Garbuska - Leszek Sokołowski - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 184 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Garbuska - Leszek Sokołowski

Z więzienia Kalun po dziesięciu latach wychodzi na wolność Vardis Fisz, członek bractwa. Odnajduje krewną z osady, skąd pochodzi –Garbuskę o czerwonych włosach. Zamieszkują razem.

 

Vardis jako zadośćuczynienie niewoli otrzymuje fabrykę. Jego dawni wspólnicy Oskar i Rot prowadzą gazetę „Corrida”, która jest tubą propagandową bractwa. Na przyjęciu w redakcji poznaje Głównego Redaktora, bezwzględnego cynika na usługach mocodawców. Główne motto Naczelnego to nienawiść do ludzi. Niedługo potem Oskar i Rot popadają w niełaskę.

 

Garbuska” to powieść z pogranicza faktu i fikcji – jest groteską o elementach karykatury i momentami fantastycznej stylizacji. Treść jej odbiera się jako absurdalną w zestawieniu z rzeczywistością. Wiele tu zamierzonej niespójności: piękno przeplata się z brzydotą, miłość z wynaturzeniem miłości, życie ze śmiercią, tragizm z komizmem.

 

 

Największe oszustwo to świat, w którym żyjemy, nie mamy o nim najmniejszego pojęcia, przyjmujemy go jak podaną w książkach prawdę historyczną. Do historii można mieć dystans, ale rzeczywistość trzeba czytać, kto ją widzi taką, jaka jest? Kto ją widzi własnymi oczami?

 

Akceptacja zaistniałego stanu rzeczy to grzech główny, rewolucja, która ma być oczyszczeniem jest tylko aktem gwałtu, po którym wszystko wraca do normy, punktu wyjścia. Ludzie są zawsze tacy sami, nie zmieni ich żadna technologia. Świat jest im obojętny. Słońce, księżyc, gwiazdy. Oceany, góry, rzeki. Przyszli tylko na moment i za moment odchodzą ze swoimi bogami. Kiedyś to wszystko się skończy, zostaną być może tylko szczury, które nieudolnie naśladujemy, silniejsze i szlachetniejsze od ludzi.

Opinie o ebooku Garbuska - Leszek Sokołowski

Fragment ebooka Garbuska - Leszek Sokołowski



Garbuska

DZIEWCZYNA była niska, ubrana w czarną, błyszczącą kurtkę z białym kapturem, na który niesfornie spływały długie, czerwone włosy. „W pośpiechu spreparowana przez artystę lalkarza, który każdego poranka walczy z lękami” – pomyślał. Na rozmazanej w siwej mżawce ulicy oprócz ich dwojga nie było nikogo. Tylko w bramie naprzeciwko, jak w zwolnionym tempie, poruszały się rachityczne cienie. Vardis kuląc się z zimna, postawił kołnierz płaszcza. Jeszcze się wahał. W chwili, gdy podeszła do postoju taksówek, lunął rzęsisty deszcz. Wtedy zdecydowanie ruszył w jej stronę, przeskakując rwący ulicą ściek. Teraz był pewny, to była dziewczyna z osady. Nachylił się do jej ucha i szepnął kilka słów. Na tle bladego światła latarni wyglądał jak upiór z groteskowego spektaklu.

Dziewczyna potrząsnęła głową zmieszana, odwróciła rozmazaną twarz w stronę srebrzącego się deszczem wylotu ulicy, szukając drogi ucieczki. Wściekle czerwony neon reklamy papierosów błysnął konwulsyjnie resztkami energii i zgasł. Spojrzeli mimowolnie w górę. Teraz oprócz strug deszczu można było zobaczyć półkolisty księżyc i roje gwiazd.

Vardis dotknął jej ramienia i popchnął w kierunku samochodu. Brodząc po burych kałużach jak dwa błotne ptaki, przeszli na drugą stronę ulicy. W samochodzie było ciepło i dziewczyna mimowolnie zachichotała. Wyjęła z brezentowej torby szczotkę i szybkimi, nerwowymi pociągnięciami rozczesała włosy, potem wytarła twarz papierową chusteczką i przeciągnęła szminką usta.

Vardis przejechał skrzyżowanie i zatrzymał auto przy kolorowej witrynie sklepu krzywo przylepionej do odrapanej kamienicy.

