty całej rodziny stały pod kredensem.

– Przestaniesz ty się drzeć, bachorze jeden! – wrzasnął Maheu rozwścieczony krzykami Estelki.

Małego wzrostu, jak stary Bonnemort, podobny był do niego. Miał wielką głowę, płaską, ziemistą twarz i jasne, krótko przystrzyżone włosy. Dziecko przerażone widokiem wzniesionych nad sobą muskularnych ramion wrzeszczało jeszcze głośniej.

– Daj jej spokój! Wiesz przecież, że to nic nie pomoże – odezwała się żona wyciągając się pośrodku łóżka.

Obudziła się przed chwilą i narzekała teraz, że nigdy nie dadzą jej się wyspać. Czy nie mogą wynieść się po cichu? Spod nasuniętej kołdry wyglądała tylko jej podłużna twarz o grubych rysach. Ta trzydziestodziewięcioletnia kobieta zniszczona już była życiem w niedostatku i siedmiokrotnym macierzyństwem. Z oczyma utkwionymi w sufit mówiła powoli do ubierającego się męża. Żadne z nich nie zwracało uwagi na małą, siniejącą od krzyku.

– Nie mam ani grosza, słyszysz, a dziś dopiero poniedziałek. Do wypłaty jeszcze sześć dni. Tak nie może być dłużej. Wszyscy razem przynosicie dziewięć franków. Jakże to ma wystarczyć? Jest nas w domu dziesięcioro.

– Jak to dziewięć franków? – zaprotestował Maheu. – Ja i Zachariasz przynosimy po trzy, to razem sześć, Katarzyna i ojciec po dwa, to razem cztery; sześć i cztery to dziesięć, a jeszcze Janek franka, to jedenaście

– Tak jedenaście, ale nie liczysz niedziel i dni bez pracy. Nigdy nie dostaję więcej jak dziewięć... rozumiesz?

Nie odpowiedział, zajęty szukaniem na podłodze swego skórzanego paska. Po chwili wyprostował się i rzekł:

– Nie narzekaj, stara, nie narzekaj, ja jeszcze i tak dobrze się trzymam. Są tacy, co mają po czterdzieści dwa lata jak ja, a przenoszą ich do naprawek.

– Możliwe, ale i co z tego?... Co ja mam robić bez pieniędzy, powiedz? Nie masz nic?

– Mam dwa sous.

– Schowaj je sobie na piwo. Mój Boże! Co ja pocznę? Jeszcze sześć dni! Maigrat wyrzucił mnie wczoraj za drzwi, winniśmy mu już sześćdziesiąt franków. Spróbuję pójść do niego jeszcze raz, ale jak mi odmówi?...

Leżąc nieruchomo Maheudka mówiła dalej przygnębionym głosem, od czasu do czasu przymykając powieki, gdy raziło ją światło. Opowiadała o pustym kredensie, o tym, że dzieci proszą o chleb z masłem, a tu nawet na kawę nie ma, o złej wodzie, od której dostaje się kłucia w boku, o długich dniach, kiedy trzeba oszukiwać głód jedząc gotowane liście kapusty. Musiała podnieść głos, gdyż krzyk Estelki głuszył jej słowa. Krzyk ten stawał się nie do zniesienia. Maheu porwał dziecko z kołyski, rzucił je na łóżko obok matki i wyksztusił z wściekłością:

– Weź ją, bo ją uduszę! To czort nieznośny! Nic jej nie brak, ma co jeść, a drze się głośniej od innych.

Estelka zaczęła ssać. W cieple łóżka, pod kołdrą, uspokoiła się zaraz i słychać było już tylko mlaskanie warg chciwych pokarmu.

– Czy państwo z Piolaine nie mówili ci nic, żebyś. do nich przyszła? – podjął Maheu po chwiał milczenia.

Kobieta skrzywiła się ze zniechęceniem.

– Spotkałam ich. Rozdają ubrania biednym dzieciom... Zaprowadzę dziś do nich Lehorę i Henryka. Żeby mi tak dali chociaż z pięć franków!

Znowu zapanowało milczenie. Maheu był gotów. Chwilę stał bez ruchu, wreszcie zakończył rozmowę:

– Cóż chcesz? Tak to już jest. Pomyśl lepiej, z czego zrobić zupę na wieczór. Gadanie nic nie pomoże, wolę już być przy robocie.

– Pewnie – odparła żona. – Zgaś świecę, nie potrzebuję przyglądać się moim myślom.

Maheu dmuchnął. Zachariasz i Janek schodzili już na dół; poszedł za nimi. Schody trzeszczały pod ich ciężkimi krokami. Alkowa i izba pogrążyły się znów w ciemności. Malcy spali, nawet Alzira przymknęła powieki. Tylko matka wpatrywała się w ciemności, podczas gdy Estelka ssała jej zwiędłą pierś mrucząc jak kocię.

Na dole Katarzyna gotowała śniadanie. Pod płytą żelaznej kuchenki o dwóch fajerkach tliły się bez przerwy węgle na żelaznym ruszcie. Towarzystwo przydzielało co miesiąc każdej rodzinie osiemset kilo odpadków węglowych. Twarde węgle nie chciały się rozpalać, więc dziewczyna nie gasiła ich wieczorem, zasuwała tylko fajerki, a rano rozniecała tlący się jeszcze ogień dorzucając parę kawałków drobnego węgla. Postawiwszy na fajerce sagan z wodą, przykucnęła przed kredensem.

Izba, dość obszerna, zajmowała bowiem cały parter, i bardzo czysta, miała ściany pomalowane na zielono, a podłogę posypaną białym piaskiem. Prócz kredensu z lakierowanej jedliny umeblowanie składało się ze stołu i kilku krzeseł z tego samego drzewa. Przylepione do ścian jaskrawe obrazki, ofiarowane przez Towarzystwo podobizny cesarza i cesarzowej, złocone postacie żołnierzy i świętych stanowiły jedyne kolorowe plamy na jasnym i gładkim tle izby, ozdobionej poza tym różowym pudełkiem z kartonu, stojącym na kredensie, i barwnie malowanym zegarem z kukułką, którego tykanie wypełniało pustą przestrzeń. Obok drzwi wiodących na górę było wejście do piwnicy. Pomimo panującej w izbie czystości unosił się w niej zastarzały zapach gotowanej cebuli zatruwając powietrze i tak już przesycone ostrymi wyziewami z kopalni.

Katarzyna spoglądała z namysłem do wnętrza kredensu. Znajdowała się w nim tylko resztka chleba, odrobina masła i spory kawałek białego sera. Miała z tego zrobić śniadanie dla nich czworga. Wreszcie zdecydowała się, ukroiła jedną kromkę i położyła na niej plasterek sera, potem ukroiła drugą, pociągnęła ją lekko masłem i zlepiła je razem. Była to tak zwana cegiełka, podwójna kanapka, jaką każdy robotnik brał ze sobą rano do kopalni. Niebawem wszystkie cztery cegiełki leżały na stole, przygotowane z surową sprawiedliwością – największa dla ojca, a najmniejsza dla Janka.

Mimo że Katarzyna wydawała się pochłonięta gospodarstwem, nie zapomniała widocznie historii o sztygarze i Pierronce, którą opowiedział jej Zachariasz, gdyż uchyliła drzwi wejściowe i wyjrzała na dwór. Wiatr dął wciąż jeszcze. Coraz liczniejsze światła błyskały w oknach osiedla, skąd dolatywały odgłosy porannego krzątania. Jedne za drugimi otwierały się drzwi domów i czarne szeregi górników znikały w ciemnościach nocy. I po co tak stoi na zimnie, kiedy zapychacz Pierron na pewno śpi sobie spokojnie i dopiero o szóstej pójdzie do pracy! Mimo to jednak trwała na stanowisku i spoglądała na dom po drugiej stronie ogródków. Ciekawość jej wzrosła na widok otwierających się drzwi. Ale to tylko mała Lidka, córka Pierronów,

wychodziła do pracy.

Słysząc bulgotanie Katarzyna odwróciła się. Szybko zamknęła drzwi i podbiegła do kuchenki: woda kipiała i zalewała ogień. Nie było już kawy, musiała więc po raz drugi zalać wczorajsze fusy. Osłodziła płyn melasą. Ojciec i bracia schodzili właśnie z góry.

– Psiakość! – zaklął Zachariasz powąchawszy kawę – a to dopiero lura!

Maheu wzruszył ramionami z rezygnacją.

– Cóż chcesz, przynajmniej gorąca. I to coś warte!

Janek pozgamiał okruchy chleba i wrzucił je do kubka. Katarzyna zlała resztę kawy do blaszanych manierek. Przy migotliwym świetle kopcącej świecy wszyscy czworo połykali szybko śniadanie stojąc.

– No, jazda – zawołał ojciec. – Grzebiemy się jak jaśnie państwo.

Przez niedomknięte drzwi dobiegł ich głos matki:

– Weźcie wszystek chleb ze sobą, dla małych mam jeszcze trochę makaronu.

– Dobrze, dobrze! – zawołała Katarzyna.

Zasunęła fajerki i postawiła na nich resztę wczorajszej zupy dla dziadka, żeby zjadł gorącą, gdy wróci do domu o szóstej. Każde z nich wyciągnęło spod kredensu swoje saboty, zarzuciło sznurek od manierki na ramię i schowało cegiełkę na plecy, między koszulę a kaftan; wszyscy razem wyszli z domu. Mężczyźni szli przodem, dziewczyna za nimi; ona gasiła świecę i przekręcała klucz w zamku. Dom pogrążył się z powrotem w ciemności.

– I znów się spotykamy – powiedział mężczyzna, który zamykał właśnie drzwi sąsiedniego mieszkania.

Był to Levaque z synem Bébertem, chłopcem dwunastoletnim, wielkim przyjacielem Janka. Katarzyna, zdziwiona, stłumiła śmiech i szepnęła Zachariaszowi do ucha:

– A to co?

Bouteloup nie czekał już nawet na odejście męża. Jedne za drugimi gasły światła w osiedlu. Jeszcze jedno trzaśniecie drzwiami i pogrążyło się ono z powrotem we śnie. Kobiety i dzieci wyciągały się teraz swobodnie w przestronniejszych łóżkach. Z pociemniałego miasteczka sunął w podmuchach wiatru długi rząd cieni w stronę le Voreux. Górnicy szli z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Z tyłu jak garb sterczała im wsadzona pod kaftan cegiełka. Ubrani w cienkie drelichy drżeli z zimna, lecz nie przyśpieszali kroku, rozsypani bezładnie wzdłuż drogi, tupocząc jak stado bydła.



