Gdzie mól i rdza - Paweł Pollak - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gdzie mól i rdza - Paweł Pollak

„To nie Nowy Jork, panie komisarzu!”.

To Wrocław. Miasto, w którym życie toczy się swoim rytmem, a codzienne sprawy na tyle pochłaniają mieszkańców, że nie zauważają oni, kiedy wśród nich pojawia się morderca: okrutny, bezwzględny i… niezwykle inteligentny. Śledztwo w sprawie serii bardzo dziwnych zabójstw popełnianych na bezbronnych emerytach rozpoczyna komisarz Marek Przygodny z Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu.

Paweł Pollak – pisarz i tłumacz literatury szwedzkiej (w tym kryminalnej). Zadebiutował w 2006 roku kryminałem psychologicznym „Kanalia”, trzy lata później wydał powieść obyczajową „Niepełni”, by wrócić do tematyki kryminalno-sądowniczej w zbiorze opowiadań „Między prawem a sprawiedliwością”. „Gdzie mól i rdza” to jego pierwsza powieść o komisarzu Marku Przygodnym.

Opinie o ebooku Gdzie mól i rdza - Paweł Pollak

Fragment ebooka Gdzie mól i rdza - Paweł Pollak






Karta tytułowa

Paweł Pollak

Gdzie mól i rdza

Wydawnictwo Oficynka


Prolog

Napięta cięciwa drgała niedostrzegalnie przed wypuszczeniem śmiercionośnej strzały. Mężczyzna, którego miała zabić, wpatrywał się z rosnącym przerażeniem w grot. Szarpnął się. Nie chciał umierać. Jeszcze nie. Mówią, że kiedy człowiek się starzeje, godzi się z myślą o śmierci, ale to nieprawda. Może innych jego śmierć nie wzrusza, uważają, że swoje przeżył, ale stary czepia się życia tak samo jak młody, też oczekuje, że przyniesie mu w przyszłości coś, czego dotąd nie zaznał.

Szarpnięcie się nic nie dało. Sznur wpił się tylko dotkliwiej w przeguby dłoni i kostki nóg. Próbował się przewrócić, żeby zejść z linii strzału, ale fotel, do którego został przywiązany, był na to za stabilny. Może by się udało, gdyby zabójca posadził go na krześle...

Zabójca?! Dlaczego tak o nim myśli?! Przecież wciąż żyje. Może to tylko blef. Albo głupi kawał. Bardzo głupi kawał. Albo potworny eksperyment. Czytał gdzieś, że hitlerowcy tak eksperymentowali na Żydach. Wsadzali ofiarę do wanny, wiązali ręce z tyłu, przesuwali czymś ostrym po przegubach, sugerując przecięcie żył, po czym powoli wpuszczali do wody czerwoną farbę. I Żyd, choć cały i zdrowy, umierał.

Może ten łobuz bawi się w coś podobnego. Powiedział, że grot jest posmarowany kurarą, bo chce sprawdzić, jak zadziała taka odwrotność placebo. To stąd cały ten cyrk z wiązaniem i odwlekaniem strzału — żeby uwierzył w jego mordercze intencje, żeby naprawdę zaczął się bać. W rzeczywistości strzała nie wyrządzi mu najmniejszej krzywdy, tylko zadraśnie bez dalszych konsekwencji, żadna trucizna nie dostanie się do jego krwiobiegu. Tak, nie może dać się nabrać, bo wtedy umrze jak ten Żyd w wannie, po prostu ze strachu. Za wszelką cenę musi zachować spokój.

Wbrew temu postanowieniu z jego gardła wydobył się dziki krzyk o ratunek. Stłumiony natychmiast przez knebel wepchnięty do ust i zabezpieczony szeroką taśmą klejącą. Znowu się szarpnął, ale efekt był taki sam jak poprzednio.

Wbił wzrok w strzałę i zaczął się modlić; nie wiedział, czy do niej, czy do Boga — do Boga nie modlił się, odkąd trzydzieści lat temu zabrał mu córkę. Żeby chybiła, przeleciała obok niego, wbiła się w szafę za plecami. Modlitwa nie dodała mu otuchy, ale przypomniał sobie coś innego. Umierającemu człowiekowi przesuwają się przed oczami obrazy z jego życia. Gdyby rzeczywiście miał umrzeć, widziałby je teraz w miejsce tego grotu. To najlepszy dowód, że jeszcze nie wybiła jego godzina. Jeszcze będzie mu dane cieszyć się życiem!

I w chwili, gdy to pomyślał, zwolniona cięciwa wypuściła strzałę, świst przeciął powietrze. Mężczyzna poczuł ostry ból w okolicach przepony. Ze zdumieniem spojrzał na pręt zakończony piórami wystający z jego brzucha. Zdążył jeszcze tylko się napomnieć, że nie wolno mu uwierzyć, jakoby strzała niosła truciznę. Potem zwiotczały mu mięśnie, klatka piersiowa nie zdołała unieść się w oddechu i nie minęło pół minuty, jak się udusił.


Część I

„A imię jego czterdzieści i cztery”.

Komisarz Marek Przygodny z wydziału zabójstw, czy jak to się oficjalnie nazywało — sekcji do walki z przestępczością przeciwko życiu i zdrowiu, odchylił się na krześle przy swoim biurku w Komendzie Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. Skończył czterdzieści cztery lata, wczoraj miał urodziny. I przeżywał to. Po raz pierwszy w życiu. Kiedy kończył trzydzieści lat, ze zdumieniem słuchał kolegów pytających, czy nie żal mu młodości i czy zdaje sobie sprawę, że właściwie połowę ma już za sobą, na minięcie wieku chrystusowego w ogóle nie zwrócił uwagi, czterdziestka zbiegła się z awansem na komisarza, więc cieszył się z prestiżu i podwyżki, zamiast roztrząsać fakt, którego i tak nie mógł zmienić, że lata mijają. Refleksje nad rzeczami, na które nie miał wpływu, nie leżały zresztą w jego charakterze. Inaczej nie wytrzymałby psychicznie swojej pracy. „Filozofowie” rozmyślający o bezsensie śmierci ofiar zabijanych dla kilku złotych, dla rozrywki czy w ogóle bez powodu błyskawicznie się wypalali i prosili o przeniesienie do włamań i kradzieży albo do przestępczości gospodarczej.

Na dodatek żona zapomniała o jego urodzinach. Też po raz pierwszy. W ostatnich latach wprawdzie życzenia składała bardzo zdawkowe, a podarkiem był nieodmiennie krawat — dawno minęły czasy, kiedy z tej okazji kupowała sobie zwiewny peniuar i seksowną bieliznę, które stanowiły opakowanie jego prezentu — ale jednak pamiętała. A wczoraj zapomniała. I bynajmniej nie to przeżywał, że zapomniała, ale to, że gdyby nie dzieci, które zadzwoniły z życzeniami, w ogóle nie zwróciłby na to jej zapomnienie uwagi. Uświadomił sobie, że żona jest mu obojętna.

Zastanawiał się od kiedy. Chyba od dosyć dawna. Dopóki Michał z Asią mieszkali w domu, nie mogło to mieć żadnych praktycznych skutków. Ale Michał wyjechał do Anglii do pracy i najwyraźniej nie zamierzał już wracać, a dwa miesiące temu córka wyprowadziła się do swojego chłopaka, mimo ich protestów, że jest za młoda, że ma dopiero dwadzieścia lat, że najpierw powinna skończyć studia. Odrzuciła je argumentem, że kiedy oni się pobierali, byli dokładnie w tym samym wieku.

— To co innego, musieliśmy się pobrać, bo Michał był w drodze — wyjaśniła Gabi.

Ten rozbrat z logiką, który na początku uważał u żony za czarujący, a ostatnio za irytujący, Asia zdemaskowała natychmiast:

— Dobre sobie! Nieodpowiedzialność uzasadnia wspólne zamieszkanie, a świadoma decyzja nie?

Gabi miała nadzieję, że — jak to ujęła — Asia się opamięta i wróci do domu, ale on wiedział, że tak się nie stanie. Córka była nad wiek dojrzała, poza tym wrodziła się w niego i nie podejmowała decyzji pochopnie, tylko po dogłębnym namyśle, a podjętych — konsekwentnie się trzymała. Trudno też było się spodziewać, że rozpadnie się jej związek ze Stefanem. Chodzili ze sobą już długo, a Stefan był od niej o dziewięć lat starszy i wyraźnie myślał o swej przyszłości z Asią bardzo poważnie.

Ta różnica wieku była powodem, że z początku Stefana nie akceptowali. Asia oczywiście nie dała sobie niczego zakazać, więc w domu na przemian wybuchały awantury i zapadały ciche dni, podczas których Gabi popłakiwała po kątach. On pierwszy pogodził się z tym, że Asia znalazła sobie dużo starszego chłopaka. Jakby uświadomił sobie, że właśnie to rokuje dłużej trwający związek. Bo czy nie wtedy zaczął dostrzegać, że ich małżeństwo z Gabi staje się pustą formą na użytek zewnętrznego świata bez interesującej go treści? Patrząc na tyjącą bez umiaru żonę, z żalem myślał, jak atrakcyjną kobietą była jeszcze dziesięć lat wcześniej, po cichu zazdrościł kolegom znajdującym sobie kochanki młodsze o dwadzieścia kilogramów.

Pamiętał, jak ciotka Zofia zapytała go, czy nie lepiej, żeby znalazł sobie młodszą dziewczynę, bo za dwadzieścia lat Gabi będzie dla niego za stara. Miał wtedy naście lat, był zakochany po uszy, tego, że są z Gabi równolatkami, nie uznawał za żadną przeszkodę, przeciwnie, uważał za najwłaściwszą relację wiekową między chłopakiem a dziewczyną. Pytanie ciotki Zofii uznał za absurd, ekstrawagancję osoby, której styl życia daleko odbiegał od wyobrażeń jego rodziny, co przystoi, a co nie. Nic nie mogło zachwiać jego przekonaniem, że będzie kochał Gabi do końca życia. A teraz skłonny był przyznać, że doszło wówczas do klasycznej konfrontacji młodzieńczego idealizmu z życiowym doświadczeniem. Przegranej zawsze dla obu stron. Młodzieńczy idealizm nigdy nie ulegnie życiowemu doświadczeniu, póki sam się w nie nie przerodzi, ale jest to proces bezużyteczny, bo żaden młody nie będzie chciał zeń skorzystać.

