Fragmenty mojego życia - Catherine Doherty - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Karmelitów Bosych Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 351 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Fragmenty mojego życia - Catherine Doherty

Pasjonująca duchowa autobiografia autorki Pustyni – światowego bestselleru, za który otrzymała prestiżową nagrodę przyznawaną przez Akademię Francuską. Wydarzenia jej życia mogłyby zapełnić kilka życiorysów. Osoba, wobec której nie sposób przejść obojętnie, świadek i przykład, jak w trudnych czasach żyć głęboką wiarą w realiach codzienności jako żona, matka, spełniona kobieta z sercem pełnym humoru, miłości, cierpienia i radości.

Opinie o ebooku Fragmenty mojego życia - Catherine Doherty

Fragment ebooka Fragmenty mojego życia - Catherine Doherty







Przedmowa
do wydania polskiego[1]

Catherine Doherty zaczyna swoje wprowadzenie do angielskiego wydania Fragmentów mojego życia pytaniem: „Czy jest sens spisywać moje wspomnienia?”. Jej odpowiedź jest bardzo prosta: pragnie podzielić się swoimi wspomnieniami ze wszystkimi przyjaciółmi (znanymi i nieznanymi), ponieważ według niej, gdy się kogoś kocha, chce się z nim wszystkim dzielić. Catherine jest zakochana w Bogu, a jeśli jest się zakochanym w Bogu, to „musi się równocześnie być zakochanym w ludziach – jest to tak pewne, jak to, że noc następuje po dniu, a dzień po nocy!”. Pisze więc o swoim życiu w ten sam sposób i z tego samego powodu, z jakiego robiła wszystko w życiu: z miłości.

Myślę, że to samo pytanie jest istotne dla tłumacza jej książki. Czy jest sens tłumaczyć historię Catherine Doherty na inne języki? A bardziej konkretnie: czy warto tłumaczyć ją na język polski? Czy potrafi ona zainteresować polskich czytelników, którzy może nigdy o Catherine nie słyszeli?

Na to pytanie odpowiedziałabym podobnie jak ona: pragnę podzielić się wspomnieniami Catherine Doherty z moimi polskimi przyjaciółmi (znanymi i nieznanymi), bo wiem, że ona by tego chciała. Jej związki z Polakami były bardzo bliskie – nie tylko ze względów rodzinnych (była z pochodzenia Rosjanką, ale jedna z jej babek była Polką), lecz również ze względu na przyjaźń, którą nawiązała z ludźmi polskiego pochodzenia. Jako młoda dziewczyna nauczyła się mówić po polsku i na pewno sprawiłoby jej wielką radość, że te „fragmenty” jej życia znalazły teraz swój „polski głos”.

Pragnę również w ten sposób wyrazić mój podziw dla tej niezwykłej kobiety, której tak wiele zawdzięczam i która miała ogromny wpływ na moje życie, jak też na życie wielu osób w różnych częściach świata.

Życie, którego „fragmenty” są tu opisane, to nie tylko życie pełne ciekawych i dramatycznych przygód, ukazanych na tle tragicznych i przełomowych wydarzeń naszego wieku. To również historia kobiety, która zakochała się w Bogu i pozwoliła Mu przemienić siebie w Jego służebnicę, naczynie Jego miłości, głosicielkę Dobrej Nowiny, „światło dla stóp bliźnich”. Dla wielu, którzy ją znali, którzy mieszkali i pracowali z nią lub tylko czytali jej książki, Catherine Doherty była takim światłem. Żyła Ewangelią; żyła tak, jak zgodnie z naszym powołaniem powinniśmy żyć my wszyscy – pełna wiary, świadoma obecności zmartwychwstałego Pana, całkowicie Mu oddana.

Jak sama Catherine zaznacza, ta książka nie jest autobiografią w ścisłym tego słowa znaczeniu; jest raczej zbiorem krótkich opowiadań i anegdotek z życia autorki. Catherine nie twierdzi, że stanowią one pełen opis jej życia i nie gwarantuje ścisłości zawartych w nich dat, nazwisk czy miejscowości. Fragmenty mojego życia nie są wynikiem naukowych badań historyka, ale wspomnieniami osiemdziesięcioletniej kobiety, która przypomina sobie najważniejsze wydarzenia swego życia i rozmyśla nad tym, czego Bóg w nim dokonał. Catherine pisała swe wspomnienia głównie z myślą o osobach, które dobrze znała, które z nią współpracowały lub które przynajmniej wiedziały coś niecoś o jej działalności.

Zakładała również, że jej czytelnicy znają w pewnym stopniu historię i działalność wspólnoty Madonna House, którą założyła.

Tego nie można oczekiwać od czytelników polskich. Wydawało się więc wskazane nakreślić pokrótce tło wydarzeń tu opisanych i napisać kilka słów o życiu i rozwoju wspólnoty Madonna House oraz o tym, jak przedstawia się wpływ działalności i nauki Catherine Doherty obecnie, osiem lat po jej śmierci. Mam nadzieję, że to wprowadzenie pomoże polskim czytelnikom zrozumieć lepiej słowa Catherine i w ten sposób jej „polski głos” przemówi wyraźniej.

***

Gdy w jesieni 1929 roku Catherine zdecydowała się całkowicie poświęcić swoje życie Bogu i służbie ubogim, w Ameryce przeżywano Wielki Kryzys. Wielu ludzi żyło wtedy w warunkach, które wydawały się kompletnie zaprzeczać oczekiwaniom tysięcy imigrantów, przybywających tu z całego świata. Ten kontrast między nadzieją a rzeczywistością tłumaczy w pewnym stopniu stan rozgoryczenia, gniewu, a nawet rozpaczy amerykańskich ubogich, wśród których zamieszkała Catherine. Tak było szczególnie wśród Murzynów, traktowanych wprost nieludzko, w sposób niemożliwy do pogodzenia ze sloganem „wolności i sprawiedliwości dla wszystkich”. Catherine rozumiała ten gniew i rozgoryczenie – i do pewnego stopnia sama je dzieliła. Lecz jej gniew, jej rozpacz były gniewem i rozpaczą miłości, nie zaś nienawiści. Miłości do ubogich, ale i też do ich ciemięzców.

Najboleśniej odczuwała objawy niesprawiedliwości społecznej i uprzedzeń rasowych, z którymi spotykała się na co dzień w Kościele – w tym Kościele, który tak kochała, któremu była bezwarunkowo wierna i w którym zawsze, nawet w najcięższych momentach, widziała „niepokalaną oblubienicę Chrystusa”, Jego Mistyczne Ciało. Tendencja do hipokryzji i kompromisu z prawdą Ewangelii istniała zawsze i istnieje nadal wśród członków Kościoła. Ta tendencja była najcięższym krzyżem dla świętych wszystkich wieków. Bezkompromisowość w interpretowaniu nauki Chrystusa bardzo często spotyka się z prześladowaniem i nienawiścią ze strony wielu tak zwanych „dobrych” chrześcijan.