– Czekaj na mnie – rzucił do niej.

Nie odezwała się.

Sprzedawczyni w niebieskiej sukience podała mu butelkę wódki i wydała resztę drobniakami. Zawahał się, czy brać.

Uniosła głowę i spojrzała na niego z niechęcią. Zza długich, czarnych jak smoła włosów ukazała się bladosina twarz.

Światło jarzeniówek nadało jej rys demoniczności, ale kiedy podziękował, usłyszał delikatny głos:

– Nie kupuje pan maseczki?

– Nie.

– Teraz wszyscy noszą.

– Pani przecież nie nosi – odpowiedział tylko po to, żeby ją jeszcze usłyszeć.

Wzruszyła ramionami. „Tak musiały wyglądać czarownice – pomyślał – demony o słodkich głosach”.

Kiedy wyszedł ze sklepu, dziewczyny w aucie nie było. W pierwszej chwili poczuł ulgę, ale za chwilę ją zobaczył. „Nie zdąży” – pomyślał, kiedy cień pijaka odkleił się od muru i próbował zagrodzić jej drogę. Odepchnęła go z zaskakującą siłą. Cień zakołysał się i runął na mokry bruk.

Stanęła przed nim, zapinając pasek od dżinsów.

– Nawet się nie ruszyłeś!

– Po co?

Dopiero teraz przyjrzał się jej z bliska. Spod przyciętej krzywo grzywki straszyły sine blizny, podkrążone bursztynowe oczy. Deszcz przybierał na sile.

– Jesteś chora? – zapytał, wstrzymując oddech.

– Nie – odpowiedziała. – Nie! – powtórzyła twardo.

Schyliła głowę, jakby czekała na cios.

– Jak długo tu jesteś?

Rozejrzała się na boki, wydawało się, że znów zastanawia się, w którą stronę uciekać. Skrzywił twarz.

– Nie masz dokąd iść, wsiadaj!

Otworzył butelkę, pociągnął spory łyk i podał dziewczynie.

– Nie chcę!

– A jednak, zimno jest...

Przerwała, odbierając mu butelkę. Wytarła rękawem kurtki szyjkę i wypiła mały łyczek, po chwili jeszcze jeden. Wsiadła do samochodu, wbijając wzrok w zapotniałą szybę auta. Jak wyczerpany ptak, który cudem uniknął śmierci, ale jeszcze nie wie, co go czeka.

Rozebrał ją w przedpokoju i wepchnął do łazienki, ale dopiero kładąc do łóżka, zobaczył między łopatkami guz wielkości pięści. Nie mógł tego zobaczyć wcześniej pod czarną, błyszczącą kurtką z białym kapturem. Garbuska.

Zdjął z pokrytej różową wysypką szyi pozłacany łańcuszek i wsunął pod koc. Kiedy wrócił z łazienki, dziewczyny nie było. Pomyślał, że mógł dotknąć garbu. Tak mogło być. Pił kawę, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Otworzył bez patrzenia w wizjer. W progu stała Garbuska.

– Oddaj mi łańcuszek, łotrze! – rzuciła jednym tchem.

„Łotrze?” – powtórzył w myślach. „Zabawne, znów to fałszywe senne rojenie, które wspomina się później na jawie jak realne zdarzenie”. Spojrzał na fiołkowy kubek z kawą, który trzymał w ręku. „Tak mogło być i tym razem”.

– Wiem, że wolałbyś zobaczyć tłustą blondynę w czerwonej sukience!

– Pewnie tak – mruknął, nie odrywając wzroku od kubka.

– Obudź się!

Energicznym ruchem odsunęła go na bok i weszła do mieszkania. „Cholera, jest tylko w jednym bucie” – pomyślał, podążając za nią.

*

Z MAŁEGO, srebrnego bistro wszedł prosto w tłum manifestantów. Masa krzyży, zniczy i pochodni, proporców i transparentów. Szybko przeszedł na trotuar.

