Gambit - Cholewa Michał - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Ender Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 416 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 13 godz. 47 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gambit - Cholewa Michał

Gambit Michała Cholewy to solidna fantastyka militarystyczna - przemyślana, dopracowana i nie bez przyczyny pobrzękująca aluzjami do klasyki gatunku - Wiecznej wojny Haldemana i filmowych Obcych - Decydującego starcia.

Konrad Wągrowski, Esensja.pl

Świetna powieść military SF. Wciągające opisy walk oraz niezwykły klimat przywołujący skojarzenia z klasykami gatunku. Czekam na kolejne odsłony tego ciekawie zapowiadającego się uniwersum.

Stanisław Śmitkowski, ArenaASG.pl

Nagle oszalałe Sztuczne Inteligencje zniszczyły znany nam świat. Wędrujemy wśród gwiazd i w blasku supernowych toczymy wojny. Na ponurych planetach i ciemnych księżycach walczymy o artefakty sprzed Dnia. Ale dziś spowiła nas mgła. Zimna, bezkształtna, kradnąca dźwięki kolory i dusze mgła. Skrywa przyjaciół i wrogów, zabiera nadzieję a w jej miejsce sączy strach. Ale my trwamy. Na rozkaz. 40 regiment Unii Europejskiej otrzymuje zadanie zabezpieczenia planety New Quebec. Już wkrótce okaże się, że wyszkolenie i honor nie ułatwiają wyborów, które wymagają ofiar i poświęcenia. Twarde SF w mrocznym klimacie Obcego, tajemnicą rodem z powieści Philipa K. Dicka i bitwami w stylu Johna Ringo.

Opinie o ebooku Gambit - Cholewa Michał

Fragment ebooka Gambit - Cholewa Michał





Michał Cholewa

Gambit

 


Ustroń 2012

Prolog

Niszczyciel EUS „Kania”

7 stycznia 2211 ESD, 18:44

Namierzyli niszczyciel ledwie pół godziny po tym, jak „Kania” weszła w strefę poszukiwań, dokładnie tam, gdzie umiejscawiał go raport patrolu systemowego. W lekkim locie wirowym, idący hiperboliczną systemu Gammy I Astra okręt był praktycznie niewykrywalny – jego pozycję znaczyły tylko lekkie emisje jakimś cudem jeszcze funkcjonujących rezerwowych systemów energetycznych. I oczywiście sygnały towarzyszącego mu od ponad tygodnia samodzielnego nadajnika pozostawionego przez „Charta”. Co dwie sekundy na monitorze stanowiska radarowego „Kani” rozbłyskiwał jasny punkt znaczący pozycję wraku.

Brisbane stał za plecami obsługującego je oficera i jak zahipnotyzowany wpatrywał się w wyświetlany odczyt.

Błysk. Zniknięcie. Błysk. W każdej przerwie pomiędzy kolejnymi emisjami nadajnika na monitorze pojawiała się blada, ledwie widoczna mgiełka – „Kania” z tej odległości potrafiła już zobaczyć wrak. Ale i dla niej nie było to łatwe. Gdyby nie namiernik, pewnie szukaliby go o wiele dłużej. Jak na ironię, wszystkie pasywne systemy maskowania zadziałały teraz na niekorzyść okrętu. Bóg jeden wie, ile razy mógł dryfować w pobliżu ludzkich baz i pozostać niewidzialny. Rozmyty, drżący duch na ekranach mógł równie dobrze być wzięty za awarię sprzętu. Albo przegapiony przez zmęczonych radarzystów.

– Pułkowniku? – Głos komandor Minervy Hayden wyrwał oficera z chwilowego odrętwienia. Kobieta podała mu datapad. – Mamy wstępną analizę na podstawie danych, które pan dostarczył. Przy tym stanie wraku trudno być tego pewnym, ale taktyczni twierdzą, że to „Skowronek”.

Brisbane skinął głową i spojrzał na ekran urządzenia.

„Skowronek”. Okręt widmo. Lekki niszczyciel, nowy jeszcze, kiedy wyruszał w rejs, który miał być jego ostatnim. Według papierów wywiadu oprócz ściśle tajnego ładunku i pasażerów na pokładzie znajdowała się tylko szkieletowa dwudziestosześcioosobowa załoga.

Tak było siedemnastego grudnia 2204 roku, dokładnie na tydzień przed Dniem.

Zwyczajny pech.

A potem wszystko się rozpadło, Ziemia zginęła pod termonuklearnymi uderzeniami przeprowadzonymi przez oszalałe nagle Sztuczne Inteligencje, floty kolonialne zdziesiątkowały się nawzajem podczas Bitwy na Pogorzelisku...

Właściwie nie wiadomo było, co „Skowronek” napotkał podczas podróży. Może wroga, a może po prostu Chiński Wirus rozpruł jego pokładowe SI, tak jak wszystkie pozostałe. Dość, że do portu przeznaczenia nigdy nie dotarł.

Zresztą baza testowa Działu Rozwoju Floty już wtedy nie istniała. Podobnie jak dziewięć dziesiątych ludzkości spłonęła w ogniu wojny, która wybuchła po śmierci Ziemi. Wraz z nią zaginęły wszelkie zapisy o okręcie. Niszczyciela nawet nikt nie szukał.

Odkrył go przypadkiem radarzysta na „Charcie”, jednym z tych starych frachtowców naprędce przerobionych na wojskowe przez Flotę ledwie dyszącą z braku okrętów. Samego „Charta” też zresztą nie byłoby w okolicy, gdyby nie uszkodzenie systemów nawigacyjnych, które sprowadziło patrolowiec kilkaset jednostek poza jego sektor.

Zbieg okoliczności, jakie rzadko się zdarzają.

Wiadomość o „ciężko uszkodzonym niszczycielu, prawdopodobnie ze sprawną przednią częścią kadłuba” zawędrowała do centrali wywiadu w samą porę, żeby powstrzymać lokalnych przed wysłaniem holownika w celu odzyskania poszycia.

Niecałą dobę później „Kania” była już w drodze, choć niemal nikt na jej pokładzie nie wiedział tak naprawdę, czego oczekiwać – w całej grupie tylko Brisbane posiadał informacje na temat ładunku „Skowronka”.

Pułkownik przebiegł wzrokiem plik raportu. Rufa wraku była całkowicie roztrzaskana – analizy sugerowały eksplozję systemów napędowych. To, że przednia część feralnego niszczyciela w ogóle utrzymywała jako taką spójność, zakrawało na cud.

– Mocno oberwał. – Hayden była tego samego zdania. – Pewnie padła nawigacja podczas skoku... Do odzyskania głównie części kadłuba. Biedacy.

– Hm? – Brisbane uniósł głowę znad ekranu datapadu.

– Załoga – wyjaśniła, wskazując na urządzenie. – Pewnie nawet nie wiedzieli, co się stało.

Mężczyzna przez chwilę wpatrywał się w raport. Istniała pewna szansa, że przednia cześć okrętu zawierająca przedział pasażerski pozostała szczelna i nadal zasila ją konający system awaryjny.

– Tak – przyznał pułkownik w zamyśleniu. – Biedni pechowcy...

Błysk. Zniknięcie. Błysk.

„Skowronek”, jeśli to był on, robił wszystko, żeby zachować powierzone mu istnienia ludzkie.

Maszynom zależy bardziej. Może dlatego, że nie pozwalamy im być zbyt podobnymi do nas.

8 stycznia 2211 ESD, 11:08

Grupa Brisbane’a czekała w gotowości przy wahadłowcu, w opuszczonym doku „Kani”. Dwunastu ludzi opancerzonych ciemnoszarymi, pokrytymi warstwą CSS skafandrami szturmowymi. Czterech medyków, dwóch speców od komputerów, psycholog i piątka z jednostek specjalnych. Każdy z co najmniej dwuletnim doświadczeniem w Operacjach Specjalnych, dziewięciu z nich w akcjach w terenie. Także tych przeprowadzanych na własnym terytorium.

Dowództwo nie chciało ryzykować.

Dwanaście par oczu jednocześnie spojrzało na Brisbane’a w oczekiwaniu na rozkazy.

– Wszystko, co powiem od tego momentu, jest ściśle tajne i winno być traktowane zgodnie z protokołem – zaczął pułkownik. Tuzin głów skinął w odpowiedzi, równo, jak za pociągnięciem sznurka. – Z dużym prawdopodobieństwem obiekt przed nami to „Skowronek”, niszczyciel Marynarki Wojennej Unii Europejskiej. Okręt opuścił port macierzysty siedemnastego grudnia 2204 roku. Cel: obszar testowy Działu Rozwoju Floty, baza Bergen. Ładunek...

Pułkownik sprawdził uszczelnienia rękawic, najpierw lewej, a potem prawej.

– ...Ładunek: pełen skład osobowy oraz wyposażenie Pierwszej Kompanii Hybryd.

Jedenaście pytających spojrzeń i jedna nieśmiało uniesiona dłoń. Porucznik Reese. Według danych doskonały psycholog, ale do akcji terenowych przeniesiony niedawno – tacy jak Reese zajmowali się głównie analizami zapisów. Dało się to zauważyć. Weterani na ogół nie mają pytań. Wszystkie istotne rzeczy i tak zostaną powiedziane.

– Słucham, poruczniku?

– Hybryd? Nie znam takiej nazwy jednostki.

– Oczywiście, że pan nie zna, poruczniku. Taka jednostka nigdy nie wyszła poza fazy testów. W istocie na pokładzie „Skowronka” znajdowała się jedyna kompania Hybryd, jaka kiedykolwiek została stworzona.