III




Stefan zdecydował się wreszcie wejść na teren kopalni. Ludzie, których pytał o pracę, kręcili przecząco głowami, ale radzili, żeby poczekał na przybycie starszego sztygara. Pozostawiono mu zupełną swobodę. Błąkał się między słabo oświetlonymi budynkami, pełnymi mrocznych zakamarków, wśród niepokojącego labiryntu sal i pięter. Wszedł na jakieś ciemne, wpółprzegniłe schody, minął wąski chwiejący się mostek, a następnie sortownię, pogrążoną w takich ciemnościach, że musiał wyciągnąć ręce, żeby na coś nie wpaść. Nagle zabłysła przed nim para ogromnych, żółtych oczu. Znajdował się pod wieżą szybu, w hali kontrolnej, u samego wejścia do kopalni.

Sztygar Richomme, tęgi mężczyzna o twarzy dobrotliwego żandarma, przeciętej siwym wąsem, zmierzał właśnie do biura kontrolera.

– Czy nie potrzeba tu robotnika do jakiejkolwiek pracy? – zapytał Stefan.

Richomme chciał powiedzieć: nie – ale powstrzymał się i odchodząc rzekł jak inni:

– Zaczekajcie na pana Dansaerta, starszego sztygara.

U zejścia do kopalni stały cztery latarnie. Ich reflektory jasno oświetlały żelazne poręcze, dźwignie sygnałów i prowadnice, pomiędzy którymi ślizgała się winda. Resztę olbrzymiej ciemnej sali, podobnej do nawy kościoła, wypełniały ruchome cienie. Tylko lampiarnia połyskiwała w głębi. W biurze kontrolera paliła się mała lampka podobna do gasnącej gwiazdy. Przed chwilą rozpoczęto pracę. Żelazne trawersy tętniły nieustannym grzmotem, kręciły się koła wózków, za którymi biegali wozacy. Pośród tych hałaśliwych czarnych przedmiotów, będących w ciągłym ruchu, migały pochylone plecy robotników.

Stefan stał przez chwilę nieruchomo, ogłuszony, oślepły. Wiejące ze wszystkich stron prądy zimnego powietrza przejmowały go lodowatym chłodem.. Zrobił kilka kroków, przyciągnięty widokiem maszyny, której metalowe człony połyskiwały przed jego oczyma. Znajdowała się ona nieco w tyle, o jakieś dwadzieścia pięć metrów od zjazdu, w osobnej sali położonej trochę wyżej. Tak mocno osadzona była na fundamencie z cegieł, że mimo iż pracowała z siłą czterystu koni parowych, wznoszenie się i opadanie jej olbrzymich tłoków nie przyprawiało go nawet o najlżejsze drgnienie. Obsługujący maszynę robotnik stał z ręką na korbie, wsłuchany w dzwonki sygnałów, ze wzrokiem utkwionym w tablicę orientacyjną, na której widniał przekrój kopalni poprzez wszystkie piętra. Podłużne rowki przedstawiały szyby, a przesuwające się na sznurkach kawałki ołowiu – krążenie wind. Na dwa olbrzymie bębny, koła o promieniu pięciu metrów, nawijały się i rozwijały w odwrotnych kierunkach dwa stalowe kable z taką szybkością, że wyglądały jak smugi szarego pyłu.

– Uwaga! – krzyknęło na Stefana trzech robotników dźwigających olbrzymią drabinę.

O mało go nie rozgnietli. Oczy jego oswajały się powoli z półmrokiem. Przyglądał się długim, trzydziestometrowym linom wznoszącym się w pędzie ku wieżyczce, przepływającym przez walce i zanurzającym się prostopadle w szybie. U ich końca uczepione były klatki wyciągowe. Walce spoczywały na potężnym rusztowaniu żelaznym, podobnym do wiązania dzwonnicy. Płynnie jak ptak, bez najmniejszego szumu, bez najmniejszego wstrząsu mknęła tam i z powrotem olbrzymia lina, która mogła unieść do dwunastu tysięcy kilogramów z szybkością dziesięciu metrów na sekundę.

– Uwaga, do wszystkich diabłów! – krzyknęli znowu robotnicy przenosząc drabinę, by zbadać walce po lewej stronie.

Wolnym krokiem Stefan zawrócił do biura. Przelot potężnych lin nad głową oszałamiał go. Drżąc z zimna spoglądał na znikające i wynurzające się klatki, uszy rozdzierał mu turkot jadących wózków.

U wylotu szybu funkcjonował sygnał, ciężki młot na dźwigni poruszanej liną. Jedno uderzenie znaczyło: stać! Dwa: jazda w dół! Trzy: jazda do góry! Były to jakby nieustanne uderzenia maczug górujące nad rozgwarem.

Wtórowały im dzwonki. Robotnik obsługujący młot wykrzykiwał przez tubę rozkazy dla maszynisty. Pośród tego zgiełku klatki ukazywały się i znikały, opróżniały i napełniały z taką szybkością, że Stefan nie mógł zdać sobie sprawy ze skomplikowanego mechanizmu ich działania.

Jedno tylko było dla niego widoczne: szyb połykał po dwudziestu, trzydziestu ludzi na raz z taką łatwością, jakby nie czuł tej porcji. Od czwartej rano robotnicy zaczęli zjeżdżać pod ziemię. Nadchodzili od strony baraku, boso, z latarkami w ręku, i w małych grupkach czekali, aż zbierze się ich dostateczna ilość. Cicho jak zwierz nocny zjawiała się czteropiętrowa klatka, zahaczała się żelaznymi pazurami, z każdego przedziału wyciągano po dwa wózki napełnione węglem, na ich miejsce wtaczano próżne lub naładowane klocami drzewa. Do próżnych wózków wsiadali górnicy po pięciu do każdego, tak że jeżeli wszystkie były do dyspozycji, mogło się ich pomieścić czterdziestu. Z tuby dobywał się głuchy, niewyraźny pomruk komendy, a czterokrotne uderzenie młota zapowiadało zjazd „mięsa". Drgnąwszy lekko klatka znikała cicho jak rzucony w głąb kamień. Jedynym śladem, jaki po niej pozostawał, było drżenie sunącego w dół kabla.

– Ile metrów w głąb? – spytał Stefan stojącego obok górnika o zaspanym wyglądzie.

– Pięćset pięćdziesiąt cztery! – odparł tamten. – Ale są cztery podszybia, pierwsze na głębokości trzystu dwudziestu metrów.

Zamilkli obaj spoglądając na sunący teraz w górę kabel.

– A jakby się urwało? – podjął Stefan.

– Ano, jakby się urwało... – zdanie to uzupełnił wymowny gest górnika.

Nadeszła jego kolej. Niestrudzona klatka ukazała się znowu. Wszedł do niej z towarzyszami; zniknęła, by w niespełna cztery minuty wrócić po nowy ładunek.

Przez pół godziny szyb pożerał ludzi mniej lub bardziej żarłocznie, zależnie od tego, jak głęboko zjeżdżali. Nie ustawał jednak ani na chwilę, wciąż głodny – olbrzymie trzewia zdolne strawić całe plemię ludzkie. Pośród martwych ciemności klatka wynurzała się w milczeniu z nienasyconej głębi.

Stefan doznał znów tego samego niemiłego uczucia, jakie ogarnęło go na hałdzie. Po co się upierać? Starszy sztygar odprawi go z niczym tak samo jak inni. Niewytłumaczony lęk kazał mu ruszyć z miejsca. Zatrzymał się dopiero na dworze, koło hali maszyn. Przez otwarte drzwi ujrzał siedem kotłów i dwa ogromne piece. W obłokach białej, syczącej pary palacz podsycał ogień. Już na progu czuć było żar bijący od paleniska.

Uszczęśliwiony, że może się ogrzać, Stefan skierował się w tamtą stronę. Po drodze napotkał jeszcze jedną grupkę górników zmierzających do kopalni. Była to rodzina Maheuów i dwaj Levaque'owie. Łagodny wyraz idącej na przedzie Katarzyny, którą wziął za chłopca, natchnął go myślą, żeby jeszcze raz zaryzykować to samo pytanie – może tym razem mu się poszczęści?

– Słuchajcie, kolego, nie potrzeba tutaj robotnika do jakiejkolwiek pracy?

Dobywający się z ciemności głos przestraszył nieco Katarzynę. Spojrzała na Stefana zaskoczona. Ale idący za nią Maheu dosłyszał pytanie i wdał się w krótką rozmowę. Nie, nie potrzebowano nikogo. Ten bezdomny robotnik wzbudził jego zainteresowanie. Pożegnawszy się z nim, rzekł do swoich:

– I pomyśleć, że człowieka też mógłby spotkać taki los... Nie trzeba narzekać... Niejeden chciałby się mordować tak jak my.

Grupa skierowała się do ubieralni, obszernej sali z grubsza tylko otynkowanej, gdzie pod ścianami stały szafy zamknięte na kłódki. Pośrodku sterczał żelazny piec bez drzwiczek, tak naładowany rozżarzonym węglem, że kawałki jego z trzaskiem wypadały na ubitą ziemię. Blask bijący od ogniska stanowił jedyne oświetlenie sali. Czerwone refleksy tańczyły po brudnych szafach i pokrytym węglowym pyłem suficie.

Wchodząc do sali Maheuowie usłyszeli wybuchy śmiechu. Około trzydziestu górników z lubością wygrzewało się przy ogniu. Zanim zjechali pod ziemię, przychodzili tutaj nasycić się ciepłem i zabrać go nieco ze sobą do wilgotnej kopalni. Tego ranka panowała tu wesołość głośniejsza niż zwykle. Przedmiotem żartów była Mouquette, osiemnastoletnia robotnica z sortowni, poczciwa dziewczyna, której olbrzymie piersi i pośladki rozpierały roboczy kombinezon. Mieszkała w Requillart z ojcem, starym stajennym Mouque'em, i bratem wozakiem w nadszybiu. Każde z nich rozpoczynało pracę o innej porze i dziewczyna udawała się do kopalni sama. Po drodze zabawiała się z kochankami, których zmieniała co tydzień. Latem chronili się w zbożu, zimą pod ścianami zabudowań. Mouquette przechodziła z rąk do rąk, zawsze jednak wybierając sobie górników. Kiedy pewnego dnia wytknięto jej jakiegoś gwoździarza z Marchiennes, wybuchnęła gniewem i oświadczyła, że za bardzo się szanuje, aby zadawać się z obcymi, i że da sobie rękę odciąć, jeżeli ktoś jej udowodni, że widział ją kiedykolwiek z kim innym jak z górnikiem.

