Gambit mocy - Piotr Muszyński - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gambit mocy - Piotr Muszyński

Dworskie intrygi, czarna magia i wielkie czyny…

Księżniczka Samia zostaje wygnana z rodzinnego kraju przez polityczną opozycję. Aby chronić ją przed atakami skrytobójców, oficjalnie ogłoszono jej śmierć, a ona udała się do Królestwa Dorian, by tam spędzić resztę życia w ukryciu. Jej towarzyszkami zostały Serina, najprawdopodobniej najlepsza wojowniczka w królestwie, oraz mała dziewczynka Monika z iście diabelskim charakterkiem. Jak się szybko okazuje, Samia nie należy do osób, które łatwo oddają władzę, a opowieści o jej mrocznej duszy nie są bynajmniej przesadzone…

Piotr Muszyński dziennikarz, tester gier komputerowych i job hopper. Z wykształcenia magister historii, a z zamiłowania bloger, publicysta i troll internetowy. Autor tekstów do wielu gazet, portali, serwisów hobbystycznych, fanzinów, blogów profesjonalnych (oraz założyciel jednego czy dwóch) oraz książek kucharskich. Interesuje się (oprócz technologii i kulinariów) historią społeczną, teorią sztuki wojennej i dawnymi wierzeniami.

Opinie o ebooku Gambit mocy - Piotr Muszyński

Fragment ebooka Gambit mocy - Piotr Muszyński

Piotr Muszyński

Gambit mocy

Section0001

– Kaelu, chciałbym cię o coś prosić. – Jego wysokość podszedł do oficera, gdy przygotowania do wyjazdu były niemal ukończone. – Czy nie zechciałbyś popłynąć wraz z moją córką?

Rzadko się słyszy takie słowa jak „proszę” z ust władcy. Żołnierz spojrzał w jego pełną bólu twarz. Jego wysokość powinien urodzić się w innej rodzinie, całkowicie nie pasował do swojej roli. Był mądrym, wrażliwym mężczyzną, który naprawdę kochał swą żonę i chciał stworzyć swoim dzieciom bezpieczny, pełen ciepła dom. Świadomość tego, jak bardzo mu się nie udało, postarzała go o przynajmniej dwadzieścia lat.

– To będzie dla mnie zaszczyt. – Wojskowy zasalutował z uśmiechem.

Co innego mógł odpowiedzieć?

„Drogi królu, mam stopień sierżanta sztabowego i jestem twoim osobistym adiutantem. Nie obraź się, ale podoba mi się tu, gdzie jestem, i gdybyś był łaskaw się odczepić, to chciałbym kontynuować moją cholerną karierę, zamiast udawać się na dobrowolne wygnanie”. Nie, to raczej nie wchodziło w grę.

– Dziękuję, poruczniku. Wiem, jakie to dla ciebie poświęcenie.

Poruczniku? A wsadź sobie w dupę ten awans... – pomyślał wojskowy, nadal salutując. Równie dobrze król mógł go mianować generałem albo nawet adoptować i uczynić następcą tronu. To tylko papier. Kael doskonale wiedział, że dopóki żyje księżniczka Samia, nie będzie mógł wrócić, a jeśli nawet ta przedwcześnie umrze, powrót – chociaż możliwy – będzie naprawdę złym pomysłem. Przyznanie stopnia porucznika było prawie niczym awans pośmiertny.

***

Kiedy Kael wracał myślami do feralnej nocy, zaczynała boleć go głowa. Częściowo dlatego, że w ciągu zaledwie kilku sekund całe jego życie uległo gwałtownemu spieprzeniu. A częściowo dlatego, że ogarniał go wtedy gniew, który sprawiał, że miał ochotę kogoś zamordować. To, że mógł wskazać z imienia i nazwiska kilku kandydatów, których powinien ukatrupić, a którzy z różnych powodów byli poza jego zasięgiem, też nie ułatwiało mu pogodzenia się z sytuacją.

O zamachu dowiedział się bardzo późno, co było o tyle dziwne, że jako oficer gwardii pałacowej zwykle był o takich rzeczach informowany jako pierwszy. Sprawcy okazali się profesjonalistami, tak więc pierwsze, co zrobili, gdy wybuchły ładunki, było przerwanie linii komunikacyjnych. Posłańca, który powinien wezwać posiłki, znaleziono dwa dni później w jakimś zaułku. Miał fachowo podcięte gardło i złamane skrzydła, jak po upadku z dużej wysokości. Tak więc kiedy Kael jechał na miejsce, nie spodziewał się ujrzeć nikogo żywego. Był pewien, że gdy tylko wybuchły bomby, do akcji wkroczył zespół zawodowych siepaczy, którzy dokończyli robotę.

Zamach był wyjątkowo dobrze przygotowany. Kapłani (Kael był pewien, że to ich sprawka, bo czegoś takiego mogli dopuścić się tylko naprawdę niepospolici skurwiele, a to słowo świetnie opisywało wyższy kler skrzydlatych) włożyli wiele wysiłku w jego zaplanowanie. Na szczęście jednak nie wszystko poszło zgodnie z ich planem.

Jak się później okazało, w tłumie umieszczono dwie machiny goblińskie. Machiny goblińskie, albo też machiny piekielne, to, jak wskazuje sama nazwa, wyjątkowo wredne urządzenia. Ich konstrukcja nie jest szczególnie wymyślna. Składają się z mechanizmu zegarowego, krzesiwa i ładunku wybuchowego. Po określonym czasie zegar uwalnia krzesiwo, które uderza o skałkę, powstała iskra pada na materiał wybuchowy (zwykle jest to mieszanina saletry i siarki stabilizowana węglem drzewnym) i wszystko wylatuje w powietrze. Ukryto je w dwóch beczkach wypełnionych dla wzmocnienia efektu gwoździami. Zamachowców najwyraźniej nie obchodziło, ile osób postronnych ucierpi.

Eksplozje były naprawdę potworne. Żołnierze spędzili dwa tygodnie, licząc trupy, ale nie udało im się doliczyć, ile właściwie osób zginęło. Ci, którzy na swoje nieszczęście znaleźli się najbliżej beczek, wyglądali jak jeże przepuszczone przez sieczkarnię. To nawet nie były zwłoki, tylko raczej grudy mielonego, nafaszerowanego odłamkami mięsa. Kael miał doświadczenie frontowe, walczył z przedstawicielami pięciu rozumnych ras, kilkoma gatunkami bezrozumnych bestii i czarownikami różnych specjalności, ale mógł przysiąc, że takiej jatki nigdy jeszcze nie widział.

Oczywiście głównym celem była księżniczka Samia, która miała pecha urodzić się z czarnymi skrzydłami. Wedle wierzeń osoby takie naznaczone są przez złe moce i skrzydlaci polowali na nie tak zawzięcie jak ludzie na wiedźmy, tylko bardziej okrutnie i systematycznie. O ile jednak władcom nigdy nie przeszkadzało, że kapłani mordowali rokrocznie jakąś liczbę czarnopiórych chłopskich dzieci, o tyle na zabójstwo własnej córki władca Silensil już nie potrafił się zgodzić.

Zgodnie z panującą wśród skrzydlatych etykietą, gdy królowa i jej córka podróżują wspólnie po kraju, księżniczka zawsze powinna siedzieć po prawej ręce matki. I właśnie po tej stronie trasy powozu umieszczono bomby. Jednak tym razem kobiety zwyczajnie zamieniły się miejscami. Dlatego też większość odłamków trafiła w jej matkę, zabijając ją na miejscu.

Ponadto, jak się okazało – na szczęście – tłum opóźnił marsz oddziału gwardii zamykającej orszak. Tak więc chociaż ze straży przedniej mało kto wyszedł z zamachu bez szwanku, straż tylna była w stanie zabezpieczyć teren i pomóc poszkodowanym.

W zasadzie jednak gwardziści niewiele mogli zrobić. Przeprowadzili szereg działań odwetowych i porządkowych, ale wyrażały one przede wszystkim bezsilność i – jak ścięcie naczelnika miasta – miały głównie symboliczne znaczenie. Zgodnie z oficjalnym komunikatem nikt w karecie nie przeżył. Wyniesiono z niej bowiem zwłoki dwóch osób, czyli tylu, ilu zgodnie z planem miało być pasażerów.

Samia i jej matka miały piękny, wzruszający pogrzeb. W kraju ogłoszono żałobę i choć nie obyło się bez incydentów, nikt poza kilkoma osobami nie wiedział, że w królewskiej krypcie u boku królowej spoczęła jedna ze służących. Dziewczyna była w wieku Samii i miała podobną figurę, a jej obecność w pechowej karecie stanowiła kolejne odstępstwo od etykiety. Kael słyszał, że bardzo się cieszyła, mogąc jechać razem z królową, i uważała służbę za bogowie jedni wiedzą jaki zaszczyt.

Dowódca drugiego oddziału gwardii wykazał się rzadką przytomnością umysłu, dyskretnie przenosząc ciężko ranną księżniczkę w bezpieczne miejsce, pod opiekę zaufanych lekarzy. Absolutnie wszyscy założyli, że księżniczka po prostu musiała zginąć. Na miejscu zamachu było tyle krwi i flaków, że trudno było nie tylko odróżnić żywych od zabitych, ale nawet ustalić płeć ofiar, o ich personaliach nie wspominając. Dla gwardzistów jasne było, że córka króla nie może pozostać na dworze ani w kraju. Jeśli fanatycy byli już tak bardzo zdeterminowani, ataki będą się powtarzać i któryś z nich się powiedzie.

Na miejsce azylu wybrali Dorian, rozległe królestwo, którego większa część jest bezpiecznie wciśnięta w przecinającą góry dolinę Złotej Rzeki. Jego ustrój stanowi formę pośrednią między dyktaturą a anarchią feudalną. Zamieszkuje je prawie dziewięć milionów istot – nazwijmy to umownie – inteligentnych, z których spora część jest nawet człekokształtna. Prawie dwie trzecie z nich uznaje władzę królewską – a przynajmniej jakąś władzę. Mniej więcej półtora miliona mieszkańców nie pozwoliło nikomu narzucić sobie władzy, zaś pozostała część populacji ma zwyczaj próbujących rzeczonego narzucania zjadać. Sporą część powierzchni królestwa stanowią puszcze, do których bezpieczniej jest nie wchodzić, przyroda krainy zaskakuje bowiem swym bogactwem, zwłaszcza jeśli chodzi o zwierzęta drapieżne. Podstawą gospodarki jest rolnictwo (głównie pszenica, marchew, kapusta i ogórki), ważne źródła dochodu stanowią także cło pobierane na Złotej Rzece, handel (Doriańczycy sprzedają krasnoludom z Gór Szarych to, czego ci nie chcieliby kupić od elfów z Gór Srebrnych, i na odwrót) oraz piractwo śródlądowe. Z punktu widzenia dworu skrzydlatych (ustrój: monarchia teokratyczna, model gospodarczy: pasterstwo, niewolnictwo, zbójectwo górskie) królestwo Dorian miało liczne zalety: leżało diabelnie daleko, żyło w nim niewielu skrzydlatych i nie polowało się tam na czarnopiórych, jeno na czarownice.

Ponadto oba królestwa miały wspólnych wrogów, a wiadomo, że nic bardziej nie zbliża.

Kolejnym powodem, dla którego wybrali Dorian, był fakt, że akurat wtedy na dworze przebywali posłowie z tego królestwa, którzy próbowali wciągnąć skrzydlatych w wojnę przeciwko któremuś z licznych zbuntowanych ludzkich książąt.

Kael, zanim sam usłyszał propozycję nie do odrzucenia, brał udział w przygotowaniach do wyprawy i nadzorował wybór jej uczestników. To ostatnie było szczególnie trudne. Nie było mowy, by księżniczka podróżowała sama, a osoby, które miały z nią pojechać, nie mogły zostać dobrane przypadkowo. Brał pod uwagę tylko żołnierzy, których wierności był pewien, pozbawionych jakichkolwiek powiązań z kapłanami. Musieli także być ochotnikami, bowiem zakładał, że już nigdy nie będą mogli wrócić do domów. Przynajmniej tak długo, jak długo Samia żyje. Księżniczce mieli również towarzyszyć służący, którzy opiekowali się nią po zamachu. Jej lekarze byli wojskowymi lub cudzoziemcami, a wierności jednych i drugich Kael był pewien. Służba natomiast miała to do siebie, że lubiła mówić.

***

Serina zdjęła hełm, który w przyjemnym, wiosennym słońcu rozgrzał się ponad wszelką miarę. Łódź kołysała się lekko, a woda w rzece błyszczała kusząco, obiecując ochłodę... Dziewczyna wyciągnęła rękę, by nabrać jej trochę i zwilżyć czoło.

– Nie wychylaj się za burtę! Nie rozpraszaj się! I włóż hełm na głowę, ty głupia babo! Jesteśmy na terytorium wroga, nie na wycieczce! – krzyknął ktoś. Serina prychnęła obrażona i posłuchała rozkazu. Pierwszy raz była na prawdziwej wyprawie wojennej, w dodatku na samych Wzgórzach Ruin, w ojczyźnie orków. Gdy wyruszali, spodziewała się wszystkiego...

Ale nie tego, że ekspedycja okaże się tak potwornie nudna. Najpierw płynęli trzy dni łodziami w górę rzeki, potem zdaje się skręcili w któryś z dopływów i płynęli kolejne trzy dni. Potem jeden dzień odpoczynku w jakimś zamku, znów dwa dni na rzece... Jedyne, co się zmieniło przez ten czas, to, że o ile wcześniej ludzie zachowywali się dość spokojnie i kulturalnie, o tyle teraz darli się o najmniejsze głupstwo, a cały dzień spędzało się w zbroi i w hełmie, trzymając w jednej ręce halabardę, a w drugiej tarczę i gapiąc się w pustkę. Noce w zasadzie wyglądały podobnie.

Gdyby jeszcze przynajmniej było na co patrzeć. Tymczasem krajobraz oferował niezmiennie strome wapienne wzgórza, nieliczne i niezbyt gęste lasy, głazy narzutowe i jakieś ruiny. Dookoła pasły się owieczki, których chyba nikt nie pilnował. Czasem pojawiały się też ogromne wilki, idealnie pasujące do opisu wargów, które obojętnym wzrokiem śledziły łodzie, aż te znikły za horyzontem. Co ciekawe, obecność wilków i owieczek w jednym miejscu jakoś nie kończyła się krwawą jatką.

Innymi słowy: sielanka.

Obecności orków nie odnotowano.

Za to na brzegach rosło od groma pierwiosnków. Serina była rozczarowana. Wszyscy wiedzieli, czego należy spodziewać się po Wzgórzach Ruin: wyjących hord orków, wilczych jeźdźców, obwieszonych materiałami wybuchowymi złośliwych goblinów, wielkich jak domy trolli, ogrów-ludojadów i głupich, okrutnych olbrzymów. Ludzie bali się tych, którzy wrócili z owianych złą sławą wyżyn. „Wyobrażasz sobie, ilu on musiał zabić?” – szeptali za ich plecami.

Serina martwiła się, że po powrocie, gdy ktoś spróbuje być miły i zapyta: „Co widziałaś?”, będzie mogła odpowiedzieć tylko: „Pierwiosnki”.

I Drekmore.

Ale z daleka.

Wystarczało spojrzeć na północ, by dostrzec, że niedaleko znajduje się osławiona kraina, której podobno unikały nawet orki (według innych doniesień gnieździły się tam szczególnie licznie). Niebo po prostu w pewnym miejscu ciemniało, a kiczowaty wiosenny błękit stopniowo przechodził w aksamitną czerń nocy.

– Nadpływają! – zawołał ktoś wreszcie. Rzeczywiście, zza zakrętu rzeki wyłoniła się najpierw jedna łódź wiosłowa, a potem następne. Lekkie czajki poruszały się powoli, starając się jednocześnie omijać zdradzieckie skały i eskortować dużą, płaskodenną barkę. Statek uzbrojony był w kasztel i obite skórami mantele, z których tu i ówdzie sterczały strzały i oszczepy. Przejęcie barki okazało się równie nudne, jak reszta wyprawy. Najpierw potwierdzono tożsamość dowódców, sprawdzono statki, porównano rozkazy, potwierdzono spotkanie na pismach urzędowych, wypełniono pewną liczbę papierków i wysłano wiadomość do sztabu za pomocą gołębi. Trwało to kilka godzin i stanowiło podobno niezbędny wymóg bezpieczeństwa.

Żołnierze przez ten czas pozostawali na posterunkach z bronią w ręku i minami, które komunikowały: „wykonajcie jakiś podejrzany ruch, to wam pokażemy”. Stopniowo jednak przekaz ten zmienił się na: „rety, jak nam się strasznie nudzi”, a na końcu w: „proszę, niech nas ktoś zaatakuje i pozabija, żebyśmy nie musieli stać na słońcu przez kolejną godzinę”.

W końcu jednak rytuał został odbębniony i czajki odpłynęły, pozostawiając barkę pod opieką oddziału Seriny.

„Teraz czeka nas równie ekscytująca podróż do domu” – pomyślała dziewczyna. Starała się wymyślić jakąś przygodę, którą udałoby się w sposób wiarygodny przedstawić po powrocie. Naturalnie, jeśli znalazłaby kogoś, kto chciałby słuchać, z czym niestety miewała problemy.

– Szeregowiec Serina! Natychmiast zameldować się u dowódcy! – wyrwał ją z odrętwienia głos któregoś z niższych oficerów. Musiała przyznać, że pnie się w hierarchii wojskowej błyskawicznie. Kiedy opuszczała Dorian, nie była nawet poborowym. Pewnie jej wujek kogoś przekupił, żeby wpisał ją na listę płac czy co tam było w wojsku...Trzy tygodnie temu, nie przeczuwając niczego złego, wracała z kolejnej lekcji szermierki, na której jakiś starszy od niej paniczyk dostał tak mocno ćwiczebnym mieczem, że aż się popłakał. W pokoju czekał na nią list stwierdzający, że ojczyzna potrzebuje jej na Wzgórzach Ruin. Najpierw myślała, że to jakiś głupi żart, kolejna z licznych złośliwości, które ją spotykały. Podkusiło ją, żeby wyjaśnić sprawę, zamiast ekspresowo spakować manatki i udać, że wyjechała, a potem twierdzić, że żaden list nigdy do niej nie dotarł. Niestety nie zrobiła tego, co sprawiło, że teraz tkwiła na łodzi, ziewając szeroko ku chwale króla i ojczyzny.