Catherine Doherty nie była tu wyjątkiem. Jak sama to opisuje, jej działalność w Toronto i później w Harlemie spotkała się z zajadłym sprzeciwem ze strony niektórych członków Kościoła katolickiego, zarówno księży, jak i świeckich. Ów sprzeciw zmusił ją w końcu do opuszczenia tych misji. Catherine wyjeżdżała głęboko zraniona i zniechęcona. Mimo to nie rezygnowała z dalszych prób kontynuowania działalności, do której, jak wierzyła, powołał ją Bóg. Zmuszona opuścić Toronto, w 1938 roku wyjechała do Stanów Zjednoczonych, aby mieszkać i pracować wśród ubogiej ludności murzyńskiej, a gdy i tam spotkała się z niepowodzeniem, przeniosła się do Combermere w Kanadzie, gdzie założyła wspólnotę Madonna House, swoją ostatnią i najważniejszą fundację.

Co było źródłem siły i odwagi Catherine Doherty, które pozwoliły jej kontynuować działalność mimo sprzeciwów, a nawet prześladowania? Przede wszystkim trzeba wspomnieć tradycję, w której się wychowała, tradycję radykalnego rosyjskiego chrześcijaństwa. Już jako młoda dziewczyna Catherine zetknęła się z tym radykalizmem w życiu swoich rodziców. Nie był to radykalizm polityczny, związany z jakimkolwiek ruchem politycznym. Był to radykalizm religijny, oparty na wiernym, dosłownym rozumieniu Ewangelii. Miłość jej rodziców do ubogich, ich gotowość, aby w każdym cierpiącym człowieku widzieć Chrystusa, głęboko zapadła w duszę Catherine. Jej własne gorące pragnienie „utożsamienia się z ubogimi”, o którym tak często mówiła i pisała, było wyrazem tej samej gotowości. Jej podejście do ubogich, którym służyła, nie miało nic wspólnego z podejściem „społecznicy”, osoby idącej do biednych z koszykiem pełnym darów, lub urzędnika służby społecznej, przyznającego zasiłek po uprzednim rozważeniu sprawy i wypełnieniu odpowiednich formularzy. Catherine głęboko wierzyła, że wszelkie próby niesienia pomocy innym są bezużyteczne, jeśli nie wypływają z miłości, z radosnego przekonania, że obejmując cierpiącego człowieka, obejmujemy w nim Chrystusa. Służba ubogim jest przywilejem i źródłem błogosławieństwa i radości. Dla Catherine byłoby niemożliwością przestać kochać ubogich, tak jak niemożliwością byłoby przestać kochać Boga.

Charakterystyczną cechą wschodniego chrześcijaństwa jest również absolutna wiara i ufność w ogrom Bożego miłosierdzia. Bóg jest tak nieograniczenie dobry, tak kochający, tak nieskończenie święty, że nic nie jest w stanie zatamować rzeki Jego miłosierdzia, spływającej na świat, na każde stworzenie, na każdego, nawet najbardziej grzesznego człowieka. Grzech nie jest żadną przeszkodą dla Bożej miłości. Grzech nie jest również żadną przeszkodą na drodze do świętości, bo świętość to przede wszystkim wiara i ufność w świętość i miłosierdzie Boga. Najgorętszą, nieustanną modlitwą chrześcijańskiego Wschodu jest modlitwa grzesznika: „Panie, zmiłuj się nade mną!”, „Jezu, zmiłuj się!”, „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu!”.

Catherine w każdym człowieku, w każdym grzeszniku, widziała obraz i podobieństwo Boże, a więc i zasadniczą, niezniszczalną świętość człowieka. Ludzkie wady Kościoła nie przeszkadzały jej, aby go kochać i widzieć w nim Chrystusa, być Mu posłuszną, mimo że hipokryzja i moralna ślepota niektórych jego członków sprawiała jej niewymowne cierpienie. Jej pierwszą, instynktowną reakcją na ludzki grzech było współczucie dla grzesznika i pragnienie, aby „pocieszyć w nim Chrystusa”.

Catherine była jednak nie tylko człowiekiem Wschodu. Wychowała się w dużej mierze na Zachodzie, w tradycji rzymskokatolickiej. Nauka Kościoła na temat sprawiedliwości społecznej, encykliki papieskie na ten temat, a zwłaszcza Rerum novarum Leona XIII, miały na nią ogromny wpływ. Jej podróże i badania związane z działalnością Akcji Katolickiej w Europie, które opisuje, pogłębiły w niej znajomość tych spraw i umocniły ją w zrozumieniu, jaka miała być jej własna droga służenia Kościołowi. Catherine była jedną z niewielu osób na terenie Ameryki Północnej, które starały się wprowadzać w życie naukę Kościoła na temat sprawiedliwości społecznej. Najlepiej znaną wśród nich była Dorothy Day, założycielka ruchu Catholic Worker[2]. Przyjaźń tych dwóch kobiet, opisana w niniejszej książce, wywarła duży wpływ na rozwój Akcji Katolickiej w Ameryce.

Myśl przewodnią apostolatu Catherine Doherty wyrażały słowa św. Pawła, które stanowiły hasło pontyfikatu papieża Piusa X: „Odnowić wszystko w Chrystusie”. „Wszystko” dla Catherine znaczyło rzeczywiście wszystko, bez wyjątku. Całe życie – praca, nauka, sztuka, stosunki między ludźmi, dusza i ciało – wszystko miało być oddane Chrystusowi i odnowione w Nim, wszystko miało być aktem miłości i czci. To pojęcie odnowy, obejmujące całą ludzką rzeczywistość, stało się podstawą pracy Soboru Watykańskiego II i motywem niestrudzonej działalności papieża Jana Pawła II. Wypływa ono z zasadniczej prawdy wiary chrześcijańskiej, uznawanej tak na Zachodzie, jak i na Wschodzie, że Wcielenie było decydującym wydarzeniem w historii ludzkości. Gdy Bóg stał się człowiekiem, nieodwracalnie uświęcił całość ludzkiego istnienia. Żaden grzech, żadne przestępstwo nie może zniszczyć tej zasadniczej świętości.

W pojęciu Catherine Doherty „odnowienie wszystkiego w Chrystusie” nie miało nic wspólnego z „przebieraniem” wśród dziedzin ludzkiego życia, dzieleniem go na sprawy mniej lub bardziej „święte”, na zagadnienia religijne i świeckie. „Odnowić wszystko w Chrystusie” znaczyło oddać wszystko Chrystusowi, wszystko z Nim znów połączyć. Cała jej działalność i całe życie były oparte na tym przekonaniu. Uczyła tej prawdy każdym swoim słowem, każdym czynem, każdym gestem. Ta prawda stała się później kamieniem węgielnym wspólnoty Madonna House.

W pewnym sensie wyjazd do Combermere był skutkiem tej wizji rzeczywistości. Różnica zdań, która powstała między Catherine a grupą jej współpracowników w Chicago, wypływała z tego, że oni chcieli ograniczyć działalność ośrodka do pracy wśród Murzynów, walki o równouprawnienie i sprawiedliwość społeczną, a Catherine nie mogła się na to zgodzić. Według niej wszyscy ludzie i wszystkie dziedziny życia były polem do pracy nad odnową świata.