– Więc to już nie ten wielki Chaval? – zaśmiał się któryś z robotników. – Wzięłaś sobie teraz tego małego? Ależ jemu by trzeba drabiny!... Widziałem was za Requillart i mogę przysiąc, że musiał wleźć na kamień...

– No to i co z tego? – odparła wesoło Mouquette. – Co cię to obchodzi? Nikt cię nie prosił, żebyś go podsadzał!

Ten prostoduszny żart wzmógł jeszcze wesołość górników. Ich rozprażone ramiona trzęsły się od śmiechu. Mouquette śmiała się również, nieprzyzwoita i wyzywająca w opiętym kombinezonie, podkreślającym jeszcze nadmierną wypukłość jej kształtów.

Ale śmiech ustał, kiedy Mouquette powiedziała ojcu Maheu, że Florka, wielka Florka, nie przyjdzie więcej do pracy. Znaleziono ją wczoraj nieżywą na łóżku. Jedni mówili, że jej się serce oberwało, a inni, że za prędko wypiła litr jałowcówki. Maheu był zrozpaczony. Znowu niepowodzenie! Tracił ładowaczkę, a nie miał jej kim zastąpić. Pracowali na akord: on i jeszcze trzech rębaczy – Zachariasz, Levaque i Chaval. Sama Katarzyna nie podoła teraz ładowaniu i zarobek się zmniejszy.

– Prawda! Tamten gość przed kotłownią szukał pracy! – wykrzyknął nagle.

Właśnie przechodził koło baraku Dansaert. Maheu opowiedział mu, co się stało, i poprosił o pozwolenie przyjęcia do roboty nieznajomego, dodając, że Towarzystwo samo dąży do tego, aby ładowaczki zastąpić mężczyznami, tak jak w Anzin. Starszy sztygar uśmiechnął się, gdyż projekt usunięcia dziewcząt z pracy pod ziemią był dotychczas niechętnie przyjmowany przez górników, którym zależało, aby ich córki zarabiały w kopalni, bez względu na kwestię moralności i higieny.

Po krótkim wahaniu dał swoje przyzwolenie, zastrzegając jednak, że sprawę zatwierdzić musi inżynier Négrel.

– Wszystko pięknie, ale on już pewnie jest daleko, ten człowiek – zauważył Zachariasz.

– Nie – odezwała się Katarzyna. – Widziałam, że zatrzymał się przy kotłowni.

– Leć mi zaraz po niego! – krzyknął ojciec. Dziewczyna wybiegła, a tymczasem górnicy schodzili do szybu, robiąc miejsce innym przy ogniu. Nie czekając na ojca Janek wziął latarkę i poszedł naprzód wraz z grubym Bébertem i wątłą dziesięoiolatką Lidką. Idąca przed nimi Mouquette pokrzykiwała w ciemnościach schodów i groziła chłopcom, że. jeżeli nadal będą ją szczypać, to oberwą po buzi.

Stefan rzeczywiście stał w kotłowni i rozmawiał z palaczem. Na samą myśl, że znów ma zagłębić się w noc, przenikał go chłód. Mimo to zabierał się już do wyjścia, kiedy nagle uczuł czyjąś dłoń na ramieniu.

– Chodźcie! – powiedziała Katarzyna. – Znalazło się coś dla was.

W pierwszej chwili nie zrozumiał, a później ogarnięty radością uścisnął mocno ręce dziewczyny:

– Dziękuję wam, kolego... Porządny z was człowiek, daję słowo!

Roześmiała się spoglądając na niego; z kotłowni padał na nich czerwony blask. Bawiło ją to, że brał ją za chłopca, wprowadzony w błąd smukłośeią jej postaci i nakryciem głowy, które zasłaniało włosy. Stefan, uradowany, śmiał się również i stali tak przez chwilę roześmiani i zarumienieni od gorąca.

W baraku Maheu zdejmował saboty i grube wełniane pończochy siedząc koło swojej szafki. Gdy Stefan przyszedł, prędko doszli do porozumienia: dniówka trzydzieści sous, praca ciężka, ale łatwo można się jej nauczyć. Rębacz poradził mu, aby nie zdejmował butów, i pożyczył mu swój stary hełm skórzany dla ochrony głowy – przezorność, której on ani dzieci nigdy nie stosowali. Wyjęto narzędzia ze skrzyni. Była pośród nich i szufla Florki. Maheu, schowawszy saboty, pończochy i zawiniątko Stefana, rozgniewał się nagle:

– A gdzie jest ten gałgan, Chaval? Znów gzi się z jakąś dziewczyną! Mamy dzisiaj już pół godziny spóźnienia!

Zachariasz i Levaque spokojnie grzali sobie plecy. Wreszcie Zachariasz rzekł:

– Czekasz na Chavala?... Przyszedł jeszcze przed nami i zaraz zjechał na dół!

– Jak to? wiesz o tym i nic nie mówisz? Dalej, prędko, schodźmy!

Katarzyna, która grzała sobie ręce, poszła za nimi. Stefan puścił ją przed siebie. Znów znalazł się w labiryncie schodów i ciemnych korytarzy rozbrzmiewających plaskaniem bosych stóp. Wreszcie zabłysła przed nimi lampiarnia, wielka, oszklona sala pełna drabinek, na których jedne nad drugimi stały rzędy lamp górniczych systemu Davy'ego, umytych i sprawdzonych poprzedniego wieczoru. Płonęły teraz niby świece przy katafalku. Każdy górnik dostawał swoją, opatrzoną jego numerem, oglądał ją i zamykał, podczas gdy siedzący przy stole kontroler zapisywał w rejestrze godzinę zjazdu. Maheu wystarał się o lampę dla swego nowego ładowacza. Jeszcze jeden kontroler sprawdzał, czy wszystkie lampy są należycie zamknięte.

– Brr! Jak tu zimno! – szepnęła Katarzyna drżąc cała.

Stefan skinął tylko głową. Uważał się zawsze za odważnego, a mimo to, gdy znaleźli się w wielkiej sali, po której hulał wiatr, uczuł, że gardło ma ściśnięte: przetaczały się z łoskotem wózki, głucho uderzał młot sygnałowy, z tuby dobywały się zduszone poryki, tam i z powrotem przesuwały się stalowe liny, nawijane na szpule maszyny idącej pełną parą. Winda podjeżdżała do góry i znikała miękkim ruchem drapieżnego zwierzęcia. Czarna paszczęka szybu połykała coraz to nowych ludzi. Wreszcie przyszła kolej na Stefana. Drżał z zimna i milczał, zdenerwowany. Zachariasz i Levaque kpili sobie z niego. Obaj byli niezadowoleni z przyjęcia nieznajomego do pracy, zwłaszcza Levaque czuł się dotknięty, że stary Maheu nie spytał go o zdanie. Katarzyna ucieszyła się słysząc, jak ojciec objaśnia Stefanowi:

– Widzicie? Tutaj jest zatrzask ochronny, żelazne pazury, które jak lina się urwie, wbijają się w prowadnice. Nie zawsze to co prawda działa, no, ale czasem... Tak, szyb podzielony jest na trzy części oszalowane brusami od góry do dołu: środkiem chodzi winda, na lewo są drabiny...

Urwał i mruknął, nie śmiejąc zbytnio podnosić głosu: – Co to za porządki, psiakrew! Jak można trzymać ludzi na takim zimnie!

Sztygar Richomme, który również czekał na windę i stał obok z lampą przymocowaną do hełmu, usłyszał jego narzekanie.

– Uważaj! Ściany mają uszy! – szepnął po ojcowsku (jako były rębacz utrzymywał przyjacielskie stosuski z dawnymi kolegami). – Zanim wózki podjadą, zawsze musi potrwać... O, masz, już jest.

Winda, obita blachą i gęstą żelazną siatką, czekała już na nich zawieszona na hakach. Maheu, Zachariasz, Levaque i Katarzyna wsunęli się do jednego z wózków. Stefan wszedł za nimi jako piąty. Lepsze miejsca były już zajęte, musiał więc wcisnąć się w kąt, obok dziewczyny, której łokieć gniótł go w brzuch. Zawadzała mu lampa. Doradzali mu, by zawiesił ją u dziurki od guzika przy kaftanie. Nie dosłyszał i trzymał ją nadal niezgrabnie w ręku. Nad i pod nimi ludzie wsiadali jeszcze. Dlaczego nie ruszają? Stefan niecierpliwił się. Nagle uczuł wstrząs i wszystko znikło. Doznał zawrotu głowy. Trwało to dopóty, dopóki mijając dwa pierwsze piętra hali zjazdowej dostrzegał miganie brusów. Z chwilą jednak gdy zapadł w ciemność szybu, oszołomiony, stracił możność kontrolowania swych wrażeń.

– Ruszyliśmy – powiedział spokojnie Maheu. Wszyscy zachowywali się swobodnie. On jeden zadawał sobie chwilami pytanie, czy spada, czy też wznosi się do góry. Gdy winda nie dotykając ścian pędziła w dół, zdawało się, że wisi bez ruchu. Ale chwilami przebiegało ją gwałtowne drżenie przejmując go lękiem. Mimo że przyciskał twarz do siatki, nie dostrzegał ścian szybu. W nikłym świetle lamp majaczyły stłoczone postaci ludzkie. Tylko otwarta lampa sztygara w sąsiednim wózku błyszczała jak latarnia morska.

– Ten szyb ma cztery metry średnicy – objaśniał dalej Maheu. – Na dobrą sprawę należałoby oszalować go od nowa. Woda przecieka ze wszystkich stron... Uwaga, dojeżdżamy do poziomu, słyszycie?