Ludzie krzyczeli i wymachiwali sztandarami. Chociaż było bezwietrznie, sztandary łopotały jak szalone, jakby napędzane ludzkim impetem. Manifestanci popychali się nawzajem, reżyserując mimo woli groźny zamęt. Miał wrażenie, że tłum za chwilę rozsadzi powietrze, pomknie w dzikim, szalonym pędzie na oślep i rozbije się o mur katedry. Tłum jednak orbitował z rozwagą, kurczył się i rozdymał, pulsował, oddychał odurzającym pyłem metropolii. Spójny, olbrzymi organizm, spazmatyczna hybryda kilku pokoleń z wyciągniętymi na oślep neurotycznymi mackami.

Z trudem przedarł się na drugą stronę ulicy. Spocony i rozdygotany przylgnął do zimnej ściany kamienicy. Tłum wściekle skandował nazwiska kandydatów na szafot. Zamknął oczy. Serce załomotało w rytm wykrzykiwanych haseł. Osunął się na chodnik.

Widział, jak dwóch mężczyzn odłącza się od manifestacji i podąża w jego stronę.

– Jestem lekarzem – zawołał starszy.

Drugi zawisł w powietrzu w niepewności, po czym zamiótł ogromnym proporcem po ziemi niczym torreador muletą i zawrócił w stronę tłumu. Lekarz zbadał mu tętno i pomógł wstać. Był wysokim, lekko przygarbionym mężczyzną, z głębokimi bruzdami na pociągłej twarzy. Przez dłuższą chwilę bacznie przyglądał się Vardisowi.

– To nic poważnego.

Wyjął paczkę papierosów w zapraszającym geście. Paląc, patrzyli na oddalający się pochód.

– Nie wraca pan tam? – zapytał Vardis.

– Nie.

Lekarz wyjął z kieszeni płaszcza znicz i postawił na chodniku.

– Nie zdążyłem go zapalić – powiedział, uśmiechając się.

– Ogień to dobre rozwiązanie – mruknął Vardis.

– Być może.

Spojrzeli sobie w oczy. Lekarz odszedł równym, wojskowym krokiem. Ulicą przejechał policyjny radiowóz na sygnale, a za nim migająca niebieskimi światełkami karetka pogotowia. Vardis z rozmachem kopnął znicz, który zakręcił się i stoczył na ulicę.

*

WSZEDŁ do rejestracji, zdejmując płaszcz. Gładko uczesana asystentka doktora prześliznęła się po nim wzrokiem.

– Byłem umówiony, nazywam się Vardis.

– Proszę.

Przez chwilę spojrzeli sobie w oczy, akurat, gdy przez uchylone firany błysnął strumień słońca. Wszedł do gabinetu. Ogromny mężczyzna siedział za biurkiem pochłonięty rysowaniem. Był to psychiatra, biegły sądowy Werc.

– Jeszcze tak i już – błyszczącym ołówkiem kreślił z satysfakcją zamaszyste figury na kartce papieru, mrucząc pod nosem.

Miał ogromną brodawkę na brodzie i duże pomarszczone dłonie. Z łatwością mógłby udusić byka. „Może w poprzednim wcieleniu był rzeźnikiem lub katem?” – pomyślał Vardis.

– To pan! – zawołał z rozczarowaniem w głosie. Wskazał mu metalowe krzesło. Z szuflady wyjął szarą teczkę i teatralnym ruchem rzucił ją na biurko. – Może pan to przejrzeć, cała historia choroby!

Vardis patrzył na jego ogromne dłonie.

– Nie interesuje mnie historia choroby mojej siostry, chcę tylko znać miejsce jej pobytu.

Werc poruszył się, wciąż nie kryjąc niechęci.

– Czego pan ode mnie oczekuje?

– Słyszał pan: pytam, gdzie ona jest.

– Nie mogę panu pomóc – odparł z sarkazmem Werc. – Nie wiem, gdzie przebywa pana siostra. Wystarczy zajrzeć do teczki – sześć lat temu skierowałem ją do zakładu w Visan.

– W Visan? – powtórzył Vardis. – Dlaczego tam? Leczył ją pan przez kilka miesięcy.

– Przez pół roku – skrzywił się Werc. – Nie mogłem postąpić inaczej, to był wyjątkowo trudny przypadek schizofrenii.

– Wyjątkowo trudny przypadek? – przerwał Vardis.

Werc wzruszył ramionami i wyciągnął w jego stronę ogromną dłoń.

– Niech pan tam pojedzie.

„Jakbym ściskał kawał pulsującego mięsa” – pomyślał i powiedział:

– Pojadę.

