Futebol. Brazylijski styl życia - Alex Bellos - ebook
Wydawca: Kopalnia Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2014

Futebol. Brazylijski styl życia ebook

Alex Bellos

4.66666666666667 (6)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 547 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Futebol. Brazylijski styl życia - Alex Bellos

Każdy Brazylijczyk ma w sobie tę magię „pięknej gry”. Określenie „brazylijski piłkarz” jest jak „francuski szef kuchni”, albo „tybetański mnich”. Narodowość wyraża autorytet, wrodzoną zdolność – bez względu na prawdziwe umiejętności.

Alex Bellos, brytyjski dziennikarz, przemierzył Brazylię – od jej wielkich miast do najbardziej zapomnianych wiosek w dżungli, by udowodnić, że właściwie wszystko w piłce, poza samą piłką oczywiście, wymyślili Brazylijczycy. Grają w piłkę guzikami i samochodami. Wynaleźli piłkę błotną, siatkonogę, piłkę plażową futsal, futbol towarzyski. Jeśli więc myślisz, że wymyśliłeś właśnie coś nowego w futbolu, nie ciesz się przedwcześnie. Ktoś w Brazylii na pewno zrobił to przed tobą.

W wielu krajach świata futbol nazywany jest sportem dominującym, a czasem awansuje do miana religii. Ale Brazylii to nie dotyczy. Tu piłka jest czymś więcej. Piłka nożna i Brazylia to synonimy. Brazylia jest piłką.

Bellos pokazuje brazylijskie społeczeństwo przez pryzmat futbolu, jego historii, największych postaci.

Z książki dowiemy się dlaczego, choć cały świat uważa Pelego za najlepszego piłkarza wszech czasów, w Brazylii jest on tylko numerem 2. Dlaczego przegrany finał mistrzostw świata jest ważniejszy niż wszystkie wygrane. Dlaczego Barbosa, bramkarz, który grał w tym finale, stał się pariasem i zmarł w biedzie okryty hańbą. Dlaczego Ronaldo musiał tłumaczyć się przed Parlamentarną Komisją Śledczą z porażki w finale mistrzostw świata.

Najnowsza, wznowiona i uzupełniona edycja wielkiego międzynarodowego hitu Bellosa, została wydana specjalnie z okazji mundialu w Brazylii.

Opinie o ebooku Futebol. Brazylijski styl życia - Alex Bellos

Cytaty z ebooka Futebol. Brazylijski styl życia - Alex Bellos

Zizinho twierdzi, że jego temperament pomógł mu poradzić sobie z  presją. – Nigdy mnie nie obwiniano. Gdyby tylko ktoś spróbował, zaraz bym się odciął. Pozostali byli skromniejsi. Ja ripostuję każdemu – mówi. Zostało mu to. Pomimo swojego wieku Zizinho jest dziarski i  wygadany. A  także zabawny. Kiedy Rosani, jego osobista asystentka, proponuje, że zrobi nam kawy, Zizinho mruga do mnie porozumiewawczo, jakby chciał powiedzieć „Może i  mam prawie 80 lat, ale dziewczyny wciąż za mną szaleją!”. Każdego roku w  lipcu Zizinho obdzwania przyjaciół i  podaje im specjalny kod. Mają go użyć, żeby wiedział, że to oni dzwonią, a  nie dziennikarze. 16 lipca wyłącza telefon. – Jeśli tego nie zrobię, to dzwoni przez cały dzień, a  ludzie z  całej Brazylii ciągle pytają, dlaczego przegraliśmy tamte mistrzostwa. Na ścianach wiszą
Z  całej żonglującej kliki Zaguinha pokazuje więcej sztuczek, bardziej różnorodnymi obiektami niż ktokolwiek inny. Występuje także w  bardziej nietypowych miejscach. Podczas karnawału przeszedł, żonglując przez cały sambadrom, ani razu nie upuszczając piłki i  brał udział w  dorocznym sylwestrowym biegu São  Paulo. Pokonał 15 km w  dwie i  pół godziny. Uznał to za ćwiczenie treningowe i  pozwolił piłce upaść dziesięć razy. Tylko jedna osoba w 
Napisy końcowe brazylijskiego futbolu. W  filmie wystąpił także Maicon, który grał w  młodzieżowej reprezentacji Brazylii. Jego ojciec oddał hołd Kirkowi Douglasowi, nazywając swojego syna Maicon Douglas, po synu aktora – Michaelu. Urzędnik w  rejestrze źle jednak zapisał.
Kolejnym celebrytą w  piłkarskich butach jest Roberto Carlos, weteran na pozycji lewego obrońcy, który został tak nazwany, ponieważ jego matka lubiła prawdziwego Roberto Carlosa, który jest brazylijskim odpowiednikiem Franka Sinatry. Hołd okazał się tym bardziej wzruszający, że piosenkarz w  młodym wieku wpadł pod pociąg. Innymi słowy: piłkarz, który ma jedno z  najlepszych uderzeń na świecie, otrzymał imię po piosenkarzu z  kulawą nogą.
„Pelé” nic nie znaczy po portugalsku, co wzmacnia wrażenie, że jest to wymyślona nazwa międzynarodowej marki, jak Kodak albo Compaq. Etymologia słowa „Pelé” jest szeroko dyskutowana i  wciąż niejasna. W  domu na Édsona mówili Dico. Kiedy dołączył do Santosu, był nazwany Gasolina, czyli Benzyna. Potem stał się Pelém.  Przezwiska, tak jak wina, z  czasem mogą być coraz lepsze.
Mundiale zostawiły za sobą ślad onomastycznej dewastacji. Świętując zwycięstwo z  1962 roku, nadano dziecku imię Gol Santana Silva. Być może Gooooool Santana Silva bardziej by pasowało. Za każdym razem, kiedy matka wołała syna, przechodnie musieli się zastanawiać, kto strzelił. Podczas konkursu rzutów karnych z  1998 roku,
Brazylijscy bramkarze muszą szukać miłości gdzie indziej. Pompéia powiedział „Bramkarz lubi piłkę najbardziej. Wszyscy ją kopią. Tylko bramkarz ją przytula”. Uczucie to zostało odwzajemnione we wspaniałej książce dla dzieci napisanej przez Jorge Amado, najsławniejszego brazylijskiego pisarza. Opowiada ona historię piłki, która zakochała się w  wyjątkowo nieutalentowanym bramkarzu. Stał się niepokonany, ponieważ piłka zawsze kierowała się w  jego ramiona, gdzie była całowana i  ciepło przytulana do piersi. Pewnego dnia podyktowany został rzut karny, którego bramkarz wcale nie chciał obronić. Uciekł więc, zostawiając pustą bramkę. Mimo to piłka postanowiła polecieć za nim. Wzięli ślub i  żyli razem długo i  szczęśliwie.
Didi, kolega Santosa z  drużyny mistrzów świata 1958 i  1962, powiedział: –  Zawsze się z  nią delikatnie obchodziłem. Jeśli tego nie robisz, nie będzie się ciebie słuchać. Ja nad nią panowałem, więc mnie słuchała. Czasem, gdy do mnie przychodziła, mówiłem: „Hej, moja malutka...” Byłem dla niej równie dobry jak dla żony. Darzyłem ją wielkim uczuciem. Bo ona jest trudną dziewczyną. Jeśli będziesz dla niej niedobry, złamie ci nogę!
Jednym z  powodów, dla których Brazylijczycy uważają piłkę za kobietę, jest semantyka. W  języku portugalskim a  bola – piłka – jest rzeczownikiem rodzaju żeńskiego. (W  przeciwieństwie do el balón po hiszpańsku i le ballon po francusku, które są rodzaju męskiego). Ponieważ w  portugalskim nie ma słowa na „to”,

Fragment ebooka Futebol. Brazylijski styl życia - Alex Bellos

Spis treści
Karta redakcyjna
Dedykacja
Przedmowa Socratesa Brasileiro
Nota do wydania na 2014 rok
Wstęp
Rozdział 1. Mecz na końcu świata
Rozdział 2. Bohaterskie stopy
Rozdział 3. Feralny Finał
Rozdział 4. Zgromadzenia Plemienne
Rozdział 5. Anioł krzywych nogach
Rozdział 6. Karnawał ze skrętem
Rozdział 7. Mój mały Tony
Rozdział 8. Samochody, dziewczyny żonglerka
Rozdział 9. Żaby cuda
Rozdział 10. Niewątpliwy gol
Rozdział 11. Nagi futbol
Rozdział 12. Gra dwóch półkul
Rozdział 13. Żółw cylindrze
Rozdział 14. Przegraliśmy, ponieważ nie wygraliśmy
Rozdział 15. Dialog sokratejski
Dodatek 1. Komentarze do rozdziałów
Dodatek 2. Kluby
Dodatek 3. Brazylia na Mistrzostwach Świata
Dodatek 4. Brazylijska Piłka Czterech Krokach
Dodatek 5. Uwagi do okładki
Obrigado
Zdjęcia
Autorzy zdjęć
Przypisy
Tytuł oryginału: FUTEBOL. THE BRAZILIAN WAY OF LIFE
Copyright © Alex Bellos 2002
All rights reserved
First published in 2002 by Bloomsbury Publishing
Copyright © Bloomsbury Publishing
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Kopalnia 2014
Wszelkie prawa zastrzeżone
Wydanie I
Przełożył: MACIEJ NAŁĘCZ
Redakcja: MAREK WAWRZYNOWSKI, PIOTR ŻELAZNY
Korekta: ANETA BOŻEDAJEK
Projekt okładki: WILLIAM WEBB
Skład redakcja techniczna: TOMASZ ROSŁON
Zdjęcie na okładce: © Aldyr Garcia Schlee
ISBN 978-83-937251-6-8
Wydawnictwo Kopalnia
ul. Czecha 1b/1
05-402 Otwock
www.wydawnictwokopalnia.pl
www.facebook.com/wydawnictwokopalnia
Konwersja: eLitera s.c.

Dla Elli

PRZEDMOWA SOCRATESA BRASILEIRO

Jestem absolutnie ogarnięty we wszystkich znaczeniach tego słowa pasją. To właśnie ona prowadzi nas przez nieznane niczym doświadczony przywódca; wzburzone morza nie przerażają nas, gdy stawiamy im czoła szaleńczą miłością. Spośród wszystkich narodów świata, żaden inny nie kocha nie zakochuje się bardziej niż mój. Brak umiaru, szczęście, spontaniczność kreatywność to nasze narodowe cechy. Nadzieja wypisana na twarzy jest znakiem charakterystycznym nawet tych, którzy nigdy nie zaznali najmniejszej choćby korzyści od społeczeństwa.

Wierzymy niezwykłym oddaniem nowy świat piękną przyszłość, które stworzymy. Bez kajdan, które odbierają nam wolność, bez batów, które próbują nas zastraszyć. Bez ignorancji, która prowadzi nas puste otępienie.

Nasze pokolenie, które urodziło się niewoli, oswabadza się każdego dnia, podnosi głos poszukiwaniu prawdy. Własnej prawdy. Która uzasadnia jej siłę kulturze, która nie może zginąć, ponieważ wywodzi się prosto duszy, aury, uśmiechu, stamtąd, gdzie biali Indianie, czarni biedacy, migranci młodzi cieszą się przyjemnościami życia. to jak! Jesteśmy ludźmi, którzy naprawdę wiedzą, czego chcą, nawet jeśli tego nie rozumieją. może właśnie rozumieją?

Odpowiedzi, których szukamy, wymagają specjalnej troski uwagi.

Jesteśmy narodem wielu obliczach tysiącu gestów. Ludźmi, którzy walczą zachowanie własnej historii wbrew wszystkiemu. Bystrymi, próżnymi szczęśliwymi ludźmi, którzy umieją korzystać cudów natury wrodzoną beztroską. Ludźmi, którzy kochają wszystko dookoła. Którzy wiedzą, jak wycisnąć mądrość życia każdej jego sekundzie. ludźmi, którzy kochają futbol.

Futbol jest sportem zrodzonym ze spontaniczności bystrości, luksusu wolności, także czegoś, co jak sądzę, jest naszym najbardziej pierwotnym genomem jak taniec. Ale futbol także powinien być rodzajem tańca. Dawką pokoju.

Alex Bellos charakterystyczną dla mędrca cierpliwością ujmującą ciekawością naukowca pokazuje nas nasze twarze dusze pełną ostrością. Zupełnie jak „teatrze życia”, którym obserwujemy rozmawiamy naszym codziennym życiu bez ocierania się jego banał, nasz oczarowany czarujący neo-Brazylijczyk podróżuje przez nasz bezmiar, by odkryć kim dlaczego jesteśmy. czyni to rzadko spotykaną wnikliwością wrażliwością.