Uszu Stefana dobiegł jakby szum ulewy. Kilka ciężkich kropli padło na dach windy, jak na początku rzęsistego deszczu, który wzmagał się, przemieniał w prawdziwe oberwanie chmury. Dach windy musiał być dziurawy, gdyż Stefan poczuł, że strumień wody spływa mu po ramieniu, przeinacza ubranie. Przejęło go lodowate zimno. Winda zanurzała się w wilgotną ciemność, którą na chwilę tylko rozdarł niby blask błyskawicy; w świetle jej mignęła jakaś pieczara pełna ludzi. I znów wszystko pogrążyło się w nicości.

– Pierwsze podszybie – powiedział Maheu. – Jesteśmy na głębokości trzystu dwudziestu metrów... Spójrzcie, z jaką szybkością zjeżdżamy.

Podnosząc lampę oświetlił jedną z prostopadłych belek dębowych, która umykała im sprzed oczu jak szyna spod kół pędzącego pociągu; poza tym nic nie było widać. Trzy następne podszybia mignęły im tylko jak nagłe błyski. W ciemności woda bębniła o dach windy.

– Ależ to głęboko – szepnął Stefan. Wydawało mu się, że zjeżdżają już od paru godzin. Niewygodnie mu było w pozycji, jaką przybrał, ale nie śmiał się ruszyć. Doskwierał mu zwłaszcza łokieć Katarzyny. Nie odzywała się ani słowem, ale czuł bijące od niej ciepło. Kiedy winda zatrzymała się wreszcie na głębokości pięciuset pięćdziesięciu czterech metrów, dowiedział się ze zdziwieniem, że zjazd trwał dokładnie minutę. Łoskot haków bezpieczeństwa wbijających się w drzewo, uczucie, że nie osuwa się już w próżnię, wprawiły go w nagłą wesołość i zażartował zwracając się poufale do Katarzyny:

– Cóżeś ty taki gorący? A twój łokieć to mam już w brzuchu!

Dziewczyna roześmiała się również. Ten głuptas bierze ją wciąż jeszcze za chłopca! Ślepy czy co?

– Nie w brzuchu masz mój łokieć, ale w oku! – odparła wśród głośnych śmiechów, których zdziwiony Stefan nie umiał sobie wytłumaczyć.

Winda opróżniała się, górnicy wchodzili do podszybia wykutego w skale, o podmurowanym sklepieniu, oświetlonego trzema potężnymi lampami. Po żelaznych szynach ładowacze pchali szybko pełne wózki. Ściany ociekały wilgocią, której zapach unosił się w powietrzu. W piwniczny chłód wdzierały się chwilami ciepłe podmuchy z pobliskiej stajni. W głębi otwierały się cztery paszcze chodników.

– Tędy – powiedział Maheu do Stefana. – Mamy jeszcze dobre dwa kilometry.

Robotnicy rozdzielali się i grupkami znikali w czarnych czeluściach. Około piętnastu skręciło na lewo. Stefan szedł ostatni, za ojcem Maheu, którego wyprzedzali Katarzyna, Zachariasz i Levaque. Znaleźli się w przestronnym chodniku, wykutym w tak twardej skale, że tylko tu i ówdzie podpierały ją murowane filary. Szli w milczeniu, pojedynczo, oświetlając drogę lampkami. Stefan potykał się co krok, zawadzał o szyny. Od pewnej chwili niepokoił go jakiś głuchy odgłos, jakby szum dalekiej burzy, dochodzący z głębi ziemi i przybierający na sile. Czyżby za chwilę miały osunąć się im na głowy grube pokłady węgla, które dzieliły ich od powierzchni ziemi? Stefan dojrzał jakiś błysk i poczuł, że chodnik zadrżał. Idąc w ślady towarzyszy przylgnął plecami do ściany; tuż obok siebie ujrzał dużego siwego konia ciągnącego sznur wózków. Na pierwszym siedział Bébert trzymając lejce, a za ostatnim, uchwyciwszy się jego krawędzi, biegł bosonogi Janek.

Ruszyli dalej, aż doszli do miejsca, gdzie otwierały się dwa nowe korytarze. Grupa podzieliła się znowu, górnicy kierowali się w stronę swoich urobisk. Sklepienie chodnika podpierały tutaj dębowe słupy. Łatwo kruszącą się skałę ujęto w pokrowiec z belek, poprzez które połyskiwały płytki łupku, iskrzyła się mika i przezierały chropowate płaty piaskowca. Z łoskotem grzmotu mijały ich sznury pełnych lub pustych wózków, ciągnione przez upiory koni. Na podwójnym torze przed garażem spał długi, czarny wąż wózków. Zaprzężony do nich koń parsknął w pewnej chwili, zdradzając tym swą obecność. Zatopiony w ciemności przypominał swym zarysem olbrzymi złom węgla. Tamy wentylacyjne otwierały się i zamykały powoli. W miarę jak posuwali się naprzód, chodnik stawał się coraz węższy, coraz niższy, o nierównym sklepieniu, tak że musieli pochylać się co chwila.

Stefan śledził każdy ruch idącego przed nim ojca Maheu, a mimo to uderzył się w głowę tak silnie, że gdyby nie skórzany hełm, byłby roztrzaskał sobie czaszkę. Żaden z górników nie potykał się, widocznie znali każdy występ skały, każdy sęk w drzewie. Stefan ślizgał się na wilgotnym spągu. Chwilami brodził w kałużach, które zdradzał jedynie błotnisty chlupot. Ale co dziwiło go najbardziej, to nagłe zmiany temperatury. W podszybiu było zimno, głównym chodnikiem dął lodowaty wiatr, gwałtowny jak huragan, im dalej natomiast zapuszczali się w boczne chodniki, które tylko pośrednio otrzymywały dopływ powietrza, tym lżejszy stawał się powiew, a wzmagało się gorąco dławiące, ciężkie jak ołów.

Maheu nie odzywał się teraz ani słowem. W pewnej chwili skręcił na prawo i nie obracając się rzekł do Stefana:

– Pokład Wilhelma.

Tutaj właśnie pracowali. Zaraz na wstępie Stefan obtarł sobie łokieć i uderzył się w głowę. Strop zwisał tutaj tak nisko, że nieraz na przestrzeni dwudziestu i więcej metrów musiał iść zgięty w pół. Woda sięgała do kostek. Uszli w ten sposób ze dwieście metrów. Naraz Katarzyna, Zachariasz i Levaque znikli mu z oczu w wąskiej szczelinie, która otwarła się przed nim.

– Teraz jazda do góry! – powiedział Maheu. – Zahaczcie sobie lampę o dziurkę od guzika i właźcie po drabinie.

I sam zniknął również. Stefan musiał iść za nim. Ten ślepy szybik wykuty w pokładzie łączył ze sobą poszczególne powierzchnie. Miał zaledwie sześćdziesiąt centymetrów szerokości. Na szczęście Stefan był szczupły; niewprawny jeszcze, piął się z ogromnym wysiłkiem, przeciskając bary i biodra, kurczowo chwytając się szczebli drabiny. Pierwsza powierzchnia znajdowała się o piętnaście metrów wyżej, ale oni musieli wdrapywać się dalej, gdyż Maheu i jego towarzysze pracowali dopiero na szóstej ścianie, „w piekle", jak mówili.

Co piętnaście metrów mijali nową powierzchnię. Ich wędrówka przez ten wąski przesmyk, którego ściany ocierały im plecy i piersi, zdawała się nie mieć końca. Stefan charczał, jakby zmiażdżony ciężarem pokładów węgla. Ręce miał obolałe, nogi pokaleczone, a przede wszystkim brakowało mu powietrza. Czuł, jak krew napływa mu do głowy. W jednym z chodników dojrzał zarysy dwóch postaci, małej i dużej, które pchały przed sobą wózki: była to Lidka i Mouquette, już przy pracy. A on musiał się jeszcze wspinać o dwie kondygnacje wyżej! Pot zalewał mu oczy. Stracił nadzieję, że uda mu się doścignąć zręcznie posuwających się towarzyszy.

– Odwagi! Jesteśmy już u celu! – zawołała Katarzyna.

Gdy dostał się wreszcie na miejsce, usłyszał jakiś głos z głębi urobiska:

– Kpicie sobie czy co u licha? Mam dwa kilometry do Montsou, a pierwszy przychodzę do roboty!

Był to Chaval, wysoki, dwudziestopięcioletni chłopak, kościsty, o grubych rysach. Rozgniewał się, że musiał czekać. Spostrzegłszy Stefana, spytał z pogardliwym zdziwieniem:

– A to kto znowu?

Gdy Maheu objaśniał go, mruknął przez zęby:

– To mężczyźni odbierają teraz chleb dziewczętom?

Wymienili między sobą spojrzenia pełne instynktownej, nagle rozbłysłej nienawiści. Stefan wyczuł obelgę, choć jej nie zrozumiał. Zapanowało milczenie. Wszyscy wzięli się do roboty. Przodki zapełniły się, ściany ożywiły, na każdym piętrze wrzała praca. Kopalnia wchłonęła już dzienną porcję górników, około siedmiuset ludzi, którzy krzątali się teraz po tym potężnym mrowisku, wiercąc ziemię we wszystkich kierunkach, podobnie jak robaki toczą stare drzewo. Gdyby ktoś przyłożył ucho do ściany skalnej, usłyszałby, jak ociężałe milczenie warstwic węgla tętni ruchem wind i uderzeniami kilofów wgryzających się w caliznę.

Odwróciwszy się, Stefan znalazł się znów obok Katarzyny. Przyciśnięty do niej wyczuł nieśmiałą krągłość jej piersi i zrozumiał nagle ciepło, jakim przejmowała go jej bliskość, kiedy

zjeżdżali pod ziemię.

To ty jesteś dziewczyna? – szepnął ze zdumieniem

Ale też gapa z ciebie! Dopiero teraz się domyśliłeś. - odparła wesoło, nie zaczerwieniwszy się nawet.



IV




Czterej rębacze zajęli miejsca jeden ponad drugim na całej pochyłości ściany. Dzieliły ich od siebie deski umocowane na hakach. Na te właśnie deski spadał wyrąbany węgiel. Każdy z rębaczy pracował na przestrzeni mniej więcej czterech metrów. Grubość pokładu dochodziła tutaj zaledwie do pół metra, tak że górnicy ściśnięci pomiędzy stropem i spągiem czołgali się na łokciach i kolanach, nie mogli się obrócić, żeby nie uderzyć się ramieniem o ścianę. Musieli kłaść się na bok, przekrzywiali szyję i uderzali kilofem z ukosa.