Pułkownik sięgnął do kieszeni skafandra i wydobył z niej cztery datapady. Dla Reese’a, dla prowadzącego grupę medyczną Phillipsa, dla Loftona i Bryce’a oraz dla podporucznika Harrisa dowodzącego sekcją szturmową.

– Hybrydy miały być kolejnym krokiem w walce krótkiego zasięgu w otwartej przestrzeni. Operacje w pasach asteroidów, działania dywersyjne, abordaże. Doskonale przystosowani. Szczyt możliwości cybernetyki i biotechnologii przed Dniem. Przeskok ewolucyjny.

Nikt się nie odezwał. Czekali.

– Każdy z nich miał w sobie więcej high-techu niż „Kania”. Niestety... Ten projekt trafił na wyjątkowo niekorzystne okoliczności.

Nie mógł być bardziej eufemistyczny. Dzień. Moment, w którym zmieniło się wszystko.

– W wyniku tych okoliczności Dział Rozwoju Floty zadecydował o zawieszeniu badań w tej dziedzinie. Nasza grupa jest tutaj po to, aby odzyskać z projektu, co się da.

Kilka pytających spojrzeń. Pomimo maskujących ruchy skafandrów można było zauważyć, że medycy Phillipsa wyraźnie się spięli. Musieli się domyślać. Któryś ze szturmowców zaczął nawet coś mówić, ale Harris powstrzymał go gestem opancerzonej rękawicą dłoni. Technicy milczeli.

Pułkownik Brisbane powiódł wzrokiem po swoich ludziach. Operacje Specjalne bywały nieprzyjemne i ta właśnie taka była. Ale ktoś musiał to robić.

– Każdy z żołnierzy Pierwszej Kompanii jest zintegrowany z kompletnym systemem bojowym. Trzy neurozłącza, blok taktyczny, wspomaganie systemu nerwowego i mięśniowego. Dopóki pozostają żywi, ta technologia jest jak najbardziej odzyskiwalna. A jak bardzo jest potrzebna, nie muszę chyba wspominać.

Kilka wymienionych spojrzeń, niepewna mina Reese’a. Phillips nerwowo przygryzł dolną wargę, a Stein bardzo głośno wypuścił powietrze z płuc. Cross zaklął cicho. I tak to nieźle przyjęli. Sam Brisbane był zaskoczony, kiedy pierwszy raz zobaczył rozkazy. Bardzo niemile zaskoczony, musiał przyznać.

– Sir, czy nie istnieje możliwość wykorzystania tej jednostki zgodnie z założeniami? Być może da się nie marnować zainwestowanej pracy. – Psycholog starał się mówić bez emocji, chociaż jego uczucia były tak czytelne, jakby miał je wprost wypisane na twarzy.

Pułkownik westchnął. Spodziewał się tego pytania, co jednak nie czyniło odpowiedzi ani trochę łatwiejszą.

– Wrak ma całkowicie zniszczoną część magazynową. Wszelki sprzęt przewożony razem z nimi najprawdopodobniej uległ zniszczeniu. Hybrydy były... Miały być przełomem. Ludzie kosmiczni. Idealnie działający w przestrzeni. Niestety, całkowicie zależni od technologii. Nie mogliśmy wybrać gorszej pory na skoki ewolucyjne.

Przerwał na kilka sekund. Pozostali milczeli.

– O ile nie ocalał sprzęt, na co nie mamy nadziei, zwyczajnie nie potrafimy im pomóc. Pozostaje tylko odzyskać, co się da. Ci ludzie zginęli podczas Dnia. My tylko doręczamy wiadomość.

– Jak to wygląda, poruczniku? – Tysiące drobnych szczątków towarzyszących „Skowronkowi” powodowało, że przekazy kamer na hełmach ludzi Harrisa poruszających się przy samym kadłubie wraku skakały i rwały się co chwila. Lepszy obraz przekazywały pułkownikowi zewnętrzne kamery promu.

Analizy sekcji taktycznej „Kani” były precyzyjne, choć suche. Obraz wraku o wiele lepiej ukazywał ogrom zniszczeń. To, że niszczyciel w ogóle utrzymywał się w jednym kawałku, wydawało się efektem ingerencji sił wyższych. Okręt wyglądał jak uderzony gigantycznym młotem, jak po wielu takich uderzeniach. Wokół niemal całkowicie zmiażdżonej rufy unosiła się aureola szczątków – pojawiających się cyklicznie na ekranie błyszczących punktów. Systemy czujników na dziobie po prostu zniknęły, a bok niszczyciela był rozerwany kilkoma eksplozjami, prawdopodobnie – jak sugerował raport – w którejś z wyrzutni. Na sporym zbliżeniu obiektywów Brisbane niemal widział oznaczenia na ścianach odsłoniętego korytarza.

A także, choć z trudem, uwijające się jakby w zwolnionym tempie zamaskowane CSS-em sylwetki członków grupy szturmowej.

– Śluza śródokręcia uszkodzona, sir. Posłałem Crossa i Irvinga do awaryjnej, ale być może trzeba będzie ciąć. – Głos szturmowca w radiu rwał się nieco w regularnych odstępach czasu.

Wnętrze promu trudno było nazwać komfortowym, choć odkąd ludzie podporucznika wyszli w przestrzeń badać możliwości dostępu do wraku, przynajmniej nie było ciasno. Drakkary normalnie mogły przewozić nawet zapakowaną w transporter opancerzony sekcję szturmową razem z wyposażeniem, niemniej ogrom sprzętu zabranego przez grupę Brisbane’a sprawiał, że przedział desantowy wydawał się wypełniony po brzegi.

Sprzęt diagnostyczny, przenośna sala operacyjna, góry elektroniki i mobilny blok energetyczny. Pojemniki zastojowe na bioelektronikę.

Narzędzia.

Broń.

– Zrozumiałem, Harris. Być może trzeba będzie ciąć. Ile czasu potrzebujesz na rozstawienie śluzy ratunkowej?

– Godzinę, półtorej, sir – nadeszła odpowiedź. – Może więcej, jeżeli pojawią się jakieś problemy. Struktura powinna wytrzymać, ale pewności nie ma.

– Rozumiem. Nie spieszcie się, nie chcemy nic uszkodzić.

Należało być bardzo uważnym – w tej sytuacji byle co mogło zagrozić ludzkim istnieniom ukrytym w resztkach pancernej skorupy. A musiały przetrwać. Martwi nie byli użyteczni.

Wrak lekkiego niszczyciela EUS „Skowronek”

8 stycznia 2211 ESD, 14:08

Wnętrze „Skowronka” było od dawna martwe. Ciemne, ciasne korytarze gdzieniegdzie nosiły ślady po dawnych pożarach, a tu i ówdzie trzeba było przechodzić pomiędzy małymi szczątkami unoszącymi się z braku sztucznego ciążenia.

Idący w centrum prowadzonej przez sierżanta Crossa grupy Brisbane odruchowo usiłował odtworzyć w myślach ostatnie chwile okrętu.

Eksplozja pocisków w wyrzutni raczej nie była wywołana ostrzałem, brakowało innych oznak trafienia. Jednocześnie zabezpieczenia głowic zadziałały jak trzeba – inaczej z niszczyciela nic by nie zostało. Poszło pewnie paliwo i łącza energetyczne zgromadzonych w podajnikach rakiet.

Błąd komputera.

Zapewne w wyniku podobnego błędu rozniosło przedziały silnikowe, przez co „Skowronek” wpadł w niekontrolowany dryf.

Brisbane widział już statki w podobnym stanie. Przed Dniem na okrętach wojennych pracowała cała masa SI. Nawigacja, obliczenia bojowe, symulacje, dystrybucja mocy. Właściwie wszędzie, gdzie dało się je wykorzystać.

To był dodatkowy, mniej znany aspekt Dnia, przyćmiony przez śmierć Ziemi. Według danych Brisbane’a jakieś sześćdziesiąt procent statków, które nawigowały przy użyciu Sztucznych Inteligencji i akurat wtedy odbywały loty międzysystemowe, nigdy nie dotarło do punktów przeznaczenia. Pewnie jeszcze przez wiele lat będą znajdować sunące przez przestrzeń statki widma, pozostałości po czasach, kiedy wszystko było prostsze.

– Zabezpieczyliśmy przedział pasażerski i ambulatorium. Awaryjny generator ledwie zipie, ale jakoś działa. Mamy szczelność, atmosferę i ogrzewanie. Porucznik poszedł na mostek i do centrali danych, spróbuje odtworzyć dziennik pokładowy, choć przydaliby się nam technicy. – Cross mówił, idąc, smuga światła montowanej na hełmie lampy podskakiwała przy każdym jego kroku, a CCS płynnie dostosowywał ubarwienie kombinezonu sierżanta do otoczenia. Po ramieniu żołnierza pełzła biała plama – zapewne reakcja systemu na światło reflektora. – Ambulatorium, całkowita czystka, wydaje się, że wysmażyło im komputer medyczny. Nie potrafimy uzyskać nawet zgłoszenia systemu, Stein próbował się podłączyć zewnętrznie i poszperać w danych, ale nic z tego.

– Zgłasza się cokolwiek na diagnostyce? – W słuchawkach usłyszał głos idącego zaraz za nim Loftona. Oddech podporucznika był przyspieszony od dźwigania ciężkiego ekwipunku. Sprzęt techniczny szedł w pierwszym rzucie – trzeba było ożywić ambulatorium, dogrzebać się do czegokolwiek, co uzupełni ich bardzo skąpe informacje o Hybrydach, ustabilizować kontrolę środowiska.