Ważne jest, by nie zapominać, że początki apostolatu Catherine Doherty i Madonna House miały miejsce jeszcze przed Soborem Watykańskim II. Jej wizja wspólnoty, ekumenizmu, utożsamienia się z ubogimi była wtedy prawie nieznana. Catherine była w pełnym tego słowa znaczeniu pionierem – szła drogą zupełnie nieznaną, nie zdając sobie wyraźnie sprawy z tego, dokąd ta droga prowadzi i jaki powinien być następny krok. Nikt nie mógł jej wtedy zapewnić, że ta droga nie skończy się jeszcze jedną porażką, jeszcze jednym rozczarowaniem. Szła krok po kroku, polegając na Bogu, wierząc, że – jak sama to wyraziła – On „weźmie [ją] za rękę i pokaże, co potrzebne jest Kościołowi”.

To bardzo ważny aspekt życia i apostolatu Catherine Doherty. Ta silna, energiczna kobieta miała wiarę dziecka. Była gotowa oddać się bez reszty każdemu zadaniu, które Bóg przed nią postawił, i wykonać je tak, jak dziecko wykonuje to, co dadzą mu do zrobienia rodzice. Dzięki temu Bóg mógł działać przez nią nieraz w zupełnie nowy i zaskakujący sposób. Było to oczywiste w Toronto, w Harlemie, w Chicago, a może jeszcze bardziej w Combermere.

Gdy Catherine przyjechała tam ze swoim mężem, Edwardem – do domku, który kupili od przyjaciół – po prostu zaczęła zwyczajne życie: robiła wszystko, co było do zrobienia. Zajmowała się gospodarstwem, zakładała ogród i poznawała sąsiadów. Sama opisuje te początki dość szczegółowo. Trudno nie podziwiać odwagi Catherine, jej gotowości zaufania Bogu we wszystkich codziennych, zwykłych wydarzeniach życia. Robiła, co do niej należało, spełniała, jak mogła najlepiej swoje – jak to określała – „obowiązki chwili”, godząc się z tym, że często nie rozumiała, jaki właściwie sens miało takie życie.

A życie w Combermere w roku 1947 było bardzo ciężkie. Była to jedna z najbiedniejszych okolic Ontario. Ludność w dużej części była pochodzenia polskiego, kaszubskiego. Combermere leży na terenach znanych w Polsce jako „ontaryjskie Kaszuby”. Już między wojnami przyjeżdżało tam wielu Polaków, zafascynowanych tym „kawałkiem Polski” w lasach angielskiej wówczas Kanady. Później, w latach pięćdziesiątych, na tamtych terenach powstał ośrodek polskiego harcerstwa; zaczęli przyjeżdżać letnicy z nowej, powojennej emigracji. Rozbijali namioty, budowali letnie domki, a niektórzy nawet przenosili się na stałe. Zbudowano kaplicę pod gołym niebem (w tak zwanym „świętym gaju”), z olbrzymim obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, namalowanym na płótnie. Tak więc dziwnym zbiegiem okoliczności Catherine znalazła się znów wśród ludzi, których kulturę i tradycje znała i rozumiała, których wiarę dzieliła i których przywiązanie i nabożeństwo do Matki Bożej było jej bardzo bliskie.

Od razu zaczęła im służyć, jak mogła. Starsi mieszkańcy Combermere do dziś wspominają swoje pierwsze spotkania z panią Doherty, która zjawiała się u nich w domu, często w środku nocy, pokryta błotem lub śniegiem. Zajmowała się chorymi, opiekowała dziećmi, woziła ludzi do lekarza lub szpitala odległego o wiele kilometrów. Niektórzy pamiętają ją po prostu jako miłą, uczynną „cudzoziemkę”, która przychodziła z wizytą do ich matek i gawędziła z nimi przy filiżance herbaty. Inni opowiadają, że przynosiła im podarunki na Boże Narodzenie. Nieraz była to pierwsza zabawka, którą w życiu dostali. Założyła bibliotekę, organizowała lekcje szycia, kursy Czerwonego Krzyża, kółka rolnicze. Założyła „sklep” z używanymi ubraniami, które zbierała wśród znajomych w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych i które rozdawała najbardziej potrzebującym. Robiła zwykłe, codzienne, konieczne rzeczy. Nie wszyscy w Combermere od razu ją zaakceptowali. Niektórzy nie ufali jej „cudzoziemskim” zwyczajom, nie rozumieli motywów jej działania, a więc odnosili się do niej z podejrzliwością. Drażnił ich fakt, że coraz więcej „obcych” przyjeżdżało do Combermere, aby odwiedzić Catherine i poznać wspólnotę, która powstawała wokół niej.

Wkrótce bowiem ludzie zaczęli przyjeżdżać za nią i do Combermere. Część z nich zostawała na stałe. W ten sposób wspólnota zaczęła się powiększać. Po paru latach zaistniała oczywista potrzeba zorganizowania jej na bardziej trwałych zasadach. W 1960 roku wspólnota uzyskała aprobatę miejscowego biskupa, a jej członkowie zaczęli składać śluby („obietnice”) ubóstwa, czystości i posłuszeństwa. Wiejski apostolat Catherine przekształcił się w Madonna House – Dom Matki Bożej. Według nowego prawa kanonicznego Madonna House jest „publicznym stowarzyszeniem wiernych”. Stowarzyszenie liczy obecnie prawie dwustu członków (kobiet i mężczyzn, jak również księży), z których mniej więcej połowa mieszka w Combermere, a reszta jest rozsiana na dwudziestu misjach w różnych częściach świata.

Naturalnie nie wszyscy, którzy przyjeżdżali do Madonna House, zostawali tam na stałe. Większość spędzała tam jakiś czas, aby potem wrócić do domu. W ten sposób wpływ Catherine Doherty rozszerzał się. Ważną rolę odegrały tu również jej książki i wykłady, z którymi jeździła do wielu miejsc w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Europie.

***

Co jest „sekretem” sukcesu Madonna House? Dlaczego co roku setki osób odwiedzają tę wspólnotę? Dlaczego tylu z nich decyduje się zostać tam na stałe? Skąd biorą się te powołania, gdy Kościół na Zachodzie, podzielony i niepewny swojej roli, cierpi na drastyczny ich brak? Co to jest Madonna House?

Na to pytanie Catherine Doherty odpowiedziała w następujący sposób: „Gdy was zapytają, co to jest Madonna House, odpowiedzcie po prostu: jest to apostolat miłości. Gdzie jest miłość, tam jest Bóg. Pragniemy, aby w nas Bóg zamieszkał wśród ludzi. Celem naszego życia jest odnowa całego świata, jego powrót do Boga… Miłość jest jedyną drogą, która prowadzi do tego celu. Kochając, niesiemy Boga jak płomień w naszych sercach”.

Madonna House nie jest utopią, „wzorową” wspólnotą, społeczeństwem doskonałym. Jest bardzo ludzką rodziną, składającą się z bardzo ludzkich osób, które próbują kochać w bardzo prosty, ludzki sposób. Nie zawsze im się to udaje. Jak w każdej rodzinie, tak i tu występują problemy, pojawia się zawiść, nieporozumienia, ludzkie słabości. Lecz najbardziej istotną cechą powołania do wspólnoty Madonna House jest ta sama głęboka, dziecięca ufność w Boga i w Jego miłosierdzie, którą żyła jej założycielka. Bóg chce, żebyśmy kochali siebie wzajemnie, więc to On będzie w nas kochał. Naszym zadaniem jest przebaczać i próbować kochać siebie nawzajem. Bez tej gotowości do ciągłego wzajemnego przebaczania, ciągłego próbowania, aby kochać, nie byłoby Madonna House. Catherine często powtarzała swoim dzieciom duchowym: „Jeśli nie potrafimy kochać siebie wzajemnie, to lepiej od razu spakujmy manatki i wracajmy, skąd przyjechaliśmy”.

