Gdzie Chrystus nosił koronę cierniową  - Zofia Kaliska - ebook
Wydawca: Goneta Aneta Gonera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 246 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gdzie Chrystus nosił koronę cierniową - Zofia Kaliska

Książka historyczna, oparta na notatkach kronikarza tamtych lat. Intrygi, miłość, mądry król, zachowanie dynastii i atmosfera średniowiecznego Bliskiego Wschodu — wszystko to pojawia się na kartach niniejszego opowiadania.

W tym samym czasie damy w średniowiecznej Francji nie zabierały głosu, nie decydowały o swoim losie, nie wyrażały swojej opinii w sprawach państwowych. Tymczasem w Jerozolimie było inaczej. Kobiety były też królami. Większość przybywających do Jerozolimy francuskich rycerzy było wręcz zgorszonych rozwiązłością w zachowaniu obu płci i tak wielkim wpływem kultury arabskiej na Chrześcijan mieszkających w tamtym czasie w tamtych rejonach. Znane nam nawet z dnia dzisiejszego nazwy — Jerozolima, Tyr, Akka, Nabulus, Askalon, Jaffa — przewijają się przez cały tekst opowiadania. Na kartach niniejszej opowieści znalazły się też słowa uznania dla charyzmatycznego i legendarnego władcy islamskiego Saladyna. Dla jednych był okrutny, dla drugich szlachetny. Tą swoją sprawiedliwością zyskał uznanie wśród współczesnych mu zarówno chrześcijan, jak i wyznawców islamu.

Historia Gdzie Chrystus nosił koronę cierniową zaczyna się w przeddzień narodzin pierworodnego dziecka Saladyna, którym okazuje się córka Sybilla. Rok później na świat przychodzi następca tronu, Baldwin. Wtedy okazuje się, że Amalryk ma objąć tron w Jerozolimie po śmierci swojego brata Baldwina, ale Rada Baronów stawia jeden warunek — Amalryk musi zmienić żonę. Nikt nie chce ambitnej, przebiegłej i intrygującej Agnieszki na tronie Jerozolimy. Mądry i sprawiedliwy król zgadza się i przekonuje swoją dumną żonę, że jedynym sposobem, by jej dzieci kiedyś zasiadły na tronie Jerozolimy potrzeba tego jej poświęcenia. Agnieszka zgadza się, zostaje hrabiną Jaffy. Sybilla i Baldwin wyjeżdżają z ojcem do Jerozolimy. Amalryk zgodnie z życzeniem Rady Baronów zgadza się na małżeństwo z grecką księżniczką, Marią Komneną. Była dobrą macochą dla dzieci Agnieszki, która w pewnym momencie wkracza ponownie w życie swoich dzieci, po przedwczesnej śmierci Amalryka. Jej młodociany syn obejmuje tron. Wszystko wtedy toczy się już ku upadkowi.

Opinie o ebooku Gdzie Chrystus nosił koronę cierniową - Zofia Kaliska

Fragment ebooka Gdzie Chrystus nosił koronę cierniową - Zofia Kaliska





OD REDAKCJI:

ZOFIA KALISKA — rocznik 1978. Mieszka w Gnieźnie. W 2003 roku ukończyła Wydział Historyczny UAM w Poznaniu. Po studiach pracowała dorywczo przez krótki czas jako bibliotekarz, a później w gnieźnieńskim Archiwum Archidiecezjalnym. Jak twierdzi autorka, prawdziwym powołaniem i pasją dla niej jest jednak pisarstwo. W 2006 roku wydała powieść dla młodzieży. Wkrótce ukaże się druga jej część. Pisze zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.

„GDZIE CHRYSTUS NOSIŁ KORONĘ CIERNIOWĄ" — książka historyczna, oparta na notatkach kronikarza tamtych lat. Intrygi, miłość, mądry król, zachowanie dynastii i atmosfera średniowiecznego Bliskiego Wschodu — wszystko to pojawia się na kartach niniejszego opowiadania. W tym samym czasie damy w średniowiecznej Francji nie zabierały głosu, nie decydowały o swoim losie, nie wyrażały swojej opinii w sprawach państwowych. Tymczasem w Jerozolimie było inaczej. Kobiety były też królami. Większość przybywających do Jerozolimy francuskich rycerzy było wręcz zgorszonych rozwiązłością w zachowaniu obu płci i tak wielkim wpływem kultury arabskiej na Chrześcijan mieszkających w tamtym czasie w tamtych rejonach. Znane nam nawet z dnia dzisiejszego nazwy — Jerozolima, Tyr, Akka, Nabulus, Askalon, Jaffa — przewijają się przez cały tekst opowiadania.

„Gdzie Chrystus nosił koronę cierniową" opowiada o czasach i władzy ostatnich żyjących władców — rodzeństwa Baldwina i Sybilli — z dynastii Franków, która rządziła Jerozolimą przez kolejnych 90 lat. Autorka opowiedziała o upadku tego lewantyńskiego królestwa Franków.

Na kartach niniejszej opowieści znalazły się też słowa uznania dla charyzmatycznego i legendarnego władcy islamskiego Saladyna. Dla jednych był okrutny, dla drugich szlachetny. Tą swoją sprawiedliwością zyskał uznanie wśród współczesnych mu zarówno chrześcijan, jak i wyznawców islamu.