Do tej pory jej zadania polegały na staniu z boku, nieprzeszkadzaniu profesjonalistom oraz prezentowaniu groźnego wyglądu. Niestety dość szybko wyszło na jaw, że może i jest srebrną medalistką szermierki w kategorii juniorów, ale nie posiada większości umiejętności potrzebnych zwykłemu żołnierzowi. Owszem, starała się uczyć po drodze, ale skończyło się na tym, że zabrali jej kuszę.

Za to robienie groźnych min znikło z jej rozkładu dnia.

– Zastanawiasz się zapewne, po co cię ze sobą zabraliśmy – zaczął dowódca, którego prywatnie nazywała wujkiem. Wprawdzie nie byli spokrewnieni, ale jako bliski przyjaciel jej rodziców pełnił rolę kogoś w rodzaju jej opiekuna. Serina przytaknęła.

– Myślałaś już, co będziesz robić w przyszłości?

W zasadzie nie miała żadnego pomysłu. Kultura, w której się wychowała, nie przygotowała jej na stawianie sobie tego typu pytań. Dziewczęta w jej wieku wyobrażały sobie przyszłość dość prosto: wyjdę za bogatego chłopca, będziemy się bardzo kochać i urodzę mu dużo dzieci. Kupimy też krowę i konia...

Niektóre szkolne koleżanki Seriny już miały beznadziejnie głupich mężów, beznadziejnie głupie dzieci, krowy i konie.

Nawiasem mówiąc, mężczyźni zwykle też nie zastanawiali się nad takimi rzeczami. Plan życiowy większości z nich przebiegał według podobnego schematu.

Serina nie była pewna swej przyszłości, poza kilkoma elementami: zamierzała pobrać się z kimś późno, jeśli w ogóle, dzieci natomiast urodzić mało albo wcale. Na pewno nie planowała kupować krowy ani żadnego innego śmierdzącego zwierzaka (nad koniem mogła się ewentualnie zastanowić). Chciała robić coś ciekawego, dobrze płatnego, zapewniającego dużo wolnego czasu i wymagającego posługiwania się mieczem. Niestety takie plany nie pozwalały na udzielenie zbyt szczegółowej odpowiedzi.

– Nie – zaryzykowała po sprawdzeniu dostępnych opcji dialogowych.

Właściwie myślała czasem o życiu awanturnika. Plusy zawodu były duże: łatwa, przyjemna praca bez przełożonych nad głową, dobre płace i – co najważniejsze – nie zabijało się ludzi, tylko różne takie inne „rzeczy”. Minusy... Po pierwsze, nie przepadała za towarzystwem pająków, szczurów, jaszczurek i robaków, nawet zwykłych, a co dopiero trzymetrowych. Po drugie, praca wymagała mobilności. Po trzecie, średni czas życia początkującego awanturnika wynosił dwa tygodnie.

Jako że z jej umiejętnościami kariera wojskowa nie wchodziła w grę, a sektor cywilny był mało rozwojowy, pozostawał jeszcze sport. Niestety turnieje rycerskie nie odbywają się codziennie.

– Co myślisz o zwadźcach? – zapytał wujek.

To był jakiś pomysł. Nazwa „zwadźca” używana była bardzo rzadko, a sama profesja nie cieszyła się szczególną popularnością. Zdrowy rozsądek mówił wprawdzie, że to normalne, iż wielmoże, nie chcąc ryzykować swego życia, wynajmują kogoś, by uczestniczył za nich w pojedynkach. Niemniej jednak słowa „wielmoża” i „zdrowy rozsądek” jakoś do siebie nie pasowały.

– Wujku, czy ja miałabym kogoś zabić? – zapytała szybko. Tak samo bowiem nazywano szermierzy, którzy utrzymywali się z tego, że za pieniądze (zwykle duże) wyzywali wskazane osoby na pojedynki, zwykle kończące się śmiercią wyzwanego.

Oficer westchnął, usiłując zachować cierpliwość. Serina była chyba najciekawszym przypadkiem, z jakim zetknął się w swojej karierze. Winę ponosili za to jej rodzice, którym nie udało się dogadać co do sposobu wychowania córki.

Efekty były tragiczne. W powszechnym mniemaniu nie było potrzeby uczyć panien z dobrego domu posługiwania się kilkoma rodzajami broni białej. Żołnierzy natomiast nie edukowało się w zakresie dobrych manier, czytania i pisania, tańca oraz rysunku. Natomiast poświęcało się trochę czasu na lekcje strzelania z kuszy.

Kumulacja dwóch skrajnie różnych dziedzin edukacji była nieoczekiwana, zadziwiająca i opłakana w skutkach. Serina była najprawdopodobniej najzdolniejszą wojowniczką w królestwie. Niestety tylko tak długo, jak długo pozostawała na sali treningowej. Poza nią była idealnie wychowaną młodą – tak jakby – damą.

Młode damy nie powinny zadawać się z uzbrojonymi mężczyznami.

Wojowniczki natomiast nie powinny mdleć na widok krwi.

– Naturalnie że nie, moja droga – padła odpowiedź. – Na barce, którą właśnie przejęliśmy, znajduje się wielmożna dama skrzydlatych, która potrzebuje efektownej obstawy. To prosta, nieskomplikowana, strasznie nudna robota. Trzeba tylko stać blisko niej, gdy uda się w publiczne miejsce, oraz być obecnym w trakcie bankietów i balów. Za to będziesz miała mnóstwo wolnego czasu i niezłą pensję – wyjaśnił, a potem dodał: – Mówiłem, że załatwię ci dobrze płatną pracę, prawda?

– Ale dlaczego ja miałabym ją dostać? Jest tylu bardziej doświadczonych... Devin Krótki, Rodryk Straceniec albo...

– Rodryk jest trochę nieprzewidywalny – przerwał jej szybko wujek. Ujął rzecz eufemistycznie: wspomniany osobnik był szalony jak kapelusznik. – A reputację Devina chyba znasz?

Generalnie kobiety dzielić należało na dwie kategorie. Te dobrze wychowane, ale niezbyt interesujące, które nie powinny w ogóle znać reputacji Devina, ale mimo to zwykły oblewać się rumieńcem, słysząc jego imię, oraz te niewychowane, za to o wiele bardziej fascynujące, które na takie pytanie energicznie przytakiwały.

Serina przytaknęła energicznie, przybierając jednocześnie kolor soczystych buraczków.

– Czyli wiesz, dlaczego nie jest najlepszym strażnikiem osobistym dla księżniczki skrzydlatych?

– Na tym statku płynie księżniczka?

– Tak.

– Taka prawdziwa, w koronie?

– Tak.

– I ja mam być jej strażniczką?

– Tak.

– Dlaczego?

– Bo jesteś mniej więcej w jej wieku, masz odpowiednie umiejętności i nawet jeśli ją uwiedziesz, raczej trudno będzie ci spłodzić z nią nieślubne potomstwo.

– Prawdziwa księżniczka, z prawdziwego królestwa, z własnym zamkiem i w ogóle?

– Wiesz, jej królestwo jest raczej duże, ale nie na tyle, żeby mogła zabrać ze sobą zamek w charakterze bagażu podróżnego – uśmiechnął się wojskowy.

– Ale bogatego królestwa? I czy ja też będę bogata?

– Tak. Tak! Trzymaj się mnie, a będziesz!

***

Wyprawa skrzydlatych miała znacznie bardziej urozmaicony przebieg. Dwukrotnie wpadli w zasadzkę. Raz zastawiły ją ciemne moce, a za drugim razem jakieś patałachy, które pomyliły konwój wojskowy z karawaną kupiecką. Żołnierze Kaela zadbali o to, żeby nie powtórzyli więcej tego błędu.

Reszta tego dnia nie była niestety szczególnie ekscytująca. Po nudnej procedurze przekazania łodzi przedstawicielom Dorianu oficer przedstawił ich tymczasowemu zarządcy dworu Serinę, mającą objąć funkcję osobistej strażniczki księżniczki Samii.

Kael spojrzał na nią, przetarł oczy, spojrzał raz jeszcze i ponownie przetarł oczy.

Nigdy jeszcze w swoim życiu nie odczuł tak bardzo, że znalazł się za granicą. W Silensil ludzie nie byli szczególnie popularną rasą. Posiadali opinię kiepskich niewolników, leni i złodziei. Nagle przestało go dziwić dlaczego.

– Bogowie mściwi i niemiłosierni! – zaklął. – Czyżby plotki okazały się prawdą? U was rzeczywiście o obsadzie stanowisk decyduje urodzenie i łapówki? Zdajecie sobie sprawę, że do tego zawodu trzeba mieć predyspozycje, inaczej naraża się na niebezpieczeństwo siebie i innych? – krzyknął.

Nie wywołało to takiego efektu, jak oczekiwał. Owszem, dziewczyna się spłoszyła, ale jej wujek wyraźnie był twardszym zawodnikiem. Zaproponował starcie próbne.

Kael na przeciwnika dla Seriny wybrał Zacha.

W jego opinii Zach jako człowiek i żołnierz miał niewiele zalet. Nadrabiał to wzrostem, doświadczeniem frontowym i wyrazem twarzy, który można by opisać jako: „właśnie zjadłem czworo dzieci i cytrynę”. W straży pałacowej zawsze było miejsce dla kilku trepów jego pokroju: trzymano ich na wypadek nagłej potrzeby wyrzucenia kogoś za drzwi. Zach był o dwie głowy wyższy od Seriny, a ćwiczebnym mieczem wymachiwał jak cepem. Zapewne wytrąciłby jej broń z rąk, gdyby choć raz zdołał skrzyżować z nią ostrze. W rezultacie Kael nie miał innego wyboru, jak tylko oświadczyć, że jest przyjęta oraz że do końca rejsu może zrobić sobie wolne.

Jego zdaniem z takim podejściem do sprawy od strony ludzi to wszyscy mogli sobie zrobić wolne. Przecież to nie mogło skończyć się inaczej, jak tylko katastrofą.

Serina nie miała okazji spotkać księżniczki, ale poznała Monikę, której Serinę wskazał, nie całkiem honorowo, „zupełnym przypadkiem” Kael.

Monika bowiem w jego odczuciu stanowiła chyba największe kuriozum tej wyprawy. Jej status najlepiej można było opisać jako „przesyłka prywatna nadana pocztą dyplomatyczną”.

Monika była ludzką dziewczynką. Wiek: 12-14 lat. Wzrost: około metra pięćdziesiąt. Oczy: niebieskie. Włosy: złoty blond. Twarz aniołka, charakter diabołka. Cechy szczególne: szok pourazowy. Znalazł ją patrol na jakimś polu bitwy i odstawił do sierocińca. Tam wytrzymali z nią sześć miesięcy, po czym uznali, że „lepiej będzie jej wśród swoich”.

Oczywiście.

Niech się inni martwią.

Aby zdobyć fundusze na to przedsięwzięcie, zarządca ośrodka sklecił długi list błagalny do króla.

Władca Silensil oczywiście miał umysłowość prawdziwego polityka (czyli był skończonym idiotą) oraz dwie córki, z których młodsza była akurat w wieku Moniki, a list zawierał historię wybitnie łzawą. Nic więc dziwnego, że skoro nadarzyła się tak wspaniała okazja, postanowił dołączyć małą do supertajnej misji.

Wymogi bezpieczeństwa?

Kto by się tam martwił bezpieczeństwem, gdy biedna, mała sierotka potrzebuje pomocy?

Nawiasem mówiąc tym, że wysłanie małej, biednej sierotki na drugi koniec świata przez krainę orków jest pomysłem co najmniej podejrzanym, też jakoś nikt się nie przejął.

***

Zgodnie z rozkazem Serina zrobiła sobie wolne. Znalazła zaciszny kącik pokładu, którego nikt nie odwiedzał, położyła się tam i zamknęła oczy, by oddać się najbardziej produktywnej czynności, jaką potrafiła w tych warunkach wymyślić: drzemce. Barka kołysała się na rzece, obok niej płynęły czajki obsadzone żołnierzami, a na horyzoncie przesuwały się porośnięte pierwiosnkami wzgórza. Na wzgórzach w dalszym ciągu pasły się owieczki. Okolica po prostu idealna na piknik. Było nudno. Bardzo nudno... Poza tym bolały ją żebra, ale za to nie musiała już wkładać tego przeklętego hełmu ani kolczugi, bo przeniesiono ją z powrotem do cywila.

– Hej! Jesteś człowiekiem? – słodziutki głosik zmusił ją do ponownego otwarcia oczu. Pochylała się nad nią kilkunastoletnia dziewczynka. Miała dziecięcą, niewinną twarz, wielkie, głębokie niebieskie oczy i blond włosy związane w dwa kucyki.

– Ja też jestem człowiekiem – poinformowała Serinę, jakby było się czym chwalić. – Pierwszy raz widzę innego człowieka... – dodała. Sądząc po tonie głosu, była wyraźnie zafascynowana nowym znaleziskiem.

Monika przyjrzała się Serinie dokładnie, po czym, nie przerywając paplaniny, okrążyła dziewczynę najpierw z prawa w lewo, a potem (dla pewności) z lewa na prawo. Dokonywała przy tym pospiesznej inwentaryzacji. Nogi: dwie, ręce: dwie, dwoje brązowych oczu, dwoje uszu, nos, usta, czarne włosy związane w koński ogon, wstążka.

Wyniki lustracji nie były zadowalające. Mimo że zasadniczo podobni do Moniki, ludzie wyglądali jej zdaniem jak wybrakowane wersje skrzydlatych. Niewątpliwą zaletą tego egzemplarza był jednak całkowity brak jakichkolwiek skrzydeł. Monika nie cierpiała skrzydlatych jeszcze bardziej niż marchewki. A tej nienawidziła całym sercem.

– Mam na imię Monika, a ty? – Mimo że oględziny ją rozczarowały, postanowiła kontynuować znajomość.

– Serina.

Niezrażona zdawkową odpowiedzią Monika spróbowała zmienić temat, by podtrzymać rozmowę.

– Ładna pogoda, prawda?

Monika od dłuższego czasu wyobrażała sobie spotkanie z przedstawicielami własnego gatunku. Niestety nie przebiegało ono tak, jak planowała. Nie spodziewała się na przykład, że zostanie całkowicie zignorowana.

– Długo jesteś na statku?

Dziewczynka aż westchnęła z ulgi, słysząc pytanie.

– Od samego początku! Najpierw jechaliśmy konno, potem byliśmy w takim dużym zamku, potem płynęliśmy łódką przez krainę, gdzie było strasznie ciemno i widziałam zombiaka, a Kael powiedział, że to kraj, od którego odwrócili się bogowie, a potem... – Teraz tylko należało przekonać nową znajomą, że warto z nią rozmawiać.

– Widziałaś księżniczkę?

– Jasne! – potwierdziła Monika takim tonem, jakby ktoś zapytał, czy widziała – dajmy na to – marchewkę. W końcu w ciągu ostatnich tygodni napatrzyła się na takie rzeczy, przy których jakaś wrona nie była interesująca.

– Jaka ona jest?

– Bardzo brzydka! Cała w bandażach, nawet na twarzy, żeby zasłonić krosty! I ma wielkie, czarne skrzydła! I jest zła do szpiku kości! A Kael mówi, że to wiedźma i jada małe dzieci!

To ostatnie stwierdzenie było wyrazem desperacji. Kael miał nadzieję, że Monika usłyszawszy taką odpowiedź, obrazi się i sobie pójdzie. Niestety nie docenił bogactwa jej wyobraźni. Dziewczyna przyjęła to za dobrą monetę. Zresztą w jej prywatnym świecie antypatii nie było zbrodni, jakiej przeciętny skrzydlaty nie byłby zdolny popełnić.

***

Kilka dni później Serina musiała przyznać, że znajomość z Moniką ma swoje zalety: mała znała każdy zakamarek statku i wszystkie znajdujące się na nim osoby. Niestety jej towarzystwo miało także wady: dziewczynka była bardzo ruchliwa, gadatliwa i przy tym lekkomyślna. Wyraźnie też była znudzona i głodna zainteresowania. To ostatnie pozyskiwała najczęściej dzięki mniej lub bardziej złośliwym figlom, przy czym potrafiła dokuczać osobom nawet dwa razy od siebie większym i niebezpieczniejszym. Jak sama przyznawała, kilka razy już dostała za to lanie, grożono jej też wyrzuceniem za burtę.

Serinę, rzecz jasna, najbardziej interesowali Wojownicy Wichru. Słyszała, że to elitarni żołnierze, rekrutowani jeszcze w dzieciństwie ze względu na szczególne predyspozycje fizyczne i psychiczne.

Szybko doszła do wniosku, iż owe predyspozycje obejmowały: konsekwentną pogardę wobec wszystkich, dumę i umiejętność efektywnego zadzierania nosa. Takie bowiem cechy charakteru skrzydlaci prezentowali na każdym kroku. O prawdziwym celu ich obecności na statku wiedzieli wszyscy. Umieszczono ich tu po to, by patrzyli na ręce doriańskim gospodarzom księżniczki, w obawie, że ich zamiary mogą nie być do końca uczciwe. Spodziewano się też, że w orszaku towarzyszącemu jej wysokości mogą znajdować się zdrajcy, przed którymi należy ją chronić.

Zdaniem Seriny obecność gwardii honorowej była głupim pomysłem. Dziewczyna nie sądziła, by jej przełożeni coś knuli, nie podejrzewała też, by piętnastu elitarnych żołnierzy było w stanie coś przeciwko temu zaradzić, gdyby rzeczywiście tak było. Całą tę wyprawę natomiast uważała za wyjątkowy idiotyzm.

Mimo wszystko nawet czysto formalna przynależność do obstawy księżniczki wiązała się z licznymi korzyściami. W tym momencie kluczowy był fakt, że automatycznie otrzymała prawo do własnego kąta na barce, z dala od innych uciążliwych lokatorów. No i miała otrzymywać ogromne pieniądze właściwie za nic... Przy czym jej przyszła fortuna istniała póki co wyłącznie na papierze.