Po wyjściu z gabinetu miał przed oczami brodawkę sterczącą na brodzie lekarza, jakby była szkaradnym przedłużeniem twarzy. Nie potrafił skupić się na czymkolwiek innym. Myślał o paskudnej narośli, która rozrastała się w jego wyobraźni do rozmiarów kalafiora. Za rogiem ulicy dostał torsji.

*

SPOTKANIE z Rotem i Oskarem wypadło podczas bankietu w redakcji „Corridy”. Świętowano okrągłą rocznicę powstania sztandarowego szmatławca bractwa. Był ogromny tort ze świeczkami, szampan i alkohole z czterech stron świata. Vardis ogarnął wzrokiem ogromny, zatłoczony hol: dziennikarze, aktorzy, literaci, sportowcy. Twarze znane z kolorowych czasopism i telewizji. „Wataha darmozjadów! Jak ja ich, kurwa, nienawidzę!”

Naczelny redaktor przywitał go, konfidencjonalnie kle­piąc po ramieniu.

– Zamówiłem kilka tancerek z teatru, żeby było coś do dymania – pochwalił się, jakby z góry chciał zaskarbić sobie jego życzliwość. – Do wyboru, do koloru!

Potężny, zwalisty mężczyzna, gwiazda mediów. W swoim autorskim programie telewizyjnym gościł najważniejsze osoby w państwie. We wszystkim dobry: żeglarz, tenisista, alpinista, autor kilku poczytnych książek, a nawet muzyk. Vardis podał mu dłoń.

– Niech pan idzie na górę, czekają w gabinecie, później pomówimy – rzucił przepraszająco i zniknął w ciżbie gości.

Starzy znajomi Vardisa, Rot i Oskar, mieli większość udziałów w gazecie i własny gabinet w redakcji. Podobni do siebie, fizycznie też – dobrali się jak w korcu maku. „Tacy przyciągają się nawet przez ścianę” – pomyślał. „Dwa półtorametrowe kurduple z dupami jak armaty”. Postanowili rozmawiać z nim wprost. Vardis słuchał. Kurduple mówili, że nie jest dobrze, ale pomogą. To nie jest ich kłopot, ale pomogą, grają przecież z nim w jednej drużynie, lecz fabryka może pójść pod młotek. Trudno, może potem ją odkupi. „Co wam do fabryki – myślał, patrząc przez ogromne okno na bankietową salę – nic nie możecie, inaczej pożarlibyście mnie w jednej chwili. Oglądacie spektakl i sami chcecie dopisać zakończenie. Pod młotek, czyli dla was. Myślcie, że jesteście jeszcze potrzebni, myślcie”.

– Nie było cię kilka lat – uzasadniał Rot.

– Dziesięć – mruknął Vardis.

– Właśnie – podchwycił Oskar – wiele się zmieniło, chyba nie masz o to żalu. W końcu ktoś tego pilnował pod twoją nieobecność.

– Tancerki żywcem zdjęte z obrazu Degasa – odezwał się, wskazując na scenę poniżej.

Rot machnął ręką z dezaprobatą.

– O czym ty mówisz, nie słuchasz?

– Nie ufasz nam? – mruknął Oskar.

– Komuś musisz.

Mówili, nie patrząc na niego, jakby go nie było, przypominali dwa owady o martwych oczach. Rozbrzmiewała rytmiczna latynoska muzyka, akordeon przebijał się przez pozostałe instrumenty. Nagle zapadła cisza, na małym podwyższeniu, scenie, stanęła szczupła dziewczyna w długiej sukni w kwiaty i niskim głosem zaczęła śpiewać nostalgiczną mornę [1].

W gabinecie zrobiło się duszno. Vardis wyszedł bez słowa, nie podając im ręki.

– Skurwysyn! – sapnął Rot.

– A co ty sobie myślisz? – Oskar wzruszył ramionami. – Puszczamy go z torbami.

Pod oknami redakcji łomotały bębny. „Werble jak przed egzekucją” – pomyślał. Tłum na ulicy pomimo późnej pory nie zamierzał iść spać, skandował nazwiska polityków do odstrzelenia. W przerwach rozlegały się brawa i pohukiwania przechodzące w wycie. Impreza w redakcji „Corrida” gasła porażana odgłosami ulicy.