Historia „Gdzie Chrystus nosił koronę cierniową" zaczyna się w przeddzień narodzin jego pierworodnego dziecka, którym okazuje się córka Sybilla. Rok później na świat przychodzi następca tronu, Baldwin. Wtedy okazuje się, że Amalryk ma objąć tron w Jerozolimie po śmierci swojego brata Baldwina, ale Rada Baronów stawia jeden warunek — Amalryk musi zmienić żonę. Nikt nie chce ambitnej, przebiegłej i intrygującej Agnieszki na tronie Jerozolimy. Mądry i sprawiedliwy król zgadza się i przekonuje swoją dumną żonę, że jedynym sposobem, by jej dzieci kiedyś zasiadły na tronie Jerozolimy potrzeba tego jej poświęcenia. Agnieszka zgadza się, zostaje hrabiną Jaffy. Sybilla i Baldwin wyjeżdżają z ojcem do Jerozolimy. Amalryk zgodnie z życzeniem Rady Baronów zgadza się na małżeństwo z grecką księżniczką, Marią Komneną. Była dobrą macochą dla dzieci Agnieszki, która w pewnym momencie wkracza ponownie w życie swoich dzieci, po przedwczesnej śmierci Amalryka. Jej młodociany syn obejmuje tron. Wszystko wtedy toczy się już ku upadkowi.


WPROWADZENIE

Na przełomie XI i XII wieku uczestnicy pierwszej wyprawy krzyżowej, nazywani na Bliskim Wschodzie Frankami, założyli w Ziemi Świętej cztery feudalne państwa: Hrabstwo Edessy, Księstwo Antiochii, Królestwo Jerozolimskie i Hrabstwo Trypolisu.

Gdy w roku 1099 najważniejsza lewantyńska twierdza, Święte Miasto Jerozolima, znalazła się w rękach krzyżowców, niektórzy z nich mówili: „Żaden człowiek nie ma prawa nosić korony tam, gdzie Chrystus nosił koronę cierniową...". Toteż pierwszy jerozolimski władca, Lotaryńczyk Gotfryd z Bouillon, rządził nie jako król, tylko jako podległy Kościołowi namiestnik, tytułowany „Obrońcą Świętego Grobu". Rok później, po śmierci Gotfryda, koronowano jego brata Baldwina z Boulogne. Tak powstało frankijskie królestwo ze stolicą w Jerozolimie, gdzie przez blisko dziewięćdziesiąt lat miała panować dynastia lotaryńska, której ostatnim przedstawicielem była królowa Sybilla.


W CIENIU RACJI STANU

Klasztor w Betanii, luty 1172 rok

W wieku dwunastu lat Sybilla zupełnie nieoczekiwanie doszła do wniosku, że dokładnie wie, jak ma wyglądać reszta jej życia.

— Chcę być taka jak ty, ciotko. Nigdy nie opuszczę klasztoru, nie wrócę na zamek i nie wyjdę za mąż. Zostanę mniszką — zwierzała się sędziwej przeoryszy, gdy wczesnym przedpołudniem obie spacerowały po klasztornym dziedzińcu, szczelnie owinięte grubymi futrzanymi płaszczami, które doskonale chroniły je przed przenikliwym chłodem.

Tegoroczna mijająca już zima była wyjątkowo ostra jak na łagodny klimat lewantyński. Podobno najstarsi mieszkańcy Palestyny nie pamiętali tak wielkich mrozów. Nawet zamorscy pielgrzymi z Północy narzekali na oblodzone drogi i sypiące się z nieba śnieżyce, jakby w swoich stronach do tego nie przywykli.

Jowita spojrzała na kroczącą obok niej dziewczynkę bystrymi, błyszczącymi źrenicami, które w jej naznaczonej upływem lat, pomarszczonej i bezbarwnej twarzy wydawały się jedynym żywym elementem.

— Jeśli masz do tego powołanie...— zaczęła mówić, lecz nagle zamilkła. Zatrzymała się i skostniałą z zimna dłonią, ledwie przykrytą długim rękawem zakonnego habitu, ujęła ramię ciotecznej wnuczki.

— Lepiej już wracajmy do klasztoru. Właśnie sobie przypomniałam, że dzisiaj będziesz miała gościa.

— Gościa? — zdziwiła się Sybilla, ale równocześnie ucieszyła. — Czy to Nicefor, ciotko? Przyniósł dla mnie wieści z zamku?

Jowita przecząco pokręciła głową.

— Nie, to nie posłaniec twojej macochy. To ona sama ma tutaj przybyć.

Sybilla utkwiła w wiekowej zakonnicy szeroko otwarte oczy, które raptem zmieniły odcień ze stalowego na srebrzysty, jak zwykle, gdy była wzruszona, podekscytowana lub zaskoczona.

— Maria? To wspaniale, ciotko, stęskniłam się za nią... Ale przecież ona niedawno urodziła dziecko. Chyba nie powinna jeszcze podróżować... Może chce mnie stąd zabrać...

— Dowiesz się wkrótce — powiedziała przeorysza i energicznie ruszyła w stronę klasztornej budowli.

Szła tak szybko, że pochłonięta snuciem niezliczonych domysłów Sybilla z trudem za nią nadążała.

„Może coś się stało na zamku" — zastanawiała się, coraz bardziej podniecona i zarazem ogarnięta niewytłumaczalną, instynktowną obawą. W miarę jak zbliżały się do okazałego kamiennego gmachu, jej niepokój stopniowo rósł. Jakieś mgliste przeczucie podpowiadało jej, że tego dnia zdarzy się coś niesamowitego...