Nowa praca okazała się jednak wyjątkowo nudna, a „własny kąt” oznaczał: „do podziału z Moniką”, która była dość uciążliwą sublokatorką. O ile w dzień zwykle zamęczała człowieka setkami pytań, od skrajnie oczywistych po skrajnie abstrakcyjne, o tyle w nocy... W zasadzie nie robiła nic złego. Zasypiała prawie natychmiast, gdy się położyła (to znaczy wtedy, kiedy udało się ją przekonać, że tego dnia nie otrzyma już żadnej odpowiedzi, i obiecało, że jutro się jej wszystko wytłumaczy). Niestety mówiła przez sen i strasznie się rzucała, kiedy śniły się jej koszmary. A koszmary śniły się jej prawie zawsze. Serina budziła się przez to niewyspana i miała ochotę wysłać małą w diabły, byle dalej od siebie. Raz chciała nawet z nią poważnie porozmawiać, ale Monika patrzyła na nią tak smutno, że zrezygnowała.

Kolejną wadą nowej pracy, o której Serina do tej pory nie wiedziała, było to, że można było do niej przyjść o czwartej nad ranem i obudzić ją kopniakiem.

Serina poderwała się. Zaspana, widziała skrzydlatego jakby przez mgłę.

– Kael? – Zidentyfikowała go po sylwetce, ponieważ było za ciemno, by rozpoznać rysy twarzy.

– W tej chwili lord porucznik Kael! Wstawaj, naziemna, dopływamy. Za kwadrans masz być na pokładzie. Jej wysokość już czeka.

***

Samia rozpostarła skrzydła i jęknęła z bólu. Jej kości zrastały się powoli i niestety źle. Uszkodzone skrzydła prawie nigdy nie odzyskiwały sprawności, stając się tylko zawadzającą na każdym kroku ozdobą.

Wyprostowała się ostrożnie ze skrzywioną miną. Szorstkie, wełniane ubranie drapało jej wypielęgnowaną skórę.

Więc to tak jest nie być księżniczką – pomyślała. Przez ostatnie tygodnie powoli odzyskiwała zdrowie i chęć do życia, a tego dnia lekarze wreszcie pozwolili jej wyjść z kajuty.

Wszystko to przez kapłanów. Nie podobał im się kolor jej skrzydeł? Ciekawe, co zrobią, gdy wróci i postara się spełnić tę ich idiotyczną przepowiednię z czystej złośliwości!

Powszechnie wiadomo było, że księżniczka posiada moc. Wśród skrzydlatych magia była typowym zajęciem wysoko postawionych kobiet, choć nie wszystkie osiągały choćby podstawowy poziom umiejętności. Samię chwalono za robienie szybkich postępów, choć biorąc pod uwagę jej pozycję społeczną, te pochwały były nieco na wyrost.

– Czy stało się coś złego, wasza wysokość? – wyrwał ją z zamyślenia głos dowódcy jej straży, porucznika Kaela.

Poranne mgły podniosły się wcześnie, a świecące nad horyzontem słońce zapowiadało kolejny pogodny dzień. Samia obrzuciła niechętnym spojrzeniem swój zdecydowanie zbyt skromny orszak, zastanawiając się, jak będzie wyglądać w oczach dostojników, którzy z pewnością już ich oczekiwali na zbliżającej się powoli przystani. Nie zawracała sobie głowy pytaniem, dlaczego słudzy i żołnierze zgodzili się udać z nią na wyprawę. W jej mniemaniu było to naturalne. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, że mogli mieć jakieś własne życia.

Podała Kaelowi dokument, który trzymała w rękach. Na zwoju widniała królewska pieczęć i instrukcja, w jakich okolicznościach należy go otworzyć. W środku znajdował się edykt anulujący jej tytuł. Tym akurat Samia się specjalnie nie przejmowała – w jej żyłach płynęła królewska krew, a jakiś kawałek papieru nie miał żadnego znaczenia. Jednak to, że musiała udać się na wygnanie, szukając incognito schronienia w obcym kraju, i mogła zabrać ze sobą zaledwie dziesięciu służących i garstkę straży przybocznej, poważnie zraniło jej poczucie wartości. Czuła się teraz jak nędzarka odarta z imienia i miała ogromną ochotę wyładować na kimś narastającą złość.

– Och! Przykro mi wasza... wysokość – dokończył Kael z wahaniem. Samia miała ochotę powiedzieć mu, gdzie może sobie wsadzić swoją przykrość. Niestety, długa izolacja od ludu i wychowanie na królewskim dworze sprawiły, że nie znała odpowiednio dosadnego słownictwa.

– To jest moja obstawa? – Wskazała Serinę. Były w tym samym wieku, choć naziemna była odrobinę wyższa i na pierwszy rzut oka sprawniejsza fizycznie. Ubierała się w sposób, jaki Samia widywała tylko u służących na zamku, za to – w odróżnieniu od nich – nosiła miecz.

– Ty jesteś Serina, tak? – Samia zadała pytanie, które wydało jej się stosowne. Wypadało czasem zamienić kilka niezobowiązujących słów ze służbą. Samia słyszała, że dodaje im to motywacji do pracy i podnosi ich opinię o panu. Zupełnie jakby kogoś obchodziło, co myślą o nim prostacy.

– Tak, wasza... wysokość. – Na swoje nieszczęście Serina doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak ważne jest pierwsze wrażenie, oraz z tego, że przy arystokratach należy się odpowiednio zachowywać. Uczono ją nawet stosownych form, choć wszystkie nauczycielki twierdziły, że jest w tym beznadziejna i wychodzi z niej niskie urodzenie. Teraz usilnie próbowała sobie przypomnieć, co jeszcze mówiły te babska, a przy tym zachowywać się naturalnie. Brakowało jej jednak doświadczenia: nigdy jeszcze nie rozmawiała z księżniczką i nie miała pojęcia, co powinna teraz zrobić. Próbowała dygnąć, ale ciało tak jej zesztywniało z nerwów, że wykonała jedynie niezręczny przysiad, a uczucie gorąca na twarzy mówiło jej, że oblała się rumieńcem.

Otaczają mnie idioci – pomyślała Samia. Pod wpływem impulsu doszła też do wniosku, że powinna pokazać, że różni się od otoczenia nie tylko urodzeniem i urodą, ale również niepospolitym talentem, zdolnym olśnić maluczkich.

Po pierwszym zamachu na jej życie nauczyciele zaczęli kłaść nacisk głównie na zaklęcia, za pomocą których mogłaby się obronić w razie niebezpieczeństwa (lub ujść z życiem). Teraz wydobyła z pamięci jedną z formuł, o których jej mistrzowie mówili, że pod żadnym pozorem nie należy ich wypowiadać, mierząc do ludzi. Oczyściła myśli i wypowiedziała zaklęcie, składając palce w rytualny sposób.

Kula ognia była tak gorąca, że prawie poparzyła jej dłonie, a potem pomknęła w stronę celu. Serina zareagowała jak podczas treningów, bez większego trudu schodząc nieoczekiwanemu zagrożeniu z drogi. Pocisk pomknął w dal i wybuchł z hukiem nad powierzchnią wody. Służące pisnęły i w bezsensowym odruchu zasłoniły rękoma głowy, Wojownicy Wichru starali się sprawiać wrażenie profesjonalnie obojętnych. Tylko Kael przez moment miał wyraz twarzy, z jakim z całą pewnością nie należy patrzeć na szlachetnie urodzoną damę. Opanował się jednak, zanim ktokolwiek zwrócił na niego uwagę.

– Czy zdałam test? – zapytała Serina, przyjmując, że zdarzenie odbyło się w kontrolowanych warunkach.

– Tak – skłamała Samia. Efekt zaklęcia zaskoczył ją, znacznie przerastając jej oczekiwania. Gdyby dziewczyna nie zeszła z linii strzału, teraz prawdopodobnie byłaby już kupką węgla... Ale czyż nie była ostatecznie jej służącą?

***

Jakieś pół godziny później barka przybiła do nadbrzeża. Na lądzie czekało kilkanaście osób, których widok dodatkowo rozczarował Samię. Od czasu do czasu miała okazję podróżować po swoim królestwie. Wzdłuż trasy jej przejazdu przez kolejne miasta stał zawsze ponury, milczący tłum. Spodziewała się, że wizyta w obcym kraju, gdzie nie prześladowała jej ta cała „klątwa czarnych skrzydeł”, będzie przebiegać w nieco radośniejszej atmosferze. A tymczasem przemykała się jak jakiś złodziej.

Z drugiej strony było to lepsze niż spojrzenia tysięcy nienawistnych oczu.

– Gdzie są wiwatujące tłumy i girlandy kwiatów? Czy tak wasz lud wita władców przybywających z wizytą? – zadała pytanie.

– To wizyta incognito, o pani – odpowiedziała kobieta, która czekała na przybyłych w porcie. Nazywała się Alchima i miała być jej zarządczynią dworu i opiekunką. Samia znienawidziła ją od pierwszego wejrzenia. Pryncypialne babsko o kasztanowych włosach i powierzchowności nauczycielki sprawiało wrażenie osoby wyzutej z jakichkolwiek uczuć i poczucia humoru. Typowa urzędniczka niższego szczebla (przy założeniu, że za urzędników niższego szczebla księżniczka uważała każdego poniżej rangi ministra).

Zgodnie z wolą ojca Samia miała być jej posłuszna. Nie mogła znieść myśli, że będzie musiała tolerować rozkazy kogoś tak nisko postawionego.

***

Mniej więcej w chwili, gdy Samia lądowała w Dorianie, jego wysokość król Silensil, Antara Siódmy, postanowił wtajemniczyć swoją drugą córkę w intrygę i wyjawić jej, że jej siostra żyje i znalazła się poza zasięgiem sztyletów spiskowców.

Piętnastoletnia Julia była ciemną blondynką o skórze obsypanej delikatnymi piegami i oczach tej szarawej barwy, którą często nazywa się niebieską. Miała białe, rozłożyste i zdrowe skrzydła, nieco potargane przez wiatr. Ubierała się skromnie. Nosiła za to dużo biżuterii, głównie religijnej.

Jego wysokość mimo szczerych chęci nie miał szczególnie dobrego kontaktu ze swoimi dziećmi. Wyjaśnienie sytuacji sprawiło mu więc znaczne trudności. Na szczęście jego córki były dość inteligentne.

– Chcesz powiedzieć, tato, że moja siostra żyje? – Julia odgadła jego intencje już po piętnastu minutach. Głos jej się łamał, gdy zadawała pytanie.

– Tak, kochanie – odpowiedział jej ojciec. Był wysokim, postawnym mężczyzną. Jego włosy, broda i pióra zdążyły już posiwieć. Jego majestatyczny wygląd doskonale pasował do roli, jaką wyznaczył mu los i bogowie. – Rozumiem, że jest ci trudno, ale musimy udawać, że Samia odeszła z tego świata. Przebywa w bezpiecznym miejscu. Miejmy nadzieję, że kiedyś nastaną lepsze czasy i będzie mogła do nas wrócić.

Julia miała szczerą nadzieję, że takie czasy nadejdą. Mogłaby wtedy wydrapać swojej siostrze oczy i nasypać trocin w krwawiące dziury.

Nie chodzi o to, że była osobą złą. Przeciwnie: była delikatnym, wychuchanym i wrażliwym dzieckiem, miała w sobie mnóstwo empatii i ciepła. Samii jednak nienawidziła. I nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby jej siostrze przydarzył się jakiś wypadek, nawet bez jej bezpośredniego udziału. Co mogła jednak zrobić? Owszem, w rękach rodziny królewskiej znajdowały się potężne środki. Jednak Julia jeszcze nie była królową i nie mogła nimi dowolnie dysponować. Równie wielką władzę mieli kapłani, a ci przywiązywali naprawdę sporą wagę do tych bzdur o czarnych skrzydłach. Kilka razy omal nie wywołali rebelii, żeby tylko nie dopuścić do spełnienia się tej ich idiotycznej przepowiedni. Julia była gotowa założyć się, że – gdyby tylko wyrwało jej się słówko w trakcie spowiedzi – z Samii nie zostałaby kępka pierza.

Jednak to rozwiązanie miało poważną wadę: jej ojciec by się domyślił. Była na szczęście też inna metoda wpakowania siostry w poważne problemy. Co więcej, nikt nie spodziewałby się, że Julia jest zdolna zrobić coś takiego.

– Szanowny Panie Wilcze Serce – zaczęła list. – Zapewne ciekawi Pana, dlaczego nasze wojska gromadzą się na Pańskiej granicy. Otóż zgodziliśmy się pomóc Dorianowi w wojnie i ukaraniu Pana za Pańskie zbrodnie w zamian za kilka przyszłych ustępstw. Tak naprawdę jednak jego miłość król Dorianu zgodził się nagrodzić naszą pomoc udzieleniem azylu mojej siostrze, księżniczce Samii. Jej bezpieczeństwo jest gwarantem sojuszu. Jak szanowny Pan się domyśla, Samia, mimo iż oficjalnie nie żyje, nadal ma większe prawo do tronu niż ja. Biorąc pod uwagę Pańską przeszłość, na pewno rozumie Pan, co czuję w tych okolicznościach. Dlatego też chciałabym Pana poinformować, że moja siostra znajduje się w zamku Pajęczyca położonym na obrzeżach Jedwabnego Lasu na terytorium wymienionego powyżej królestwa. Jestem zdania, że gdyby spotkało ją jakieś nieszczęście, mój ojciec zerwałby sojusz. Ja natomiast byłabym zobowiązana, gdyby zechciał Pan poświęcić odrobinę swego jakże cennego czasu celem sprokurowania takiego wypadku. Byłabym jeszcze bardziej wdzięczna, gdyby zniszczył Pan ten list zaraz po przeczytaniu.

Julia, księżniczka krwi królestwa Silensil,

Wichrowej Wieży i Orlich Grani

***

Alchima przekroczyła dopiero trzydziesty piąty rok życia, ale widziała już takie rzeczy, o których znajomość nikt nie podejrzewałby urzędnika. Cieszyła się opinią osoby pewnej, skutecznej i nieskorumpowanej. Miała też bardzo silne plecy na dworze królewskim. Dlatego nie zdziwiła się, gdy obarczono ją odpowiedzialnością za dobrobyt cudzoziemskiej eksksiężniczki. Profesjonalizm nakazywał jej, by od początku nawiązać przyjacielskie, jeśli nie ciepłe stosunki, a Alchima ceniła sobie profesjonalizm.

– Droga Samio – zwróciła się do swego gościa, uznawszy, że będzie to najlepsza forma. Zwykle po anulowaniu tytułu przyznaje się inny, zastępczy. Skrzydlaci jednak nie posiadali szlachty, przynajmniej oficjalnej. Formalnie więc Samia była zwykłą, nisko urodzoną dziewczyną. – Czy nie zechciałabyś obejrzeć nowego domu? I czy twoja towarzyszka nie miałaby nic przeciwko temu, żeby się z nami przespacerować? – powiedziała, mając na myśli Serinę.

– I ja! I ja! Ja też chcę pójść! – pisnęło coś małego i ruchliwego, ale urzędniczka postanowiła owo coś na razie zignorować.

Obydwie wyraziły zgodę, choć Samia z wyraźnym znudzeniem. Tak trywialne sprawy, jak miejsce zamieszkania zwykle mało interesowały osoby jej pokroju. Alchima miała nieco inne podejście, jednak było to wyjątkiem w jej klasie społecznej, a nie regułą.

– Proponuję zatem, byśmy najpierw zwiedziły apartamenty księżniczki, bibliotekę i ogród – zasugerowała. – Proszę, udajcie się ze mną. – Uznała w końcu, że nieformalna rozmowa pozwoli uniknąć niezręczności i skróci dystans.

– I ze mną! I ze mną! – zapiszczało znowu tajemnicze coś. Urzędniczka przyjrzała się owej niewielkiej niedogodności, by poznać jej naturę i łatwiej się jej pozbyć. Skąd jednak się to wzięło?

– Przepraszam bardzo, zanim ruszymy, muszę sprawdzić pewne nieścisłości – rzuciła i wyjęła z teczki listę osób, które miała pomieścić w zamku.

Kogo tam nie było... Żołnierze królewscy, żołnierze skrzydlatych, wszyscy w pokaźnych ilościach. Kilku służących, jedna pokojówka, kosztowacz trucizn, nowicjuszka z pobliskiej świątyni, która dopiero miała przybyć, nauczyciele i korepetytor. Ten ostatni także zabłądził po drodze.

Lista nie zawierała jednak pozycji „czternastoletnia, nadaktywna dziewczynka, kolor włosów blond, oczy niebieskie, sztuk jeden”.

– Co to jest? – zapytała rzeczowo.

– Ona chyba ma na imię Monika – wyjaśniła Samia. Zwykle nie interesowała się plebsem, ale podczas podróży, którą spędziła głównie w łóżku, prawie cała owinięta bandażami, nudziło jej się bardzo i kazała sobie opowiadać o wszystkim, co się działo i to po trzy razy. – Nasi żołnierze znaleźli ją gdzieś na Czarnych Wzgórzach, potem trafiła do sierocińca. Tam uznano, że najlepiej chyba będzie czuła się wśród swojego gatunku, więc wzięliśmy ją przy okazji. Informacja ta wywarła stosowne wrażenie na urzędniczce.

„Jaki idiota wysyła dziecko w taką podróż?” – zadała sobie pytanie w myślach, nie biorąc pod uwagę tego, że ktoś może mieć Moniki serdecznie dość na tyle, by żywić nadzieję, że przepadnie bezpowrotnie gdzieś w dalekich stronach. – Dobrze, postaram się coś wymyślić w jej sprawie, ale może po spacerze. Naturalnie Monika może wziąć w nim udział, jeśli chce.

Zgodnie z jej obawami Monika chciała. Później jednak Alchima nie żałowała, że wzięła dziewczynkę ze sobą, a nawet ją polubiła, bo dzięki niej przynajmniej coś się na tym spacerze działo. Samia niestety okazała się typową przedstawicielką wyższej arystokracji. Nie rozmawiała, tylko prowadziła niezobowiązującą konwersację. Tak naprawdę obchodziło ją niewiele z tego, co działo się wokół.

Serina (Alchimę dziwiło, że ktoś powierzył jej tak odpowiedzialną funkcję) sprawiała natomiast wrażenie wyjątkowo dobrze wychowanej dziewczyny niskiego stanu. Kupcy czasem posyłali swoje córki, by uczyły się na wielkie damy. Efekt był zawsze ten sam: przyjeżdżały zahukane, zastraszone dziewczęta, które w otoczeniu wyżej urodzonych traciły pewność siebie i poczucie własnej wartości. Serina potrafiła więc zdobyć się tylko na przytakiwanie, nieśmiałe „nie” i czerwienienie się.

Alchimę zastanawiało, jak się zachowa, gdy będzie musiała walczyć. Straci pewność siebie? Zemdleje? Zacznie płakać? Stawiała jednak na odpowiedź numer cztery. Zostanie zabita.