Komisarz westchnął i odsunął od siebie te myśli. Spojrzał na akta leżące na biurku. Był w pracy i musiał skupić się na swoich obowiązkach. Wiedział, że ucieka w ten sposób przed problemem, że odłożenie go w czasie nie przyniesie rozwiązania, a tylko pogłębi, ale czuł się usprawiedliwiony. Nie płacono mu za rozmyślanie o swoim małżeństwie, tylko za łapanie morderców.

Sięgnął po akta sprawy, praktycznie już zamkniętej — zabójcę od wczoraj mieli pod kluczem — ale wymagającej jeszcze formalnych uzupełnień, kiedy drzwi do pokoju otworzyły się i pojawił się w nich Robert Gajda, trzydziestodwuletni aspirant, asystent Przygodnego. W polskiej policji system partnerstwa nie istniał — dwójka policjantów nie chodziła zawsze i wszędzie razem jak na amerykańskich filmach — a nawet gdyby istniał, komisarz i tak by go nie stosował. Przynajmniej gdyby jego partnerem miał być Gajda. W sumie go cenił, ale uważał, że właściwa relacja między nimi to przełożony i podwładny. Z powodu różnicy wieku i doświadczenia, ale też braku u Gajdy tego szóstego zmysłu, zwanego w policji nosem, który naprowadzał na właściwy trop, gdy brakło kierunkowskazu w postaci faktów. Aspirant był doskonałym policyjnym rzemieślnikiem, ale nie wirtuozem.

— Co masz? — zapytał Przygodny, widząc zaaferowaną minę Gajdy.

— Zadzwoniła dzisiaj rano staruszka z Wrońskiego, że jej samotnie mieszkającemu sąsiadowi coś się stało, bo nie wyszedł jak zwykle rano po gazetę, co nie zdarzyło mu się od blisko dziewiętnastu lat. Wyobraża pan sobie? On przez dziewiętnaście lat dzień w dzień o szóstej trzydzieści wychodzi po gazetę, a ona przez dziewiętnaście lat dzień w dzień się temu przygląda. — Gajda podrapał się po krótkiej bródce, jakby ten gest miał mu pomóc w przełknięciu spostrzeżenia, że ludzka egzystencja jest najczęściej niesłychanie monotonna. — Oczywiście dyżurny chciał ją spławić, tłumacząc, że facet pewnie zaspał, gdzieś wyjechał albo poniewczasie doszedł do wniosku, że w gazetach tak naprawdę zmienia się tylko data i ich czytanie nie ma większego sensu, ale staruszka była uparta. Powiedziała, że nie wyjechał, na pewno by to zauważyła, a dzwoniła do jego drzwi i nikt nie otwiera.

— Może rzeczywiście dostał zawału albo wylewu. Tylko co nam do tego? Niech jakiś posterunkowy pojedzie to sprawdzić.

Komisarz doskonale wiedział, że zawał i wylew zostały już wykluczone, że „dużo im do tego”, inaczej Gajda nie opowiadałby mu całej historii, ale chciał skłonić aspiranta, mającego predylekcję do długich wstępów, żeby przeszedł do sedna.

— Tak dyżurny zaordynował, poprosił Wójcika i Wojtkiewicza z patrolu, żeby podjechali. Też byli sceptyczni, ostatecznie minęły dopiero dwie godziny, a nie kilka dni, jak facet się nie pokazał tam, gdzie miał być, ale staruszka ich zaszantażowała. Zagroziła, że jak odjadą bez interwencji, a okaże się, że sąsiad umrze, bo nie udzielono mu pomocy, albo będzie martwy leżał kilka dni, pójdzie do dziennikarzy, którzy rozpisują się o społecznej znieczulicy, i powie, że żadnej znieczulicy społecznej nie ma, tylko urzędnicza, bo nawet jak człowiek reaguje na niepokojące sygnały, to nie ma się do kogo zwrócić. Wójcik z Wojtkiewiczem wyważyli więc drzwi... — Gajda zamilkł, tknięty jakąś myślą. — Chciałbym mieć taką sąsiadkę, jeśli na starość przyjdzie mi czekać na śmierć w samotności.

Przygodny się zniecierpliwił.

— Albo mi natychmiast powiesz, co się stało, albo wyleję cię z policji i będziesz ubiegał się o pracę jako scenarzysta filmów kryminalnych, skoro tak lubisz stopniować napięcie.

Gajda spojrzał na komisarza zdziwiony, nie rozumiejąc, skąd te pretensje — przecież właśnie zmierzał do rzeczy.

— Dziadek siedział martwy w fotelu, ale to małe piwo. Wójcik z Wojtkiewiczem jeszcze czegoś takiego nie widzieli, zresztą nie wydaje mi się, żeby komukolwiek z cegielni — mówiąc „cegielnia”, aspirant miał na myśli wrocławską policję, określenie pochodziło od wyglądu budynku komendy — trafił się taki obrazek.

— Gajda!

— Został zabity strzałą z łuku. I oskalpowany!

— Niemożliwe. — Komisarz, choć jeszcze przed chwilą sam miał ochotę oskalpować podwładnego, nie potrafił ukryć zdumienia. — Nie chcesz chyba powiedzieć, że we Wrocławiu grasuje grupa Siuksów?

— Szczep, szefie, szczep.

— Co?

— Indianie łączą się w szczepy, nie w grupy. Czytałem Karola Maya, to wiem.

Przygodnego dopadało czasami nieodparte wrażenie, że jego asystent książki Karola Maya czytywał jeszcze całkiem niedawno.

— Wrońskiego? Gdzie to jest? Nie kojarzę.

— Taka mała uliczka równoległa do Wybrzeża Wyspiańskiego, zaraz za mostem Grunwaldzkim.

— Patolog, technicy, prokurator?

— Wszystkich powiadomiłem.

Komisarz sięgnął do wieszaka po kurtkę i zaczekał, aż Gajda weźmie swoją z krzesła, gdzie miał zwyczaj ją wieszać. Zeszli na dół. Obaj nie uznawali windy, wychodząc z założenia, że ten w sumie niewielki wysiłek fizyczny, jakim było pokonywanie schodów, skumulowany, dłużej pozwoli zachować dobrą kondycję. Poza tym grali w piłkę, co trzy, cztery tygodnie rozgrywali mecz przeciwko któremuś z innych wydziałów. Przygodny grał w pomocy, Gajda w ataku. W ostatnim meczu, przeciwko drogówce, nie spisał się, przestrzelił dwie stuprocentowe sytuacje i jedyna bramka zdobyta przez drużynę z Hubskiej dała jej zwycięstwo.

Na dworze panowała poranna marcowa szarówka. Trudno było twierdzić, że czuło się w powietrzu nadchodzącą wiosnę, skoro zima w tym roku w ogóle się nie pojawiła. Gajda pomyślał, że musi zmienić opony na letnie, i postanowił więcej nie zakładać zimowych. Zbędny wydatek, skoro klimat w Polsce przeradzał się w podzwrotnikowy, lepiej kupić za to dziecku zabawkę. Aspirant miał czteroletniego synka.

Komisarz na pogodę nie zwrócił uwagi, z wysokich schodów przed komendą ogarnął wzrokiem plac Wolności, rozciągający się za miejską fosą. Na tym placu zaproponował Gabi chodzenie. Odprowadzał ją po szkole do domu — byli w tej samej klasie w IX LO. Czuł, że jest mu przychylna, że lubi jego towarzystwo, o czym świadczył choćby fakt, że pozwalała mu się odprowadzać, że wracali na piechotę, chociaż tramwajem byłoby szybciej, a jednak potwornie się denerwował. Przymierzał się do pytania przez kilka ulic, aż w końcu na placu, za Operą, zebrał się na odwagę:

— Czy chciałabyś... bo tego... bardzo cię lubię... i podobasz mi się... i chciałbym z tobą chodzić... to znaczy, jeśli ty byś też chciała...

Czerwony, spocony, przerażony nieskładnością swojej propozycji, uznał, że jeśli wcześniej miał jakieś szanse, to teraz dokumentnie je pogrzebał. Nie dostrzegł szczęśliwego uśmiechu Gabi, bo zacisnął powieki, oczekując jak ciosu odmownej odpowiedzi.

— Tak, bardzo.

— Naprawdę? — Nie mógł uwierzyć, że spotyka go takie szczęście.

— Naprawdę. — Tym razem zobaczył jej czarujący uśmiech na ślicznej twarzyczce okolonej blond lokami.

Wymarzył sobie tę jej zgodę, po cichu na nią liczył, ale jakby nie do końca wierzył, że Gabi rzeczywiście się zgodzi, i teraz nie wiedział, co ma zrobić. Nie przygotował sobie żadnego scenariusza na tak pomyślny wypadek. Jak należy zareagować, kiedy dziewczyna zgadza się na chodzenie? Nie wiedział, Gabi była pierwszą, w której się zakochał, której złożył taką propozycję. I ostatnią.

Odwrócił się i po prostu poszedł dalej. Po kilku krokach uświadomił sobie, że wybrał najgorsze możliwe rozwiązanie, spojrzał z ukosa na Gabi, zrozpaczony, że skoro jej nie pocałował, ona z pewnością się wycofa, kiedy poczuł, jak wsuwa swoją dłoń w jego. Wszystko było dobrze.

I bardzo długo ją potem odprowadzał. A na koniec pocałował pod bramą. Czy mężczyzna może przeżyć szczęśliwszą chwilę w życiu niż tę, kiedy mając siedemnaście lat, dowiaduje się, że ukochana odwzajemnia jego uczucie, po raz pierwszy idzie z nią za rękę i całuje, pocałunkiem jeszcze niezdarnym, niedoświadczonym, ale jakże słodkim? W jego przypadku odpowiedź brzmiała „nie”.

— Co się pan, szefie, tak zapatrzył w tę fosę? — wyrwał go ze wspomnień aspirant. — Myśli pan pewnie o tych smarkaczach, co zatłukli tu człowieka i wrzucili zwłoki do wody. Kto takich wychowuje, że potrafią skatować człowieka na śmierć tylko dlatego, że krzywo na nich spojrzał, i to jeszcze pod samą komendą policji?!