Na dole pracował Zachariasz, nad nim Levaque i Chaval, a na samej górze Maheu. Obrywano najpierw warstewkę łupku, potem każdy robił w ścianie dwa prostopadłe wręby i odrywał bryłę zanurzając w górny otwór żelazny klin. Węgiel był kruchy. Spadająca bryła rozsypywała się, a jej odłamki osuwały się wzdłuż ciała rębaczy i zatrzymywały na deskach. Kiedy nagromadziła się ich większa ilość, górnicy znikali za nimi, jakby zamurowani.

Ojciec Maheu miał najgorsze miejsce. W górze temperatura dochodziła do trzydziestu pięciu stopni, a wobec utrudnionego dopływu powietrza panował tam zabójczy zaduch. Zawieszona na gwoździu tuż nad głową lampa prażyła mu czaszkę. Ale najbardziej cierpiał z powodu wilgoci. Skała ponad nim ociekała wodą. Nieustępliwe krople spadały jedna za drugą, wciąż w to samo miejsce. Na próżno wykręcał szyję, usuwał się. Padały mu na twarz, rozpryskiwały się na niej, spływały bez przerwy. Po piętnastu minutach pracy był przemoknięty i spocony, buchała od niego para jak z kotła z bielizną. Tego ranka jakaś uparta kropla spadała mu co chwila na oko. Klął, ale nie przerywał pracy i kuł z rozmachem, uwięziony między dwiema ścianami, jak owad, który dostał się pomiędzy kartki książki i w każdej chwili może być zgnieciony.

Pracowano w milczeniu. Wszyscy kuli i słychać było tylko nieregularne, przytłumione, jakby z oddali dochodzące odgłosy uderzeń. W nieruchomym powietrzu nabierały one dziwnej chropowatości. Ciemność gęstniała od węglowego pyłu i gazu, który ciążył na powiekach. Knoty lamp w metalowych siatkach żarzyły się czerwonymi punktami. Niczego nie można było rozróżnić. Ukośnie biegnąca ściana przypominała szeroki, płaski komin, poczerniały od nagromadzonej latami sadzy. Poruszały się w nim jakieś upiory. W słabym blasku lamp ukazywało się czasem czyjeś biodro, żylaste ramię lub umazana twarz. Połyskiwały osuwające się bryły węgla. Później wszystko znów zapadało w ciemność, kilofy uderzały głucho, a z piersi robotników dobywało się dyszenie i pomruki zmęczenia.

Zachariasz osłabiony niedzielną hulanką przestał kuć pod pretekstem konieczności podstemplowania stropu i poświstywał cicho ze wzrokiem utkwionym w mrok, nic nie robiąc. Trzymetrowej długości wykop za rębaczami był niepodstemplowany. Żałując czasu na tę pracę nie zważali na grożące im niebezpieczeństwo i nie robili umocnień.

– Hej, ty, arystokrato! – krzyknął Zachariasz na Stefana. – Podaj no mi belki!

Stefan, którego Katarzyna uczyła władać łopatą, musiał przerwać robotę i podawać belki. Pewien ich zapas leżał naszykowany poprzedniego dnia. Zazwyczaj zwożono je na dół rano, przycięte odpowiednio do wymiarów pokładu.

– Ruszajże się, guzdrało! – przynaglał Zachariasz, widząc, jak nowy ładowacz niezgrabnie przedziera się przez stosy węgla, ciągnąc cztery dębowe belki.

Zachariasz kilofem robił wręby w ścianach wyrobiska i umocowywał w nich końce belek, które w ten sposób podpierały strop. Po południu zmiana podsadzkowa wypełniała żwirem przestrzeń między klocami zostawiając tyle miejsca, aby mógł przejechać tędy wózek.

Maheu przestał postękiwać. Uporał się wreszcie z bryłą, którą podważał, i ocierał teraz rękawem spotniałą twarz.

Zaniepokoił się, dlaczego Zachariasz pozostał w tyle.

– Zostaw! Zajmiemy się tym po śniadaniu... Weź się do roboty, bo inaczej nie wyjdziemy na swoje.

– Kiedy tu się zarysowuje, spójrz – powiedział chłopak. – Jeszcze się zawali.

Ale ojciec wzruszył ramionami.

– Zawali się! A gdyby nawet, to i co! – Nieraz się już zawalało i jakoś dawali sobie radę. Rozgniewał się w końcu i odesłał syna w głąb przodka.

Pozostali rębacze również przerwali pracę. Levaque leżał na plecach i klnąc oglądał otarty do krwi kciuk lewej ręki. Chaval z pasją ściągał koszulę, aby się ochłodzić. Czarni byli od pyłu węglowego, który pokrywał ich ciała i zmieszany z potem spływał cienkimi strugami. Maheu pierwszy powrócił do roboty. Woda kapała mu teraz na czoło i miał wrażenie, że wierci mu dziurę w czaszce.

– Nie zwracaj na nich uwagi – powiedziała Katarzyna do Stefana. – Oni zawsze się kłócą.

I dalej usłużnie udzielała mu wskazówek. Naładowane wózki jadą do góry. Każdy z nich oznaczony jest specjalnym żetonem, aby kontroler wiedział, kto go ładował. Trzeba więc ładować je starannie i wybierać dobry węgiel, gdyż inaczej kontroler może wózka nie przyjąć.

Stefan oswojony z ciemnością przyglądał się Katarzynie. Jej bezkrwista twarz bielała w mroku nie ubrudzona jeszcze węglem. Nie potrafił określić jej wieku. Była tak drobna, że dawał jej najwyżej dwanaście lat, domyślał się jednak, że jest starsza. Krępowała go trochę jej chłopięca swoboda i naiwna zuchwałość. Nie podobała mu się. Jej blada twarz w górniczym hełmie przypominała maskę Pierrota. Zdziwiony był siłą i zręcznością tego dziecka. Katarzyna napełniała wózek prędzej niż on, wrzucając węgiel szybkimi regularnymi ruchami. Później posuwała go gładko aż do pochylni, bez trudu przechodząc pod niskim stropem, gdy tymczasem on potykał się i kaleczył, a wózek zeskakiwał co chwila z szyn, co doprowadzało go do rozpaczy.

Droga nie była łatwa. Wąska, wyboista, o nierównym pułapie, miała około sześćdziesięciu metrów długości. W niektórych miejscach pełny wózek ledwo mógł się przecisnąć, a ładowacz musiał się schylać, aby nie uderzyć głową o skałę. Dębowe stemple wyginały się i załamywały. Środkiem ich biegły białawe pęknięcia jak w zbyt słabych kulach inwalidy. Trzeba było uważać, aby nie zaczepić o te zadry. Widząc, jak pod naporem pokładów węgla uginają się dębowe kloce grubości uda ludzkiego, czołgający się ładowacze doznawali uczucia głuchego lęku, czy za chwilę oni sami nie ulegną zmiażdżeniu.

– Znów! – zawołała śmiejąc się Katarzyna. Wózek Stefana wykoleił się w najtrudniejszym miejscu. Nie potrafił on przesuwać wagoników po szynach powyginanych na nierównym, podmokłym gruncie. Klął, unosił się gniewem, mocował z kołami, ale pomimo rozpaczliwych wysiłków nie mógł nasunąć ich z powrotem na właściwe miejsce.

– Poczekaj – powiedziała Katarzyna. – Jak się będziesz złościć, to nic z tego nie wyjdzie.

Zręcznym ruchem wśliznęła się pod wózek, wyprężyła, wysiłkiem mięśni dźwignęła go do góry i postawiła na szynach. Wózek ważył około siedmiuset kilogramów. Stefan zdumiony i zawstydzony jąkał słowa podziękowania.

Musiała pokazać mu, jak trzeba rozstawiać nogi, przywierać stopami do belek stemplowania po obu stronach chodnika, aby mieć silny punkt oparcia. Całe ciało powinno być pochylone, ręce sztywno wyciągnięte przed siebie, aby wykorzystać pracę wszystkich mięśni. Poszedł raz za nią, gdy toczyła wózek, i patrzył, jak stąpa zgięta, z rękami opuszczonymi tak nisko, że wyglądała jak posuwający się na czworakach karzeł z cyrku. Oblewała się potem, dyszała, stawy jej trzeszczały, ale nie skarżyła się, zobojętniała i przywykła. Nie potrafił jej naśladować. Zawadzały mu trzewiki, nie umiał iść z głową tak nisko opuszczoną. Po kilku minutach pozycja taka stawała się dlań męką nie do wytrzymania i klękał na chwilę, żeby wyprostować się i odetchnąć.

Przy pochylni czekała nowa trudność. Katarzyna nauczyła go, co należy robić, aby szybko nadać wózek. Pochylnię, z której korzystały wszystkie chodniki na jednym poziomie, obsługiwali kilkunastoletni chłopcy, obrzucający się nawzajem ohydnymi wyrazami. Aby ich przywołać, trzeba było krzyczeć z całych sił. Kiedy na dole czekał pusty wózek, jeden z chłopców dawał znak, ładowaczka podsuwała pełny, który swoim ciężarem podnosił tamten. Na dole pełne wózki sczepiano razem i konie dowoziły je do szybu.

– Hej, smarkacze! – krzyczała Katarzyna w stumetrową, obitą deskami pochylnię, a głos jej rozchodził się donośnie jak przez tubę.

Malcy odpoczywali zapewne, gdyż żaden z nich się nie odezwał. Za to wszędzie naokół ustało dudnienie wózków, a jakiś cienki głosik dziewczęcy zawołał:

– Pewnie któryś z nich polazł na Mouquette!

Ładowaczki zaniosły się głośnym śmiechem.

– Kto to się odezwał? – spytał Stefan Katarzyny.

Katarzyna wymieniła imię Lidki, małej dziewczynki, która wiedziała już niejedno, a swymi malutkimi jak u lalki rączkami popychała wózki równie dzielnie jak dorosła kobieta. Co do Mouquette, to mogła śmiało zabawiać się z obu chłopcami na raz.