Monika na tym tle wypadała dość pozytywnie. Wszystko ją interesowało (nawet aż za bardzo), zadawała pytania i widać było, że fascynuje ją nowe miejsce. Alchima jednak nie miała pojęcia, co z nią zrobić, a nie chciała, żeby pod nogami pętał się jej nieustannie jakiś ruchliwy dzieciak pozostawiony bez opieki.

Oczywiście najprostszym rozwiązaniem byłoby odesłać małą do przytułku. Znała kilka niezłych sierocińców, prowadzonych przez zakonników. Jednak nie mogła się na to zdobyć. Tak więc, gdy skończyła obchód, posłała po swoją młodszą siostrę.

Alchima była przekonana, że z rodziną najlepiej wychodzi się na portretach zbiorowych, ale siostrę akurat lubiła. Szczęśliwy los zrządził, że kilka dni temu Elther próbowała się umówić na spotkanie. I to raczej nie po to, żeby powspominać przeszłość.

Gdy spotkały się wieczorem, przypuszczenia te okazały się całkowicie słuszne.

– Jak idzie w kartach? – zapytała Alchima. Hazard był grzechem, któremu ulegali wszyscy: możni, kapłani, magowie... Korzystając z przywilejów swego urodzenia, Elther często bywała na salonach, gdzie zajmowała się głównie ogrywaniem bogatych amatorów kości, kart i szachów z ich budżetu na rozrywki. Z profesjonalistami się nie zadawała.

– Nawet mi nie przypominaj – burknęła. Była ładną kobietą o piaskowych włosach. Ubierała się elegancko, lecz bardziej praktycznie niż Alchima, stosowała także mocniejszy makijaż i więcej kosmetyków. Była też odrobinę niższa. – Miałam pecha... – wyznała, skręcając sobie papierosa.

Alchima westchnęła. Ona sama wierzyła w szczęście, ale nie w hazard.

– Mówiłam ci, że nie można zawsze wygrywać. Los kiedyś musiał się od ciebie odwrócić. Dużo wisisz?

– Los? – zirytowała się Elther. – W pokerze nie ma czegoś takiego jak los! Jest tylko statystyka i ryzyko, które da się obliczyć. Ten, kto umie to zrobić, na dłuższą metę zawsze wygrywa!

Pomimo że święcie wierzyła w te słowa, Elther poza tym była raczej normalna. Na jej obronę należało powiedzieć, że zwykle miała rację. Niestety popełniła dość elementarny błąd: zagrała o naprawdę poważną stawkę.

Wyglądało to na łatwą partyjkę z grupą niedzielnych, zamożnych graczy. Wpisowe było wysokie, ale potencjalna wygrana komuś takiemu jak Elther mogła pozwolić na kilka lat beztroskiego życia. Niestety na sali był także inny zawodowy hazardzista. Gra szybko zmieniła się w pojedynek między nimi i – jak zawsze w takich wypadkach – ktoś musiał ponieść bolesną klęskę.

Oczywiście nie straciła wszystkiego. Żaden zawodowiec nigdy nie gra o cały majątek, to jedna z podstawowych reguł profesji. Jednak Elther popełniła następny podstawowy błąd: chciała się szybko odkuć. Grała więc ryzykownie, o wyższe stawki i nim zdążyła się opamiętać, była po uszy w długach.

– Czyli chcesz prosić starszą siostrę, żeby cię ratowała? – zgadła Alchima, nalewając sobie wina.

– Skąd, nie spodziewam się, że uregulujesz moje zobowiązania. Mimo że masz u mnie dług moralny! – wypaliła Elther. – Przypominam, kto wciągnął mnie w gorzałę, seks i hazard.

– Hej! Jeszcze powiesz, że nie było fajnie!

– Pragnę cię poinformować, że moje długi spłacił Otton!

– Otton? To jeszcze nie powiesili tego kleptomana?

– Żyje i kazał ci to przekazać. – Elther pchnęła szczelnie opakowany pakunek do Alchimy.

Otton był samozwańczym królem złodziei, księciem oszustów, hrabią paserów, baronem włamywaczy i kawalerem orderu narcystycznych megalomanów. Kilkakrotnie losy sióstr przecięły się z jego losami. Miał wiele zalet. Na przykład był doskonałym kompanem do kieliszka, pod warunkiem że pamiętało się, żeby przy wyjściu odebrać mu srebra.

Alchima wzięła do rąk paczkę. Była duża i bardzo ciężka. Szybkim ruchem zdarła papier i jej oczom ukazała się książka – czy raczej księga – z metalowymi zdobieniami, oprawna w skórę (Alchima wolała się nie zastanawiać, z jakiego zwierzęcia pochodziła). Przekartkowała kilka stron i ich treść jej się nie spodobała.

Ilustracje, wykresy i tytuły rozdziałów dobitnie świadczyły, że ma do czynienia z grimuarem czarnej magii. I to nie jakimś sekciarskim bełkotem, tylko rzeczowym podręcznikiem dokładnie opisującym, jak przywołać i skłonić do współpracy ciemne moce. Czyli czymś naprawdę niebezpiecznym.

– Skąd to masz? – zapytała zaniepokojona.

– Otton mówi, że miał to przy sobie kurier, którego okradł dziś rano w miasteczku. Ktoś przemycał to pod twoim nosem. Sam nie ma czasu, żeby to we właściwy sposób zniszczyć, więc oddaje tobie.

Alchima z powrotem zapakowała książkę. Nie chciała mieć z nią nic do czynienia. Jutro miała wysłać gońca na królewski dwór, gdzie przebywało stale kilku potężnych czarowników. Dla większości z nich czarna magia była zapewne zbyt wielką pokusą, by oddawać im coś takiego do rąk. Jednak na przykład Saradan Mądry czy Rycerz Światła powinni zniszczyć przedmiot bez wahania.

– Szukam zajęcia na czas, aż zbiorę pulę i będę mogła wrócić do gry – zmieniła temat Elther.

Alchima zastanowiła się.

Elther miała masę wad. Potrafiła w kilka chwil stracić wielkie sumy pieniędzy, lubiła drogie alkohole i inne używki. Trudno ją było nazwać osobą dojrzałą czy odpowiedzialną, ale kretynką również. Raczej nie była skłonna wciągać dzieci w światek Ottonów i zawodowych szulerów. Do jej zalet należał status społeczny, niezłe wykształcenie i fakt, że znała wielu wysoko postawionych ludzi. Poza tym kilka razy pracowała już jako guwernantka.

– Hm... Mówiłaś kiedyś, że chcesz mieć dziecko. – Alchima uśmiechnęła się złośliwie.

W dalekiej przeszłości Elther próbowała spłodzić bękarta z kimś wpływowym, najlepiej dostojnikiem dworskim lub arcykapłanem, by go później go szantażować celem wyłudzenia pieniędzy. Wszystko przemawiało za tym, że mogłaby osiągnąć sukces, ale okazało się, że jest bezpłodna.

– Mam tu fajną małą, której muszę znaleźć opiekunkę. Zobaczysz, polubisz ją, jest żywa i inteligentna. Dostaniesz pensję, będziesz mieszkać na zamku, więc oszczędzisz dodatkowo na czynszu i jedzeniu, a poza tym nasza matka się wścieknie, gdy dowie się, że zajmujesz się dzieciakiem z ludu – oznajmiła. – Monika! Choć tu! Ta pani się będzie teraz tobą opiekować.

***

Ta praca to był zdecydowanie zły wybór – uznał mężczyzna. W chwili gdy przyjmował posadę, wiedział, że jego nowa pani jest ekscentryczna. Wiedział też, że inni służący uciekali od niej najdalej, jak tylko mogli. Słyszał plotki, a potem widział ich potwierdzenie. Problem tkwił w tym, że z poprzedniego miejsca go wyrzucili, bo przyłapano go na kradzieży. A z dwóch wcześniejszych za problemy z alkoholem. Nie umiał wykonywać żadnego innego zawodu i nie miał ziemi, skazany więc był na karierę służącego. Choć trudno to nazwać karierą. Zwłaszcza że nigdzie indziej by go nie przyjęto z taką przeszłością.

Jego pracodawczyni hołdowała dziwnym obyczajom, ale ludzie nie zadawali pytań. W większości byli zadowoleni, że w ogóle mieli jakieś zajęcie. Tym bardziej że płaciła więcej niż dobrze. Do czasu, naturalnie...

Bojąc się podnieść oczy na kotarę, która oddzielała jego panią od oczu niegodnych, padł na ziemię. Niedobrze było zdenerwować czymś panią.

– Tomoe-dono! – powiedział w końcu, choć głos mu się łamał. Stosowanie obcych przydomków należało do części ceremoniału. Mężczyzna nie wiedział, kim jest jego pracodawczyni. Służący spekulowali, że może być wygnaną dziedziczką tronu obcej krainy. Na pewno znała się na czarach. Głównie tych złych. Kotara poruszyła się.

– Tomoe-sama pyta, czy masz księgę – rozległ się głos za jego plecami.

Xu Yen, skośnookiej służącej, bał się prawie tak samo, jak ich wspólnej pracodawczyni. Choćby dlatego, że poruszała się jak kot, a jeśli w ogóle była człowiekiem, to chyba wiedźmą.

– Pani... – Oblał go zimny pot. – Straciłem ją. Chyba mi ją ukradziono. Miałem ją jeszcze w miasteczku. Przeszedłem przez bramę, skręciłem w uliczkę i już jej nie było. Za to w kieszeni znalazłem to. – Zademonstrował czarnego konia szachowego.

Xu Yen spojrzała na figurkę. W pewien sposób tłumaczyła porażkę. Czarny koń szachowy był znakiem rozpoznawczym Króla Złodziei. Służący mógł więc oczekiwać łaski.

Tym razem kotara poruszyła się gwałtownie. Osoba, która za nią siedziała – to zabawne, ale służący nigdy jeszcze nie widział twarzy swej pani – cisnęła zza niej mieczem. Broń upadła na pokrytą parkietem podłogę, odbiła się kilka razy z metalicznym szczękiem i znieruchomiała.

Pani rzuciła w niego bronią? I nie trafiła? Czyżby miał aż takie szczęście?

– Tomoe-sama rozumie przyczyny twojej porażki i okazuje łaskę, nakazując ci popełnić samobójstwo – objaśniła Xu Yen. – Wierz mi, tak będzie dla ciebie lepiej.

Wierzył... Słyszał plotki.

Ujął broń w drżące, pobielałe ze strachu dłonie. Nigdy jeszcze nie miał miecza w dłoniach, ale wiedział, że ten jest bardzo ostry. Przełknął ślinę. Przyłożył ostrze do gardła.

Może nie będzie bolało.

Pociągnął.

Trysnęła krew, a mężczyzna prawie natychmiast upadł. Ostatnie, co zarejestrowały jego gasnące oczy, była nachylająca się nad nim Xu Yen.

– Pani Tomoe mówi – szepnęła – że nawet tego nie umiałeś zrobić, jak należy.

***

Reszta dnia minęła spokojnie, choć niekoniecznie nudno – przynajmniej dla Moniki. Obejrzała zamek, poznała swoją opiekunkę i pomogła jej przeprowadzić się do ich wspólnego mieszkania. To ostatnie wydarzenie było chyba najbardziej fascynujące.

Większość sierocińców była wysprzątana i czysta dość charakterystycznym rodzajem czystości, zupełnie tak, jakby były zbyt biedne, by pozwolić sobie na brud.

Lokum Elther niekoniecznie było brudne. Raczej nieporządne. Wyraźnie była ona osobą wystarczająco zamożną, żeby pozwolić sobie na mnóstwo, ale to mnóstwo śmieci, śmietków i śmieciuszków, lecz zbyt biedną, żeby wynająć sprzątaczkę. Mimo to mieszkanie wyglądało na sympatyczne. Również nowa kwatera na zamku nie była najgorsza.

Monika nie łudziła się, że pozostanie tam na dłużej. Jej pobyty w sierocińcu zawsze zaczynały się od pustych deklaracji w rodzaju: „Mam nadzieję, że będziemy się razem świetnie bawić”, i pokazania nowego miejsca do spania. Przez pewien czas było dobrze, a potem okazywało się, że robi coś źle. Na przykład rośnie za szybko. Wtedy zaczynały się różne, dziwne cyrki oraz kłopotliwe pytania, na które nie potrafiła odpowiedzieć, i lądowała w innym miejscu. Jej zdaniem jedyną różnicą było to, że tym razem miała dla siebie cały pokój, a nie tylko łóżko.

Wrażenia z nowego miejsca w połączeniu z długą podróżą bardzo ją jednak wyczerpały, nie protestowała więc, gdy odesłano ją do łóżka. Prawie natychmiast zasnęła i nic jej się nie śniło. Obudziła się jak zwykle wraz ze wschodem słońca, tuląc się do pluszowego misia, którego dostała poprzedniego dnia. Wyjrzała przez okno, uznała, że pogoda jest paskudna, i wróciła pod kołdrę.

Serina obudziła się niedługo potem. Wstając, uderzyła głową w sufit. Przydzielono jej małe pomieszczenie na poddaszu z maleńkim oknem. Było tam zbyt ciasno, żeby spróbować wykonać jakiekolwiek ćwiczenie, a poza tym pusto i szaro. Prawie tak szaro jak na zewnątrz. Mimo wszystko postanowiła wstać.

Głupia wyprawa – sformułowanie tej myśli było jedynym wysiłkiem intelektualnym, na jaki było ją obecnie stać. Była pewna, że za czas spędzony na łodzi zapłaciła katastrofalną utratą formy. Zapowiadało się, że będzie musiała się katować przez kilka tygodni, aby w pełni odzyska sprawność.

Wkrótce po Serinie obudziła się Samia. Nie spała tej nocy dobrze, tępy ból w skrzydłach nie pozwalał o sobie zapomnieć. Dodatkowo około piątej rano ze snu wyrwały ją jakieś szmery przy drzwiach. Logika podpowiadała jej, że to zapewne zmiana straży, niemniej jednak paranoja zrobiła swoje. Gdy służące przyszły ją ubrać, zastały księżniczkę skuloną pod kołdrą, ze sztyletem w dłoni.

Szarawy świt i płaski krajobraz za oknami również nie nastrajały Samii szczególnie optymistycznie. Źle się czuła od chwili, gdy opuściła rodzinne wzgórza, a lekko tylko pofałdowany, lesisty pejzaż Dorianu wydawał jej się pusty, odsłonięty i niebezpieczny. Co gorsza w jej domu szare poranki zapowiadały zwykle tydzień albo dwa deszczu.

Pokojówka pomogła jej się ubrać i zaproponowała podanie skromnego śniadania. Wybór zaledwie pięciu niezbyt wyszukanych dań i niegustowna, srebrna zastawa upewnił Samię w przekonaniu, że w luksusie to ona żyć nie będzie. W coraz gorszym nastroju odmówiła posiłku.

Z drugiej strony po raz pierwszy od bardzo dawna nie otaczał jej tłum dworzan, wreszcie mogła czuć się swobodnie i zażyć odpoczynku z pewnością, że te trywialne jajka na twardo, które Doriańczycy chcieli jej zaserwować, nie są zatrute.

Ale czy na pewno?

Lepiej było nie opuszczać gardy.

Problem z byciem księżniczką (nawet wygnaną) polegał jej zdaniem głównie na tym, że właściwie nie było nic do roboty. Jedyny wyjątek stanowiły zajęcia z nauczycielami. Poza tym i machaniem do wiwatujących tłumów (choć tłumy na widok Samii miast okazywać radość, milkły, czasem nawet mimo tego, że im zapłacono i wystawiono straż, by pilnowała należytej spontaniczności) nie zajmowała się niczym. Inne czynności były bowiem albo dobre tylko dla pospólstwa, albo niosły za sobą zbytnie ryzyko ze względu na czyhających na nią zamachowców. Takie życie trudno nazwać wybitnie urozmaiconym.

Samia od dłuższego już czasu żałowała, że nie zabrała ze sobą kilku błaznów, trefnisiów lub innych osób, które mogłyby ją rozerwać. Albo więcej książek, choć nie należała do osób szczególnie ceniących literaturę.

Wyszła na korytarz.

Skoro już o książkach mowa, to jakiś niedbający o porządek sługa zostawił na korytarzu dużą, ciężką księgę. Z nudów zaczęła ją kartkować, mimo że jej myśli krążyły gdzie indziej. Potrzebowała dobrej chwili, by zauważyć, co wertuje. Natychmiast zamknęła księgę i przyjrzała się jej stronie tytułowej.

Przewodnik praktyczny po czarnych sztukach. Nekromancja i demonologia – głosił tytuł.

– Ale fajnie! – wykrzyknęła jej marzycielska natura, podczas gdy instynkt samozachowawczy wył alarmująco.

Otworzyła wolumin na ostatniej stronie, by sprawdzić bibliografię. Była pokaźna i zawierała dziesiątki zakazanych dzieł.

Wyglądało to ekscytująco, ale...

Ignorancja i uprzedzenia były wciąż silnie zakorzenione w społeczeństwie. W efekcie większość ludzi i nieludzi nie lubiła odważnych eksperymentatorów przeprowadzających doświadczenia z czarną magią. Najwięcej przeciwko osobom, które wyróżniały się z tłumu – czy to odwagą w czerpaniu mocy z niekonwencjonalnych źródeł, czy to czarnym kolorem skrzydeł – mieli ci, którzy sami praktykowali niewiele lepsze czary. Czym różni się bowiem spalenie kulą ognia od zawezwania śmierci? Księżniczka twierdziła, że niczym. Jej zdaniem do tych samych wniosków powinien dojść każdy, kto nie był hipokrytą.

Jak sądziła, ludzkość nie dojrzała jeszcze do takich myśli. Dla tłuszczy znalezienie jej z taką książką wystarczyłoby, żeby spalić Samię na stosie.

***

Podczas gdy Samia badała tajemniczy grimuar, Serina okrążyła biegiem zamek trzy razy i uznała, że jest to wystarczające ćwiczenie. Wróciła do swojego pokoju umyć się, przebrać w strój służbowy, zjeść jakieś śniadanie i podjąć pracę. Spodziewała się, że jej zadania będą wyglądać podobnie jak na statku. Stawi się na miejsce, usłyszy, że księżniczka źle się czuje lub nie ma ochoty wychodzić, i każą Serinie wrócić po obiedzie. A dzięki temu będzie miała trochę czasu na kolejną serię ćwiczeń.