* * *

Dwanaście lat wcześniej

W początkach lat sześćdziesiątych XII wieku w Jerozolimie rządził król Baldwin, piąty z kolei frankijski monarcha, cioteczny wnuk założyciela państwa. Leżące na zachód od stolicy nadmorskie hrabstwo Jafy, jedno z jerozolimskich lenn, znajdowało się we władaniu królewskiego brata, Amalryka. Był to ojciec Sybilli. Gdy w 1160 roku przyszła ona na świat, Amalryk liczył dwadzieścia dwa lata i w dniu narodzin swojej córki czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, w przeciwieństwie do małżonki, Agnieszki z Courtenay, która na widok pierworodnego dziecka stwierdziła:

— Tylko córka... Nie o to się modliłam...

A potem dodała:

— Następnym razem postaram się urodzić syna... Nie, nie postaram się, ja go urodzę. Przysięgam!

— Ależ ja naprawdę jestem bardzo szczęśliwy, że mamy córkę — zapewniał ją Amalryk. — Nawet nie pragnąłem mieć syna... przynajmniej niekoniecznie teraz.

Zamiast odpowiedzi obrzuciła go wzrokiem, w którym mógł dostrzec coś w rodzaju politowania. Była od niego starsza przeszło dziesięć lat, miała za sobą bogatą przeszłość. Kiedy przed rokiem została jego żoną, dziwiono się dlaczego Amalryk — najbardziej wówczas pożądana partia w całym królestwie — zdecydował się resztę życia spędzić z niemłodą wdową, swoją daleką kuzynką, powszechnie słynącą z niepohamowanych ambicji, skłonności do intryg i nader swobodnych obyczajów.

Agnieszka wiedziała, że nie jest zbytnio lubiana ani wśród jerozolimskich elit, ani wśród zwykłych poddanych. Jej pozycja jako członka królewskiego rodu wydawała się równie wątpliwa jak jej reputacja. Wszystko mogłoby się zmienić, gdyby urodziła syna, gdyby dała potencjalnego następcę tronu krajowi zagrożonemu widmem bezkrólewia wobec bezdzietności aktualnie panującego monarchy. A tymczasem, zamiast oczekiwanego męskiego potomka, pojawiła się córka, która nie odziedziczy korony, tylko w najlepszym wypadku będzie rządzić jako regentka lub u boku męża, wybranego dla niej przez państwowych dostojników.

— Nie bardzo rozumiem, w czym widzisz tutaj powód do radości — odezwała się po dłuższej chwili irytującej ją ciszy. — To dziecko nigdy nie spełni naszych nadziei... Przynajmniej nie moich.

— Ale moje już spełniło, zjawiając się w moim życiu — odpowiedział ze śmiechem, wpatrując się niemal z uwielbieniem w spoczywające na jego rękach uśpione niemowlę, owinięte w zwoje białego płótna. — Zresztą — dorzucił nagle poważniejąc — może nie powinniśmy aż tak liczyć na to, że właśnie nasze dziecko kiedyś będzie królem. Baldwin jest jeszcze młody, ożenił się niedawno. Jeszcze może doczekać się syna.

Teraz Agnieszka roześmiała się, a był to śmiech szyderczy i zabarwiony jakimś pełnym wrogości poczuciem satysfakcji.

— Może doczekać się syna, mówisz — odparła. — Prędzej on doczeka się trumny niż syna. Całe dnie spędza albo na polowaniach, albo na szykowaniu się do jakichś niewiadomo komu potrzebnych wypraw, albo na negocjowaniu z tą zgrają intrygantów, którzy podają się za jego sojuszników. A wydawałoby się, że tak ubóstwia tę... bezwstydną schizmatyczkę. Biedna Teodora musi usychać z tęsknoty... i bardzo możliwe, że niebawem znajdzie sobie kogoś, kto zechce jej wypełnić długie chwile rozstania z twoim bratem...

Ale Amalryk ostatnich jej słów już nie słyszał. Znów całą jego uwagę pochłaniała nowo narodzona istotka, właśnie rozbudzona głosem matki. Zapadło długie milczenie. Agnieszka, zatopiona w ponurych rozmyślaniach, z rosnącą niechęcią spoglądała na męża i na małą Sybillę — to niecierpliwie wyczekiwane dziecko, które tak ją zawiodło już w pierwszej chwili swojego życia.

* * *

Przez następne miesiące dla hrabiego Jafy najważniejsza była jego córka, która rozwijała się zadziwiająco szybko, nie sprawiała żadnych kłopotów i — jak utrzymywał rozkochany w niej ojciec — z każdym dniem stawała się piękniejsza. Kiedy w początkach roku 1161 Agnieszka oznajmiła Amalrykowi, że znów jest brzemienna, ten zawołał:

— To wspaniale! Sybilla powinna mieć rodzeństwo. Będzie miała z kim się bawić.

W ostatnim tygodniu maja hrabina obdarzyła męża kolejnym potomkiem. Dziecko, urodzone o cały miesiąc za wcześnie, wydawało się tak słabe, że długo nie było wiadomo, czy uda się utrzymać je przy życiu. Agnieszka, chociaż w ciągu najbliższych dni nie mogła opuszczać łoża, przeżywała swój wielki triumf. Dotrzymała przysięgi, złożonej przed kilkunastoma miesiącami —wydała na świat syna!