Komisarz przypomniał sobie zdarzenie sprzed kilku miesięcy. Dwójka młodych ludzi siedziała już w areszcie, trzeciego zabójcy wciąż szukali. Jedna ze spraw, która tych o słabszej psychice, zakładających, że każde działanie — a tym bardziej zabicie człowieka — musi mieć racjonalne motywy, mocno dręczyła. Tymczasem wśród morderców, jak w każdej innej grupie, są różni ludzie: działający przemyślanie, mający uzasadniony powód do swoich poczynań, ale i tacy, którym wystarcza impuls, złe emocje, błahostka. A zabitemu nie robi przecież różnicy, czy zginął, bo ktoś chciał mu zabrać duże pieniądze albo zemścić się za doznaną krzywdę, czy dlatego, że uraził kogoś nieopatrznym słowem albo znalazł się w złym czasie w złym miejscu. Każda przedwczesna śmierć jest tak samo bezsensowna. Choć kiedy śmierć nie jest przedwczesna?

— Tak, przerażające.

Zeszli do służbowej vectry. Gajda był kierowcą, wstawił koguta za szybę i srebrny opel ruszył na sygnale, przemknął w stronę Świdnickiej pod prąd, bo drogę zablokował autobus, tam skręcił w lewo, mijając nowy pomnik Bolesława Chrobrego, i pognał dalej.

Przygodny kątem oka spoglądał na aspiranta, pewnie prowadzącego rozpędzony samochód. Trochę pucołowata twarz odejmowała mu ze dwa, trzy lata, bródka przywróciłaby równowagę, gdyby nie kręcone ciemne włosy, które współgrały z tą pucołowatością i sprawiały, że głowa jakby nie pasowała do atletycznego i umięśnionego korpusu. O sile Gajdy nieraz przekonywali się przestępcy, tracący oddech w jego żelaznym uścisku.

Zjeżdżając z mostu Grunwaldzkiego, Gajda wyłączył syrenę, ale mimo to zignorował znak zakazu i wjechał bezpośrednio w jednokierunkową ulicę Wrońskiego. Komisarz nie upomniał go, że powinien zaczekać z wyłączeniem syreny. Choć jemu się to nie podobało, przyzwyczaił się już, że koledzy notorycznie łamali przepisy, poruszając się służbowymi samochodami. Poczucie, że są władzą, a nie służbą, mimo dziewiętnastu lat od upadku komuny i zmiany nazwy z milicji na policję, bynajmniej nie zanikło.

Ulica Wrońskiego zabudowana była tylko po prawej stronie, jeśli nie liczyć samotnej kamienicy naprzeciwko, za którą rozciągał się nieutwardzony parking. Mieszkanie ofiary mieściło się w bardzo zniszczonym domu sąsiadującym ściana w ścianę z dużo nowszym, zadbanym budynkiem. Musiały należeć do innych spółdzielni. Ten stary był niższy, na parterze, usytuowanym na poziomie ulicy, miał częściowo zamurowane okna.

W środku zastali już patologa i uwijających się techników, prokurator jeszcze nie dotarł. Mundurowi, Wójcik z Wojtkiewiczem, stali w wyłamanych drzwiach, które najwyraźniej rozwalili kopniakami. Szczęście dla nich, że właściciel mieszkania nie żył, bo inaczej policja musiałaby płacić za tę dewastację, a komendant raczej nie wyłożyłby pieniędzy z budżetu, tylko obciążył pensje posterunkowych. Powinni byli wezwać ślusarza, a nie zachowywać się jak Rambo i Terminator.

Komisarz z ulgą zobaczył, że nad zwłokami pochyla się nowy lekarz, co oznaczało, że stary przeszedł wreszcie na emeryturę. Najwyższy czas, bo nie tylko wiek, ale i ilość wypitego w życiu alkoholu sprawiała, że nie nadawał się już do tej pracy. Ostatnim razem pomylił się o jeden dzień w określeniu czasu zgonu. To znaczy określił właściwie, tylko źle wpisał do raportu, przez co główny podejrzany miał murowane alibi i gdyby Przygodny nie był na sto procent przekonany, że ma sprawcę, i nie zweryfikował raportu, morderca uszedłby kary. Złożył wprawdzie skargę na patologa, ale nie bardzo wierzył w jej skuteczność. Za fuszerkę można było wylecieć z prywatnej firmy — a i to pod warunkiem, że miała zagranicznego właściciela i panowały w niej zachodnie standardy — ale nie z państwowej instytucji. Wbrew pozorom nie świadczyło to o niewydolności tejże instytucji, tylko o instynkcie samozachowawczym, bo z miejsca trzeba by zwolnić połowę ludzi. Niedbalstwo przetrwało upadek komuny tak samo jak poczucie władzy u policjantów. Stąd Przygodny nigdy nie oglądał ani nie czytał polskich kryminałów. Irytowało go, że w rzekomo realistycznie oddanym śledztwie jedyną przeszkodą w złapaniu przestępcy są zostawione przez niego mylne tropy i problemy z ustaleniem okoliczności przestępstwa, a nie to, z czym on sam stykał się na co dzień: niechlujne wykonywanie obowiązków przez ludzi tworzących organy ścigania.

Popatrzył na ofiarę, starszego człowieka, który zgodnie z zapowiedzią aspiranta siedział na fotelu przeszyty strzałą, a głowę miał pozbawioną włosów. Nie z powodu łysienia, tylko dlatego, że ktoś naciął skórę poniżej linii włosów i ją zerwał. Dokonał tak fachowego oskalpowania, jakby znajdowali się na innym kontynencie, w czasach kiedy skalpowanie stanowiło powszechny rytuał po zabiciu wroga.

Komisarz podszedł do lekarza i wyciągnął rękę, przedstawiając siebie i Gajdę.

— Józef Małecki — podał swoje nazwisko patolog, średniego wzrostu mężczyzna z dużym brzuchem, około pięćdziesiątki, całkowicie łysy, w przeciwieństwie do ofiary. Przynajmniej jeśli założyć, że oskalpowanie łysego nie ma sensu, bo samego skalpu nigdzie nie było widać. Morderca musiał zabrać go ze sobą, o ile nie schował gdzieś w mieszkaniu, ale sprawdzenie tego komisarz zlecił Gajdzie, a sam zwrócił się do patologa:

— Czas zgonu?

— A skąd mam wiedzieć? — odparł opryskliwie lekarz. — Widzi pan, że technicy jeszcze fotografują, więc nie mogę go ruszać. Chyba że pan mi powie, jak wsadzić termometr w odbyt gościowi po exitus podex.

Przygodny spojrzał na patologa, zdumiony jego agresją, ale ten inaczej wytłumaczył sobie zdziwienie komisarza.

— Nie wie pan, co to jest exitus podex? Zgon na dupie.

Przygodny pożałował, że ucieszył się z przejścia starego lekarza na emeryturę.

— Przyczyna zgonu?

Małecki zrobił taką minę, jakby mocno dokuczały mu hemoroidy.

— Utonął.

Choć odpowiedź wyraźnie kłóciła się z widokiem, jaki mieli przed oczami, komisarz niejednokrotnie w swojej karierze zetknął się z sytuacją, że prawdziwa przyczyna zgonu była diametralnie odmienna od tej, jaką jednoznacznie sugerowały wygląd ofiary czy miejsce znalezienia zwłok, nie zdziwił się więc, tylko upewnił:

— W wannie?

— Nie, w oceanie. Widział pan, żebym robił sekcję? Nie. No to wiem tyle co i pan, że jest oskalpowany, od tego akurat się nie umiera, i ma strzałę w brzuchu. Może wykitował, bo mu rozerwała śledzionę, może była zatruta albo zwyczajnie dostał zawału, a wnuczek postanowił skorzystać z okazji i pobawić się w Indian.

Choć Przygodny nie mógł nie przyznać, że zastrzeżenia lekarza były uzasadnione, i jak zwykle w takich przypadkach dążenie śledczych, by jak najszybciej poznać czas i przyczynę zgonu, ścierało się z oporem patologa, który wolał się nie wypowiadać, nie mając całkowitej pewności, to jednak ton Małeckiego na tyle już zirytował komisarza, że chciał swej irytacji dać upust. Przeszkodził mu w tym jednak Gajda, podchodząc z plastikowym prostokącikiem w ręku.

— Znalazłem jego dowód... — Aspirant przeniósł wzrok na ofiarę i porównał z fotografią. — Tak, na pewno jego, choć na zdjęciu ma bujną czuprynę, w każdym razie bujną jak na sześćdziesiąt osiem lat, bo z daty urodzenia wynika, że właśnie tyle skończył w zeszłym miesiącu.

— Nazwisko?

— Mateusz Majewski — odczytał Gajda.

— Jakieś inne dokumenty?

— Odcinki wypłat emerytury z ZUS-u, w SB nie był, niska ta emerytura, rachunki mieszkaniowe, prąd, gaz i tym podobne, na razie nic więcej.

— Skalp znalazłeś?

— Nie, ale przeszukałem dopiero ten pokój, chłopacy — wskazał na krzątających się techników — też do drugiego jeszcze nie zaglądali.

Mieszkanie składało się z dwóch pokoi. Większy, ten, w którym stali koło zwłok, był pokojem przechodnim między mniejszym a kuchnią.

— No to zajrzyjmy tam.

Gajda skinął głową i ruszył za komisarzem, kiedy w drzwiach kuchni, do której wchodziło się z przedpokoju, pojawił się prokurator Jarosław Kania. Jako jedyny z obecnych przy oględzinach był w garniturze. Miał posturę drobnego, nerwowego człowieczka, co zwykle usypiało czujność przestępców i adwokatów, i w efekcie Kania uzyskiwał najsurowsze wyroki. Oskarżany przez niego zabójca rzadko kiedy dostawał mniej niż dwadzieścia pięć lat.

— Co mamy, panowie?

Komisarz wprowadził go w szczegóły.

— Rabunek?

— Biorąc pod uwagę oprawę, raczej nie. Przy morderstwie na tle rabunkowym denat zwykle dostaje czymś ciężkim w głowę i po sprawie, złodzieje na ogół nie biorą skalpów. Nie wygląda też na to, żeby cokolwiek zginęło. — Przygodny rozejrzał się po skromnym urządzeniu, doznając lekkiego déja vu. Jakby znowu znalazł się w domu swojego dzieciństwa. Majewski albo nie zauważył zmiany ustroju, albo pensję miał równie niską jak emeryturę i nie było go stać na wymianę mebli. Filmowcy mieliby tu gotową scenerię do nakręcenia filmu z akcją dziejącą się w latach siedemdziesiątych. — Inna sprawa, że stąd chyba nie bardzo miało co zginąć.