Drugą zasadniczą i rzucającą się każdemu w oczy cechą duchowości Madonna House jest uwaga i staranność, z jaką wykonuje się tam każde najmniejsze codzienne zadanie. Członkowie wspólnoty cytują często słowa swojej założycielki: „Życie w Madonna House składa się z małych, zwykłych rzeczy wykonywanych niezwykle dobrze z miłości do Chrystusa”. Ta uwaga, staranność, przekonanie, że każde zadanie jest ważne, że cała ludzka rzeczywistość jest święta, są wyrazem wizji, na której opierała się cała działalność Catherine Doherty – wizji rzeczywistości całkowicie przenikniętej duchem wcielonego Boga. „Nic w Ewangelii nie jest teorią” – mówiła. „Każde słowo woła o wcielenie go w życie”.

Ta wizja jest bardzo ściśle związana ze wspomnianym powyżej przekonaniem Catherine, że Boga spotyka się najprościej, najbardziej konkretnie, w tym, co nazywała „obowiązkiem chwili”: spełniając nasze zwykłe, codzienne zadania. Każdy dzień, każdy moment, każde zadanie są widzialnym znakiem Bożej obecności, naczyniem łaski, „sakramentem” chwili. Catherine niestrudzenie nauczała tej prawdy każdego, kto znalazł się w jej „orbicie”. „Duch wspólnoty Madonna House – powtarzała – to piękny, wspaniały duch Ewangelii, wprowadzanej bezkompromisowo w codzienne życie. To jest duch dziecięcej prostoty, małych, zwykłych rzeczy, wykonywanych niezwykle dobrze z miłości do Boga”. Dla Catherine nic nie mogło być wspanialsze, ważniejsze, świętsze, nic nie mogło przyczynić się bardziej do uświęcenia świata, niż spełnianie swojego „obowiązku chwili”. „Jeśli wy doskonale zmyjecie naczynia – mówiła do członków swojej wspólnoty – Bóg zbawi świat”.

Pod koniec życia napisała do nich te słowa: „Zostawiam wam jeden z najpiękniejszych darów, jakimi Bóg mnie obdarował. To nie ja go wam dałam, to Bóg go wam dał. Bóg nauczył was żyć Ewangelią na co dzień. Radujcie się tym darem. Zwyczajność naszego życia, prostota, gościnność – to jest Madonna House”.

Życie w Madonna House i w filiach Wspólnoty jest rzeczywiście bardzo proste i zwyczajne. Gościnność, służba ubogim, codzienne zajęcia przy gotowaniu, utrzymaniu budynków i ogrodu, uprawie pól, hodowli zwierząt – lista nie ma końca. Wszyscy członkowie wspólnoty (i goście), z księżmi włącznie, biorą udział w tych zajęciach. Życie duchowe skupia się wokół codziennej Mszy świętej („Żyjemy między jedną Mszą a drugą” – mawiała Catherine), porannej i wieczornej modlitwy oraz przepięknych zwyczajów związanych z rokiem liturgicznym Kościoła. Wiele z tych zwyczajów to prastare słowiańskie tradycje, które Catherine pamiętała z dzieciństwa i którymi pragnęła podzielić się ze swoją duchową rodziną. Wszystko to Catherinenazywała „obowiązkiem chwili”.

Niektórym ta wizja wydawała się naiwna i jałowa, a nawet „antyintelektualna”, zwłaszcza gdy słyszeli, jak Catherine wzywała do „złożenia skrzydeł rozumu”[3] i do modlitwy o „serce dziecka”. Jej odpowiedź była prosta: „Nie można złożyć skrzydeł rozumu, jeśli się ich najpierw nie rozwinie”, a modlitwa o serce dziecka była również modlitwą o „ogromną odwagę, aby według tego serca żyć”. Nawoływanie Catherine nie było nawoływaniem do bezmyślnej, sentymentalnej religijności, ale do nieustającej modlitwy, do wewnętrznego skupienia i ciszy, do całkowitego otwarcia serca dla nieograniczonej miłości Boga; do tego, co nazywała „pustynią”.

Przy końcu Fragmentów mojego życia Catherine wspomina, że pierwsza „pustynia” w Madonna House była wynikiem modlitwy i „wędrówki do przeszłości”. Catherine głęboko cierpiała z powodu zamętu, beznadziejności i rozpaczy, z którymi tak często spotykała się w świecie. Wierzyła, że znalazła jedyną możliwą odpowiedź na nie w tradycji Ojców Pustyni i rosyjskich „starców”. Opisuje to w książce Pustynia, wydanej w 1974 roku. W bardzo krótkim czasie książka ta weszła do kanonu literatury religijnej. Przetłumaczono ją na wiele języków, między innymi na polski (PAX, 1991)[4]. Oddźwięk był nadzwyczajny. W ciągu ostatnich dwudziestu lat niezliczone „pustynie” pojawiły się w wielu częściach świata. W samym Madonna House i we wszystkich filiach Wspólnoty buduje się ich coraz więcej na użytek jej członków oraz wielu innych, którzy pragną spędzić w nich pewien czas.

Mówiąc najprościej, „pustynia” jest miejscem, gdzie można przebywać sam na sam z Bogiem, modląc się i poszcząc. Przeważnie idzie się tam na dwadzieścia cztery godziny, lub na dłużej, zależnie od okoliczności i decyzji kierownika duchowego. W Combermere „pustynia” to przeważnie domek w lesie, składający się z jednej prostej izby, wyposażonej tylko w najpotrzebniejsze sprzęty. Ale może to być również zwykły pokój w mieszkaniu lub nawet część pokoju odgrodzona zasłoną. Dlatego też mówi się, że ktoś idzie „do pustyni”, jest „w pustyni” lub „odbywa pustynię”. Nie można tego nazwać po prostu „pustelnią”, bo Catherine uważała, że koniecznie trzeba pamiętać o specyficznym charakterze „pustyni”, wypływającym z jej rosyjskich początków. Osobę przebywającą w pustyni nazywa się „pustynnikiem”[5].

Chociaż każdy człowiek potrzebuje od czasu do czasu chwil samotności i ciszy, to jednak cisza pustyni, o której mówi Catherine Doherty, jest czymś o wiele głębszym. „Pustynia, cisza, samotność to niekoniecznie jakieś specjalne miejsce; jest to raczej stan umysłu i serca. Pustynię można znaleźć wśród zgiełku wielkiego miasta i w codzienności naszego życia”. Według Catherine Doherty prawdziwa pustynia, na którą niestrudzenie wzywała swych duchowych synów i córki, to „pustynia serca” – cisza wewnętrzna, poszukiwanie Boga w samotni własnego serca, wsłuchiwanie się w Jego głos. To właśnie dzięki niej „obowiązek chwili” nabiera swojego sakramentalnego charakteru, staje się naczyniem Bożej obecności, narzędziem nieustającej modlitwy i najpewniejszą drogą do świętości.