***

Samia usiadła, by przemyśleć konsekwencje znalezienia księgi. Wnioski były proste: nie kryła się ze swoim hobby tak dobrze, jak myślała. Ktoś odkrył jej zamiłowania i postanowił wykorzystać to przeciwko niej. Sprytne, a przy okazji nie wymagało brudzenia sobie rąk. Samia pomyślała, że ten ktoś doskonale wiedział, że nie jest zdolna oprzeć się takiemu skarbowi. Kartkując księgę, czuła zawartą w niej moc. Rzecz w tym, że o ile do zwykłej magii podchodzono nieufnie, o tyle czarnej po prostu się bano. Mroczne sztuki były zakazane, a ich adepci – w razie wykrycia – zabijani. Co gorsza, było pewne, że nie miała szans ukryć księgi. Kompromitujące dowody zawsze znajdowano, zwłaszcza jeśli ktoś wiedział, czego szuka. To było żelazne prawo intryg.

Z bólem serca zamknęła foliał. Byli pewni, że nie zdoła poskromić pokusy? Cóż, nie docenili jej siły woli!

***

Śniadanie. Omlet. Monika nie miała siły myśleć. Po wstaniu z łóżka okazało się, że świat jest zimny, ciemny i zły. Machinalnie dziabała widelcem jedzenie na talerzyku.

– Ciociu, mogę iść na spacer? – Dzieci (a Monika miała na wskroś dziecięcą psychikę) niektóre pytania zadają po to, żeby przetestować swoich opiekunów. Nie oczekują twierdzącej odpowiedzi.

– Jasne! Czemu nie?

Elther oblała egzamin.

***

Samia nie miała problemu ze znalezieniem kominka, ale z rozpaleniem w nim ognia – owszem. Nie była pewna, jak zabiera się do tego służba. Chyba nakładali do środka paliwa, a potem jakoś rozniecali płomień. Drewno leżało na szczęście obok, prawdopodobnie ułożone tam dla ozdoby, więc Samia – nie bacząc na to, że może się pobrudzić albo zniszczyć sobie dłonie – włożyła kilka szczap do kominka, a na wierzchu ułożyła książkę.

Postała kilka minut, patrząc na swoje dzieło, ale to nie chciało się palić. Uznała więc, że – oprócz przygotowania paliwa – trzeba podjąć też jakieś dodatkowe działanie.

Niestety nie miała pojęcia, jakie... Była szlachetnie urodzoną damą. Do prac fizycznych miała innych.

Przypomniała sobie zaklęcie, które mogło sprawić, że łatwopalne przedmioty zajmą się ogniem. Wypowiedziała je i wesołe płomyki zaczęły skakać po szczapach.

O jak ładnie się pali – pomyślała.

A mówili, że nie potrafi być samodzielna!

Odsunęła się od kominka i z niejaką dumą podziwiała efekty swojego niszczycielskiego działania. A było co podziwiać. Zielone płomienie raźno skakały po pergaminie.

Zielone płomienie. Umysł księżniczki przetrawił to, co rejestrowały oczy. Była prawie pewna, że ogień nie powinien być zielony. Oczywiście mogło to być zjawisko naturalne. Obecność tlenków miedzi mogła zabarwić płomienie – uzasadniła, racjonalizując sprawę.

Niemniej jednak, kiedy ogień przybrał barwę wściekle różową, a następnie wystrzelił metrową kolumną o wszystkich kolorach kredek, nawet ona musiała uznać, że nie jest to normalne.

Ktoś inny naturalnie wpadłby w panikę, ale nie Samia. Postanowiła po prostu zgasić ogień, skoro się nie sprawdził. Na szczęście jakaś zapominalska służąca zostawiła wiadro, ścierkę i szczotkę upchnięte w kąt pokoju. Samia zlekceważyła pozostałe utensylia i chwyciła za kubeł. Okazał się cięższy, niż się spodziewała, lecz jakoś dodźwigała go do paleniska. Z kominka bił okropny żar.

– No to chlup! – rzuciła raźno, chwyciła pojemnik i wylała mniej więcej jedną trzecią jego zawartości w płomienie, a resztę na siebie, podłogę i ściany.

– SSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSS! – odpowiedział ogień. Woda prawie natychmiast wyparowała, strzelając w górę zielono-fioletowym obłokiem.

– Auu! Parzy! – krzyknęła Samia, cofając się.

***

Serina właśnie szła na swój posterunek, gdy usłyszała krzyk. Wprawdzie nie wiedziała, co powinna zrobić w takim wypadku, ale jej nowe obowiązki obligowały ją do jakiejś reakcji. Ruszyła w kierunku źródła hałasu.

***

Niektórzy ludzie – oraz skrzydlaci – mają zwyczaj dotykania zranionych kończyn, żeby sprawdzić, czy bardzo bolą. Samia delikatnie pomacała zaczerwienioną skórę ręki.

Tak. Zdecydowanie – bardzo bolało.

Może nie aż tak, jak złamanie otwarte skrzydła, ale doprawdy wystarczająco. A zaledwie wczoraj wstała z łóżka.

Nie było jednak czasu, by o tym rozmyślać. Usłyszała czyjeś kroki w korytarzu dla służby.

Spiskowiec!- pomyślała w kolejnym przypływie paranoi. – Idą po mnie! Teoretycznie osoba, która wychowywała się wśród luksusów, od dzieciństwa przyzwyczajana do tego, że każdą jej zachciankę spełniają służący, powinna być słaba, niezaradna i delikatna. W praktyce jednak ktoś, kto dorastał w królewskiej rodzinie, nie mógł pozwolić sobie na jakiekolwiek słabości, nawet jeśli nie ciążyła nad nim klątwa.

Samia stłumiła ból wysiłkiem woli.

Bo jeśli przypadkiem jednak ciążyła nad tobą klątwa, to taka szkoła życia pozwalała przeżyć nawet w dżungli (pod warunkiem oczywiście, że byłby tam ktoś, kto rozpalałby ogień, gotował jedzenie oraz dbał o wszystkie przyziemne, niegodne wysoko urodzonych sprawy), ale jednocześnie czyniła całkowitym socjopatą.

Życie na dworze nie sprzyjało szybkiemu, kreatywnemu myśleniu. Jedynym pomysłem, na jaki Samia wpadła, by w sposób dyskretny nie wpuścić kogoś do pokoju, było stanięcie w drzwiach i oznajmienie:

– Nie wejdziesz.

W ogóle nie zaskoczyło jej to, że domniemanym spiskowcem jest jej tak zwana osobista strażniczka. Gdyby to ona była autorką tej intrygi, to postarałby się umieścić swych agentów jak najbliżej celu, a któż byłby wtedy lepszym wyborem niż osobisty strażnik? Hm, tester trucizn?

– Przepraszam, słyszałam jakiś krzyk. Czy coś się stało? – zapytała Serina, zupełnie nieświadoma przypisywanych jej zbrodniczych intencji.

– Nie, nic, przesłyszałaś się! – odpowiedziała Samia, przywołując na twarz wyuczony, pełen dobrej woli uśmiech. Była zdenerwowana i rozkojarzona, więc wypadło to na tyle sztucznie, by zaniepokoić jej rozmówczynię. A tak się pechowo złożyło, że księżniczka trafiła na kogoś, kto nie tylko był wrażliwy na nastroje, ale na dodatek głęboko wierzył, że ludziom należy pomagać. Nie trzeba było nawet sekundy, żeby Serina zauważyła wielką kałużę na środku pokoju.

– Rozlałaś wodę? Może pomóc sprzątać albo zawołać służbę? – zaproponowała.

Samia miała właśnie zaprotestować, ale Serina zrobiła krok w przód, chcąc wejść do środka, więc musiała zastąpić jej drogę. Spróbowała odepchnąć strażniczkę zranioną ręką i aż się skuliła z bólu, chociaż udało jej się nie krzyknąć.

– Coś ci się stało w rękę? Poczekaj! Zawołam kogoś! – zaproponowała Serina.

No tak, tylko tego brakowało.

– Nie! Nikogo nie wołaj!

– Ale to wygląda bardzo niedobrze! Naprawdę myślę, że przydałaby ci się pomoc.

– Nie chce niczyjej pomocy! Pojmujesz?

Serina nie pojęła.

– Proszę posłuchać, wasza wysokość! Ja rozumiem, że się poparzyłaś, przewróciłaś wiaderko i w ogóle narobiłaś bałaganu, ale naprawdę nie ma sensu zachowywać się jak małe dziecko i nie wpuszczać ze wstydu nikogo do pokoju – wyjaśniła Serina. – Usiądź może na łóżku i poczekaj chwilę. Przyniosę zaraz czystą wodę i jakiś materiał na okład. Oraz ścierkę do podłogi. Dobrze?

– Nie!

– Dlaczego?

– Bo nie! Nie chcę, żeby ktoś wchodził do tego pokoju! Czy to do ciebie dotarło?!

Pomysł posiadania osobistego strażnika wyszedł od Samii. Zrodził się w jej umyśle, gdy poraniona, obolała i przygnębiona leżała w łóżku, dowiadując się o kolejnych nieszczęściach. Gdy usłyszała, że ma opuścić swój kraj i że oficjalnie zostanie ogłoszona nieżywą, po prostu musiała zatruć komuś życie. Zażądała, by znaleziono dla niej osobistego strażnika.

Chciała, żeby to była kobieta.

W jej wieku.

Mistrzyni szermierki.

Z odpowiednimi manierami.

Znalezienie kogoś takiego wydawało się jej niemożliwe. W tej chwili dochodziła do wniosku, że ktoś odpłacił jej złośliwością za złośliwość!

– Żądam, żeby nikt nie wchodził do tego pokoju! A ty masz się wynieść! Daję ci wolne! Zrozumiano?!

– Tak – zgodziła się Serina, planując, że i tak tu wróci ze ścierką, czystą wodą, materiałem na bandaże i maścią przeciwko oparzeniom.

– Więc się wynoś! Nie chcę tu widzieć nikogo! – Samia wypowiedziała to w złą godzinę. Serina nie zdążyła nawet mrugnąć, gdy za plecami skrzydlatej otworzyły się drzwi. Każda z komnat na tym piętrze miała dwoje wejść. Jedno było przeznaczone dla służby, drugie dla państwa. Księżniczka z sercem w gardle skoczyła w tamtą stronę, ale było już za późno.

– O rany! Ale fajny ogień! – Monika, korzystając z okazji, chciała rozejrzeć się trochę po zamku, ale zabłądziła wśród jego komnat i korytarzy. Teraz desperacko szukała drogi wyjścia, na chybił trafił otwierając kolejne drzwi. Większość komnat, do których się dostała, była pusta, ale teraz natknęła się na prawdziwy skarb. Entuzjastycznie wyraziła więc swój zachwyt.

Samia mało co nie zemdlała. Już miała wyrzucić małą z pokoju, ale wtedy do środka weszła też i Serina.

– To tym się poparzyłaś? – zapytała. – Wygląda fajnie, tylko czy to powinno na mnie patrzeć?

Faktycznie pojawiło się sporo dymu, który formował się w kształty zjaw, potworów i demonów. Ogień syczał i trzaskał potępieńczo. Monika patrzyła na niego z fascynacją. Serina była o wiele mniej zachwycona.

– Dobra, ale nie rozumiem, dlaczego nie chciałaś mnie wpuścić do pokoju.

– To może spójrz na ten ogień i powiedz mi, jaki on jest.

– Magiczny – zgadła Monika.

– Świetnie! A co ludzie robią z magami?

Serina zastanowiła się. Chodzą do nich po porady? Kupują u nich horoskopy? Żadna z tych rzeczy jakoś nie tłumaczyła zachowania jej pani.

– Nie wiem. Co robimy z magami? – zapytała.

– Palicie ich na stosach! – warknęła Samia.

– Aaaaaa! Nie, palimy czarownice, a nie magów – odpowiedziała. Ostrzeżono ją, że jej pracodawczyni ma być wyszkoloną adeptką. Sprawdzono też, jak zareaguje na tą wiadomość. Serina była dość sceptyczna wobec siły czarów. Oczywiście wierzyła w magię. Wszyscy w końcu wierzyli. Uważała ją jednak za dziwaczną fanaberię. – Ty jesteś czarodziejką, a czarodziejki są dobre, no nie?

Faktycznie nie było czegoś takiego, jak dobra magia albo zła magia. Były tylko czary moralnie niejednoznaczne i moralnie jednoznaczne. Czyli najczęściej paskudne.

– Czym różni się czarownica od czarodziejki? – zaciekawiła się Monika. Samii nie podobało się to, że jakaś parszywa sierota wtargnęła do jej pokojów, ale ucieszyła się, że to nie ona musiała zadać to pytanie.

Serina nie potrafiła odpowiedzieć. Zasadniczo nikt nie potrafił. Kryterium było bowiem dość dowolne i opierało się głównie na tym, kogo rozwścieczony tłum za taką uzna.

– Wiesz czarownice mieszkają w lesie, rzucają na ludzi złe czary, zadają się z potworami.

– Potworami? – powtórzyła Monika z zaniepokojeniem.

– Tak. Wilkołakami, demonami, goblinami i takimi tam...

– Aha – powiedziała dziewczynka, uspokajając się trochę.

***

Pałeczki z krwawnika upadły z szelestem na podłogę, układając się we wzór, który osoby wprawione w interpretowaniu znaków wyroczni znały aż za dobrze.

– Układ czterysta czwarty. – Tomoe przypomniała sobie jak nazwał go jej mistrz. – Obiekt, o który pytasz, nie istnieje.

– Czy znaki nadal milczą, o szlachetna? – Xu Yen nie potrafiła czytać wróżb, ale całkiem nieźle radziła sobie z odgadywaniem humorów swej pani.

Naturalnie nie uzyskała odpowiedzi ani też niczego, co mogłoby ją zasugerować.

Szukanie księgi czarami było nieskuteczne. Potwierdzało to hipotezę, którą brały pod uwagę od samego początku. Grimuar musiał ukraść czarownik i to potężny. Niewiele osób – nawet posiadających nadprzyrodzone umiejętności – potrafiło ukrywać siebie lub jakiś przedmiot przed jasnowidzeniem. Prawdę mówiąc, mało kto rozwijał tą umiejętność. Nie była szczególnie przydatna w normalnym życiu.

Czarownica starannie wypracowanym gestem sięgnęła po czarkę i eleganckim ruchem, zachowując formy etykiety cesarskiego dworu, jakże kontrastujące z brakiem wyrafinowania tutejszych barbarzyńców, przytknęła ją sobie do ust.

– Co to za herbata? – Jedynie najbardziej wyrobiony słuch mógł wychwycić w tych słowach nutkę niezadowolenia.

– Technicznie to nie jest herbata, o Tomoe-dono. To wywar z młodych kwiatów rośliny, którą tubylcy nazywają lipą, cenionej za swe uzdrawiające właściwości – wyjaśniła służąca.

– Chcę głowy tego, kto ukradł księgę – warknęła jej pani, wylewając napar na ziemię.

Xu Yen kiwnęła z pobłażaniem głową. Jej pani momentami zachowywała się tak, jakby ciągle żyły w Xi Pangu. Nie rozumiała, czego zresztą można było spodziewać się po osobie równie wyrafinowanej, że kultura barbarzyńców stoi tak nisko, że ci nie pozwalają odcinać głów ludziom, nawet dlatego, że kogoś nieumyślnie obrazili.

Czas jakiś temu Tomoe w swej mądrości skontaktowała się z kilkoma czarownikami tubylców, którzy posiadali najciekawsze jej zdaniem moce. To ostatnie oznaczało, że żaden z nich nie był miłym staruszkiem w szpiczastej czapce, choć niektórzy faktycznie byli staruszkami i mieli takowe czapki. Księga, którą przemycał kurier, pochodziła ze Wzgórz Ruin. Tomoe i czarnoksiężnicy z wyżyn od jakiegoś czasu wzajemnie posyłali sobie cenne podarki.

– Pani, proponowałabym porozumieć się z lordem Skażonym, powiadomić go o utrudnieniach i zapytać, jak można zadośćuczynić obrazie, której dozna, jeśli nie zwrócimy pożyczonej książki.

Utrata grimuaru stawiała je w bardzo niezręcznej sytuacji. W krainach, które mijały w trakcie swej podróży, za pojedynczą kartę z zapisanym nań zaklęciem czarownicy potrafiono płacić całymi workami złota. W owym tomie natomiast zebrano kilkaset zaklęć, wiele stron cennych rad i teorii, tajemne imiona dziesiątek demonów, przepisy na magiczne mikstury i wywary.

Jego wartość była niezmierzona.

Tomoe nie odpowiedziała, pozornie obojętna. Zwykle tego typu rzeczy pozostawiała służbie. To, że służący nie otrzymał polecenia, nie oznaczało bowiem, że miał prawo dopuścić się zaniedbania obowiązków.

***

Serina nie należała do osób odpornych na stres i szybko aklimatyzujących się w nowym środowisku. Tak więc, gdy jakaś służąca przekazała jej wieść, że pan Kael chce się z nią widzieć, spożytkowała całe rezerwy samozaparcia, by nie zemdleć lub przynajmniej nie uciec jak najdalej. Spotkania z pracodawcami, zwłaszcza wciąż nowymi, zawsze były stresujące.

Niemniej jednak jakoś dotarła do pokoju stanowiącego jego biuro. Mieściło się ono w niewielkiej klitce, w której znajdowało się jedno krzesło, półka, pulpit do pisania, stojak na broń, trochę papierów i kałamarz. Lord Kael wyraźnie nie lubił nadmiaru przedmiotów.

– Musimy porozmawiać – zaczął oficer, a dziewczyna pobladła. – Mam pewne zastrzeżenia co do twojej osoby. Czy zastanawiałaś się, po co tu jesteś?

– Mam chronić księżniczkę przed zamachem – wyrecytowała. Podejrzewała, że wujek, lub ktoś inny, kto załatwił jej tę fuchę, upadł na głowę, skoro powierzył jej tak ważne zadanie.

– Nie neguję tego, że jesteś zdolna – stwierdził jej rozmówca. – Mam tu twój list polecający. Odniosłaś liczne sukcesy: srebrny medal w kategorii juniorów w szermierce w zeszłym roku i dwa lata temu, brąz trzy lata temu. Znalazłaś się w pierwszej dziesiątce cztery lata temu, ale nie weszłaś do półfinału, bo zostałaś zdyskwalifikowana z powodu złamania ręki.

– To była ręka mojego przeciwnika. Nie powinna się liczyć.