— Za to stąd! — zawołał Gajda, który przeszedł do drugiego pokoju. — Kino domowe klasy lux, staruszek musiał wyłożyć niezłą kasę! — I dodał ciszej, widząc, że komisarz stanął koło niego: — Sama plazma jest warta z pięć tysiaków, ekran pięćdziesiątka. Chciałbym taką mieć.

Rzeczywiście płaski samsung prezentował się imponująco.

Aspirant podszedł do stojaków na płyty DVD i już przy pierwszym jęknął.

— O nie! — Zademonstrował komisarzowi wyciągniętą płytkę — Porno.

Znalezienie filmów erotycznych oznaczało konieczność ich przejrzenia, żeby ustalić, czy nie zawierają dziecięcej pornografii. Pedofilia mogła bowiem być tropem prowadzącym do zabójcy.

Gajda sprawdził pozostałe stojaki.

— Same porno, przynajmniej z trzysta sztuk. Trzeba będzie jak zwykle dać jakiemuś nowemu. Całe szczęście, że żółtodzioby nie wiedzą, co ich czeka, i się do tego garną. Ile pan stawia?

Komisarz przypomniał sobie o swoich wczorajszych urodzinach i powiedział:

— Czterdzieści cztery.

Aspirant aż gwizdnął.

— To będzie musiał pan trafić na jurnego byczka, żeby wygrać. Ja typuję — Gajda zakręcił trzymaną w ręku płytką, zastanawiając się, jaką liczbę podać — dwadzieścia trzy.

Zakład dotyczył liczby filmów, po których obejrzeniu nowicjusz, najpierw przekonany, że złapał Pana Boga za nogi, skoro jego praca ma polegać na oglądaniu erotyków i państwo zamierza mu jeszcze za to płacić, poddawał się i ze łzami w oczach błagał, żeby mu dano inne zajęcie, choćby miało nim być kopanie rowu.

— Panowie — Gajda zwrócił się do techników, którzy skończyli pracę w pierwszym pokoju i przenosili się do drugiego — mamy pornosy, zbieram zakłady, stawka bez zmian, dziesięć złotych, wygrywający bierze całą pulę.

Technicy zaczęli podawać swoje typy, które aspirant starannie odnotowywał w notesie.

— Dobra — komisarz odstąpił od szafek, nie znalazłszy w nich skalpu ani niczego, co przykułoby jego uwagę. — Nigdzie nie widziałem telefonu. Komórkę znaleźliście?

— Nie. Albo nie miał, albo morderca ją zabrał.

— Musiał mieć komórkę, skoro nie miał stacjonarnego — uznał Przygodny. — Czas na sąsiadów. Najpierw ta, co wszczęła alarm. Pod jakim numerem mieszka?

Aspirant zajrzał do tego samego notesu, w którym rejestrował zakłady.

— Zaraz naprzeciwko.

— Chodźmy.

W drodze do sąsiadki zatrzymali się jednak przy Majewskim, bo leżał na podłodze z opuszczonymi spodniami, a patolog oglądał właśnie termometr.

— Dwadzieścia dziewięć stopni — powiedział, widząc pytające spojrzenie Przygodnego. — Bierzemy wzorek, temperatura ciała minus odbyt plus trzy, wychodzi, że kopnął w kalendarz jedenaście godzin temu, pod warunkiem że kiedy kopał ten kalendarz, zbytnio się nie wysilał, bo od wysiłku rośnie temperatura ciała, a wtedy wzorek jest tak przydatny jak nóż rzeźnicki do operowania. Plamy opadowe się utrwaliły, stężenie pośmiertne w pełni rozwinęło, więc przynajmniej temu wyliczeniu nie przeczą. Zakładając pewien margines, powiedziałbym, że delikwent zasilił szeregi umarlaków — Małecki spojrzał na zegarek — wczoraj między dwudziestą drugą a dwudziestą czwartą.

— Plamy opadowe nie wskazują na przenoszenie zwłok? — bardziej stwierdził, niż zapytał komisarz. Nie było żadnych poszlak, które sugerowałyby, że zabójstwa dokonano gdzie indziej. Mało kto wiąże trupa po przeniesieniu go w inne miejsce, a na pomysł transportowania zwłok w fotelu mógłby wpaść tylko morderca chcący koniecznie wzbudzić swoim postępkiem sensację — tak trudne byłoby zrobienie tego dyskretnie. Zresztą fotel nie wyglądał na przyniesiony z zewnątrz, idealnie pasował do pozostałych mebli.

— Nie. Wycieczkę w zaświaty odbył z tego miejsca.

Policjanci z zadowoleniem skinęli głowami — mieli punkt zaczepienia przed rozmową z pierwszym świadkiem.

Okazało się, że do mieszkania naprzeciwko nie muszą dzwonić, bo sąsiadka, chuda staruszka w grubych okularach, stała przed drzwiami i wyciągając szyję, starała się coś dostrzec za przesłaniającymi jej widok Wójcikiem i Wojtkiewiczem.

— Dzień dobry, komisarz Przygodny z Komendy Wojewódzkiej. To pani nas powiadomiła o zdarzeniu? — upewnił się komisarz, że właściwie założył, kim jest ciekawska kobieta.

— Tak, ja, straszne co...

— Pani się nazywa?

— Adela Selling z domu Kogutek.

Gajda omal nie parsknął śmiechem.

— Czy zaobserwowała pani coś niezwykłego wczoraj między dziesiątą a północą?

— Dziesiątą wieczorem? O nie, o tej porze to ja już dawno śpię. Zawsze byłam rannym ptaszkiem.

— Co może nam pani powiedzieć o zmar... o panu Majewskim?

Pani Selling spojrzała na komisarza tak, jakby zapytał ją, co może dobrego powiedzieć o papieżu.

— Bardzo porządny człowiek, spokojny, uprzejmy, zawsze mi się ukłonił na schodach, choć rozmawiać za bardzo nie chciał, ale ja go rozumiem, po tej tragedii zamknięty się zrobił, straszna tragedia...

— Jaka tragedia? — wtrącił aspirant.

— Córka mu umarła, na białaczkę, osiem lat miała. Serce mi się krajało, jak widziałam ją z tą łysą główką, a taka ładna dziewczynka wcześniej była, i wesoła, ruchliwa, a tata, jaki był z niej dumny, pamiętam, jak z wózeczkiem chodził, wszyscy podziwiali, że taki troskliwy tatuś, a nie jak inni ojcowie, tylko wódka, a dzieckiem niech się matka zajmuje. No i jak Kasia, bo Kasia miała na imię, umarła, w domu, bo w szpitalu to jej już nawet leczyć nie chcieli, wtedy jego żona nie wytrzymała i do ośrodka trafiła, panowie wiedzą, dla psychicznych, i też z tej zgryzoty długo nie pożyła. On zaczął pić i stracił pracę. Potem jakoś z tego picia wyszedł, ale bardziej już się nie pozbierał i do pracy nie wrócił, tylko załatwił sobie rentę. I później właściwie nie wychodził z domu.

— A wcześniej gdzie pracował?

— Urzędnikiem był, w magistracie.

— Kiedy wydarzyło się to z jego córką?

Pani Selling musiała chwilę pomyśleć.

— No będzie już ze trzydzieści lat. Tak, jeszcze za Gierka.

— Miał jakąś inną rodzinę? — przejął przesłuchanie komisarz.

— Nie, sam był na tym świecie jak palec.

— Ktoś go odwiedzał?

— Tylko pracownik z opieki społecznej. Bardzo miły młody człowiek. Jak spotkał mnie na schodach, zawsze zagadał, pomógł wnieść zakupy, no chyba że akurat niósł zakupy dla pana Mateusza, to wtedy nie.

— Wie pani, jak się nazywa?

Adela Selling pokręciła przecząco głową.

— Pan Piotrek, ale nazwiska nie znam.

— I mówi pani, że pan Majewski nigdzie nie wychodził?

— Nie, ostatnio miał już nawet trudności z chodzeniem, czasami tylko po południu po zakupy szedł, jak mu czegoś zabrakło, no i po gazetę zawsze sam wychodził, wcześniej gazet nie czytał, ale jak nastała „Wyborcza”, codziennie kupował. — Staruszce zaszkliły się oczy, bo zwyczaj, dzięki któremu szybko znaleziono pana Mateusza, przypomniał jej, że sąsiad nie żyje. Zdjęła okulary, żeby je przetrzeć, i w trakcie tej czynności coś sobie skojarzyła. — Choć ostatnio w kościele, tu naprzeciwko, u Najświętszego Serca Jezusowego, grał na organach. Ale taki skromny był, że nic nie wspomniał, a ja też nie zauważyłam, jak chodzi do tego kościoła, no ale przecież ciągle w oknie nie siedzę. — Pani Selling wyprostowała się z dumą, jakby chciała podkreślić, że ma szereg innych zajęć, a to, że sąsiad przez blisko dziewiętnaście lat nie zaniedbał ani razu wyjścia o wpół do siódmej rano po gazetę, zaobserwowała całkowicie przypadkiem. — Wiem stąd, bo ktoś mu napisał na drzwiach czerwoną farbą „organista”.

— Organista? — Gajda nie był pewien, czy się nie przesłyszał. — Po co ktoś miałby to robić?

— Nie wiem. Ale pan Mateusz strasznie się zdenerwował, taki skromny był i nie chciał się chwalić. Zaraz zmył napis, jak go zobaczył.

— A kiedy pojawił się ten napis?

— Ja wiem? Będzie z miesiąc temu.

— Czy pani sąsiad miał jakieś kontakty ze środowiskiem... indiańskim?

Aspirant usłyszał idiotyzm swojego pytania dopiero, kiedy je zadał.

— Ma pan na myśli prawdziwych Indian? Takich jak Winnetou? — Staruszka miała oczy okrągłe ze zdumienia.

Gajda zrobił się czerwony niczym prawdziwy Indianin, taki jak Winnetou, ale nie pozostawało mu nic innego, jak brnąć dalej.

— Tak.