Wtedy główny ciężar operacji przeniesie się na medyków Phillipsa, którzy mieli przeprowadzić odzysk kluczowych elementów zabudowanych w ciałach Hybryd.

Odzysk. Słowo, które dobrze wyglądało na rozkazie. Dopóki nie myślało się o tym, co faktycznie oznacza.

– Nic, sir, Stein podejrzewa, że są całkiem wyczyszczeni. – Cross zatrzymał się na moment i zakręcił korbą hydraulicznego otwierania grodzi. Pancerne wrota powoli ruszyły w górę. – Tędy.

Obszar za grodzią był zdecydowanie w lepszym stanie. Nie dostrzegli żadnych widocznych zniszczeń, korytarze wyglądały tak, jakby po prostu przestano ich używać. Gdzieniegdzie paliły się porozmieszczane przez ludzi Harrisa przenośne reflektory. Obok przejścia do sali hibernatorów, dokładnie naprzeciw ambulatorium stał ledwie widoczny kapral Rivers. CSS niemal idealnie dostosował barwy skafandra do ściany za jego plecami. Zasalutował przechodzącym, ciężka rękawica powędrowała do odkrytej skroni. Szturmowcy na ogół nie lubili hełmów, bo ograniczały widoczność. Kapral zapewne zdjął swój, kiedy tylko Harris mu na to pozwolił, i teraz niezamaskowana głowa żołnierza wydawała się zawieszona w powietrzu. Starał się też zachować obojętny wyraz twarzy, chociaż przychodziło mu to z wyraźnym trudem.

Niskie morale, skrzywił się Brisbane pod hełmem. Trudno się dziwić. Pewnie gdyby mógł sobie na to pozwolić, sam miałby niskie.

Pozwolił ludziom na rozszczelnienie skafandrów dopiero, gdy dotarli do ambulatorium. Było ono jednym z tych olbrzymich kompleksów, które można spotkać na liniowcach czy statkach ratunkowych. Przypominało bardziej sektor niż pomieszczenie – kilka przedziałów oddzielonych przezroczystymi ścianami, dwie sale operacyjne i dwa niezależne laboratoria. Chłodne powietrze pachniało nieco stęchlizną, a wzbudzone reflektorami cienie tańczyły na ścianach. Krypta. Tym właśnie „Skowronek” był. I witał grupę Brisbane’a, jak każda krypta wita hieny cmentarne.

Pułkownikowi udało się opanować uczucie nagłego niepokoju. To nie była pora ani na przesądy, ani na nerwy.

W sali głównej, pomiędzy martwymi ekranami komputerów medycznych i wygasłymi konsoletami, przywitał ich lekko zakłopotany Stein. Przed jego twarzą regularnie materializował się kłębek pary.

– Nadal nic, sir. Próbowałem wszystkiego, co mi przyszło do głowy. Wygląda to tak, jakby ktoś nie tylko pokasował dane, ale jeszcze po sobie posprzątał. – Żołnierz rozłożył bezradnie ręce.

– Lofton. – Brisbane skinął opancerzoną dłonią na stojącego tuż obok informatyka.

– Tak jest.

Para techników rozdzieliła się. Jasnowłosy Lofton zdjął hełm i rękawice i ruszył w stronę konsolet kontrolnych, a niższy, lepiej zbudowany, rudy jak wiewiórka Bryce zabrał się za stawianie na nogi sprzętu ambulatoryjnego. Pod jego komendą medycy Phillipsa zaczęli wskrzeszać dawno nieużywane pomieszczenia. Jedno po drugim uruchamiały się łącza energetyczne, ożyło oświetlenie. Z cichym szumem ruszył system wentylacji, owiewając żołnierzy mrozem powietrza dotychczas trzymanego poza zasięgiem śladowego ogrzewania przedziałów pasażerskich.

– Sir? – Głos w słuchawce komunikatora należał do Harrisa. – Jesteśmy na mostku. Komputery czyste. Sprawne, kiedy podłączamy do nich ogniwa, ale czyste. Tutaj niczego się nie dowiemy... – Moment ciszy, a po chwili: – Znaleźliśmy też część załogi.

Ton porucznika nie zdradzał żadnego zdenerwowania. Harris był pod tym względem niezawodny. Widział podobne rzeczy wiele razy i jeśli chodziło o opanowanie, Brisbane ufał mu bardziej niż sobie.

– Stan? – Potrzebował tej wiedzy tylko na potrzeby raportu. Zresztą domyślał się, co usłyszy. Niekontrolowane wyjście ze skoku, a jeśli nawaliła SI, to pewnie i bez tłumienia inercji. Okręt wypadł z przestrzeni przystankowej bez żadnej kontroli, a przeciążenia, którym została poddana załoga, z pewnością były mordercze. Systemy bezpieczeństwa musiały zadziałać przynajmniej w kilku miejscach – w końcu hibernatory pozostały nietknięte – ale trudno było liczyć, że we wszystkich.

– Mostek wygaszony, systemy martwe. Załoga na stanowiskach. – Głos Harrisa zabrzmiał wśród szumów chwilowych zakłóceń.

– Przyjąłem, sprawdźcie tylko, czy coś zostało w pamięci stanowisk, może raporty, cokolwiek. Do głównego rdzenia przejdziemy się później.

– Zrozumiałem, wracamy – potwierdził przez radio porucznik.

8 stycznia 2211 ESD, 17:08

– Panie pułkowniku. – Lofton ciężko przekroczył drzwi pomiędzy dwiema sekcjami ambulatorium. Technik przypiął rękawice do pasa skafandra i zacierał teraz zgrabiałe ręce.

– Mów.

– Podłączyliśmy się pod sieć diagnostyczną. Sensory działają, przynajmniej w tym przedziale. Brakowało tylko zasilania i jednostki centralnej.

Pułkownik skinął głową.

– Komputer ambulatorium?

– Nici z danych, sir. – Lofton przeczesał dłonią krótkie włosy. – Stein miał rację. Sam nic nie mogę zrobić, może poza postawieniem systemów na nowo, ale to nic nie da. Można sprawdzić główny rdzeń, ale... sam pan wie.

Wzruszył ramionami. Nie musiał kończyć. Główny rdzeń danych niszczyciela, nawet jeśli wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu przetrwał, i tak najpewniej nie zawierał danych medycznych ambulatorium. Był częścią bloku bojowego, przetwarzał dane nawigacyjne, taktyczne i łącznościowe, ale med-lab działał od niego zupełnie niezależnie – w końcu miał swoje komputery.

Pozostało polegać na bardzo skromnych informacjach, które już mieli, i liczyć na szczęście.

Albo kogoś obudzić.

Siedemdziesiąt osiem hibernatorów. Wszystkie były sprawne. Konający „Skowronek” nie pozwolił umrzeć nikomu.

Oficerów było czterech i rozpoznali ich od razu – choć systemy komputerowe okrętu nie działały, każdy pojemnik zastojowy miał własny niezależny system medyczny wraz z podstawowymi informacjami na temat stanu swojej zawartości. Ale nie tylko dlatego. Kadra dowódcza po prostu była mniej zmodyfikowana. Mniej, co nie znaczyło wcale mało. Brisbane pochylił się i spojrzał poprzez przezroczystą osłonę hibernatora na spoczywającego wewnątrz mężczyznę.

Co mogło kierować tymi ludźmi? Dlaczego pozwolili to sobie zrobić?

– Komandor porucznik Stray, James A., 34 lata, dowódca jednostki. – Manipulujący przy monitorze urządzenia Phillips starał się mówić neutralnym tonem, choć nie szło mu najlepiej. Dla lekarzy cała akcja musiała być wyjątkowo nieprzyjemna. – Według systemu medycznego zdrów jak ryba, choć połowy środków, które ma aplikowane, nie kojarzę nawet z nazwy. Ale wszystkie odczyty ma w zielonych polach. Bierzemy jego?

James A. Stray. Cholera. Nie powinien mieć imienia. Nie powinni byli musieć go budzić.

– Tak. Przenieście go do med-labu, niech po was sprawdzi go Reese. Musi być zdolny do rozmowy. Niech Reese rozłoży się ze sprzętem do biomonitoringu w sali pozabiegowej, chcę być informowany natychmiast, jeśli coś zacznie odbiegać od normy. – Wyprostował się gwałtownie. – Potem sprawdźcie, czy możemy zrobić jakiekolwiek badania tej chemii. Weźcie tylu ludzi, ilu będziecie potrzebować.

Odwrócił się i pomaszerował w stronę ambulatorium, usiłując nie patrzeć na mijane hibernatory. I tak się ich nie da uratować, argumentował rozsądek. Nie kłamał na odprawie. To już trupy. Po co patrzeć w twarze trupom?

8 stycznia 2211 ESD, 19:01

Wyłączył CSS. Po raz już któryś z rzędu strzepnął nieistniejący pyłek z ciężkiego, w tej chwili ciemnoszarego skafandra grupy ratunkowej, dając sobie chwilę na ukrycie zakłopotania. Poprawił mocowania zbędnego zasobnika tlenowego na plecach i raz jeszcze sprawdził przymocowany teraz do pasa hełm. Był to jeden z pierwszych przypadków w wojskowej karierze Brisbane’a, kiedy naprawdę nie wiedział, co ma powiedzieć.

– Wstępne badania wskazują, że jest całkowicie świadomy – zabrzmiał w słuchawce głos Reese’a. Zamknięty w pomieszczeniu monitoringu psycholog miał kontrolować przebieg rozmowy, choć Brisbane miał wątpliwości, czy po zmodyfikowanym człowieku należy się spodziewać ludzkich reakcji. – Powinien też bez problemu pana rozumieć.