NOTA DO WYDANIA NA 2014 ROK

„Futebol” po raz pierwszy został wydany 2002 roku. Uaktualnienia dodane na końcu każdego rozdziałów, książka się kończy nowym post-scriptum.

Londyn, styczeń 2014

WSTĘP

Futbol przybył do Brazylii 1894 roku. Jak na „brutalny sport Brytyjczyków” poradził sobie nadspodziewanie dobrze. ciągu kilku dekad stał się najsilniejszym symbolem tożsamości Brazylijczyków. Reprezentacja narodowa, jak wszyscy wiemy, zdobyła więcej tytułów mistrza świata niż ktokolwiek inny, Brazylia jest ojczyzną Pelégo, największego piłkarza wszech czasów. Brazylijski styl gry widowiskowy, emocjonujący elegancki stał się niedoścignionym wzorem dla całej reszty świata. Brytyjczycy nazywają go „piękną grą”, Brazylijczycy zaś futebol-arte lub sztuką futbolu. Jakkolwiek by to nazywać, żaden inny międzynarodowy sport nie przyciąga taką siłą.

Do Brazylii przyjechałem 1998 roku. Całkiem nieźle się ustawiłem zostałem korespondentem zagranicznym. Zawsze marzyłem takiej pracy, dziennikarskiego punktu widzenia Brazylia ma nieodparty urok. Jest ogromna, kolorowa pełna kontrastów. Pośród 170 milionów ludzi jest więcej czarnoskórych niż jakimkolwiek innym kraju poza Nigerią, więcej Japończyków niż gdziekolwiek poza Japonią, na dokładkę jest jeszcze 350 tysięcy brazylijskich Indian, tym jeszcze tuzin nieodkrytych plemion. Brazylia jest największym wytwórcą pomarańczy, kawy oraz cukru. Jest całkiem uprzemysłowiona, co ciekawe, jest jednym największych producentów samolotów oraz posiada bogate dziedzictwo artystyczne, szczególności zakresie muzyki tańca.

No oczywiście nie brakuje tu futbolu.

Tuż po przylocie poszedłem zobaczyć reprezentację Brazylii akcji. Mecz odbywa się na stadionie Maracanã, duchowej świątyni brazylijskiej (ergo światowej) piłki. Kiedy piłkarze wyszli na murawę, wszyscy skakaliśmy krzyczeliśmy. Hałas przypominał burzę piorunami narastający chór petard, bębnów chaotycznych przyśpiewek. Potwierdziło to to, co już wcześniej wiedziałem urok brazylijskiej piłki to coś więcej niż „piękna gra”, kochamy Brazylię za widowisko, za to że jej kibice zawsze przeszczęśliwi, za to że gwiazdy brazylijskiej piłki znamy ich imion zupełnie jakby byli naszymi kumplami, za to że jej reprezentacja przedstawia utopijną harmonię między rasami, za symboliczny żółty kolor na ich koszulkach.

Wreszcie kochamy Brazylię za to, że to... Brazyyyyyyyyylia!

Jako kibic, od razu zainteresowałem się miejscowymi ligami. Czytałem magazyny sportowe, wybrałem swój klub regularnie chodziłem na mecze. Śledzenie piłki to chyba najłatwiejszy sposób na integrację Brazylijczykami.

Jako dziennikarz byłem coraz bardziej zafascynowany wpływem piłki nożnej na codzienne życie. Jeśli sport jest odbiciem kultury danego kraju, tak według mnie jest, to co jest takiego szczególnego Brazylii, co powoduje, że jej piłkarze kibice tacy... brazylijscy?

tym właśnie jest ta książka.

Na początek chciałem się dowiedzieć, jakim cudem gra sprowadzona przez Brytyjczyków trochę ponad 100 lat temu mogła tak mocno ukształtować przyszłość tropikalnego narodu. jaki sposób coś tak nieszkodliwego, jak zwykły drużynowy sport, stało się spoiwem łączącym ludność piątego największego państwa na świecie. Co mają na myśli Brazylijczycy, gdy mówią szowinistyczną dumą, że żyją kraju piłki?

Jeśli piłka nożna jest najpopularniejszym sportem na świecie, Brazylia jest piłce najlepsza na świecie, to konsekwencje takiej reputacji muszą być znaczące wyjątkowe. Żaden inny kraj nie kojarzy się takim stopniu jednym sportem jak, według mnie, Brazylia piłką nożną.

Zbieranie materiałów zajęło mi rok. Przelatałem granicach Brazylii równowartość obwodu Ziemi, robiłem wywiady setkami ludzi, zaczynając od tych najbardziej kojarzących się piłką: obecnymi byłymi piłkarzami, szefami klubów, sędziami, łowcami talentów, dziennikarzami, historykami kibicami. Potem, kiedy chciałem dotrzeć głąb społeczeństwa, rozmawiałem księżmi, politykami, transwestytami, muzykami, sędziami, antropologami, Indianami miss piękności. Rozmawiałem też facetem, który zarabia na życie, żonglując kulkami od łożysk jak piłką, gwiazdami rodeo, które grają piłkę bykami, kibicem, który wygląda tak dziwacznie, że sprzedaje przestrzeń reklamową na swojej koszulce odkryłem spisek udziałem Sokratesa porucznika Muammara al-Kaddafiego.

Nie interesowały mnie „fakty” takie jak wyniki meczów albo składy drużyn. Brazylii tak nie przywiązuje się do faktów zbyt dużej wagi, Brazylia to kraj zbudowany na opowieściach, mitach głuchym telefonie. Słowu pisanemu (jeszcze) nie ufa się tak jak mówionemu (jeden najbardziej drażniących zwyczajów tym kraju, zwłaszcza dla dziennikarza). Interesowały mnie historie opowiadane przez ludzi ich życie.

Owocem tej pracy jest, mam nadzieję, współczesny portret największego państwa Ameryki Łacińskiej widzianego przez pryzmat pasji do piłki.

Brazylii domy pogrzebowe sprzedają trumny herbami klubów piłkarskich, na platformach wiertniczych boiska do pięcioosobowej odmiany futbolu, klub piłkarski może być przepustką do parlamentu.

Pracę zacząłem 2000 roku, dokładnie pół wieku po tym, jak Brazylia była gospodarzem mistrzostw świata 30 lat po tym, jak, świetnym stylu zdobyła puchar po raz trzeci. Był to dogodny moment na zastanowienie się, ile „sztuki futbolu” zostało we współczesnej piłce.

Pech chciał, że kolejnych tygodniach brazylijska piłka pogrążyła się największym kryzysie swojej historii. Reprezentacja narodowa przegrała serię meczów, Kongres rozpoczął dwa szeroko zakrojone śledztwa mające zbadać sytuację narodowym sporcie.

dnia na dzień było coraz gorzej, kongresmeni ujawniali afery związane ze skorumpowanym piłkarskim półświatkiem, reprezentacja przegrywała kolejne mecze. Przez chwilę ludzie stracili nadzieję, że Brazylii uda się zakwalifikować do mistrzostw świata 2002.

Według mnie kryzys piłce był odbiciem problemów na znacznie szerszą skalę. Od debiutu Pelego latach 50. Brazylia przeszła ogromne zmiany, państwa rolniczego stała się uprzemysłowionym. Znacznie zmalał poziom analfabetyzmu, międzyczasie kraj zaliczył 20 lat dyktatury dopiero teraz uczy się, niekiedy na własnych błędach, jak zbudować nowe społeczeństwo.

Cały świat poszedł naprzód, wraz nim futbol. Jedyną stałą wydaje się niezmienna magia, jaką odnajdujemy brazylijskich złocistych koszulkach.

Dokładnie przyglądałem się parlamentarnym śledztwom, latałem do Brasilii, żeby oglądać kolejne przesłuchania byłem na sali, kiedy Ronaldo został wezwany przed komisję senacką, żeby wytłumaczyć, dlaczego mistrzostwach świata 1998 Brazylia zajęła tylko drugie miejsce.

Jest wiele prawd powiedział piłkarz do przesłuchujących, on przedstawi swoją prawdę ma nadzieję, że przesłuchującym się spodoba, jednak to od nich zależy, czy uznają za „prawdziwą” prawdę.

Niezwłocznie zanotowałem te słowa swoim dzienniku, stwierdziłem, że żaden piłkarz jeszcze nigdy nie powiedział przypadkiem czegoś tak spostrzegawczego.

Brazylia to kraj wielu prawd, przez książkę próbowałem dotrzeć do „prawdziwej” prawdy brazylijskiej piłce. Mam nadzieję, że wam się spodoba.

Alex Bellos

Rio de Janeiro

Listopad 2001

1

MECZ NA KOŃCU ŚWIATA

Przez okno swojego domu wiosce Toftir Marcelo Marcolino spogląda na ośnieżone wzgórze spowite ponurą mgłą. Narzeka, że tutaj wszystko wiecznie wygląda tak samo, szare chmury nigdy nie ustępują tęczy, albo chociaż odrobinie czystego nieba. Na zewnątrz nie ustaje lodowaty wiatr, ulice puste. Marcelo tak nie przepada za wychodzeniem domu; większość dni spędza, oglądając telewizję satelitarną językach, których nie rozumie.

Marcelo zawsze chciał zostać piłkarzem. To było jego marzenie od czasów dzieciństwa na Copacabanie. Mógłby grać dla Flamengo, swojego ulubionego klubu Rio de Janeiro. Zgodziłby się nawet grać dla ich rywali, Fluminense, gdzie kiedyś występował jego ojciec. Nigdy nawet mu się nie śniło, że wyląduje na ponurej północy Atlantyku, gdzie średnia temperatura latem jest 10 stopni niższa niż typową brazylijską zimę. Gdzie kiedyś na mecz wyjazdowy musiał płynąć rybackim kutrem.

Wyspy Owcze leżą połowie drogi między Szkocją Islandią. Najprawdopodobniej odkrył je irlandzki mnich święty Brendan Żeglarz, który przepłynął obok nich na początku VI wieku. Święty Brendan szukał mitycznej Hy-Brasil, Wyspy Szczęśliwych, od której to według niektórych badaczy pochodzi nazwa Brazylia. Półtora tysiąca lat później na wyspę trafili tropikalni podróżnicy, przybywający przeciwnej strony, znajdując na niej swój gorzki raj.

Marcelo po raz pierwszy usłyszał Wyspach Owczych, kiedy dostał ofertę transferu do klubu B68 Toftir. Wizę odebrał duńskim konsulacie Rio de Janeiro. Poradzili mu, żeby spakował kurtkę, ale to nie wystarczyło. Kiedy wylądował Kopenhadze, żeby się przesiąść, po raz pierwszy odetchnął „rześkim” powietrzem. Mój Boże pomyślał. Chcę wracać do domu. Przedstawiciel B68 odebrał go lotniska na wyspie Vágar zachodniej części archipelagu jedynym skrawku na tyle płaskiego terenu, żeby zbudować lotnisko. Potem zawieziono Marcelo do Toftiru, najpierw promem, następnie drogą wzdłuż poszarpanego wybrzeża. Zauważył, że pozbawiony drzew krajobraz jest cały biały. Po raz pierwszy życiu zobaczył śnieg.

Nawet jak na standardy Wysp Owczych Toftir jest mały odseparowany. Mieszka tu około tysiąca osób, mniej więcej 1/20 populacji stolicy, Torshavn. Na całą osadę składa się kilkaset domków ułożonych wzdłuż smaganej wiatrem nadbrzeżnej drogi. Budynki to nieciekawe sześciany ze schludnymi dachami. Toftir nie ma kina, restauracji czy baru. Jest za to bazar rybny, przetwórnia ryb kościół. No klub piłkarski trzema Brazylijczykami.

Kiedy dotarłem do domu Marcelo porze obiadowej, ten spał jak kamień. Teraz, dziesięć minut później, biega powrotem jak dziecko nadmiarem energii. Ten dom to moje więzienie mówi. Jest mi ciężko. Przywykłem do innej kultury: plaży, piwa kobiet. Tutaj ludzie nie mają życia. Nigdzie nie wychodzą.