Lecz nagle z dołu rozległ się głos odbieracza. Widocznie gdzieś w pobliżu przechodził sztygar. Zaturkotały wózki, chłopcy powrócili na swoje miejsca i pokrzykiwali miarowo, a ładowaczki, od których buchała para jak od przeciążonych klaczy, sapały zatrzymując się przy pochylni. Poprzez kopalnię wiały podmuchy zwierzęcej żądzy. Na widok bujnych kształtów dziewcząt pochylonych przy pracy niejednym z górników targało nagłe pożądanie.

Za każdym nawrotem w głąb dusznego chodnika dobiegały Stefana głuche uderzenia kilofów i głębokie westchnienia utrudzonych rębaczy. Wszyscy czterej zdjęli koszule i umazani byli czarnym błotem aż po daszki hełmów. W pewnej chwili trzeba było przyjść z pomocą ojcu Maheu, odsunąć deski, aby przytłaczający go węgiel mógł wysypać się na chodnik. Levaque i Zachariasz klęli, że pokład staje się coraz twardszy, robota idzie coraz wolniej, a przez to zmniejsza się zarobek.

Chaval odwrócił się i leżąc na grzbiecie wymyślał Stefanowi, którego obecność wyraźnie wyprowadzała go z równowagi.

– Niezdaro jedna! Słabsze to niż dziewczyna, a bierze się do roboty! Poczekaj, niech nam nie przyjmą choćby jednego wózka, zaraz ci potrącę dziesięć sous!

Stefan milczał. Szczęśliwy, że udało mu się dostać tę pracę galernika, przyjmował bez sprzeciwu ustaloną brutalną hierarchię.

Ale nie mógł się już ruszać. Stopy miał pokrwawione, ramiona powykręcane straszliwymi skurczami, całe ciało jakby ściśnięte żelazną obręczą. Na szczęście była już dziesiąta, pora śniadania.

Maheu miał zegarek, na który zresztą nie spojrzał. Pośród otaczającej go nocy bez gwiazd nigdy nie mylił się ani o minutę. Rębacze włożyli koszule i kaftany, zeszli z pola i przykucnęli z opuszczonymi rękami, w pozie tak właściwej górnikom, że kiedy siadają gdzieś poza kopalnią, często przybierają ją również. Każdy wyciągnął swoją cegiełkę i jadł z powagą, z rzadka tylko rzucając jakieś słowo o rannej robocie. Katarzyna nie usiadła. Podeszła do Stefana, który znalazł sobie prawie suche miejsce i wyciągnął się na szynach opierając plecy o stempel.

– A ty nie jesz? —- spytała z pełnymi ustami, trzymając kromkę w ręku.

Nagle uświadomiła sobie, że Stefan, który przybłąkał się tu nocą, jest może bez grosza, bez kawałka chleba.

– Masz, weź połowę mojego.

A kiedy odmówił, zapewniając drżącym z pożądliwości głosem, że wcale nie jest głodny, dorzuciła wesoło:

– Brzydzisz się? Popatrz, z tej strony wcale nie ruszałam, weź!

Podzieliła cegiełkę na dwie części. Stefan musiał powstrzymywać się całą siłą woli, aby nie włożyć swego kawałka w całości do ust. Oparł ręce na kolanach, żeby ukryć ich drżenie. Ona tymczasem wyciągnęła się spokojnie obok niego na brzuchu, oparła brodę na jednej ręce, drugą wsuwając powoli chleb do ust. Lampy stojące pomiędzy nimi oświecały ich oboje. Katarzyna przyglądała mu się przez chwilę w milczeniu. Musiał jej się spodobać ze swymi delikatnymi rysami i czarnym wąsikiem, gdyż uśmiechnęła się lekko z zadowoleniem.

– Więc jesteś maszynistą i zwolniono cię z kolei? A dlaczego?

– Dlatego, że dałem w twarz mojemu zwierzchnikowi.

Wdrożona do biernego posłuszeństwa, mając we krwi przekazywane z pokolenia na pokolenie poczucie subordynacji, spojrzała na niego wstrząśnięta i zdumiona.

– Prawdę mówiąc, byłem pijany – ciągnął Stefan. – Jak się upiję, wpadam w szał i sam nie wiem, co robię... Wystarczy mi dwa kieliszki... A potem choruję przez parę dni.

– Nie powinieneś pić – rzekła poważnie.

– O, nie bój się, nie mam zamiaru!

Potrząsnął głową. Czuł nienawiść do wódki, nienawiść ostatniego potomka rasy pijaków, który ponosił skutki pijaństwa swych przodków, do tego stopnia uczulony na alkohol, że jedna kropla wódki działała na niego jak trucizna.

– Żal mi tylko matki – powiedział przełknąwszy kęs chleba. – Ciężkie ma życie. Dopóki pracowałem, posyłałem jej od czasu do czasu piątaka.

– A gdzie jest twoja matka?

– W Paryżu... Ma pralnię przy ulicy Goutte-d'0r.

Zapanowało milczenie. Kiedy Stefan myślał o tych sprawach, w oczach jego pojawiał się błysk niepokoju – świadomość, że nosi w sobie skazę, która mimo jego młodzieńczej tężyzny rozwija się w nim i nie wiadomo, jakie wyda owoce w przyszłości. Przez chwilę siedział ze wzrokiem utkwionym w ciemności kopalni. Odżyły w nim wspomnienia z dzieciństwa; obraz matki, młodej jeszcze i pełnej życia, porzuconej przez jego ojca, który wrócił do niej, kiedy była już żoną innego. Od tej pory żyła pomiędzy obu tymi mężczyznami, udręczona, i razem z nimi staczała się do rynsztoka. Przypominał sobie ulicę, gdzie mieszkali, pewne szczegóły: stosy brudnej bielizny w matczynej pralni, pijackie sceny w domu, głośne policzki.

– Zarabiając trzydzieści sous dziennie – podjął wolno – nie będę mógł jej pomagać... Umrze z nędzy...

Bezradnie wzruszył ramionami i znów ugryzł kawałek chleba.

– Napijesz się? – spytała Katarzyna odkorkowując manierkę.

– Nie bój się, to kawa, nie zaszkodzi ci... Człowieka zatyka, jak je samo suche.

Stefan podziękował: wystarczy, że zjadł połowę jej chleba. Ale Katarzyna nalegała

serdecznie, wreszcie rzekła:

– No, dobrze, skoroś taki uprzejmy, to napiję się pierwsza, ale potem nie możesz mi już odmawiać, bo to byłoby nieładnie.

Podała mu manierkę. Uniosła się na kolanach, widział ją tuż przy sobie, w świetle dwu lamp. Jak się to stało, że przedtem, wydała mu się brzydka? Teraz, z twarzą pokrytą pyłem węglowym, miała szczególny urok. W trochę zbyt szerokich ustach połyskiwała biel zębów, oczy powiększyły się i błyszczały zielonkawo jak oczy kota. Spod hełmu wymykało się pasmo rudych włosów i łaskocząc ją za uchem, pobudzało do śmiechu. Nie wyglądała już teraz tak dziecinnie, można jej było dać jakieś czternaście lat.

– Żeby ci zrobić przyjemność – powiedział, napił się i oddał jej manierkę.

Podniosła ją do ust i oddała mu z powrotem zmuszając, żeby znów się napił. Krążąca od jednego do drugiego flaszka rozśmieszała ich. Nagle Stefan zadał sobie pytanie, czy nie pochwycić dziewczyny w ramiona i nie pocałować. Jej pełne, bladoróżowe wargi wzbudzały w nim pożądanie. Czuł się jednak onieśmielony; nie wiedział, jak się ma wobec niej zachować – dotychczas, w Lilie, stykał się tylko z prostytutkami i to najniższego rzędu.

– Ile też ty masz lat? Ze czternaście? – spytał z powrotem zabierając się do chleba.

– Ile? Czternaście? – zdziwiła się, rozgniewała prawie. – Ależ ja mam piętnaście skończone!... To prawda, że może na tyle nie wyglądam, ale u nas dziewczęta rosną powoli.

W dalszym ciągu zadawał jej pytania, a ona odpowiadała. W jej odpowiedziach nie było nic wyzywającego,. ale też nie było i zażenowania. Sprawy miłości fizycznej nie stanowiły dla niej tajemnicy, a mimo to wyczuwał jej dziewiczość, dziewiczość dziecka opóźnionego w swym rozwoju przez ciężkie warunki życia. Kiedy chcąc wprawić ją w zakłopotanie zwrócił rozmowę na temat Mouquette, opowiedziała mu, ubawiona, niesłychane historie o tej dziewczynie. Ach, ta to się dopiero puszcza na wszystkie strony! A kiedy zapytał, czy ona sama nie ma jeszcze kochanka, odparła śmiejąc się, że nie chce robić przykrości matce, ale że prędzej czy później to nastąpi. Drżała z zimna w wilgotnym od potu ubraniu i kuliła się zrezygnowana i łagodna, gotowa przyjąć bez protestu wszystko, co przyniesie jej los i ludzie.

– O kochanka pewnie nie trudno, jak się tak żyje razem, co?

– Pewnie, że nie trudno.

– A zresztą cóż to komu szkodzi... Ksiądz o tym wiedzieć nie musi.

– E, co tam ksiądz! Akurat bym się księdza bała!... Ale jest Czarny Rębacz.

– Co za Czarny Rębacz?

– Stary górnik, który chodzi po kopalni i ukręca szyję rozpustnym dziewczętom.

Spojrzał na nią sądząc, że kpi sobie z niego.

– I ty wierzysz w takie brednie? Nie chodziłaś nigdy do szkoły?

– Chodziłam! Umiem czytać i pisać, to się może przydać. Ale moi rodzice nie umieją. Wtedy nie uczono.

Była naprawdę bardzo miła. Postanowił, że jak dziewczyna skończy jeść, weźmie ją w ramiona i ucałuje w te duże, różowe usta. Nieśmiały z natury, na samą myśl o tym czuł skurcz w gardle. Ten męski strój, te spodnie i kurtka okrywające dziewczęce ciało wprawiały go w zakłopotanie i podniecały jednocześnie. Zjadł ostatni kęs chleba, pociągnął z manierki i oddał ją Katarzynie, aby wypiła resztę. Nadeszła chwila działania i Stefan spoglądał właśnie niespokojnie ku siedzącym w głębi górnikom, kiedy jakiś cień przesłonił wejście do chodnika.