— Nie, nie miał kontaktów ze środowiskiem indiańskim — ton odpowiedzi zdradzał, że pani Adela Selling z domu Kogutek powzięła poważne wątpliwości, czy płacone przez nią na policję podatki są aby na pewno racjonalnie wydawane.

— Moglibyśmy porozmawiać z pani współlokatorami czy mieszka pani sama? — wybrnął z opresji Gajda.

— Sama mieszkam, odkąd zmarło się mojemu ślubnemu, świeć, Panie, nad jego duszą.

Policjanci podziękowali staruszce za wnikliwe obserwacje, bez ironii — wścibscy ludzie byli może zmorą sąsiadów, ale kiedy coś się stało, okazywali się bezcennymi świadkami.

— Trzeba ustalić tego pracownika opieki społecznej, zajmij się tym od razu — polecił Gajdzie komisarz — a ja przepytam następnego sąsiada.

Przygodny poszedł na górę i zadzwonił do mieszkania znajdującego się nad mieszkaniem denata. Ten lokator prędzej mógł coś usłyszeć niż sąsiad z naprzeciwka.

— Kto tam? — odezwał się po dłuższym czasie zachrypnięty, starczy głos.

— Komisarz Przygodny z Komendy Wojewódzkiej. Proszę otworzyć, muszę zadać panu parę pytań.

Zgrzytnęła zasuwka i drzwi otworzyły się z przeciągłym skrzypieniem, jakby ostatni raz naoliwiono je za poprzedniego ustroju.

— Słucham.

Starzec za drzwiami silnie mrużył oczy, jakby raziło go światło. Musiał być krótkowidzem, ale widocznie zapodział gdzieś okulary. Przygodny zaczął się zastanawiać, czy w tym domu trafi na młodszych mieszkańców.

— Jak się pan nazywa?

— Miecznik Radosław.

— Pana sąsiad z dołu... miał wypadek. — Stwierdzenie „został zabity” wywoływało zwykle przestrach i wiele pytań, więc komisarz w miarę możliwości starał się go unikać. — Czy coś pan usłyszał wczoraj między dziesiątą a dwunastą wieczorem?

— Nie, spałem już.

No tak, jeśli mieszkali tutaj tylko starsi ludzie, którzy zwykle wcześniej się kładli, godziny przed północą były idealną porą na popełnienie morderstwa.

— A ktoś inny od pana?

— Kto inny? — zdziwił się Miecznik. — Mieszkam sam.

Powoli zakrawało to na scenariusz filmu grozy — stara kamienica zamieszkana wyłącznie przez starych samotnych lokatorów.

— A generalnie zaobserwował pan coś niezwykłego w związku z panem Majewskim? Niekoniecznie wczoraj, mogło być wcześniej.

— Nie... — Miecznik się zawahał. — Chociaż wtedy, jak mu napisali na drzwiach „organista”, to chyba widziałem tego, co to zrobił. Akurat wchodziłem do bramy, a on wypadł jak wariat i mnie potrącił. O mało się nie przewróciłem, dlatego go zapamiętałem.

— Zapamiętał go pan? Jak wyglądał?

— Wysoki był, mniej więcej mojego wzrostu...

Komisarz patrząc na starca, doszedł do wniosku, że ten musiał albo wydatnie się skurczyć od czasu, kiedy uchodził za wysokiego, albo przez całe życie pozostawał w błędnym przekonaniu, że przydomek Napoleona „Wielki” odnosił się do wzrostu cesarza Francuzów.

— ...młody...

Tym razem na szczęście nie padło „tak jak ja”. Przygodny wyczekiwał reszty rysopisu, ale przedłużające się zawieszenie głosu wskazywało, że dalszego ciągu nie będzie.

— Jak się stąd oddalił? Na piechotę, samochodem?

— Samochodem.

— Sam prowadził czy ktoś na niego czekał?

Miecznik zastanowił się.

— Wsiadł od lewej strony, więc musiał sam prowadzić.

— Jaki to był samochód? Kolor, marka...

— Kolor to jakiś ciemny, czarny albo granatowy. Tak. Względnie ciemnozielony.

— A marka?

Miecznik jakby nie usłyszał pytania.

— Chociaż wie pan co, mózg płata nam często figle i jak mi się wydaje, że samochód był ciemny, to w rzeczywistości mogło być odwrotnie. Powiedziałbym więc, że raczej jasny, biały albo żółty.

— A może różowy?

Miecznik nie dostrzegł ironii, a komisarz zganił się za nią w duchu. Po dwudziestu latach w policji powinien już się nauczyć, że świadek dostarczający cennych informacji jest wyjątkiem, większość, nic nie zapamiętawszy, konfabuluje, plecie banialuki w przekonaniu, że mówi najszczerszą prawdę albo zwyczajnie kłamie.

— Nie, różowy nie, żółty.

— A jaka marka?

— Skoda Fabia.

— Jest pan pewien?

— Tak. Niech pan zaczeka.

Starzec zniknął w głębi mieszkania i po chwili wrócił z kartką papieru i ołówkiem. Poślinił jego koniec, przyłożył kartkę do drzwi i w skupieniu narysował logo... Volkswagena.

— Widzi pan? — zademonstrował Przygodnemu. — Taki znaczek miał na masce. W — Wagen, czyli samochód, V — Fabia.

— Jak V, to byłoby raczej Wabia.

— V czyta się w niemieckim jak F — wyjaśnił niedouczonemu komisarzowi starzec.

— Ale Fabia jest czeskim samochodem.

Na pomarszczonej twarzy pojawił się wyraz zafrasowania, ale zaraz rozjaśnił ją radosny uśmiech.

— W czeskim V też czyta się jak F! — oznajmił triumfalnie Miecznik.

— Oczywiście. Bardzo panu dziękuję.

Przygodny odwrócił się, żeby zapukać do drzwi obok.

— Numer rejestracyjny DW czterysta pięćdziesiąt AM — dobiegło go zza pleców.

Komisarz ponownie wykonał zwrot na pięcie.

— Co? Jakim cudem pan zapamiętał? — Był pewien, że usłyszy jakąś niestworzoną historię, ale nie mógł zignorować tak konkretnej informacji.

— Wie pan, w moim wieku trzeba ćwiczyć pamięć, intelektualna sprawność zapewnia dłuższe życie. No więc ćwiczę. Między innymi zapamiętuję rejestracje samochodów. Bardzo prostym systemem. Do każdej cyfry od zera do dziewięciu trzeba przyporządkować jedną spółgłoskę. Ten układ będzie stanowił podstawę systemu, więc trzeba nauczyć się go na pamięć albo wymyślić taki, żeby łatwo dał się odtworzyć. Ja przyporządkowałem cyfrom kolejne spółgłoski z mojego nazwiska i imienia, bo jest ich równo dziesięć i się nie powtarzają. I tak zeru odpowiada M, jedynce C, dwójce Z, trójce N...

— Dobrze, zrozumiałem — przerwał komisarz, bo starzec najwyraźniej zamierzał wymienić wszystkie dziesięć par.

— No i kiedy mam do zapamiętania kombinację cyfr, w tym przypadku czterysta pięćdziesiąt, tworzę ciąg odpowiadających im spółgłosek, przy czterysta pięćdziesiąt będzie to KRM, i uzupełniam samogłoskami, żeby powstało jakieś słowo, tutaj samo się nasuwa: KARMA. Czasami nie da się utworzyć jednego, wtedy trzeba utworzyć dwa, na przykład KARA MOJA. J jest spółgłoską spoza układu, więc nie przeszkadza. Słowo łatwiej zapamiętać niż ciąg przypadkowych cyfr. Kiedy trzeba odtworzyć numer, wystarczy wykonać odwrotną operację, do spółgłosek z utworzonego słowa podstawić odpowiadające im cyfry.

— A jak zapamiętuje pan litery? — zapytał naprawdę zaciekawiony komisarz. — Na numer rejestracyjny składają się też litery.

— Przyporządkowuję im nazwiska z jakiejś grupy, na przykład pisarzy czy polityków. Tutaj wybrałem kompozytorów. Kiedy więc zobaczyłem ten samochód parkujący pod bramą, ułożyłem sobie w myślach szereg: Donizetti, Wagner, Karma, Akutagawa, Musorgski. Co po rozszyfrowaniu daje DW czterysta pięćdziesiąt AM.

Przygodny po raz pierwszy poczuł do rozmówcy szacunek, zwłaszcza że nigdy nie słyszał o kompozytorze nazwiskiem Akutagawa. Jednak coś było w tezie Przystanku Alaska, że każdy człowiek ma jakieś zalety czy umiejętności, których często na pierwszy rzut oka nie widać. Przygodnego, jak wielu Polaków, zauroczył ten serial. Obejrzał go od pierwszego odcinka do ostatniego, a potem jeszcze powtórkę. Sam dla siebie, bo do Gabi Przystanek akurat nie trafił. Zwykle oglądali wspólnie to, co ona chciała, a preferowała romantyczne komedie i dramaty kostiumowe.

Mimo napływu szacunku komisarz nie do końca ufał pamięci Miecznika.

— Jest pan pewien? Ostatecznie było to dość dawno.

— Wcale nie tak dawno, góra dwa tygodnie temu.

Pani Selling mówiła wprawdzie o miesiącu, ale chociaż sprawiała wrażenie wiarygodniejszego świadka, mogła się mylić. Zwłaszcza że nie wydawała się pewna podawanej przez siebie daty, a pan Miecznik tak. Inna sprawa, że świadkowie wypowiadający się z pełnym przekonaniem mylili się częściej niż ci, którzy wahali się w zeznaniach.

Komisarz uznał, że na razie tej sprzeczności nie rozstrzygnie, zanotował numer, podziękował starcowi i sięgnął po komórkę, chwilowo rezygnując z przepytania sąsiada z naprzeciwka.

— Słucham pana, szefie — Gajda odebrał telefon po pierwszym sygnale.

— Znalazłeś tego pracownika opieki społecznej?

— Jestem właśnie w MOPS-ie, bo na telefon twierdzili, że żaden Mateusz Majewski z ich pomocy nie korzystał, a wiadomo, jak jest: nie chce im się dokładnie popatrzeć, to zbywają człowieka. Ale stoję tu nad nimi i niestety się potwierdza, nie mają go w bazie danych. Musiał korzystać z prywatnej opieki.