Stray oderwał w końcu wzrok od rozstawionego przez techników systemu diagnostycznego i obrócił się w stronę pułkownika, który najwyższym wysiłkiem woli powstrzymał się od wzdrygnięcia.

Oficer, kiedy tylko odzyskał świadomość, zażyczył sobie munduru. Czarny uniform z dystynkcjami komandora porucznika i naszywką Pierwszej Kompanii Hybryd sprawiał, że obok zakutych w skafandry ludzi Brisbane’a wyglądał niemal dystyngowanie. Ale nie tylko to go wyróżniało.

Spod krótkich jasnych włosów oficera patrzyło na Brisbane’a jedno błękitne oko. Cała lewa cześć twarzy była pokryta czarnym kompozytowym labiryntem łączy danych, wzmocnień i gniazd, a w oczodole mieścił się otoczony serwomotorami pierścień z zaczepami na kilkanaście kabli łącza neuralnego.

Prawe oko mrugnęło.

Pierścień obrócił się wokół własnej osi.

– Co z moimi ludźmi? – Pułkownik usłyszał pytanie, jeszcze zanim Stray je zadał.

– Trudno mi w tej chwili powiedzieć. Jak pan widzi – wskazał na stojący przed Hybrydą monitor – ich odczyty są stabilne. Nie mamy jednak praktycznie żadnych danych na temat tego, jak z nimi postępować. Komputery „Skowronka” bardzo ucierpiały podczas wypadku i obecnie, szczerze mówiąc, błądzimy w ciemnościach. Nie ukrywam, że pańska pomoc byłaby nieoceniona.

Cisza trwała tak długo, że pułkownik zaczął rozważać zażądanie opinii Reese’a, ale kiedy już miał dać umówiony sygnał, Stray odpowiedział:

– Moja pomoc. Rozumiem, że dane z Centrum też uległy uszkodzeniu?

Mógł się spodziewać, że o to zapyta.

– Centrum Rozwoju Floty zostało zniszczone ponad sześć lat temu. Danych na temat tego projektu, to jest wystarczających danych – poprawił się szybko – nie udało się zachować.

Znowu cisza. Stray zdawał się powoli trawić każdą informację.

– Ile wiecie na temat środków, które są dawkowane moim ludziom przez cały czas? Na temat środków, które ja dostaję? – Pół obrotu pierścienia.

– Dysponujemy pewną ich ilością i jestem pewien, że analiza pozwoli nam je zsyntetyzować. – Brisbane przybrał przepisowo uspokajającą minę.

– Czyli nic. – To nie było pytanie.

– Czyli niewiele – przyznał pułkownik. – Niemniej nie zamierzam pozwolić, aby tak pozostało. Właśnie dlatego pana obudziliśmy, komandorze. Będziemy potrzebować możliwie dokładnego raportu na temat pańskich ludzi. Wszystkiego, co uzna pan za przydatne do odtworzenia środków chemicznych, utrzymania wszczepionych im podzespołów, chirurgii. I to najlepiej od razu.

Przez kilkanaście sekund Stray wpatrywał się w monitor, nadal wyświetlający dane hibernatorów. Ludzka część jego twarzy zastygła na podobieństwo swojego mechanicznego odpowiednika.

– Oczywiście, panie pułkowniku – odpowiedział w końcu, bardziej do monitora niż do Brisbane’a. – Natychmiast się tym zajmę.

– Potrzebuje pan pomocy? Czegokolwiek? Moich oficerów medycznych?

– Później. Teraz dam sobie radę sam.

Kiedy Brisbane wstał z krzesła i obrócił się ku drzwiom, Stray uniósł lekko głowę. Spojrzenie jedynego oka Hybrydy wbiło się w starszego oficera i przez chwilę ten poczuł się jak wrośnięty w podłogę. Pułkownik z trudem przezwyciężył wrażenie, że spogląda na niego również niewidzący zestaw połączeń w lewym oczodole siedzącego mężczyzny.

– Sir?

– Słucham, komandorze Stray?

– Co się stało? Dlaczego nikt nas nie szukał? – Oficer nie zmienił tonu. Teraz dopiero Brisbane uświadomił sobie, że jego rozmówca cały czas mówił spokojnie i rzeczowo. Ani razu nie podniósł głosu, ani razu nie zmienił tempa.

Stray zamrugał kilka razy, jakby sam zaskoczony tym faktem.

– Kiedy zniszczono Centrum, straciliśmy masę informacji, nie tylko takich, o które teraz pana proszę. Także dane o tym locie. – Pół prawdy jest zawsze lepsze niż nic. Nie było sensu mówić Strayowi, że zwyczajnie mieli ważniejsze rzeczy na głowie, że nie ocalała żadna z baz Sektora Sol, że dziewięćdziesiąt procent ludzkości zginęło w ciągu sześciu miesięcy od Dnia.

Prawo do nieświadomości. Podstawowe prawo, jakie mają ciała.

– Rozumiem. Dziękuję, sir. – Stray przeniósł spojrzenie na monitor i zaczął pisać. Jego palce poruszały się tak szybko, że trudno było za nimi nadążyć wzrokiem.

Brisbane wyszedł z pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi. Oparty o przeciwległą ścianę Rivers wyprostował się na widok przełożonego. Pułkownik skinął mu głową i skierował się do przejścia na salę pozabiegową.

Pomieszczenie oświetlały jedynie monitory aparatury Reese’a. Przed porucznikiem rozstawiono kilka ekranów diagnostycznych wysokiej rozdzielczości, a po jego prawej stronie unosił się olbrzymich rozmiarów hologram mózgu Straya. Co jakiś czas niektóre części trójwymiarowego modelu zmieniały lekko odcień w zupełnie niewyczuwalnym dla Brisbane’a rytmie.

Sylwetka siedzącego tyłem psychologa była niemal przytłoczona przez odbicia procesów nerwowych pacjenta.

– I jaka diagnoza, poruczniku? – Brisbane zrobił kilka kroków i stanął tuż za plecami podwładnego.

– Zaskakująco stabilny, muszę powiedzieć. Spodziewałem się o wiele gorszego stanu. – Reese wprowadził polecenie i linie kilku wykresów zmieniły skalę. Brisbane’owi nic to nie mówiło, ale porucznik najwyraźniej był zafascynowany. – To całkiem zdrowy człowiek, przynajmniej jeśli chodzi o system nerwowy.

– Nie twierdziłem, że to szaleńcy.

– Spodziewałem się, że z tą ilością sprzętu w głowie będzie bardziej... jak SI. Wie pan.

Pułkownik zaśmiał się bezgłośnie.

– SI to jedne z bardziej ludzkich istot, jakie zdarzyło mi się spotkać, poruczniku. Lepiej, że jest, jaki jest. Coś na odczytach, reakcje nerwowe, cokolwiek, co powinienem wiedzieć?

– Największe skoki pojawiły się, kiedy pytał, co się wydarzyło i o swoich ludzi. Chce pan nagranie?

– Odczytów nie zrozumiem. Wnioski?

– Stres, zainteresowanie, niemal na granicy skali. Ale ten człowiek w pełni się kontroluje, raczej nie ma szans na jakieś gwałtowne reakcje.

– Czyli jest bezpiecznie. Kłamał, kiedy mówił, że pomoże?

Psycholog zabębnił paznokciami w blat.

– To nie jest magiczne pudełko, sir. Bazując na tym, co widziałem – nie. Ale nigdy nie można być pewnym.

– Cóż, pozostaje mi zaufać pańskiej ekspertyzie. – Brisbane skierował się do wyjścia. – Kontrolujcie wskaźniki, chcę wiedzieć o każdej niekorzystnej zmianie. Nie zbliżajcie się do niego bez obstawy, nawet z bronią. Nie wiemy, co potrafi.

– Pułkowniku? – Głos Reese’a dogonił go przed drzwiami.

– Słucham?

– Może powinniśmy mu powiedzieć?

Brisbane obrócił się i spojrzał na podwładnego.

– A w jaki sposób miałoby to nam pomóc?

– Byłoby to chyba... no, uczciwsze, sir. – Reese spojrzał na ekrany, a potem na Brisbane’a. – Wobec niego.

Pułkownik westchnął ciężko i podszedł z powrotem do stanowiska psychologa.

– A w jaki sposób zmieniłoby to jego sytuację? Poza tym, że pogorszyłoby naszą?

– Myślę po prostu, sir, że to unijny oficer. I jesteśmy mu to winni. Jako naszemu człowiekowi.

Pułkownik potarł brodę dłonią. Przez chwilę przyglądał się badawczo Reese’owi. Wreszcie wyciągnął dłoń.

– Podajcie mi swój pistolet, poruczniku.

Psycholog niepewnie wydobył broń z kabury i podał ją przełożonemu, chwytem do przodu. Ten uniósł ją do oczu i przez moment studiował uważnie.

– Pistolet, panie Reese. System wyrzucania kawałków metalu z dużą prędkością w kierunku wroga. Lufa, magazynek z pociskami, drugi z paliwem i zestaw softu, dostosowującego system zapłonu do środowiska. W porównaniu z łukiem zaskakująco złożone, nieprawdaż?

– Tak... – Porucznik potrząsnął głową, najwyraźniej nic nie rozumiejąc. – Ale jaki to ma związek...?

– Wyrzuciłby go pan, połamał, spalił, gdyby miało to dać przewagę w wojnie?