Catherine lubiła cytować słowa Léona Bloya: „Jedyna prawdziwa tragedia w życiu to nie być świętym”. Być świętym znaczyło dla niej być „zakochanym w Bogu”, zjednoczonym z Nim i ogołoconym z własnego „ja”; znaczyło stać przed Nim z pustymi rękoma, z uciszonym sercem i umysłem, całkowicie ufając Jego miłosierdziu. Takiej świętości Catherine szukała przez całe swoje życie.

Catherine nie była świętą „z obrazka”. Była postacią jak najbardziej ludzką. Nigdy tego nie ukrywała. Jej własne słowa są tego najlepszym świadectwem. Jednak ci, którzy mieli okazję ją poznać, przyjrzeć się jej działalności i doświadczyć siły jej miłości, nie mogli wątpić, że należy ona do grona tych wielkich przyjaciół i miłośników Boga, których On wysyła w każdej epoce na świat, aby ukazywali wszystkim ludziom miłosierne oblicze Jego Syna.

Catherine Doherty umarła 14 grudnia 1985 roku po bardzo długiej chorobie. W ciągu ostatnich dwóch lat swego życia stała się bezsilna jak dziecko, całkowicie zależna od innych. Rzadko coś mówiła. Ci, którzy zajmowali się nią, odwiedzali ją, modlili się z nią, widzieli kobietę przemienioną przez Boga i zdawali sobie sprawę, że znaleźli się w obecności Miłości. Setki ludzi z całego świata przyjechały do Combermere na jej pogrzeb. Pochowano ją w prostej, sosnowej trumnie na miejscowym cmentarzu, niedaleko jej męża Edwarda i kilku innych członków wspólnoty Madonna House.

W roku 1990, pięć lat po jej śmierci, za zgodą miejscowego biskupa wszczęto jej proces beatyfikacyjny.

Irma Zaleska


Wprowadzenie

Czy jest sens spisywać moje wspomnienia? Co wy, moi drodzy, o tym sądzicie? Wiem, jak odpowiedzieliby mi ci z was, którzy znają mnie osobiście, którzy się ze mną przyjaźnią: „Dlaczego nie, Katie, napisz coś o swoim życiu! To może być zabawne, prawie tak jak komiksy – tyle w nim przecież przygód. Mielibyśmy co czytać naszym dzieciom!”. Jestem pewna, że tak właśnie odpowiedzieliby moi przyjaciele z Harlemu.

A moi dawni towarzysze w biedzie, Polacy i Ukraińcy, wśród których kiedyś mieszkałam – jaka byłaby ich odpowiedź? Pewno żartowaliby ze mnie przy szklance domowej nalewki: „Katerina, tylko nie bujaj, mów, jak było naprawdę! Wiemy, że uwielbiasz opowiadać, masz to we krwi. Wszystko, co mówisz, jest prawdą, ale zanim książka ukaże się drukiem, z twojego opowiadania zrobi się wielka historia pełna przygód! Coś tak zwykłego, jak imieninowe przyjęcie dla dzieci, przemieni się w baśniową ucztę. Ty przecież nie potrafisz opowiedzieć czegokolwiek bez upiększania, zupełnie tak jak my! Zaraz widać, że pochodzimy z tych samych stron. Ale właściwie dlaczego nie miałabyś opisać swego życia w formie ciekawej historii? Dość jest biografii, które mówią prawdę, ale w nudny sposób!”. Tak odpowiedzieliby moi znajomi z Toronto.

A jaka byłaby opinia moich szanownych przyjaciół intelektualistów, tych wielu wspaniałych ludzi, których poznałam na różnych uniwersytetach świata? „Ależ naturalnie, Catherine, powinnaś napisać swoją biografię. Miałaś bardzo ciekawe życie, pełne niezwykłych zdarzeń i przygód. To prawda, że gdzieś po drodze, niestety, stałaś się osobą religijną, a religijnych autobiografii jest aż za dużo. Ale biorąc pod uwagę, że twoje wykłady są zawsze ciekawe i pełne werwy, a także to, że masz dar przemawiania tak do intelektualistów, jak i do ludzi prostych, dlaczego i ty nie miałabyś napisać historii swojego życia?”.

Moi wydawcy również namawiają mnie do napisania dalszego ciągu wspomnień o moim życiu, bo jak dotąd moją jedyną biografią jest książka Tumbleweed[6], napisana przez mojego – obecnie już nieżyjącego – męża Edwarda. Jego opowiadanie kończy się na naszym ślubie w 1943 roku, a wiele wydarzyło się od tamtego czasu.

Jeśli mam być szczera, to mimo tych rad moich przyjaciół projekt pisania autobiografii nie napawa mnie samej entuzjazmem. Ale wydaje mi się, że powinnam to zrobić – choćby dlatego, że moje życie było tak różnorodne, tak pełne zmian, że nikt inny nie potrafi go opisać tak jak ja.

Muszę jednak uprzedzić czytelnika, że będzie to trochę dziwna autobiografia. Opowiadania i rozdziały nie zawsze będą ułożone chronologicznie. Jestem urodzoną gawędziarką, fascynują mnie sprawy codziennego życia i niejednokrotnie widzę ludzi takimi, jakimi są w rzeczywistości, a nie jakimi się wydają. W moich oczach życie często staje się przedziwne i tajemnicze. Moja autobiografia będzie więc zbiorem fragmentów z życia rosyjskiej gawędziarki, która przedstawia prawdę tak, jak jej samej było dane ją zobaczyć.

Zatem, drodzy przyjaciele i czytelnicy, ta książka to po prostu zbiór krótkich opowiadań lub, mówiąc ściślej, felietonów, wspomnień kobiety, przed której oczyma przesuwają się tam i z powrotem wydarzenia jej życia: fragmenty dzieciństwa, młodości, wieku dojrzałego, starości.

Jak wiecie, jestem zakochana w Bogu! Lecz jeśli jest się zakochanym w Bogu, musi się równocześnie być zakochanym w ludziach – to tak pewne jak to, że noc następuje po dniu, a dzień po nocy! Więc i ja kocham was wszystkich, którzy będziecie czytać tę książkę, a jeśli się kogoś kocha, to chce się z nim wszystkim dzielić. Ja też chcę podzielić się z wami, moi znani i nieznani przyjaciele, choćby częścią mojego życia. W ciągu długich lat, które poświęciłam pracy apostolskiej, wielu z was dzieliło się ze mną swoim życiem. Teraz ja chcę podzielić się z wami moim, bo naprawdę was kocham.

Catherine de Hueck Doherty

Madonna House

Combermere, Ontario, Kanada


Najwcześniejsze wspomnienia:
przy szklance kwasu

Przyszłam na świat w wagonie kolejowym. Moja matka, wybierając się na Wielkie Targi w Niżnym Nowogrodzie, źle policzyła dni i urodziła mnie w pociągu. Bojąc się, że mogę nabawić się jakiejś choroby, dała mnie ochrzcić jeszcze tego samego dnia, a było to 15 sierpnia, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Ochrzczono mnie w cerkwi prawosławnej, bo wówczas nie było w tym mieście kościoła katolickiego.