— Widziałeś jego mieszkanie i odcinek emerytury. Nie byłoby go stać.

— Zapomniał pan o plazmie, panie komisarzu. Skądś miał na ekstra wydatki.

Przygodny musiał przyznać aspirantowi rację.

— Słusznie. Pojedź teraz do Wydziału Komunikacji i dowiedz się, kto jest właścicielem volkswagena DW czterysta pięćdziesiąt AM. Granatowy w żółto-różowe ciapki.

— Jaki kolor?!

— Nieważne. Jak się dowiesz, sprawdź właściciela.

— Tak jest.

Komisarz rozłączył się bez pożegnania, zszedł na dół i zwrócił się do pani Selling, która nadal czatowała pod wyłamanymi drzwiami, mając nadzieję, że zobaczy chociaż wynoszone zwłoki, skoro nie mogła wejść do środka.

— Ten pracownik z opieki społecznej przychodził jakoś regularnie?

— Tak. Raz na tydzień, we wtorki, około wpół do czwartej.

Mieli środę.

— Wczoraj też przyszedł?

— Tak.

— A po nim ktoś jeszcze odwiedził pana Majewskiego?

— Nie. W każdym razie ja nie widziałam.

Zamysł Przygodnego był taki, żeby kazać Wójcikowi i Wojtkiewiczowi zaczekać na opiekuna w dniu, w którym ten przychodził. Stąd pytanie, czy przychodzi regularnie. Jeśli sam nie zamordował Majewskiego, powinien zjawić się jak zwykle, bo nie miał kto powiadomić go o śmierci chlebodawcy. Ale cały tydzień czekać nie mogli. Zwłaszcza że, jak się okazywało, ów młody człowiek był najprawdopodobniej ostatnią osobą poza mordercą, która widziała ofiarę przy życiu.

— Może zapamiętała pani coś więcej niż tylko imię tego opiekuna? Jakieś szczegóły, które pozwoliłyby go zidentyfikować?

— Niestety nie. — Staruszka rozłożyła ręce w wymownym geście, że z całego serca chciałaby pomóc policji, ale nawet ona nie może wiedzieć wszystkiego.

— Jakieś informacje, które pozwoliłyby się z nim skontaktować? — Przygodny nie poddawał się. — Może wspomniał, gdzie mieszka, jak rozmawialiście na schodach. Proszę się zastanowić, to bardzo ważne.

— Nie, nie mówił mi, gdzie mieszka — rozwiała nadzieje komisarza pani Selling. — Ale jeśli trzeba się z nim skontaktować, to wystarczy zadzwonić.

— Ma pani jego numer telefonu?! — Przygodny chyba po raz pierwszy w swojej karierze dał się wyprowadzić z równowagi świadkowi. Dotąd najwyżej udawał wściekłość — kiedy dostrzegał, że tylko w ten sposób wydobędzie odpowiedź — zachowując w środku całkowity spokój. Uświadomił sobie, że wykruszyła się pierwsza cegła z muru stoickiego opanowania, jakim odgradzał się od pytanych, i że kiedy wypadnie ostatnia, gołymi rękami udusi świadka pokroju pani Selling czy pana Miecznika. — Czemu pani od razu nie powiedziała?!

Staruszka wzruszyła ramionami.

— Przecież nikt mnie nie pytał. Pan Mateusz nie miał telefonu...

— W ogóle? Komórki też nie?

— Też nie. No i pan Piotrek zostawił mi do siebie numer, żebym zadzwoniła, gdyby panu Mateuszowi coś się stało albo chciał go wezwać.

— I zadzwoniła pani?

Adela Selling popatrzyła na komisarza, nie rozumiejąc, dlaczego zmarły miałby wzywać swojego opiekuna. Dopiero po chwili dotarł do niej sens pytania.

— Ale nie tak! Gdyby zachorował albo coś, przecież teraz pan Piotrek nic by nie pomógł.

Logika niejedno ma imię.

— Niech pani da mi ten numer.

Staruszka zniknęła w drzwiach swojego mieszkania. Nadzieje Przygodnego, że w miarę szybko wyłoni się z nich z powrotem, okazały się płonne. Odczekał kilka minut, a potem ruszył za nią, żeby ponaglić i przyśpieszyć poszukiwania najwyraźniej zawieruszonego numeru, lecz zatrzymał go znajomy głos:

— Witam pana komisarza! Prasa się melduje.

Przygodny odwrócił się i zobaczył wchodzącego po schodach Jerzego Kuriatę.

— A, cześć!

Kuriata był dziennikarzem działu kryminalnego miejscowego „Kuriera”. Poznali się przy pierwszej sprawie Przygodnego, młodszy o cztery lata Kuriata wówczas również dopiero zdobywał reporterskie szlify. I ta sprawa połączyła ich przyjaźnią. Nie mogło być inaczej, kiedy dwóch żółtodziobów stanęło nagle w obliczu śmierci i uratowała ich pewna ręka jednego i trzeźwy umysł drugiego. Mieli świadomość, że gdyby w pułapce znalazł się tylko jeden z nich, nie przeżyłby. Kuriata nie miał broni, nie umiał zresztą strzelać, a Przygodny musiał skupić uwagę na wymianie ognia z przeważającymi liczebnie bandytami i nie był w stanie szukać drogi ucieczki, którą dziennikarz bardzo sprytnie zaaranżował z wydawałoby się pozbawionej wyjścia pułapki.

— Wróble ćwierkają, że macie morderstwo palce lizać, które podwoi nam nakład.

Przygodnego i Kuriatę połączyła nie tylko przyjaźń, ale i zawodowy układ. Komisarz udzielał dziennikarzowi informacji na wyłączność, ten rewanżował się wiedzą zdobytą swoimi kanałami. Współpraca miała jednak ograniczenia i obaj je respektowali: Przygodny zastrzegał, że nie wszystkie fakty są do druku, a Kuriata zachowywał dla siebie informacje, które mogłyby zdemaskować jego informatorów albo im zaszkodzić.

— Ofiara ze strzałą w brzuchu i oskalpowana.

Dziennikarz rozpromienił się w uśmiechu, który, zważywszy na okoliczności, ktoś mógłby uznać za niestosowny. Przygodnego też na początku podobne reakcje przyjaciela raziły, ale ten się bronił: „No co? taką mam pracę. Czy ty odczuwasz jakieś współczucie dla ofiary? Umiarkowane. Skupiasz się na swoich obowiązkach, sęk w tym, że ty masz szlachetne zadanie, złapać zabójcę, więc uchodzisz za prawego rycerza. Moją rolą jest opisać zdarzenie ciekawe dla czytelnika, ale czytelnika nie ciekawi opis dnia pensjonarki, tylko gwałt na pensjonarce. Tymczasem to ja uchodzę za hienę, mimo że jedynie rzucam hienom padlinę. Ja jestem karmicielem hien, a karmiciel nie może podawać żarcia wedle własnego smaku, bo mu podopieczni padną z głodu. I kiedy masz wyżywić hieny, nie cieszysz się na widok zgrabnie biegnącej gazeli, tylko na widok tej samej gazeli z przegryzionym przez lwa gardłem”.

— Przyczyny zgonu jeszcze nie mamy, ale okoliczności nie wskazują na nic innego poza morderstwem. Ofiara była związana, a nawet jeśli strzała i oskalpowanie są tylko przedstawieniem, wątpię, by ktoś urządzał takie przedstawienie po wypadku, samobójstwie czy naturalnym zejściu.

— Rzeczywiście przedstawienie niewąskie, nie tylko podwoi nam nakład, ale może i wykończy konkurencję. — Kuriata uśmiechnął się ponownie, tym razem złośliwie. — Jest szansa, że „Wrocławskiej” to umknie, bo z tego, co wiem, właśnie stracili informatora.

Przygodny nie byłby oficerem dochodzeniowym, gdyby nie potrafił dodać dwa do dwóch i stwierdzić, że owym informatorem musiał być stary patolog.

— Chciałbym znaleźć się na ich kolegium redakcyjnym, kiedy będą omawiać spady.

— Spady? Co to jest?

— Przeoczone tematy, o których napisała konkurencja. Nasz naczelny jest zdrowo pierdolnięty na tym punkcie, ale ich jeszcze gorszy. Misiak — tak nazywał się redaktor naczelny „Kuriera” — wsiadł kiedyś na mnie, bo „Wrocławska” opisała morderstwo popełnione we Wrocławiu w XVII wieku, a my nie. Artykuł był ewidentną zapchajdziurą na sezon ogórkowy, a Misiak się piekli i każe mi drążyć temat, bo skoro jesteśmy spóźnieni z newsem, to mamy podać więcej faktów. Też mi news. Truposzczak sprzed trzystu pięćdziesięciu lat, żeby jeszcze wyciągnięty gdzieś z rowu przez archeologów, ale nie, z archiwum. Olałem polecenie, za co Misiak poleciał mi po premii.

Przygodny, zniecierpliwiony, spojrzał na zegarek, bo pani Selling nadal szukała numeru telefonu. Doszedł jednak do wniosku, że stojąc nad nią, wcale tego szukania nie przyśpieszy, a wręcz może opóźnić, bo starsi ludzie zwykle nie działają efektywnie pod presją.

— No i wyobraź sobie teraz naczelnego trzy razy bardziej pierdolniętego niż Misiak, czołówkę „Kuriera” „Komancze grasują we Wrocławiu?” i pierwszą stronę „Wrocławskiej” z lamentami, że radni zamknęli jakieś przedszkole czy żłobek. Ciągle zamykają, więc to jest taki news jak informacja, że w sylwestra odbywają się bale. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że ich naczelny dostanie białej gorączki, piany na ustach i apopleksji, szef działu kryminalnego wyleci z hukiem, a dziennikarze zostaną przesunięci do redagowania repertuaru kin. Zobaczyć Neapol, czyli jak ich sztorcuje, i umrzeć. — Kuriata zaśmiał się. — No, wprowadź mnie w szczegóły, żebym mógł ich dokumentnie pogrążyć.

Kiedy Przygodny zdawał Kuriacie dokładniejszą relację, zaznaczając, które fakty mogą zostać opublikowane, a które, przynajmniej na razie, objęte są tajemnicą, otworzyły się drzwi mieszkania pani Selling i ukazała się jego właścicielka, z dumą dzierżąca w ręku karteczkę z numerem telefonu.