29-letni Marcelo powoli się dostosowuje. Kiedy przyjechał, głowę miał ogoloną na łyso, teraz pozwolił sobie na kilkumilimetrowe włosy, żeby zatrzymać chociaż trochę ciepła. Jego czarna skóra ma jaśniejszy odcień niż Brazylii konsekwencja szarych toftirskich dni pozbawionych słońca. Stoi elegancko wyprostowany, patrzy pogardą, mówiąc, wymachuje rękami bije się pierś. Ma zaczepny wzrok lubi brzmienie swojego głosu. Jego wylewność wydaje się niezmącona surowością nowego otoczenia.

Pytam, czy wychodzi gdzieś wieczorami, weekendy.

Już nie odpowiada. Trzeba jechać godzinę autobusem, żeby dotrzeć do Torshavn, tak nie ma tam gdzie pójść. Kiedyś zapraszali nas na imprezy, ale tutejsze imprezy jak... czuwanie przy zmarłym.

Nagle zdaje sobie sprawę, że trochę się zagalopował. Uspokaja się zmienia ton.

Mimo wszystko jestem szczęśliwy, nie narzekam. Jestem tutaj, ponieważ jestem profesjonalistą mam okazję dobrze zarobić. Nigdy bym tyle nie dostał, gdybym został Brazylii.

B68 trenują tylko po dwie godziny dziennie. Rano ich międzynarodowa gwiazda pracuje na targu ryb. Wyładowuje na nabrzeże małych statków rybackich kraty dorszem żabnicą. Praca nie jest obowiązkowa, ale prezydent B68 bardzo do niej zachęca. Ma tym swój interes. Jest odpowiedzialny za wyładunek na toftirskim targu. morzu jest wiele ryb do złowienia. Potrzebuje każdej pary rąk.

Marcelo nie jest typem człowieka ciężko pracującego, dlatego stara się robić najmniej, jak to tylko możliwe. Mówi mi, że widzi swoją rolę jako tego, który strzela bramki. Eleganckie, brazylijskie bramki. Może wylądował na Wyspach Owczych, ale nie stracił poczucia narodowej dumy.

Nagle znika przynosi srebrny puchar ze swego pokoju. Pokazuje mówi chełpliwie: To nagroda dla najlepszego napastnika ligi Wysp Owczych 2000 roku. poprzednim sezonie nasz najlepszy strzelec zdobył 16 goli. Ja 15, ale tylko dlatego, że on wykonywał dużo rzutów karnych. Jestem od niego znacznie lepszy, ale jest kolegą trenera.

Marcelo lubić być dużą tropikalną rybą malutkim północnym morzu. Jestem tutaj królem mówi. Żaden tutejszych nie potrafi tego, co ja.

Zdaje sobie również sprawę, że realizuje swoje marzenia, pomimo ponurej rzeczywistości. Każdy Brazylijczyk chciałby grać Europie.

Kiedy wracam do Rio, ludzie traktują mnie zupełnie inaczej przechwala się. Jakbym był arystokratą. Ludzie nagle zdają sobie sprawę, że jesteś kimś ważnym. Nikt mojego sąsiedztwa nie grał Europie. Normalnie kiedy mówisz, że występujesz małym lokalnym klubie, śmieją się ciebie. Zupełnie jakby drużyna była do niczego. Brazylijczycy bardziej cię szanują, jeśli grasz Europie, zupełnie inaczej na ciebie patrzą.

Przerywa na chwilę dodaje: Będę mógł powiedzieć wnukom, że ich dziadek był kimś.

Jeśli ktoś nie wsłuchuje się namiętnie morskie prognozy pogody albo nie importuje dorsza, to nie ma żadnego rozsądnego powodu, dla którego miałby zdawać sobie sprawę istnienia Wysp Owczych, autonomicznej części Danii populacji równej 47 tys. ludzi. Te odizolowane wyspy mają jedną najmniejszych lig piłkarskich Europie, ich reprezentacja narodowa jest jedną najmarniejszych. Zwycięstwo 1:0 Luksemburgiem było powodem do narodowej euforii. Spotykam Niclasa Davidsena, prezydenta B68. Sprawia wrażenie, jakby był dwuwymiarową postacią wyciętą kartonu. powodu zimna ręce zawsze trzyma kieszeniach, kiedy mówi, szepcze, niemal nie ruszając ustami. Jego czerwoną od wiatru ogorzałą cerę łagodzą ruda broda błękitne oczy. Zaprasza mnie do domu, siadamy salonie. Na ścianie wisi obraz Głowy Cukru Rio.

Niclas mówi, że B68 to pionierski klub, żeby to udowodnić, włącza nagranie wideo. Historia zaczyna się 12 września 1990 roku, dniu, który, według mówiącego pełnym napięcia głosem narratora, „będzie żył długo pamięci Farerów”. Podczas swojego pierwszego meczu międzynarodowego, rozgrywanego Szwecji, Wyspy Owcze pokonały Austrię 1:0. Kiedy drużyna wróciła do domu, powitano ich jak bohaterów, „ulice przypominały bardziej Amerykę Południową niż spokojny północny Atlantyk”. Niclas ogląda nagranie jak zahipnotyzowany, mimo że musiał je widzieć setki razy. Wyspy Owcze nie mogły grać siebie, ponieważ brakowało odpowiedniego obiektu, który spełniałby międzynarodowe wymogi. Niclas postanowił zebrać 2 miliony dolarów na przebudowę boiska B68. Było to nie lada wyzwanie, ponieważ Toftirze ogóle nie ma płaskich powierzchni. Inżynierowie potrzebowali 50 ton materiałów wybuchowych, żeby wysadzić skaliste wzgórze wznoszące się za wioską. Przez rok robotnicy pracowali po 10 godzin dziennie, 6 dni tygodniu, końcu odosobniony Toftir doczekał się stadionu narodowego Wysp Owczych, pojemności osiem razy większej niż liczba jego mieszkańców.

Na tym kończy się nagranie, Niclas przenosi na mnie wzrok, mówi, że tamtym momencie jedyne, czego potrzebowali, to dobrych piłkarzy.

Pomoc nadeszła od przyjaciela Islandii, Pálla Guđlaugssona, który był kiedyś trenerem reprezentacji Wysp Owczych. Páll zadzwonił do Niclasa powiedział, że wylatuje do Rio, by podpisać umowy kilkoma Brazylijczykami. Zapytał, czy Niclas nie chciałby wejść ten interes.

Niewiele jest rzeczy, które stanie tak rozgrzać zmarzniętych fanów piłki na Wyspach Owczych, jak wspomnienie Brazylijczyku grającym koszulce ich klubu. Wizerunkowo to bardzo ważne, żeby mieć składzie Brazylijczyków. Páll zapewnił mnie, że wielu nich chce wyjechać do Europy za wszelką cenę mówi Niclas. Ceny ryb były wysokie, więc B68 miał pieniądze. Niclas zadzwonił do swojego islandzkiego kumpla zamówił czterech.

marcu 1999 roku Marcelo Marcolino, Messias Pereira, Marlon Jorge Lúcio de Oliviera przyjechali do Toftiru. Razem nimi przyleciało jeszcze dwóch innych Brazylijczyków, którzy podpisali kontrakt GÍ, kolejnym przeciętnym klubem oddalonej od cywilizacji wioski tysiącem mieszkańców, kościołem przetwórnią ryb.

Nie byli to jedyni Brazylijczycy, którzy tego roku wyjechali ze swojego kraju. 1999 roku ponad 650 zdecydowało się na międzynarodowe transfery. Brazylijscy piłkarze rozjechali się po świecie, dołączając nie tylko do najlepszych klubów, ale także do zespołów takich państw jak Armenia, Senegal, Chiny czy Jamajka. 2000 roku exodus wciąż nabierał tempa, łącznie dokonano transferów do 66 różnych państw, tym do Libanu, Wietnamu, Australii Haiti. Według Brazylijskiej Konfederacji Piłki Nożnej (CBF) za granicą występuje około 5 tysięcy Brazylijczyków. To prawie cztery razy więcej niż liczba brazylijskich dyplomatów. Na swój sposób piłkarska diaspora funkcjonuje jako równoległy kanał dyplomatyczny; sportowcy emigrujący za pracą również kulturowymi ambasadorami. osobami publicznymi gdziekolwiek się pojawią, promują piłkarskie dziedzictwo swojego narodu.

Toftir przyjął swój brazylijski zaciąg wielką ekscytacją. Dzieci szkołach goliły blond włosy na łyso, żeby się do nich upodobnić, robiono nimi wywiady do gazet zapraszano do lokalnej telewizji. Ale oczekiwania B68 nie zostały natychmiast spełnione. Granie na śniegu nie jest tym samym, co występy na piasku. Chłopcy Brazylii nie zaadaptowali się. Lúcio doznał kontuzji wrócił do domu, B68 zakończył rozgrywki ligowe na siódmym miejscu dziesięciozespołowej lidze.

Niclas był niewzruszony. czasem drużyna stawała się coraz lepsza. sezonie 2000 była już trzecia, Marcelo zdobył tytuł najlepszego napastnika. Kontrakty zostały przedłużone kolejny rok.

Niclas przyznaje, że było to dosyć ryzykowne. Brazylijskich piłkarzy znaliśmy tylko telewizji, oglądaliśmy Pelégo reprezentację narodową przyznaje powagą. Ale nie mieliśmy pojęcia, jak grają ci, którymi podpisaliśmy umowy. Teraz wiemy, że dobrzy, zwłaszcza Marcelo.

Trzecie miejsce dało drużynie pożądaną nagrodę awans do Pucharu Intertoto. Ten letni turniej może być wyszydzany przez państwa silnymi ligami, ale dla klubów odległych zakątków Europy to szczyt międzynarodowej chwały. Żadna drużyna Wysp Owczych nie przeszła jeszcze pierwszej rundy, jednak trzech Brazylijczyków składzie może przełamać złą passę.

* * *

Budzik włącza się 6 rano. Messias Pereira budzi się czyta swój dzienny przydział pięciu psalmów. Biblia pomaga mu lepiej znosić samotność. Dziś jest wielki dzień, B68 gra B71. Brzmi to jak walka dwóch amerykańskich bombowców albo zestawów witamin, jednak rzeczywistość jest mniej dramatyczna: to mecz piłkarskiego pucharu Wysp Owczych.

B71 stacjonują na Sandoy, wyspie, na którą dotrzeć można tylko łodzią. Niclas wiezie nas na poranny prom. Jedziemy przez burzę śnieżną, ulewny deszcz oślepiające przebłyski słońca. Co kilkaset metrów samochód walczy górskimi serpentynami, za każdym zakrętów panują zupełnie inne warunki pogodowe.

Marcelo doznał kontuzji został domu. Pozostali dwaj Brazylijczycy, Messias Marlon Jorge, wyglądają, jakby zazdrościli koledze. Na promie siadają blisko siebie, żeby choć trochę się ogrzać. Messias ubrany jest dżinsową kurtkę kołnierzem ze sztucznej wełny, Marlon nosi zielony płaszcz. Reszta drużyny, ubrana czerwone dresy B68, siedzi kabinie głośno rozmawia.

Messias jest 28-latkiem spokojnym usposobieniu. Nosi kozią bródkę, dzięki której wygląda pobożnie wyrafinowanie. 24-letni Marlon ma głębokie zmarszczki na czole. Jest najbystrzejszy całej trójki, jako jedyny opanował farerski na tyle, by nie musieć się porozumiewać za pomocą monosylab. Marlon mieszka ze swoją żoną, Brazylijką Angelą, która porzuciła pracę konduktora autobusu na Copacabanie, żeby solić dorsze przetwórni Toftirze. Zmiana pracy nie była dla niej problemem, dzięki przeprowadzce na Wyspy Owcze może cieszyć się teraz statusem żony piłkarza.

Dzisiaj Marlon jest dziwnie cichy, robi się blady za każdym razem, kiedy promem zaczyna bujać. Szybko przeprasza znika pod pokładem. Dzięki temu mam szansę porozmawiać sam na sam Messiasem, który jest najcichszym spośród trzech Brazylijczyków. Piłka to całe moje życie. To niej się utrzymuję. Uważam się za prawdziwego szczęściarza, że tu wylądowałem mówi. Zimny prom buja się teraz na boki, deszcz uderza okna.

Ale mam też pecha, że nie gram jakimś lepszym miejscu dodaje.

Messias uważa, że na Wyspach Owczych jego kariera ma większą przyszłość niż Brazylii, gdzie razem Marlonem grali drugiej lidze stanowej Rio. Zarabiał około 80 dolarów miesięcznie. Teraz dostaje kilkaset, nie licząc pracy przy rybach. Zdecydowałem się wrócić tym sezonie na Wyspy Owcze, bo tutaj gram pierwszej lidze będę miał szansę wystąpić Pucharze Intertoto.