– Wszystko to w pieszych pojedynkach indywidualnych. Sukcesy w pieszych walkach zbiorowych na turniejach, wygrane pojedynki ze starszymi od ciebie zawodnikami, spośród których część to uznani szermierze. Dyplomy ukończenia kilku szkół i kursów, niektórych dość prestiżowych – wyliczył. – Niestety wciąż rzuca mi się w oczy pewien powtarzający się zwrot. Mianowicie „walka bronią drewnianą”. Czy walczyłaś kiedyś w prawdziwym starciu? Albo przynajmniej posiadasz oficjalne wyszkolenie wojskowe?

To było krępujące pytanie. Królestwo Dorian znajdowało się w miejscu, które uważano za wymarzone do rzecznego piractwa, graniczyło z dwoma, właściwie wrogo doń nastawionymi państwami feudalnym, oraz z bliżej niepoliczalną ilością związków plemiennych, rodowych i klanowych. Członkowie tych ostatnich albo byli ludożercami, albo z upodobaniem oddawali się polowaniu na głowy lub przynajmniej rabunkowi. Także wewnętrzne ukształtowanie geograficzne kraju niezwykle sprzyjało rozbójnictwu, a przyroda obfitowała w rozmaite gatunki zwierząt niebezpiecznych dla człowieka. Wszystko to razem sprawiało, że wielu jego mieszkańców stawało do walki na śmierć i życie, zanim jeszcze nauczyło się poprawnie trzymać broń.

Co zaś się tyczy Seriny, to z nią było dokładnie na odwrót. Wychowywała się w dużym mieście, w bogatej, spokojnej dzielnicy. Wyrosła daleko od codzienności leśnych goblinów, ulicznych napadów i zimowych wilków. Miała wprawdzie do czynienia z tymi ostatnimi, ale tylko raz. Kiedyś gdy jeszcze uczęszczała do szkoły dla dobrze wychowanych panien, nauczycielki zaprowadziły je w zimie na mury obronne. Wówczas miała okazję widzieć całą, wygłodniałą watahę, która w biały dzień podeszła pod umocnienia. Z koleżankami rzucały im wtedy smakołyki, uznając, że są śliczne.

Jeśli chodzi o udział w aktach przemocy i rozlewu krwi, to pomijając to nieszczęsne złamanie, raz tylko widziała, jak zabija się kurę na rosół. Miała wtedy siedem lat i strasznie płakała.

– Nie, proszę pana – odpowiedziała krótko.

– Powiedz mi w takim razie: czy potrafiłabyś kogoś zabić z zimną krwią? Wbić mu nóż albo miecz w brzuch, patrzyć, jak bryzga i wymiotuje krwią, jak jęczy i rzuca się w agonii? – Opisał jeszcze kilka co smakowitszych kawałków, posiłkując się mocno wyobraźnią. Owszem, Kael był na paru polach walki, ale nigdy po to, żeby podziwiać widoki.

– No... chyba... tak – odpowiedziała Serina, blednąc.

– Wolałbym mieć co do tego pewność – stwierdził. Tej niestety nigdy nie było. Jedynym sposobem, by jej nabyć, było wysłanie dziewczyny do walki i przekonanie się, jak się zachowa. Niestety pech chciał, że rajd na terytorium wroga już w swojej karierze odbyła, nie natrafiając ani razu na nieprzyjaciela. – Rozmawiałem już na ten temat z Alchimą – powiedział. – Oboje mamy zamiar trochę cię podszkolić. Zaczniemy już dziś.

Nie wątpił, że Serina jest zdolna. Potrzebny był jej jednak trening psychologiczny oraz przynajmniej podstawowe przyuczenie do zawodu. Inaczej, jeśli dojdzie do czegoś poważniejszego, dziewczyna nie dość, że sama znajdzie się w niebezpieczeństwie, to jeszcze sprowadzi je na Samię. I wszystkich wokół.

– Jest jeszcze jedna rzecz, o którą chciałbym cię prosić – dodał. – Każdego dnia, kiedy skończysz pracę z Samią, stawisz się u mnie lub u Alchimy i dokładnie opowiesz o wszystkim, co się działo. Nazywamy to „składaniem raportu”.

***

Xu Yen ujęła w palce pędzelek i postukała się nim w czoło. Od blisko dwóch godzin siedziała nad kartką papieru. Szanowny panie Skażony, mistrzu czarnej magii, panie tysiąca demonów, jako twa niegodna i nikczemna sługa, zbyt marna, by warto było zaprzątać jej osobą Twoją uwagę, pragnę donieść... – zdołała napisać – ...że księga, którą byłeś łaskaw nam dostarczyć, została odebrana od wysłannika Waszej dostojnej osoby. Niestety jednak nie możemy zwrócić tomu, który Wasza Doskonałość zechciał nam użyczyć. Spowodowane jest to tym, iż...

I w tym momencie wena Xu Yen kończyła się. Po prostu nie miała pojęcia, jak delikatnie wytłumaczyć komuś, kto jest mistrzem czarnej magii i, sądząc po wyglądzie, cierpi na sześć chorób psychicznych oraz własnoręcznie uciął sobie nos, że jego nieskończenie cenna własność przepadła.

...zjadł ją pies – ogłosiła akt kapitulacji. – Wraz z mą panią, Tomoe, błagamy Waszą Dostojność o wybaczenie i pytamy, w jaki sposób możemy wynagrodzić Ci, o wielce oświecony... – Przerwała pisanie. Nazywanie czarnoksiężnika „wielce oświeconym” wydawało się lekkim nietaktem. Jednak nazwanie go ociemniałym prawie na pewno skończyłoby się źle. – ...panie Ciemności, tę stratę. Błagamy Cię, byś wskazał nam sposób, w jaki możemy zmyć tę plamę na honorze – zakończyła i przyjrzała się krytycznie swojemu dziełu. Owszem, litery wykaligrafowała doskonale, ale treść, co tu kryć, brzmiała głupio. Może zdoła to zrzucić na karb szoku kulturowego? Albo jakoś obrócić na własną korzyść? Zamoczyła ponownie pędzelek w tuszu. Te barbarzyńskie litery wyjątkowo źle się malowało, nie nadawały się też do tradycyjnej kaligrafii.

Post Scriptum – dopisała. – Do listu dołączam głowę psa oraz człowieka, który go pilnował. Oczywiście był to wymóg etykiety, jednak Xu Yen nie sądziła, by Skażony-dono był w stanie go pojąć. Jednak prezent powinien mu się spodobać.

Odetchnęła z ulgą. Teraz pozostało tylko czekać na odpowiedź. Osobiście miała nadzieję, że Skażonemu-dono tak skoczy ciśnienie, że będzie łaskaw zejść na zawał.

***

– Jak poszła rozmowa? – zapytała Alchima, odrywając się od wyszywania na tamborku. Oficer, do którego się zwracała, wyglądał, jakby właśnie zjadł cytrynę. Fakt, że musiał przyjmować polecenia od cywila, był dla niego tak samo nieprzyjemny, jak dla Samii wiadomość, że teraz musi jeść z lichych, zaledwie posrebrzanych talerzy.

– Dziewczyna robi dobre wrażenie. – Pod względem technicznym Serina była jego zdaniem doskonała. Aspekt psychologiczny wyglądał nieco gorzej, jednak jej niechęć do przemocy nie była dyskwalifikująca. Przeciwnie. Nienawiść do walki mogła stać się doskonałą zaletą u żołnierza, jeśli nad nią odpowiednio popracować. Tym, co naprawdę przeszkadzało starciu, był nadmiar agresji, brak dyscypliny i nieodpowiedzialność. Nie możesz sięgnąć po broń, bo się rozgniewałeś albo chcesz się popisywać. Jeśli tak robisz, stanowisz zagrożenie dla siebie i innych.

– Jeśli będzie nad sobą pracować, ma szansę coś osiągnąć. A jakie wrażenie zrobiła na pani księżniczka?

Według stworzonej przez nich wersji oficjalnej Samia była córką bogatego kupca, która przyjechała do Dorianu w interesach. Wojownicy Wichru byli strażnikami karawan i obstawą Samii. Gościli tylko na zamku Alchimy, królewskiej namiestniczki na prowincję Jedwabnego Lasu.

Prowincja nie została wybrana przypadkowo: leżała na uboczu, jednak zaledwie dzień drogi dzielił ją od głównych szlaków komunikacyjnych. Samia była tu bezpieczna od wścibskich oczu, a sprowadzenie ewentualnej pomocy nie nastręczyłoby trudności. Sama Alchima też nie była byle kim. Jedwabny Las pozostawał dziki i nieujarzmiony. Sąsiadująca z nim prowincja obfitowała jednak w dziką zwierzynę i stanowiła jedno z ulubionych miejsc polowań króla, a namiestniczka zarządzała łowiskami. Dzięki temu w zamku znajdowało się wszystko, co byłoby potrzebne, gdyby nagle jego wysokość zjechał do Jedwabnego Lasu wraz z całym dworem na krótkie wakacje. Doskonale więc nadawał się, by gościć Samię.

Królewska namiestniczka nie była szczególnie zadowolona z takiego obrotu spraw. Opieka nad cudzoziemską księżniczką była wprawdzie zaszczytem, jednak Alchima doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jej kariera zależeć może od kaprysu rozwydrzonej smarkuli.

– Sprawia wrażenie przywykłej do dworskich rozrywek – powiedziała dyplomatycznie. Faktycznie Samia zażądała rano wyprawienia balu na jej cześć. – Wydaje mi się, że powinniśmy się postarać o jakieś atrakcje dla niej. Moglibyśmy sprowadzić minstreli i trefnisiów albo urządzić polowanie.

Jej propozycja spotkała się ze stanowczym protestem. Polowania były niebezpieczne, a wędrowni grajkowie za bardzo lubili plotkować.

Alchimie nie spodobało się to, co usłyszała. Uważała, że w takim razie nudząca się nastoletnia panna znajdzie sama sobie jakąś rozrywkę, zapewne nie dość, że niebezpieczną, to jeszcze niedającą się kontrolować. Jednak nie upierała się przy swoim, bo po pierwsze nie paliło jej się specjalnie do tego, żeby zabawiać Samię, a po drugie uznała, że w razie czego będzie mogła zwalić całą odpowiedzialność na oficera.

Mimo to była zbyt systematyczna, by całkowicie zignorować problem. Długo nad tym myślała, gdy Kael opuścił jej gabinet. Uznała, że na początku skupi się na Serinie. Poczeka też, co zrobi Samia, i po prostu przejmie kontrolę nad jej pomysłem. W ostateczności miała na podorędziu asa w rękawie w postaci swojej siostry, czyli dyżurnej skandalistki królestwa.

***

Minęło około dwóch tygodni. Czas płynął wolno i nie wydarzyło się nic interesującego.

Po kolejnym, nudnym dniu Samia ułożyła się wygodnie na łóżku, co było trudne. Źle zrośnięte skrzydła znów przypominały o swym istnieniu. Piekła ją też poparzona skóra. Leżała, zezując na sufit, i bezmyślnie bawiła się wahadełkiem do wykrywania magii. Samii nigdy nie udało się opanować sztuki posługiwania się nim. Niewielu czarowników potrafiło się na tyle wyciszyć, by prawidłowo użyć wahadełka. Najczęściej reagowało z ich własną aurą. Księżniczka jednak lubiła to narzędzie. Traktowała je głównie jako zabawkę. Drgało zawsze, gdy brała je do ręki.

Była w złym humorze. Ludzie (a zwłaszcza Alchima i Serina) działali jej na nerwy, bolały ją skrzydła, bolała ją ręka i nie miała nic do roboty. Tyle dobrego, że były tu książki. Samia oceniała jednak księgozbiór zamku dość krytycznie; podobnie irytował ją brak większości wygód, do jakich przywykła. To znaczy, patrząc obiektywnie, znajdowało się tu całkiem sporo książek. Ten, kto dobierał tytuły, wykazał się niezłym gustem, niestety rozmijającym się z upodobaniami Samii. Księżniczka z przyjemnością czytała jedynie te książki, które zawierały zabójcze zaklęcia służące do palenia żywcem i wysadzania w powietrze. Tych naturalnie w zamku nie było.

Osoby przygotowujące miejsce zamieszkania dla zagranicznej eksksiężniczki, wiedząc o jej fascynacji magią (aczkolwiek nie zdając sobie sprawy z jej flirtu z mrokiem), poleciły sporządzić dla niej specjalną księgę, z której mogłaby się uczyć. Kosztowała oczywiście zawrotną sumę. Samia widziała już (a nawet przeglądała) ten podręcznik i nie przypadł jej do gustu. Spisane w nim czary i zaklęcia były żałośnie nieciekawe.

Wywodziła się z bardzo wojowniczej cywilizacji (ogólnie cywilizacje kontynentu dzieliły się na wojownicze i wymarłe), która widziała tylko jedno godne zastosowanie dla magii: zabijanie wrogów. Tymczasem ktoś wpadł na pomysł, że Samia będzie uczyć się, jak zaklęciem załatać garnek. Albo zmusić ciało do lewitacji. Po co? Przecież miała skrzydła... Owszem, niesprawne, ale nie będzie się poniżać i okazywać, że tęskni za możliwością lotu!

W sumie to żałowała, że spaliła tamtą książkę.

Taka zmiana postawy mogła wydawać się dziwna. Jeszcze kilka dni temu księżniczka drżała na samą myśl o spisku i czających się w każdym kącie zamachowcach. Ostatnio jednak nic ciekawego się nie stało. Owszem, miała okazję obejrzeć zamek, miasteczko, otaczające je wioski i pola. Wszystko to pod czujnym okiem strażników, którzy czekali tylko, aż z jakichś krzaków wyskoczy skrytobójca. Samia, przywykła do życia w ciągłym napięciu, nie potrafiła się odnaleźć w prowincjonalnym miasteczku.

Cóż, chłopi i mieszczanie zapewne wiedli tu sobie swoje nieciekawe, trywialne życia. Księżniczka jednak nie potrafiła znaleźć sobie zajęcia, przyjaciół ani znajomych. Nie otaczali jej bowiem ludzie na jej poziomie. Zresztą, co miała robić? Iść do jakiejś chłopki albo służącej z zamku? „Cześć, Samia jestem, mój ojcem jest królem. Nauczysz mnie krowy doić?”

Aż tak zdesperowana jeszcze nie była. Ponadto osoby jej pokroju nie zajmowały się takimi rzeczami.

Osoby jej pokroju mogły doskonalić się w sztuce wojennej (co bez skrzydeł było głupim pomysłem) albo magii (do czego potrzebne były odpowiednie książki), zajmować się sztuką lub nauką (do czego Samia nie miała zapału ani predyspozycji) lub też dyplomacją (co w przypadku osoby oficjalnie martwej nie wchodziło w grę), ewentualnie działalnością charytatywną (co wymagało środków materialnych). Oczywiście mogły też pędzić życie w próżniactwie i dekadencji, co jakoś Samii nie pasjonowało. Ostatecznie mogły też uczyć innych, szlachetnie urodzonych lub chcących dorównać do ich poziomu prostaczków, jak należy się zachowywać.

W sumie to ostatnie to nie był taki zły pomysł.

Gdzieś tu nawet powinna biegać taka cudowna, złotowłosa sierotka o takich wielkich, niebieskich oczętach stanowiąca po prostu uosobienie słodyczy i niewinności. Co prawda służący, zwłaszcza skrzydlaci, opowiadali o różnych psikusach z udziałem żab i ślimaków, które płatała, jednak to musiały być tylko plotki.

Samia wstała z łóżka, opierając się na jednej ręce tak, żeby nie urazić ani skrzydeł, ani dłoni.

Następnie ruszyła do pokoju kobiety, którą już zdążyła znienawidzić. Stanęła przed drzwiami, zapukała i weszła prawie natychmiast. Alchima na jej widok z trudem powstrzymała westchnienie. Do tej pory storpedowała kilka genialnych pomysłów Samii na znalezienie sobie rozrywki. Dziewczyna nie do końca rozumiała, że teraz jest gościem, a jej gospodarze już i tak wykazali się ogromną hojnością. Nie będą więc fundować jej bali maskowych i innych drogich rozrywek.

– Mogę przeszkodzić? – zadała pytanie (czysto retoryczne) księżniczka, wchodząc do gabinetu namiestniczki. Jak zauważyła, ta zdołała już nieco ogarnąć panujący w pomieszczeniu bałagan. Centralnym punktem komnaty było wielkie, ciężkie biurko. Zdobił je pokaźny stos papierów i ksiąg różnego rodzaju (głównie rachunkowych) oraz posążek monstrualnie grubego bożka dobrobytu służący za przycisk do papieru.

Alchima również wstała, przysunęła swojej podopiecznej krzesło i zaprosiła ją, żeby usiadła. Ta chętnie skorzystała. Jakkolwiek namiestniczka posiadała szersze uprawnienia od Samii, księżniczce nadal przysługiwał wyższy status. Oznaczało to, że Alchima musiała traktować ją z uprzejmością. A księżniczka mogła przeszkadza jej, kiedy tylko miała ochotę.

– Istnieje wśród mojego ludu zwyczaj – zaczęła Samia takim tonem, że Alchima miała ochotę od razu powiedzieć „nie” – zgodnie z którym osoby wysoko urodzone lub cieszące się autorytetem przyjmują pod opiekę dzieci z rodzin gorzej sytuowanych – wyłożyła. – Robią to z dobroci serca – dodała tkliwie. Jej opiekunka miała wątpliwości, czy Samia w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, co ten termin znaczy. – Oraz po to, żeby dzieci te mogły zyskać obycie i nauczyć się dobrych manier. Naturalnie taka edukacja pomaga im w przyszłości, na przykład znaleźć dobrą pracę – Samia przedstawiła główną zaletę pomysłu.

– Mam pytanie: czy upatrzyłaś sobie już jakieś konkretne dziecko, czy jeszcze nie? – Alchima pozwoliła sobie na odrobinę złośliwości. Pomysł ściągania do zamku bachora, żeby przez tydzień mógł służyć za zabawkę panience, nie przypadł jej do gustu.

– Myślałam o Monice. To ta dziewczynka, która była z nami na statku.

Alchima wolała o małej myśleć jako o „dziewczynce, która dzisiaj omal nie utopiła się w fosie”. Część zamkowych murów pokrywały łodygi winorośli. Słodka sierotka ni z tego, ni z owego postanowiła sprawdzić, czy nadają się do wspinaczki. Otóż nie nadawały się.