Naczelny kurczowo trzymał się ogromnej palmy i rzygał do donicy. Tancerki zeszły z obrazu, znikły w ciasnych redakcyjnych pokojach. Szczupła dziewczyna w kreolskiej sukni siedziała na scenie, popijając szampana. Rot cierpliwie chwiał się nad nią ze sterczącym członkiem. Przyjęła go w końcu litościwie, nie odstawiając butelki.

Vardis wychodząc z redakcji, minął na podjeździe wysoką, chudą brunetkę. Kiedy skrzyżowały się ich spojrzenia, odruchowo skinął jej głową. Anorektyczka uśmiechnęła się do niego, błyskając białymi zębami. Niesamowity tatuaż skorpiona na alabastrowej szyi na chwilę przykuł jego wzrok. Zafascynowany jej chudymi nogami, patrzył, jak wchodzi do windy. Po powrocie do domu, obejrzał film o facecie, który wrócił z zaświatów, chociaż do końca nie było to pewne. To już było coś, powrót z zaświatów, tylko po co? Czuł narastającą gorączkę i mdłości. Na jednej z reklam tłusta dziewczyna zachwalała sprzęt do masażu. Wyłączył telewizor i zasnął w ubraniu.

*

WIELKA masakra kotów, która miała miejsce w Paryżu w latach trzydziestych osiemnastego wieku, była preludium do wielkiej rewolucji francuskiej. Tak mogło być lub nie, dobrze jednak o tym pisać. Czy Danton mógł nawoływać do zburzenia piramid? Mógł tak zrobić, czemu nie? A może krzyczał to z barykady mały apasz? Możliwe. Ktoś przecież musiał pierwszy krzyknąć. Tak być może chciał Hugo. Jednakże w symbolicznym mordowaniu kotów jest coś na rzeczy. Jak w postępowaniu grup ludzi, którzy reagują i działają niczym owady. Zamysł zburzenia piramid narodził się w ludzkiej świadomości natychmiast po ich wybudowaniu. W każdej rewolucji chodzi tylko o to, żeby zburzyć piramidy. Zburzyć, żeby wybudować coś jeszcze większego i głupszego.

*

TRZY małe kotki nie chciały wysiąść z samochodu, pazurami wczepiły się w tapicerkę tylnego siedzenia. Musiał wyciągać je siłą. Wszedł głębiej w las, nie chciał, żeby wyszły z rowu na szosę i zginęły pod kołami pędzących aut. Zostawił je pod krzakiem jałowca, w leśnych jeżynach. Usadowił je jak do fotografii i odszedł. Obejrzał się, wiedziony jedynie ciekawością – siedziały bez ruchu wpatrzone w jego stronę. Jeszcze tej samej nocy zostały rozszarpane przez lisy. Taki mógłby być początek końca. Taki mógłby być koniec.

*

PRÓBOWAŁ sobie przypomnieć, jak zaczęła się znajomość z Mimi. Ich związek przetrwał dwa lata. Krystaliczny, sterylnie czysty, odprasowany. „Świat w probówce, świat w prezerwatywie, świat swata, kurwa mać”. Dziecko nie wchodziło w grę. „Po co mi drugi taki typek jak ty” – mówiła. Nie do wytrzymania, ale przyjemne. Uciekał od niej, jakby na jej mimowolne życzenie, a potem wracał i rozmawiali językiem z telewizyjnych seriali. Można w ten sposób rozmawiać, kochać się. Cały świat wokół mówił tak samo. Zaraza przenikała wszędzie. Naczelny redaktor „Corridy” pisał, że gangsterzy nadal czytają Maria Puzo i oglądają Rodzinę Soprano. Za to celebryci muszą gotować na ekranie, żeby dostawać dużo listów, na które nie odpisują. „Martwię się tym, myślę, że poezja mi pomoże. Odkrywam coraz większą pustkę. Czeka na mnie za każdym krzakiem, za każdym rogiem” – rozmyślał.

*

TO BYŁO w galerii. Tam, na wernisażu, poznał Mimi. Wpatrzona w obraz Siedem pająków na liściu paproci, stanowiła idealne uzupełnienie płótna. Ubrana w czarną sukienkę, wykończoną frywolnymi koronkami aż krzyczała, żeby ją pod tym obrazem przelecieć. Przypomniał sobie dzień, w którym odeszła.