Mecz pomiędzy B68 B71 odbywa się na samym końcu świata, przynajmniej takie odnosi się wrażenie. Miejsce jest niegościnne dołujące. Znajdujemy się dolinie odciętej od świata skalistymi ścianami ciężkimi śniegowymi chmurami. Pojawia się około 50 widzów, jest zbyt zimno, żeby stać na trybunach, więc oglądają mecz, siedząc samochodach.

Gra jest równie smutna, jak otoczenie. Marlonowi udaje się jedno mądre podanie, które zamienia się pierwszą bramkę dla B68. Poza akcją Brazylijczycy nie wyróżniają się. zasadzie nikt się nie wyróżnia. Messias gra nieźle, ale zostaje zmieniony pod koniec meczu, źle to znosi wychodzi do szatni, trzaskając drzwiami. Presja jest ogromna, bo jesteśmy Brazylijczykami klub dużo na nas wydał. Kiedy inni popełniają błędy, nikt im nic nie mówi, ale kiedy my jakieś robimy, jest zupełnie inaczej.

B68 wygrywa 2:0. Mówią mi, że pogoda była łagodna. Kiedyś wiał tak silny wiatr, że sędzia nakazał wszystkim zawodnikom przykucnąć na murawie, by nikogo nie zwiało boiska.

Podczas podróży powrotnej promem mam okazję, by porozmawiać Farerami B68. Pytam Hansa Fróði Hansena, środkowego obrońcę, który gra również reprezentacji, co takiego Brazylijczycy wnoszą do drużyny. Hans jest wysoki ma opadające blond włosy przyklepane czerwoną wełnianą czapką Liverpoolu.

Hans zaczyna od stwierdzenia, że Brazylijczycy to bardzo pozytywni ludzie. Pytam, skąd to wie, skoro ledwie mówią po farersku. Zastanawia się chwilkę odpowiada wielkim uśmiechem: Te słowa, które znają, bardzo pozytywne.

Hans wyjaśnia, że farerscy piłkarze polegają głównie na sile. Dobrze jest mieć Brazylijczyków, ponieważ mają lepsze przyjęcie technikę, chociaż nie przyzwyczajeni do tutejszego stylu. Dla niego największą korzyścią jest jednak ich inne nastawienie do gry. Kiedy myślisz Brazylii, myślisz sambie, uśmiechach tańcu. To dla nas bardzo dobre.

Hansen wyjaśnia swoim perfekcyjnym skandynawskim angielskim uniwersalną prawdę piłkarską brazylijski futbol jest wyjątkowy. Przebłyski geniuszu widać już było 1938 roku, jednak dopiero trzy wygrane mistrzostwach świata 1958, 1962 1970 roku przypieczętowały jej sławę. Piłkarski geniusz Brazylii został wyniesiony na ołtarze nie tylko ze względu na zwycięstwa, ale także ze względu na niezrównany rozmach. 1970 zwycięstwo Brazylii było tym większe, że po raz pierwszy transmitowano je kolorze. Dało to wieczną sławę Pelému żółtym koszulkom reprezentacji, oglądanym dotychczas tylko czerni bieli. To wydarzenie tak mocno odcisnęło się świadomości ludzi, że pomimo tego Brazylia nigdy już nie grała na tak wysokim poziomie, wszyscy wciąż mają do niej ogromny szacunek. Czuje się to nawet lodowatym zimnie na meczu pucharu Wysp Owczych.

Każdy Brazylijczyk ma sobie magię „pięknej gry”. Określenie „brazylijski piłkarz” jest jak „francuski szef kuchni” albo „tybetański mnich”. Narodowość wyraża autorytet, wrodzoną zdolność bez względu na prawdziwe umiejętności. Wyczuwam, że pozostali zawodnicy nie przepadają za Messiasem Marlonem, chociaż podoba im się to, co sobą reprezentują na boisku. Pytam to trenera, Johannesa Jakobsena. Gdyby Brazylijczycy przyjechali tu 15 lat temu, byliby znacznie lepsi od nas. Ale jesteśmy dumnym narodem każdym rokiem jesteśmy coraz lepsi, co nie jest łatwe, biorąc pod uwagę, jak niewielu nas jest. Farerska piłka bardzo się zmieniła.

Pytam, jaki sposób. Nie przegrywamy już tyle co kiedyś.

Czy chciałby kupić więcej Brazylijczyków? Wolałbym kupować lokalnych graczy, bo to by wzmocniło drużynę osłabiło konkurencję. Wydaje mi się też, że ludziom zagranicy ciężko jest się dostosować do naszych warunków stylu życia.

Ale jako naród Brazylijczycy świetni dodaje po chwili. trakcie powrotu promu, pod koniec dwunastogodzinnego dnia, pytam Marlona Messiasa, co myślą poziomie farerskich piłkarzy. Obaj przekonani, że lepsi od kolegów zespołu, miejscowi po prostu zbytnimi ignorantami, żeby zdać sobie tego sprawę. Gdy już zaczną, nie mogą się powstrzymać od dalszej krytyki. Mówią, że tutejsi ludzie po prostu nie rozumieją piłki. Zacznijmy od tego, że nie modlą się przed meczem. Nie ćwiczą taktyki, no nie dają premii za wygrane. Brazylii dostajesz trochę gotówki za wygraną połowę za remis mówi Marlon. Tutaj nie dostajesz nic. Nie ma żadnej motywacji.

Marlon uważa, że gdyby miał obywatelstwo Wysp Owczych, grałby reprezentacji. Mówi, że to jeden jego celów. Powiedziano mi, że jeśli grasz przez pięć sezonów jednym kraju, zyskujesz prawo do gry reprezentacji. Trzeba mieć jakiś cel właśnie to zamierzam zrobić.

Jeśli Marlon zostanie kiedykolwiek naturalizowany, nie będzie pierwszym Brazylijczykiem, który grał dla innej reprezentacji. Brazylijczycy występowali już kadrach Japonii, Belgii Tunezji. Niedawno Peruwiański Związek Piłki Nożnej zaproponował obywatelstwo Esidio, który jest zarażony wirusem HIV. 2000 roku Esidio strzelił 37 bramek dla Universitario Lima, najlepszy wynik historii peruwiańskiej ligi.

Dla Marlona jeszcze jednak większą motywacją od reprezentowania duńskich skał gdzieś na końcu świata jest szansa gry Pucharze Intertoto przeciwko Lokeren Belgii. Może mecz będą oglądać jacyś skauci, może nawet zaproponują mu transfer do poważniejszego piłkarskiego kraju? Im dłużej tym myśli, tym wydaje mu się to ważniejsze. Pomysł polega na tym, żeby grać jak najlepiej, potem odejść do innej drużyny, która więcej płaci.

Pytam Niclasa, co się stało pozostałymi dwoma Brazylijczykami zakontraktowanymi przez GÍ, drugi klub Wysp Owczych. Mówi, że pierwszy wrócił do Brazylii, ale drugi, Robson, wciąż żyje Gøta, gdzie klub ma swoją siedzibę. Proponuje, że mnie tam zabierze.

Gøta leży jakieś 20 minut jazdy samochodem od Toftiru, jednak mimo że jest jeszcze bardziej odizolowana, nadrabia ładniejszym krajobrazem. Miasto leży małej zatoce okrążonej stromymi klifami.

Pukam do drzwi Robsona, który wyraźnie ucieszył się na widok gościa. Ma płaską, okrągłą twarz grubymi brwiami ciemną skórę koloru oliwki. Wygląda jak typowy mieszkaniec Paraíba, małego ubogiego stanu prawie 2 tys. kilometrów na północ od Rio. Mieszkańcy tego stanu ofiarami głęboko zakorzenionego brazylijskim społeczeństwie rasizmu. Postrzegani jako wiejscy prostaczkowie. Wyczuwam, że rodacy Robsona B68 nie utrzymują nim niemal żadnego kontaktu.

Robson zaprasza mnie do salonu. Dom jest skromny, ale przytulny. Na ścianie wisi czarno-biały plakat nagiego mężczyzny trzymającego na rękach niemowlę. Na stoliku kawowym stoi miska jabłek, telewizji lecą kreskówki. Robson siada na sofie, ubrany jest bluzę spodnie od dresu, na głowie ma bejsbolówkę.

Wyciąga album ze zdjęciami czasów, kiedy był jeszcze piłkarzem Brazylii. To jego jedyna pamiątka przeszłości. Oglądam wyblakłe obrazy drużyn, zrobione tanimi aparatami pełnym słońcu. Wyczuwam, że dla Robsona one równie tajemnicze jak dla mnie. Mówi, że kiedyś grał lidze stanowej Paraíba wspólnie Marcelinho, który teraz występuje Hercie Berlin. Na tym kończą się podobieństwa między nimi. Robson nigdy nie został piłkarzem na Wyspach Owczych. Raz zagrał dla GÍ, ale był tak kiepski, że więcej go nie wpuścili na boisko. Celował nisko, ale tak nie trafił. Wyjaśnia, że mając 23 lata, zrezygnował piłki nożnej postanowił zmienić zawód. Tuż po ukończeniu kursu na ochroniarza jego były menedżer zadzwonił pytaniem, czy nie chciałby jeszcze raz założyć butów piłkarskich. Powiedziałem mu, że od dwóch lat ogóle nie grałem jestem kiepskiej formie. Mój agent tylko odpowiedział: „Cóż, idź pobiegać po plaży”.

może się zawiódł na brazylijskim imporcie, jednak wioska szybko odkryła, że Robson był wart opłacenia lotu przez Atlantyk. Pracę przetwórni zaczął od segregowania zepsutych ryb obcinania głów. Robson był tak odpowiedzialnym uczciwym pracownikiem, że zatrzymano go na sezon 2000. Wtedy poznał Anję, 19-latkę rumianych policzkach. Dziewięć miesięcy później na świat przyszedł Mateus.

Anja sprząta dom, podczas gdy ja rozmawiam jej mężem. Dziewczyna odrobinę zna angielski, ale mówi, że to tak więcej niż farerski Robsona. Bardzo dużo rozumie, ale gorzej mu idzie mówieniem oświadcza pobłażliwym tonem. Patrzę, jak ze sobą rozmawiają. On mamrocze coś po portugalsku, ona odpowiada po farersku. dziwnie się wzruszyłem, gdyż wyglądają na zakochanych szczęśliwych pomimo zasadniczych trudności komunikacji.

Umawiałem się już wcześniej blondynkami, ale żadna nie była tak atrakcyjna jak Anja tłumaczy mi później Robson.

Dzięki pomocy rodziny Anji młoda para wybudowała dom. On pracuje przetwórni ryb na dziesięciogodzinnych zmianach, ona zajmuje się domem. Robson zarabia 375 dolarów na tydzień, co spokojnie wystarcza na godne życie. Niedawno kupił pierwszy samochód.

Anja jest ciepłą troskliwą osobą. Swoje płowe blond włosy trzyma spięte kucyk. Pytam, co takiego widzi mężu. Jest dżentelmenem. Gdybym go poprosiła umycie toalety, zrobiłby to dla mnie. Inni faceci, których znam, wolą pić chodzić na potańcówki. Robson jest inny. Lubi chodzić do pracy zajmować się dzieckiem, kiedy jest domu. Jest bardzo rodzinnym człowiekiem.

Robson zdaje sobie sprawę, że gdyby został Brazylii, wciąż byłby biedakiem. Na Wyspach Owczych czuje się jak milioner. Ma wszystkie oznaki statusu, których marzą brazylijscy piłkarze: dom, samochód, żonę blondynkę dziecko. Wszystko to mam dzięki futbolowi mówi dumą. Brazylii nigdy bym czegoś takiego nie osiągnął, teraz żyję kraju, którym można zapewnić sobie jakąś przyszłość. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że moje życie zmieniło się na lepsze. Dzięki Bogu dobrze mi się powodzi.

Nawet jednak te słowa nie stanie ukryć melancholii, tego, że jest straszliwie samotny obcym kraju. Poza swoją żoną nie ma tu żadnych przyjaciół ani też perspektyw powrotu do Brazylii. Mówi, że czasem zastanawia się nad tym, ale tylko się oszukuje. Rodzice Anji nie chcą, żeby się przeprowadzili mają ku temu dobry powód Brazylii Robson nie zarabiałby nawet jednej czwartej tego co teraz. Zdaje sobie sprawę, że zostanie na Wyspach Owczych już do końca życia.

