Fotobiografia. Zofia Nasierowska - Zofia Turowska - ebook
Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 316 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Fotobiografia. Zofia Nasierowska - Zofia Turowska

Zofia Turowska przedstawia Zofię Nasierowską, "fotografkę boską", jak nazwał Ją Melchior Wańkowicz, artystkę i dokumentalistkę, która z aparatem w ręku potrafiła sprostać zmianom i przeciwnościom, odnieśćimponujący sukces zawodowy i jednocześnie harmonijnie ułożyć wspólnotęmałżeńską. To ilustrowana opowieść o życiu wielokrotnie spełnionym. Większość z ponad 400 zdjęć i dokumentów, świadectw epoki minionej oraz czasów współczesnych, publikowanych jest po raz pierwszy.

Opinie o ebooku Fotobiografia. Zofia Nasierowska - Zofia Turowska

Fragment ebooka Fotobiografia. Zofia Nasierowska - Zofia Turowska

Spis treści

  • Motto
  • Czas młodości
  • Czas pragnienia
  • Wiek dojrzały
  • Podróż w przeszłość…
  • Przypisy
  • Korzystałam z publikacji:

Co­py­ri­ght © by Zo­fia Turowska

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, Pia­secz­no 2009

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

To tyl­ko u nas, to tyl­ko tutaj

go­dzi­na wspo­mnień, go­dzi­na uciech.

Pły­ta po­wra­ca me­lo­dią zdartą,

piosn­ką cze­pli­wą, piosn­ką upartą.

To tyl­ko u nas ży­cie ró­żo­we…1

Czas młodości

Czas młodości

Zo­sia Na­sie­row­ska: – Ma­mu­sia ko­cha­ła się w ko­kar­dach, dla­te­go czę­sto no­si­łam aż trzy: dwie na war­ko­czach (na zdję­ciu nie­wi­docz­ne) i jed­ną z boku.

Po­czą­tek chmur­nych lat pięć­dzie­sią­tych. W Związ­ku Pol­skich Ar­ty­stów Fo­to­gra­fi­ków przy Śnia­dec­kich 10 roz­po­czy­na się, jak zwy­kle w śro­dę, od­czyt na te­ma­ty ar­ty­stycz­ne, wy­gła­sza­ny przez za­pro­szo­nych wy­bit­nych lu­dzi sztu­ki, nie tyl­ko fo­to­gra­fii. Wśród do­ro­słych uwa­gę se­kre­tar­ki, Ma­rii Ko­łacz­kow­skiej, zwra­ca pa­nie­necz­ka, któ­ra tro­chę wsty­dli­wie, ale i z za­cie­ka­wie­niem przy­glą­da się roz­wie­szo­nym na ścia­nach zdję­ciom. „Do­brze pa­mię­tam wie­czór, kie­dy Pa­nią po­zna­łam – na­pi­sze po la­tach w li­ście do Zo­fii Na­sie­row­skiej. – Oj­ciec Pani, czło­nek związ­ku, przy­pro­wa­dził za rękę miłą dziew­czyn­kę. Taki był po­czą­tek Pani za­in­te­re­so­wań i ta­len­tu”2.

Pa­trząc na tę drob­ną osób­kę, nie­wie­lu do­strze­gło­by zde­cy­do­wa­ny cha­rak­ter. Jak pi­sał po­eta Ra­iner Ma­ria Ril­ke, każ­dy z nas zo­sta­je w dzie­ciń­stwie na­stro­jo­ny na od­po­wied­nie, wła­ści­we mu tony. W dro­dze do fo­to­gra­fii, któ­ra przy­nio­sła jej uzna­nie i sła­wę, Zo­fia Na­sie­row­ska od wcze­snych lat mło­dzień­czych wy­raź­nie wi­dzia­ła swój cel.

W trze­ciej de­ka­dzie kwiet­nia 1938 roku Eu­ge­nia Na­sie­row­ska, z domu Ja­błoń­ska, po­je­cha­ła do swo­ich ro­dzi­ców, do Ło­mia­nek, po­od­dy­chać świe­żym po­wie­trzem. Przy cen­tral­nej uli­cy, War­szaw­skiej, na­zy­wa­nej daw­niej Dro­gą do Za­kro­czy­mia albo Szo­są Mo­dliń­ską, po­sia­da­li oni dużą nie­ru­cho­mość: dom ro­dzin­ny, warsz­tat ko­ło­dziej­ski, w któ­rym go­spo­darz świad­czył usłu­gi dla rol­ni­ków, miesz­kań­ców Ło­mia­nek i oko­licz­nych wio­sek, a przy­le­ga­ją­cą do szczy­tu domu część drew­nia­ną wy­naj­mo­wa­li ko­mi­sa­ria­to­wi po­li­cji wraz z aresz­tem. Ma­jąt­ku do­ro­bi­li się w Ro­sji. Sta­ni­sław Ja­błoń­ski słu­żył tam w woj­sku, a jego na­rze­czo­na, An­to­ni­na3, z tę­sk­no­ty po­je­cha­ła za nim, że zaś była za­rad­na i umia­ła do­sko­na­le go­to­wać, otwo­rzy­ła w Pe­ters­bur­gu ja­dło­daj­nię. Ta­kie sma­ko­wi­to­ści przy­rzą­dza­ła, że ge­ne­ra­li­cja car­ska za­ma­wia­ła u niej przy­go­to­wy­wa­nie po­traw na pro­szo­ne ko­la­cje w swych do­mach. Za za­ro­bio­ne pie­nią­dze ku­pi­ła sklep dro­ge­ryj­ny. Wieść ro­dzin­na nio­sła, że do Pol­ski przy­wieź­li w wia­drach zło­te „świn­ki”, któ­re, nie­ste­ty, w znacz­nej czę­ści im po­tem ukra­dzio­no.

Eu­ge­nia Ja­błoń­ska i Eu­ge­niusz Na­sie­row­ski na pierw­szej rand­ce

Ob­szer­ny dom ro­dzi­ców miał też ład­ny ogród, w któ­rym Eu­ge­nia lu­bi­ła prze­sia­dy­wać, tym bar­dziej że „wszyst­ko, co żyje i żyć chce, ra­do­śnie ku słoń­cu ży­cio­daj­ne­mu się zwra­ca” – jak pi­sał ko­men­ta­tor „Goń­ca War­szaw­skie­go”, co­dzien­nej lek­tu­ry Na­sie­row­skich. Tym ra­zem je­cha­ła chęt­nie głów­nie dla­te­go, że była w pierw­szej cią­ży i uważ­nie słu­cha­ła rad swo­jej do­świad­czo­nej mat­ki. Do prze­wi­dzia­nej daty po­ro­du bra­ko­wa­ło jesz­cze dwóch mie­się­cy. Star­szy od niej o dwa lata mąż, któ­re­go po­zna­ła na ma­jów­ce w La­sku Bie­lań­skim, gdzie „tań­ce i ka­ru­zel, i pan­na Ma­nia peł­na wdzię­ków”4, nie ude­rzał zbyt dłu­go w kon­ku­ry, sko­ro ślub w ko­ście­le na pla­cu Zba­wi­cie­la wzię­li w kil­ka mie­się­cy po pierw­szej rand­ce. Te­raz z dumą opo­wia­dał ro­dzi­nie i zna­jo­mym, że na pew­no uro­dzi się chło­piec i na pew­no, tak jak on, pa­sjo­no­wać się bę­dzie wę­drów­ka­mi i fo­to­gra­fią. Nie­po­ko­ił się tyl­ko, bo na świe­cie nie dzia­ło się naj­le­piej: przed mie­sią­cem woj­ska nie­miec­kie we­szły na te­ry­to­rium Au­strii i wcie­li­ły ją do Rze­szy, trium­fal­nie ob­cho­dzo­no czter­dzie­ste dzie­wią­te uro­dzi­ny Hi­tle­ra, Bar­ce­lo­na pła­wi­ła się w brat­niej krwi, a w kra­ju ge­ne­rał Ta­de­usz Ku­trze­ba przed­sta­wił mar­szał­ko­wi Edwar­do­wi Ry­dzo­wi-Śmi­głe­mu za­ło­że­nia pla­nu woj­ny z Niem­ca­mi i okre­ślił prze­wa­gę mi­li­tar­ną Nie­miec jako trzy­krot­ną. Wy­jaz­dy żony do Ło­mia­nek zdej­mo­wa­ły mu więc po­nie­kąd z gło­wy zmar­twie­nie, bo gdy­by mia­ła się roz­pę­tać w kra­ju ja­kaś za­wie­ru­cha wo­jen­na, w ma­łej mie­ści­nie ła­twiej ją prze­cze­kać, a przy tym u swo­ich ro­dzi­ców mia­ła prze­cież jak u Pana Boga za pie­cem.

Ro­dzi­ce Zosi na nie­dziel­nym spa­ce­rze, War­sza­wa 1938

Nie mógł prze­wi­dzieć, że na­tu­ra spra­wi mu po­dwój­ną nie­spo­dzian­kę. Dwu­dzie­ste­go czwar­te­go kwiet­nia, ty­dzień po świę­tach wiel­ka­noc­nych, w nie­dzie­lę, sie­dzie­li w domu jego te­ściów przed od­bior­ni­kiem ra­dio­wym i słu­cha­li spra­woz­da­nia z bie­gu Ra­szyn–War­sza­wa. Ge­nia, jak tu ją wo­ła­no, choć tro­chę na­rze­ka­ła na bóle w krzy­żu, na­ma­wia­ła męża, żeby za­brał ją do War­sza­wy na naj­pięk­niej­szy po­noć, jak ogła­sza­li w ga­ze­tach, film świa­ta Pani Wa­lew­ska, we­dług gło­śne­go ro­man­su Wa­cła­wa Gą­sio­row­skie­go, z Gre­tą Gar­bo w roli ty­tu­ło­wej. Na­gle po­czu­ła bóle po­ro­do­we. Przy­szły oj­ciec zdą­żył po­je­chać po po­łoż­ną…

Przy­ja­ciół­ki z dzie­ciń­stwa: Te­re­sa Za­rę­bian­ka i Zo­sia Na­sie­row­ska, Ło­mian­ki 1943

– Uro­dzi­łam się w domu dziad­ków Ja­błoń­skich przez przy­pa­dek – opo­wia­da Zo­fia Na­sie­row­ska. – Zro­bi­łam im fi­gla, zo­ba­czy­łam świat znacz­nie przed ter­mi­nem, w siód­mym mie­sią­cu. Wów­czas po­ro­dy od­bie­ra­ło się w domu, ro­dzi­ce wspo­mi­na­li, jak przez dłuż­szy czas otu­la­li mnie bu­tel­ka­mi z cie­płą wodą owi­nię­ty­mi w ręcz­ni­ki, co z po­wo­dze­niem za­stę­po­wa­ło in­ku­ba­tor. Zro­bi­łam też nie lada nie­spo­dzian­kę ojcu, był prze­cież nie­mal pe­wien, że uro­dzi mu się syn.

Do­łe­czek w bro­dzie za­po­wia­dał zde­cy­do­wa­ny cha­rak­ter

Ro­dzi­ce nowo na­ro­dzo­nej có­recz­ki byli jed­no­myśl­ni: niech bę­dzie Zo­fia, imien­nicz­ka przy­ja­ciół­ki Eu­ge­nii, Zo­fii Za­rę­by. Po­nad­to imię to ozna­cza bo­ską mą­drość, lu­do­we po­rze­ka­dła pro­ro­ku­ją, że czę­ste u Zo­fii są ta­len­ty ar­ty­stycz­ne, Adam Mic­kie­wicz zaś, któ­ry był do­brym znaw­cą ta­jem­nych zna­czeń słów i imion, nie przy­pad­kiem prze­cież tak na­zwał bo­ha­ter­kę Pana Ta­de­usza. Dru­gie imię – Wie­sła­wa – któ­re zwy­kle no­szą twar­de re­alist­ki, otrzy­ma­ła na cześć wuj­ka, naj­młod­sze­go bra­ta ojca, za­le­d­wie dzie­więć lat od niej star­sze­go. Może tym ge­stem Eu­ge­niusz Na­sie­row­ski re­kom­pen­so­wał so­bie za­wód, że jego pier­wo­rod­nym po­tom­kiem nie jest wy­ma­rzo­ny syn?