– Oczywiście... Ale to jest przedmiot.

Brisbane zaśmiał się cicho. Przeszedł kilka kroków w stronę drzwi. Zatrzymał się tuż przed wyjściem. Przez chwilę stał nieruchomo plecami do psychologa, potem zawrócił.

– Wie pan, że przed Dniem istniał projekt montowania w broń SI? Nie chodziło tylko o sterowanie mieszanką wybuchową, do czego wystarcza prosty software, ale też zawiadywanie parametrami strzału, poprawki w odniesieniu do warunków...

– Nie wiedziałem o tym.

– Sztuczne Inteligencje mają w pełni ukształtowane osobowości, często o wiele bardziej złożone od ludzkich. Pan o tym pewnie wie lepiej niż ja. Nic z tego nie wyszło, za bliskie to było już samodzielnych SI bojowych, ale próbowano. Czy wyrzuciłby pan taki karabin?

Pułkownik wpatrywał się w Reese’ a badawczo.

– Myślę, że tak, sir. To jednak ciągle maszyna.

– Zgadzam się z panem. – Brisbane uśmiechnął się krzywo i oddał mu broń. – Stray i jego ludzie to następny krok. Proszę tak o tym myśleć. A jeśli panu to nie odpowiada, to niech pan spojrzy na to w ten sposób: woli pan, żeby przeżył ostatnie chwile w gniewie, czy pełen nadziei?

– To demagogia, pułkowniku. – Psycholog pokręcił z dezaprobatą głową. – Niemal w czystej formie.

– Być może. – Przełożony ruszył do wyjścia. – Ale chcę tak to widzieć. Osobiście, będąc na jego miejscu, wolałbym chyba nic nie wiedzieć. Proszę monitorować wskaźniki i trzymać się raczej z dala od niego.

– Tak jest, wskaźniki...

Brisbane nie musiał być specjalistą, żeby widzieć, że Reese nie jest w najlepszym stanie. Średnia akcja na debiut polowy. Trzeba będzie z nim porozmawiać, szkoda by było, gdyby się chłopak teraz załamał, w swoim fachu był naprawdę dobry. Po prostu zbyt... empatyczny. W sumie u psychologa to pewnie zaleta. Ale dopiero wtedy, kiedy można sobie na to pozwolić.

– Rivers – zwrócił się do wartownika zaraz po wyjściu na korytarz.

– Sir? – Kapral zareagował jak wyrwany z zamyślenia. Niedobrze, pomyślał Brisbane, ten też jest rozkojarzony. To naturalne, że wartownicy myślą o byle czym na służbie, co do tego pułkownik był stuprocentowym realistą. Ale Rivers nigdy wcześniej nie dał się na tym przyłapać.

– Ściągnij mi Loftona i Harrisa. Chcę sprawdzić główny rdzeń pamięci.

– Tak jest. – Żołnierz zasalutował energicznie i odmaszerował. Przez chwilę Brisbane słyszał jeszcze szybkie kroki, kiedy podwładny zostawiał go samego ze swoimi myślami.

8 stycznia 2211 ESD, 20:18

Główny rdzeń danych znajdował się niemal w samym centrum niszczyciela. Najbezpieczniejsze miejsce na pokładzie, jak mawiali marynarze – trudno było sobie wyobrazić cios, który niszczył centralę rdzenia, a nie przetrącał jednocześnie kręgosłupa „Skowronka”. Katastrofa okrętu rozhermetyzowała cały przedział. Idącego na czele grupy, zakutego w kombinezon próżniowy Harrisa dało się rozpoznać tylko dzięki oznaczeniu stopnia z tyłu hełmu. Reflektor porucznika wyławiał z ciemności śródokręcia kolejne pozostałości z czasów, kiedy niszczyciel był domem dla dwudziestu sześciu ludzi.

Unoszące się nad podłogą drobne skorupy niebieskiego kubka. Potrzaskany datapad. Zestaw plastykowych kostek i mały gwiazdozbiór narzędzi, które wstrząs musiał wyrzucić z jakiejś źle zabezpieczonej skrzynki.

Wszystkie śluzy prowadzące do centrum były przepisowo zamknięte. Na szczęście hydraulika nie zareagowała na śmierć systemu komputerowego i działała bez zarzutu. W próżni jedynym dźwiękiem, jaki towarzyszył mozolnemu otwieraniu kolejnych wrót, był ciężki oddech Harrisa w komunikatorze.

W minimalnej załodze okrętu obsadę centrali stanowiły dwie osoby. Dwójka oficerów sześć lat temu wpięła się w pasy stanowisk, zabezpieczyła śluzy i przygotowała do skoku. Nadal tu byli, oczywiście.

– Nigdy się nie przyzwyczaję – mruknął Lofton, oświetlając ciała.

– Bierz się za robotę. – Pułkownik wskazał ręką na gniazda I/O rdzenia. – Trzymamy kciuki.

– Tak, sir. – Technik zaczął wydobywać z przyniesionego zasobnika potrzebny sprzęt. Eter wypełniło ciche, zdecydowanie fałszywe pogwizdywanie.

Przez kilka minut wszyscy w milczeniu obserwowali, jak mężczyzna podłącza kolejne ogniwa, rozstawia konsolety diagnostyczne, wreszcie wydaje komendy na dwóch klawiaturach i tablicy holograficznej, cały czas poruszając palcami w upiornie nierównym rytmie wygwizdywanej melodyjki.

Ktoś mógłby pomyśleć, że po dwóch latach można się przyzwyczaić – Brisbane wzniósł oczy w górę. Unikalne rozumienie pojęcia muzykalności było nieodłączną częścią charakteru Loftona i w oddziale nikt już nawet nie próbował z tym walczyć. Żołnierze po prostu ściszali odrobinę odbiorniki.

Gwizd urwał się nagle po mniej więcej trzech minutach.

– Hm, ciekawe... Są ślady logów nawigacyjnych, strasznie poszatkowane. Spróbuję zrzucić, będą do analizy. – Technik obrócił się w stronę dowódcy, uważając, aby nie świecić mu reflektorem w twarz. – Nie chciałbym rozbudzać wielkich nadziei, ale może coś złapiemy.

Brisbane pokiwał głową i uniósł zaciśniętą dłoń z wysuniętym w górę kciukiem. Logi nawigacyjne były potencjalnie bardzo cennym znaleziskiem – kiedy w Dniu diabli wzięli większość central skokowych, dziesiątki systemów gwiezdnych momentalnie zostało odciętych od cywilizacji. Później starano się odtworzyć mapy z ocalałych repozytoriów i często komputerów nawigacyjnych statków, ale sieć nadal była niekompletna. W tym świetle wyprawa na „Skowronka” już stawała się opłacalna, choć oczywiście nie było jeszcze wiadomo, co uda się odszyfrować z fragmentarycznych i uszkodzonych danych.

– Co z danymi o pasażerach?

– Nic medycznego, sir. Tak jak sądziłem: tabula rasa.

– Rozumiem. No cóż, przynajmniej sprawdziliśmy. Odpinaj się i wra...

– Pułkowniku! – W słuchawkach usłyszał nagle zdenerwowanego Phillipsa. Kapitan pełnił obecnie obowiązki dowódcy głównego stanowiska przy ambulatorium. – Proszę natychmiast wracać, mamy poważny kłopot.

– Phillips, melduj, co się dzieje? Spokojnie i po kolei. – Brisbane uniósł brew. Medyk na ogół był bardzo precyzyjny.

– Komandor Stray obezwładnił porucznika Reese’ a i kaprala Riversa, sir. – Przywołany do porządku lekarz opanował się szybko. – Stoi przede mną i mierzy mi w twarz z pistoletu. Czekam na instrukcje.

8 stycznia 2211 ESD, 20:34

Kolejna pokonana gródź. Harris nadal prowadził, narzucając szybkie tempo marszu. Wyczerpujący trening bojowy robił swoje i porucznik musiał co chwilę zwalniać, aby pozostała dwójka mogła dotrzymać mu kroku.

– Czy ktokolwiek został zabity lub ranny? – Brisbane układał w myślach plan działania. Przede wszystkim Reese – pułkownik miał nadzieję, że psycholog wciąż może skłonić tamtego do rozmów.

– Kapral Rivers jest nieprzytomny, Lister właśnie go ogląda... – krótka chwila przerwy, potrzebna zapewne do wymiany spojrzeń pomiędzy medykami – ...ale zdaje się, że wszystko z nim w porządku. Sir, komandor Stray chce z panem mówić.

Ile jeszcze? Sto metrów? Zrujnowanymi korytarzami „Skowronka”, w skafandrach i przez śluzę oddzielająca sekcję z atmosferą od tej zdehermetyzowanej – co najmniej półtorej minuty.

– Oczywiście, proszę oddać mu komunikator.

– Tak jest.

Jedna, dwie, trzy sekundy.

– Pułkowniku Brisbane. – Usłyszał cichy głos Straya. – Przepraszam za problemy.

– Oczekuję wyjaśnień, komandorze. Bunty nadal są surowo karane, to się nie zmieniło przez ostatnie lata. – Jeszcze jeden korytarz, i dotrą do śluzy oddzielającej ich od tamtych.

– Wiem. Bardzo mi przykro, że musiałem się do tego posunąć.

– Komandorze Stray... – pułkownik poszukał w pamięci imienia żołnierza – James, wiem, że jesteś zdenerwowany. Nie tego się spodziewałeś.

– Nie, istotnie nie tego. – Głos Straya nie był po prostu spokojny, był całkowicie wyprany z emocji.