– Rozumiesz, że organizując takie lekcje, bierzesz na swoje barki dużą odpowiedzialność?

– Tak! – odpowiedziała Samia zdecydowanie.

– Prawdę mówiąc, wolałabym, żebyś zaczęła od czegoś łatwiejszego. Na ten przykład od świnki morskiej – zaczęła Alchima, nie kryjąc sceptycyzmu. – Jednak wydaje mi się, że Monika może skorzystać na spędzaniu z tobą czasu. Masz już pomysł, czego mogłabyś ją nauczyć?

– Potrafię mówić w pierz, dworskiej odmianie wyniosłego, oraz po elficku...

– Elfickiego uczy ją już Elther, a pierz, zdaje się, mała zna całkiem nieźle...

– Tak, ale w odmianie potocznej, a nie dworskiej. Poza tym zdania buduje na podstawie gramatyki wyniosłego. Ponadto na tym moje umiejętności się nie kończą. Doskonale znam arytmetykę, geometrię, trygonometrię, geografię, historię. Mogę też uczyć etykiety, dworskich tańców, a nawet śpiewu... Choć tego ostatniego niechętnie.

Samia nienawidziła lekcji śpiewu prawie tak samo, jak Serina rysunków, a Monika marchwi.

Alchima zastanowiła się przez chwilę.

– Wiesz co? Ten pomysł nawet mi się podoba – powiedziała w końcu.

***

Depresja – tak ktoś posiadający poetyczne zacięcie i ubogą wyobraźnię nazwał szeroką dolinę położoną gdzieś w środku Wzgórz Ruin. Była pozbawiona odpływu, więc gromadziła się w niej woda. Pokrywał ją rzadki, olchowy las oraz bagna. Nieliczne, suche obszary wykarczowano i zmieniono w pola uprawne. Były one grząskie, błotniste i nieurodzajne, ale wystarczały, by utrzymać cały klan orków. Największą łachę suchego gruntu zajmował zamek Leże Mroku. Wybudowany był w stylu architektonicznym wczesnego Królestwa Ciemności i przygotowany do stawiania długotrwałego oporu podczas wojny. Stanowił on miejsce zamieszkania indywiduum znanego światu pod przezwiskiem Skażony.

W chwili obecnej był jednym z nielicznych żywych mieszkańców fortecy. Skażony był osobnikiem dziwacznym. Po pierwsze, mimo że mieszkał wśród orków, wcale orkiem nie był. Był człowiekiem i to nie niewolnikiem, jeńcem wziętym dla okupu lub celem złożenia w ofierze któremuś z Tych Co Polują W Mroku.

Był czarnoksiężnikiem i uważał się za mrocznego mistyka żyjącego filozofią ciemnych bóstw nieprzyjaznej natury. W praktyce oznaczało to, że oddawał się przemocy, czarnej magii i krwawym rytuałom. Szybko więc znalazł wspólny język z orkami, bowiem życie tych stworów też krążyło wokół tych nieskomplikowanych rozrywek. Później zielonoskórzy pojęli, że mają do czynienia ze zdolnym adeptem magii obdarzonym dodatkowo pewnym rodzajem militarnej przebiegłości. Przyjaźń między nimi kwitła przez lata, do momentu, w którym Skażony postanowił ni z tego, ni z owego odciąć sobie nos...

Orków to zachowanie wprawiło w niejaką konsternację. Owszem, posiadały bogatą tradycję samookaleczeń, ale stosowały je głównie w celu przebłagania mrocznych mocy, jako rodzaj ofiary. Niekiedy też młodzi wojownicy czynili z nich próbę męstwa. Jednak w tym wypadku orki nie widziały podstaw do tak drastycznego kroku.

Zaczęły więc martwić się o zdrowie swojego przyjaciela. Na wszelki wypadek skonsultowały się z szamanami. Ci przyjrzeli się Skażonemu dokładnie, a następnie radzili przez trzy dni.

– Psychoza maniakalna – orzekli w końcu.

To i kilka innych przykrych wypadków położyło kres bardzo pięknej przyjaźni. Pomału, ale konsekwentnie orki wyprowadziły się najpierw z zamczyska, a potem jego najbliższych okolic, i osiedliły się w bezpiecznej odległości od Skażonego.

Ten kontrowersyjny osobnik nie pasował do stereotypu czarnoksiężnika. Miał niemal dwa metry wzrostu, wyglądał na człowieka około trzydziestoletniego i był atletycznie zbudowany. Codziennie ćwiczył i gimnastykował się, by utrzymać formę. Nie był to jedyny rodzaj samoumartwienia, jaki sobie narzucił. Zawsze był lekko ubrany, jedynie w porze największych mrozów odziewał się cieplej, a i wtedy chodził boso. Żył w spartańskich warunkach, jedząc jedynie surowe mięso i pijąc źródlaną wodę. Spał na gołej ziemi, a w swej siedzibie nie miał żadnych sprzętów, prócz stojaka na broń i półek z książkami. Dbał też o higienę, codziennie kąpał się w lodowatej wodzie, a kiedy było trzeba, to w przerębli. Twarz Skażonego, nawet pomijając fakt, że szpeciła ją straszliwa blizna po odciętym nosie, była dzika i okrutna. Jego oczy lśniły obłędem i gwałtownością.

Przesyłkę doręczono rano, gdy czarnoksiężnik ćwiczył swe muskuły. Przyniosła ją wrona. Była prawie cztery razy większa od zwykłej, jednolicie czarna i trójoka. Do nóg miała przywiązane dwa kuliste obiekty, które po bliższych oględzinach okazały się ludzką i psią głową (mocno już przez ptaszysko nadjedzoną), oraz zwój papieru.

Odpiął list i przeczytał go ze spokojem. Następnie delikatnie ujął wronę, spojrzał w jej czarne, paciorkowate, inteligentne oczy i z czułością ukręcił jej główkę.

Skażonego ogarnęła wściekłość. Zawył nieartykułowanie na całe gardło, a następnie zaczął szukać wokół siebie ostrych przedmiotów. Musiał! Po prostu musiał kogoś zabić! Szkoda, że nie miał nikogo pod ręką. Niestety, wiele miesięcy temu, gdy w amoku uśmiercił dziewięciu ze swych nadzorców niewolników, pozostali wynieśli się z zamku. A po nich cichcem uciekli niewolnicy.

Zostały mu jeszcze zombie. Skażony miał ich całą masę, a co więcej, stwory te nie zwykły uciekać od swego pana. Przez chwilę zastanawiał się nad rozpłataniem w dzwonka kilku z nich, ale potem porzucił tę myśl. Z martwymi to jednak nie to samo.

***

Monika przyczaiła się i wolno podkradła. Była dobra w podkradaniu się. Żaden inny dzieciak z sierocińca nie potrafił się tak podkradać ani ukrywać, jak ona. Dziewczynka miała instynkt prawdziwego drapieżnika, myśliwego z najbardziej pierwotnych puszczy. Cel – wielki, spasiony kocur – spał nadal, wygrzewając się w wiosennym słońcu, i nawet nie przeczuwał zagrożenia. Monika sięgnęła po procę. Ganiała koty po zamku już bite dwie godziny (a wcześniej przez godzinę w miasteczku), ale takiego łupu jeszcze nie napotkała.

Trochę szkoda było na niego zwykłej amunicji. Przecież znała też różne inne, śmieszne sztuczki.

Jeszcze w pierwszym sierocińcu, do którego ją sprowadzono, odkryła w sobie pewną ciekawą umiejętność. Miało to miejsce krótko po tym, jak ją przyprowadzono, umyto, nakarmiono, wyleczono z fizycznych ran i dano czas, by uporała się z największymi ranami psychicznymi. Zaczęli wtedy uczyć ją rozmaitych rzeczy, jak wiązanie butów, mycie zębów czy jedzenie łyżką i widelcem. Ku swojej grozie, ale i zachwytowi, odkryła wówczas, że mimo iż samodzielne ubranie się było dla niej trudne, to potrafiła robić masę rzeczy, których nikt inny nie umiał. Jej zaś przychodziło to całkiem naturalnie.

Wyprostowała kciuk i dwa palce, a dwa najmniejsze wygięła do wnętrza dłoni. Wystarczyło się skoncentrować i chwilkę pomruczeć pod nosem, i już pojawiała się iskierka. Była mała, błyszczała niebieskawo, a jej dotknięciu towarzyszyło naprawdę wstrząsające wrażenie. Wycelowała w kota, uśmiechając się w sposób, który, gdyby była ze cztery lata starsza, byłby bardzo drapieżny.

– Tu jesteś, moja panno! – usłyszała za plecami i na jej ramię opadła czyjaś ręka. Nie była to ciężka ręka, jak u pań z sierocińca, tylko lekka i delikatna. Nie zacisnęła się też i nie przystąpiła do prawie natychmiastowego ciągnięcia. Jednak Monika i tak najpierw podskoczyła, a następnie skuliła się w sobie i wyrwała z lekkiego uścisku.

Nie zgasiłam iskierki! – zawyły wszystkie dzwonki alarmowe w jej głowie. Natychmiast sprawiła, że czar prysł.

Przed nią stały Samia i pani Alchima. Monikę oblał zimny pot. Cofnęła się dwa kroki, a z każdym serce podchodziło jej wyżej do gardła.

Samii wszyscy słuchali i spełniali jej zachcianki, a sama skrzydlata uważała się za bardzo ważną. Jednak zdaniem Moniki naprawdę ważną osobą była właśnie pani Alchima. To jej wszyscy się bali, wypowiadając jej imię, ściszali głos i nikt nie śmiał się z niej za plecami.

Czego taka ważna osoba mogła od niej chcieć?

I czy widziała iskierkę?

Odpowiedź na pierwsze pytanie była bardzo prosta: zmienić życie Moniki w piekło. Jeśli widziała iskierkę, zrobi to zapewne bardzo skutecznie. Dziewczynka nie miała tylko pojęcia, czemu Alchima uwzięła się akurat na nią. Przecież Monika była tylko małą, bezbronną i niewinną sierotką!

Wie, kto jej nasypał soli do herbaty – domyśliła się nagle mała i do zimnego potu oraz podchodzącego do gardła serca doszły jeszcze skurcze żołądka i bladość.

– To nie moja wina! Ja nic nie zrobiłam! – oznajmiła Monika.

– Czego nie zrobiłaś?

Dziewczynka skuliła się pod jej karcącym spojrzeniem.

– Niczego – burknęła nieprzekonująco.

– Mam mało czasu, moja droga – oznajmiła Alchima chłodnym głosem. – Dlatego najpierw wytłumaczę ci, po co przyszłam, a potem – uśmiechnęła się w sposób, który niewątpliwie byłby przyjemny, gdyby nie ograniczył się tylko do ust – opowiesz mi szczegółowo, czego nie zrobiłaś. Wiesz, kim jest Samia, prawda? – upewniła się.

Monika zaprzeczyła. Mniszki zawsze uczyły ją, że nie należy przebywać w nieodpowiednim towarzystwie. Samia była skrzydlatą, a to dla dziewczynki znaczyło towarzystwo gorzej niż nieodpowiednie. Monika nie cierpiała przedstawicieli tej rasy.

– W takim razie będziesz miała okazję bliżej ją poznać – oznajmiła ku oburzeniu dziewczynki Alchima. – Księżniczka zadeklarowała bowiem chęć dawania ci lekcji. Nauczy cię dobrych manier, ładnej wymowy oraz czytania i pisania.

– Ale ja już biorę lekcje! – zaprotestowała główna zainteresowana. – Ciocia Elther nauczyła mnie alfabetu i tabliczki mnożenia.

Wbrew pozorom to było dużo. Może jedna na dziesięć osób w królestwie potrafiła się podpisać. Co więcej, to zeznanie pozytywnie zaskoczyło Alchimę. Bała się, że jej siostra nie nauczy małej niczego – może najwyżej zasad gier karcianych.

– W takim razie Samia udzieli ci dodatkowych korepetycji i będzie cię uczyć historii, geografii i literatury oraz języków. Czy godzisz się na to?

– Nie! – gwałtownie zaprotestowała Monika.

Alchima poprawiła okulary. Generalnie wychodziła z założenia, że szkoła nie jest dla uczniów. To znaczy: jak najbardziej była przeznaczona dla uczniów, ale nie służyła do tego, żeby ich zabawiać. Istniała po to, żeby opiekunowie mogli ich gdzieś zmagazynować, podczas gdy będą zajmować się ważniejszymi sprawami. To, że dzieci mogły wynieść z niej coś pożytecznego, było dodatkową korzyścią.

Taką wisienką na torcie.

Z drugiej strony doświadczenie mówiło jej, że wypada czasem poznać przyczyny buntu.

– A co takiego nie podoba ci się w Samii?

– Jest skrzydlatą! – wypluła Monika i zrobiła urażoną minę. Nie miała nic przeciwko nauce, oczywiście pomijając fakt, że była śmiertelnie nudna. Za to przeciwko skrzydlatym owszem. Z okresu przed tym, jak Wojownicy Wichru znaleźli ją na pobojowisku, pamiętała tylko strach i nienawiść. Była jednak pewna, że to skrzydlaci byli ich źródłem.

Alchima przez chwilę milczała.

– Nie wydaje mi się, żeby ta rozbudowana argumentacja miała jakieś znaczenie – powiedziała w końcu. – Pójdziesz z Samią i będziesz się uczyć tego, czego ci każe.

Twarz Moniki trudno było nazwać pokerową. Z inteligencją emocjonalną u Alchimy nie było najlepiej, ale mimo to mogła czytać w niej prawie jak w otwartej księdze. Jedyna różnica polegała na tym, że nie potrzebowała okularów. Dzięki temu wyprzedziła następne pytanie.

– Zrobisz to, ponieważ w ten sposób nauczysz się kilku pożytecznych rzeczy, które przydadzą ci się w przyszłości – oznajmiła. – A ja będę miała pewność, że nie utopisz się w fosie.

„To było nie fair” – pomyślała Monika. Tylko jeden, jedyny raz w swoim życiu wpadła do fosy. Nie wiedziała, dlaczego wszyscy jej to wypominają. Niechęć do skrzydlatych nie była jedynym powodem jej obiekcji. Dziewczynka nie wierzyła też w słowa Alchimy, jakoby miała tu zostać. Jej zdaniem lekcje potrwają najwyżej kilka tygodni. Potem Monika zrobi coś nie tak, na przykład wyczaruje kolejną iskierkę, i Alchima zacznie ściągać różnych dziwaków. Będą jej pokazywać kleksy z atramentu i kazać o nich opowiadać, dymić w jej oczy kadzidłem i kropić ją wodą święconą. Gdy im się to znudzi, wyślą ją do jakiegoś innego miejsca.

No dobrze, była dzieckiem, ale czy ludzie naprawdę myśleli, że uwierzy w coś takiego? Chciała, żeby wreszcie zaczęto traktować ją serio.

Powiedziała to głośno, choć ubierając w inne słowa.

Alchima spojrzała jej w twarz. Skupione, zdeterminowane oczy i aż za dobrze widoczny gniew sprawiały, że wyglądała komicznie. Jednak kobiecie nie było do śmiechu. Wyczuwała, że ma do czynienia z poważnym problemem.

Ile ta mała może mieć lat? – zastanawiała się. – Drobna budowa ciała, wielkie, niebieskie oczy i blond włosy związane w kucyki nadające jej dziecięcego wyglądu czasem myliły. Zdaniem Alchimy Monika mogła mieć od dwunastu do czternastu, może piętnastu lat. Poziom jej psychicznego rozwoju stanowił zagadkę. Czasem zachowywała się, jakby miała sześć lat, czasem, jakby była dorosła.

– Moja droga! Nie postanowiłam jeszcze, co z tobą zrobię. Nie sądzę jednak, bym miała cię gdzieś odsyłać – mówiąc to, przytuliła ją do siebie. Jak się okazało, uspokoiło to trochę dziewczynkę. – Jednak skoro tu mieszkasz, musisz mnie słuchać, czy to jest jasne?

– Umhhh – odpowiedziała Monika, kiwając głową na znak, że zrozumiała. W ciągu ostatniego miesiąca nie musiała wprawdzie jeszcze klęczeć na grochu ani iść spać bez kolacji, ale nie tęskniła za tymi atrakcjami.

– Uznam tę odpowiedź za „tak”. Pójdziesz teraz do pokoju Samii i będziesz uczyła się tego, co ona ci każe. Obydwu dobrze to zrobi – oznajmiła. – Od jej wysokości możesz się naprawdę dużo dowiedzieć. Samia zna kilka języków, posiada bardzo szeroką wiedzę ogólną. Ty już w tej chwili umiesz czytać. Jeśli poszerzysz swoje umiejętności, będziesz kiedyś mogła zrobić karierę: zostać sekretarzem jakiegoś możnego lub kupca albo pomocnicą maga. Kto wie, może ja sama wezmę cię wtedy do pomocy? Będziesz zarabiać dużo pieniędzy, mieszkać, gdzie zechcesz i z kim zechcesz. Ale zanim to nastąpi, opowiesz mi ze szczegółami, czego właściwie dziś nie zrobiłaś.

***

Kiedy zawiódł zarówno I Ching, jak i sprowadzające prorocze wizje eliksiry i zaklęcia (wypróbowane zresztą głównie dla zasady), Xu Yen i Tomoe wpadły na nowy pomysł, jak odnaleźć zaginioną książkę. Otóż postanowiły nie szukać bezpośrednio samej księgi, tylko po prostu pobliskich źródeł czarnej magii. Wyszły z założenia, że najprawdopodobniej złodziejem musi być ktoś, kto posiada podobne inklinacje jak Tomoe. Potem wystarczyłby już tylko spacer od domu do domu. Niekoniecznie musiał on niestety zaowocować znalezieniem książki, ale prawie na pewno wydarzyłoby się w jego trakcie coś ciekawego.

Naturalnie takiego efektu nie dało się osiągnąć bez naprawdę potężnych zaklęć wróżebnych, jednak Tomoe była prawdziwą mistrzynią czarów. Odprawiła więc wraz z Xu Yen niezbędny rytuał i na ich umysły spłynęło olśnienie.

Jak należało się spodziewać, sygnałów w najbliższej okolicy było sporo. Oczywiście znaczna ich część to zwykłe, fałszywe alarmy. Ktoś miał w zwyczaju z kolegami dręczyć koty na cmentarzu, u innego straszyło w domu, czyjaś teściowa latała na miotle... Silniejszych sygnałów było kilkanaście. Nic dziwnego, skoro badały obszar o promieniu prawie dwudziestu kilometrów. Prawdopodobnie pochodziły od jakichś lokalnych złych duchów, zapomnianych artefaktów czy wioskowych czarownic.