Już od pewnej chwili Chaval stojąc przyglądał im się z daleka. Teraz postąpił kilka kroków, upewnił się, że Maheu nie może go zobaczyć, pochwycił siedzącą na ziemi dziewczynę za ramiona, przegiął ją do tyłu i zgniótł jej usta brutalnym pocałunkiem, udając, że nie zwraca uwagi na obecność Stefana. Pocałunek ten wyrażał wzięcie w posiadanie, postanowienie dojrzałe pod wpływem zazdrości.

Dziewczyna obruszyła się jednak.

– Puść mnie! Słyszysz?

Trzymał jej głowę i patrzył w głąb oczu. W czarnej twarzy, pod orlim nosem, płonęły rude wąsy i bródka. Puścił ją wreszcie i odszedł bez słowa.

Stefanem wstrząsnął zimny dreszcz. Głupi był, że czekał. Teraz nie pocałuje jej już, bo pomyślałaby, że naśladuje tamtego. Urażony w swej dumie czuł się naprawdę nieszczęśliwy.

– Dlaczego skłamałaś? – spytał cicho. – To twój kochanek.

– Ależ nie, przysięgam ci! – krzyknęła. – Między nami nic nie ma! On tylko tak czasem, dla śmiechu... Ale on nawet nie jest stąd, pół roku temu przyjechał z Pas de Calais.

Wstali oboje, gdyż trzeba się było wziąć na nowo do pracy. Katarzyna posmutniała widząc, że Stefan odsunął się od niej. Widocznie podobał się jej bardziej niż tamten i wolałaby go może. Chciała okazać mu jakoś swą życzliwość, pocieszyć go. Widząc, że ze zdziwieniem przygląda się swojej lampie palącej się niebieskawym płomieniem, otoczonym szeroką, mglistą aureolą, powiedziała przyjaźnie, pragnąc rozerwać go trochę:

– Chodź, pokażę ci coś.

Zaprowadziła go w głąb urobiska i pokazała szczelinę w pokładzie węgla. Wydobywał się stamtąd jakiś bulgot, jakiś cichy dźwięk podobny do pogwizdywań ptasich.

– Przyłóż rękę, a poczujesz, jak ciągnie... To gaz.

Stanął zdumiony. Więc to tylko tyle – ta straszna rzecz, która mogła wszystko wysadzić w powietrze? Dziewczyna śmiała się i tłumaczyła, że musi go być dużo tego dnia, jeżeli lampy palą się tak niebiesko.

– Kiedy przystaniecie gadać, leniuchy jedne? – krzyknął ostro Maheu.

Zabrali się śpiesznie do ładowania wózków i pełznąc prawie pod nierównym stropem pchali je do pochylni. Już przy drugim wózku oblani byli potem, a kości trzeszczały im od nowa.

Rębacze również zabrali się do pracy. Często skracali czas śniadania, aby się nie przeziębić. Żarłocznie zjadane ciegiełki ciążyły im później w żołądku jak ołów. Wyciągnięci na boku rąbali ze wzmożoną zaciekłością, opanowani jedną tylko myślą, aby wydobyć jak największą ilość wózków. Wszystko nikło wobec nadziei zarobku okupionego tak żmudną pracą. Nie czuli ściekającej po nich wody, skurczów spowodowanych nienaturalną pozycją ani mrocznego zaduchu, od którego bledli jak rośliny przeniesione do piwnicy. W miarę jak mijały godziny, powietrze zatruwane kopceniem lamp, wyziewami ciał ludzkich i gazem kładło się na oczach coraz gęściejszą pajęczyną, którą dopiero nocna wentylacja miała usunąć. Ukryci w głębi swych kretowisk, przytłoczeni ciężarem ziemi, pozbawieni tchu, rębacze kuli bez przestanu.


V


Nie patrząc na zegarek, który zostawił w kieszeni kaftana, Maheu przerwał pracę i powiedział:

– Niedługo pierwsza... Jak tam, Zachariasz, gotowe?

Chłopak stemplował strop. W pewnej chwili przerwał jednak pracę i wyciągnięty na plecach, ze wzrokiem zagubionym w ciemności, oddał się rozmyślaniom o rozegranych poprzedniego dnia partiach gry w piłkę. Głos ojca wyrwał go z odrętwienia.

– Tak – odparł – na dziś wystarczy, a jutro jeszcze zobaczymy.

I wrócił na swoje miejsce. Levaque i Chaval odłożyli na chwilę kilofy. Odpoczywano. Ocierali pot z twarzy i spoglądali na popękany strop. Jedynym tematem ich rozmów była praca.

– A to mieliśmy szczęście – mruknął Chaval – żeby dostać łamiący się pokład!... Oczywiście nie uwzględnili tego w umowie.

– Łajdaki! – sarknął Levaque. – Naciągają nas, jak mogą.

Zachariasz roześmiał się. Praca mało go obchodziła, ale cieszył się, ile razy udało im się przyłapać Towarzystwo na jakimś szachrajstwie. Maheu wyjaśnił spokojnie, że rodzaj pokładu zmienia się co kilkanaście metrów i że nie można przewidzieć, jaki komu przypadnie. To trzeba sprawiedliwie przyznać. I kiedy tamci nie przestawali wygadywać na szefów, niespokojnie rozejrzał się wokoło.

– Cicho bądźcie! Dosyć już tego!

– Masz rację – powiedział Levaque, który również zniżył głos. – To niezdrowo tak gadać.

Nawet tu, głęboko pod ziemią, nie opuszczała ich trwoga przed donosicielami, jakby myśleli, że nie wydobyty jeszcze węgiel, który należał do akcjonariuszy, ma możność podsłuchiwania ich rozmów.

– W każdym razie – dorzucił bardzo głośno Chaval wyzywającym tonem – jeżeli ten bydlak, Dansaert, jeszcze raz odezwie się do mnie takim tonem jak kiedyś, to oberwie!... Co on się będzie do mnie wtrącał? Czy ja mu przeszkadzam zabawiać się z jego blondyneczką?

Teraz Zachariasz wybuchnął głośnym śmiechem. Miłostki starszego sztygara z Pierronką były niewyczerpanym tematem żartów całej kopalni. Nawet oparta na łopacie Katarzyna śmiała się do rozpuku i w kilku słowach objaśniła Stefana, o co chodzi. Maheu rozgniewał się ogarnięty lękiem, którego już nie ukrywał.

– Przestań! Jak chcesz napytać sobie biedy, to poczekaj, aż będziesz sam!

Nie skończył jeszcze mówić, kiedy od strony powierzchni dobiegł, ich odgłos kroków. Prawie w tej samej chwili u wylotu chodnika ukazał się inżynier, mały Négrel, jak go nazywali górnicy, w towarzystwie starszego sztygara Dansaerta.

– A co, nie mówiłem? – szepnął Maheu, – Zawsze wylezą jak spod ziemi.

Paweł Négrel, siostrzeniec pana Hennebeau, był mężczyzną dwudziestosześcioletnim, smukłym i przystojnym, o ciemnych wąsach i falującej czuprynie. Spiczasty nos i żywe oczy nadawały mu wygląd łasicy. Ze strony górników nie znosił najmniejszego sprzeciwu. Ubrany był jak oni i jak oni uwalany węglem. Żeby zyskać sobie ich szacunek, okazywał brawurową odwagę, wybierał najtrudniejsze przejścia, pierwszy zjawiał się na miejscu katastrofy.

– To tutaj, prawda, Dansaert? – spytał.

Dansaert, Belg o grubych rysach twarzy i zmysłowym nosie, odpowiedział z przesadną grzecznością:

– Tak jest, panie inżynierze. Tu właśnie pracuje ten człowiek, którego przyjęliśmy dziś rano.

Obaj wsunęli się do przodka. Zawołano Stefana. Inżynier podniósł lampę i przyjrzał mu się bez słowa.

– No, dobrze – powiedział wreszcie. – Ale na drugi raz nie przyjmujcie nieznajomych, którzy wałęsają się koło kopalni. Nie lubię tego.

Nie słuchając udzielanych mu wyjaśnień zaczął oglądać strop. Rębacze podjęli pracę. Nagle zawołał:

– Czy wy sobie kpiny urządzacie, czy co? Słuchajcie no, Maheu, chcecie chyba, żeby was tu wszystkich przygniotło!

– Och, strop się jeszcze dobrze trzyma! – odparł spokojnie górnik.

– Co, dobrze się trzyma? Ależ skała zaczyna już siadać, a wy stawiacie stemple co dwa metry, jakby wam szkoda było drzewa! Zawsze to samo! Wolicie, żeby was zmiażdżyło, niż przerwać na chwilę robotę i podstemplować jak należy. Natychmiast zabrać mi się do tego i gęściej stawiać stemple, słyszycie?

Wobec oporu górników, którzy ociągali się twierdząc, że sami najlepiej wiedzą, czy grozi im niebezpieczeństwo, czy nie, Négrel uniósł się gniewem:

– Co mi tu będziecie opowiadać. Jak wam głowę zmiażdży, to kto będzie ponosić konsekwencje? Nie wy, tylko Towarzystwo, prawda? Towarzystwo będzie płacić emeryturę wam albo waszym żonom! Już my was znamy: dalibyście się zabić, żeby tylko mieć wieczorem o dwa wózki więcej!

Mimo wzbierającego w nim gniewu Maheu odrzekł spokojnie:

– Gdyby nam lepiej płacono, moglibyśmy lepiej stemplować.

Za całą odpowiedź inżynier wzruszył tylko ramionami. Znalazłszy się przy końcu pola dorzucił:

– Macie jeszcze godzinę czasu. Zabierajcie się do stemplowania. Uprzedzam, że cała grupa ma trzy franki kary.

Rębacze odpowiedzieli na te słowa głuchym pomrukiem. Tylko uległość wobec ustalonej hierarchii, tej hierarchii wojskowej, która podporządkowywała jednych drugim, powstrzymała ich od wybuchu. Levaque i Chaval zdobyli się jednak na odruch protestu, ale Maheu uspokajał ich wzrokiem. Zachariasz wzruszył tylko drwiąco ramionami. Najbardziej poruszony był Stefan. Od chwili gdy znalazł się w głębi tego piekła, wzrastał w nim głuchy bunt. Spojrzał na Katarzynę pochyloną nad wózkiem, zrezygnowaną. Czy to możliwe, żeby ludzie zabijali się tak ciężką pracą, w tych śmiertelnych ciemnościach i nie zarobili nawet na chleb?