Harris podszedł do śluzy i obrócił się w stronę dowódcy. Przez ciemny filtr hełmu Brisbane nie mógł dostrzec jego twarzy, ale trudno było nie domyślić się, o co chodzi. Przestawił komunikator na połączenie indywidualne.

– Najpierw sprawdź, ale bez przesady – nie miał wiele czasu na zostawianie nam niespodzianek.

Porucznik uniósł kciuk w odpowiedzi i pochylił się nad panelem kontrolnym.

– Zakładam, że planuje się pan tutaj dostać, sir – Stray odezwał się niemal w tym samym momencie. – Proszę się nie obawiać, ma pan czyste przejście. Powinniśmy pomówić.

No tak. Podpięcie pod sensory przedziału. Brisbane westchnął z dezaprobatą dla własnej nieuwagi. Na szczęście najwyraźniej jego przeciwnik postanowił tego nie wykorzystać.

– Tym lepiej. Poruczniku, proszę otworzyć śluzę.

Natknęli się na dwójkę szturmowców Harrisa, kiedy tylko weszli do hermetycznej części okrętu. Ledwie widoczny dzięki CSS-owi, klęczący przy ścianie Cross wpatrywał się w prowadzący do ambulatorium korytarz ponad lufą karabinu, a szczupła, smagła Delaviente wprowadzała nowy program do sterowania bronią. Kiedy zobaczyła wchodzących, wyprostowała się i zasalutowała.

– Próbował przejść do sali hibernatorów, ale kiedy zaczęła się cała ta akcja, opuściliśmy grodzie. Jeśli będzie chciał się przedostać, musi ciąć. Irving pilnuje trasy do promu, ma dobrą pozycję do wejścia, jak przyjdzie co do czego. Stein i Bryce wycofani pod śluzę – zameldowała. – Jesteśmy gotowi do uderzenia na ambulatorium, sir.

– Na razie się wstrzymamy. Jak rozumiem, Stray ma czterech zakładników, nie chcę ryzykować. Zwłaszcza że chce rozmawiać. Na atak zawsze będzie czas. Poruczniku – zwrócił się do Harrisa – zostańcie tutaj i przygotujcie uderzenie, ale żadnych akcji bez mojego rozkazu. Hasło „zielony”.

Postukał paznokciem w bok hełmu.

– Będziemy w gotowości. – Oficer odpiął zasobnik tlenowy i postawił go na podłodze. – Ale to tylko jeden człowiek, do tego najpewniej w szoku. Może lepiej uderzyć od razu, niż dawać mu na tacy kolejnego zakładnika?

Brisbane przypiął rękawice do pasa i rozszczelnił hełm. Chłód powietrza mocno kontrastował z precyzyjnie dobraną temperaturą wewnątrz skafandra.

– Nie. To jeden człowiek, ale nie wiemy, czy przypadkiem nie jest trzy razy szybszy od nas. Starcia nie wygra, ale może kogoś zabić. Spróbuję przemówić mu do rozsądku. – Pułkownik zsunął karabin z ramienia i położył go na podłodze. Z namysłem przyjrzał się kaburze. Nie, pistolet jednak zostaje. W ten sposób da do zrozumienia, że przychodzi jako oficer, a nie jako negocjator.

– Jak pan uważa. – Harris przetarł czoło grzbietem rękawicy i poprawił pasek karabinu. Uruchomił CSS. Natychmiast barwa jego skafandra zaczęła się zmieniać, a kontury robić mniej wyraźne. – Powodzenia.

Brisbane skinął tylko głową i skierował się do ambulatorium. Poprzez odgłos własnych kroków słyszał, jak szturmowcy cicho omawiają plan ataku.

Siedzący przy konsolecie kontrolnej dowódca Hybryd był jedynym człowiekiem bez skafandra w pomieszczeniu, przez co wydawał się o wiele mniejszy zarówno od Brisbane’a, jak i od pozostałych. Pistolet leżał obok klawiatury, tuż przy dłoni oficera, choć tamten zdawał się w ogóle nie zwracać na niego uwagi, całkowicie pogrążony w odczytywaniu wyświetlanych na ekranie informacji. Przy przeciwległej ścianie stała czwórka zakładników. Rivers z podbitym okiem i opuchniętym, pewnie złamanym nosem wspierał się na potężnie zbudowanej Lister. Reese gapił się w podłogę, kucając obok trzymającego się za przedramię Navarre’a.

– Wszystko z wami w porządku? – Pułkownik spojrzał na swoich ludzi. To pytanie miało wzmocnić wrażenie, że w pełni kontroluje sytuację, że działania Straya są raczej niewygodne niż niebezpieczne.

– Navarre ma złamany nadgarstek, Rivers oberwał pistoletem porucznika Reese’a w twarz, ale ma tylko złamany nos – uspokoił go Phillips. Brisbane pokiwał głową. Potrzebował tej informacji. Rozluźnił się nieco.

– Udzielone przez pana informacje były dosyć niepełne, pułkowniku. – Stray powoli odwrócił się od ekranu. – Proszę usiąść.

– To nie były informacje konieczne dla pańskiej rekonwalescencji. – Oficer zatrzymał się pomiędzy Hybrydą a swoimi ludźmi.

– Och, obaj wiemy, że rekonwalescencja nie jest właściwym słowem. – Tamten uśmiechnął się krzywo, połową twarzy.

– Tak pan sądzi? – Brisbane miał nadzieję, że zachował pełną kontrolę nad mimiką.

– W dużej mierze jest to zasługa komputera. Nie tylko nie wprowadzicie nas do służby, ale i nie jesteście w stanie nas utrzymywać przy życiu. Wiele musiało się wydarzyć. – Jak na człowieka, który otrzymał właśnie wyrok, Stray nie wyglądał na zdenerwowanego. Choć z drugiej strony, jak może denerwować się półmaszyna?

– Owszem, wiele. Możemy o tym porozmawiać, kiedy nie będzie pan miał zakładników.

– Nie należą mi się odpowiedzi? Na przykład, dlaczego pański zespół posiada tyle pojemników na biokomponenty? – Stray po raz pierwszy od początku rozmowy oderwał wzrok od monitora.

– Nie należą się panu żadne odpowiedzi, dopóki działa pan w ten sposób. – Brisbane znacząco wskazał na swoich ludzi. – Właściwie, powinniśmy...

Stray się zaśmiał. Sucho i krótko.

– Wkroczyć tutaj siłą? Zabić mnie? Nie sądzi pan, iż Flocie powinno wystarczyć, że zabili mnie i moich ludzi już raz?

Brisbane westchnął ciężko, starając się wykorzystać ten czas do namysłu. Niestety, siedzący naprzeciw niego człowiek miał rację. Oraz pistolet.

Może Harris faktycznie miał dobry pomysł z wkraczaniem...

– Doskonale pan sobie zdaje sprawę, komandorze, że obecna sytuacja nie wynikła z winy Floty. To po prostu... wypadek.

– Wypadek – powtórzył Stray. Przez długą chwilę jedyną oznaką jego życia był parujący oddech. Wreszcie powoli sięgnął po broń.

– Możemy panu pomóc...

– Nie, nie możecie. Nie planowaliście mi pomóc. – Nie podniósł nawet głosu. – I trudno się dziwić. Nie wiecie, jak działamy, nie macie środków, żeby choć podtrzymać nas przy życiu, nie mówiąc już o ruszeniu projektu. Nie ma pancerzy. Bez nich moi ludzie są nikim. Nie ma stabilizatorów. Bez nich za... – Zerknął na monitor. Pewnie jemu oznaczenia zapasów medycznych mówiły więcej niż ekipie Phillipsa. – Za dwadzieścia jeden dni komputer będzie musiał ich wybudzić, żeby nie umarli w kapsułach. Nie wiedział pan tego, prawda? Nie ma AFG-654. Bez niego nie macie wystarczająco silnego środka przeciwbólowego.

Brisbane opuścił wzrok. Jego rozmówca miał rację. Wraz z nadejściem Dnia, w wypalanych ogniem szalonych Sztucznych Inteligencji bazach danych zginęła cała technologia, którą mogli pomóc tym ludziom. Może za kilka lat uda się ją odzyskać, ale Pierwsza Kompania Hybryd nie miała kilku lat. Nie miała nawet miesięcy.

– To ja zebrałem tych ludzi, wie pan? – Stray w ogóle nie patrzył na niego, wyświetlając na ekranie dane ściągnięte z kapsuł hibernacyjnych. – Każdego z nich. Każdy zgłosił się na ochotnika. – Po ekranie przemknęło zdjęcie mniej więcej trzydziestoletniego bruneta, podpisane: „Mat Sven T. Froystad”. – Wiedzieli, co oznacza ta zgoda. Że nie powrócą już na Ziemię. Że to bilet w jedną stronę. – „Bosman Gwen K. Allen”, widniało pod zdjęciem jasnowłosej, najwyżej dwudziestokilkuletniej dziewczyny o intensywnie zielonych oczach. – Kochali przestrzeń tak jak ja. Mieliśmy... – Pociągła, poważna twarz mata Pavla F. Senavy przesunęła się po ekranie, kiedy Stray zaśmiał się sucho. – Mieliśmy być bohaterami. A tak naprawdę po prostu zabiłem ich wszystkich.

Brisbane kilkakrotnie chciał zacząć zdanie, ale za każdym razem się rozmyślał. Co zresztą mógł powiedzieć?