* * *

dniu odlotu Wysp Owczych muszę być wcześnie na lotnisku. Niclas pożycza Marlonowi samochód, żeby ten mógł mnie odwieźć. Jest środek kwietnia pada śnieg. Marlon, który dopiero co nauczył się jeździć, pędzi wyspiarskimi drogami. Proszę go, żeby trochę zwolnił, bo mam wrażenie, jakby nie miał zbyt dużo doświadczenia jeździe takich warunkach. Nie jest to coś, czego uczą cię na kursie prawa jazdy Rio de Janeiro.

Na prostej Marlon przyśpiesza do 80 km/h. Momentalnie traci kontrolę nad pojazdem, samochód zaczyna się ślizgać po oblodzonej nawierzchni. Marlon wciska hamulec, ale zamiast się zatrzymać, auto okręca się lądujemy na środku drogi, stojąc tyłem na przód.

Podrzuca mnie do promu płynącego na lotnisko, jest 1 stopień Celsjusza, więc śnieg zamienił się deszcz.

Powodzenia Intertoto krzyczę, machając ręką na pożegnanie.

Kilka miesięcy przed tym, jak poleciałem na Wyspy Owcze, spotkałem Marlona Marcelo na plaży Copacabana. Było tak upalnie, że pot skapywał mi czoła prosto na notes rozmazywał tusz. Siedzieliśmy kąpielówkach popijaliśmy wodę zielonych kokosów. Marcelo nosił okulary przeciwsłoneczne złoty naszyjnik. Uśmiechał się gwizdał na przechodzące kobiety. Mówią mi, że to na plaży nauczyli się grać piłkę, bo dorastali kilka przecznic stąd.

Kiedy Marcelo jest powrotem Toftirze, odwiedzam jego rodzinę. Jadę do Copacabany, która jest najgęściej zamieszkaną dzielnicą Rio. Mieszka tu cztery razy więcej ludzi niż na całych Wyspach Owczych. Cztery przecznice od plaży skręcam brukowaną uliczkę pnącą się stromo górę. Jadę nią wysoko ponad poziom dachów. Rio jest odwrócone do góry nogami, najbogatsi żyją przy morzu, biedota budach poustawianych na wzgórzach fawelach. Docieram do Morro Dos Cabritos parkuję samochód. Fawela to chaotyczny zbitek prostych murowanych chatek, które pokrywają wzgórze niczym wysypka. Po ulicy biegają dzieci latawcami, mężczyźni siedzą piwem. Skręcam stromą alejkę wspinam się po betonowych schodach. Moja obecność przyciąga uwagę. Przechodzę obok talerza ryżem położonym na murku, daru dla afrobrazylijskich bóstw. Na sąsiednim podwórku widzę klatkę kogutem bojowym. Życie faweli wydaje się równie nieuporządkowane zmienne, jak monotonne bezpieczne jest życie Toftirze.

Matka Marcelo, Maria Nazareth, już na mnie czeka. Zanim zaprosi mnie do środka, rzucam okiem na okolicę. domu widać Głowę Cukru, zatokę Guanabara, wysokie blokowiska Copacabany rozciągający się po horyzont głęboki błękit Oceanu Atlantyckiego.

Przechodzimy przez bramę, której na sznurkach pozawieszane butelki po coli. Maria Nazareth jest chuda jak patyk ma twardą, wyrazistą twarz. Chichocze, kiedy się uśmiecha, robi to często. Jej dom to mała klitka podzielona na dwa pokoje salon. Na jednej ścianie wisi zdjęcie Marcelo, jak pozuje drużyną, na drugiej trójkątna flaga B68 Farerskiego Związku Piłki Nożnej. Dołącza do nas Dilma, córka Marii, która mieszka tym samym bloku. Obok żyje starsza córka Vilma, zaś najstarsza Ilma już się wyprowadziła.

Kiedy Marcelo powiedział, że wyjeżdża, sparaliżowało nas ze strachu mówi Dilma. Nie miałyśmy zielonego pojęcia, gdzie wyjeżdża, ani gdzie Wyspy Owcze. Tyle się widzi telewizji programów piłkarzach sprzedanych do obcych krajów, którzy porzucani, potem głodują na ulicach nawet nie mają za co wrócić.

Maria de Fátima, bratowa Marcelo, wchodzi do pomieszczenia nalega, żeby upiec mi ciasto. tym samym czasie pokoju pojawia się pięcioro małych dzieci. Jedno nich, chłopiec, mówi, że gra drużynie piłkarskiej na plaży. Kiedy dorośnie, chce być jak wujek grać Europie.

Marlcolinos to rodzina piłkarska. Maria Nazareth miała 16 lat, kiedy wyszła za mąż za człowieka, który był zawodowym piłkarzem grającym dla wielu drużyn Rio. Nigdy nie udało mu się zarobić jednak tyle, żeby opuścić fawelę. Przyjaciele mówili, że jeśli jego dzieci będą chociaż połowie tak dobre jak on, też zostaną zawodowcami. Marcelo zaczynał młodzieżówkach Fluminense Botafogo, dwóch dobrych, miejscowych klubów. Przeszedł na zawodowstwo Madureirze, słabszej drużynie przedmieścia, potem przechodził do klubów znajdujących się coraz niżej łańcuchu pokarmowym brazylijskiej piłki. Do czasu wypadł jego końcem zupełnie innej części świata.

Gdyby nie odziedziczony po ojcu talent, Marcelo skończyłby jak jego rówieśnicy Morro Dos Cabritos, którzy zostali kelnerami, sprzątaczami, kurierami motocyklowymi, czyli znaleźli się na samym dole rynku pracy, obsługując klasę średnią leżącej poniżej Copacabany. Dilma mówi, że pracuje fabryce szyjącej bikini.

Ciasto zostaje podane musującym sokiem guarany. Maria Nazareth uważa, że wie, na czym polega piłka nożna, bo zarówno jej mąż, jak syn całkowicie się jej poświęcili. Brazylii jest tylu dobrych zawodników, że nie da się wybić samą dobrą grą, ktoś musi popchnąć twoją karierę. Marcelo znalazł sobie Danii tego kogoś teraz odnosi same sukcesy, ludzie go tam kochają.

Swój pierwszy telefon Maria Nazareth zainstalowała zeszłym roku. Wie, że Marcelo podjął właściwą decyzję, wyjeżdżając, bo dzwoni do niej co tydzień mówi: „Mamo, strzeliłem mnóstwo bramek”.

Naprawdę ciężko pracował, żeby zostać piłkarzem dodaje Dilma. Jest szczęśliwy, bo może robić to, czym zawsze marzył.

* * *

Trzy kilometry od Morro Dos Cabritos znajduje się Leblon, jedna najbogatszych dzielnic Rio. Tutaj mieszka Fábio Menezes, razem ze swoimi rodzicami 420 koszulkami piłkarskimi.

Zaprasza mnie do środka, żeby pokazać kolekcję. Wszystkie koszulki powieszone na długim wieszaku. Te autografami sławnych graczy nie były wyprane, co nadaje sypialni zapach rodem wyprzedaży staroci.

Na pewno nie zgadniesz, czyja jest ta! wskazuje na niebieską koszulkę literkami KSI. Fábio ma rację, nie mam pojęcia.

To koszulka reprezentacji Islandii, konkretnie meczu przeciwko Brazylii we Florianópolis. Wygraliśmy 3:0. To był pierwszy mecz Ronaldo reprezentacji od razu strzelił gola.

Popisywanie się przede mną swoją wiedzą wyraźnie sprawia mu przyjemność. Pokazuje kolejną koszulkę.

Ta jest naprawdę trudna do zgadnięcia. Zanim zdążę zdecydować, czy okazać zdziwienie, czy konsternację, Fábio już odpowiada. South Melbourne. Klubowe mistrzostwa świata. Zeszły rok. Prawie niemożliwa do zdobycia.

Gratuluję mu tak rzadkiej zdobyczy. Pokazuje mi jeszcze kilka mniej interesujących cuchnących pamiątek. Wyjaśnia, że kolekcja zaczęła się od tego, że jego ojciec jest znanym komentatorem sportowym, który dzięki osobistym kontaktom piłkarzami mógł łatwo zdobywać stroje. Dużą wartość kolekcjonerską ma koszulka Brazylii meczu przeciwko Chile 1987 roku Uberlândii, jedyny mecz, którym na trykotach reprezentacji naszyte były reklamy, chociaż większym zaskoczeniem kolekcji Fábia jest liczba koszulek skandynawskich klubów.

Fábio ma 32 lata, jest wysoki, ma przerzedzone włosy niezdrowo bladą twarz. Opuszczamy jego mieszkanie chronionym apartamentowcu idziemy do pobliskiej restauracji. Na zewnątrz panuje przejmujący chłód, jak na warunki Rio lodowate 15 stopni. Brazylijczycy chodzą opatuleni swetry płaszcze. Tylko Fábio ma na sobie T-shirt klapki. Dla mnie to idealna temperatura mówi, idąc przez popołudniową mżawkę bez parasola. Już nigdy się nie przeziębię.

Fábio przejdzie do historii jako człowiek, który pchnął brazylijską piłkę do jej północnych granic. Zupełnie jak zdobywcy bieguna, którzy doprowadzili ludzkość do nowych ekstremów, Fábio wysłał swoich rodaków na północ dalej niż ktokolwiek przed nim. To on jest agentem, który sprzedał Brazylijczyków na Islandię Wyspy Owcze.

Wchodzimy do pierwszej restauracji, którą mijamy, nowo otwartej knajpki kuchnią wegetariańską. Siadamy przy stoliku, Fábio opowiada mi, jak to zrobił. Łatwiej jest umieść zespole Brazylijczyka niż piłkarza jakiejkolwiek innej narodowości mówi. Istnieje światowy popyt na Brazylijczyków. Trochę przykro to mówić, ale znacznie łatwiej jest sprzedać kiepskiego Brazylijczyka niż nawet genialnego Meksykanina. Brazylijczycy kojarzą się radością, imprezami, karnawałem. Niezależnie od jego umiejętności cholernie kuszące jest mieć Brazylijczyka drużynie.

Popyt, jak twierdzi, jest zaspokajany przez nieskończoną podaż. Brazylii jest około 23 tysiące zawodowych piłkarzy, którzy grają ponad 500 profesjonalnych klubach. Według Fábio powodem, dla którego tylu zawodników jest sprzedawanych za granicę, jest boom na rynku krajowym. Nigdy wcześniej nie było tylu piłkarzy, bo nigdy wcześniej nie było tylu klubów. Brazylii najlepszym sposobem na szybką karierę jest założenie własnego kościoła albo klubu piłkarskiego. To nie jest uczciwy kraj, ludzie wykorzystują kluby, żeby się wzbogacić, albo dzięki nim załatwiać swoje interesy.

doświadczenia Fábio wynika, że mimo nie każdy Brazylijczyk jest dobrym piłkarzem, udanych transferów jest pewnością wystarczająco dużo, żeby podtrzymać romantyczną legendę Pelégo. To się także opłaca dodaje po chwili. Brazylijczycy to tania siła robocza. Brutalny kontrast między dzielnicami Rio ma swoje odbicie piłce. Topowi gracze najlepszych brazylijskich klubach zarabiają porównywalnie do swoich kolegów najlepszych klubów Europie. Jednak znacznej większości piłkarzy ledwie starcza na życie, 90 procent nich przynosi do domu mniej niż 165 dolarów miesięcznie.

każdy piątek kupuję piłkarski tygodnik „Placar”. każdym numerze rubryce zatytułowanej „Na Końcu Świata” jest sylwetka Brazylijczyka grającego za granicą. Jest to najbardziej wciągająca część każdego wydania, ponieważ te historie to mieszanka radości tragedią. Wszyscy prezentowani piłkarze mówią mniej więcej to samo, niezależnie od tego, czy grają Singapurze, Indiach, Gwatemali czy Kazachstanie: zarabiają więcej niż kiedykolwiek Brazylii, gdzie tak jest ogromna konkurencja, ale bardzo tęsknią za matczyną fasolą ryżem. Fábio twierdzi, że jest zasypywany ofertami od piłkarzy, którzy chcą grać zagranicznych klubach, niektórzy nawet gotowi załatwić podrobiony akt urodzenia, licząc na to, że dzięki temu staną się atrakcyjniejszym towarem. Żaden kraj nie jest dla nich zbyt mały, zbyt odległy albo zbyt nieprzyjazny.