– Byłam na cmentarzu.

Nie odzywał się, wiedział, że będzie niezwykle.

– Żółty pies szedł za mną od przystanku do samej mogiły.

Żółty pies był duchem, reinkarnacją jej pierwszej miłości, marynarza Rudego, który oszalał na Oceanie Indyjskim, uderzając głową o maszt. Chłopak skoczył do oceanu lub zmyła go fala podczas sztormu. Świadkowie mówili, że przed zaginięciem, podczas obiadu wpadła mu do talerza mucha. Ze stoickim spokojem zjadł ją z resztką węgierskiego sosu. Już wtedy można było podejrzewać, że Rudego czeka niezwykła przyszłość. Nikt, poza nim samym, nie zdawał sobie z tego sprawy. Nikt nie miał pojęcia, że przeżył. Mucha na środku Indyjskiego Oceanu. Muchy panoszą się wszędzie, jak ludzie.

Mimi opisała mu tę historię w myśl twierdzenia, że legendy tworzą osoby z ciągotami do pisania. Przecież głupio i bez sensu opowiadać zbyt realistyczne historyjki. Komu to potrzebne?

– Jechałam autobusem, był tłok. Jak kierowca mógł zabrać więcej pasażerów niż jest miejsc do siedzenia? No jak? – zastanawiała się nad tym z naiwnością dziecka.

– Na cmentarzu kilkunastu kwestujących, dlaczego oni zawsze przestępują z nogi na nogę? Dlaczego są skuleni i dla rozgrzewki potrząsają puszkami? Było przecież ciepło i słonecznie!

Mimi pomimo swojej realistycznej światopoglądo­wości wierzyła w niebo, ale znów dla odmiany nie wierzyła w Boga. Była gorącą zwolenniczką teorii przypadkowości.

Rudy marynarz miał kiedyś żółtego psa, który utonął porwany nurtem rzeki. Ścierwo psa wyrzuciła woda, a po kilku dniach pierwszą miłość Mimi pochłonął Indyjski Ocean. A może żyją na jakiejś wysepce, pies i jego pan? Może ma się dobrze, opycha bananami i beztrosko płodzi czekoladowe dzieci?

– To byłaby ciekawa historia, gdyby wrócił – dywagowała Mimi z filuternym uśmieszkiem.

Chwilami Vardis wątpił w istnienie Rudego marynarza. Kiedy jej to w końcu powiedział, spakowała się i odeszła. Wiecznie młoda, wiecznie głupia.

*

KIEDY wbije się kij w mrowisko, bardzo ciężko go wyciągnąć. Vardis był pełen podziwu dla sposobu, w jaki rozprawiano się na łamach „Corridy” z autorytetami. Mistrzowsko żonglowano faktami, jeśli to były fakty. Atak na wiodących polityków ruszył pełną parą. Z grobów wykopywano świadków, którzy napędzali młyn sensacji. Cukierek dzielono na kilka części (może na sześć, bo to liczba magiczna). Sforę redaktorów niczym myśliwskie charty spuszczono ze smyczy, dając im nadzieję na polizanie słodkiego papierka.

Świadoma hańba i bezlitosne upokorzenie jako główny cel. Zaraza słowa przenoszona przez łącza, drukarnie, papier i sądy. Nad tym wszystkim naczelny redaktor, wódz naczelny, Brutus i Cezar w jednej osobie. Ukryty w zamku na wysokiej skale, bojownik wolnego, nowego świata. Główny kapłan, szara eminencja Faraona. Tak o sobie myślał, nie bez racji. Przeglądał każde wydanie, każdy pozew sądowy i rósł w siłę. Nie sądź zbyt pochopnie, bo sam możesz zostać osądzony, odpowiadał na każdy pozew. Patrzył w lustro, gdzie widział nie tylko swoją wielkość i siłę, ale i legiony żołnierzy stworzonych na swoje podobieństwo. Praktykantów po studiach dziennikarskich, z pokrwawionymi dziąsłami z braku witamin. Nie mógł nie patrzeć w ich głodne oczy, nie widzieć ich ambicji. Byli jednością, jedną szóstą większej części (bo liczba sześć ma w sobie magię niezgłębioną). W innym, bezbarwnym życiu spowijała ich szara mgła. Nie mieli imion i adresów. Teraz lud zachwycał się nimi, czytał z wypiekami na twarzy. Z mściwą satysfakcją sączył ich słowa jak ciepłą krew. Cukierek podzielony na sześć części – każdy może poczuć pod językiem odrobinę słodyczy lub polizać papierek.