Négrel odszedł z Dansaertem, który podczas rozmowy inżyniera z górnikami ograniczał się do potakującego kiwania głową. W chwilę później dobiegły ich podniesione głosy. Zatrzymali się jeszcze raz i sprawdzali obudowę chodnika. Górnicy obowiązani byli mieć go w swej pieczy na przestrzeni dziesięciu metrów od miejsca, w którym pracowali.

– Powtarzam wam, że oni kpią sobie z ludzi! – krzyczał inżynier. – A wam nie chce się dopilnować, do stu diabłów!

– Ależ, pilnuję, panie inżynierze – bąkał Dansaert.

– Człowiek powtarza im wciąż to samo w kółko.

– Maheu! Maheu! – zawołał gniewnie Négrel.

Podeszli wszyscy.

– Jak to się trzyma? – ciągnął Négrel. – Co to za robota? Ta belka już się obluzowała, tak niedbale ją wbiliście! Rozumiem teraz, dlaczego tyle kosztują nas poprawki! Każdy robi, byle zbyć, byle tylko nie zwaliło mu się na głowę, póki tu pracuje. A później wszystko się rozlatuje i Towarzystwo musi osobno płacić robotnikom za naprawę. Spójrzcie tylko tutaj, co to za partactwo!

Chaval chciał coś powiedzieć, ale tamten gestem nakazał mu milczenie.

– Wiem, już wiem, co mi powiecie. Żeby wam podwyższyć płacę, to będziecie pracować lepiej, co? Otóż uprzedzam was: zmusicie dyrekcję do tego, że będzie wam osobno płacić za stemplowanie, ale za to proporcjonalnie obniży opłatę od wózka. Zobaczymy, czy dobrze na tym wyjdziecie... A tymczasem podstemplujecie mi tu zaraz na nowo! Jutro sprawdzę.

I odszedł zostawiając górników przejętych jego groźbą. Dansaert, tak pokorny wobec inżyniera, krzyknął brutalnie do górników, kiedy tamten oddalił się trochę:

– Już wy mnie popamiętacie! Żebym ja obrywał od inżyniera za wasze niedbalstwo! Nie wykpicie się trzema frankami kary.

Po jego odejściu Maheu wybuchnął:

– Co niesprawiedliwe, to niesprawiedliwe, psiakrew! Nie lubię się awanturować, bo wtedy nigdy się jeden z drugim nie dogada, ale z nimi to i najspokojniejszego krew zalewa! Słyszeliście? Za stemplowanie osobno, a od wózka mniej. Wszystko po to, żeby znów nam obciąć zapłatę!

Szukał kogoś, na kim mógłby wyładować swój gniew. Spostrzegł Katarzynę i Stefana stojącego bezczynnie.

– Dalej, marsz po drzewo! Co tu stoicie? Chcecie oberwać kopniaka?

Stefan ruszył po drzewo nie mając staremu za złe jego grubiaństwa. Tak był oburzony na kierownictwo, że uważał zachowanie się górników za aż nazbyt spokojne.

Levaque i Chaval dawali teraz upust swej złości klnąc. Wszyscy, nawet Zachariasz, zabrali się z wściekłością do stemplowania. Przez pół godziny słychać było tylko trzask wbijanych młotami belek i sapanie pracujących. Nie mówili ani słowa, rozjuszeni na osuwający się strop, który chętnie podźwignęliby własnymi ramionami, gdyby to było możliwe.

– No, dosyć tego! – powiedział wreszcie Maheu zmęczony i gniewny. – Pół do drugiej... Ładny dzień, nie ma co gadać! Nie zarobimy nawet pięćdziesięciu sous. Idę do domu, niech to wszystko diabli wezmą.

I chociaż do końca pracy było jeszcze pół godziny, ubrał się, a inni poszli za jego przykładem. Sam widok chodnika wyprowadzał ich z równowagi. Widząc, że Katarzyna bierze się do ładowania wózka, zawołali na nią złoszcząc się, że jest taka pilna. Niech sobie węgiel sam idzie, jeżeli ma nogi! Wzięli narzędzia pod pachę i ruszyli z powrotem tą samą drogą, którą przyszli rano.

Rębacze poszli przodem, a Katarzyna i Stefan pozostali nieco w tyle. Spotkali Lidkę. Zatrzymała się, żeby ich przepuścić, i powiedzieć im, że Mouquette gdzieś znikła. Dostała przed godziną silnego krwotoku z nosa, poszła obmyć twarz zimną wodą i do tej pory nie wróciła. Katarzyna i Stefan poszli dalej; a biedne, zmęczone dziecko podjęło swą pracę popychając wózek chudymi rączkami, podobne do czarnej mrówki walczącej z brzemieniem zbyt dla niej ciężkim. Młodzi zsuwali się w głąb wtulając głowę w ramiona, żeby nie otrzeć skóry na czole. Zjeżdżali z. taką szybkością po wyślizganej przez górników pochyłości, że od czasu do czasu musieli chwytać się belek, żeby im się pośladki nie zapaliły z tego pędu, jak mówili ze śmiechem.

Na dole znaleźli się sami. Czerwone gwiazdy latarek zniknęły w oddali za zakrętem. Wesołość ich zgasła nagle. Ruszyli przed siebie ociężałym krokiem ludzi zmęczonych. Katarzyna szła przodem. Lampy kopciły tak, że Stefan ledwie mógł ją dojrzeć. Myślał o tym, że jest dziewczyną, i czuł się nieswojo. Uważał, że powinien ją pocałować, ale wspomnienie o Chavalu powstrzymywało go. Skłamała, to jasne: Chaval na pewno był jej kochankiem. Po samym kołysaniu biodrami widać, że to zwykła dziwka. Czuł do niej nieuzasadniony żal, jakby go oszukała. Ona tymczasem odwracała się co chwila, uprzedzała go o przeszkodach po drodze, całym swym zachowaniem zdawała się zachęcać do tego, żeby był miły. Byli zupełnie sami – co za doskonała okazja, aby pośmiać się po przyjacielsku! Wreszcie doszli do głównego chodnika. Położyło to kres wahaniom Stefana i sprawiło mu ulgę. Katarzyna obejrzała się na niego po raz ostatni i rzuciła mu spojrzenie, w którym był żal o niewykorzystaną chwilę radości.

Otoczył ich teraz ruch. Co chwila przechodzili tam i z powrotem sztygarzy, krążyły wagoniki, rozlegał się tupot kopyt końskich. Lampy połyskiwały w ciemnościach jak gwiazdy. Musieli usuwać się pod ścianę, aby zrobić miejsce cieniom ludzi i zwierząt, których oddech czuli na twarzach. Janek, biegnący boso za wózkami, krzyknął im jakąś złośliwą uwagę, której nie dosłyszeli w zgiełku kół. Szli wciąż naprzód. Ona milczała teraz, on nie poznawał zakrętów i chodników, którymi szedł rano. Zdawało mu się, że dziewczyna prowadzi go coraz głębiej pod ziemię. Najbardziej dokuczało mu zimno, coraz dotkliwsze, w miarę, jak zbliżali się do szybu. Wąskim korytarzem dął wiatr. Stefan zwątpił już, czy wyjdzie stąd kiedykolwiek, gdy nagle znaleźli się w podszybiu.

Chaval spojrzał na nich podejrzliwie. Wszyscy rębacze z ich grupy stali już tam, spoceni, drżący w podmuchach zimnego powietrza, w milczeniu przeżuwając gniew. Przyszli za wcześnie i nie chciano zawieźć ich na powierzchnię, tym bardziej że winda była zajęta, gdyż miano spuszczać konia. Ładowacze napełniali jeszcze wózki z ogłuszającym łoskotem żelaza i klatki ulatywały do góry, znikały w czarnym otworze, z którego lała się strumieniami woda, wpadając do zbiornika na dole – dziesięciometrowej studni, skąd unosiły się wilgotne wyziewy. Wokół szybu krążyli bez przerwy jacyś ludzie, ciągnęli za sznury sygnalizacyjne, naciskali drągi dźwigni, przemoczeni rozpryskującym się pyłem wodnym. Czerwone światła trzech ogromnych lamp rzucały wielkie, ruchome cienie i nadawały podszybiu wygląd pieczary zbójców sąsiadującej z wodospadem.

Maheu raz jeszcze spróbował szczęścia. Zbliżył się do Pierrona, który rozpoczął służbę o szóstej:

– Wypuśćże nas!

Ale Pierron, przystojny mężczyzna o silnych ramionach i łagodnej twarzy, odmówił

przelęknionym gestem.

– Nie mogę. Poproś sztygara... Wlepiliby mi karę.

Zdusili pomruk gniewu. Katarzyna pochyliła się i szepnęła Stefanowi do ucha:

– Chodź, pokażę ci stajnię! Tam jest ciepło.

Wysunęli się ukradkiem, gdyż do stajni nie wolno było wchodzić. Znajdowała się ona przy końcu krótkiego korytarza, na lewo. Miała dwadzieścia pięć metrów długości i cztery wysokości. Wykuta w skale, o sklepieniu z cegieł, mogła pomieścić dwadzieścia koni. Od ciał końskich biło przyjemne ciepło, unosił się zapach ich czystej ściółki, jedyna lampa rzucała spokojne światło. Odpoczywające konie odwracały ku nim łby o dużych, dziecięcych oczach i bez pośpiechu powracały do swego owsa – dobrze utrzymani, zdrowi pracownicy, otoczeni ogólną sympatią.

Katarzyna odczytywała głośno imiona koni wypisane na cynkowych tabliczkach nad żłobami. Naraz wydała lekki okrzyk widząc przed sobą jakąś postać. Była to Mouquette – spłoszona, zerwała się ze słomy, gdzie spała. W każdy poniedziałek, zmęczona niedzielną hulanką, uderzała się mocno w nos wywołując krwotok, udawała, że idzie szukać wody, i kryła się w stajni, gdzie zagrzebywała się w ciepłą słomę pomiędzy konie. Ojciec jej, bardzo pobłażliwy dla córki, pozwalał na to, mimo lęku przed karą.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.