Nowo narodzony chłopiec miał nosić imię Baldwin, tak jak jego stryj, król Jerozolimy. Zdecydowała o tym jego matka. Nie dlatego, żeby darzyła szczególną sympatią swojego szwagra, raczej było dokładnie odwrotnie. Po prostu postanowiła, że skoro Królestwem Jerozolimskim władało już trzech monarchów o tym imieniu, to jej syn będzie czwarty. Co do tego, iż on kiedyś zostanie królem, nie miała najmniejszych wątpliwości, przecież po to go urodziła.

Odtąd całe swoje siły, wszystkie ambicje, myśli i uczucia, do jakich tylko była zdolna, poświęciła temu wątłemu, chorowitemu dziecku. Córkę powierzyła niańkom, synem zajęła się osobiście z troskliwością, o jaką nikt nie podejrzewałby tej zimnej i wyrachowanej kobiety. A kiedy zauważała, że życie jej upragnionego męskiego potomka może być zagrożone i że nawet wysiłki medyków na niewiele się zdają — zabierała niemowlę do zamkowej kaplicy. Tam kładła je u stóp ołtarza, sama zaś — ona, która nigdy nikogo o nic nie prosiła — rzucała się na ziemię, uderzając głową o kamienną podłogę i z jej ust wychodziły błagalne słowa:

— Panie Boże, Zbawicielu nasz i Obrońco! Nie pozwól umrzeć mojemu synowi...

* * *

Sybilla miała trzy lata, gdy doszło do pierwszego przełomowego wydarzenia w jej życiu. Któregoś dnia do Jafy przybył goniec z Jerozolimy i niebawem po całym hrabstwie rozeszła się zaskakująca nowina: król jerozolimski niespodziewanie zmarł w wieku zaledwie trzydziestu dwóch lat, a na sukcesora wyznaczono jego młodszego brata — Amalryka. O ile sam następca tronu przyjął tę wiadomość z mieszanymi uczuciami, o tyle jego małżonka niemal odchodziła od zmysłów ze szczęścia i dumy. Ale jej radość nie trwała długo. W dzień poprzedzający wyjazd do stolicy na zamku w Jafie znów zjawił się posłaniec. Długi czas rozmawiał o czymś z Amalrykiem, który natychmiast po jego odejściu wezwał do siebie żonę. Przez chwilę nic nie mówił, tylko patrzył na nią wzrokiem tak dziwnym, że w końcu spytała zaniepokojona:

— Czy coś się stało? Czego chciał ten człowiek? Kiedy wyruszamy?

— Ty nie jedziesz... tylko ja — odpowiedział zduszonym głosem, najwyraźniej z trudem starając się opanować. — Jeśli ja mam zostać królem, musimy się rozstać...

— Jak to?! — zawołała, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy. — Nie mam z tobą jechać?! Nic nie rozumiem. Przecież jestem twoją żoną.

— Musisz przestać nią być, inaczej nie zgodzą się na moją koronację — przerwał jej, nie próbując już nawet taić zdenerwowania.

— Nie zgodzą się?! Kto się nie zgodzi?!

— Patriarcha i baronowie. Taki jest ich warunek. Jeśli nie zrezygnuję z małżeństwa z tobą, wybiorą kogoś innego.

— Patriarcha? Baronowie? Jakim prawem oni tego od ciebie żądają?! I jak mogą wybrać kogoś innego?! Przecież ty jesteś najbliższym krewnym Baldwina.

— Wiesz dobrze, że u nas nie więzy krwi decydują o sukcesji, tylko rada baronów. A oni uznali że...

— Że co?

— Że moja obecna małżonka nie nadaje się na królową.

Roześmiała się szyderczo. Amalryk ukrył twarz w dłoniach. Dopiero po dłuższym milczeniu podniósł głowę i zaczął tłumaczyć tak spokojnie, jak tylko w tej chwili potrafił:

— Dostojnicy jerozolimscy uważają, że nasze małżeństwo powinno zostać rozwiązane. Podobno jest to nawet uzasadnione przepisami kościelnymi... W końcu jesteśmy spokrewnieni...

— Co ty mówisz? Jakie to pokrewieństwo? Twój dziadek był kuzynem mojego dziadka. Gdyby wszystkie małżeństwa rozwiązywano z takiego powodu, rodzaj ludzki musiałby wyginąć!

— Tak czy inaczej, oni właśnie tego żądają...

— Oni tego żądają... A ty zamierzasz się poddać ich woli? Nic nie uczynisz, żeby bronić swoich praw...? I... moich? Po prostu chcesz mnie odprawić...? Jak zwykłą nałożnicę?!

— Nie zostawię cię z niczym. Zachowasz Jafę i Askalon ze wszystkimi tytułami...

— Ze wszystkimi tytułami? — powtórzyła wzgardliwie. — A jakie to będą tytuły? Nieprawa małżonka króla, rezydująca w jego dawnych włościach...? A nasze dzieci? Dzieci z nieprawego związku?! Czy twoi baronowie uznają je za bękarty?!

— Nie. Nasze dzieci będą miały zapewnione wszystkie prawa, należne królewskim potomkom. Taki był mój warunek.

To przesądziło sprawę. Po krótkim namyśle Agnieszka rzekła z rezygnacją:

— Więc jednak... Chociaż na to się zdobyłeś. I mówisz, że zachowam Jafę, Askalon i wszystko, co dotąd miałam? Czyli nic nie stracę, chociaż i nic nie zyskam... A właściwie to zyskam! Moje dzieci będą dziećmi króla, a ja zawsze będę ich matką. Niech zatem tak będzie... Jedźcie sami do Jerozolimy.