– Zabierze pan swoich ludzi z mojego okrętu. – Żołnierz Hybryd wstał z fotela. Podniósł też pistolet, choć w nikogo nie mierzył. – Zostanie... Powiedzmy, porucznik Reese, który będzie moim konsultantem. Reszta ma zniknąć stąd na dziewięć godzin. W tym czasie spróbuję uruchomić systemy „Skowronka”. Jeśli mi się to nie uda, po dziewięciu godzinach wrócicie i oddam się do waszej dyspozycji.

Brisbane zmarszczył w niedowierzaniu brwi. Stray musiał wiedzieć, jaki był stan niszczyciela, musiał zdawać sobie sprawę, że okręt nigdzie nie poleci. Mimo to...

– Co to panu da?

– Jestem winien lojalność moim ludziom, pułkowniku, tak jak pan jest ją winien swoim. – Komandor wzruszył ramionami. – Zdaję sobie sprawę z sytuacji technicznej „Skowronka”. Nie zmienię warunków, jeśli mi się nie uda. Ma pan na to moje słowo.

Pułkownik długo patrzył na oficera. Na dystynkcje, właśnie poprawiane guziki munduru i okrągłą naszywkę Pierwszej Kompanii Hybryd na lewym ramieniu.

Na zajmującą pół twarzy plątaninę urządzeń, mającą go sprzęgać z systemami, które już nie istniały.

Rozumiał tego człowieka. W głębi duszy podziwiał go za lojalność wobec podkomendnych. Nabrał w płuca chłodnego powietrza, a potem bardzo powoli je wypuścił.

– Muszę poprosić o jakieś gwarancje bezpieczeństwa porucznika Reese’a.

– Jeżeli uda mi się uruchomić okręt, zostanie oczywiście przeniesiony. Jeśli nie... – tamten wzruszył ramionami. – Jeśli nie, to nie ma problemu, prawda?

Stray odłożył pistolet i wyciągnął rękę. Brisbane uścisnął ją bez namysłu.

– Zabiorę mój oddział. Ma pan dziewięć godzin. Widzę, że w negocjacjach nie jest pan całkiem zielony.

Stray zmarszczył brew na nietypową frazę. Błysk zrozumienia pojawił się w jego jedynym oku. Brisbane wzmocnił uścisk i ruszył w prawo, chcąc obrócić komandora tyłem do leżącej na stole broni.

Śluza odskoczyła z hukiem ładunku wybuchowego, a Harris wpadł do pomieszczenia, nim zdążyła rozewrzeć się do końca. Przemieszczał się błyskawicznie, robiąc miejsce kolejnym szturmowcom. Po jego skafandrze w żółwim tempie płynęły plamy maskowania.

Stray błyskawicznie obrócił się wokół własnej osi, skulił, niemal całkiem chowając się za sylwetką pułkownika. Wyrwał dłoń z uścisku i sięgnął po broń lewą ręką. Jasna cholera, jaki facet był szybki, Brisbane ledwo dostrzegł ruch. Nagle patrzył prosto w tunel lufy pistoletu Hybrydy, długi i ciemny. Rzucił się bokiem za osłonę stolika, wiedząc, że nie zdąży, nim tamten pociągnie za spust.

Seria wystrzelona przez wpadającego przez inne wejście Irvinga trafiła Hybrydę w głowę, dokładnie w gniazdo systemów wizyjnych. Impet odrzucił mężczyznę, ale jego broń nadal przesuwała się z nieludzką precyzją, mierząc dokładnie w oko padającego Brisbane’a.

Ale strzał nie padł.

Kolejne pociski przeciwpancerne trafiły w przewracającego się oficera, krótkie serie rozrywały mundur, przebijały ciało na wylot, rykoszetowały na ścianie za nim. Kiedy komandor w końcu upadł, musiał mieć ze trzydzieści ran.

– Czysto! – Usłyszał w słuchawce okrzyk Harrisa, a chwilę potem zobaczył nad sobą przykucniętą Delaviente. Karabin kobiety nadal był wymierzony w podziurawione ciało.

– Wszystko w porządku, sir? – Szybko przesunęła wzrokiem po jego skafandrze w poszukiwaniu ran.

– Nie trafił mnie, spokojnie. – Pułkownik podniósł się i spojrzał na rozciągniętego na podłodze Hybrydę. Podniósł leżący obok ciała pistolet, przyjrzał mu się, wreszcie podał Reese’owi. – Sądzę, że to wasze, poruczniku. Dobra robota, panie i panowie.

– Zaskoczył mnie. Przepraszam, sir – burknął niewyraźnie Rivers. Żołnierz podszedł do rogu pomieszczenia, gdzie Stray kazał zakładnikom złożyć broń. Zarzucił swój karabin na ramię, a pistolet schował do kabury. Mina kaprala wyrażała skrajne niezadowolenie z siebie.

– Patrząc na to, co zaprezentował tutaj, trudno się dziwić. Phillips, co z nadgarstkiem Navarre’a?

– Nic poważnego, ale możemy go odesłać na „Kanię”, tu nic nie wskóra. – Nie odwracając się do dowódcy, kapitan sięgnął do apteczki i wyłuskał dozownik medyczny. – Niemiła rzecz.

– Wedle twojego uznania.

Cały czas zajęty pechowym medykiem, Phillips skinął głową.

– Szybki był. – Harris zarzucił karabin na ramię i stanął nad nieżywym komandorem. – Co z ciałem?

– Do hibernatora. Nie potrzebujemy go tutaj, a odzysk z niego wydaje mi się stratą czasu. Potem piętnaście minut przerwy.

Oddział szybko zaczął na powrót podejmować normalne działania. Cross ruszył w korytarz, z którego atakował Harris, pewnie po techników, a Lister zajmowała się nosem Riversa.

Harris bez słowa skinął na Irvinga i obaj żołnierze podeszli do czegoś, co jeszcze kilka minut temu było komandorem porucznikiem Strayem. Brisbane przez chwilę podążał za nimi wzrokiem, lekko pocierając podbródek.

– Poruczniku Reese? – powiedział wreszcie.

– Sir? – Psycholog podszedł do dowódcy.

– Przejdzie się pan ze mną. – Pułkownik wskazał ręką drzwi i, nie czekając, ruszył w ich kierunku.

– Tak jest. – Reese szybko skinął głową i podążył za nim.

Temperatura w sali pozabiegowej wyraźnie spadła. Automatyczny system wyłączył ogrzewanie, kiedy wyszedł Stray, i uruchomił się dopiero teraz. W mroźnym wnętrzu „Skowronka” pomieszczenia błyskawicznie traciły ciepło. Każdy oddech Reese’ a tworzył białą chmurkę pary wodnej.

– Więc, poruczniku, jak to się stało? – Brisbane stał tyłem do podwładnego.

– Jak co się stało, sir?

– Dlaczego uznał pan za stosowne oddać swój pistolet komandorowi Strayowi? – doprecyzował Brisbane. – Jestem przekonany, że orientował się pan, że ten akurat oficer miał rozliczne powody, żeby żywić do nas urazę? – Pułkownik obrócił się, skrzyżowawszy ramiona. Badawcze spojrzenie niebieskich oczu wbiło się w Reese’a. Porucznik nerwowo oblizał wargi.

– Był potwornie szybki, nie spodziewałem się...

– Poruczniku Reese, naprawdę chcecie mi powiedzieć, że po prostu zapomnieliście o zakazie podchodzenia do komandora z bronią? Nie wierzę, aby tak było, z pańskich akt wynika, że nie lekceważycie takich rzeczy... Więc zakładam, że zrobiliście to umyślnie.

Żołnierz przez kilka sekund patrzył na czubki swoich butów, ale nagle podniósł głowę i z hardą miną spojrzał dowódcy prosto w oczy.

– Potraktowaliśmy go jak przedmiot. Był jednym z naszych, ślubował to samo co pan i ja! – wyrzucił z siebie podniesionym głosem. – A pan chce użyć go jako magazynu części! To nieuczciwe, nieuczciwe wobec niego, nieuczciwe wobec jego ludzi, nieuczciwe wobec wszystkich żołnierzy, którzy służą po naszej stronie. Byliśmy im winni lojalność, sir, i on niczego więcej nie chciał.

Zamrugał kilka razy oczami, otwarł usta, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zamilkł. Doświadczenie psychologa brało górę i porucznik szybko opanowywał uwolnione na chwilę emocje.

Brisbane powoli pokiwał głową. Milczał przez chwilę, po czym nabrał głęboko powietrza w płuca i wypuścił je z cichym świstem.

– Czy przypadkiem nie przerabialiśmy tej rozmowy? A co my byśmy z tego mieli? Gdybyśmy mu pozwolili zrobić, co chciał?

– Jak to: „co byśmy z tego mieli”? – Cała twarz psychologa wyrażała nawet nie oburzenie, ale pogardę. – Grzebanie swoich to jedna z rzeczy, która odróżnia nas od zwierząt. To oznaka człowieczeństwa, honoru, jakiegokolwiek poszanowania dla zasad.

Brisbane uśmiechnął się smutno i pokręcił głową, jakby patrzył na niegrzeczne dziecko.

– To prawda. I prawdopodobnie w liniowym oddziale poparłbym pański punkt widzenia. Pracujemy jednak dla Dowództwa Operacji Specjalnych. Zajmujemy się wygrywaniem wojny, a przynajmniej nieprzegrywaniem jej. Technologia, którą znaleźliśmy tutaj, jest bezcenna. Bardzo dosłownie, poruczniku. Na tyle bezcenna, że jak sądzę, nie możemy sobie pozwolić ani na honor, ani na zasady.

– Proszę mi wybaczyć, sir, ale jeśli przestaniemy być ludźmi, żeby wygrać wojnę... To może nie warto.