Zo­sia, choć wcze­śniak, ro­sła jak na droż­dżach, ni­czym świa­dec­two ów­cze­snej re­kla­my od­żyw­ki Ovo­mal­ti­na: „Wi­docz­nem jest, że opła­ca się ku­po­wać Ovo­mal­ti­nę Dra Wan­de­ra. Dziec­ko ro­śnie szyb­ko i za­cho­wu­je przy­tem zdro­wy i świe­ży wy­gląd”. Oczy mia­ła nie­bie­ściut­kie i dla­te­go bab­cia Ja­błoń­ska na­zwa­ła ją bła­wat­kiem.

Eu­ge­niusz Na­sie­row­ski miesz­kał z żoną na sta­łe u swo­ich ro­dzi­ców w War­sza­wie. Te­raz, gdy tyl­ko mu czas po­zwa­lał, bo mu­siał prze­cież za­ra­biać na utrzy­ma­nie ro­dzi­ny, przy­jeż­dżał do Ło­mia­nek ko­lej­ką pod­miej­ską. Miał 27 lat, prze­rwa­ne stu­dia u Wa­wel­ber­ga5, w pierw­szej w Kró­le­stwie Pol­skim pry­wat­nej szko­le wyż­szej, za­ło­żo­nej jesz­cze w 1895 roku przez pol­skie­go fi­nan­si­stę i fi­lan­tro­pa, za­jął się bu­do­wa­niem do­mów, in­te­re­so­wał się fo­to­gra­fią i apa­ra­ta­mi fo­to­gra­ficz­ny­mi. Dość do­brze mu szło w in­te­re­sach. Za­sta­na­wiał się nad kup­nem sa­mo­cho­du, pol­skie­go fia­ta 508, któ­ry pro­du­cent re­kla­mo­wał jako do­bry sa­mo­chód „bu­do­wa­ny w Pol­sce z do­sko­na­łych kra­jo­wych su­row­ców. Pew­ny i wy­pró­bo­wa­ny w na­szych od­ręb­nych wa­run­kach dro­go­wych. Cena – 4950 zł loco w War­sza­wie”. Po­sta­no­wił jed­nak po­cze­kać, bo w Niem­czech roz­po­czę­li wła­śnie pro­duk­cję za­chwa­la­ne­go volks­wa­ge­na. Zde­cy­do­wał za­in­we­sto­wać w zie­mię i nie­ru­cho­mo­ści. Ku­pił dużą dział­kę, sześć ty­się­cy me­trów, nie­da­le­ko Ło­mia­nek, w Dą­bro­wie Le­śnej, i dość szyb­ko po­sta­wił na niej fun­da­men­ty oraz piw­ni­ce pod przy­szły dom. Ma­rzył mu się jed­nak ro­dzin­ny dom na Bie­la­nach, my­śle­li z żoną o spro­wa­dze­niu do sie­bie jego ro­dzi­ców. Wy­zna­wał za­sa­dę, że dom jest in­sty­tu­cją hie­rar­chicz­ną – łą­czy po­ko­le­nie star­sze i młod­sze, ro­dzi­ców i dzie­ci. Źró­dłem ta­kie­go prze­ko­na­nia było jego zie­miań­skie po­cho­dze­nie – ma­jąt­kiem jego pra­dzia­dów, her­bu Śle­pow­ron, było Na­sie­ro­wo i wie­le mó­wi­ło się w domu o tym ro­dzin­nym gnieź­dzie.

Na szkol­nej wy­ciecz­ce

Bie­la­ny mu się wy­jąt­ko­wo po­do­ba­ły. Wiel­bił przy­ro­dę, a La­sek Bie­lań­ski to prze­cież po­zo­sta­łość daw­nych la­sów kró­lew­skich, wią­żą­cych się on­giś z gór­ną czę­ścią Pusz­czy Kam­pi­no­skiej – 150 hek­ta­rów sta­ro­drze­wu, z uni­ka­to­wym dę­bem bez­szy­puł­ko­wym. Z lek­tu­ry Pana Wo­ło­dy­jow­skie­go Eu­ge­niusz Na­sie­row­ski pa­mię­tał uwiecz­nio­ny przez Hen­ry­ka Sien­kie­wi­cza erem ka­me­dul­ski, ufun­do­wa­ny na wznie­sie­niu przez kró­la Wła­dy­sła­wa IV. To wła­śnie od bia­łych ha­bi­tów naj­pierw klasz­tor, a po­tem cały re­jon na­zy­wa­no Bie­la­na­mi. W cza­sach sa­skich i sta­ni­sła­wow­skich sta­ły się Bie­la­ny ulu­bio­nym miej­scem za­baw i fe­sty­nów dwor­skich, a od po­ło­wy XIX wie­ku wy­pra­wy war­sza­wia­ków na­bra­ły ma­so­we­go, lu­do­we­go cha­rak­te­ru. Pie­szo, wo­za­mi, do­roż­ka­mi, ka­re­ta­mi oraz stat­ka­mi że­glu­gi pa­ro­wej Mau­ry­ce­go Fa­jan­sa rze­sze miesz­kań­ców sto­li­cy cią­gnę­ły, by uczest­ni­czyć w róż­ne­go ro­dza­ju roz­ryw­kach.

Sta­re Bie­la­ny zna­la­zły się w gra­ni­cach War­sza­wy do­pie­ro w la­tach trzy­dzie­stych XX wie­ku. Przed pierw­szą woj­ną świa­to­wą te­re­ny te zaj­mo­wał ro­syj­ski po­li­gon, a po od­zy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści za­pa­dła de­cy­zja o stwo­rze­niu tu dziel­ni­cy miesz­ka­nio­wej. Po­cząt­ko­wo sta­wia­no w oko­li­cy przede wszyst­kim wil­le, domy sze­re­go­we i par­te­ro­we dom­ki jed­no­ro­dzin­ne. Za­miesz­ki­wa­ła je kla­sa śred­nia: na­uczy­cie­le, sę­dzio­wie, urzęd­ni­cy pań­stwo­wi, pocz­tow­cy, kup­cy, rze­mieśl­ni­cy. Eu­ge­niusz Na­sie­row­ski rów­nież był rze­mieśl­ni­kiem, miał też do tych oko­lic sen­ty­ment, bo tu prze­cież po­znał swo­ją żonę. Przy każ­dej więc oka­zji wy­pa­try­wał od­po­wied­nie­go dla nich domu. Szcze­gól­nie spodo­ba­ły mu się bu­do­wa­ne na grun­tach Ban­ku Go­spo­dar­stwa Kra­jo­we­go, mię­dzy in­ny­mi na Ce­głow­skiej, ci­chej uli­cy z la­tar­nia­mi ga­zo­wy­mi, mo­der­ni­stycz­ne po­je­dyn­cze i sze­re­go­we domy jed­no­ro­dzin­ne we­dług pro­jek­tu Romu­alda Mil­le­ra. U schył­ku go­rą­ce­go lata 1939 roku pod­jął de­cy­zję i ku ra­do­ści żony oraz ro­dzi­ców ku­pił je­den z ta­kich dwu­kon­dy­gna­cyj­nych do­mów, wła­śnie na Ce­głow­skiej, pod nu­me­rem 58, w są­siedz­twie ma­low­ni­cze­go La­sku Lin­de­go, zwa­ne­go też Uro­czy­skiem, z pięk­ny­mi so­sna­mi, mio­do­daj­ny­mi ro­bi­nia­mi aka­cjo­wy­mi, masą ptac­twa i prze­pły­wa­ją­cym Po­to­kiem Bie­lań­skim. Nie prze­wi­dział jed­ne­go – na za­miesz­ka­nie w tym domu przyj­dzie mu cze­kać kil­ka trud­nych lat…

We wrze­śniu 1939 roku od Kam­pi­no­su wiał rześ­ki wia­te­rek i roz­cho­dzi­ła się woń ogród­ków. Na­gle naj­pierw za­hu­cza­ło, a za­raz na nie­bie, ni­sko nad gło­wa­mi, miesz­kań­cy zo­ba­czy­li klucz sa­mo­lo­tów sre­brzy­stych od słoń­ca… „Nad Mło­ci­na­mi, Bie­la­na­mi i Ma­ry­mon­tem do­szło do po­je­dyn­ku lot­ni­cze­go po­mię­dzy pol­ski­mi my­śliw­ca­mi P-11 a grup­ką nie­miec­kich bom­bow­ców, któ­re ode­rwa­ły się od ze­spo­łu roz­pro­szo­ne­go nad Nie­po­rę­tem przez na­sze sa­mo­lo­ty. Niem­cy zrzu­ci­li bom­by na oślep i ucie­kli w kie­run­ku pół­noc­nym”6. Jed­na z tych bomb spa­dła w po­bli­żu Ce­głow­skiej i Eu­ge­niusz Na­sie­row­ski, ku wiel­kiej roz­pa­czy, zo­ba­czył swój nowy dom w czę­ści zbu­rzo­ny. Tak za­czę­ła się dla nie­go woj­na…

W pa­mię­ci Zosi wy­da­rze­nia tam­te­go okre­su się zle­wa­ją. Ob­ra­zy za­cho­dzą na sie­bie, brak w nich po­rząd­ku.

Le­gi­ty­ma­cja cze­lad­ni­cza Eu­ge­niu­sza Na­sie­row­skie­go

– Wiem z prze­ka­zów ro­dzin­nych, że wró­ci­łam z mamą do oku­po­wa­nej War­sza­wy, do miesz­ka­nia dziad­ków Na­sie­row­skich, na Ka­zi­mie­rzow­ską. Wkrót­ce jed­nak w tam­tej oko­li­cy po­wsta­ła tak zwa­na nie­miec­ka dziel­ni­ca miesz­ka­nio­wa, z licz­ny­mi jed­nost­ka­mi ad­mi­ni­stra­cji i po­li­cji. Dziad­ko­wie mu­sie­li się wy­pro­wa­dzić, a my z mamą na po­wrót za­miesz­ka­ły­śmy w Ło­mian­kach, do­kąd re­gu­lar­nie przy­jeż­dżał mój oj­ciec. Nie mam wie­dzy, z cze­go oj­ciec pod­czas woj­ny utrzy­my­wał ro­dzi­nę, wśród za­cho­wa­nych do­ku­men­tów zna­la­złam książ­kę cze­lad­ni­czą nu­mer 4432, wy­sta­wio­ną przez Ko­mi­sa­rycz­ne­go Kie­row­ni­ka Izby Rze­mieśl­ni­czej w War­sza­wie 28 kwiet­nia 1940 roku. Po­twier­dza­no w niej, że oj­ciec, cze­lad­nik w rze­mio­śle mu­lar­skim, ab­sol­went szko­ły rze­mieśl­ni­czo-prze­my­sło­wej, zdał przed ko­mi­sją eg­za­min cze­lad­ni­czy. A mama, żeby było nam lżej, na par­te­rze domu dziad­ków Ja­błoń­skich otwo­rzy­ła sklep spo­żyw­czo-ko­lo­nial­ny.

W dniu wy­bu­chu Po­wsta­nia tata był w War­sza­wie, ale wkrót­ce do nas przy­je­chał. Po­tem, kie­dy zbli­żał się front ra­dziec­ki, ro­dzi­ce w oba­wie przed ostrza­łem7 spa­ko­wa­li naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy, przy czym mama, nie wia­do­mo cze­mu, ha­fto­wa­ną kapę z ada­masz­ku, i roz­po­czę­li­śmy uciecz­kę w kie­run­ku So­cha­cze­wa. Za­trzy­ma­li­śmy się na na­szej dział­ce w Dą­bro­wie Le­śnej, w piw­ni­cy przy­szłe­go domu. Rap­tem usły­sze­li­śmy ka­no­na­dę, a nie­dłu­go po­tem cha­rak­te­ry­stycz­ne groź­ne bu­cze­nie i za­czę­ło się bom­bar­do­wa­nie. W pew­nym mo­men­cie wnie­sio­no ko­bie­tę z ro­ze­rwa­nym przez odła­mek brzu­chem. Była w cią­ży. Do dziś mam w pa­mię­ci kosz­mar­ny ob­raz wyj­mo­wa­nia za­krwa­wio­ne­go pło­du. W piw­ni­cy nie­ustan­nie gro­ma­dzi­li się lu­dzie, cze­ka­li­śmy na ja­kąś cię­ża­rów­kę, któ­rą w nocy, ni­czym dre­zy­ną, wieź­li nas po to­rach ko­le­jo­wych, wszy­scy pa­sa­że­ro­wie żar­li­wie od­ma­wia­li Zdro­waś Ma­rio, a baby ję­cza­ły. Za­trzy­ma­li nas nie­miec­cy żoł­nie­rze, wy­wle­kli spod plan­de­ki i po­sta­wi­li pod ścia­ną. By­li­śmy prze­ko­na­ni, że zo­sta­nie­my roz­strze­la­ni, jed­nak nie wia­do­mo cze­mu po­zwo­lo­no nam od­je­chać. Do­tar­li­śmy do So­cha­cze­wa. Zu­peł­nie obcy lu­dzie dali nam schro­nie­nie w swo­im dwu­ro­dzin­nym domu. Z tam­te­go cza­su pa­mię­tam dwie sce­ny, jak­by oświe­tlo­ne fle­szem: miej­sco­wy targ, na któ­rym mama z go­spo­dy­nią pró­bo­wa­ły sprze­dać kapę, i na­głe za­sy­pa­nie hał­da­mi ku­rzu. Mama kapy nie sprze­da­ła, bo są­sie­dzi za­wia­do­mi­li na­szą go­spo­dy­nię, że jej dom okra­dzio­no, a za­raz po­tem w bu­dy­nek obok ude­rzył ra­dziec­ki po­cisk i jed­na z jego ścian ru­nę­ła na nasz dom. Nic groź­ne­go na szczę­ście się nam nie sta­ło, zo­sta­li­śmy je­dy­nie lek­ko po­ra­nie­ni nie­zli­czo­ny­mi ka­wał­ka­mi i dro­bi­na­mi szkła z wy­tłu­czo­nych okien oraz przy­sy­pa­ni opa­da­ją­cym gru­zem i zie­mią. Nie oby­ło się bez wrza­sków i hi­ste­rii…

Kie­dy tyl­ko front prze­su­nął się na za­chód, go­spo­darz, u któ­re­go zna­leź­li­śmy schro­nie­nie, uży­czył ojcu fur­man­ki, żeby od­wiózł mnie z mamą do Ło­mia­nek, bo z tych prze­żyć roz­cho­ro­wa­łam się i do­sta­łam wy­so­kiej go­rącz­ki. Oku­ta­li mnie w koce i szczę­śli­wie do­tar­li­śmy do dziad­ków. Na dru­gi dzień oj­ciec wpa­ko­wał na fur­man­kę ro­wer, żeby mieć czym wró­cić, i od­pro­wa­dził wóz go­spo­da­rzo­wi. Po la­tach, kie­dy ojcu do­brze się już po­wo­dzi­ło, po­da­ro­wał temu go­spo­da­rzo­wi wart­bur­ga, tłu­ma­cząc mi: „On mi za­ufał, wte­dy ta fur­man­ka dla nie­go zna­czy­ła tyle, co te­raz dla mnie ten sa­mo­chód”.

Za­kład fo­to­gra­ficz­ny bra­ci Na­sie­row­skich, na zdję­ciu od le­wej: Ste­fan, Eu­ge­nia i Eu­ge­niusz

Jesz­cze się tli­ły gru­zy spa­lo­nej i zbom­bar­do­wa­nej przez bar­ba­rzyń­skie­go oku­pan­ta War­sza­wy, a już ze­wsząd lu­dzie cią­gnę­li do swo­ich daw­nych miejsc, do bli­skich. Ży­cie bra­ło górę nad roz­pa­czą. Eu­ge­niusz Na­sie­row­ski za­czął my­śleć o od­bu­do­wie uszko­dzo­ne­go bom­bą domu. Wie­le się w oko­li­cy Ce­głow­skiej zmie­ni­ło. La­sek Lin­de­go w więk­szo­ści wy­cię­to na opał, znik­nę­ła wy­sa­dzo­na wie­ża AWF, wów­czas jesz­cze Cen­tral­ne­go In­sty­tu­tu Wy­cho­wa­nia Fi­zycz­ne­go, na któ­re­go te­re­nie sta­cjo­no­wa­ła jed­nost­ka hi­tle­row­skiej Luft­waf­fe, ogród­ki po­ro­sły chwa­stem i tra­wą, la­tar­nie nie oświe­tla­ły uli­cy ła­god­nym bla­skiem. Naj­do­tkliw­szy jed­nak oka­zał się de­kret Bie­ru­tow­ski, ko­mu­na­li­zu­ją­cy grun­ty miej­skie, po­zba­wia­ją­cy wie­lu miesz­kań­ców sto­li­cy, tak­że więc i bie­lań­czy­ków, ich wła­sno­ści. Zmie­nio­ny zo­stał co praw­da z ła­ski na dzier­ża­wę wie­czy­stą, ale po­czy­na­nia no­wej wła­dzy bu­dzi­ły nie­pew­ność co do sen­su in­we­sto­wa­nia. Na ra­zie za­tem Eu­ge­niusz Na­sie­row­ski wspól­nie z młod­szym o dwa­na­ście lat bra­tem Ste­fa­nem otwo­rzy­li w Ale­jach Je­ro­zo­lim­skich pod nu­me­rem 378 sklep ze sprzę­tem fo­to­gra­ficz­nym. Klien­tów przy­cią­gał szyld: FOTO-KINO. Nie tyl­ko ku­po­wa­ło się u nich nie­mal wszyst­ko, co zwią­za­ne z tech­ni­ką fo­to­gra­ficz­ną, ale też ka­me­ry i pro­jek­to­ry, a w ma­lut­kim, prze­gro­dzo­nym ko­ta­rą wy­go­spo­da­ro­wa­nym po­miesz­cze­niu moż­na było zro­bić zdję­cie do do­wo­du czy le­gi­ty­ma­cji. Punkt był świet­ny, do­dat­ko­wo nie­opo­dal są­siedz­two ro­dzin­ne: pod nu­me­rem 65 mie­ści­ła się ap­te­ka ku­zy­na, Izy­do­ra Na­sie­row­skie­go. Inny krew­ny, ma­gi­ster far­ma­cji, Na­sie­row­ski Leon, był wła­ści­cie­lem Che­micz­no-Far­ma­ceu­tycz­nych Za­kła­dów9 przy uli­cy Ka­li­skiej, na Ocho­cie.

Nie­mal co­dzien­nie pan Eu­ge­niusz jeź­dził do swo­ich pań do Ło­mia­nek. Eu­ge­nia Na­sie­row­ska nadal pro­wa­dzi­ła sklep ko­lo­nial­ny, jej oj­ciec awan­so­wał na soł­ty­sa, a Zo­się po­sła­no do miej­sco­wej szko­ły. Od razu tra­fi­ła do dru­giej kla­sy, a wśród miej­sco­wych dzie­ci wy­róż­nia­ła się za­awan­so­wa­ną umie­jęt­no­ścią li­cze­nia i czy­ta­nia.

– Dzia­dek, poza ko­ło­dziej­stwem, zaj­mo­wał się sto­lar­stwem, był wprost ar­ty­stą. Spod jego dłu­ta i he­bla wy­cho­dzi­ły pięk­ne sto­ły, ozdob­ne drzwi i ramy okien­ne. Miał koło domu ogrom­ny warsz­tat, do któ­re­go lu­bi­łam za­cho­dzić, bo pach­nia­ło tam świe­żym drew­nem. Pa­trzy­łam na ro­sną­cą górę ostru­żyn i z cie­ka­wo­ścią cze­ka­łam cho­ciaż­by na za­rys po­wsta­ją­ce­go przed­mio­tu. Tyl­ko od­głos nad­jeż­dża­ją­ce­go mo­to­ru wy­wa­biał mnie stam­tąd. To na ju­na­ku z przy­cze­pą, naj­now­szym swo­im na­byt­ku, przy­jeż­dżał oj­ciec. Za­bie­rał mnie na moje ulu­bio­ne prze­jażdż­ki. Nie­ste­ty, pod­czas jed­nej z nich wy­lą­do­wa­li­śmy w be­to­no­wym ro­wie, co skoń­czy­ło się dla mnie ura­zem krę­go­słu­pa. Po­nie­waż mia­łam rów­nież cią­głe do­le­gli­wo­ści gar­dła i sta­ny rop­ne mig­dał­ków, ro­dzi­ce po­sta­no­wi­li wy­słać mnie na pod­ku­ro­wa­nie. Do ciot­ki Te­re­sy, do Kar­pa­cza.

Sio­stra mo­je­go dziad­ka, Te­re­sa Na­sie­row­ska, far­ma­ceut­ka, na­le­ża­ła do ka­to­lic­kie­go zgro­ma­dze­nia skry­tek, bez­ha­bi­to­wych sióstr za­kon­nych. Raz w roku wkła­da­ła ha­bit i taki mo­ment mi­gnął mi przed ocza­mi. Wstą­pi­ła do zgro­ma­dze­nia, bo sta­ra­ją­cy się o jej rękę nie do­trzy­mał sło­wa i oże­nił się z jej sio­strą. Prze­ży­ła strasz­ny za­wód. Zresz­tą awan­tur­ni­cze przy­go­dy trzy­ma­ły się wszyst­kich pa­nien Na­sie­row­skich, bo ko­lej­ną z sióstr Te­re­sy po­rwał amant do Wied­nia, gdy dzia­dek nie chciał wy­ra­zić zgo­dy na ich ślub.

Kar­pacz – mia­stecz­ko z sze­ścio­wie­ko­wą prze­szło­ścią, któ­re wy­ło­ni­ło się z kar­ko­no­skie­go lasu – bar­dzo spodo­bał się dzie­wię­cio­let­niej Zosi. Miesz­ka­ła w in­ter­na­cie dla dziew­cząt, sie­rot i pół­sie­rot, Za­ci­sze Le­śne, pro­wa­dzo­nym przez sio­stry za­kon­ne, gdzie ciot­ka Te­re­sa kie­ro­wa­ła szpi­ta­li­kiem i przy­chod­nią. Cho­dzi­ła tam do szko­ły, do czwar­tej kla­sy, w sa­na­to­rium zaś bra­ła in­ha­la­cje.

Ciot­ka Te­re­sa Na­sie­row­ska – far­ma­ceut­ka, bez­ha­bi­to­wa sio­stra za­kon­na

– Za ciot­ką Te­re­są prze­pa­da­łam, a ona mnie wprost uwiel­bia­ła, by­łam jej oczkiem w gło­wie. Nie czu­łam się sa­mot­nie, po­nie­waż ciot­ka przy­tu­li­ła jesz­cze dwie cór­ki Lu­dwi­ka Na­sie­row­skie­go, naj­młod­sze­go bra­ta dziad­ka Jana. Były pra­wie mo­imi ró­wie­śni­ca­mi, choć for­mal­nie ciot­ka­mi. Star­sza, Ma­ry­sia, pro­wa­dzi­ła kół­ko ta­necz­ne, wy­wi­ja­ły­śmy ku­ja­wia­ki, kra­ko­wia­ki, wal­ce i ona upar­cie mnie na­ma­wia­ła, że­bym po­szła do szko­ły ba­le­to­wej, co na pew­no by się spodo­ba­ło mo­jej ma­mie. Zgod­nie bo­wiem z ka­no­nem „do­bre­go domu”, dziew­czyn­ka po­win­na umieć tań­czyć i grać na pia­ni­nie.

Ro­dzi­ce czę­sto mnie od­wie­dza­li, opo­wia­da­li, że dom na Ce­głow­skiej się od­bu­do­wu­je i że kie­dy wró­cę do War­sza­wy, za­miesz­ka­my już u sie­bie i… będę mieć bra­cisz­ka lub sio­strzycz­kę.

Wy­ma­rzo­ny ojca dom na Bie­la­nach… Tata z mamą wpro­wa­dzi­li się tam chy­ba pod ko­niec mar­ca 1948 roku, a w maju uro­dzi­ła się już na Ce­głow­skiej moja sio­stra, Jan­ka. Ja do­łą­czy­łam do nich w koń­cu czerw­ca, po skoń­cze­niu czwar­tej kla­sy w Kar­pa­czu. Od wrze­śnia ro­dzi­ce za­pi­sa­li mnie do żeń­skiej szko­ły pod­sta­wo­wej sióstr zmar­twych­wsta­nek na Żo­li­bo­rzu, na Kra­siń­skie­go.

Żeń­ska szko­ła pod­sta­wo­wa sióstr zmar­twych­wsta­nek, Żo­li­borz 1948; Zo­sia w pierw­szym rzę­dzie, dru­ga od le­wej

Sio­stry zmar­twych­wstan­ki od koń­ca XIX wie­ku pro­wa­dzi­ły dzia­łal­ność cha­ry­ta­tyw­no-wy­cho­waw­czą: or­ga­ni­zo­wa­ły ochron­ki oraz kur­sy przy­go­to­wu­ją­ce do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du, a kie­dy w nie­pod­le­głej Pol­sce spra­wą pierw­szo­pla­no­wą sta­ło się two­rze­nie szkol­nic­twa, zgro­ma­dze­nie pod­ję­ło bu­do­wę kom­plek­su szkol­ne­go pod na­zwą Za­kła­dy Na­uko­we Sióstr Zmar­twych­wsta­nek na Żo­li­bo­rzu. Ist­nia­ły tam: se­mi­na­rium, dwu­let­nie li­ceum ogól­no­kształ­cą­ce, gim­na­zjum, szko­ła po­wszech­na i przed­szko­le. Pod­czas oku­pa­cji szko­ła pro­wa­dzi­ła taj­ne na­ucza­nie, któ­re trwa­ło aż do Po­wsta­nia, kie­dy to w bu­dyn­kach szko­ły i klasz­to­ru zor­ga­ni­zo­wa­no szpi­tal. Wie­le uczen­nic było w Po­wsta­niu łącz­nicz­ka­mi i sa­ni­ta­riusz­ka­mi.

Już na po­cząt­ku 1946 roku uczen­ni­ce mo­gły wró­cić do bu­dyn­ku na Kra­siń­skie­go. Dwa lata póź­niej Zo­sia do swo­jej pierw­szej szko­ły pod­sta­wo­wej w War­sza­wie je­cha­ła tram­wa­jem, wy­sia­da­ła na rogu Kra­siń­skie­go i Sto­łecz­nej10 i da­lej dwa przy­stan­ki po­dą­ża­ła pie­szo. Za­wsze z nie­na­gan­nie wy­pra­so­wa­ny­mi i za­wią­za­ny­mi ko­kar­da­mi na dwóch my­sich ogon­kach nad usza­mi. Le­d­wie po roku skoń­czy­ła pią­tą kla­sę, a już wła­dza nie po­zwo­li­ła przy­jąć no­wych pierw­sza­ków, zde­cy­do­wa­ła bo­wiem o za­mknię­ciu szko­ły po­wszech­nej – zgod­nie z li­nią pro­gra­mo­wą zjed­no­czo­nej par­tii, dzie­ci i mło­dzież win­ny być wy­cho­wy­wa­ne w du­chu świec­kim. Zo­sia ra­zem ze swo­imi ko­le­żan­ka­mi na szczę­ście mo­gły da­lej się tu uczyć, nie było tyl­ko no­wych przy­jęć.

Wy­ma­rzo­ny ro­dzin­ny dom na Bie­la­nach przy uli­cy Ce­głow­skiej, wi­dok od stro­ny ogro­du

– Wiel­ka na­sza ra­dość z domu na Ce­głow­skiej trwa­ła za­le­d­wie chwi­lę. Ro­dzi­ce dla ro­dzi­ny za­ję­li pierw­sze pię­tro, sto dwa­dzie­ścia me­trów. Na wyż­szej kon­dy­gna­cji jed­no z miesz­kań prze­ka­za­li go­spo­si, w dru­gim za­miesz­kał mój dzia­dek, Jan Na­sie­row­ski, bar­dzo po­moc­ny w na­szej za­pra­co­wa­nej ro­dzi­nie, szcze­gól­nie w opie­ce nad moją sio­strzycz­ką. Par­ter, któ­ry wy­kań­cza­no eta­pa­mi, wy­na­ję­li lo­ka­to­rom, żeby zre­kom­pen­so­wać po­nie­sio­ne wy­dat­ki. Tak w har­mo­nii miesz­ka­li­śmy wszy­scy dwa mie­sią­ce. Pew­ne­go dnia wy­da­no od­po­wied­nie usta­wy, na któ­rych mocy dom zo­stał prze­ka­za­ny w za­rząd kwa­te­run­ko­wi; miał trzy­sta me­trów po­wierzch­ni, a na ro­dzi­nę we­dług usta­lo­nych norm przy­pa­da­ło sto dzie­sięć. Lo­ka­to­rzy za­raz uzna­li, że nie mu­szą „pry­wa­cia­rzo­wi” pła­cić, a go­spo­sia nie chcia­ła już u nas pra­co­wać, za to po­czu­ła się wła­ści­ciel­ką miesz­ka­nia i za­anek­to­wa­ła dla sie­bie po­zo­sta­łe dwa po­ko­je na dru­gim pię­trze. Dziad­ka mu­sie­li ro­dzi­ce wpro­wa­dzić do mo­je­go i Jan­ki po­ko­ju. Oj­ciec to ogrom­nie prze­żył, czuł się upo­ko­rzo­ny przez wła­sne pań­stwo, któ­re po­win­no prze­cież chro­nić oby­wa­te­la. Na do­miar złe­go, w ma­je­sta­cie pra­wa, pod ja­kimś „waż­nym” pre­tek­stem (po­dob­no te­ren miał być prze­zna­czo­ny na cele woj­sko­we) pań­stwo sta­ło się go­spo­da­rzem dział­ki w Mło­ci­nach, a nie­co póź­niej pe­wien cwa­nia­czek tak oma­mił ojca, stra­sząc go ry­chłą bu­do­wą me­tra w oko­li­cach Dą­bro­wy, że tato sprze­dał nie­mal za bez­cen na­szą pięk­ną dział­kę. Nie mo­gli­śmy od­ża­ło­wać gra­bo­wej alei, któ­rą szło się pod sple­cio­ny­mi ko­na­ra­mi drzew, jak pod bal­da­chi­mem. Ten cie­ni­sty tu­nel cza­sem mi się do­tąd śni…

Bab­cia Ame­lia Na­sie­row­ska z nie­od­łącz­nym ża­bo­tem

Wy­da­rze­nia te od­bi­ły się też na zdro­wiu dziad­ka, któ­ry w pa­mię­ci za­cho­wał ma­ją­tek przod­ków w Na­sie­ro­wie, a za­szcze­pio­ny miał sza­cu­nek do wła­sno­ści i mi­łość do zie­mi. Zmar­kot­niał i wszy­scy to za­uwa­ży­li, bo wcze­śniej był po­god­nym, cią­gle cie­ka­wym ży­cia, ła­god­nym star­szym pa­nem. Na spa­ce­rze z Jan­ką tak po­tra­fił się za­pa­trzeć na szy­kow­ne pa­nie, że nie za­uwa­żył, kie­dy wnucz­ka wy­do­sta­ła się z wóz­ka. Opo­wia­dał nam prze­dziw­ne baj­ki, w któ­re wpla­tał swo­je sny o zja­wach, a wte­dy bab­cia Ame­lia stwier­dza­ła: „Po­ka­zu­ją ci się, boś grze­szył!”. Był za­zdro­sny o bab­cię i wra­ca­jąc z przy­jęć, wza­jem­nie wy­po­mi­na­li so­bie, kto z kim flir­to­wał i na kogo się za­pa­trzył.

Dzia­dek Sta­ni­sław Ja­błoń­ski – ko­ło­dziej ar­ty­sta

Zo­sia z bab­cią Ame­lią, Ło­mian­ki 1946

Okład­ka zbio­ru le­gend o Mat­ce Bo­skiej

Z dzie­ciń­stwa naj­bar­dziej wła­śnie pa­mię­tam dziad­ka Jana i obie bab­cie, nie mamę. Bab­cia Ame­lia Na­sie­row­ska, oso­ba głę­bo­ko wie­rzą­ca, wy­cho­wy­wa­ła mnie na le­gen­dach lu­do­wych o Mat­ce Bo­skiej, pięk­nie ilu­stro­wa­nej księ­dze Kró­lo­wa Nie­bios11. Mia­ła tyl­ko sy­nów, dla­te­go cie­szy­ła się z wnucz­ki. Sta­now­cza, apo­dyk­tycz­na i ry­go­ry­stycz­na, na­wet do­ro­słym już sy­nom wciąż po­wta­rza­ła: „Siedź pro­sto!”. Dba­ła bar­dzo o sie­bie. Mia­ła sła­bość do hia­cyn­tów, za­wsze wszyst­kich nimi ob­da­ro­wy­wa­ła, je­że­li pach­nia­ło w ko­ry­ta­rzu hia­cyn­tem, wia­do­mo było, że przy­szła bab­cia Na­sie­row­ska. Ko­stycz­na i upo­zo­wa­na, za­wsze upu­dro­wa­na i uró­żo­wa­na, ko­niecz­nie z ża­bo­tem przy suk­ni lub bluz­ce. Nie­po­dziel­nie spra­wu­ją­ca rzą­dy w domu. Prze­ci­wień­stwo go­łę­bie­go ser­ca ba­bu­ni An­to­ni­ny Ja­błoń­skiej, piesz­czo­tli­wie na­zy­wa­nej prze­ze mnie „Bu­nią”. Nie­czę­sto jed­nak ją od­wie­dza­łam, do Ło­mia­nek mo­głam wy­brać się tyl­ko z ro­dzi­ca­mi, sama na­to­miast jeź­dzi­łam tram­wa­jem do bab­ci Ame­lii, naj­pierw na Na­ru­sze­wi­cza róg Ty­niec­kiej, w ład­nej oko­li­cy za­bu­do­wa­nej przed­wo­jen­ny­mi wil­la­mi i jed­no­ro­dzin­ny­mi do­ma­mi. W jed­nym z nich wła­śnie dziad­ko­wie ra­zem z wu­jem Ste­fa­nem, bra­tem ojca, zaj­mo­wa­li całe pierw­sze pię­tro. W po­bli­żu, na Gosz­czyń­skie­go, stał szpi­tal sióstr elż­bie­ta­nek. Nie­jed­no­krot­nie prze­cho­dząc wzdłuż jego ogro­dze­nia, a na­wet w miesz­ka­niu u dziad­ków, kie­dy okna były otwar­te, sły­sza­łam krzyk ro­dzą­cych ko­biet i dłu­go po dzie­cię­ce­mu za­strze­ga­łam się, że nig­dy nie będę mia­ła dzie­ci. Po­tem dziad­ko­wie prze­nie­śli się na Bu­ko­wiń­ską. Ile­kroć do nich je­cha­łam, nie­mal za­wsze wstę­po­wa­łam po dro­dze na lody do Zie­lo­nej Bud­ki, wów­czas skrom­ne­go, drew­nia­ne­go kio­sku.

Jan Na­sie­row­ski z wnucz­ką Jan­ką

Dwu­dzie­ste­go dzie­wią­te­go paź­dzier­ni­ka 1950 roku ze­tknę­łam się po raz pierw­szy ze śmier­cią. Na Ce­głow­ską zje­cha­ła cała nie­mal ro­dzi­na ojca. Dzia­dek Na­sie­row­ski cięż­ko za­cho­ro­wał, sie­dzie­li­śmy wszy­scy przy ko­la­cji. Moja dwu­let­nia wów­czas sio­strzycz­ka, któ­ra była ogrom­nie zży­ta z dziad­kiem, z nim głów­nie cho­dzi­ła do par­ku, do zoo, na­gle spoj­rza­ła na drzwi po­ko­ju, za któ­ry­mi le­żał cho­ry, i za­wo­ła­ła: „O, dzia­dek przy­szedł do nas!”. Na­tu­ral­nie nikt w drzwiach nie stał. Mama zaj­rza­ła do dziad­ka i wró­ci­ła z wia­do­mo­ścią, że wła­śnie zmarł. Nie wiem, o czym to świad­czy, ale zda­rza nam się z sio­strą prze­wi­dy­wać pew­ne sy­tu­acje, nie umiem tego wy­ja­śnić.

Pa­mię­tam tak do­kład­nie tę datę, bo po­przed­nie­go dnia ogło­szo­no wy­mia­nę pie­nię­dzy. Ro­dzi­ce nie mo­gli ku­pić ani bu­tów, ani gar­ni­tu­ru, a w ban­kach two­rzy­ły się ogrom­ne ko­lej­ki. Za­cho­wa­ła się no­tat­ka ojca, że ceny na­le­ży prze­li­czać w sto­sun­ku 3 nowe zło­te za 100 sta­rych, bank­no­ty zaś po­zo­sta­ją­ce w obie­gu wy­mie­nia­no w pro­por­cji 1 nowy zło­ty za 100 sta­rych. Pa­mię­tam roz­mo­wy do­ros­łych, że ich oszczęd­no­ści z dnia na dzień stra­ci­ły dwie trze­cie war­to­ści.

Zo­sia z sio­strą Jan­ką i ku­zyn­ką Anią Kwasz­czyń­ską na wa­ka­cjach u cio­cio-bab­ci Ste­fy Orze­chow­skiej pod Olsz­ty­nem

Po śmier­ci dziad­ka bar­dziej za­ję­łam się sio­strą, dzie­sięć lat ode mnie młod­szą. Ro­dzi­ce do­ra­bia­li się, za­ję­ci, a we mnie obu­dził się in­stynkt opie­kuń­czy. Lu­bi­łam się nią zaj­mo­wać, nie skar­ży­łam się, je­dy­nie kie­dy ro­dzi­ce kar­ci­li mnie za jej nie­po­słu­szeń­stwo, było mi smut­no. A mia­ła krzep­ki tem­pe­ra­ment: za­czep­na, upar­ta, wda­wa­ła się w bój­ki z chłop­ca­mi. Mó­wi­ło się, że ce­chy bab­ci Na­sie­row­skiej się od­zy­wa­ją. Na całe jed­ne wa­ka­cje, a mia­łam wów­czas za­le­d­wie dwa­na­ście lat, mama wy­sła­ła nas do ogrom­nie lu­bia­nej prze­ze mnie ciot­ki Ste­fy, sio­stry bab­ci Ame­lii. Wsa­dzi­ła mnie z dwu­let­nią Jan­ką w po­ciąg i tak same do­je­cha­ły­śmy do Olsz­ty­na, skąd ze sta­cji ode­bra­li nas krew­ni. Ależ dała mi ona na tych wa­ka­cjach do wi­wa­tu! Cią­gle gdzieś ucie­ka­ła, nie chcia­ła nic jeść, ja­kich ja mu­sia­łam uży­wać naj­róż­niej­szych wy­bie­gów! Nie mo­gła prze­cież wró­cić za­bie­dzo­na. Nie skut­ko­wa­ły jed­nak, zde­spe­ro­wa­na gro­zi­łam, że je­śli nie za­cznie jeść, uto­pię się w po­bli­skiej rze­ce, tyle że woda się­ga­ła tam do ko­lan. Ta­kie to były dzie­cię­ce stra­chy na La­chy… Sło­dzi­ła mi po­byt cio­cia Stef­cia: ser­decz­na, czu­ła, prze­mi­ła. Na­zy­wa­ła mnie kur­czacz­kiem i po­zwa­la­ła sa­mej wy­bie­rać w sa­dzie pach­ną­ce jabł­ka, pie­kła pysz­ne owo­co­we tor­ci­ki, eks­pe­ry­men­to­wa­ła ze sma­ka­mi, ko­lo­ra­mi, za­pa­cha­mi.

Uro­czy­stość otwar­cia li­nii au­to­bu­so­wej Ło­mian­ki–War­sza­wa, pod­le­ga­ją­cej EKD

Ja­ni­na Na­sie­row­ska: – Współ­czu­ję jej. Rze­czy­wi­ście by­łam wy­jąt­ko­wym nie­jad­kiem i okrop­nym psot­ni­kiem. Ona za­wsze była czymś wię­cej niż sio­strą. Wzo­rem… Szcze­gól­nie kie­dy do­ra­sta­ła i za­czy­na­ła fo­to­gra­fo­wać. Wte­dy dla ojca sta­ła się naj­waż­niej­sza, prze­dłu­ża­ła jego dzie­ło.

To się za­czę­ło przed laty!

Gdzie dom i bie­lań­ski las!

Jesz­cze w stu­dio Twe­go taty

Tam stał apa­rat na czas!

Tata pstryk­nął cza­ry mary!

– a gdy błysk ma­gne­zji zgasł –

W ciem­ni ob­raz ślub­nej pary

Uka­zał się dru­gi raz!12

Kra­jo­bra­zem dzie­ciń­stwa Zosi była fo­to­gra­fia.

– Pierw­szy apa­rat, małe ba­ke­li­to­we pu­deł­ko Ko­da­ka z obiek­ty­wem i fil­mem na rol­ce, do­sta­łam od ojca na ósme uro­dzi­ny. Na­tych­miast w alej­ce na dział­ce zro­bi­łam zdję­cie ro­dzi­com, od razu bez głów. Ko­lej­nych ka­drów uczy­łam się na na­szych ko­tach, psach i ka­nar­kach. Cu­dow­ny świat fo­to­gra­fii sta­nął przede mną otwo­rem. Pierw­sze ocza­ro­wa­nie wy­ła­nia­ją­cym się jak­by zni­kąd ob­ra­zem…

Oj­ciec miał taką pa­sję, że mógł­by krze­sło na­uczyć fo­to­gra­fo­wać. Przy tym ro­bił to sza­le­nie chy­trze: wrzu­cał bia­łą kart­kę do che­mi­ka­liów i moim oczom uka­zy­wa­ły się twa­rze, kra­jo­bra­zy, przed­mio­ty… Zja­wi­sko­we, me­ta­fi­zycz­ne wręcz prze­ży­cie. Nie mu­sia­łam cho­dzić do te­atru la­lek, spek­takl od­gry­wał się w ciem­ni, gdzie tata po­ka­zy­wał mi róż­ne sztucz­ki. Kładł na pa­pie­rze fo­to­gra­ficz­nym no­życz­ki, chwi­lę na­świe­tlał, po­tem pa­pier prze­kła­dał do wy­wo­ły­wa­cza i na czar­nym tle uka­zy­wał się bia­ły za­rys no­ży­czek.

In­nym ra­zem otwie­rał al­bum z re­pro­duk­cja­mi ob­ra­zów wy­bit­nych ma­la­rzy, głów­nie im­pre­sjo­ni­stów, i za­chę­cał mnie:

– Spró­buj po­dob­nie za­kom­po­no­wać swo­je zdję­cie, na przy­kład sfo­to­gra­fuj dwie sie­dzą­ce przy sto­le po­sta­cie: oświetl je, za­znacz tło, wpro­wadź „ak­cję”, roz­róż­nie­nie, któ­ra z nich jest waż­niej­sza…

Nie po­do­ba­ło mu się, że mia­łam po­ma­gać w za­ję­ciach do­mo­wych. Sprze­cza­li się z mat­ką. Ona cią­gnę­ła mnie do kuch­ni:

Zo­sia: – Oj­ciec za­bie­rał mnie na Sta­re Mia­sto. Fo­to­gra­fo­wa­li­śmy ru­iny i od­bu­do­wę mia­sta.

– To dziew­czy­na – ar­gu­men­to­wa­ła – musi się na­uczyć go­to­wać.

– Zdą­ży – od­po­wia­dał nie­zmien­nie oj­ciec.

Nie­mal każ­de­go wie­czo­ru py­tał:

– Już wszy­scy wy­ką­pa­ni? – I za­raz, nie cze­ka­jąc na po­twier­dze­nie, de­cy­do­wał: – To ro­bi­my ciem­nię!

– Dom żył fo­to­gra­fią – po­twier­dza sio­stra Zosi. – Snu­ły­śmy na­wet po­dej­rze­nia, że ulu­bio­ny nasz kot no­ca­mi za­glą­da w obiek­tyw apa­ra­tu. A ko­le­dzy ojca żar­to­wa­li, że uro­dzi­ły­śmy się w ku­we­cie, na­tu­ral­nie fo­to­gra­ficz­nej…

Na sa­mym po­cząt­ku, jesz­cze przed cał­ko­wi­tym wy­koń­cze­niem domu, Eu­ge­niusz Na­sie­row­ski otwo­rzył skrom­ne stu­dio w ga­ra­żu. Nie­dłu­go po woj­nie dzia­ła­ło w War­sza­wie nie wię­cej niż pa­rę­dzie­siąt za­kła­dów fo­to­gra­ficz­nych. Po­wo­ła­no Cech Fo­to­gra­fów, spad­ko­bier­cę przed­wo­jen­ne­go Ce­chu Fo­to­gra­fów Chrze­ści­jan, do któ­re­go księ­gi „fo­to­gra­fo­wa­nie” zo­sta­ło wpi­sa­ne po raz pierw­szy w 1922 roku. Ale „w imie­niu ludu pra­cu­ją­ce­go miast i wsi” w 1951 roku wszech­ogar­nia­ją­ca cen­tra­li­za­cja do­pa­dła też rze­mieśl­ni­ków, a Cech Rze­miosł Fo­to­gra­fów po­łą­czo­ny zo­stał z ce­cha­mi fry­zje­rów, ga­lan­te­ryj­ni­ków i in­stru­men­ta­rzy mu­zycz­nych. W tym ce­chu gi­gan­cie fo­to­gra­fo­wie są jed­ną z dzie­się­ciu sek­cji, pro­wa­dzo­ną przez Eu­ge­niu­sza Na­sie­row­skie­go, a sie­dem lat póź­niej, już w Izbie Rze­mieśl­ni­czej, wal­ne zgro­ma­dze­nie wy­bie­ra go pod­star­szym Ce­chu. Jed­no­cze­śnie Na­sie­row­ski skła­da po­da­nie i swo­je pra­ce do Związ­ku Fo­to­gra­fi­ków Pol­skich, sza­cow­ne­go sto­wa­rzy­sze­nia twór­ców i za­wo­dow­ców, kon­ty­nu­ato­ra Fo­to­klu­bu Pol­skie­go – or­ga­ni­za­cji fo­to­gra­fów dzia­ła­ją­cej w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym. Zo­sta­je przy­ję­ty w po­czet człon­ków w 1953 roku. Rok póź­niej otwie­ra na Ce­głow­skiej stu­dio z praw­dzi­we­go zda­rze­nia – Ate­lier Fo­to­gra­fii Ar­ty­stycz­nej. Na domu po­ja­wia się szyld z imie­niem i na­zwi­skiem wła­ści­cie­la za­kła­du ka­te­go­rii pierw­szej, na ogro­dze­niu ga­blo­ta ze zdję­cia­mi ślub­ny­mi, z ko­mu­nii, ele­ganc­kie por­tre­ty oraz in­for­ma­cja o ro­dza­ju usług.

Fir­mo­wa pie­cząt­ka Ate­lier

Przy­na­leż­ność do tych dwóch sto­wa­rzy­szeń stwa­rza­ła mu kom­for­to­wą jak na tam­ten czas sy­tu­ację: był jed­no­cze­śnie rze­mieśl­ni­kiem i ar­ty­stą. Cza­sy prze­mian spo­łecz­nych wy­ma­ga­ły od każ­de­go ja­kie­goś przy­sto­so­wa­nia się, nie­raz prze­ła­ma­nia do­tych­cza­so­we­go po­stę­po­wa­nia, a tak­że nie­po­wsze­dnie­go wy­sił­ku in­te­li­gen­cji i cha­rak­te­ru, aby zna­leźć so­bie wła­ści­we miej­sce w spo­łe­czeń­stwie.

– Ko­le­dzy da­rzy­li go wiel­kim za­ufa­niem – wspo­mi­na Zo­sia. – Wszę­dzie, w każ­dym za­kąt­ku, a dużo po­dró­żo­wa­li­śmy, od­wie­dzał fo­to­gra­fów i był wy­jąt­ko­wo przyj­mo­wa­ny. Miał au­to­ry­tet, po­ma­gał, ma­wiał: dasz jed­ną rzecz, dwie przyj­dą do cie­bie. Lu­dzie go lu­bi­li. Nig­dy ni­ko­go nie za­wiódł. Gdy­bym była w po­trze­bie, mo­gła­bym wejść nie­mal do każ­de­go za­kła­du w ob­cym mie­ście i po­pro­sić o chwi­lo­wą po­życz­kę. Mia­łam oka­zję tego do­świad­czyć już jako mę­żat­ka. Pod­czas mo­jej wy­sta­wy w Po­zna­niu za­szli­śmy z mę­żem do desy, bo lu­bi­li­śmy wy­pa­try­wać sta­ro­cie, i zo­ba­czy­li­śmy pięk­ny ho­len­der­ski kre­dens, z czę­ścią dol­ną w for­mie ko­mo­dy i gór­ną, prze­szklo­ną, dwu­drzwio­wą. Do­wie­dzie­li­śmy się, że zo­stał wsta­wio­ny trzy mie­sią­ce wcze­śniej, w dniu na­ro­dzin na­szej cór­ki, co nas do­dat­ko­wo urze­kło. Był dro­gi, nie mie­li­śmy ze sobą ta­kiej sumy. We­szłam do miej­sco­we­go fo­to­gra­fa, przed­sta­wi­łam się, że je­stem cór­ką Eu­ge­niu­sza Na­sie­row­skie­go. Naj­pierw wy­słu­cha­łam kom­ple­men­tów na te­mat ojca, jego pra­cy, uczyn­no­ści, na­stęp­nie po­ży­czył nam bra­ku­ją­cą kwo­tę i tak zo­sta­li­śmy wła­ści­cie­la­mi tego pięk­ne­go me­bla.

– Miał du­szę spo­łecz­ni­ka – cha­rak­te­ry­zu­je ojca Ja­ni­na Na­sie­row­ska. – Wszyst­ko wo­kół chciał zmie­niać i po­pra­wiać, pra­gnął po­ma­gać lu­dziom. Jego słyn­ne wy­pra­wy na ryby, z mamą, łą­czy­ły się z wstę­po­wa­niem po dro­dze na Ma­zu­ry nie­mal do każ­de­go za­kła­du fo­to­gra­ficz­ne­go, by wy­słu­chać i do­ra­dzić ko­le­gom. Mama, do­świad­czo­na już ta­kim jego po­stę­po­wa­niem, bra­ła prze­zor­nie za­wsze w po­dróż ja­sie­czek i koc, po­zo­sta­wa­ła bo­wiem w sa­mo­cho­dzie do póź­nych go­dzin wie­czor­nych.

– Na ko­lo­niach w Mię­dzy­wo­dziu – do­da­je Zo­sia – wszy­scy się cie­szy­li, kie­dy oj­ciec mnie od­wie­dzał, a nie mógł wy­trzy­mać bez swo­jej có­recz­ki dłu­żej niż ty­dzień. Po dro­dze sta­wał w po­bli­skiej miej­sco­wo­ści, znaj­do­wał lo­dzia­rza z bud­ką i za­bie­rał go ze sobą. Wszy­scy ko­lo­ni­ści z mo­jej gru­py usta­wia­li się w ko­lej­ce i do­sta­wa­li lody.

Zo­sia z uko­cha­nym oj­cem

Oj­ciec ma­rzył, że­bym była chłop­cem, wte­dy miał­by do­bre­go to­wa­rzy­sza wę­dró­wek. Był za­pa­lo­nym tu­ry­stą. Kie­dy wsta­wał rano, naj­pierw pa­trzył na kra­jo­braz za oknem. Za­sta­na­wiał się, czy war­to sfo­to­gra­fo­wać śnieg usy­pa­ny na pa­ra­pe­cie albo da­chy są­sied­nich ka­mie­nic w pierw­szym słoń­cu. Nie­mal w każ­dą so­bo­tę i nie­dzie­lę cho­dzi­li­śmy na pod­miej­skie wy­ciecz­ki, na­tu­ral­nie z apa­ra­ta­mi. Dzie­ci z ta­kich wy­praw przy­wo­żą na ogół kwia­ty, ka­my­ki, pa­ty­ki przy­po­mi­na­jące ja­kieś stwor­ki, li­ście do za­su­sze­nia. Ja przy­wo­zi­łam zdję­cia pta­ków, pie­rza­stych chmur, drzew, łąki z ma­ka­mi. Po­tem dłu­gie go­dzi­ny spę­dza­łam z oj­cem w ciem­ni, urzą­dzo­nej w piw­ni­cy, obok pral­ni. To było świet­nie wy­po­sa­żo­ne la­bo­ra­to­rium: po­więk­szal­ni­ki, na po­cząt­ku bla­chy do su­sze­nia, po­tem już bęb­ny, ko­rek­sy do wy­wo­ły­wa­nia fil­mów, spe­cjal­ne sło­je z che­mi­ka­lia­mi, ku­we­ty, w któ­rych za­nu­rza­ło się na­świe­tlo­ne pa­pie­ry fo­to­gra­ficz­ne, aby po chwi­li uj­rzeć czy­jeś oczy, ja­kieś uli­ce, zna­jo­me miej­sca… Do stu­dia, gdzie fo­to­gra­fo­wa­ło się klien­tów, wcho­dzi­ło się klat­ką scho­do­wą na pierw­sze pię­tro. Stał tu sta­ry, ogrom­ny apa­rat skrzyn­ko­wy. Ma­low­ni­czy. Nie pa­mię­tam pro­du­cen­ta, ale miał obiek­ty­wy Ze­is­sa. Wi­dzę, jak­by to było dziś: oj­ciec wsu­wa gło­wę pod czar­ną ma­te­rię, usta­wia na ma­tów­ce ob­raz (kli­sze na po­cząt­ku były szkla­ne, póź­niej ce­lu­lo­ido­we), wy­bie­ga do przo­du, od­sła­nia obiek­tyw, uno­si ka­se­tę-szy­be­rek i mówi ła­god­nie: pro­szę pa­trzeć w obiek­tyw… Wy­po­wia­da licz­by: dwa­dzie­ścia je­den, dwa­dzie­ścia dwa, trwa to jed­ną se­kun­dę, i za­my­ka obiek­tyw…

Miał też inne, znacz­nie now­sze apa­ra­ty: lin­hof­fa z ru­cho­mą czo­łów­ką, świet­ny do fo­to­gra­fo­wa­nia ar­chi­tek­tu­ry, le­icę z bo­ga­tym ze­sta­wem obiek­ty­wów, prac­ti­si­xy. Moim ulu­bio­nym przez dłu­gie lata był jed­nak mniej okrzy­cza­ny ener­dow­ski re­flex pri­mar 2, for­ma­tu 6×6, ścią­gnię­ty żyw­cem z has­sel­bla­da, z wy­mien­ną opty­ką, bra­ko­wa­ło mu tyl­ko wy­mien­nej ka­set­ki, mu­sia­łam „wy­pstry­kać” film do koń­ca. Wy­gra­łam go w swo­im pierw­szym kon­kur­sie fo­to­gra­ficz­nym. Oj­ciec, ma­niak udo­sko­na­la­nia sprzę­tu i no­wi­nek tech­nicz­nych, sam do­ra­biał obiek­ty­wy, zmie­niał ogni­sko­wą. Wpadł też na pro­sty po­mysł tak zwa­nych zmięk­cza­czy ob­ra­zu: wy­ciął z tek­tur­ki, de­li­kat­nej, żeby nie po­ry­so­wa­ła obiek­ty­wu, gwiazd­kę i wło­żył w śred­ni­cę obiek­ty­wu, dzię­ki cze­mu uzy­skał „roz­my­dle­nie” tła. Kie­dy in­dziej do sfo­to­gra­fo­wa­nia sre­ber zna­ne­go ju­bi­le­ra, do­bre­go zna­jo­me­go, Je­rze­go Za­rem­skie­go13, skon­stru­ował na ża­rów­ki tu­ne­le z per­ga­mi­nu, wów­czas roz­pro­szo­ne świa­tło nie po­wo­do­wa­ło re­flek­sów. Przy każ­dej oka­zji za­zna­ja­miał mnie z tech­ni­ką. Tłu­ma­czył, dla­cze­go jed­na lam­pa świe­ci punk­to­wo, a dru­ga daje roz­pro­szo­ne świa­tło, i po co je zmie­nia. Zde­cy­do­wa­nie wo­lał mi spre­zen­to­wać coś do apa­ra­tu, i na tym się znał, bo jak kie­dyś ku­pił mi czar­ne­go pie­ska z krę­co­ny­mi ku­deł­ka­mi, to gdy po­szłam z nim na spa­cer, a spadł aku­rat ulew­ny deszcz, nim do­szli­śmy do domu, pies się zro­bił sza­ry i gład­ko­wło­sy.

Tak od dziec­ka ro­słam z fo­to­gra­fią, nie mu­sia­łam uczyć się z ksią­żek, cią­gle prak­ty­ko­wa­łam, przej­mo­wa­łam od ojca opa­no­wa­nie warsz­ta­tu.

– Jako trzy­na­sto­lat­ka – dzie­lił się swo­im wspo­mnie­niem Eu­ge­niusz Na­sie­row­ski – za­stą­pi­ła mnie kie­dyś w za­kła­dzie i z wiel­kim prze­ję­ciem zro­bi­ła pierw­sze zdję­cia. O dzi­wo, były bar­dzo do­bre. Klient­ka, któ­ra nie była pew­na, czy zdję­cie wy­ko­na­ne przez dziec­ko może się udać, ka­me­ra była przy­najm­niej pół raza wyż­sza od niej, za­mó­wi­ła tyl­ko trzy od­bit­ki. Kie­dy przy­szła po od­biór, po­pro­si­ła o wię­cej14.

– Tata za­padł wów­czas na cho­ro­bę Bür­ge­ra, cza­sa­mi źle się czuł, a ja go za­stę­po­wa­łam. Za­wsze by­łam chu­da, drob­na i wy­glą­da­łam na jesz­cze młod­szą niż w rze­czy­wi­sto­ści. Kie­dy więc taka mała istot­ka wi­ta­ła klien­ta, ten py­tał pro­tek­cjo­nal­nie: „Mo­żesz po­pro­sić ta­tu­sia lub ma­mu­się?”. „Mamy nie ma, a tata leży cho­ry, ja panu zro­bię zdję­cie” – od­po­wia­da­łam wy­jąt­ko­wo grzecz­nie, po­nie­waż oj­ciec mnie na­uczył, że jed­ną z pod­sta­wo­wych cech fo­to­gra­fa jest umie­jęt­ność po­stę­po­wa­nia z ludź­mi. Był ze mną tyl­ko taki kło­pot, że klient, któ­ry za­mó­wił do do­wo­du oso­bi­ste­go jed­ną pozę, do­sta­wał całą se­rię ujęć, po­nie­waż fo­to­gra­fu­jąc go, na­tych­miast za­po­mi­na­łam o ca­łym świe­cie i jak w tran­sie pstry­ka­łam uję­cia. „Boże – na­rze­kał oj­ciec – prze­cież przez cie­bie zban­kru­tu­ję!”. Na­tu­ral­nie zdję­cia klien­tom się po­do­ba­ły, pła­ci­li, a ja za­ra­bia­łam do­dat­ko­we pie­nią­dze.

Czym moż­na tłu­ma­czyć suk­ce­sy czło­wie­ka? We­dług znaw­ców te­ma­tu i psy­cho­lo­gów bar­dzo waż­ny jest okres mię­dzy trzy­na­stym a sie­dem­na­stym ro­kiem ży­cia. Zwró­ce­nie uwa­gi na war­to­ści, do­stęp do mu­ze­ów, ksią­żek, za­szcze­pie­nie ja­kiejś pa­sji. Wią­że się to z pew­ną za­sob­no­ścią domu, po­nie­waż po­zna­wa­nie świa­ta i roz­wi­ja­nie zdol­no­ści kosz­tu­je. I z pra­cą, któ­ra od naj­młod­szych lat po­zwa­la zdo­by­wać do­świad­cze­nie, z wy­bo­rem szko­ły, stu­diów. Krót­ko mó­wiąc: mu­szą to­wa­rzy­szyć czło­wie­ko­wi sprzy­ja­ją­ce oko­licz­no­ści. W nie­sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach – udo­wad­nia Mal­colm Gla­dwell, au­tor książ­ki Poza sche­ma­tem, w któ­rej sta­ra się od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, dla­cze­go pew­ni lu­dzie od­no­szą suk­ces – czło­wiek sta­nie się nie­udacz­ni­kiem, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo jest pra­co­wi­ty i am­bit­ny. Mó­wiąc o ta­len­cie, twier­dzi Gla­dwell, w rze­czy­wi­sto­ści mó­wi­my o go­to­wo­ści do cięż­kiej pra­cy.

„Po­sta­wi­ła pierw­sze kro­ki w tym okre­sie ży­cia – pi­sa­ła Agniesz­ka Osiec­ka – kie­dy czło­wiek się jesz­cze nie za­czy­na bun­to­wać prze­ciw­ko tra­dy­cji ro­dzin­nej. A w tej tra­dy­cji mie­ścił się pe­wien ro­dzaj ładu: mo­ral­ne­go, to­wa­rzy­skie­go i es­te­tycz­ne­go”15.

Zdję­cie le­gi­ty­ma­cyj­ne ze szko­ły pod­sta­wo­wej

Praw­dzi­wa pra­ca i wy­zwa­nie za­czę­ły się dla Zosi z chwi­lą roz­po­czę­cia na­uki w czte­ro­let­nim Tech­ni­kum Fo­to­tech­nicz­nym. Szko­ła, miesz­czą­ca się na uli­cy Spo­koj­nej, są­sia­du­ją­cej z cmen­ta­rzem Po­wąz­kow­skim, na­wią­zy­wa­ła w swej tra­dy­cji do Pań­stwo­wej Szko­ły Fo­to­gra­ficz­nej, po­wo­ła­nej w War­sza­wie w roku 1929, na uli­cy Gór­no­ślą­skiej. Jej pierw­szy po­wo­jen­ny dy­rek­tor, Zbi­gniew Pę­ko­sław­ski, zgro­ma­dził wo­kół sie­bie licz­ny ze­spół zna­nych fo­to­gra­fi­ków: Ma­ria­na i Wi­tol­da De­der­ko, Wło­dzi­mie­rza Kirch­ne­ra, Jó­ze­fa Peł­czyń­skie­go, Alek­san­dra Soł­ta­na, Ana­to­la Wę­cław­skie­go.

Zosi po­da­nie wraz ze świa­dec­twem „pod­sta­wów­ki” przyj­mo­wa­ła Ire­na Ra­czyń­ska.

– Za­trud­nio­no mnie w tech­ni­kum w ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stym ósmym roku. Naj­pierw na sta­no­wi­sku se­kre­tar­ki, a po skoń­cze­niu stu­diów zo­sta­łam na­uczy­ciel­ką i przy­dzie­lo­no mi na te­re­nie szko­ły ma­leń­kie służ­bo­we miesz­ka­nie, któ­re do dziś zaj­mu­ję. Pro­wa­dzi­łam prak­tycz­ne i teo­re­tycz­ne za­ję­cia, uczy­łam pod­staw fo­to­gra­fii: ob­rób­ki ne­ga­ty­wu, na­świe­tla­nia, wy­wo­ły­wa­nia. Pa­mię­tam skrom­ną, drob­niut­ką pa­nien­kę, któ­ra po­śród więk­szo­ści uczą­cych się w tech­ni­kum chłop­ców wy­róż­nia­ła się pra­co­wi­to­ścią i so­lid­no­ścią, ale też ru­chli­wo­ścią i nie­spo­ży­tą ener­gią. W szko­le jej za­zdrosz­czo­no. Po­cho­dzi­ła z za­moż­ne­go domu, jej oj­ciec, pan Na­sie­row­ski, miał za­kład fo­to­gra­ficz­ny i duży dom na Bie­la­nach. A wte­dy wszę­dzie bied­nie, tyle że na swój spo­sób miło.

– Nie była wśród nas po­pu­lar­na ani zbyt­nio lu­bia­na – wspo­mi­na Ja­nusz Krecz­mań­ski, ope­ra­tor, osia­dły na sta­łe w Au­stra­lii, Zosi ko­le­ga z kla­sy. – Wszy­scy jej za­zdro­ści­li, że jest bo­ga­ta, bo do lu­dzi ma­jęt­nych za­li­cza­ła się w tam­tych cza­sach jej ro­dzi­na. Miła, uśmiech­nię­ta dziew­czy­na, cza­sa­mi ro­bią­ca ko­le­żan­kom i ko­le­gom na złość. Poza tym czę­sto po­są­dza­no ją o pod­li­zy­wa­nie się na­uczy­cie­lom, szcze­gól­nie pani od pol­skie­go, Ry­bacz­ko­wej, któ­rej wszy­scy się bali jak dia­beł świę­co­nej wody. W pri­ma apri­lis, chy­ba ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­te­go trze­cie­go roku, my, chłop­cy, za­sta­wi­li­śmy wej­ście do kla­sy ław­ka­mi i… „znik­nął” klucz od wej­ścia. Pierw­szą lek­cję mia­ła wła­śnie pani Ry­bacz­ko­wa. Po awan­tu­rze klucz się zna­lazł, a Zo­sia „wy­ka­po­wa­ła”, że to ja go scho­wa­łem. Oczy­wi­ście mnie za­wie­szo­no w pra­wach ucznia, nie pierw­szy i nie ostat­ni raz, a Zo­się na­zwa­li­śmy skar­ży­py­tą. Ta­kie to były grzesz­ki na­szej mło­do­ści…

Plan za­jęć lek­cyj­nych na­uczy­cie­la tech­ni­kum Ana­to­la Wę­cław­skie­go

Cór­ka na­uczy­cie­la Ana­to­la Wę­cław­skie­go her­bu Wa­dwicz, Han­na, po wie­le­kroć w domu sły­sza­ła opo­wiast­ki ojca o uczniach.

– Dość czę­sto po­wta­rza­ło się na­zwi­sko Na­sie­row­ska, że taka zdol­na, z za­cię­ciem uczen­ni­ca, a wśród po­kaź­ne­go ar­chi­wum po ojcu prze­cho­wał się jego duży por­tret, któ­ry mu ro­bi­ła.

Mimo że oj­ciec miał sa­mo­chód, jeź­dzi­ła do szko­ły dwo­ma tram­wa­ja­mi z prze­siad­ką, ład­ny ka­wa­łek dro­gi, z Bie­lan na Wolę. Do po­łu­dnia uczy­li się przed­mio­tów ogól­no­kształ­cą­cych, po po­łu­dniu za­wo­do­wych. Na po­cząt­ku szko­ły czu­ła się nie­szczę­śli­wa, mia­ła wie­le kom­plek­sów.

– W kla­sie by­łam za­wsze naj­mniej­sza, chu­cher­ko­wa­ta. Na­zwa­li mnie Na­sion­ko. „Ty, mała, chodź do ta­bli­cy” – wzy­wa­li mnie na­uczy­cie­le. Do tego nie­śmia­ła, ma­ło­mów­na i naj­więk­sze nie­szczę­ście dla pod­lot­ka: mia­łam od­sta­ją­ce uszy. Wy­my­śla­łam roz­ma­ite fry­zu­ry ze swo­ich my­sich war­ko­czy­ków. Na próż­no! Uszy za­wsze wy­su­wa­ły się spod wło­sów, cier­pia­łam, bo ko­le­dzy cią­gle mi z tego po­wo­du do­ku­cza­li. Już wte­dy po­my­śla­łam, że po­wi­nien być ktoś w ży­ciu dziew­cząt i ko­biet, kto po­tra­fił­by im po­wie­dzieć, w jaki spo­sób mogą tu­szo­wać bra­ki swo­jej uro­dy. Sama z sobą nie umia­łam so­bie po­ra­dzić, ale czu­łam i wie­dzia­łam, pa­trząc na ko­le­żan­ki, co po­win­ny zmie­nić w swo­im ubio­rze, fry­zu­rze, na­wet w spo­so­bie by­cia i mó­wie­nia, by ocza­ro­wać pięk­nem. Moje szkol­ne ze­szy­ty za­ma­lo­wa­ne były por­tre­ta­mi ko­le­ża­nek. Za­czę­łam je fo­to­gra­fo­wać. Pierw­sze zdję­cia po­szły do ko­sza – wy­glą­da­ły na nich ja­koś mdło, in­nym ra­zem ich nogi koń­czy­ły się na wy­so­ko­ści ko­lan. Z cza­sem jed­nak zde­cy­do­wa­nie się po­pra­wi­łam. Wy­bie­ra­łam dziew­czy­ny, któ­re po­dob­nie do mnie nie czu­ły się isto­ta­mi pięk­ny­mi. Jed­ne przy­cią­gnę­ły moją uwa­gę wy­ra­zem oczu, inne ład­nym wy­kro­jem ust, do­łecz­ka­mi w po­licz­kach, urze­ka­ją­cym uśmie­chem. Moje pierw­sze por­tre­ty zdu­mia­ły mnie samą: „Prze­cież one są ślicz­ne! Tyl­ko nie zna­ją sa­mych sie­bie!”.

Szko­ła da­wa­ła duże moż­li­wo­ści prak­ty­ki fo­to­gra­ficz­nej. Na­wet na orga­ni­zo­wa­nych kil­ku­dnio­wych wy­ciecz­kach szkol­nych mie­li­śmy obo­wią­zek fo­to­gra­fo­wa­nia. Póź­niej wza­jem­nie oma­wia­li­śmy te pra­ce, wy­sta­wia­li­śmy na ko­ry­ta­rzach. Na­uczy­cie­le za­da­wa­li nam mę­czą­ce wte­dy i nud­ne z po­zo­ru ćwi­cze­nia: bu­dy­nek w dzień po­chmur­ny, zna­czek pocz­to­wy uży­wa­ny, sztuć­ce, śnia­da­nie na sto­le, kwa­drat w ska­li 1:4 z za­cho­wa­niem ką­tów pro­stych lub por­tret przy oknie.

Zo­sia – uczen­ni­ca szko­ły śred­niej

– Pra­cow­nie wy­po­sa­żo­ne były w wiel­kie apa­ra­ty ate­lie­ro­we – opo­wia­da Ire­na Ra­czyń­ska – tak zwa­ne al­ta­no­we, z wy­su­wa­ną kli­szą, duży for­mat 9×15. W na­szej szko­le na­ucza­li świet­ni pe­da­go­dzy, za­wo­do­wi fo­to­gra­fi­cy, wśród nich Ma­rian De­der­ko i jego syn Wi­told. Po­dob­nie jak ja miesz­ka­li wów­czas na te­re­nie szko­ły. Na­le­że­li do przy­ja­ciół mło­dzie­ży, ro­bi­li pięk­ne, czar­no-bia­łe ar­ty­stycz­ne zdję­cia, szcze­gól­ną uwa­gę po­świę­ca­li por­tre­to­wi.

Ma­rian De­der­ko, z wy­kształ­ce­nia elek­tro­tech­nik, całe ży­cie zwią­zał z fo­to­gra­fią. Ten nie­wąt­pli­wie pre­kur­sor ar­ty­stycz­ne­go por­tre­tu fo­to­gra­ficz­ne­go w Pol­sce, ce­nio­ny na ca­łym świe­cie, prze­ka­zy­wał mło­dzie­ży swo­ją uni­ka­to­wą wie­dzę na te­mat ory­gi­nal­nej tech­ni­ki „gumy”, któ­rej był twór­cą.

– Pan De­der­ko chciał, że­bym ko­niecz­nie spe­cja­li­zo­wa­ła się w tej bar­dzo trud­nej i pra­co­chłon­nej tech­ni­ce fo­to­gra­ficz­nej, ogól­nie po­le­ga­ją­cej na tym, że ob­raz fo­to­gra­ficz­ny zmie­niał się jak gdy­by w ob­raz ma­lar­ski, zdję­cie na­bie­ra­ło spe­cjal­nej fak­tu­ry. Nie by­łam en­tu­zjast­ką „gumy”, ale zro­bi­łam panu De­der­ce por­tret, któ­ry ra­zem ze zdję­ciem pej­za­żu z wy­ciecz­ki szkol­nej do­łą­czy­łam do po­da­nia o przy­ję­cie mnie w po­czet człon­ków Związ­ku Pol­skich Ar­ty­stów Fo­to­gra­fi­ków.

Por­tret Ana­to­la Wę­cław­skie­go wy­ko­na­ny przez Zo­się na za­ję­ciach w szko­le

Mia­ła dzie­więt­na­ście lat i ty­tuł mi­strza ce­cho­we­go

Z przy­ję­ciem tym łą­czy się nie­ma­łe za­mie­sza­nie. Do do­ku­men­tów skła­da­nych w Związ­ku nie do­łą­cza­ło się ży­cio­ry­su, tyl­ko pra­ce oraz po­da­nie z imie­niem, na­zwi­skiem i ad­re­sem, dla­te­go nikt z ko­mi­sji kwa­li­fi­ka­cyj­nej nie przy­pusz­czał, że au­tor­ką tak doj­rza­łych fo­to­gra­fii może być pięt­na­sto­let­nia pa­nien­ka, uczen­ni­ca dru­giej kla­sy tech­ni­kum. Kie­dy więc zde­cy­do­wa­li, że au­tor przed­sta­wio­nych prac speł­nia kry­te­ria przy­ję­cia do gro­na ar­ty­stów fo­to­gra­fi­ków, czło­nek ko­mi­sji, Ja­ni­na Mo­krzyc­ka, zna­ko­mi­ta por­tre­cist­ka, chcia­ła go po­znać. Na wi­dok fi­li­gra­no­wej Zosi za­krzyk­nę­ła: – Ależ to dziec­ko! – Stwo­rzo­no więc pre­ce­dens – zo­sta­ła adep­tem, a człon­kiem rze­czy­wi­stym do­pie­ro po uzy­ska­niu peł­no­let­no­ści, z le­gi­ty­ma­cją nu­mer 203. W Związ­ku za­raz żar­to­bli­wie na­zwa­li ją naj­młod­szym se­nio­rem.

Idąc za cio­sem, za na­mo­wą ojca, któ­ry wy­zna­wał za­sa­dę, że za­wsze wszyst­ko się w ży­ciu może przy­dać, zda­ła eg­za­mi­ny mi­strzow­skie w Ce­chu Rze­miosł: naj­pierw zdo­by­ła ty­tuł cze­lad­ni­czy, po­tem mi­strzow­ski. De­biu­tu­je też na ła­mach ty­go­dni­ka „Sto­li­ca”, gdzie oj­ciec ze swo­ich tu­ry­stycz­nych wę­dró­wek za­miesz­cza re­por­ta­żo­we zdję­cia: La­sku Bie­lań­skie­go, klasz­to­ru Ka­me­du­łów, po­wsta­ją­ce­go za ich do­mem szpi­ta­la, frag­men­tów Pusz­czy Kam­pi­no­skiej, oko­lic Pal­mir16. Tym ra­zem w nu­me­rze 47 z 1954 roku, na tak zwa­nej roz­kła­dów­ce, dzie­sięć zdjęć z pod­pi­sem: Eu­ge­niusz i Zo­fia Na­sie­row­scy uka­zu­je ży­cie domu dziec­ka na Bie­la­nach. Do­łą­czo­ny do nich tekst Kry­sty­ny Krzy­ża­ko­wej utrzy­ma­ny jest w obo­wią­zu­ją­cym wów­czas en­tu­zja­stycz­nym to­nie: „Tu mówi Dom Mło­dzie­ży im. Fe­lik­sa Dzier­żyń­skie­go; Tu­taj nie ża­łu­je się my­dła, aby utrzy­mać hi­gie­nę cia­ła; Dom chlu­bi się tym, że pię­ciu wy­cho­wan­ków wy­sła­no na stu­dia wyż­sze do ZSRR”. Ca­łość kre­śli siel­ski ob­raz za­jęć stu sześć­dzie­się­ciu sze­ściu wy­cho­wan­ków tego po­ka­zo­we­go miej­sca: wzo­ro­we od­ra­bia­nie lek­cji, gim­na­sty­ka, czy­ściut­kie, na­le­ży­cie wy­po­sa­żo­ne po­ko­je, schlud­na ja­dal­nia, przy­jem­na świe­tli­ca z po­kaź­nym księ­go­zbio­rem, ale po­bud­ka, jak w woj­sku, o 5.45, śnia­da­nie o 6.15.

Fo­to­re­por­taż Eu­ge­niu­sza Na­sie­row­skie­go

De­biut Zosi na ła­mach ty­go­dni­ka „Sto­li­ca”, 1954

– Nie pa­mię­tam zu­peł­nie ani miej­sca, ani oko­licz­no­ści ro­bie­nia tych zdjęć. By­łam spię­ta i spe­szo­na, że mu­sia­łam pójść z oj­cem w pu­blicz­ne miej­sce. Zde­cy­do­wa­nie wo­la­łam udział w or­ga­ni­zo­wa­nych przez ZPAF „za­da­niach twór­czych”. Jed­nym z te­ma­tów był na przy­kład por­tret ar­chi­tek­ta. Każ­dy miał in­dy­wi­du­al­nie, we­dług wła­sne­go po­my­słu, wy­ko­nać por­tret fo­to­gra­ficz­ny mo­de­la. Ja po­pro­si­łam swo­je­go mo­de­la, żeby do ręki wziął ru­lon, i zro­bi­łam por­tret tra­dy­cyj­ny, wzo­ro­wa­ny na ob­ra­zach Rem­brand­ta. Bar­dzo mnie za tę kla­sy­kę chwa­li­li. Mia­łam za sobą wie­le go­dzin spę­dzo­nych w mu­ze­ach, do­kąd oj­ciec za­bie­rał mnie w wol­nych chwi­lach. Zwra­cał moją uwa­gę na por­tre­ty Hen­ry­ka Ro­da­kow­skie­go, na ich wni­kli­wą cha­rak­te­ry­sty­kę psy­cho­lo­gicz­ną oraz har­mo­nij­ną kom­po­zy­cję, a w al­bu­mach wła­śnie na ob­ra­zy Rem­brand­ta, na któ­rych ana­li­zo­wa­li­śmy roz­ło­że­nie tak cha­rak­te­ry­stycz­nych dla tego mi­strza świa­tło­cie­ni, po­łą­cze­nia ja­sno­ści i mro­ku. Su­ge­ro­wał wy­brać jego dwa por­tre­ty i zro­bić w domu ich fo­to­gra­ficz­ną re­pli­kę, z tym że je­den wa­ru­nek mu­sia­łam bez­względ­nie speł­nić: za­cho­wać ta­kie samo oświe­tle­nie twa­rzy jak na ob­ra­zie. Inna lek­cja do­ty­czy­ła ob­ra­zu Ed­ga­ra De­ga­sa Po ką­pie­li. Aby spro­stać za­da­niu i od­two­rzyć de­li­kat­ny akt, po­pro­si­łam o po­zo­wa­nie ko­le­żan­ki. Wsty­dzi­ły się na­wet po­ka­zać gołe ple­cy, więc ro­bi­łam im uję­cia w piw­ni­cy, na wę­glu, a pod ko­niec zdjęć były całe umo­ru­sa­ne. Od­twa­rza­nie jest waż­ne, uczy warsz­ta­tu, swo­bo­dy ru­chu i kom­po­zy­cji, kie­dy czło­wiek re­ali­zu­je wła­sne po­my­sły, jest tego wszyst­kie­go pe­wien. Prze­cież już da­da­iści i sur­re­ali­ści kom­po­no­wa­li zdję­cia na wzór ob­ra­zu. Sza­le­nie lu­bi­łam tę „za­ba­wę” w od­twa­rza­nie, przy­pa­try­wa­nie się, któ­ry frag­ment te­ma­tu czy po­sta­ci chcia­ła­bym sfo­to­gra­fo­wać.

Mój oj­ciec, pio­run tem­pe­ra­men­tu, był wy­ma­ga­ją­cy i kon­se­kwent­ny, jed­no­cze­śnie we­so­ły i bar­dziej czu­ły od mamy. Nie by­łam przy­tu­la­na, nie po­zna­łam tkli­wo­ści. Mama głów­nie wy­ma­ga­ła. Pil­no­wa­ła, że­bym raz w ty­go­dniu sama go­to­wa­ła, wy­pra­so­wa­ła i po­se­gre­go­wa­ła swo­je ubra­nia. „Obo­jęt­nie – ma­wia­ła – czy bę­dziesz to mu­sia­ła ro­bić, czy nie, ale po­znasz, co to po­rzą­dek, i bę­dziesz umia­ła za­rzą­dzać”. Po­sy­ła­ła mnie na pry­wat­ne lek­cje gry na pia­ni­nie, bo tak wy­pa­da­ło, choć to pie­nią­dze wy­rzu­co­ne w bło­to, bo kom­plet­nie nie mia­łam ani pa­sji w tym kie­run­ku, ani słu­chu. Lu­bi­ła wie­dzieć, w ja­kim śro­do­wi­sku prze­by­wam, z kim się ko­le­gu­ję, prze­sad­nie dba­ła o moje od­ży­wia­nie, cią­gle mi pod­ty­ka­ła coś do je­dze­nia, pi­cia, do­ga­dza­ła, a świet­nie go­to­wa­ła i lu­bi­ła czę­sto­wać go­ści. W wol­nych od do­mo­wych za­jęć chwi­lach po­ma­ga­ła w pra­cy ojcu. Mia­ła zdol­no­ści pla­stycz­ne i zna­ko­mi­cie re­tu­szo­wa­ła go­to­we zdję­cia, ale też ne­ga­ty­wy, po­kry­wa­jąc wszel­kie pla­mecz­ki ołów­kiem lub pę­dzel­kiem ma­cza­nym w spe­cjal­nym chiń­skim tu­szu.

– Od­kąd się­gnę pa­mię­cią – wspo­mi­na dzie­cię­ce lata Ja­ni­na Na­sie­row­ska – mama sza­le­nie dba­ła o ojca, ku­po­wa­ła mu każ­dą ko­szu­lę, swe­ter, nie­mal wszyst­ko. Była świet­ną or­ga­ni­za­tor­ką do­mo­we­go go­spo­dar­stwa. Oj­ciec mógł się na wszyst­ko po­gnie­wać, ale na­tych­miast się roz­ch­mu­rzał, kie­dy mama sta­wia­ła na sto­le je­dze­nie. To, co przy­rzą­dza­ła, było dla ojca czymś wy­jąt­ko­wym, poza tym ze wzglę­dów zdro­wot­nych mu­siał prze­strze­gać die­ty, któ­rej skład tyl­ko mama zna­ła. Ojcu nie po­do­ba­ło się, że Zo­sia ma po­ma­gać w za­ję­ciach do­mo­wych, cze­ka­ły na nią waż­niej­sze cele. Był bar­dzo o nią za­zdro­sny. Do tego stop­nia, że kie­dy ktoś do niej dzwo­nił, a ojcu jego głos się nie spodo­bał, od­po­wia­dał, że jej nie ma w domu. Po pro­stu straż­nik ży­cia Zosi. Była dla nie­go naj­waż­niej­sza, bo kro­czy­ła wy­ma­rzo­ną przez nie­go dro­gą: za­in­te­re­so­wa­nia fo­to­gra­fią.

Eu­ge­nia Na­sie­row­ska

Eu­ge­niusz Na­sie­row­ski