Urodzić się to znaczy mieć rodzinę. Z tego, co mi opowiadano, wydaje mi się, że miałam wspaniałą rodzinę, której początki sięgają XI wieku. Moi przodkowie byli rolnikami z okolic Tambowa, leżącego na południe od Moskwy. Nazywali się Kołyszkin. Słowo koł odnosi się do słupa granicznego, z czego wnioskuję, że któryś z moich przodków mógł być mierniczym. Później car nadał szlachectwo mojemu prapradziadkowi. Jeśli o mnie chodzi, to mało mnie to interesowało – byłam bardzo zadowolona, że pochodziłam z rodziny rolniczej.

Przede mną moi rodzice mieli także córkę, Nataszę, która jednak umarła w bardzo wczesnym dzieciństwie. Po mnie było trzech synów, ale wszyscy przyszli na świat przedwcześnie i zmarli przy urodzeniu. Naturalnie rodzice bardzo to przeżyli i opłakiwali swoje dzieci. Wszyscy zostali jednak ochrzczeni przed śmiercią. Później przyszło jeszcze na świat dwóch młodszych braci – Siergiej, który urodził się w Egipcie, i Andriej, urodzony w Rosji, gdy miałam szesnaście lat. Z obydwoma byłam w bardzo bliskich stosunkach.

Moje najwcześniejsze wspomnienie to piękny park, gdzie – jak później powiedziała mi mama – bardzo lubiłam się bawić. Była tam sadzawka, do której spadało wiele czerwonych jesiennych liści. Ciągle za nimi biegałam, próbując je złapać. Któregoś dnia wbiegłam w tym celu wprost do sadzawki! Jakiż kłopot sprawiłam tym mojej niani!

Od urodzenia miałam „filozoficzne” usposobienie. Lubiłam dyskutować. Mojemu ojcu nie przeszkadzało to za bardzo, bo musiał mnie wysłuchiwać tylko przy obiedzie i kolacji, ale mama czasami traciła cierpliwość. Dla przykładu opowiem o jednej takiej „dyskusji”.

Gdy miałam pięć lat, doprowadzono wreszcie do naszego mieszkania elektryczność. Dla pięcioletniej dziewczynki elektryczność była czymś nadzwyczajnym. Odkryłam na ścianie mały pstryczek; gdy się go przycisnęło, światło się zapalało – dużo światła. Zamiast tych wszystkich lamp naftowych, które trzeba było po kolei zapalać, pstryk! – i już jest światło! Co to była za radość! Przyciskałam pstryczek bez końca. Cud światła był dla mnie wtedy naprawdę cudem. Naturalnie nie było to z pożytkiem dla ówczesnych elektrycznych urządzeń, więc mama zabroniła mi tak się bawić.

Właściwie nie byłam nieposłuszną dziewczynką. Wręcz przeciwnie, byłam bardzo posłuszna, tyle że lubiłam dyskutować. Kiedy zatem mama kazała mi zostawić pstryczek w spokoju, usiadłam w wielkim fotelu ojca, aby się nad tym zastanowić.

– Ale dlaczego nie mam ruszać pstryczka i zapalać światła? – zapytałam.

Mama odrzekła po prostu:

– Bo ja tak powiedziałam.

Było to bardzo niefortunną odpowiedzią dla dziecka o moim usposobieniu, bo jak już wspomniałam, miałam skłonności do „metafizyki”.

– Tylko Pan Bóg może tak odpowiedzieć – stwierdziłam – ale nie ty. Ty mi każesz co dzień porządkować lalki, ale jeśli powiem, że nie będę tego robić, bo nie mam ochoty, to co wtedy zrobisz?

Mama odpowiedziała:

– To samo, co teraz!

I biorąc mnie za rękę, postawiła mnie za karę do kąta!

Stałam z nosem wciśniętym w róg między dwoma ścianami i zastanawiałam się głęboko nad sytuacją – filozofowałam!

Po jakimś kwadransie mama zawołała, że mogę już wyjść z kąta.

– Jeszcze nie skończyłam myśleć! – odpowiedziałam.

Mama nie zwracała na mnie uwagi. Wreszcie zakończyłam moje przemyślenia i zakomunikowałam:

– Mamo! Myślę, że pójdę mieszkać do babci, bo tu nie jestem szczęśliwa! – lub coś w tym rodzaju.

Dodałam również:

– Możesz sobie wziąć moje lalki!

Babcia mieszkała o jakieś pięć ulic od nas, co było dość daleko dla pięcioletniego dziecka. Gdy tam doszłam, zapytałam babcię:

– Czy myślisz, że mama żałuje, że mi pozwoliła odejść?

Moja babcia była mądrą kobietą.

– Jest jej bardzo smutno – odpowiedziała – zrobiłaś bardzo niemądrze.

– Tak, chyba masz rację, babciu – powiedziałam i pomaszerowałam z powrotem do domu.

Cóż jeszcze mogę opowiedzieć o tych latach spędzonych w Jekaterynosławiu[7]? Były one właśnie takie. W mojej pamięci przesuwają się jak obrazy, bo nie potrafię myśleć inaczej niż w obrazach. Można by więc namalować małą dziewczynkę wbiegającą do sadzawki, żeby złapać czerwone jesienne liście; można by narysować naburmuszoną figurkę z rękami w kieszeniach, maszerującą pewnym krokiem do babci lub stojącą w kącie z nosem wciśniętym między dwie ściany, zatopioną w myślach i dochodzącą do wiekopomnych wniosków.

Pewnego dnia ojciec oznajmił, że wyjeżdżamy do Turcji. Moja guwernantka wyciągnęła mapę, aby mi pokazać, gdzie ten kraj leży. Wsiedliśmy do pociągu jadącego w kierunku południowym, do Turcji.

Czy wiecie, jak wielkim przeżyciem dla pięcioletniego dziecka jest podróż pociągiem? Cóż to była za radość! Jak bardzo wszystko mnie interesowało! Raz zgubiłam się niani, kiedy poszłam szukać lokomotywy. Poznałam maszynistę, który mi powiedział, że lokomotywę napędza się, paląc drewno w ogniu. Zrobiło mi się tak smutno, że się rozpłakałam.

– To ścina się nasze piękne drzewa, żeby je wrzucać do ognia w lokomotywie? – zapytałam. – Pan Bóg na pewno się za to gniewa.

Maszynista musiał być religijny, bo cierpliwie starał się wytłumaczyć mi, że Bóg na pewno się nie gniewa, bo przecież stworzył ziemię, drzewa i wszystko inne na świecie do naszego użytku. Cudownie nam się rozmawiało. Nie rozumiałam nawet połowy z tego, co mówił, ani nawet jednej czwartej, ale i tak rozmowa bardzo mi się podobała. W końcu znalazła mnie bardzo zagniewana niania i o mało nie dostałam w skórę, bo szukała mnie na próżno w całym pociągu.

Zaprzyjaźniłam się również z konduktorami, którzy bez końca poili mnie kwasem. Był to lekko fermentowany napój chlebowy, który bardzo mi smakował. Konduktorzy kiwali na mnie palcem i zapraszali, żeby wpadać do nich na kwas, kiedy tylko będę miała ochotę. Więc „wpadałam” do nich bardzo często. Podróże pociągiem bywały bardzo długie i trzeba było być dzieckiem, żeby się nie nudzić.