Brisbane parsknął cichym śmiechem.

– Warto. Jak najbardziej warto. Nie „my, ludzie” popełniamy te... nieludzkie czyny. Ja je popełniam. Pan je popełnia. Operacje Specjalne robią takie rzeczy. Inni mogą sobie być szlachetni do woli. Zresztą, pewnie po wojnie za to odpowiemy, nie zdziwiłbym się.

– Jak to...?

– Część pracy. Ktoś musi robić wszystkie złe, paskudne rzeczy. Padło na nas. Kiedy już to wszystko się skończy, ktoś przypomni sobie, że trzeba uspokoić sumienie, i zapewne będę pośród szacownej grupy przykładnie ukaranych. Być może pan też.

Reese zamilkł. Zapewne nie tego się spodziewał. Większość nowych nie tego się spodziewała.

– Wie pan, poruczniku, jest pan psychologiem. Naprawdę spodziewał się pan, że ustąpię?

– Miałem nadzieję... – Żołnierz zająknął się. Przez kilka sekund wpatrywał się w Brisbane’a, przygryzając wargi. – Nie, nie spodziewałem się.

– A zatem wiedział pan, że będzie strzelanina. A więc i ofiary. Ilu swoich kolegów z oddziału był pan skłonny poświęcić, żeby komandor Stray mógł zabić swoich ludzi?

Reese zamrugał kilka razy. Nabrał powietrza w płuca, ale nic nie powiedział.

– Ludzkie odruchy, jakkolwiek chwalebne, często są dosyć nieprzemyślane. – Brisbane kontynuował spokojnym głosem, bez śladu drwiny. – Stray na szczęście rozumiał sytuację. Że w tej walce może tylko przegrać. Dlatego nie nacisnął spustu.

– Dał się zabić?

– Zablefował. My sprawdziliśmy. Po prostu wiedział, że nic więcej nie ugra. Mógł mnie jeszcze próbować zastrzelić, ale to nie zmieniłoby sytuacji. Ta sama przysięga, która panu tak teraz ciąży, zapewne skłoniła go do wzięcia pod uwagę skutków, szerszych skutków, otwarcia ognia. Zakładam, że orientował się w sytuacji tak samo dobrze jak pan. Ale był lepszym żołnierzem. Szanuję go za to, naprawdę. – Pułkownik zmrużył oczy i w namyśle spojrzał w przestrzeń. – To, albo postrzał sparaliżował mu rękę, nie chcę przesądzać sprawy.

Psycholog popatrzył na dowódcę.

– Co się ze mną stanie?

– Nic. Jestem gotów zakończyć tę sprawę między nami. Jest pan dobrym fachowcem, potrzebujemy takich osób, choćby dlatego, że czasem pańskie przekonania mogą być przydatne. Oczywiście rozumie pan, że tego rodzaju działania wbrew wyraźnym rozkazom nie będą tolerowane w przyszłości.

– Tak jest, sir. Przepraszam, sir.

– Więc wracajcie do reszty oddziału, przyda im się zawodowiec. Morale jest dosyć... średnie.

– Rozumiem. – Reese odwrócił się i ruszył w stronę drzwi, ale zatrzymał się w pół kroku. – Sir?

– Słucham, poruczniku.

– Komandor Stray, gdyby zdecydował się wystrzelić... Pan przyszedł, zakładając, że jednak tego nie zrobi?

– Dobry żołnierz zawsze jest gotowy na śmierć. W tym przypadku jednak było o wiele mniej dramatycznie. Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, pozwoliłem sobie załadować do pańskiego pistoletu uszkodzony soft.

Reese przez chwilę stał nieruchomo, po czym odwrócił się ponownie i wyszedł.

8 stycznia 2211 ESD, 20:59

Brisbane stał w ciemnym pomieszczeniu kriogenicznym rozświetlanym tylko przez blade, nikłe światła kapsuł hibernacyjnych.

Pierwsza Kompania Hybryd wkrótce miała oddać ostatnią przysługę Unii. Za mniej niż godzinę pierwsi żołnierze powędrują na stół operacyjny.

Mężczyzna podszedł do pierwszego z brzegu hibernatora. Przetarł rękawicą oszronioną osłonę i przyjrzał się leżącej w środku kobiecie.

Bosman Madeleine Tailles, jak mówił ekran komputera sterującego urządzeniem.

W pobliżu nie było nikogo, więc nikt nie usłyszał cichych słów, które pułkownik powiedział, może do siebie, a może pod adresem śpiącej Hybrydy. Przez chwilę trzymał jeszcze dłoń na przezroczystej osłonie, a potem obrócił się i ruszył z powrotem w stronę oświetlonych i wypełnionych życiem pomieszczeń ambulatorium.

Za nim, świecąc zimnym, błękitnym światłem, pozostały stalowe trumny hibernatorów.


1

Baza Marynarki Wojennej EU Narvik

4 lutego 2211 ESD, 04:06

Za iluminatorem właśnie dokował „Królewski Dąb”. Olbrzymi lotniskowiec wisiał przy głównym stanowisku cumowniczym bazy Narvik, otoczony rojem błyszczących niczym świetliki pojazdów technicznych. Niewielkie, jednoosobowe stateczki uwijały się jak w ukropie, montując rękawy transportowe, podłączając systemy zewnętrzne i oznaczając granice strefy dokowania bojami.

Generał Solskjaerd obserwował ich bezgłośny taniec od kilku minut. Brisbane, stojący przy biurku przełożonego, czekał cierpliwie.

Wreszcie starszy, niski mężczyzna odwrócił się w jego stronę. Przygładził siwe włosy.

– Więc „Kalipso”, „Cień” i „Sztorm”. Trzy z pięciu naszych okrętów do działania za liniami wroga.

– Tak jest. Zdaję sobie sprawę z przekroczenia swoich kompetencji. Uznałem jednak sprawę za pilną.

– Ze względu na stare logi nawigacyjne. – Szef Dowództwa Operacji Specjalnych nie zmienił tonu.

– „Alta” spotkała się ze „Skowronkiem”, wykonały razem dwa skoki. Nawet śladowe dane dotyczące jej lokalizacji nadal są lepsze niż żadne, a skoro „Skowronek” się znalazł... – Brisbane wzruszył ramionami. – Tonący brzytwy się chwyta. To szansa, której po prostu nie możemy przepuścić. Nie będzie drugiej.

Wąskie usta generała wykrzywiły się w ponurym uśmiechu. Starszy mężczyzna w zamyśleniu wbił wzrok w hologram strategiczny. Sześćdziesiąt dwa systemy gwiezdne kontrolowane przez Unię Europejską mogły wydawać się wielkim dominium, jednak mapa nie mówiła wszystkiego. W ciągu kilku miesięcy po Dniu wojna pochłonęła większość gęsto zaludnionych systemów – tak się składało, że miały one również najbogatszą infrastrukturę, a przez to stanowiły ważne cele strategiczne. Ocalała ludzkość szybko zaczęła przypominać grupy złomiarzy walczące na gruzach cywilizacji o resztki spadku. Często pod szumną nazwą „kontrolowanego systemu gwiezdnego” kryły się dwie stacje górnicze, po stu pięćdziesięciu ludzi na każdej i frachtowiec, który zawijał do nich raz na pół roku. Obecnie rozpaczliwie brakowało funkcjonującego przemysłu utraconego na rzecz wrogów, zniszczonego lub zaginionego, kiedy po utracie danych nawigacyjnych do części kolonii nie dało się po prostu trafić...

Oczywiście, sytuacja Imperium i Stanów Zjednoczonych prezentowała się podobnie, ale Chińczycy dysponowali niemal dwukrotnie większym terytorium, a Amerykanie pozostawali niewiele w tyle. Matematyka zdecydowanie była wrogiem Unii.

Przez kilka chwil obaj oficerowie milczeli. Wreszcie Solskjaerd uruchomił ekran osobisty i spojrzał po raz tysięczny na wyświetlony raport.

– Właściwie wbrew prawdopodobieństwu... Ma pan szczęście. Wygląda na to, że wszyscy mamy.

– Nie cieszmy się zbyt wcześnie. Na sygnał wywoławczy wrak odpowiedział szerokopasmówką. Nie ma możliwości, żeby Amerykanie go nie wyłapali. „Sztorm” zagłuszył raport lokalnego garnizonu, ale to kwestia dni, zanim się zorientują, że coś jest nie tak...

Solskjaerd przygarbił się lekko, wpatrzony przed siebie niewidzącym wzrokiem. Milczał. Podejmował decyzję. Brisbane czekał cierpliwie. Przełożony, choć wyglądał niepozornie, był jednym z najbystrzejszych umysłów, jakie miała do zaoferowania kadra oficerska Unii Europejskiej. W głowie starszego człowieka ścierały się koncepcje, analizowane były wykresy zysków i strat, ważone krótko- i długoterminowe konsekwencje decyzji.

Wreszcie generał na powrót się wyprostował.

– Więc trzeba będzie tam uderzyć. Zyskamy trochę czasu i będziemy mogli w poszukiwania zaangażować większe siły. Dostanie pan Drugą Kompanię Zwiadu, akurat jest pod ręką. Zobaczę, ile sił da się przekierować w trybie natychmiastowym.

– Amerykanie odpowiedzą.

– Tak.

– Trzeba będzie się liczyć ze stratami.

– Tak.

– Na jakie możemy sobie pozwolić?

Generał Solskjaerd przez chwilę wpatrywał się w wyświetlony na ekranie raport.

– Tak – odpowiedział w końcu.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.