Następnego dnia Amalryk z dziećmi opuścił Jafę. Odtąd ich domem miała stać się odziedziczona po przodkach rezydencja, mieszcząca się w gmachu dawnego islamskiego meczetu Al.-Aksa, który wcześniej, przed muzułmańskim podbojem Palestyny, był żydowską Świątynią Salomona. Od początku stulecia ten zabytkowy budynek służył jako siedziba frankijskich monarchów.

* * *

Z pierwszych lat pobytu w Jerozolimie Sybilla niewiele pamiętała, poza tym, że większość czasu spędzała w towarzystwie brata i nikt, z wyjątkiem służby, specjalnie nimi się nie zajmował. Jedno tylko zdarzenie utkwiło w jej pamięci. Było to wkrótce po koronacji jej ojca. W pogodny dzień, wczesnym popołudniem bawiła się z dwuletnim Baldwinem na dziedzińcu zamkowym. W pewnej chwili zobaczyła, jak w ich stronę nadchodzą dwaj ludzie, rozmawiając o czymś z wielką powagą. Młodszy z nich — wysoki i postawny — miał długą, czarną brodę i jedwabny turban na głowie, którą trzymał tak sztywno, jakby obawiał się, że mu odpadnie. Starszy, średniego wzrostu i nieco przygarbiony, szedł powolnym krokiem, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, parząc przed siebie przygaszonymi oczami. Ożywił się dopiero wtedy, gdy jego wzrok nagle padł na bawiące się dzieci. Zwracając się do brodatego mężczyzny w turbanie, spytał z wyraźnym zainteresowaniem:

— Czy to są...?

— Tak, archidiakonie — przerwał mu tamten. — To są dzieci naszego króla.

Wówczas człowiek nazwany archidiakonem zbliżył się do małego Baldwina. Jakiś czas wpatrywał się w drobną figurkę jasnowłosego chłopca, po czym wziął dziecko na ręce i podnosząc je do góry, rzekł głosem drżącym ze wzruszenia:

— To jest nasz przyszły król... Nasza największa nadzieja!

Dopiero znacznie później Sybilla dowiedziała się, że tym człowiekiem był Wilhelm z Tyru, jeden z najważniejszych dostojników kościelnych w królestwie, a jego towarzysz, bliski przyjaciel króla Amalryka, nazywał się Miles z Plancy i pełnił zaszczytną funkcję seneszalka.

W roku 1167 Amalryk zdecydował się na ponowne małżeństwo. Z drugą oblubienicą dzieliła go równie poważna różnica wieku jak z pierwszą tylko że tym razem to on był starszy. W sierpniu odbyły się zaślubiny, a zaraz po nich koronacja królewskiej małżonki. Młoda królowa, Maria Komnena, oprócz imponującej urody i co najmniej równie imponującego wiana, posiadała jeszcze inny cenny atut, któremu może w największym stopniu zawdzięczała swoje pojawienie się na jerozolimskim dworze. Należała do rodu bizantyńskiego cesarza Manuela, a więc wybierając ją na swoją towarzyszkę życia, Amalryk jednocześnie zacieśniał wieloletni sojusz łączący jego państwo ze Wschodnim Cesarstwem.

Maria nie była pierwszą krewną prawosławnego imperatora wydaną za władcę Jerozolimy. Z rodziny cesarskiej pochodziła również Teodora, żona poprzedniego monarchy, mieszkająca od chwili jego śmierci w swoich wdowich posiadłościach w Akce, gdzie podobno długi czas oddawała się wyłącznie żałobie po utracie męża. Jednak rozpacz z powodu przedwczesnego odejścia króla Baldwina nie przeszkodziła Teodorze w nawiązaniu kilka lat później burzliwego romansu. Nowym obiektem jej uczuć został blisko z nią spokrewniony Andronik Komnen. Był to mężczyzna już niemłody, ale ponoć urzekająco piękny, a przy tym odważny, waleczny, cyniczny i nie stroniący od rozpusty. Ten pod każdym względem niepospolity człowiek, zdążywszy już poprzednio złamać całkiem pokaźną ilość niewieścich serc, postanowił wypróbować swoje uwodzicielskie zdolności na własnej bratanicy. Cała historia skończyła się skandalicznie — owładnięta afektem Teodora zgodziła się na ucieczkę z Andronikiem, by odtąd, jako jego kochanka, towarzyszyć mu na dobrowolnym wygnaniu.

Ów kompromitujący incydent nie wpłynął ani na stosunki Jerozolimy z Konstantynopolem, ani na pozycję Marii Komneny w jej drugiej ojczyźnie. Królowa szybko zdobyła życzliwość otoczenia, któremu też i swojej życzliwości nie szczędziła. Bez trudu zaaklimatyzowała się w obcych jej warunkach świata zachodnio-chrześcijańskiego, tworzącego specyficzną mieszankę kultury europejskiej z lewantyńską. Jako Greczynka, szczycąca się płynącą w żyłach sporą domieszką krwi cesarskiej, Maria przywykła do ortodoksyjnej cywilizacji prawosławnej, do bajecznego przepychu i bogactwa, do sztywnego dworskiego ceremoniału. Rezydencja męża, pozbawiona tak majestatycznej oprawy, a ponadto odczuwająca skutki kiepskiej kondycji królewskiego skarbca, musiała wydać się jej dość licha, jakkolwiek, w porównaniu ze skostniałym bizantyńskim splendorem, jeszcze większy kontrast stanowiły panujące na dworze jerozolimskim daleko skromniejsze i mniej krępujące obyczaje.