— Proszę — podała ją komisarzowi.

Ten przerwał relację w pół słowa, sięgnął po swoją nokię i wybrał zapisany numer. Mimo wielokrotnych sygnałów nikt nie odbierał i komisarz był już pewien, że odezwie się poczta głosowa albo próba połączenia zostanie przerwana, toteż lekko się wzdrygnął, kiedy usłyszał:

— Halo?

— Dzień dobry. Komisarz Przygodny z Komendy Wojewódzkiej. Do kogo się dodzwoniłem?

Przez chwilę nie było odpowiedzi, najwyraźniej opiekuna zaskoczył ten dziwny telefon i zastanawiał się, jak powinien zareagować.

— Piotr Ratajczyk. Coś przeskrobałem?

— Pan pomaga Mateuszowi Majewskiemu?

— Tak, coś mu się stało?

— Niestety, znaleźliśmy go martwego. Muszę prosić, żeby podjechał pan do Komendy Wojewódzkiej i złożył zeznania.

— Kiedy?

— Jak to kiedy? Od razu.

— Ale ja jestem w pracy! — sprzeciwił się Ratajczyk.

— Trudno, to nie może czekać, proszę dać mi do telefonu swojego szefa.

— Nie mam szefa, jestem u podopiecznego, będę musiał go zostawić. No ale skoro pan mówi, że sprawa niecierpiąca zwłoki... Co się stało panu Majewskiemu? Dostał zawału? Mówiłem mu, żeby nie forsował się tym chodzeniem po gazetę, że też mu przyniosę, najwyżej przeczyta z kilkudniowym opóźnieniem, ale nie chciał mnie słuchać.

— Dowie się pan wszystkiego w komendzie.

— A gdzie jest ta komenda?

— Na Podwalu, numer trzydzieści jeden, trzydzieści trzy. Proszę zapytać na dole o komisarza Przygodnego lub aspiranta Gajdę. Jeśli nas jeszcze nie będzie, proszę zaczekać.

Komisarz rozłączył się i natychmiast zadzwonił do Gajdy.

— No i jak, masz właściciela tego volkswagena?

— Jeszcze nie, walczę z biurokratami. Jak mi jakiś urzędas z Wydziału Komunikacji zgłosi, że padł ofiarą przestępstwa, będę bardzo starannie wypełniał wszystkie formalności i z pełną satysfakcją pozwolę przestępcy uciec.

Przygodny udał, że nie słyszał tej deklaracji.

— Namierzyłem opiekuna Majewskiego i muszę jechać do komendy, żeby go przesłuchać. To w tej chwili najważniejszy świadek, bo zdaje się, że ostatni widział ofiarę. Kiedy więc ustalisz właściciela, daj mi znać, ja sam go sprawdzę, a ty wróć tutaj i przesłuchaj resztę mieszkańców. Tę Selling i sąsiada z góry, nazywa się Miecznik, trzeba wziąć na komendę i zaprotokołować ich zeznania. No i oczywiście dalszych lokatorów, jeśli powiedzą coś ciekawego.

— Jasne, szefie, nie robię tego pierwszy raz.

— Aha, wstąp przy okazji do kościoła i zapytaj, czy Majewski rzeczywiście grał tam na organach. Ten napis jest mocno podejrzany.

Wciskając klawisz z czerwoną słuchawką, dostrzegł, że Kuriata chce zapytać, o jaki napis chodzi.

— Sorry, Jurek — ubiegł go — ale teraz nie mam czasu, muszę lecieć, zadzwoń później.

— Nie ma sprawy — dziennikarz wiedział, że w przypadku Przygodnego nachalnością nic nie wskóra.


*

Ratajczyk nie dotarł jeszcze do komendy, więc komisarz zrobił sobie kawę. Po turecku, nie uznawał ekspresów, generalnie nie uznawał urządzeń, które automatyzowały czynności, jakie doskonale można było wykonać ręcznie. Krajalnica do chleba była dla człowieka władającego obiema rękami tak samo zbędna jak automatyczny podajnik w miejsce łyżki czy widelca. Wziął kubek z czarnym płynem i nim usiadł przy biurku, zdążył pociągnąć gorzki łyk — śmietanka i cukier zamieniały jego zdaniem prawdziwą kawę w napój kawopodobny.

Miał chwilę na pierwsze podsumowanie. Znaleźli zamordowanego we własnym mieszkaniu emeryta, w którego życiu ostatnie istotne wydarzenie nastąpiło przed trzema dekadami. Wyglądało na to, że od tego czasu zamknął się w domu i jego jedyny kontakt ze światem stanowił opłacony opiekun. Nie miał telefonu, nawet z sąsiadami nie ucinał sobie pogawędek. Odciąwszy się od świata, trudno narazić się komuś do tego stopnia, żeby paść ofiarą morderstwa. Jakiś wątły trop stanowiły wydatki na kino domowe i prywatnego opiekuna, znacznie przekraczające możliwości emeryta, byłego urzędnika i rencisty. Ale czy rzeczywiście? Przygodnemu przypomniała się jego babcia. Z emerytury wywołującej uśmiech politowania potrafiła jeszcze odłożyć, a że odkładała przez lata, nagle dysponowała całkiem sporymi sumami. Pokolenie wojny miało oszczędzanie we krwi, bo wiedziało, co znaczy bieda i głód. Majewski urodził się dopiero w czterdziestym roku, ale na pewno wychowali go rodzice oglądający każdą złotówkę. Skoro wpoili mu nawyk oszczędzania, bez trudu odłożyłby na sprzęt i opiekę, zwłaszcza jeśli nie miał innych dużych wydatków, a wnioskując ze stanu mebli, można było przyjąć takie założenie. Nie, motyw rabunku pieniędzy z potencjalnego dodatkowego źródła stanowił ślepą uliczkę.

Tym bardziej że nijak miał się do sposobu zabójstwa, do oskalpowania. A od tego trzeba było wyjść, bo żaden typowy motyw nie wyjaśniał, dlaczego morderca nie posłużył się pistoletem, nożem czy pałką. Mogła to wprawdzie być inscenizacja na użytek śledczych, mająca wprowadzić ich w błąd, skierować śledztwo na manowce — sam w rozmowie z Jurkiem użył określenia „przedstawienie” — ale jeśli miała służyć temu celowi, była właśnie zbyt teatralna; fałszywe tropy są dyskretniejsze, udają prawdziwe, a nie zadziwiają swoją oryginalnością. Zabójca miał czas, żeby przemyśleć swoją strategię, nie popełnił mordu spontanicznie, nikt nie chodzi z łukiem po Wrocławiu, więc panika nie mogła mu podsunąć fatalnego pomysłu na zatuszowanie okoliczności morderstwa. Owszem, jeszcze nie ustalili oficjalnie przyczyny zgonu, ale jeśli nawet morderca udusił Majewskiego pod wpływem impulsu, to raczej nie miałby przy sobie łuku i strzał, żeby zaaranżować przedstawienie. A gdyby po nie poszedł, zdążyłby po drodze ochłonąć i wymyślić coś lepszego. Jeśli w ogóle potem chciałby wracać na miejsce zbrodni, musiałby przecież zdać sobie sprawę, jakie niesie to za sobą ryzyko.

Przygodny oderwał żółtą karteczkę z bloczka na biurku, napisał na niej: „Skąd miał łuk?” i przykleił na obramowaniu monitora. Potem uruchomił komputer, połączył się z internetem i wszedł na stronę Wikipedii. Do okienka wyszukiwarki wpisał hasło „skalp”. Otworzyła się strona ze zdjęciem indiańskiego wodza. „Skalp — przeczytał — trofeum wojenne znane wśród niektórych plemion Indian Ameryki Północnej”. Tyle wiedział. „Zwykle skrawek skóry głowy z włosami zerwany — poprzez nacięcie — z głowy pokonanego wroga”. Niestety, miał okazję zobaczyć to na żywo. I choć opis nigdy nie dorówna obrazowi, w tym przypadku wolałby poprzestać na opisie. „Zdobycie skalpu miało często znaczenie kultowe i magiczne”. Może więc jakaś sekta, młodzieńcy, którym znudził się satanizm, więc sięgnęli do obyczajów indiańskich? Niewykluczone. „Skalpowanie stało się zwyczajem, gdy władze kolonii brytyjskich zaczęły płacić za zabicie szczególnie znienawidzonych Indian”. Skalp jako dowód, że dokonano zleconego zabójstwa? Nie w czasach fotografii cyfrowej. „Skalpy zbierali nie tylko Indianie, ale i biali”. To rozszerzało krąg podejrzanych, mordercy należało szukać także poza środowiskiem indiańskim — komisarz uśmiechnął się na wspomnienie nieszczęśliwego pytania Gajdy.

Spojrzał na zegarek; gdzie podziewał się ten Ratajczyk, już dawno powinien był dotrzeć. Sięgnął po komórkę, żeby to ustalić, kiedy zadzwonił telefon na biurku.

— Panie komisarzu — rozpoznał głos dyżurnego — niejaki Piotr Ratajczyk do pana.

— Macie tam jakiegoś wolnego funkcjonariusza? Niech mi go przyprowadzi.

Osobom postronnym nie wolno było chodzić samopas po komendzie, policjant wzywający świadka powinien zaprowadzić go na górę, ale Przygodnemu zwykle się nie chciało.

— Zaraz kogoś znajdę — dyżurny nie był zadowolony, że ma dodatkową robotę, ale jako niższy stopniem nie mógł wskazywać komisarzowi, że sam powinien przyjść po Ratajczyka. Służby mundurowe nie są klubem dyskusyjnym, a rozkazy zaproszeniem do debaty. Na rozkaz odpowiada się „tak jest” i zabiera do jego wykonania, a przełożonego nie obchodzi zdanie podwładnego w tej kwestii. Jak mu się rozkazy nie podobają, ma dwa wyjścia: awansować, żeby samemu je wydawać, albo przenieść się tam, gdzie decyzje zapadają na drodze konsensusu.

Przygodny zdążył dopić stygnącą już kawę, kiedy umundurowana policjantka wprowadziła do pokoju wysokiego, szczupłego chłopaka, trochę w typie skandynawskim, o blond włosach i niebieskich oczach, z których jedno było okolone siną obwódką. Komisarzowi natychmiast zapaliła się lampka ostrzegawcza — przy sprawie o morderstwo człowiek posiniaczony, podrapany czy poraniony z miejsca staje się głównym kandydatem na podejrzanego, bo obrażenia mogą być wynikiem tego, że ofiara się broniła.