Pytam Fábio, dlaczego zdecydował się na karierę agenta. Odpowiada, że to przez zbieg okoliczności. Na początku lat 90., kiedy studiował prawo na Uniwersytecie Katolickim Rio, wyjechał na wakacje zwiedzić plecakiem Europę. Odwiedził wtedy fińskiego dziennikarza, którego jego ojciec poznał, komentując towarzyski mecz Brazylii Finlandią Helsinkach. Rok później Fin zadzwonił do Fábio prośbą pomoc. FC Jazz Pori, małego, oddalonego od fińskiej stolicy 250 kilometrów miasteczka, chce podpisać kontrakt brazylijskim piłkarzem. Czy mógłby kogoś polecić?

Po dłuższym zastanowieniu Fábio doszedł do wniosku, że jego ulubionej drużynie przedmieść Rio, Bangu, gra świetny napastnik imieniu Dionísio. Fábio skontaktował się klubem Dionísio został wypożyczony do FC Jazz. Fábio zarobił 1600 dolarów, całkiem przyjemną sumkę jak na studenckie standardy. Dionísio okazał się ogromnym sukcesem, został sprzedany do innego klubu, TPV, gdzie został królem strzelców, jego klub zdobył mistrzostwo fińskiej ligi.

Praca międzynarodowego agenta wydawała się całkiem łatwa. Była nieformalna, oparta na znajomościach. Fábio sprzedał jeszcze jednego piłkarza do FC Jazz zaraz po ukończeniu studiów zaczął szukać piłkarzy drugiej lidze Rio. Jego skandynawskie kontakty na kilka lat zostały zamrożone, 1998 roku odezwała się Islandia.

Páll Guđlaugsson oglądał mecz FC Jazz Pucharze Intertoto stwierdził, że Brazylijczycy dają drużynie sporą przewagę. Skontaktował się Fábio powiedział, że chciałby zakontraktować całą bandę trzech dla swojej drużyny, Leiftur, sześciu dla przyjaciół Wysp Owczych.

Facet Islandii kupował hurtem. Fábio wykonał kilka telefonów jakoś skompletował kilku piłkarzy. Páll przyleciał do Rio, spodobało mu się to, co zobaczył, uścisnęli sobie dłonie, pieczętując umowę. Jako że Fábio mówił po angielsku, Páll zaprosił go na Islandię, by przeprowadził się tam piłkarzami pracował jako ich tłumacz. Fábio przyjął ofertę wyleciał Brazylii na dwa pół roku. Piłka nożna naprawdę otwiera wiele drzwi mówi. Nawet jako absolwent prawa mogłem zarobić więcej na Islandii niż Brazylii.

Drużyna Leiftur ma swoją siedzibę Ólafsfjörður, rybackiej wiosce tysiącem mieszkańców, położonej na północnym wybrzeżu, sześć godzin drogi Reykjaviku tylko niecałe 50 kilometrów od koła podbiegunowego. Dzięki statusowi brazylijskiego agenta Fábio dostał pracę biurze firmy zajmującej się eksportem ryb. Popołudniami pracował przetwórni, żeby poduczyć się islandzkiego.

Pytam, czy to był szczęśliwy okres jego życiu.

czy pieniądze dają szczęście? – odpowiada.

Po pół roku Ólafsfjörđur Fábio dostał kolejne zlecenie od drużyny szukającej Brazylijczyków. Keflavik, miasto leżące niedaleko od Reykjaviku, chciało trzech. Wyleciał więc do Rio znalazł kilku kandydatów do gry za granicą.

Gdybym miał trochę więcej czasu, znalazłbym lepszych zawodników. Dużym problemem jest kultura, poziom intelektualny. Brazylijczycy mają zupełnie inną mentalność mówi. Pytam, czy chodzi konkretnie język, styl gry, czy może islandzką dietę?

Wszyscy trzej zostali odesłani po miesiącu mówi ze smutkiem głosie. Przyłapano ich, jak kradli zegarki szatni.

Fábio spędził Keflaviku półtora roku. Znalazł pracę kolejnego eksportera ryb, weekendy był najbardziej wykwalifikowanym kelnerem na Islandii. Nie miałem nic innego do roboty, na moje życie składały się praca oszczędzanie pieniędzy.

Sprawia wrażenie, jakby było to dla niego traumatyczne przeżycie, jakby został wygnany. Wciąż powtarza, że nie ma zamiaru już nigdzie wyjeżdżać. Nie pozwolił sobie nigdy na związek dziewczyną, która ogrzałaby zimne noce. Nie miałem zamiaru zostawać tam do końca życia, jeszcze nie zwariowałem. Nie chciałbym zabierać tam nikogo, kto żył wcześniej tu mówi. Kiedy dopadała go zbytnia depresja, szedł do płaszcza, którym trzymał zarabiane gotówce dolary, liczył banknot po banknocie. To było moje lekarstwo, po tym zawsze czułem się lepiej.

Jego tłumiona złość wychodzi, kiedy wspominam Wyspach Owczych. Niclasa Davidsena, prezydenta B68, nazywa szwindlarzem, swoich Brazylijczyków niewartymi zaufania śmieciami. Gdy Fábio zawoził swoich zawodników na Wyspy Owcze, nikt mu nie powiedział, że miejscowy podatek to 40 procent. Kiedy piłkarze się tym dowiedzieli, renegocjowali umowy bezpośrednio B68, odstawiając menedżera od interesu.

Ci ludzie niczym spluwa. Wrócą tu będą żyć swoich fawelach, ja nie mam zamiaru im więcej pomagać.

Sugeruję, że Fábio sam jest kanciarzem, ponieważ sprzedawał zawodników znacznie poniżej standardów. Nie jest łatwo znaleźć Brazylijczyka jak Robson, który okazał się zbyt słaby, nawet by załapać się nędznym jak na Wyspy Owcze zespole.

Gdyby którykolwiek nich był naprawdę dobrym piłkarzem, to za nic nie chciałby grać na Wyspach Owczych. To bardzo proste, tylko desperaci zgadzają się na taki układ, tam nie ma dla nich żadnej przyszłości.

Poza tym Robson nie jest taki kiepski przekonuje. pewnością jest wystarczająco dobry, by grać na Wyspach Owczych. Musieli go wyrzucić innego powodu. Może zazdrości? Brazylijczycy powodują, że ludzie bardzo zazdrośni, wiesz?

Fábio szanuje Robsona. Opowiada, jak się spotkali. Brat Robsona od lat jest moim fryzjerem. Robson to dobry człowiek, szczery lojalny. Dałem mu szansę na lepsze życie.

Czy czuje się jakiś sposób odpowiedzialny za to, że Robson jest uziemiony obcym kraju?

Co ja mogę zrobić, przecież nie myślę za jego fiuta. Ale powiedz, czy nie lepiej, żeby siedział tam, niż przymierał głodem tutaj? Cieszę się, że ma niezłe życie.

Zmieniamy temat na Puchar Intertoto. Tydzień wcześniej B68 zagrał swój długo wyczekiwany mecz Lokeren.

Pierwsze spotkanie odbyło się na Wyspach Owczych. Lokeren jest jednym najbardziej wielokulturowych klubów Europie. Zawodnicy pochodzą takich państw jak Gwinea, Wybrzeże Kości Słoniowej, Gambia, Islandia, Serbia czy Bośnia. Do Toftiru wysłano skład rezerwowy złożony Belgów Kongijczyków.

dniu meczu było zimno wietrznie, typowa letnia pogoda Wysp Owczych. Tylko około 300 ludzi stawiło czoło siłom natury pojawiło się na stadionie. Lokeren objął prowadzenie po 10 minutach. Marcelo wyrównał przed upływem pół godziny. Siedem minut później padła kolejna bramka dla B68. Przez moment wydawało się, że drużyna jest progu historycznego zwycięstwa. Jednak tuż przed przerwą Belgowie wyrównali.

Gazeta Wysp Owczych, „Sosialurin”, napisała: „Lokeren wystawił młody niedoświadczony skład, jednak mimo to drugiej połowie byli wyraźnie lepszej formie niż B68. Piłkarze Toftiru zupełnie opadli sił ostatnich 20 minutach, mecz mógł się dla nich zakończyć gorszym wynikiem niż 2:4. ostatniej części spotkania krycie wyraźnie kulało, goście kilka razy zyskiwali przewagę liczebną nad gospodarzami przy kontrach”.

Tydzień później B68 poleciał do Brukseli, stamtąd po godzinnej podróży autobusem znalazł się Lokeren. Trzej fani, którzy przyjechali zespołem, byli świadkami monotonnego rewanżu, którym obie drużyny skupiły się na obronie. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem.

Sporting Lokeren nie jest mocną drużyną. Nawet ich pierwszy skład, który przegrał drugiej rundzie Newcastle United, został opisany przez brytyjską prasę jako „fatalny”.

Zastanawiałem się, jak poradzili sobie Marlon Messias. Nie poradzili. Oba spotkania spędzili na ławce rezerwowych.

2001 r. B68 ponownie zajął trzecie miejsce farerskiej lidze. 2002 roku spadł już na szóste. Marcelo, Messias Marlon pokłócili się władzami klubu po skończonym sezonie obiecali już nigdy nie wrócić do Toftiru. Robson spodziewa się trzeciego dziecka.

Tekst

2

BOHATERSKIE STOPY

Brazylijczycy grają w piłkę, jakby to był rodzaj tańca. Prawdopodobnie jest to wpływ tych Brazylijczyków, w żyłach których płynie afrykańska krew lub wychowanych w afrykańskiej kulturze, ponieważ tacy sprowadzają zarówno pracę, jak i zabawę do jednego – tańca.

Gilberto Freyre„New World in the Tropics”, 1959

 

Futbol w Brazylii ma swój Rok Zerowy. W 1894 roku Charles Miller przybił do portu w Santos z dwiema piłkami – po jednej w każdej dłoni.

– Cóż to takiego, Charles? – zapytał ojciec, John Miller, który czekał na pomoście.

– Mój dyplom – odpowiedział syn.

– Co takiego?

– Tak jest! Twój syn uzyskał dyplom z piłki nożnej!

Miller fils wrócił właśnie do Brazylii po odbyciu edukacji w Southampton. Miller pere był szkockim inżynierem kolejowym, który pod koniec XIX wieku, podobnie jak wielu imigrantów z Europy, został zwabiony lukratywnym zapachem brazylijskiej kawy. John położył tory na odcinku łączącym Santos ze śródlądowymi plantacjami w stanie Săo Paulo. Następnie wysłał swojego syna z powrotem do Wielkiej Brytanii do szkoły z internatem, gdzie Charles był tak obiecującym lewoskrzydłowym, że dostał się do St. Mary’s – protoplasty Southampton FC.

Charles Miller

Bez względu na to, czy ktokolwiek przed Charlesem Millerem grał w piłkę nożną na brazylijskiej ziemi, to właśnie on jest uważany za „oficjalnego” ojca futbolu w Brazylii. Prawdopodobnie nigdy nie wyobrażał sobie, jak wielki wpływ na przyszłość kraju będzie miał jego kulisty bagaż. Te dwie piłki z czasem uczyniły z niego bohatera narodowego, którego pamięć uwiecznia nazwa ulicy w centrum Sao Paulo – Praça Charles Miller. Jego imię funkcjonuje też w terminologii piłkarskiej: sztuczka, którą wymyślił, podbicie piłki piętą ponad głową, nazywa się chaleira, zdrobnienie od Charles.

Brazylia musiała poczekać kilka miesięcy, zanim piłki Charlesa zaczęły być używane. Nie bez powodu – brytyjska społeczność była właśnie w samym środku sezonu krykieta. W odpowiednim czasie Charles zaczął jednak organizować mecze z przyjaciółmi. Legenda głosi, że pierwsza „kontrolowana konfrontacja” dwóch drużyn odbyła się na polu, na którym na co dzień pasły się muły ciągnące tramwaje w Săo Paulo. Uczestnikami byli biali emigranci z Europy pracujący w kompaniach naftowych i kolejowych. I jak wspominał 50 lat później Charles, po meczu wszyscy zgodnie stwierdzili, że to „całkiem przyjemny sport i całkiem przyjemna gra”. Niedługo potem organizowane przez Millera przyjacielskie gierki zostały zauważone przez innych. Niektórych wprowadzały w zakłopotanie. W 1896 roku pewien dziennikarz napisał: „Daje im to ogromną radość bądź też napełnia wielkim smutkiem, gdy ta żółtawa kulista dętka wpada do prostokąta uformowanego z drewnianych słupków”.