Amalryk początkowo z pewnym niepokojem oczekiwał reakcji, z jaką jego córka i syn przyjmą nowego członka ich rodziny. Lecz jego obawy okazały się bezpodstawne. Maria była kompletnym zaprzeczeniem mitu o złych macochach. Między nią a jej pasierbami nawiązała się prawdziwa zażyłość, co jednak nie oznaczało, że królewska małżonka zbyt poważnie przejęła się rolą przybranej matki. Więcej niż opieka nad potomkami męża pochłaniały ją pałacowe rozrywki. Ponieważ i Amalryk, choć nie skąpił swoim dzieciom jak najbardziej szczerych uczuć, w sumie nie przemęczał się nawałem rodzicielskich obowiązków, Sybilla i Baldwin, pozostawiani przez większość czasu bez jakiegokolwiek nadzoru, mogli korzystać z niemal nieograniczonej swobody. Ich ulubioną rozrywką stały się wędrówki po gwarnych, zatłoczonych ulicach Jerozolimy. Tam poznawali barwne życie stolicy — codzienną egzystencję miejscowych bogaczy i nędzarzy, ciężko pracujących rzemieślników i dumnych właścicieli kramów kupieckich, paradujących w otoczeniu służby dostojnych dygnitarzy i chowających się w najskrytszych zakamarkach okolicznych przestępców, mijanych po drodze mnichów i napotykanych przypadkiem ulicznych kurtyzan.

W trakcie jednej z takich wypraw, wczesną wiosną roku 1169, natrafili na gromadę ludzi, tak osobliwie wyglądających, że ich widok natychmiast przyciągał uwagę. Mężczyźni, kobiety i dzieci, razem około dwudziestu osób, szli w zwartej grupie, podczas gdy pozostali przechodnie najwyraźniej starali się ich omijać. Wszyscy ci ludzie zdawali się poruszać z pewną trudnością, część z nich podpierała się laskami, niektórzy mieli zawoalowane twarze. Sybilla i jej brat, przypatrując się temu dziwnemu pochodowi z ogromnym zainteresowaniem, w pewnym momencie usłyszeli, jak ktoś do nich woła:

— Nie zbliżajcie się! Ci ludzie są nieczyści.

— Co to znaczy „nieczyści"? — spytała Sybilla.

— Oni są trędowaci — odpowiedział ten sam głos.

Słowa te wywarły na królewskich dzieciach niemałe wrażenie. O trędowatych, których w Palestynie nie brakowało, słyszały one wielokrotnie, lecz nigdy dotąd ich nie widziały. Sybillę ogarnął niepokój. Zapragnęła jak najszybciej stamtąd odejść i właśnie zamierzała powiedzieć o tym bratu, gdy ten nagle, ku jej przerażeniu, podszedł do idącej na czele nieszczęsnego tłumu kobiety o podkrążonych oczach i zsiniałych wargach. Była jeszcze młoda, chociaż szła niedołężnie, jak zgrzybiały starzec. Ujrzawszy nadchodzącego w jej stronę chłopca, w rozpaczliwym geście wyciągnęła rękę, chcąc tym ruchem powstrzymać go od zbliżenia się. Nie odniosło to jednak żadnego skutku; po chwili Baldwin znalazł się w tak niewielkiej odległości, że mógł dokładnie widzieć jej twarz - nienaturalnie bladą, pokrytą prawie niezauważalnymi bliznami. Przyglądał jej się przez jakiś czas, po czym zdjął złotą bransoletę, zdobiącą rękaw jego tuniki i podał ją kobiecie. Ona przyjęła ten podarunek po dłuższym wahaniu, próbując przy tym uśmiechnąć się, ale bez powodzenia. Wśród jej towarzyszy zapanowało wyraźne ożywienie, jakby jakaś nowa siła wstąpiła w nich pod wpływem spotkania z tym błękitnookim dzieckiem, które nawet nie mogło podejrzewać, że to, co właśnie uczyniło, wpłynie kiedyś na całe jego życie.

* * *

Minął prawie rok od tamtego wydarzenia, kiedy pewnego dnia władca Jerozolimy nagle uznał, iż nadeszła pora, aby poważniej zająć się wykształceniem jego męskiego potomka. Wprawdzie dziewięcioletni wówczas Baldwin posiadał już doskonale opanowaną sztukę pisania, czytania i jazdy konnej, ale poza tym jego dotychczasowe wychowanie wydawało się bardziej odpowiednie dla małego włóczęgi niż dla przyszłego następcy tronu. Amalryk, dotąd niezbyt gorliwie troszczący się o edukację swoich dzieci, postanowił wreszcie naprawić to zaniedbanie, zlecając opiekę nad synem archidiakonowi Wilhelmowi z Tyru. Ów łagodny i wiecznie zamyślony człowiek, na którym przed siedmioma laty takie wrażenie uczynił widok królewskiego dziedzica, niedawno został mianowany kanclerzem jerozolimskim, a od jakiegoś czasu dodatkowo trudnił się nauczaniem synów miejscowych notabli. Przebywając w rezydencji monarchy, miał okazję poznać królewicza i niebawem szczerze się do niego przywiązał. Szybko zaczął nabierać przekonania, że ten ładny i rozumny chłopiec musi być niezwykłym dzieckiem, i tak też go traktował. Dowiedziawszy się o powierzeniu mu obowiązków wychowawcy Baldwina, ze wzruszeniem zapewniał jego ojca:

— Uczynię wszystko, aby przyszły król wyrósł na przynajmniej tak wybitnego władcę jak obecny.