Naczelny redaktor zaprosił Vardisa na kolację do swojego domu. Wahał się, ale po telefonie Rota zmienił zdanie.

– Chce tylko przeprowadzić z tobą wywiad, a to leży w twoim interesie, nie grymaś – oznajmił mu chłodno. – Zobaczysz przy okazji, jak ten pajac mieszka!

Podczas kolacji Vardis doszedł do wniosku, że facet kupował i żarł wszystko według reklam. Rozejrzał się po domu. Na ścianach graffiti i malowidła z jaskiń. W toaletach akwaria z żółwiami. Jedli wschodnie potrawy z ryżem i pili czysty gin. Pomyślał, że redaktor chce go upić przed wywiadem. Kapłan Faraona nigdy nie odpoczywał, zawsze był w pracy. Mówił przez cały czas jak nakręcony.

– Słyszał pan o tym wypadku w lunaparku?

Trzy wagoniki z kolejki górskiej wypełnione dzieciakami wyleciały z szyn w powietrze, słyszał o tym.

– Akt terrorystyczny? – spytał Vardis.

Dziennikarz skrzywił się:

– To najlepsze wytłumaczenie, dla wszystkich, ale niech pan nie wierzy, że to robota terrorystów. Wygodne tłumaczenie, niech pan pomyśli, jakie to proste zwalić wszystko na kilku desperatów, którzy widzą świat inaczej. Każdy ma ochotę coś rozpierdolić, nawet kilka razy dziennie. Takie wypadki to najczęściej robota kretynów, których pełno wokół nas. Zwykłe ludzkie licho. Nierozgarnięty albo niedouczony elektryk nie sprawdza przewodów. Mechanik na kacu ma w dupie konserwację urządzeń! A te dzieciaki, jakie mają być, kiedy mają przegranych rodziców? To sztafeta pokoleń! Debil płodzi debila! Nic nowego pod słońcem! Nikt o tym głośno nie powie i nie napisze, że w nocy kilku bezmyślnych gnoi wydłubało śrubokrętem części ze szlachetnych metali, a pracownicy wesołego miasteczka nie raczyli sprawdzić urządzeń! I jak to się czyta i ogląda w telewizji? Co to za temat? Patrzy taki kretyn w telewizor, wzrusza ramionami i łapie za pilota, żeby zmienić kanał! Dlatego, że w swojej robocie nie jest lepszy i to żaden news. Ale atak terrorystyczny? To się czyta i ogląda! Bliżej nieznany wróg czai się wszędzie! Strach rośnie wraz z miłością do państwa. Wtedy zaczynamy kochać nasze służby i dajemy rządzącym kredyt zaufania, nieograniczony kredyt. Władza na pierwsze strony gazet i na ekrany, władza jest szczęśliwa i co najważniejsze, kochana. Wzajemna miłość, choć nie bezinteresowna. Nic poza tym szczęściem się nie liczy. Cukierek podzielony na sześć części. Ludzkie licho.

– Krytyczny rozum to deficytowy towar – podsumował po chwili ciszy.

„Nawet jeśli ma rację, to nic z tego nie wynika” – pomyślał Vardis, a głośno powiedział:

– Kiedyś cię zabiją, twoja misja zakończy się w leśnym rowie, po ci ta władza?

– Nie mam jej i nie chcę. Nienawidzę ludzi, nic więcej. Nienawidzę tej hołoty – powtórzył, włączając dyktafon. – Jesteś gotowy do rozmowy?

– Kiedyś cię zabiją – mruknął Vardis.

Redaktor uśmiechnął się gorzko.

– Moja śmierć niczego nie zmieni.

„To się nazywa lekkość bytu” – pomyślał Vardis.