Oscar Cox

W Rio, jakieś 300 kilometrów dalej wzdłuż wybrzeża, piłka nożna stawiała swoje równie niepozorne pierwsze kroki. Kolejny Brazylijczyk angielskiego pochodzenia, Oscar Cox, powrócił z piłką ze studiów w szwajcarskiej Lozannie. W 1901 roku Oscar zorganizował mecz między członkami Związku Krykieta i Lekkoatletyki Rio de Janeiro a młodzieńcami z miejscowej elity. Wówczas po raz pierwszy piłka nożna wyszła poza krąg Brytyjczyków. Wydarzenie przeszło niemal bez echa. Cała widownia składała się z ojca i siostry jednego z zawodników, dwóch przyjaciół i jedenastu tenisistów, którzy trafili tam zupełnie przypadkiem.

Mimo wszystko żółtawa dętka zjednywała sobie zwolenników i to dość szybko. Pierwszy klub piłkarski w Brazylii został założony w 1900 roku w niemieckiej kolonii w Rio Grande, w pobliżu granicy z Urugwajem. Săo Paulo zainaugurowało lokalną ligę w 1902 roku. Dwa lata później, w swoim liście Charles Miller opisywał, jak entuzjastycznie Brazylijczycy odnoszą się do sportu: „Tydzień temu poproszono mnie o sędziowanie meczu dzieci, w drużynach było po 20 graczy, ale i tak chcieli grać. Pomyślałem sobie, że na pewno szybko zamieni się to w bezładną kopaninę, jednak zaraz zdałem sobie sprawę, w jakim byłem błędzie (...), nawet na ten mecz dzieci przyszło około 1500 widzów. W całym kraju przez ostatnich 12 miesięcy sprzedano aż 2 tysiące piłek; teraz niemal każda wioska ma swój klub”.

Zawodnicy z Rio żegnają swych gospodarzy na stacji kolejowej Luz w Sao Paulo, po pierwszym meczu między drużynami reprezentującymi każde z miast w 1901 roku.

Europejskie pochodzenie piłki nożnej pomogło w ustanowieniu futbolu jako sportu białych elit brazylijskich miast. Oscar Cox wraz z dziewiętnastoma znajomymi założyli Fluminense, pierwszy klub w Rio, którego mecze stały się wytwornymi wydarzeniami towarzyskimi. Drużyna składała się młodych studentów i przedstawicieli najlepszych rodzin w mieście. Fluminense pozwalało ludziom obnosić się ze swoim kosmopolityzmem i wyrafinowaniem. Na trybunach kobiety mogły pokazać się w najnowszych kreacjach, a mężczyźni, nieskazitelnie ubrani w krawaty i garnitury, przyczepiali sobie do kapeluszy wstążki w kolorach drużyny. Rozpływali się w zachwytach nad tym, jakie to wszystko angielskie i dopingowali piłkarzy, krzycząc „hip, hip, hurra”. Nowy sport był czysto amatorski i zgodny ze współczesnymi europejskimi teoriami higieny oraz ogólnej sprawności fizycznej.

Czarnoskórzy brazylijczycy oglądają z dachu mecz Fluminense w 1905 roku.

Na przełomie wieków Brazylia przechodziła okres głębokich społecznych zmian. Dopiero w 1888 roku zniesiono tu niewolnictwo (ostatnie państwo w obu Amerykach). Do Brazylii sprowadzono więcej niewolników niż gdziekolwiek indziej – około 3,5 miliona ludzi, sześć razy więcej niż do Stanów Zjednoczonych. Wraz z uzyskaniem wolności większość z nich przeniosła się do miast, gdzie utworzyli najuboższą i najniższą klasę.

Futbol stanie się jednak naprawdę „brazylijski” dopiero wtedy, kiedy czarni zostaną dopuszczeni do gry na najwyższym poziomie. Początkowo wykluczano ich z uczestnictwa, co jednak nie zmniejszało ich zainteresowania. Nie mogąc wejść na Fluminense frontowymi drzwiami, wspinali się na pobliskie dachy i stamtąd obserwowali mecze. Szybko przekonali się, że piłka nożna była znacznie bardziej interesująca niż krykiet i dało się ją łatwo naśladować. Wystarczyło mieć piłkę. Jeśli kogoś nie było na nią stać, można było ją tanio zaimprowizować, użyć na przykład kłębka skarpetek, pomarańczy albo zwykłego worka wypełnionego papierem. Nie trzeba było mieć specjalnego stroju ani nawet boiska. Nieformalna, niewymagająca uprzywilejowanego pochodzenia wersja gry szybko rozprzestrzeniła się wśród miejskiej biedoty. Do 1910 roku piłka nożna była już najpopularniejszym sportem w Brazylii, a w Rio było podobno więcej boisk niż w jakimkolwiek innym mieście Ameryki Południowej.

Futbol zdobywał skrajnie różne reputacje. Był jednocześnie hobby bogatych i ulubioną formą spędzania wolnego czasu wśród młodocianych członków gangów. Uliczne mecze stały się częścią krajobrazu brazylijskich ulic. W 1914 roku, w drodze do Argentyny, do Rio zajechała drużyna Exeter City. Wychodząc na brzeg, zauważyli trwający mecz: „Zobaczyliśmy (...) że wszyscy byli Murzynami. Czarni jak mój kapelusz, a większość grała na bosaka”. Taką notatkę wysłał do „Exeter Press and Echo” prezes klubu M. J. McGahey. Kiedy Anglicy przejeżdżali przez Santos, spotkała ich kolejna niespodzianka. „Wyobraźcie sobie najgorsze boisko, potem wytrzepcie je jak dywan, przyprószcie obficie kamieniami i kawałkami cegły, a na koniec spieczcie je w tropikalnym słońcu, wtedy będziecie mieli przynajmniej blade pojęcie, na czym tutaj się gra”.

Pierwszym klubem w Rio, który wystawiał czarnoskórych zawodników, był Bangu Athletic Club założony w 1904 roku przez brytyjskich zarządców fabryki włókienniczej położonej na przedmieściach Bangu. Robotnicy, z których większość nie była biała, mogli grać w zakładowej drużynie. Bangu był jednak wyjątkiem. Najważniejsze kluby w Rio wciąż były dla arystokracji. Bangu nie był na tyle mocnym zespołem, żeby naruszyć status quo. Paradoksalnie wzmacniał „etykę amatorskości” tego sportu, ponieważ zawodnicy zarabiali pracą w fabryce, a nie na boisku.

Powoli kolorowi gracze zaczęli pojawiać się w coraz lepszych klubach. Wmawiano im, że powinni wstydzić się koloru swojej skóry. Arthur Friedenreich, syn niemieckiego imigranta i czarnej Brazylijki, poza kędzierzawymi włosami wyglądał na białego. Przed każdym meczem robił, co mógł, żeby je wyprostować – pokrywał brylantyną i wiązał ręcznik na głowie. Zawsze wychodził ostatni na murawę. Carlos Alberto, syn fotografa i pierwszy Mulat, który zagrał dla Fluminense, słynął z wybielania sobie twarzy pudrem ryżowym. Kiedy jego makijaż zaczynał spływać, fani przeciwnych drużyn skandowali „puder ryżowy”, co przylgnęło z czasem do klubu i stało się jego przydomkiem. Nawet dziś fani Fluminense rozrzucają talk (tańszą wersję oryginalnego pudru) przed każdym ważniejszym meczem.

Zasady członkostwa w wielkich klubach sprowadzały się w zasadzie do tego, że trzeba było być białym i pochodzić z dobrej rodziny. Futbol dał pretekst do ponownego rozważenia teorii o wyższości białej rasy, która została podana w wątpliwość po zniesieniu niewolnictwa. Trwanie przy amatorskości sportu – co powodowało, że zawodnicy musieli mieć inne źródła dochodu – było poprzeczką, której piłkarze pochodzący z biedniejszych środowisk nie byli w stanie przeskoczyć.

Dopiero Portugalczycy – kolejna dyskryminowana narodowość – otworzyli piłkę nożną dla wszystkich. Brazylia została „odkryta” przez portugalskich nawigatorów, a przez stulecia to Lizbona decydowała o jej losie. Jednak na początku XX wieku Brazylijczycy zaczęli czerpać inspirację z innych europejskich kultur. Portugalczycy byli – i do dziś są – obiektem kpin, utworzyli więc zamkniętą społeczność sklepikarzy i kupców.

Vasco da Gama, nazwany tak na cześć XV-wiecznego odkrywcy, jest klubem Portugalczyków w Rio. Vasco przełamało hegemonię dużych klubów, ponieważ władze zamiast szukać zawodników spośród sobie podobnych, wybierały najlepszych piłkarzy z szybko rozwijających się podmiejskich lig, bez względu na kolor skóry czy pochodzenie. Żeby obejść wymóg posiadania przez piłkarzy dodatkowego źródła dochodu, Portugalczycy zatrudniali zawodników w swoich sklepach. W 1923 roku, kiedy Vasco awansowało do pierwszej ligi Rio, od razu zostało mistrzem, a drużyna składała się z trzech czarnoskórych, Mulata i siedmiu białych robotników.

Oburzone tym „szemranym profesjonalizmem” wielkie kluby utworzyły swoją własną ligę, do której nie dopuściły Vasco. Jednak klub miał ogromne poparcie ze strony społeczeństwa, więc przyjęto go z powrotem pod kilkoma zawiłymi warunkami, które bezpośrednio nie wykluczały czarnoskórych albo białych z niższych klas, jednak taki właśnie miały mieć efekt. Każdy z zawodników musiał umieć się podpisać. Vasco, mimo że większość piłkarzy była analfabetami, udało się ominąć i tę przeszkodę. Działacze wysłali wszystkich na kurs czytania i pisania, a w razie potrzeby zmieniali zawodnikom nazwiska. Długie i skomplikowane były zastępowane przez proste, np. Silva. Kolejne wymogi nakazywały, by każda drużyna miała swój stadion. Portugalczycy odpowiedzieli w wielkim stylu. Zrzucili się i wybudowali Săo Januário, największy stadion w Brazylii.

Vasco przetarło ścieżki do zakończenia amatorskości. Kiedy na początku lat 30. europejskie kluby zaczęły podpisywać kontrakty z piłkarzami z Ameryki Południowej, profesjonalizm stał się jedynym sposobem na zatrzymanie w kraju najlepszych zawodników. W 1933 roku w Rio i Sao Paulo założono profesjonalne ligi. Zniesiono wszystkie ograniczenia ze względu na kolor skóry czy pochodzenie. W pierwszym roku istnienia ligi klub z Rio, Bonsucesso, wystawił zespół złożony z jedenastu czarnoskórych. Futbol, niegdyś domena elit, został w końcu przejęty przez masy.

 

Brazylijczycy grają w piłkę inaczej. Przynajmniej dotychczas tak było. Nieważne, że mogą już nigdy tak nie zagrać. Brazylijski styl jest jak międzynarodowy znak firmowy, który zarejestrowano podczas mistrzostw świata w 1958 i 1962 roku, a w 1970 nadano mu międzynarodowy patent. Jego istotą są olbrzymie indywidualne umiejętności, które są ważniejsze niż taktyka zespołu. To styl, w którym dryblingi i sztuczki górują nad fizycznymi starciami czy długimi podaniami. Może to właśnie przez nacisk na drybling, przy którym porusza się całym ciałem, brazylijska piłka często jest opisywana za pomocą terminologii muzycznej – w szczególności samby, która jest rodzajem tańca i melodii. Lubimy myśleć o Brazylijczykach, że są jednocześnie sportowcami i artystami.

Wygląda na to, że zawsze grali inaczej niż inni. Przynajmniej tak daleko, jak sięgnąć pamięcią. Na początku ciężko było o porównanie, gdyż mecze międzynarodowe były bardzo rzadkie. Jednak już w 1919 roku, po mistrzostwach Ameryki Południowej widać było zapowiedź tego, co za pół wieku oczaruje cały świat. W artykule zatytułowanym „Brazylijska innowacja” dziennikarz Américo R. Netto napisał: „W przeciwieństwie do szkoły brytyjskiej, gdzie wszyscy napastnicy idą za piłką i starają się dotrzeć jak najbliżej bramki przeciwnika, żeby oddać strzał z bliska, w szkole brazylijskiej strzał można oddać z dowolnej odległości. Tu liczy się precyzja, a nie to, z jak bliska się strzela. Kolejną różnicą jest to, że nie ma tu jednoczesnego szturmu wszystkich napastników. Dwóch, trzech piłkarzy atakuje nagle i niespodziewanie, przebijając się przez zdezorientowaną obronę”.