Amalryk zaś, śmiejąc się, odpowiedział:

— Wystarczy, wielebny kanclerzu, że zadbasz o to, aby przyszły król korzystał ze swojej głowy nie rzadziej niż obecny.

Odtąd brat Sybilli większość czasu, zamiast z siostrą, spędzał w towarzystwie innych uczniów Wilhelma. Poza tym jednak oddanie go na naukę niewiele zmieniło. Wilhelm z Tyru, mimo całej swojej mądrości i nieprzeciętnego intelektu, w roli nauczyciela raczej się nie sprawdzał. Ponieważ nie potrafił zdobyć się wobec wychowanków na jakąkolwiek stanowczość, prowadzone przez niego lekcje zwykle polegały na tym, iż pozostawiał chłopców na łasce ich własnej pomysłowości, podczas gdy sam oddawał się pracy nad swoim wielkim dziełem — kroniką Królestwa Jerozolimskiego. Gdyby Baldwin nie posiadał wrodzonej inteligencji i zamiłowania do wiedzy, z pewnością Amalryk wkrótce pożałowałby wyboru takiego pedagoga.

Sybilla początkowo ciężko znosiła rozłąkę z bratem, potem jednak stopniowo przyzwyczajała się do nowej sytuacji. Nie miała zresztą powodów do narzekań. Nadal żyła swoim dawnym trybem, dni upływały jej na zabawach, mogła bez żadnych ograniczeń cieszyć się każdą chwilą, co też czyniła tak zapamiętale, że w końcu zwróciło to uwagę jej macochy.

Któregoś wieczoru, kiedy król, który niedawno wrócił z wizyty w Konstantynopolu, właśnie zaczynał po raz kolejny opowiadać żonie o swoim spotkaniu z jej krewniakiem, cesarzem bizantyńskim, Maria niespodziewanie zagadnęła go:

— Nie wiem, czy zauważyłeś, że Sybilla wyrasta na piękną dziewczynę. Zobaczysz, jeszcze kiedyś będziesz z niej dumny.

— Już teraz jestem i zawsze byłem — odpowiedział jej mąż z takim samym zapałem, z jakim wcześniej rozwodził się nad przymiotami Manuela Komnena.

— Ale musimy wreszcie poważnie pomyśleć o jej wychowaniu — mówiła dalej królowa. — Do czego to podobne, żeby młoda dama w jej wieku i z jej pochodzeniem zachowywała się jak niesforny chłopak. Przecież ona wkrótce skończy jedenaście lat... A za jakiś czas trzeba będzie zacząć myśleć o szukaniu dla niej męża.

— Męża? Mario, co ty mówisz? — wykrzyknął Amalryk, spoglądając z osłupieniem na małżonkę, jakby zamiast niej widział przed sobą armię kandydatów do ręki córki.

— Nie mówię, że już teraz, jeszcze można z tym poczekać — tłumaczyła Maria. — W tej chwili należy tylko zająć się przygotowaniem jej do dorosłego życia... I to trzeba powierzyć komuś, kto okaże się godny takiego zadania, czyli raczej komuś nieco bardziej odpowiedzialnemu niż ten poczciwy Wilhelm z Tyru.

— Nie rozumiem, co masz przeciwko Wilhelmowi.

— Nic, mój drogi, absolutnie nic, poza tym, że równie dobrze można by oddać dziecko na wychowanie zwojom pergaminu, na których ten zacny człowiek spisuje tamte wszystkie swoje mądrości, zamiast jemu samemu. Prawdziwe to szczęście, że twój syn ma znacznie więcej rozsądku niż jego nauczyciel przytomności, inaczej strach byłoby pomyśleć, co by z tego chłopca wyrosło. Tylko że Sybilla... Nie gniewaj się, Amalryku, że ci to mówię, Sybilla ma dobre serce i zapewne rozumu też jej nie brakuje, ale na jej rozsądek raczej bym aż tak nie liczyła. Ty może tego nie zauważyłeś, bo jesteś zbyt zaślepiony miłością do swoich dzieci, aby widzieć niektóre rzeczy, które powinieneś widzieć. Ja natomiast od jakiegoś czasu dostrzegam, że twoja córka zaczyna wykazywać niepokojące skłonności. To oczywiście nie jej wina, po prostu nikt nie uświadomił jej, że nie wypada, aby królewska córka w tym wieku pokazywała się publicznie z odkrytą twarzą, biegała po ulicach jak przekupka albo zachowywała się... dość zalotnie wobec przyjaciół swojego brata. Może dla niej to tylko zabawa, ale pamiętaj, proszę, kim ona jest...

— Więc co twoim zdaniem powinniśmy uczynić? — spytał Amalryk, kiedy wreszcie udało się mu przerwać potok słów żony.

— Pomyślałam o twojej ciotce, przeoryszy klasztoru w Betanii. Gdyby jej na jakiś czas powierzyć Sybillę...

— Mario! Chcesz wysłać Sybillę z domu? Moją Sybillę! Jakby nie dość było tego, że Baldwina nie widuję całymi dniami...

— Przedtem też nieczęsto go widywałeś, bo włóczył się ciągle niewiadomo gdzie, Sybilla zresztą także. Ja po prostu uważam, że nią powinien się zająć ktoś rozumny, bogobojny, rzetelny. I oczywiście, żeby była to kobieta.