Odessa jest miastem portowym i tam po raz pierwszy zobaczyłam morze w całej jego krasie. Przez parę dni nie mogłam potem dojść do siebie, tak wielkie wrażenie wywarło na mnie to piękno. Gdy zobaczyłam okręty, zaczęłam klaskać w ręce z radości.

– Czy to Pan Bóg zrobił to wszystko? – pytałam ojca.

Mój ojciec popatrzył na mnie uważnie i odpowiedział:

– Pan Bóg stworzył człowieka i dał mu umiejętność budowania okrętów. A więc tak, to Bóg zrobił okręty.

To była dobra odpowiedź na małe pytanie z dziecięcej metafizyki.

W Odessie wsiedliśmy na statek płynący do Stambułu. Lubiłam rozmawiać z marynarzami. Podchodziłam do nich i szturchając ich gdzieś w kolano, bo to było najwyżej, gdzie mogłam sięgnąć, pytałam ku ich wielkiemu zdumieniu:

– Czy cieszycie się, że Bóg was stworzył?

Wydaje mi się, że musiałam zostawiać za sobą szereg bardzo zdziwionych ludzi.

Nawiązałam też znajomość z kapitanem okrętu. Nikt nie zauważył, jak weszłam po schodach prowadzących do jego mieszkania. (To najszybszy sposób, żeby poznać kapitana!). Znałam już alfabet, ale zajęło mi trochę czasu odczytanie napisu na drzwiach: „Kapitan”. Kiedy bardzo grzecznie zapukałam do drzwi, jakiś męski głos odpowiedział:

– Proszę wejść!

– Dzień dobry! – powiedziałam. – Szczęść Boże!

– Dzień dobry – odpowiedział – i szczęść Boże tobie też. Czy jesteś jedną z moich pasażerek?

– Nie wiem, co to znaczy „pasażerek” – odpowiedziałam. – Przyszłam, żeby się dowiedzieć, co to znaczy „kapitan”. Twoje mieszkanie jest tak wysoko, jak gniazdo! Czy ty jesteś jak kura, co opiekuje się nami dzień i noc?

Kapitan był bardzo miłym człowiekiem – pamiętam, że był to dość masywny mężczyzna – i bardzo się zaprzyjaźniliśmy.

– Masz rację – powiedział – jestem jak kura, ale nie powinnaś mnie tak nazywać, bo ja jestem nie kura, ale kogut!

– Aha! – zawołałam – teraz już wiem! Ty jesteś rajski ptak! Przyniosę ci o nim książkę!

Przedstawiliśmy się też sobie nawzajem.

– Przepraszam, że tu wlazłam, ale myślę, że znów chyba przyjdę, bo stąd bardzo pięknie widać morze – zakomunikowałam. – Chciałabym też zobaczyć, gdzie ta woda się kończy. Do widzenia!

Moi rodzice byli zaszokowani, gdy się o tej wizycie dowiedzieli.

– Nie wolno nachodzić kapitana bez zaproszenia! – strofowali mnie.

Od tego dnia jadaliśmy posiłki przy stole kapitańskim i bardzo się z kapitanem zaprzyjaźniliśmy. Miałam cudowny apetyt i zjadałam wszystko, co mi podano. Pewnie bardzo bym w ciągu tej podróży utyła, gdyby nie to, że miałam wiele ruchu, biegając po okręcie. Nie było zakątka, którego bym nie spenetrowała.

W końcu dopłynęliśmy do Stambułu, gdzie mój ojciec miał interesy do załatwienia. Zostaliśmy tam około roku. Z jakiegoś powodu dom w mieście, w którym mieliśmy mieszkać, nie był gotowy, więc zatrzymaliśmy się na pewien czas w dużej, pięknej willi. Nikt mi tam nie przeszkadzał w zabawie, więc bawiłam się wspaniale, zwiedzając wszystko wokół. Miałam wtedy – i ciągle jeszcze mam – zdolność zachwycania się. Pamiętam, że rosło tam mnóstwo przepięknych kwitnących krzewów, które wprawiały mnie w zachwyt.

Czy wiecie, jak wyglądają ziarenka rycynusu[8]? Są śliczne – małe, czarno-białe, ale bardzo niebezpieczne! Zbierałam je razem z małym Anglikiem, z którym lubiłam się wtedy bawić, i ponieważ tak się nam podobały, zaczęliśmy je zjadać. Musieliśmy ich zjeść więcej niż po garści. Gdy nadszedł wieczór, byliśmy oboje bardzo chorzy i trzeba było wezwać lekarza. Ale cóż może zrobić lekarz z na wpół strawionymi nasionami? Niewiele. Cierpieliśmy więc przez całe trzy dni i mogę was zapewnić, moi drodzy, że nigdy więcej nie bawiliśmy się nasionkami rycynusu, nawet najśliczniejszymi.

Mój angielski przyjaciel mieszkał ze swoimi rodzicami w tej samej willi. Mówił tylko po angielsku, ja natomiast znałam francuski, rosyjski, angielski i trochę niemieckiego. Jego rodzice byli ciekawi, którego z tych języków ich syn nauczy się ode mnie, a moi rodzice mieli nadzieję, że ja będę się wprawiać w angielskim. Założyli się nawet między sobą w tej kwestii. Obawiam się jednak, że ani jedni, ani drudzy tego zakładu nie wygrali. I ja, i mój przyjaciel nauczyliśmy się mówić po arabsku! Skąd? Od naszego towarzysza zabaw – małego Araba.

Zwiedzałam Stambuł, siedząc na ramionach bardzo wysokiego mężczyzny. Pracował on w naszej ambasadzie i można było na nim całkowicie polegać. Dziecko, które ogląda miasto z ramion kogoś wysokiego, ma bardzo specyficzny punkt widzenia. Widzi przeważnie czubki głów. Mężczyźni w owych czasach nosili czerwone fezy z czerwonymi pomponami. Kobiety chodziły całkiem zakryte, można było tylko zobaczyć ich brązowe lub czarne oczy. Nie wiadomo nawet było, czy są grube, czy chude, chyba że nagły podmuch wiatru poderwał ich czarne suknie do góry.

Arystokracja mieszkała w pięknych pałacach otoczonych ogrodami. Ze względu na zawód ojca rodzice często bywali tam zapraszani i czasami brali mnie ze sobą. Podczas tych wizyt lubiłam im się wymykać na zwiedzanie. Pamiętam, że raz odkryłam cały dziedziniec pełen dziewczynek i bawiłam się z nimi w „ciuciubabkę”. Rodzice po każdej wizycie musieli mnie szukać, ale nie gniewali się na mnie zbytnio z tego powodu. Jak większość pięciolatków, nudziło mnie towarzystwo dorosłych.

Z Turcji pojechaliśmy do Grecji. Nie pamiętam, jak długo tam zostaliśmy, ale pamiętam, że Grecja mnie fascynowała. Po pierwsze, pełno tam było posągów z odłamanymi rękami i nogami, przed którymi zawsze stały masy ludzi głośno wyrażających swój zachwyt. Były też świątynie, które z jakiegoś powodu wywarły na mnie głębokie wrażenie. Często do nich wracałam i szłam popatrzyć na Apollina i Wenus. Wszystko, absolutnie wszystko, było zrobione z marmuru. Chodziło się po marmurze na ulicach i po marmurowych podłogach w domu. Robiło to wspaniałe, chociaż trochę zimne wrażenie. Mała dziewczynka nie mogłaby mieszkać w Grecji i nie być oczarowana jej posągami i świątyniami.