Ponieważ większość Brazylijczyków nauczyła się grać na podwórkowych boiskach, ich styl gry był mniej skrępowany zasadami, taktyką i zwyczajami. Wielu zaczynało od gry zwitkiem skarpetek, więc ich kontrola piłki, technika i innowacyjność siłą rzeczy były bardziej rozwinięte. Z drugiej strony efektowny indywidualizm można tłumaczyć narodową skłonnością do popisywania się przed publicznością. Brazylia jest krajem karnawału, a nie trzymania się reguł i dyscypliny. Archie McLean, napastnik ze szkockiej ligi, który przeprowadził się do Sao Paulo w 1912 roku, sprowadzał ich styl do nieodpowiedzialności: – Byli tam świetni piłkarze, ale byli koszmarnie niezdyscyplinowani. W Szkocji nikt by nie tolerował takiej postawy. W środku trwania meczu kilku chłopaków sprawdzało, który z nich najwyżej kopnie piłkę. Szybko ukróciłem tego typu zabawy.

Niektórzy historycy twierdzą, że duży nacisk na drybling wiąże się z rasizmem, który na początku towarzyszył piłce. Mówi się, że ten styl został stworzony przez czarnoskórych, którzy improwizowali, a spryt oraz zręczność były ich formą samoobrony przed białymi. Czarni nie chcieli wchodzić w kontakt fizyczny z białymi, gdyż często kończyło się to odwetem. Żeby utrzymać się przy piłce, musieli polegać na sprycie, nie na sile. Takie wytłumaczenie potwierdza wywiad z Domingosem da Guią, najbardziej utalentowanym obrońcą lat 30.: – Jeszcze jako dziecko bałem się grać w piłkę, gdyż zbyt często widziałem w Bangu, jak czarnoskórzy gracze dostawali lanie za faul albo jakieś niewielkie przewinienie (...) Za każdym razem mój starszy brat mi powtarzał „kot zawsze spada na cztery łapy, jesteś dobrym tancerzem, prawda? ”. Rzeczywiście byłem i pomogło mi to w futbolu (...) bardzo dużo kręciłem biodrami (...) ten krótki zwód, który wymyśliłem, wzorowałem na miudinho, rodzaju samby.

Istnieje widoczna paralela między futbolem a innym brazylijskim wynalazkiem. Capoeira jest sztuką walki wymyśloną przez niewolników z Angoli, która miała naśladować taniec, żeby przechytrzyć właścicieli. W capoeirze przeciwnicy nigdy nie mają ze sobą bezpośredniego kontaktu. Zamiast tego nawzajem się prowokują, najczęściej w rytm muzyki, markując kopnięcia i uderzenia. Język ciała oparty na ruchach bioder używany w capoeirze jest bardzo podobny do ruchów tancerzy samby i brazylijskich dryblerów.

Jakiekolwiek były prawdziwe osobliwości brazylijskiego stylu, z czasem przestały być odróżniane od nadawanych mu interpretacji. W 1933 roku – tym samym, w którym wprowadzono profesjonalizm – młody socjolog Gilberto Freyre opublikował książkę, która stała się punktem zwrotnym w tym, jak akademicy, ale też i zwykli ludzie postrzegali Brazylię. W swojej książce „Casa Grande e Senzala” (polski tytuł: „Panowie i Niewolnicy” – przyp. tłum.) Freyre postawił teorię rasową na głowie.

Dotychczas różnorodność etniczna Brazylii była postrzegana jako kula u nogi. Freyre jako pierwszy stwierdził, że kraj na tym korzysta. Przez duże wymieszanie ras – spowodowane, jak to napisał, tradycyjną słabością Portugalczyków do ciemnoskórych kobiet i niewielkiej liczby Portugalek w czasach kolonializmu – stosunki między nimi ułożyły się inaczej niż w pozostałych krajach. Pomimo brutalności czasów niewolnictwa istniała też wyjątkowa tolerancja. Freyre twierdził, że prawdziwy Brazylijczyk jest mieszanką europejskich i afrykańskich popędów – pośród innych cech, apollińskiego rozsądku i dionizyjskiej wrogości. (Jak można się spodziewać Freyre jest obecnie uważany za takiego samego rasistę, jak ci, których krytykował). W latach 30. XX wieku jego poglądy wpłynęły na ukształtowanie nowego, sprzyjającego Mulatom, pojęcia tożsamości narodowej – a futbol stał się jego największą metaforą.

Freyre wziął to, co negatywne, i przekuł w to, co pozytywne. Ogłosił figlarność i łobuzerstwo cechami narodowymi. Element folkloru Rio, malandro – utalentowany spryciarz, Mulat – był uosobieniem teorii Freyre. Sublimacją tego, co białe i tego, co czarne. W terminologii piłkarskiej malandro zamieniał uporządkowaną brytyjską grę w „taniec irracjonalnych niespodzianek”. W 1938 roku Freyre napisał: „Nasz styl gry różni się od europejskiego, ponieważ jest mieszanką zaskoczenia, złośliwości, przebiegłości i zręczności, a przy tym geniuszu i indywidualnej spontaniczności. Nasze podania (...) nasze zwody (...) sztuczki z piłką, odrobina tańca i wywrotowości, które składają się na brazylijski styl (...) są dla psychologów i socjologów odbiciem łajdactwa i ostentacji Mulata, które są podstawą wszystkiego, co brazylijskie”.

Dziennikarze sportowi przyjęli teorie Gilberta Freyre i spopularyzowali ideę, że istnieje nie tylko coś takiego jak brazylijski styl, ale że jest on także dumną wizytówką unikalnej wielorasowości kraju. Idea stała się powszechna, a uosobienie znalazła pod postacią dwóch fantastycznych piłkarzy z lat 30. – Domingosa da Guii i Leônidasa da Silvy.

Exter City atakuje brazylijską bramkę, 1914 rok.

Podczas gdy futbol stawał się coraz bardziej ideologicznie łączony z poczuciem tożsamości narodowej, prowokował również niespotykane dotąd demonstracje patriotyzmu. Kiedy w 1908 roku zespół złożony z Argentyńczyków przyjechał do Rio, mecze te przyciągnęły większe tłumy niż jakiekolwiek inne wydarzenie wcześniej. Do miasta zawitał też Exeter City, który wracając w 1914 z Argentyny, zagrał mecz przeciwko drużynie złożonej z najlepszych zawodników Rio i Sao Paulo. To spotkanie powszechnie przyjmuje się za debiut reprezentacji Brazylii. Około 10 tysięcy ludzi oglądało, jak Brazylia wygrywa 2:0. Gazety twierdziły, że ekstaza publiczności była „nie do opisania”. W 1919 roku Rio po raz pierwszy było gospodarzem mistrzostw Ameryki Południowej. Brazylia zdobyła tytuł, a Friedenreich, który zdobył jedynego gola w finałowym meczu, stał się gwiazdą. Żaden sportowiec przed nim nie zdobył takiego rozgłosu. Miarą zainteresowania publiczności był fakt, że jego buty umieszczono na wystawie u jubilera w centrum miasta.

Futbol przybył do Brazylii – która była republiką dopiero od 1889 roku – w czasie gdy szukała ona swojej własnej tożsamości. Szybkie rozpowszechnienie się tego sportu dało miejskiej populacji, która nie miała wielu narodowych symboli, wspólne doświadczenie. Futbol został podchwycony także przez polityków, którzy dostrzegli w nim narzędzie do budowania narodowej dumy. Prezydent Getúlio Vargas, który doszedł do władzy po rebelii w 1930 roku i rządził aż do 1945, używał sportu do karmienia swoich ideałów nacjonalizmu i społecznej harmonii. Scentralizował sport poprzez utworzenie rady narodowej, regionalnych federacji i subsydiowanie wydatków reprezentacji na mistrzostwa świata 1938 roku – a jego córka została członkiem delegacji.

Leônidas da Silva

Kiedy reprezentacja jechała do Francji w 1938 roku, cały kraj ogarnął nieporównywalny z niczym wcześniej entuzjazm. Dziennikarze nadzieje narodu ulokowali w Domingosie i Leônidasie. Domingos był silnym obrońcą o takim spokoju i sile charakteru, że potrafił dryblingiem wyjść nawet z najgorszej sytuacji. Leônidas był środkowym napastnikiem, którego akrobatyczne umiejętności przyniosły mu przezwisko „Człowiek Guma”. Według Brazylijczyków to Leônidas wymyślił uderzenie przewrotką, gdzie piłkę uderza się, będąc zawieszonym horyzontalnie w powietrzu[1].

To były trzecie mistrzostwa świata Brazylii. W pierwszych dwóch – w 1930 i 1934 roku – Brazylijczycy nie wyszli poza pierwszą rundę. W 1938 roku już inauguracyjne spotkanie z Polakami pokazało, jak ogromne uczynili postępy. Przy remisie 4:4 zarządzono dogrywkę. A brazylijski reporter tak pisał o Leônidasie: „Był po prostu niesamowity. Był naszym dynamitem. Dokonywał niemożliwego. Za każdym razem, kiedy dotykał piłki, przez widownię przechodziła elektryczna fala entuzjazmu”. Ostatecznie drużyna z Ameryki Południowej wygrała 6:5, a Leônidas strzelił zwycięskiego gola gołą stopą, gdyż jego but ugrzązł w błotnistej murawie. „Ten strzał, silny i zaskakujący, sprawił, że wszyscy na niewielkim stadionie w Strasburgu otworzyli usta z niedowierzaniem”, napisał inny świadek. „Ludzie byli zszokowani. Europejscy reporterzy, którzy myśleli, że na boisku widzieli już wszystko, reagowali na przemian strachem, zmieszaniem i okrzykami «brawo! brawo! brawo!»”.

W półfinale Brazylijczyków wyeliminowali Włosi, którzy później zdobyli mistrzostwo świata. W meczu o trzecie miejsce Brazylia wygrała ze Szwecją i mimo że nie zdobyła złota, była największą sensacją mistrzostw. Leônidas został uznany za najlepszego piłkarza turnieju. Został też królem strzelców z siedmioma trafieniami w czterech spotkaniach, a Francuzi z podziwem nadali mu przydomek Le Diamant Noir – Czarny Diament.

Kiedy Leônidas wrócił do domu, został najsłynniejszym człowiekiem w Brazylii. Stał się pierwszym piłkarzem, który reklamował produkt. Firma cukiernicza Lacta wypuściła czekoladę Diamante Negro. Istnieje ona zresztą do dziś i można ją kupić w 10 innych krajach – w tym w Japonii, Stanach Zjednoczonych i Australii.

Sukces Leônidasa był odbierany nie tylko jako łut szczęścia, ale też jako rehabilitacja całego narodu, ponieważ uosabiał on istotę Brazylii. Futbol a la brésilienne już wtedy był najbardziej nośnym symbolem jedności narodowej – 20 lat przed tym, jak Brazylia zdobyła swój pierwszy tytuł mistrza świata. Już w latach 30. były pewne próby przemianowania nazwy sportu na coś mniej niezgrabnie angielskiego niż „foot-ball”. Żadna propozycja, ani „pébol” (pé oznacza po portugalsku „stopa”), ani „bolapé” (od greckiego „balípodo” ) się nie przyjęła. Zamiast tego brazylijscy dziennikarze zaczęli używać transliteracji „futebol”. Futebol nie był tym sportem, który w 1894 roku zaimportował Charles Miller. Futebol był sportem, w który się grało na podobieństwo tańca; był to sport, który zjednoczył kraj i był oznaką jego wielkości. Gilka Machado, uważana za największą poetkę swoich czasów, podsumowała nastrój tamtych dni w wierszu o mistrzostwach świata 1938:

 

Oddaję wam hołd

Bohaterowie dnia

Pozwoliliście nam zrozumieć

Niemym językiem,

Pisząc waszymi czarującymi uskrzydlonymi stopami

Międzynarodową epopeję

 

Brazylijskie dusze

– oddalone

pokonajcie przestrzeń

łączcie się ze swoimi,

podążajcie śladami

za pędzącą piłką,

do decydującego kopnięcia

ku chwale ojczyzny

(...)

To Leônidasy i Domingosy

Uosabiają w oczach cudzoziemca

Cudowną rzeczywistość

Jaką jest brazylijski mężczyzna

(...)

Umysły tego świata

Kłaniają się, pełne szacunku

Do waszych genialnych stóp

 

Dusza Brazylii

Składa pocałunek

Na waszych bohaterskich stopach!