— Ale czy to jest powód, żeby ją od razu oddawać do klasztoru? Przecież równie dobrze ty mogłabyś się nią zająć. Chyba spełniasz wszystkie warunki, o których przed chwilą mówiłaś. A już na pewno ten ostatni.

— Masz rację — odrzekła Maria, przybierając nagle dziwnie uroczysty ton. — Ja jestem kobietą. I właśnie chcę cię powiadomić, że, jak każda kobieta, wkrótce urodzę dziecko.

Amalryk, który dotąd słuchał wywodów małżonki z kiepsko ukrywaną rezygnacją, zerwał się, jakby ktoś go pchnął włócznią. Jakiś czas nie mógł wydobyć głosu. Dopiero po chwili wyjąknął:

— Urodzisz dziecko...? To znaczy... to znaczy, że ty jesteś brzemienna?

— Nie mogłabym urodzić dziecka, nie będąc brzemienną, jeśli o to chcesz spytać — odpowiedziała rozbawiona. — Sądziłam, że nie muszę uświadamiać ci takich rzeczy... w końcu to nie pierwszy twój potomek ma przyjść na świat. A mówiąc poważnie, nie rozumiem, co cię tak dziwi. Jestem twoją żoną od ponad dwóch lat. Chyba już nadeszła najwyższa pora. W każdym razie to, że niedługo będziesz miał kolejne dziecko nie powinno zwalniać cię z obowiązku myślenia o tych, które już masz. Oczywiście, że mogłabym ja osobiście poświęcić się wychowaniu Sybilli, ale nie jestem pewna, czy sama temu podołam, zwłaszcza teraz, gdy będę musiała zająć się własnym dzieckiem. A Jowita... Na pewno będzie dla twojej córki lepszą opiekunką niż ktokolwiek inny. Poza tym nie oddalibyśmy jej Sy billi na długo... najwyżej na rok lub dwa. I nie komuś obcemu, to przecież rodzona siostra twojej matki.

Amalryk zwykle ustępował Marii, podobnie jak niegdyś Agnieszce. Teraz także dał się przekonać, nawet nie wiedząc, na ile skłoniły go do tego argumenty żony, a na ile jej błogosławiony stan.

I tak Sybilla miała pierwszy raz w życiu na dłużej rozstać się z rodziną, by przez najbliższe miesiące przebywać za murami klasztoru w Betanii jako wychowanica swojej krewnej, przełożonej zakonu. Razem z nią jerozolimski zamek opuszczało kilka statecznych dam dworu, przydzielonych do usługiwania jej i wyznaczony na posłańca Grek o imieniu Nicefor, należący do osobistego orszaku Marii.

Żegnając się z pasierbicą, królowa powiedziała:

— Gdybyś tylko chciała wrócić, przyślij Nicefora, żeby nas o tym powiadomił i wtedy natychmiast zabierzemy cię z powrotem.

Okazało się jednak, że Sybilla wcale nie musiała skorzystać z propozycji macochy. Po pewnym czasie przyzwyczaiła się do pobytu w klasztorze, nawet zaczęło jej się w nim podobać. Wszystko tam sprawiało wrażenie niezwykłego, niemal ponadziemskiego spokoju, połączonego z nienaruszalną dostojnością — wszystko, łącznie z cioteczną babką Jowitą. Ta wiekowa niewiasta, przybrana w powłóczysty habit, z obliczem niemal zawsze szczelnie zasłoniętym mnisim kwefem, wydawała się uosobieniem pobożności i ascezy, istotą bardziej niebiańską niż śmiertelną. Ale choć zupełnie wyrzekła się doczesnego świata, nie był on jej całkiem obcy. To właśnie ona zapoznała córkę władcy Królestwa Jerozolimskiego z historią jej państwa i rodu, od niej Sybilla usłyszała o tym wszystkim, co powinna wiedzieć jako członkini chrześcijańskiej dynastii, rządzącej w lewantyńskiej monarchii.

Jowita była najmłodszą z czterech córek króla Baldwina, pradziada Sybilli. Jako jedyna z sióstr doczekała podeszłego wieku... Podobno — przynajmniej tak twierdziła — dzięki temu, że jako jedyna z nich, zamiast małżeństwa wybrała życie zakonne. Wybrała, nikt jej do tego nie nakłaniał. Jej siostry miały mężów i żadna na tym dobrze nie wyszła. Wszystkie trzy — Hodierna, hrabina Trypolisu, Alicja, księżna Antiochii i najstarsza Melisanda, królowa Jerozolimy, babka Sy billi — swoich małżonków, narzuconych im przez warunki polityczne, zaledwie tolerowały. Wszystkie też dość wcześnie owdowiały. Same również już nie żyły. A Jowita nadal żyła, otoczona powszechnym szacunkiem, uważana prawie za świętą i — co najistotniejsze — była po prostu szczęśliwa.

Zdarzały się momenty, gdy sędziwa zakonnica zrzucała maskę niedostępnej powagi i z budzącej respekt przeoryszy klasztoru przeobrażała się w najzwyklejszą ciotkę Jowitę. Wówczas Sybilla szczególnie lubiła jej towarzystwo i chętnie przysłuchiwała się przytaczanym przez nią rozmaitym anegdotom z dawniejszych dziejów dynastii. Często były to epizody naprawdę pasjonujące, zwłaszcza że ciotka miała wystarczające zdolności oratorskie i spore poczucie humoru, jakkolwiek drugi z owych cennych darów na ogół skrzętnie ukrywała.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.