*

GARBUSKA wprowadziła się do Vardisa. To znaczy jak weszła do mieszkania pamiętnego dnia, to nie zamierzała z niego wyjść bez łańcuszka z oryginalną przywieszką w kształcie zakrzywionego kostura. Całymi godzinami gapiła się w telewizor z przerwami na herbatę z dzikiej róży. Jadła przeważnie chipsy, które kupowała podczas jego nieobecności. Nieraz zapytała o coś, ale rzadko odpowiadał, żeby jej nie zabić.

– Co to jest nowa kultura?

Garbuska bardzo skrupulatnie oglądała wszystkie audycje. Brała je na serio, nawet programy rozrywkowe. Zauważył, że omija kanały filmowe.

– Skończyły ci się chipsy, a ja nigdzie dziś nie wychodzę.

– Ugotuj zupę!

– Kurwa, gotuję zupę – mówił na głos, powstrzymując się przed pluciem do garnka.

Później jedli razem i gapili się w telewizor jak dobrane małżeństwo.

– Dlaczego nie oglądasz filmów?

Dziewczyna oddała mu pilota.

– Nie wiem – odparła, rumieniąc się. Teraz była nawet ładna.

– Wiesz, że w każdej chwili mogę chwycić cię za ten farbowany łeb i wywalić na ulicę?

– Oddaj moją własność, to wyjdę sama! I nie farbuję włosów, to naturalny kolor.

Szkoda, że los rozminął ją z Rudym marynarzem. Dwoje rudzielców z żółtym psem. Mieszkaliby w chacie na plaży i żyli długo do trzęsienia ziemi lub tsunami, kiedy to ogromna fala zmyłaby ich na czysto razem z telewizorem i chipsami.

– Twój łańcuszek spłynął kanałem do rzeki, dotarł już do morza, wyłowi go Rudy marynarz, który mieszka na bezludnej wyspie. Kiedyś się spotkacie, to pewne.

W telewizji pouczano jak należy się strzec przed wirusem. Garbuska odłożyła łyżkę i odsunęła pusty talerz. Sięgnęła po pilota i przełączyła kanał.

– Nigdy nie jadłam tak dobrej zupy.

– Na drugie będzie żółty pies z piekarnika – odparł zgryźliwie.

*

W WIADOMOŚCIACH podali, że w wypadku samochodowym zginął naczelny redaktor „Corridy”. Prawdopodobną przyczyną tragedii była awaria układu hamulcowego. „Jestem jak Pytia – pomyślał – chociaż to nie był leśny rów”. Następna wiadomość dotyczyła epidemii nowej odmiany grypy.

– Co to jest mutacja? – pytała Garbuska z ustami pełnymi chipsów.

– Ty.

Na rozległym, pustym oceanie tratwa, a na niej żółty pies, Garbuska, Rudy marynarz i telewizor. Wokół pływają rekiny. Garbuska karmi je chipsami. Rekiny zachowują się przyjaźnie, jak stado kur.

*

W SZARY, deszczowy dzień ludzie rzucili się do aptek po szczepionki, których nie było. Za to sterylnych maseczek było w bród. Media informowały tylko o rosnącej liczbie zakażonych. Politycy z partii rządzącej uspokajali, że jeszcze nikt nie umarł. Szkoda tych głupców, martwych i jeszcze żywych. Opozycja przeciwnie, grzmiała o setkach ofiar. Panika wisiała w powietrzu. We wszystkich stacjach telewizyjnych i radiowych zaroiło się od teologów, filozofów i speców od Armagedonu. W największej stacji telewizyjnej niedoszły duchowny, pisarz i filozof rozprawiał o Górze Oliwnej. O spotkaniu trzech proroków i sądzie ostatecznym według księgi Zachariasza. Zdjął z twarzy maseczkę dopiero, kiedy prowadząca dwukrotnie zapewniła go o odkażeniu studia.

– Jak pan chce mówić w maseczce? – zapytała, a było to już na wizji.

Pisarz otwarcie bał się śmierci. Mógł umrzeć, ale nie idiotycznie, banalnie i cicho jak reszta przez jebanego wirusa, którego nie widać nawet gołym okiem. „Izolacja” i „kwarantanna”, te słowa powtarzał kilkakrotnie w rozmaitych konfiguracjach, ale największy nacisk kładł na palenie zwłok.

– Posypywać wapnem i palić! – mówił przez zaciśnięte usta.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.