Często biegałam tam i z powrotem po schodach amfiteatru, podczas gdy moja guwernantka siedziała gdzieś, robiąc na drutach. Ona bez przerwy robiła na drutach – tak mi się przynajmniej wydawało. Wymyśliłam nawet o niej bajkę, w której zaplątała się sama w swoją wełnę i zrobiła z siebie sweter, z którego potem nie mogła się już wypruć! Pamiętam też, że w amfiteatrze bawiłam się, układając pociąg z kamieni. Małe kamyczki służyły za ojca, mamę i maszynistę. Jeździliśmy tym pociągiem na wyprawy, a czasami nawet przeżywaliśmy katastrofy kolejowe!

W naszym hotelu kelner, który usługiwał nam przy posiłkach, nazywał mnie po angielsku: „mała miss”. Później nauczyłam się mówić „mała miss” po grecku i zażądałam, żeby mnie tak nazywał. Bardzo mi się to podobało.

Naturalnie musiałam również spędzać pewien czas na nauce. Nie wspomniałam o tym dotychczas, bo nie było to przyjemne. Nie lubiłam lekcji, ale ojciec stanowczo wymagał, żeby mama uczyła mnie rosyjskiego. Umiałam mówić po rosyjsku, ale nie znałam jeszcze pisowni. A po rosyjsku łatwo jest mówić, ale trudno pisać. Poznałam alfabet i nauczyłam się składać poprawnie zdania.

W Grecji był nieustanny kłopot z malarzami, którzy ciągle nas nagabywali, bo chcieli namalować mój portret z powodu moich włosów. Miałam naprawdę bardzo piękne włosy, mieniące się złotymi i jasnoplatynowymi, prawie srebrnymi pasami. Moja guwernantka zakrywała mi głowę rękami i odganiała artystów jak natrętnych żebraków.

Z Grecji pojechaliśmy wprost do Aleksandrii w Egipcie. Gdy mama powiedziała mi, że jedziemy do Egiptu, natychmiast zapytałam:

– Czy zobaczymy to samo, co Pan Jezus, gdy mieszkał tam jako mały chłopiec?

Słyszałam już o Jezusie, ale nie bardzo wiedziałam, jak to się stało, że był w Egipcie, i co tam robił. Byłam jednak bardzo podniecona możliwością zobaczenia miejsc, w których kiedyś przebywał.

Zamieszkaliśmy w bardzo dużym domu w pięknej miejscowości, położonej na samym wybrzeżu Morza Śródziemnego, niedaleko Ramleh, przedmieścia Aleksandrii. Dom miał marmurowe tarasy otoczone drzewami pomarańczowymi i cytrynowymi. Był tam też bardzo ładny ogród. Miałam śliczny pokój, który bardzo lubiłam. Mieliśmy guwernantkę dla mnie, włoskie pokojówki i arabskich kucharzy. Po jakimś czasie rodzice zdecydowali się zapisać mnie do szkoły dla dziewcząt w Ramleh.

Jeśli mam być zupełnie szczera, to nie wiem, czym zajmował się mój ojciec. Nie interesowało mnie to wtedy zupełnie. Pamiętam tylko, że utrzymywał bliskie kontakty z ambasadorami oraz innymi ważnymi osobistościami i że urządzał wspaniałe przyjęcia. Często wracał do domu powozem zaprzężonym w sześć koni, strojnych w białe pióropusze. Pamiętam również, że zawsze musiałam być grzeczna!

Byłam bardzo grzeczną dziewczynką. Od rana do wieczora uczono mnie dobrych manier: tureckich, arabskich, greckich. Ojciec umiał mi wspaniale wszystko wyjaśniać. Tak więc tłumaczył mi konieczność dobrych manier:

– Maniery to znaczy dobre zachowanie, a dobre zachowanie to szacunek i miłość bliźniego.

Dla przykładu nałożył groszek na nóż i włożył do ust.

– Popatrz – powiedział – czy nie boisz się, że jedząc w ten sposób, mogę się skaleczyć?

– Ojej! – zawołałam – pewnie, że się boję!

Na to ojciec powiedział:

– Właśnie dlatego jest to nieuprzejme, że sprawia innym przykrość, a więc jest przeciw miłości bliźniego.

W ten sposób zrozumiałam, że dobre maniery wypływają z miłości bliźniego.

Zaczęłam chodzić do szkoły i bardzo to polubiłam. Każdego ranka przychodził chłopak z osiołkiem i zabierał mnie do szkoły, która była oddalona od domu tylko o jakieś dwa kilometry. Idąc, przez cały czas śpiewał piosenkę, którą pamiętam do dziś i której słowa brzmiały następująco: Tali ya bata, an a male eh! Tali ya bata, an a male eh! Chłopiec miał około trzynastu lat i zawsze wyglądał na tak zaspanego, że strach mnie ogarniał, czy przypadkiem nie uśnie w drodze. Ciągle go pytałam:

– Śpisz?

A on odpowiadał:

– Jeszcze nie całkiem, tylko w połowie!

Było to szczerą prawdą: nie usypiał całkiem, tylko „w połowie”! Chcąc się rozbudzić, śpiewał sobie tę monotonną piosenkę: Tali ya bata, an a male eh! Nigdy się nie dowiedziałam, co znaczą te słowa, ale za to często i ja przy nich zasypiałam! Mimo to zawsze dojeżdżaliśmy do szkoły bez przygód. Musiałam wtedy mieć jakieś sześć lub siedem lat.

Jeśli chodzi o naukę, to byłam bardzo nieskomplikowanym dzieckiem – wierzyłam we wszystko, co mi mówiono. Często bawiliśmy się w części boiska, która nazywała się „Zakątek św. Franciszka”. Namiętnie połykałam wszystko, co zakonnice opowiadały nam o św. Franciszku, i któregoś dnia oświadczyłam, że gdy dorosnę, będę taka jak on. Od tego czasu nigdy nie przestałam go kochać.

Uczyłam się dobrze. Nauka języków przychodziła mi bardzo łatwo, jak również czytanie, pisanie i rozmawianie! Czytałam dużo i szybko. W owych czasach istniała seria zwana „Bibliotheque Rose”, która obejmowała setki książek pisanych specjalnie dla dziewczynek. Raz na tydzień ojciec dawał mi jedną z nich do czytania, chociaż nie mógł do końca uwierzyć, że naprawdę potrafię tak szybko czytać. Któregoś dnia, gdy zwracałam mu jedną z tych książek i prosiłam o następną, ojciec urządził mi niespodziewany egzamin! Tytuł książki, którą właśnie skończyłam, brzmiał: Les Malheurs de Sophie. Opisywała ona przygody młodej dziewczyny, której było na imię Sophie i która nieustannie znajdowała się w jakichś opałach. Na żądanie ojca opowiedziałam całą historię od początku do końca. To przekonało i jego, i wszystkich innych!

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.