Najpotężniejsze źródło znajdowało się tuż pod ich nosem, w zameczku. Właściwie było tak groteskowo silne, że po okolicy powinny biegać ożywione szkielety. Najprawdopodobniej jednak w zamku nakładało się na siebie kilka potężnych aur magicznych. Jakiś czarodziejski miecz, parę ochronnych talizmanów noszonych przez przesądnych... Zamek mógł też być przeklęty albo zbudowany na żyle wodnej. Na oko było też widać, że miał bardzo złe feng shui, a obie doskonale wiedziały, jaki okultystyczny burdel mogą wywołać źle ustawione meble. Zaklasyfikowały jednak to źródło do najbardziej prawdopodobnych. Po pierwsze: zwykły guślarz czy wiedźma najpewniej nie umiał czytać, więc po co mu księga? Po drugie: całe zdarzenie jak najbardziej pasowało do stylu typowego dla różnych domorosłych władców ciemności.

Niestety udanie się do zamku z pytaniem: „Przepraszam, czy ktoś z państwa nie widział naszej księgi czarnej magii?” raczej nie wchodziło w grę.

***

Alchima nie żartowała, mówiąc, że Monika opowie jej o wszystkim tym, czego „nie zrobiła”. Połajanka, jaka spadła na małą, jednak nie trwała długo i była zupełnie jałowa. Dziewczynka przyznała się do kradzieży jedzenia z kuchni, ten proceder został jednak potraktowany z wyrozumiałością. Owszem, były jeszcze żaby, ślimaki, ryby oraz jedna zdechła kawka, które podrzuciła skrzydlatym. O tym jednak wszyscy wiedzieli, a Monika sprytnie nie przyznała się do niczego nowego.

Alchima dodała jej więc do towarzystwa Serinę i odesłała na lekcje.

– Chodź, będzie fajnie! – obiecała jej starsza dziewczyna. Mimo że zaledwie kilkanaście dni temu z dziką radością odkryła, że nie musi już chodzić do szkoły dla dobrych panien, głęboko wierzyła w wartość edukacji. Te dziesięć lat, podczas których uczyła się, jak należy wykonywać ukłony, tańczyć, podnosić do ust naczynia, śpiewać, a tam gdzie to było zupełnie nieodzowne, także pisać i liczyć oraz tych cholernych rysunków, nie mogło przecież być stratą czasu. Tym bardziej że spędzała je z bandą oślic, które z czystej złośliwości zmieniłyby jej życie w piekło, gdyby nie powstrzymywała ich świadomość, że Serina umiała połamać im ręce i nogi.

Monika miała wątpliwości, czy rzeczywiście będzie aż tak fajnie. Wiedziała już, jak wyglądają lekcje. Nie potrzebowała więcej. Szło jej całkiem nieźle, oprócz naturalnie tego nieudanego dowcipu z zerem. Jej opiekunka musiała być chyba głupia, kiedy myślała, że nabierze się na taki prymitywny kawał. Kto by wymyślał liczbę dla czegoś, czego nie ma? Chyba tylko Elther.

Pokoje Samii stanowczo zmieniły się przez te dwa tygodnie. Mimo że Monika weszła do pomieszczenia, intensywnie węsząc, nie wyczuła w powietrzu nawet śladu zapachu spalenizny, który tamtego dnia wypełniał komnatę. Monika była bardzo dobra, jeśli chodzi o węch.

Jakoś nigdy nie czuła się pewnie, jeśli chodzi o wzrok, choć oczy miała zdrowe. Wolała bardziej polegać na innych zmysłach. Jej ciało jednak wyraźnie miało na ten temat inne zdanie i jej oczy zdołały zarejestrować liczne zmiany, które nastąpiły od momentu, gdy miała okazję pierwszy raz być u Samii. Pamiętała, że wtedy pokój był pusty, czysty i sprawiał dość nieprzyjemne wrażenie. Zupełnie jakby zaledwie wczoraj posprzątano w nim po remoncie i wstawiono meble. W tej chwili komnata Samii nadal była sterylnie czysta, tak jakby ktoś w niej sprzątał, gdy tylko księżniczka ją opuściła. Jednak w pokoju znajdowało się znacznie więcej przedmiotów, które świadczyły, że ktoś w nim mieszka. Na sekretarzyku stał nawet wazonik, a w nim bukiet polnych kwiatów. Obok nich leżał nieduży medalion.

Monika chwyciła go prawie natychmiast i otworzyła.

– Hej! Zostaw to! – zaprotestowała Samia. Teoretycznie jako dobrze urodzona dama powinna być powściągliwa w ruchach oraz zachowaniu i w żadnym wypadku nie ulegać gwałtownym emocjom. Jednak fakt, że ktoś niepowołany grzebie w jej rzeczach osobistych, nadspodziewanie ją rozzłościł. Oczywiście służba nawet kilka razy dziennie zaglądała do jej pokoju, układając wszystko na właściwe miejsce. Ale w końcu służący byli bardziej meblami, niż ludźmi.

Przyskoczyła do Moniki i wyrwała jej świecidełko z rąk. Jednak dziewczynka zdążyła już obejrzeć dokładnie przedmiot.

– Kto jest namalowany tam w środku? – zapytała. Wewnątrz przedmiotu znajdowała się miniaturka przedstawiająca dwie kobiety skrzydlatych. Jedna z nich prawdopodobnie była młodszą wersją Samii. Druga była uderzająco podobna do księżniczki, jednak starsza, sprawiała też wrażenie osoby sympatyczniejszej i cieplejszej. Monika zwróciła uwagę na jej rozłożyste, lśniące kolorami pióra.

– Nie twoja sprawa! – krzyknęła księżniczka wściekła. Zatrzasnęła medalion gniewnie i schowała go w dłoni. Wzięła głęboki wdech i spróbowała uspokoić wzburzenie. – Usiądźmy może przy stoliku – zaproponowała. – Rozkażę służącym, żeby przynieśli nam coś do picia, a zanim się zjawią, sprawdzimy z Seriną, co właściwie potrafisz. Zgoda? – zapytała ze sztucznym uśmiechem.

Monika nie odpowiedziała. Nie chciała kłótni.

Znała Samię krótko, ale odniosła silne wrażenie, że księżniczka zadziera nosa. Uważała się za lepszą od wszystkich wokół, mądrzejszą i grzeczniejszą, a była złośliwa i głupia. Monika bardzo, ale to bardzo chciałaby, żeby pokazała, w czym dokładnie jest od niej lepsza.

Myśli te bardzo wyraźnie odbiły się na jej twarzy. Gdy siadała przy stoliku, wyglądała jak nieletnie wcielenie chmurnego oburzenia.

– Do czego to jest? – zapytała na widok zamontowanego nad stolikiem dzwonka i nie czekając na odpowiedź, pociągnęła za sznurek.

Nie było to zachowanie, którego spodziewała się Samia. Oczekiwała, że zaprowadzi swą uczennicę do pokoju, posadzi na krześle i spokojnie nauczy tego, co zamierzała. Monika natomiast oczarowana jej wysoką kulturą powinna chłonąć wiedzę z radością i ochotą, w pełnej koncentracji i rezygnując z irytującego zachowania. Samia zdołała jednak zdobyć się na cierpliwość i przybrawszy sympatyczny uśmiech, którego nauczenie jej zajęło mistrzowi ceremonii trzy dni.

– Dzwonek służy do szybkiego wzywania pokojówek – wyjaśniła łagodnym głosem.

Jakby na potwierdzenie tych słów do komnaty weszła jedna ze służących. Księżniczka wydała jej kilka poleceń, po czym kobieta oddaliła się. Wróciła kilka minut później, niosąc ze sobą tackę, a na niej imbryczek, trzy filiżanki oraz talerzyk ciastek. Monika wprawdzie nie do końca rozumiała, co takiego ludzie widzą w słodyczach, ale poczęstowała się jako pierwsza.

– I oni przychodzą za każdym razem, gdy dzwonisz? I przynoszą, co tylko chcesz? – zapytała pytanie. Wcześniej nie miała za dużo do czynienia z obyczajami arystokracji.

– Tak – powiedziała z zadowoleniem Samia.

Monika utkwiła swe wielkie, niebieskie oczy w przedmiocie z takim przejęciem, jakby był on magicznym artefaktem. Możliwości, jakie dawał, zafascynowały ją.

– Teraz chciałabym, żebyś zademonstrowała, czego już zdążyłaś się nauczyć – zaproponowała Samia w nadziei, że uda jej się zrealizować lekcje. Monika pokrzyżowała jej plany, wyciągając rękę do dzwonka i szarpiąc kilka razy za sznurek. Samia trzepnęła ją w dłoń, co wywołało burzliwą kłótnię. Trwała ona blisko kwadrans i zakończyła się interwencją Seriny.

Później Samia wróciła do przepytywania Moniki. Dziewczynka co prawda nie znosiła skrzydlatych, ale za to lubiła, gdy ktoś poświęcał jej uwagę. Z wielką radością pochwaliła się więc efektami swojej edukacji. Niestety, nie były one szczególnie imponujące. Mimo to Samia i Serina, korzystając z własnych wspomnień, przygotowały jej niewielkie zadanie sprawdzające. Powielały wzorce, których same doświadczyły, i mimo że starały się jak najlepiej dostosować zadanie do umiejętności Moniki, popełniły podstawowy błąd początkujących nauczycielek. Zlecona przez nie praca była zbyt skomplikowana, a przy tym żmudna. Jednak możliwość zabłyśnięcia sprawiła, że ich uczennica zabrała się do zadania z entuzjazmem. Skoncentrowana dodawała, odejmowała i mnożyła całe kolumny liczb, a jej opiekunki śledziły jej poczynania z uwagą, czasem tylko coś komentując. Jednak pogrążona w swojej pracy Monika nie zwracała na to uwagi. Zamiast tego wychyliła się ostro do tyłu.

Monika była typową kinestetyczką. Aktywność umysłowa nieodłącznie łączyła się u niej z aktywnością ruchową. Tacy jak ona nigdy nie mieli łatwego życia w szkołach. Podobnie jak ich nauczyciele.

Łup! Łup! – ciężkie hebanowe krzesło opadło na parkiet, zostawiając wyraźnie widoczne ślady na lakierze.

Łup! Łup!

Łup! Łup!

– Przestań (Łup!) się huśtać (Łup!) na tym (Łup!) krześle (Łup! Łup!)! – zażądała Samia.

– Dlaczego? (Łup!)

– Bo (Łup!) spadniesz (Łup!) i stanie ci (Łup!) się (Łup!) krzywda (Łup!).

– Nie stanie (Łup!)! – oświadczyła Monika, pewna swego. Potrafiła doskonale utrzymywać równowagę oraz wyczuć kąt maksymalnego bezpiecznego wychylenia. Nie było szans, żeby upadła bez pomocy kogoś z zewnątrz.

Samia usłużnie kopnęła krzesło, gdy dziewczynka wychyliła się do tyłu.

ŁUUUUUUUUUUUUUUUUP!

– Mówiłam, że spadniesz. – Samia uśmiechnęła się z satysfakcją.

– To twoja wina! Przewróciłaś mnie!

– Naprawdę trzeba było się nie huśtać.

– To twoja wina! Przez ciebie nabiłam sobie siniaka! Zobacz, jak puchnie!

– Nie będę patrzyć na twoje sińce! Ustaw z powrotem to krzesło i wracaj do nauki!

– Najpierw zrzucę na podłogę ciebie, ty głupia...

– Dziewczyny! – Serina była spokojna, opanowana i raczej pozbawiona pewności siebie. Jednak potrafiła całkiem głośno krzyczeć. – Uspokójcie się natychmiast! Monika: ustaw krzesło z powrotem tak, jak stało, i wracaj do nauki. Samia: ona ma rację. Nie kop więcej tego krzesła!

Obie jej posłuchały. Uzbrojeni ludzie zwykle cieszą się autorytetem. Popatrzyły na siebie wrogo i wróciły do pracy. Atmosfera była nadal napięta, ale stopniowo poprawiała się. Po kilku minutach rozluźniły się na tyle, żeby Monika zaczęła znowu się huśtać. Przez chwilę Serina stała za krzesłem, trzymając jego oparcie, tak by nie dało się go wychylić. Szybko jednak zrezygnowała znużona.

– Mam tego dość! – oświadczyła Samia, nagle przerywając zajęcia. Była zdeterminowana zakończyć ten cyrk.

– Poczekajcie tu, dopóki nie wrócę – poleciła i opuściła pokój.

Korzystając z nieobecności księżniczki, Serina nachyliła się nad ramieniem Moniki i przeanalizowała zadanie. Z jej punktu widzenia było bajecznie proste.

– Pokaż, w którym miejscu masz problem, zaraz zobaczymy, co z tym zrobić – zaproponowała.

Samia tym czasem udała się do biblioteki i przejrzała ponownie księgozbiór. Oczywiście, jak zawsze, kiedy potrzebowała czegoś szybko, nie mogła tego nigdzie znaleźć. W końcu jednak dokopała się do tej całej księgi zaklęć. Najpierw oczywiście zmuszona była przetrząsnąć całą stertę śmieci, w tym kilka bardzo podstawowych podręczników rachunków, pisania oraz savoir-vivre’u. Odłożyła je na stosik, na którego szczyt trafiła także nieszczęsna księga zaklęć. Następnie wzięła to wszystko w ręce, pod pachy, a częściowo także w zęby i zaniosła do swojego pokoju.

Oczywiście w domu nie odważyłaby się na takie uchybienie etykiecie. Jednak przebywanie na wygnaniu wymuszało pewne ustępstwa wobec zasad dobrego wychowania. Samia zdołała donieść to wszystko jakoś do swojej komnaty, rozsypawszy po drodze książki jedynie pięć razy. Weszła do pokoju, położyła na biurku z hukiem podręczniki i wybrała spośród nich ten, który traktował o czarach. Była pewna, że kiedyś rzuciło jej się w oczy odpowiednie zaklęcie.

Nie wyglądało na zaawansowane. Przeciwnie, do jego zapisu użyto prawie wyłącznie zwyczajnego alfabetu. Nieliczne litery mocy, jakie wykorzystano w tekście, były łatwe do rozszyfrowania. Ot, prosty czar dla początkujących i średnio zaawansowanych, czyli dokładnie takich, jak Samia.

Przeczytała dokładnie instrukcję i w końcu wyrecytowała zaklęcie, mocno posiłkując się książką.

– Spróbuj pohuśtać się na krześle – poprosiła Monikę.

– Łaaaa! Umiesz czarować!? – Jak można się było spodziewać, dziewczynka nie posłuchała. Odkryła nowe, fascynujące źródło potencjalnej rozrywki, więc huśtanie się mogło poczekać. – Nauczysz mnie?

– Nie, nie nauczę cię – oznajmiła księżniczka. – Jeśli ktoś nie ma wrodzonego talentu i własnej mocy, może pracować wiele lat, nim zdoła rzucić pierwsze zaklęcie, a efekty zwykle nie są warte tego wysiłku – wyjaśniła.

– Założę się, że potrafię lepiej czarować od ciebie! – burknęła Monika. Była pewna, że gdyby tylko chciała, potrafiłaby czynić cuda, o jakich Samia nie miała pojęcia. W końcu właśnie za to wyrzucono ją z pierwszego sierocińca.

– Nie kłóć się, tylko spróbuj się pohuśtać! – nakazała Samia.

Monika uznała, że tym razem, wyjątkowo i ostatni już raz, spełni jej polecenie. Oparła się całym swoim ciężarem o krzesło. Nie poruszyło się ani o milimetr. Samia spojrzała na mebel z dumą. „Klej”. Takie bezsensowne, bezużyteczne, wręcz haniebne zaklęcie, a jakie pożyteczne. Według opisu w księdze żadna przyrodzona siła miała nie być zdolna do oderwania krzesła od podłogi.

Naturalnie nie wystarczyło to, żeby powstrzymać Monikę od wiercenia się. Przeciwnie, teraz nawet wierciła się bardziej. Nieruchome krzesło wyraźnie ją zafascynowało. Napierała na nie mocno, próbowała oderwać od podłogi, nawet kopała, jednak nie zdało się to na nic. Księżniczka postanowiła zaczekać, aż się zmęczy, i dopiero wtedy wrócić do lekcji. Faktycznie, po kilku chwilach Monika usiadła spokojnie, wyraźnie skoncentrowana. Jej myśli były jednak dalekie od nauki. Krzesło trzymało, jak przymurowane. Sztuczka była ciekawa. Nie widziała jeszcze, żeby ktoś potrafił zrobić coś takiego! Ba! Była prawie pewna, że to nie było naturalne. Teraz Monika zastanawiała się, czy popisać się swoimi umiejętnościami. Ostatnim razem, gdy to zrobiła, czyli prawie rok temu, skończyło się to dla niej bardzo źle. Od tego czasu nauczyła się ostrożności i zwyczajnie bała się zdradzać swoje sekrety.

Z drugiej strony Samia się swoją magią chwaliła zupełnie bezwstydnie. Monika też miała ochotę się trochę pochwalić, a możliwość utarcia nosa zarozumiałej jędzy po prostu kusiła. Fakt, że księżniczka była też tak znienawidzoną przez nią skrzydlatą, stanowił dodatkową premię.

Oczywiście księżniczka mogła okazać się świnią, pójść na skargę i wszystko wygadać.

Jednak Monika uznała, że w razie kłopotów będzie mogła powiedzieć, że skrzydlata ją do tego namówiła i pokazała jej, jak się robi czary. Niestety, starsze, silne i złośliwe dziewczęta miały życie cięższe, niż drobne, słodkie i niebieskookie. Zwłaszcza jeśli te drugie potrafiły popłakać się na zawołanie.

Wzięła głęboki wdech, smakując powietrze. Ostro pachniało perfumami Samii, polnymi kwiatami, wiosną i magią. Pozwoliła odpłynąć swojemu umysłowi, temu, co podejmowało w niej decyzje, i wypowiedziała słowa, które miały moc.

Gdy otworzyła oczy, wszystko na pierwszy rzut oka wyglądało tak samo, jak przed chwilą. W powietrzu pachniało wręcz jakby słabiej magią, jednak czuła, że coś się poważnie zmieniło. By to sprawdzić, odepchnęła się mocno od podłogi, z całych sił próbując rozhuśtać krzesło.