— Skąd pan to ma? — wskazał na podbite oko.

— A poszedłem wczoraj do pubu i wynikła różnica zdań między mną a jednym gościem, z tym że, jak pan widzi, on miał mocniejsze argumenty. — Ratajczyk skrzywił się na to najwyraźniej bolesne wspomnienie.

— Czego dotyczyła ta różnica zdań?

— A czego mogła dotyczyć? Kobiety. Komisarz wskazał chłopakowi krzesło.

— Co się stało panu Majewskiemu? — zapytał Ratajczyk, gdy już usiadł. — W pierwszej chwili pomyślałem o zawale, ale przecież wtedy policja nie zajmowałaby się jego śmiercią.

— Prawdopodobnie został zamordowany.

— Zamordowany?! Przez kogo?!

— Właśnie to próbujemy ustalić.

— Nie, nie o to mi chodzi. Pan Majewski z nikim nie utrzymywał kontaktów, nigdzie się nie angażował. Jeśli dobrze poskładałem jego historię, bo nie był zbyt wylewny i tylko czasami coś wspomniał półsłówkiem, po śmierci córki i żony całkowicie odciął się od ludzi. Kto mógł zamordować człowieka, który nikomu nie wadził?

Dobre pytanie.

Komisarz otworzył plik z formularzem protokołu i wpisał imię i nazwisko przesłuchiwanego.

— Będzie pan zeznawał w charakterze świadka. Pouczam, że za składanie fałszywych zeznań grozi odpowiedzialność karna. — Przygodny doskonale wiedział, że jest to czcza groźba. Miał kiedyś sprawę, w której morderca o mało mu się nie wymknął przez łgarstwa świadka. Rozeźlony złożył zawiadomienie do prokuratury w Warszawie, bo świadek był stamtąd i przesłuchiwali go warszawscy policjanci. A potem zaczął się jakiś koszmarny sen. Prokuratura Rejonowa odmówiła wszczęcia śledztwa. Złożył zażalenie do Okręgowej. Zostało uwzględnione. Rejonowa przeprowadziła postępowanie, skupiając się na pobocznych wątkach i ignorując dowody, że świadek kłamał, po czym umorzyła śledztwo w związku „z niestwierdzeniem przestępstwa”. Złożył ponownie zażalenie do Okręgowej, ale tym razem Okręgowa też była ślepa na dowody i sprawa trafiła do sądu. Sąd nakazał podjąć śledztwo, w miażdżącym uzasadnieniu punktując wszystkie błędy prokuratury. Przygodny był już pewien zwycięstwa, ucieszony powiedział sobie „są jeszcze sądy w Warszawie”, kiedy jak obuchem w głowę dostał kolejne umorzenie śledztwa. Z uzasadnieniem żywcem przepisanym z poprzedniego, jakby po drodze nie było sądowego orzeczenia. I okazało się, że nic nie może zrobić.

Poskarżył się Jurkowi, który skargą przyjaciela specjalnie się nie przejął.

— Tak się żalisz, jakbyś pracował, nie wiem, w rzeźni, a nie w wymiarze sprawiedliwości. Prokuratura i policja notorycznie nie chcą zajmować się sprawami, które uznają za duperele. Mam przynajmniej jeden telefon dziennie od czytelnika, że chciał zgłosić przestępstwo, a policjanci starali się go przekonać, żeby nie zgłaszał.

Przygodny był szczerze zdumiony.

— Nigdy nie odesłałem nikogo, kto chciał mi zgłosić przestępstwo.

— Bo pracujesz w wydziale zabójstw, zwłoki trudno zamieść pod dywan. Spróbuj jednak złożyć zawiadomienie, że ukradli ci rower albo wybili szybę w samochodzie. Najpierw poproszą cię, żebyś się dobrze zastanowił, czy roweru aby na pewno nie zgubiłeś, a szyby nie wybił kamień, który wyleciał spod kół. Ja już nie mówię, żebyś próbował zgłaszać wykroczenia, na przykład przeklinanie w miejscu publicznym czy kradzież kilku jabłek z ogrodu, wtedy od razu odwieźliby cię do czubków. Tu nie Nowy Jork, panie komisarzu, u nas obowiązuje zasada „sto procent tolerancji”.

— Ale to była poważna sprawa! Przez te fałszywe zeznania o mało nie wymknął się morderca!

— Może więc najpierw uznali za duperelę, nie przeczytali dokładnie, o co chodzi, i potem podeszli do tego ambicjonalnie: nie będzie im jakiś prowincjonalny gliniarz udowadniał, że się pomylili. Albo zwyczajnie ktoś wziął w łapę.

— Przecież nawet sąd nakazał im się tym zająć. Jeśli można ignorować nakazy sądu, to system nie funkcjonuje!

— No i spadły ci łuski z oczu.

Nawet jednak pozbawiony złudzeń, komisarz musiał odpowiednio pouczyć świadka.

— Pana adres? — zadawał kolejne formalne pytania Ratajczykowi.

— Inowrocławska pięćdziesiąt dwa mieszkania dwanaście.

— Kod pocztowy?

— Pięćdziesiąt trzy, sześćset czterdzieści osiem.

— Mieszka pan z rodzicami?

— Nie, sam, rodzice cztery lata temu wyjechali do pracy do Szwecji, są lekarzami.

— Ile ma pan lat?

— Dwadzieścia trzy.

— Zawód?

— Jeszcze studiuję.

— Co?

— Analitykę medyczną. No i zarabiam na studia jako pielęgniarz, ukończyłem studium pielęgniarskie, opiekuję się starszymi ludźmi.

— I opiekował się pan też Mateuszem Majewskim?

— Tak, chociaż pan Majewski w zasadzie pomocy za bardzo nie potrzebował, miał trochę słabe serce, ale generalnie radził sobie sam. Myślę, że jednak na starość zaczął mu doskwierać brak kontaktu z ludźmi i dlatego mnie zatrudnił. W każdym razie, kiedy sprzątałem, chodził za mną po mieszkaniu i wciągał mnie w rozmowę, głównie na temat aktualnych spraw, tego, co przeczytał w gazecie. O sobie rzadko coś mówił.

— Sprzątał pan u niego? — Przygodny był zaskoczony. — Może feministki mnie zabiją, ale do sprzątania zwykle zatrudnia się kobiety.

— Pytałem go o to, powiedział, że młodej dziewczyny nie chce, bo ciągle zastanawiałby się, jak wyglądałaby w tym wieku jego córka, a stare baby rażą jego poczucie estetyki.

Ratajczyk obejrzał się, jakby chciał się upewnić, że za krzesłem nie przystanęła żadna wojownicza feministka.

Komisarz zastanowił się nad kolejnym pytaniem z palcami nad klawiaturą.

— Wczoraj odwiedził go pan jak zwykle około wpół do czwartej? — Znał wprawdzie odpowiedź, ale musiał ten fakt mieć wpisany do protokołu.

— Tak — potwierdził przesłuchiwany.

— Czy dostrzegł pan coś niezwykłego w zachowaniu pana Majewskiego? Może był zdenerwowany, zaniepokojony, czymś przestraszony?

— Nie, nic z tych rzeczy. Zachowywał się zupełnie normalnie.

— Czy kogoś jeszcze tego dnia oczekiwał?

— Jeśli nawet, to nic mi o tym nie wspomniał. Ale nie sądzę, nie wydaje mi się, żeby wpuszczał do swojego mieszkania kogokolwiek poza mną.

— O której pan wyszedł?

— Jak zwykle, około wpół do szóstej.

— I już więcej pan nie wracał?

Ratajczyk zrobił zdumioną minę.

— Nie, po co?

— Gdzie pan był między...

Pytanie przerwała melodia piosenki Miasto budzi się. Przygodny sięgnął po komórkę, którą położył na biurku, i zobaczył, że dzwoni Gajda.

— Słucham cię.

— Mam w końcu właściciela volkswagena. Passata, nawiasem mówiąc. Nazywa się Roman Kozłowski. Zamieszkały ulica Chorwacka czterdzieści pięć przez trzy, Wrocław. Jadę teraz na Wrońskiego.

— Dobra.

Rozłączył się i wstał.

— Proszę chwilę zaczekać — polecił Ratajczykowi.

Wyszedł na korytarz i wybrał numer do podinspektora Zielińskiego. Dariusz Zieliński miał romans z referentką punktu informacyjnego Krajowego Rejestru Karnego, a przez to dostęp do informacji poza oficjalną procedurą, co było bardzo przydatne, bo choć punkt mieścił się przy Sądzie Okręgowym, czyli dwie przecznice dalej, przesłanie danych trwało nieraz tyle, jakby szły ze Szczecina albo z Zamościa. Ponieważ żona Zielińskiego i Gabi były przyjaciółkami, podinspektorowi zależało, by Przygodnemu nic się nie wymsknęło na temat romansu, o którym dowiedział się przez nieuwagę samego Zielińskiego. Dostał kiedyś od niego bardzo czuły e-mail z podziękowaniami za upojną noc, miłosnymi wyznaniami i planami wspólnej przyszłości. Najpierw się zdziwił, bo jako żywo z Zielińskim ani nie spędzał upojnych nocy, ani nie planował z nim wspólnej przyszłości, ale szybko się zorientował, dlaczego dostał tego maila. Flama Zielińskiego miała na imię Maria i imię musiało być w jej adresie poczty elektronicznej. Zieliński wpisał w polu adresat „mar”, program automatycznie uzupełnił resztę, ale jako „marek.przygodny”, bo alfabetycznie „Marek” był przed „Marią”. Zieliński nie spojrzał na uzupełnienie względnie nie zarejestrował, że w tej chwili pisze do innego adresata, i wysłał e-maila. Sam Przygodny zostawiłby sprawę bez dalszego ciągu, nie zwykł wtrącać się w prywatne życie innych ludzi ani wyciągać korzyści z wiedzy na ich temat, ale Zieliński, chcąc mieć pewność, że kolega nie podzieli się tą wiedzą ze swoją żoną, poprosił go o dyskrecję, a jako wyraz wdzięczności zaproponował pomoc przy szybszym uzyskiwaniu informacji z KRK.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com