Formuła 1 to ja. Bernie Ecclestone  - Tom Bower - ebook
Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 659 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Formuła 1 to ja. Bernie Ecclestone - Tom Bower

Hobby garstki entuzjastów zamienił w spektakl oglądany na całym świecie. Zanim ktokolwiek spostrzegł, przejął całkowitą kontrolę nad sportem wartym miliardy dolarów. Udało mu się, bo nie trafił na nikogo sprytniejszego, bardziej bezwzględnego i bezczelnego od siebie. Z wyjątkiem chorwackiej hostessy spotkanej na torze w Monzy, młodszej o 28 lat i wyższej o 30 cm. Tylko jej pozwalał dmuchać sobie w kaszę.

 

Wydanie dostępne w nowej wersji formatu MOBI.

Opinie o ebooku Formuła 1 to ja. Bernie Ecclestone - Tom Bower

Fragment ebooka Formuła 1 to ja. Bernie Ecclestone - Tom Bower






Copyright © Tom Bower, 2011

Copyright © for the translation by Anna Gralak

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2012

 

Tytuł oryginału: No Angel. The Secret Life of Bernie Ecclestone

Redakcja i korekta: Irma Iwaszko Maja Lipowska

Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne: Anna Pol

Zdjęcie na okładce: © www.sutton-images.com

 

Zdjęcia zamieszczone w książce:

1 © Klemantaski Collection/ Getty Images / FPM

2 © Corbis/Fotochannels

3 © Corbis/Fotochannels

4 © Bryn Colton/ Getty Images / FPM

5 © Bryn Colton/ Getty Images / FPM

6 © Corbis/Fotochannels

7 © Clive Rose/ Getty Images / FPM

8 © Corbis/Fotochannels

9 © Tony Duffy/ Getty Images/ FPM

10 © Pascal Rondeau/ Getty Images / FPM

11 © Corbis/Fotochannels

12 © Corbis/Fotochannels

13 © Corbis/Fotochannels

14 © Dan Kitwood/ Getty Images / FPM

15 © Mark Thompson/ Getty Images / FPM

16 © David Rose/ Getty Images / FPM

17 © Mark Thompson/ Getty Images / FPM

18 © Mark Thompson/ Getty Images / FPM

 

ISBN 978-83-933758-9-9

 

Wydawnictwo Marginesy

ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa

tel. / fax 22 839 91 27, 48 696 451 127

redakcja@marginesy.com.pl

Warszawa 2012

 

Konwersja:


Dla Leo i Bena


1
Monako, niedziela 16 maja 2010

– Bernie! Bernie! Kochanie! – wysoka czarnoskóra piękność obsypuje pocałunkami drobnego mężczyznę. Uwięziony w chybotliwej metalowej klatce siedemdziesięciodziewięciolatek podnosi głowę i uśmiecha się do tryskającej energią modelki.

– Cześć, Naomi – odpowiada.

Z kąta jadącej w dół prowizorycznej windy przygląda się temu w milczeniu pomarszczona twarz ukryta za okularami przeciwsłonecznymi i bejsbolówką. Kilka sekund później drzwi otwierają się ze szczękiem. Trzydziestu rozwrzeszczanych dziennikarzy wita Micka Jaggera, Naomi Campbell i Berniego Ecclestone’a wychodzących na monakijskie słońce.

– Gdzie możemy obejrzeć wyścig, Bernie? – krzyczy Jagger.

– W moim camperze – odpowiada mężczyzna o wyglądzie chochlika, spychając ze swojej drogi krzepkich kamerzystów.

Ważący sto pięćdziesiąt kilogramów ochroniarz bezradnie stoi z boku. Ścigana przez kamery grupka kieruje się w stronę bramy strzegącej dostępu do „campera” – luksusowego szarego autokaru z przyciemnionymi szybami, klimatyzacją, izolacją dźwiękową i skórzaną tapicerką. Wyposażony w obejmujące każdy kąt ukryte kamery, stoi zaparkowany przy wjeździe na zaplecze toru, ekskluzywny teren portowy wciśnięty między wzgórze a morze i zarezerwowany dla ludzi z Formuły 1. Ecclestone, który dzięki chłopięcej fryzurze wygląda na dwadzieścia lat młodszego, niż jest w rzeczywistości, lubi zaskakiwać.

– Wody? – pyta gości, gdy siadają, żeby obejrzeć początek sześćdziesiątego ósmego Grand Prix Monako.

Czterdzieści minut wcześniej Bernie Ecclestone wyłonił się z tej samej windy i ujrzał jeszcze większy młyn. „Tutaj, Jennifer!”, krzyczeli paparazzi. „Jennifer, kochamy cię!”, wtórował im tłum na wzgórzu i na trybunach z widokiem na tor wyścigowy. Jennifer Lopez wpadła niespodziewanie na spotkanie z Berniem. „Jennifer chce zobaczyć samochody”, wyjaśnił sir Philip Green, biznesmen goszczący gwiazdę na zacumowanym w pobliżu siedemdziesięciometrowym jachcie „Lionheart”. Trzy dni później Green zamierzał otworzyć sklep Topshop w londyńskim Knightsbridge, więc każda reklama z udziałem hollywoodzkiej gwiazdy i Formuły 1 była dla niego cenna. „Okej, pomogę”, powiedział Ecclestone, porzucając lunch z homara, którego osobiście kupił rano w monakijskim supermarkecie. Ramię w ramię, poprzedzani szpalerem idących tyłem fotografów, Ecclestone, Lopez i Green ruszyli w stronę dwunastu boksów, w których mechanicy przygotowywali bolidy do popołudniowego grand prix.

– Są takie maleńkie – zachwycała się Lopez, spoglądając na nagie osie renault Roberta Kubicy. – Gdzie się podziały koła?

– Sprzedaliśmy je – zażartował Ecclestone.

– Nie zmieściłabym się w środku – roześmiała się po chwili J-Lo. – Siedzenie kierowcy jest bardzo małe.

– Jakoś byśmy cię tam wcisnęli – odpowiedział rozbawiony Green. – A potem zszylibyśmy na tobie ubranie.

– Dzięki za reklamę, Bernie – dorzucił szef Renault.

Ecclestone i Lopez przeszli do sąsiedniego boksu Ferrari. Zdjęcia J-Lo obok czerwonego bolidu były marzeniem każdego speca od reklamy zatrudnianego przez ten zespół. Uzasadniały wydanie czterystu milionów dolarów na dziewiętnaście wyścigów z udziałem Ferrari w ciągu zaledwie jednego roku.

Dwadzieścia minut przed startem atmosfera była napięta. Zazwyczaj nie wpuszczano wówczas gości, ale złamano tę zasadę dla człowieka, dzięki któremu wszyscy się wzbogacili.

– Cześć, Bernie – powitał go siwowłosy mężczyzna w tłumie przed stanowiskiem Ferrari.

– Miło cię widzieć, Michael – odpowiedział Ecclestone.

– Jak twoja córka, Bernie?

– Wspaniale – rzucił popychany dalej Ecclestone.

„Michael Douglas to porządny facet”, powiedział Ecclestone kilka sekund później, żałując, że nie spędził więcej czasu z aktorem, który przyleciał na grand prix specjalnie z festiwalu w Cannes.

Lopez ruszyła z powrotem do portu, a Ecclestone zaczął się przechadzać po polach startowych, obok dwudziestu dwóch pojazdów szykujących się do wyścigu. Przy wtórze radosnych okrzyków z trybun prawdziwy gwiazdor tego spektaklu ściskał wyciągnięte dłonie i błądząc wzrokiem, odwzajemniał uśmiechy.

– Wyglądasz na wyluzowanego – zauważył Ecclestone, witając się z Nikiem Rosbergiem, który stał przy swoim mercedesie.

– W środku jestem kłębkiem nerwów – odparł niemiecki kierowca.

Obok przeszedł książę Albert, panujący władca Monako. Poprzedniego wieczoru Ecclestone nie poszedł do niego na przyjęcie w pałacu. Jako ostatnie Bernie minął dwa pojazdy Virgin.

„Groszowe przedsięwzięcie – skomentował podjętą przez Richarda Bransona próbę ustawienia się w światłach reflektorów Formuły 1. – Płaci za bilet w klasie ekonomicznej, a powinien płacić za biznesową. Powiedziałem mu: «Próbujesz załatwić robotę na miarę rolls-royce’a, a masz tylko cortinę». Nie da rady. Formuła 1 jest dla prawdziwych bogaczy”.

„To Lakshmi Mittal”, mruknął później, zauważając indyjskiego mag­nata stalowego, posiadacza majątku wycenianego na ponad dwadzieścia miliardów funtów. Mittal stał obok dwóch pojazdów Force India i rozmawiał z Vijayem Mallyą, właścicielem browarów Kingfisher. Dwa dni wcześniej Ecclestone zjawił się na olbrzymim jachcie Mallyi zacumowanym obok jachtu Philipa Greena. Plany zorganizowania wyścigów Formuły 1 w dwa tysiące jedenastym roku w Indiach zależały od wyniku negocjacji Ecclestone’a z indyjskim rządem. Kiedy szybko podsumowywali dyskusje na temat planów Mallyi, który zamierzał zostać maestrem grand prix na subkontynencie, w uszach Hindusa połyskiwały ogromne diamentowe kolczyki.

„Bernie! Bernie!”, krzyczały setki brytyjskich widzów na trybunach przykrytych ich flagą narodową. Kierowali aparaty fotograficzne w stronę faceta ikony idącego po skąpanym w słońcu torze, ale Ecclestone prawie nie zauważał ich obecności. „Dzisiaj biją brawo, a jutro będą gwizdać”, stwierdził antybohater.

Za trybunami, na tarasach i balkonach, tysiące ekstrawaganckich imprezowiczów stukało się kieliszkami szampana, zwracając lornetki w stronę kroczącej środkiem drogi postaci w białej koszuli. Klub superbogaczy w lśniących rolls-royce’ach, bentleyach i ferrari zjawiał się w mekce Formuły 1 co roku od tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego, dowodząc słuszności słów Williama Somerseta Maughama, który nazwał Monako „słonecznym miejscem dla typów spod ciemnej gwiazdy”. Dla członków tego klubu Ecclestone był bohaterem.

W ciągu ostatnich trzydziestu sześciu lat Bernie Ecclestone przemienił Formułę 1 ze sportu dla garstki entuzjastów w jedną z najchętniej oglądanych imprez świata. Gwizdy – a w ciągu tych wszystkich lat słyszał je często – wydobywały się z ust pierwszych właścicieli zespołów, którzy dzięki Ecclestone’owi stali się wystarczająco bogaci, by kupować jachty, prywatne samoloty i niezliczone domy. Skąpili oni wdzięczności źródłu swoich fortun. Tylko wtajemniczeni wiedzieli, że od ubiegłorocznego Grand Prix Monako rany po bratobójczej walce w Formule 1 jeszcze się nie zagoiły. Władca marionetek żył w zbudowanej przez siebie złotej klatce otoczonej odmieńcami. Miliarder wiedział, że paradowanie z gwiazdami potwierdza jego niezbędność. W dobie recesji takie okazje, jakie trafiały się w Monako, były rzadkością.

Tamtego ranka przez „Kreml” Ecclestone’a, jego luksusowy camper, przewinęła się cała procesja ludzi przybyłych w interesach. Bernie witał każdego gościa kilkoma słowami wypowiadanymi z południowolondyńskim akcentem i wyrażającymi jego stanowisko w negocjacjach. Często kończył je zdaniem: „Po prostu zrób, jak mówię, załatwimy to później”. Na zewnątrz Flavio Briatore, zdyskredytowany włoski biznesmen, zorganizował inny spektakl. Aby odzyskać dobre imię w Formule 1, fotografom pozował z Ecclestone’em. Otoczeni pstrykaniem czterdziestu aparatów zauważyli Michaela Schumachera, który udzielał wywiadów. Niemiec, podobnie jak Włoch, pragnął wrócić do łask. Cynicy nazwali ich później: „pozerzy z zabawkami”. Nikt nawet nie zauważył Richarda Bransona, który w oddali szedł do swojego ciemnego campera.

Kilka minut przed rozpoczęciem wyścigu Ecclestone, Mick Jagger i Naomi Campbell usiedli w głębokich skórzanych fotelach odgrodzonych od rozrywającego bębenki ryku dwudziestu dwóch podrasowanych silników zbudowanych po to, by pędzić z prędkością trzystu dwudziestu kilometrów na godzinę. Wąski tor w Monako to największe wyzwanie dla umiejętności kierowcy. Już w pierwszych minutach wyścigu wiodącego przez najdroższe grunty Europy samochód Williamsa rozbił się o metalową barierę. Koło i skrzydło roztrzaskały się na zakręcie.

– Już po nim – skwitował Mick Jagger, prosząc przyjaciółkę, żeby pstryknęła mu zdjęcie z Ecclestone’em przed ekranem telewizora. Kilka minut później z silnika Jensona Buttona z zespołu McLarena buchnął dym. Ubiegłoroczny mistrz świata odpadł, pogrążony przez niedbałość mechanika. – Dużo się dzieje w ciągu pierwszych pięciu minut – mruknął.

– Jest nerwówka i na torze nikt nie ma lekko – zgodził się Ecclestone.

Dwie gwiazdy, obie pochodzące z Dartford na południu Londynu, łączyło zuchwałe podejście do życia.

„Niebywałe wyzwanie – powiedział o torze w Monako australijski kierowca Mark Webber tuż przed wyścigiem. – Tor sam wymierza sprawiedliwość, bo na nim nie ma różnicy między drobną pomyłką a dużym błędem. Wynik jest taki sam: rozbity bolid”.

I Jagger, i Ecclestone uwielbiali mrożące krew w żyłach przejażdżki.

– Robicie jakieś trasy? – zapytał sportowy car króla rocka, oglądając się przez ramię.

– E, nie – odparł wychudzony sześćdziesięciopięciolatek, spoglądając na L’Wren Scott, swoją mierzącą metr osiemdziesiąt dziewczynę. – Jeśli będziesz tu w środę, Bernie – ciągnął Jagger – wpadnij do Cannes na nasz nowy film*. Szykujemy imprezę.

Ecclestone ledwie skinął głową. Od zawsze unika imprez.

– Kochanie, zadzwonię, kiedy się obudzę – mówiła Naomi Campbell do słuchawki, przeciągając samogłoski. Modelka siedziała na drugim końcu campera i uchylała się od pracy. – Wtedy zadecyduję, czy mogę się z tobą zobaczyć. Nie chcę ci sprawić zawodu.

Po zakończeniu rozmowy zwróciła się do przyjaciela:

– Jestem głodna. Zjedzmy jakiś lunch.

Towarzystwo Jaggera czekało na łódź, która miała ich zabrać na jacht „Lionheart”.

– Łódź już jest! – oznajmił niezwykle gruby chłopiec na posyłki, który słynął z tego, że kręci się koło celebrytów.

„Lionheart” cumował zaledwie pięćdziesiąt metrów dalej. Campbell przecisnęła się w stronę Ecclestone’a, żeby się pożegnać.

– Będziesz tylko sześć łodzi od „Force Blue” – wesoło zauważył Bernie.

– Wiem – uśmiechnęła się – ale nie zamierzam wpaść z wizytą.

Żart dla wtajemniczonych nawiązywał do właściciela „Force Blue”, Flavia Briatorego. Siedem lat wcześniej Naomi Campbell była jego dziewczyną. Wtedy cieszył się mianem gwiazdy Formuły 1. Potem okrył się złą sławą.

„Przeszłość Flavia nigdy nie była dla mnie problemem”, mówił Ecclestone tym, którzy podawali w wątpliwość ich przyjaźń. Niektórzy snuli przypuszczenia, że ta nietypowa dla Ecclestone’a wyrozumiałość przypieczętowała jego lojalność wobec włoskiego ekshibicjonisty.

Ecclestone spędził weekend w imprezowym pałacu Briatorego. Pisarka Danielle Steel i inni multimilionerzy wyczarterowali go za dwieście pięćdziesiąt tysięcy euro tygodniowo, z dodatkowo płatnym jedzeniem, paliwem i napiwkami. Cztery dni wcześniej, lecąc razem z Biggin Hill, należącego między innymi do Ecclestone’a lotniska na południu Londynu, do Nicei falconem 7X Berniego, jednym z najszybszych prywatnych odrzutowców na świecie, dyskutowali o naprawieniu burzliwej kariery Briatorego w Formule 1. Dawniej Włoch był gwiazdą jako szef Renault, lecz w dwa tysiące dziewiątym roku zszedł ze sceny w atmosferze skandalu. Jego oskarżycielem i sędzią był Max Mosley, także splamiony skandalem. Docinki i zarzuty, jakimi nękali się nawzajem Mosley, Briatore i Ecclestone w ciągu dwóch poprzednich lat, były godne najwspanialszego dramatu Szekspira. „Max mi zazdrości – skarżył się Briatore Ecclestone’owi w czasie lotu. – Zgodziłem się nawet zatrudnić Alexandra”, dodał, mając na myśli syna Mosleya, który zmarł w dwa tysiące dziewiątym roku, prawdopodobnie po przedawkowaniu narkotyków. Obydwaj zgadzali się co do tego, że Mosley lubi sprawować władzę, ale nie byli jednomyślni co do niego samego. Związek Ecclestone’a z Mosleyem w ramach Formuły 1 zaczął się pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku i pomimo nieporozumień został scementowany ich niezwykłym sukcesem. Flavio Briatore pojawił się później. Znaczną część swojego majątku zawdzięczał Ecclestone’owi, lecz w dwa tysiące dziewiątym roku został powszechnie oskarżony o dążenie do odebrania swojemu mentorowi miana bossa Formuły 1. Pojednanie wprawiło wszystkich w zdumienie. „Ludzie mówią, że nie powinienem się zadawać z Flaviem i innymi oszustami – przyznał Ecclestone. – Dlaczego miałbym się tym przejmować? Wiem swoje. W Formule 1 wszyscy oszukują. Po prostu nie powinien był dać się przyłapać. Wycierpiał więcej, niż powinien”.

Życie na pokładzie odrzutowca Ecclestone’a za czterdzieści osiem milionów dolarów odzwierciedlało wstrzemięźliwość właściciela. Briatoremu zaproponowano wodę albo kawę. W porze lunchu nie było nic do jedzenia. Zajrzawszy do schowka, Ecclestone odkrył paczkę lentilków Smarties. Podzielił się jej zawartością z dwoma współpasażerami. Potem pogrzebał głębiej i znalazł paczkę chipsów Hoola Hops. Briatore, opalony i brzuchaty, właściciel restauracji Cipriani w Londynie oraz domów w Londynie, Nowym Jorku i na Sardynii, nie chciał ich skosztować. Zanim samolot wylądował w Nicei, zgodził się zaprosić Mosleya na uroczystą kolację na pokładzie „Force Blue”. W przededniu grand prix doszło do pojednania. Kiedy Briatore na chwilę się oddalił, Ecclestone porównał go do Rona Dennisa, swojego odwiecznego wroga i ojca sukcesu McLarena: „Kiedy Flavio wbijał mi nóż w plecy, czarował mnie, mówiąc: «Utrata odrobiny krwi dobrze ci zrobi». Ale gdy atakuje Ron, chce, żebyś wiedział, że to właśnie on przejął kontrolę i cię zabił”. Ecclestone przetrwał mimo wielu ambitnych zamachowców, ale cały czas wystrzegał się przekonania o własnej nieomylności: „Nie chce się wierzyć ludziom, którzy powtarzają, że są uczciwi”.

Z lotniska przewieziono Ecclestone’a i Briatorego do heliportu. Ecclestone uregulował należność, płacąc ze zwitka banknotów o nominale pięciuset euro. Na szczęście dla sprzedawcy biletów Ecclestone nie przyjmuje reszty. Po sześciominutowym locie dwaj mężczyźni wsiedli do czekającej już łodzi i zostali powitani przez siedemnastoosobową załogę „Force Blue”.

Trzy dni później, w przeddzień wyścigu, Flavio Briatore i Elisabetta Gregoraci, jego trzydziestoletnia żona i była modelka Wonderbra, pełnili rolę hojnych gospodarzy, podejmując na kolacji siedemdziesiąt osób. Część gości była znana kolumnom towarzyskim. Boris Becker, Tamara Beckwith, Nick Candy i Goga Ashkenazi regularnie goszczą na łamach ilustrowanych magazynów. Briatore ucieszył się, że Robert Kubica, kierowca Renault, wpadł na drinka ubrany w firmowy strój. Formuła 1 uczyniła z Briatorego bogacza i Flavio chciał wrócić do gry. Mosley w ostatniej chwili zrezygnował z przybycia.

„Flavio udzielił włoskiej gazecie niepochlebnego wywiadu na mój temat – wyjaśnił, siedząc w swoim monakijskim mieszkaniu. – Powiedział dziennikarzowi, że mi wybaczył”. Briatore nie okazał skruchy za swoją kąśliwość. Uważał, że Mosley popsuł mu reputację i że doprowadził go do ruiny. Zamiast pojechać na przyjęcie na jachcie, Mosley wybrał się na kolację wydaną dla osiemdziesięciu osób przez Jeana Todta, swojego następcę na stanowisku przewodniczącego FIA (Fédération Internationale de l’Automobile z siedzibą w Paryżu), na pokładzie „Maltese Falcon”, największego na świecie prywatnego jachtu, który cumował nieopodal. Wśród gości Todta byli Michael Schumacher i inne gwiazdy Formuły 1. O północy Briatore poprowadził grono wybrańców do swojego klubu Billionaire w Monte Carlo. Ceny stolików sięgają tam dziesięciu tysięcy euro za wieczór, ale klub był prawie pełny, co w czasie recesji jest nie lada osiągnięciem. Tydzień później żeglujący po włoskich wodach „Force Blue” został zatrzymany przez lokalną policję. Briatoremu postawiono zarzut niezapłacenia podatków w wysokości czterech i pół miliona funtów. Mosley nie okazał smutku. Ecclestone podszedł do sprawy pragmatycznie. Zranione ego było częstym zjawiskiem w jego branży. Podczas pobytu w Monako Ecclestone mediował w konfliktach, rozwiązywał problemy, ale również negocjował warunki dostaw opon na następny sezon.

Jakość opon może zadecydować o wygranym lub przegranym wyścigu. Bridgestone, japoński producent opon, przez dwanaście lat dostarczał zespołom Formuły 1 do trzydziestu tysięcy opon rocznie – ich wartość sięgała mniej więcej czterdziestu milionów dolarów – i robił to za darmo. W zamian regularnie emitowane w czasie wyścigów reklamy w telewizji ponad stu krajów zapewniły marce Bridgestone światowy sukces. W dwa tysiące dziewiątym roku, nasyciwszy się rynkowym triumfem, Bridgestone postanowiło zakończyć kontrakt. Trzej dostawcy – Michelin, Pirelli i Avon – zaoferowali zespołom własne wyroby, ale za określoną cenę. Kilka tygodni wcześniej Jean Todt obiecał francuskiej korporacji Michelin, że każdy z zespołów zapłaci trzy miliony dolarów za dostawę opon na jeden sezon. Ecclestone podejrzewał, że Todt może być stronniczy i działać na korzyść Michelina, między innymi dlatego, że jego syn miał nadzieję na stworzenie nowego zespołu. Ecclestone potraktował Todta oschle i sprzeciwił się jego wyborowi. Podczas pobytu w Monako wynegocjował z Avonem dostawę opon za półtora miliona dolarów i jednocześnie zachęcił koncern Pirelli do przebicia tej oferty. „Zadecydują zespoły, nie Todt – powiedział menedżerom zespołów Formuły 1. – Zostawcie to mnie – dodał poufałym, południowolondyńskim tonem. Zamierzał zwyciężyć w tej bitwie. – Ja z nim nie przegram”.

Ecclestone prowadził negocjacje w imieniu Formuły 1 od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego roku. Biznes miał w genach i tylko nieliczni mogli z nim rywalizować w tej dziedzinie. Wynegocjowanie umowy na dwieście kompletów opon dla każdego z zespołów było dla niego bułką z masłem, ale sukcesu tego przedsięwzięcia potrzebował do życia jak tlenu. Przed opuszczeniem Monako negocjator z Michelina przystał na warunek Ecclestone’a i obniżył cenę o połowę. Podczas wizyty w camperze Ecclestone’a Norbert Haug, szef zespołu Mercedesa, zatwierdził uzgodnienia. Ale Ecclestone chciał więcej. Każdy mały sukces pomnożony przez miliardowy roczny budżet tego sportu potwierdzał jego dominację. Codziennie jeden człowiek dbał o potrzeby dwunastu zespołów, dziewiętnastu torów wyścigowych, niezliczonych sponsorów, rządów osiemnastu państw, ponad stu nadawców i organów nadzorujących ten sport, aby produkować nieskazitelną rozrywkę. Rzadko jednak oglądał wyścig do końca.

W połowie grand prix Ecclestone opuścił swój camper, pożegnał się z osobami stłoczonymi w jego prywatnej kantynie, między innymi z Nikim Laudą, i ruszył w stronę heliportu. Nie chciał utknąć w korku, więc nigdy nie czekał na chwilę, w której opada kraciasta chorągiewka. Dwadzieścia minut później, siedząc w swoim falconie, rozparł się w miękkim skórzanym fotelu i przeczytał relację „Observera” z wyścigu w Monako. Pod nagłówkiem: „Na ulicach, gdzie rodzą się bohaterowie, na każdym kroku czyha katastrofa” zobaczył ziarniste czarno-białe zdjęcie z wyścigu w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym roku. Na czele ośmiu samochodów znajdował się Juan Manuel Fangio, legendarny argentyński kierowca. „Mam te dwa ferrari, to maserati i tę lancię”, powiedział Ecclestone, wskazując z dumą zdjęcie rozpędzonych starych bolidów ścigających się wokół zniszczonych przed laty domów. Ecclestone z nostalgią wspominał „dawne czasy” i swoją kolekcję osiemdziesięciu zabytkowych pojazdów Formuły 1, ustawionych jak na wystawie w muzeum w jego hangarze w Biggin Hill.

Kiedy falcon zniżył lot nad ujściem Tamizy, kierując się w stronę prywatnego pasa do lądowania, Ecclestone spojrzał na Dartford. „Odkąd się stąd wyniosłem, nigdy tu nie zaglądałem – powiedział. – Nic ciekawego”. Po krótkiej chwili milczenia przysunął się bardziej do okna. „Ten dom był mój, i ten…”. Zawiesił głos. Nieliczni naoczni świadkowie początku jego osobistego wyścigu na szczyt nadal żyją, ale szepczą o ofiarach tego triumfalnego marszu naprzód. „Nie jestem aniołem”, przyznaje Ecclestone. Czas zmiękczył twarde krawędzie, ale stalowy rdzeń pozostał.

Jadąc z lotniska w Biggin Hill do domu w Kinightsbridge, Ecclestone rozmyślał o następnym wyścigu w Stambule. Zdał sobie sprawę, że trzeba będzie przetransportować camper statkiem z Monako przez Morze Śródziemne. „Marnotrawstwo”, mruknął. Siedzący z tyłu samochodu z napędem na cztery koła Pasquale Lattuneddu, magik z Sardynii zwerbowany przez Slavicę, byłą żonę Ecclestone’a, zrozumiał wiadomość. Kilka sekund później rozmawiał z Karlem-Heinzem Zimmermanem, austriackim „gospodarzem” campera Ecclestone’a. „Zabukowaliśmy transport autokaru z Włoch do Stambułu”, oznajmił Zimmerman. „Pan E. chce z niego zrezygnować”, odparł Lattuneddu. Oszczędny styl życia Berniego Ecclestone’a był odzwierciedleniem jego pochodzenia.


2
Hazard

Rodzice Bernarda Ecclestone’a nie przywykli do świętowania. Nigdy nie dawali sobie prezentów w Boże Narodzenie i nie zasiadali do tradycyjnego lunchu, a Bertha Ecclestone nie wyprawiała synowi przyjęć urodzinowych. Taki stan rzeczy uległ zmianie w dniu jego ósmych urodzin, po przeprowadzce do południowo-wschodniej części Londynu. Dwudziestego ósmego października tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego roku ciotka May, siostra matki Ecclestone’a, upiekła tort, przygotowała kanapki i zaprosiła sąsiadów. Oszołomiony Bernard uciekł z domu i snuł się ulicami Dartford aż do zmroku.

„Martwili się o mnie”, zauważył, kiedy w końcu wrócił do domu. W ciągu następnych siedemdziesięciu dwóch lat, podczas których uprawiał hazard, ubijał interesy i toczył boje, żeby zgromadzić fortunę – co najmniej cztery miliardy dolarów w gotówce – Bernard Charles Ecclestone unikał celebrowania swojego życia i sukcesów.

Podczas regularnego popijania kawy w sobotnie poranki w Fortnum & Mason w Piccadilly jego najstarsi przyjaciele z Dartford – bukmacher, krawiec, treser koni i deweloper, wszyscy grubo po siedemdziesiątce – snuli domysły na temat gospodarza: czy kiedykolwiek był naprawdę szczęśliwy. