Gasnąca dusza - Marian Gawalewicz - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 211 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gasnąca dusza - Marian Gawalewicz

Powieść „Gasnąca dusza” ukazała się w 1887 roku. Jaj autor, Marian Gawalewicz, związany ze Lwowem polski dramatopisarz, powieściopisarz i publicysta, debiutował we lwowskiej prasie jako nowelista i poeta w 1868 roku. Jest także twórcą m.in. powieści obyczajowych: „Filistry”, „Mechesy”, „Szubrawcy” oraz zbioru legend „Królowa niebios”. Wiele lat współpracował z teatrami we Lwowie, Warszawie i Łodzi.

Opinie o ebooku Gasnąca dusza - Marian Gawalewicz

Fragment ebooka Gasnąca dusza - Marian Gawalewicz




Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. ROZDZIAŁ V
  6. ROZDZIAŁ VI
  7. ROZDZIAŁ VII
  8. ROZDZIAŁ VIII
  9. ROZDZIAŁ IX
  10. ROZDZIAŁ X
  11. ROZDZIAŁ XI
  12. ROZDZIAŁ XII
  13. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

Pracownia Filipa Morelli mieściła się w dawnym refektarzu pokarmelickiego klasztoru: grube sklepione mury, wysokie okna; kamienne odrzwia tu i ówdzie spod odpadającego tynku wyzierające ślady dawnych fresków lub oderwane głoski łacińskich napisów – nadawały jej charakter średniowiecznej rudery.

Byłoby to jakimś lamusem, albo stałoby najpewniej wilgotną, zatęchłą pustką, zamieszkaną chyba przez pająki, szczury i nietoperze, gdyby fantazja młodego rzeźbiarza nie wybrała tego miejsca na pracownię.

Dla artysty ta ruina miała swój właściwy urok, a oprócz tego niektóre praktyczne dogodności: niby wśród ludzi a na ustroniu, bo od ulicy odgraniczał ją wysoki mur, w którym mała wazka furtka z żelaznym krzyżykiem u góry, dawała jedyne wejście obok bramy.

Przestronnie tu było, światła dużo, jakkolwiek w wysokich oknach nie wszystkie szybki się zachowały i bez ceremonii jakaś ręka zastąpiła je papierem lub deszczułkami; te zaś, które się utrzymały, pokrywała warstwa kurzu, spłukiwanego chyba strugami ulewnego deszczu od czasu do czasu.

W słoneczne dnie, to światło było jedyną ozdobą rzeźbiarskiej pracowni Filipa, ale z wielką niedyskrecją wydobywało na jaw całą tę poplamioną, odrapaną, obdartą fizjognomią wewnętrzną i zewnętrzną dawnego refektarza.

Stare, suto okute drzwi na zardzewiałych wrzeciądzach otwierały się ciężko, skrzypiąc przeraźliwie i zacinając po zamknięciu na zamek staroświecki i dużą klamkę w kształcie lwiej łapy z pazurami.

W noce księżycowe natomiast pracownia Filipa zmieniała się do niepoznania; srebrne światło niebieskiej lampy magiczny wpływ wywierało na jej wnętrze, odnawiało ją, obwieszało jakimiś wzorzystymi makatami po ścianach, o fantastycznym rysunku, posadzkę wykładało mozaiką z cienia i blasków, jakie rzucały duże okna, sięgające pod same sklepienia; z mroków występowały wówczas, jakby na zaklęcie, białe postacie posągów, studiów, szkiców rozstawionych w nieładzie a księżyc, jak drugi Pigmalion, ożywiał je ułudne mi pozorami.

Dla artysty, poety, marzyciela ze wschodem księżyca rozpoczynało się w tej pracowni jakieś czarodziejskie widowisko; wrażliwszy umysł siłą wyobraźni mógł dosnuwać do tych realnych motywów całą najdziwaczniejszą bajkę; nie darmo opowiadano sobie w sąsiedztwie byłego klasztoru, że w starym refektarzu po nocach straszy i utrzymywano, że żaden rozsądny człowiek nie naraziłby swojej głowy, a może i życia, zamieszkując ruinę, w której pokutują duchy dawno zmarłych zakonników.

Od czasu wszelako, gdy Filip Morelli urządził sobie tu pracownię rzeźbiarską po przyjeździe z Rzymu i Florencji, gdzie lat kilka bawił dla studiów, wiara w strachy doznała sromotnego ciosu; młodemu artyście ani jeden kędzierzawy włos z czarnej głowy nie spadł, a oprócz własnego cienia, snującego się często wieczorami wśród rozpoczętych w glinie postaci, nie spotkał dotąd ani jednego ducha, chociaż z całą gościnnością gospodarza byłby mu najchętniej ciężkie drzwi wiodące na ciemny korytarz własną ręką otworzył.

Ale pomarli ojcowie nie śpieszyli się już więcej do refektarza, w którym oprócz gipsu i gliny nie byliby znaleźli dziś ani okruszyny pożywienia dla siebie.

Zresztą Filip od czasu ożenienia się swego rzadko tu wieczorami przebywał; nęciła go więcej młoda żona i ciepłe, wygodne, milutkie gniazdko, jakie sobie urządził nieopodal pracowni w nowym domu swojej świekry, pani Ludwiki Okulskiej, wdowy po ś. p. Hieronimie, który zostawił jej na pocieszenie po sobie trzy córki, urodne, jak gracje, i kamienicę pakowną, jak koszary.

Córki miały opinią najpiękniejszych panien w całym mieście; co do kamienicy zachodziły pewne wątpliwości, czy w istocie jest równie piękną hipoteką, za jaką ją przedstawiano, tym bardziej, iż nieboszczyk Hieronim nabył ją dosyć obciążoną długami, a pani Hieronimowa od śmierci męża powiększała ciężary dość nieopatrznie.

Kiedy przed dwoma laty Filip Morelli powrócił z Włoch, poprzedzony sławą wielce obiecującego artysty, panny Okulskie w świat właśnie wchodziły; o nich mówiono, że są piękne „jak malowanie”, o nim, że będzie kiedyś polskim Michałem Aniołem i ubolewano tylko nad tym, iż taki artysta przez zrządzenie złośliwego losu będzie nosił włoskie nazwisko pomimo polskiego pochodzenia.

Przypadek bowiem zrządził, że dziadek, czy pradziadek Filipa, był rzeczywiście synem gorącej Italii, ale ojciec jego, już w Polsce urodzony, nawet po włosku dobrze mówić się nie nauczył, i idąc za przykładem własnego rodzica, zaślubił Polkę, a dzieci po polsku wyłącznie wychowywał.

Młodemu Filipowi z pewnym szowinizmem doradzano, aby tak samo spolszczył nazwisko, jak dziad jego spolszczył narodowość.

– Co by ci szkodziło, abyś się przezwał Morelskim, albo Morelowskim? – mówiono do niego – dla dobra sztuki naszej powinieneś to uczynić.

Ale Filip wzruszał ramionami i uśmiechał się pobłażliwie.

– Moi drodzy – odpowiadał swoim doradcom – dlaczego mam się wyrzekać mojego pochodzenia, skoro jeśli nie nazwisko, to twarz moja świadczyć będzie zawsze, że przodków nie nad Wisłą, ale gdzieś nad Tybrem miałem; a zresztą, bądźcie spokojni, jako Filip Morelli, nie będę wcale gorszym Polakiem od Morelskiego; kiedy zaś zdołam utworzyć coś na prawdę pięknego, co by sztuce naszej zaszczyt przynieść mogło, postaram się sam o to, aby nikt mojego dzieła przywłaszczyć sobie nie mógł.

I miał słuszność; rysy jego nosiły tyle cech południowego typu, począwszy od czarnych, jak heban włosów, cery oliwkowej, oczu ciemnych, palących się wulkanicznym jakimś ogniem, że na pierwsze wejrzenie każdy poznawał w nim Włocha a niemal niespodzianką wydawała się w jego ustach ta najczyściejsza polszczyzna, jaką przemawiał zawsze, unikając z umysłu obcego języka.

Twarz Filipa nie była piękną, nie miała wcale klasycznych rysów; przeciwnie, wiele brakowało jej do regularności linii.

Miewał chwile, w których był bardzo brzydkim, ale jeden błysk oka, jeden uśmiech naprawiał wrażenie i pociągał jakimś dziwnym urokiem.

Kiedy go panna Helena Okulska, najstarsza z trzech rozkwitających gracji po raz pierwszy zobaczyła w salonie ks. Jadwigi, patronki szpitala dziecięcego, podczas ważnej narady nad urządzeniem żywych obrazów, skrzywiła się z niechęcią.

– Monstrum! – szepnęła do ucha siostrom i matce – a co za powierzchowność!... kto by powiedział, że to wielki artysta?

– Wygląda, jakby gipsowe figurki po ulicach roznosił – dorzuciła średnia córka pani Okulskiej, chorująca na złośliwość.

– Nawet krawata nie ma porządnie zawiązanego – zauważyła najmłodsza Irena, z pogardliwym wydęciem ślicznych usteczek.

A jednak to monstrum w pół roku później zostało mężem panny Heleny a szwagrem jej sióstr, jakkolwiek obie nigdy zrozumieć nie potrafiły. „co się Helence w takim brzydalu podobać, mogłoę”.

Bywają takie niespodzianki, najmniej prawdopodobne w życiu ludzkim i takie małżeństwa, które jakiś psotny duch z rodzaju złośliwych demonów kojarzy.

Ks. Jadwiga, dbała o powodzenie swoich filantropijnych celów, nie omieszkała wyzyskać chwili, której nowo-przybyły artysta był bohaterem.

Skoro tylko na wystawie sztuk pięknych pojawiły się pierwsze prace Filipa i krytyka rozgłosiła jego nazwisko, a cała publiczność zajęta była jedynie dwoma biustami, przedstawiającymi „Ból” i „Rozpacz”, ze znakomitą ekspresja tych dwóch uczuć wykonane w kamieniu, już dzienniki podały wiadomość wielce interesującą, że „młody nasz rzeźbiarz p. Filip Morelli, przybyły niedawno z Włoch, podjął się na prośbę ks. Jadwigi, zacnej opiekunki szpitala dla dzieci, urządzenia cyklu bardzo efektownych obrazów na scenie miejscowego teatru, w których przyjmą udział najpiękniejsze damy naszego towarzystwa: hrabianka R..., baronowa S..., panny O... itd.”

Reklama poskutkowała; trzy pełne przedstawienia pod protektoratem księżnej, przysporzyły sporo grosza filantropijnej instytucji i spopularyzowały od razu nazwisko młodego artysty, który oryginalnym wyborem tematów, pełnym smaku ugrupowaniem, nowymi efektami oświetlenia złożył dowody niepospolitego talentu i pomysłowości.

Szczególniej zainteresowały wszystkich i zachwyciły żywe posągi na czarnym tle, w których pozowały trzy siostry Okulskie; całe miasto mówiło o nich, rozchwytywano ich fotografie, unoszono się nad tymi wdziękami, co zaćmiły wszystkie piękności od dawna patentowane w salonach wyższego towarzystwa.

Panny Helena, Klara i Irena stały się bohaterkami dnia a mama Okulska czuła się najszczęśliwszą i najdumniejszą z matek.

Zdarzało się bowiem nie raz, że nieba pobłogosławiły kogoś jedną córką „jak malowanie”, ale żeby aż trzy zesłała komuś Opatrzność w swojej dobroci tak hojna – to już chyba dowód szczególniejszej łaskawości, na którą pani Ludwika jakimiś wyjątkowymi cnotami zasłużyć musiała.

Wśród całego tłumu wielbicieli był wszelako ktoś, co bardziej od wszystkich pozostawał pod urokiem tego wyjątkowego piękna i najlepiej je ocenić umiał, najsilniej je odczuwał, najgłębiej się nim przejmował.

Było coś w tym zachwycie miłości własnej mistrza, patrzącego na swoje dzieło okiem znawcy i artysty zarazem.

Filip od czasu pierwszej próby na scenie chodził, jak opętany urokiem wdzięków wszystkich trzech panien Okuskich, ale pierwszeństwo w duszy przyznawał Helenie; ten żywy posąg czarował go, odciskał się w duszy, skamieniał w jego wyobraźni, prowadził go odtąd, jak tajemniczy obłok przed oczyma Mojżesza i zasłaniał resztę całego świata.

Zapaliła się w nim namiętna żądza posiadania takiego arcydzieła natury, którym estetyczna jego dusza zachwycała się tym bardziej, im dłużej się w nie wpatrywał.

Panna Helena zaś widząc czarne, ogniste oczy młodego rzeźbiarza wpatrzone w nią z wyrazem uwielbienia, a patrzące tak wymownie, tak jakoś dziwnie, inaczej od wszystkich, jakie dotąd na nią spoglądały, czuła się w swej kobiecej próżności nadzwyczaj zadowoloną.

Pochlebiał jej ów hołd składany przez mężczyznę, który miał prawo wyrokować o pięknie ze stanowiska artysty, a w niej uznawał i wyróżniał coś z dzieła sztuki.

Jemu też zawdzięczała, że wdziękom jej pozwolił zabłysnąć w całej pełni, że nadał im efektowne tło i ramy, że je niejako rozsławił, jakby na prawdę nie była żywą istotą, ale jakimś wspaniałym posągiem utworzonym w pracowni genialnego artysty.

Uczucie to zatarło pierwsze niekorzystne wrażenie, jakie na niej Filip wywarł początkowo.

Nie zdawała sobie z tego wyraźnie sprawy, że marzeniem jej w życiu było jedynie: być podziwianą, niekochaną; wystarczało jej zapalać oczy, nie serca, upajał ją hołd uwielbienia, chociaż udawała, że o niego nie stoi, że go nie widzi i z tą obojętnością słońca świeciła blaskiem swych wdzięków; ale w tym słońcu była ukryta ambicja bardzo głęboka i drażliwa, ambicja próżności kobiecej.

Tej próżności też przypisać należało, że się panna Helena zajęła Filipem o tyle, o ile on się nią zachwycał i że bez zastanowienia, w pierwszej chwili zgodziła się zostać jego żoną, gdy się oświadczył.

Pochlebiało jej to, iż artysta, którego nazwisko po wszystkich ustach przebiegało, o którym pisały dzienniki, o którym rozmawiano w salonach, ją na samym wstępie wybrał sobie i upodobał; a chociaż siostry utrzymywały, że rzeźbiarz to żadna partia, że pod względem materialnym lepszy by był jakikolwiek urzędnik, postanowiła oddać mu swą rękę.

– Będę żoną sławnego człowieka – mówiła sobie – cały świat znać mnie będzie przez niego, będę nosiła głośne nazwisko: a to więcej warte, niż krocie.

Mama Okulska, przyzwyczajona wypełniać tylko życzenia swych córek, przyjęła do wiadomości postanowione małżeństwo panny Heleny z Filipem i dla formy dała swe błogosławieństwo; zasadą jej było nie sprzeciwiać się kochanym dzieciom i pozostawiać im wszelką swobodę decydowania o własnym szczęściu.

– Mamo – powiedziała jej pewnego wieczoru Helena, gdy wrócili z przechadzki – Morelli mi się oświadczył dzisiaj i przyjęłam go; jutro zapewne sam mamie to powtórzy.

– Dobrze, moja droga – odpowiedziała matka – ty wiesz, że wam pozwalam robić, co chcecie. Czy mam udać, żeś mi o tym nie wspominała?

– Nie potrzeba, przyrzekłam mu, że mamę o tym uprzedzę; mama wie, że mój przyszły mąż nie należy do zbyt wymownych i śmiałych na tym punkcie. Należy mu ułatwić sytuację, zamiast ją utrudniać.

– Już ja to zrobię, bądź spokojną.

Nie zapytała nawet, czy córka kocha swego narzeczonego, bo w tej chwili myśl jej więcej zajętą już była przyszłą wyprawą, aniżeli takimi drobiazgami, jak miłość.

Ona sama nigdy nie kochała nieboszczyka Hieronima, a za jego trumną szła bez jednej łzy w oku, ale w ciężkiej żałobie, zakwefiona gęstym woalem i przez rok i sześć niedziel nie zdejmowała czarnej sukni z szeroką pleureuse’ą, jak na strapioną wdowę przystało: potem dała na mszę żałobną, podczas której razem z córkami klęczała najbardziej przykładnie przy katafalku obstawionym suto kwiatami i świecami, co wszelako nie przeszkadzało jej pójść wieczorem na koncert Rubinsteina; tłumaczyła się tym, że panienki jej nie miały nigdy sposobności słyszeć tak wielkiego pianisty, a niewiadomo, czy go jeszcze kiedy usłyszą.

W sercu i w życiu tej kobiety wszystko wygodnie obok siebie pomieścić się mogło: egzekwie rano za duszę męża, a koncert wieczorem.

Jedno drugiemu nie przeszkadzało wcale.

Pierwszy rok małżeństwa Heleny z Filipem upłynął bardzo szybko; młodzi małżonkowie używali miodowych miesięcy przez całe cztery kwartały, długi czas bawili zagranicą, po powrocie urządzali na nowo swoje mieszkanko, które im się wydało nie dosyć wygodnym, zwłaszcza w przewidywaniu pierwszej pociechy; z konieczności żyli w odosobnieniu, nie bywali u nikogo i mało kogo przyjmowali u siebie.

Filip rozpoczął kilka ważniejszych robót, przyjął kilka obstalunków i zabierał się do wykonania wielkiej kompozycji, w której miał cały swój talent odsłonić. Chciał stworzyć coś wielkiego, coś genialnego, co by mu od razu prawdziwą sławę i stanowisko wyrobiło.

Całymi wieczorami przesiadywał w domu i rozwijał przed żoną swoje plany, zapalając się własnymi pomysłami.

– Zobaczysz, zobaczysz – mówił do niej, ściskając jej drobne, białe, jak z alabastru rączki – co to będzie!...

Pani Helena w ślicznym czepeczku koronkowym, w niebieskim szlafroczku wolno puszczonym, w miękkich pantofelkach atłasowych leżała na szezlongu i robiła włóczkowe powijacze, słuchając męża spokojnie, prawie obojętnie, z większym zajęciem rachując oczka na drucie, niż zważając na jego głośne monologi. Śliczne jej szafirowe oczy przymykały się od czasu do czasu, rączka poprawiała pukle płowych włosów, wymykających się bujnymi splotami spod czepeczka na białą szyję i ziewając ukradkiem, przerywała mu nagle zapytaniem:

– Którego to mamy dzisiaj?

– Dwudziestego piątego września.

– Ach, to jeszcze ze cztery tygodnie! – wzdychała piękna kobieta, odpowiadając swym własnym myślom, a na klasycznych jej usteczkach osiadał jakiś grymas zniecierpliwienia.

Filip zapominał wtedy o wszystkim, przerywał swą natchnioną tyradę, artysta ustępował miejsca szczęśliwemu mężowi i przyszłemu ojcu, klękał u nóg swojej żony, i okrywając pocałunkami jej kolana, mówił z rozpromienioną twarzą a z jakimś dziwnym rozrzewnieniem w głosie:

– O przebacz, przebacz mi, Leneczku – ja ci tu główkę zawracam moim dziełem, a ty o swoim myślisz w tej chwili. Lepsza z ciebie matka, niż ojciec ze mnie. Przysięgam ci, że dopóki naszego aniołka nie złożę do kołyski, dopóty nie wspomnę nawet o mojej grupie. Nawet dc pracowni przestanę chodzić, jeżeli zechcesz...

– O nie – przerywała mu żona głosem rozkapryszonego dziecka – cóżbyś tu cały dzień przy mnie robił?...

Pracownia Filipa wszelako stała odtąd pustkami; zaczęte szkice w glinie rozsychały się; z grubsza zaledwie obrobiony blok marmuru przysypany kurzem walał się, zatoczony w jeden z czterech kątów refektarza, zielone firanki zasłaniały od kilku tygodni pozamykane szczelnie okna, a na biustach, studiach i medalionach osiadł kurz, niezmiatany od niepamiętnych czasów.

Jedynym gościem w pracowni bywał tu wieczorami Wacław Szalej, przyjaciel z lat dziecinnych Filipa, postać oryginalna, dziwaczna, odrażająca przy pierwszym wejrzeniu, ale zajmująca przy bliższym poznaniu.

Mężczyzna około lat trzydziesta kilku z głową krótko strzyżoną, z twarzą zwykle wygoloną, ale zarastającą szybko, z oczyma w głębokich dołach schowanymi prawie zupełnie pod brwią dziwnie ruchliwą i krzaczastą, wzrostu średniego, ale o kształtach pogiętych, skoślawionych, wypaczonych przez naturę i zaniedbanie swobodniejszych ruchów.

Szalej robił wrażenie garbusa, chociaż garbatym nie był, kulawego, chociaż nogi miał proste, kaleki bez rąk, choć władał niemi dobrze, ale nie uważał za stosowne robić z nich jakiegokolwiek użytku; zdawało się, że umyślnie podnosi tak ramiona, aby być podobniejszym do nietoperza, że z umysłu zmrużą tak oczy, by przypominać lepiej kreta, a rąk dlatego z kieszeni starych, wypłowiałych od dawna i połatanych spodni nie wyjmuje, aby z większym złudzeniem udawać paralityka, który zaledwie nogami powłóczy i przy każdym kroku zgina kolana, jakby miał upaść bezwładnie pod ciężarem gniotącym mu zgarbione plecy.

Powierzchowność zaniedbana w najwyższym stopniu nie mogła jednak zatrzeć zupełnie śladów lepszej widocznie przeszłości człowieka, co rozpadał się w ruinę z całą świadomością tego upadku.

Szalej znał się z Filipem od dzieciństwa, na jednym podwórzu grywał z nim w piłkę i gołębie hodował; potem życie ich rozdzieliło, każdy poszedł swoją koleją, a gdy się po latach znowu spotkali, pierwszy był już rozbitkiem, drugi wypływał na szerokie fale życia.

Pewnego razu do pracowni artysty wtoczył się człowiek z obrzękłą twarzą, w czapce naciśniętej na czoło, z rękoma w kieszeniach, pijany, cuchnący wódką i ochrypłym głosem spytał od progu:

– Tu mieszka Filip Morelli, mój przyjaciel głupiej młodości, towarzysz cielęcych bzików, urwisostwa i psich figlów, a dzisiaj podobno maestro i porządny człowiek?... niech się odezwie, albo mnie za drzwi wypchnie, Corpo di Baccho!... A, jak się masz Filip?... poznałem cię po tych kudłach i kaczym nosie. Szalej jestem.

I chwiejąc się na nogach, stanął przed Filipem, modelującym postać anioła o spuszczonych skrzydłach, pochylonego nad martwemu dzieckiem i trzymającego palec na ustach, jakby nakazywał milczenie i mówił: „Cicho, ono śpi!”

– Jak Belzebuba kocham – ciągnął dalej pijany gość – tym razem ludzie nie skłamali, mówiąc o tobie. Tyś artysta? bratku, całą gębą. Co ty tu lepisz, anioła?... poczekaj no, niech zobaczę; jam się znał w życiu z aniołami i dlatego dziś diabli mnie biorą.

Czapkę odrzucił na tył głowy, ramiona jeszcze wyżej podniósł, brwi ściągnął i jakby oprzytomniały nagle wzrok bystro wlepił w modelowaną grupę z wyrazem szczególnego zajęcia.

– Hm, hm! – zaczął po długiej chwili – masz talent, chłopcze, masz duszę twórczą, masz przyszłość przed sobą, ale co z tego!... i ja miałem to wszystko. Wiesz ty, żeś wydłubał małe arcydzieło w tej glinie?... Ja się trochę znam na tym, chociaż na świat patrzę dziś przez pryzmat kieliszka, bo ja jestem pijak, Filipie, prosty pijak; to mój stan cywilny dzisiaj i zajęcie! Na tym jednym się ludzie nie pomylili, przyznając mi, żem pijak. Ja i dziś jestem pijany, i wczoraj byłem i jutro znowu będę, tylko się prześpię u ciebie. Nie masz tu, na czym usiąść?... a! pyszna kanapa, sułtan nie wart lepszej!

To mówiąc, potoczył się do drewnianego stołka, na którym resztki gipsu pozostały, strzepnął go połą od surduta i usiadł ciężko, opierając z trudnością nogi na drugim krzesełku pod ścianą.

– Wyborne siedzenie – prawił dalej – jestem jak most rzucony nad przepaścią, po którym głupie myśli będą galopowały, dopóki nie usnę. Ty mi tu przecież przespać się pozwolisz?... zapłacę ci za to, mój gospodarzu, odą, którą będziesz mógł potem fajkę zapalić tak samo, jak ja to robię z moimi wszystkimi canzonami. Gdy się wytrzeźwię, to pogadamy z sobą, mój maestro, teraz mi nie przeszkadzaj marzyć i chrapać.

Ziewnął szeroko, wstrząsnął się i z jakimś sardonicznym uśmiechem mruknął do siebie:

– No, no, patrzcie!... i ten Filip został artystą; é un artista!... dorzucił głośniej, językiem mlasnął, oczy zmrużył i pomrukując, zaczął w drzemkę zapadać.

Filip przerwał robotę i zajęciem przypatrywał się pijanemu oryginałowi, siląc się rozpoznać w nim rysy towarzysza lat dziecinnych.

– To tak się ludzie marnują! – myślał i dreszcz przebiegł go po całym ciele; przypomniał sobie wspólną przeszłość z tym samym pijakiem, który cynicznie szydził dzisiaj sam z siebie.

Był czas, kiedy ten Szalej genialnymi błyskami zapowiadał olbrzyma, a skarlał tak okropnie; wtedy ożywiał go inny duch, inny zapał; kochał piękno, sztukę, poezję, należał do najbardziej wykształconych kolegów Filipa, marzył o laurach, o sławie, pisał wiersze pełne natchnienia, kreślił plany poematów z bujną fantazją Słowackiego; całego Heinego i Muset’a umiał na pamięć, porywał swoją wymową wulkaniczną, a po jakichś dziesięciu latach wszystko to stliło się w nim, rozpadło w gruzy, śladu nie zostawiło. Ponad wszystkim zatryumfował nałóg obrzydły i z człowieka zapowiadającego znakomitość, stalą się pospolita, zmarnowana egzystencja, rodzaj chwastu ludzkiego, podlewanego wódką, która tę lichą wegetacją jedynie utrzymywała.

– To tak się ludzie marnują! – powtarzał w myślach swych Filip i z przykrym uczuciem wstrętu, ale i litości zarazem, spoglądał na Szaleją.

Od owych pierwszych odwiedzin w pracowni artysty, zmarnowany poeta był częstym gościem Filipa; przychodził i godzinami całymi wylegiwał się na dwóch drewnianych stołkach pod ścianą, przypatrując się Filipowi zajętemu przy pracy.

Rozmowy z nim miały swój odrębny urok dla rzeźbiarza; oryginalny umysł i inteligencja nie miały jeszcze czasu zatopić się zupełnie w alko holu.

Szalej pijany, zachowywał jakąś fenomenalną trzeźwość myśli i pamięci, chwilami wznosił się do wyżyn prawdziwego natchnienia i umiał mówić ze swadą retora; niekiedy deklamował całe ustępy z poetów naszych i obcych lub improwizował świetne oktawy, zapalał się i zmieniał w innego człowieka, ale ta zmiana trwała krótko.

Jak zepsuty instrument, rozstrajał się co chwila i fałszywym jakimś tonem, przykrym jakimś zgrzytem przerywał rozpoczętą harmonią.

Zdawało się niekiedy, że umyślnie sili się na takie dysonanse, jakby urągał echom światlejszej przeszłości i pragnął wypaczyć do reszty swą właściwą naturę.

Filip próbował z początku ratować przyjaciela od ostatniej zagłady fizycznej i moralnej, chciał go jak topielca wbrew jego własnej woli wyciągnąć z tego wiru, który porywał i coraz głębiej zanurzał rozbitka; ale Szalej mu otwarcie raz powiedział:

– Nie strzęp ty sobie na darmo języka, mój kochany. Był ktoś, co mi lepiej od ciebie wymyślał i kazania prawił, który znał mnie do szpiku kości i nawracać chciał, jak misjonarz, a jednak w końcu dał za wygraną. Tym poczciwym człowiekiem, byłem ja sam, ale po każdej rekolekcji zapraszałem się w końcu na kieliszek, boć musiałem czymś przecie uczęstować mojego moralistę – no, i wychodziliśmy obaj pijani i pogodzeni ze sobą. Daj pokój, ja wiem dokąd lezę i gdzie wpadnę. Jeśli chcesz, mogę ci oszczędzić widoku mojej pięknej twarzy i pozbawić cię genialnej rozmowy z Diogenesem XIX wieku, który w beczce wódki zamknął swoją istność. To wszystko szkaradne, co ja mówię... prawda? – jeśli nie chcesz, nie słuchaj.

Niekiedy przychodziła Filipowi ochota wyprosić naprawdę za drzwi Szaleją, gdy go zniecierpliwiły daremne usiłowania rehabilitacji przyjaciela, ale żal mu było pozostawiać na bruku człowieka, z którym łączyły go wspomnienia innej przeszłości, w którym kołatał się wyższy, ale okaleczały duch jakiś.

Zresztą Szalej nie zawsze bywał pijanym, a po trzeźwemu należał do najprzyjemniejszych towarzyszy, od którego wiele jeszcze skorzystać można było.

On zresztą i Piotrek, młode, ciche, potulne chłopię, uczeń Filipa, przyjęty z łaski do pracowni, stanowili tu jedyne żywe otoczenie artysty, który nie lubił do sanktuarium swej pracy i natchnienia wpuszczać obcych ludzi; nawet pani Helena należała do bardzo rzadkich gości w atelier swego męża.

– Jak tu brudno u ciebie – rzekła raz, rozglądając się po obdartych ścianach i szukając dla swoich nowych bucików miejsca na posadzce, niesplamionego gipsem, gliną lub pyłem kamiennym. – Mój drogi, jeśli mnie kiedy zaprosisz tutaj, aby mi pokazać coś nowego, to każ przynajmniej pozamiatać pracownię. Nawet stanąć gdzie niema; całą suknię sobie powalałam!...

O pracach męża nie było mowy; piękna pani z roztargnieniem patrzała na pomysły wcielane przez niego, jakby się siliła zobaczyć to, czego nie widziała oczyma duszy. Wzrok jej z większą uwagą zatrzymywał się na białym złomie marmuru, z którego promień słońca wykrzesywał srebrne iskierki, albo na kupie gliny przykrytej wilgotną płachtą.

– Jakie to białe – mówiła, dotykając z lekka paluszkami kamiennej bryły – zupełnie do cukru podobne.

Krzywiąc się z niesmakiem, wzruszała ślicznymi ramionami i z politowaniem patrzała na męża, rzeźbiącego drewnianym dłutkiem ogromny biust leśnego satyra, który sobie ogryzał pazury z przedziwnie złośliwym uśmiechem.

– Jak ty się nie brzydzisz dotykać tego błota! – wołała pani Filipowa do męża – ach, jeszcze czego!... nie bierz mnie w pół, bo mi powalasz cały stanik. Nie dam ci się pocałować, dopóki się nie umyjesz. Bądź zdrów, uciekam do domu, panie majstrze!

I umykała z pracowni, śmiejąc się, bez pożegnania.

Szalej raz ją tylko widział w korytarzu i przez otwarte drzwi wysłuchał rozmowy jej z mężem; ale nie dał się przedstawić i z jakimś złośliwym skrzywieniem ust patrzał za nią, gdy małymi nóżkami wybierała gładsze kamienie na ścieżce prowadzącej ku furcie.

Trzeźwym był dnia tego i małomównym, spoglądał spod oka na Filipa i swoim zwyczajem chodząc po pracowni z rękoma w kieszeniach, zdawał się rozmyślać nad czymś, co mu widocznie do smaku nie przypadło.

Raz tylko zatrzymał się przed Piotrkiem rozcierającym glinę pod oknem i swoim rubasznym tonem zapytał go:

– Czemuż ty, kundlu, czapki nie zdjąłeś?... nie wiesz, że przed figurą trzeba zawsze głowę odsłonić.

– A gdzie tu jest figura? – zapytał chłopak, podnosząc swe duże, bystre oczy na mówiącego.

– Była – odparł krótko Szalej i nacisnąwszy czapkę na czoło, wyszedł z pracowni, jak zwykle, bez pożegnania.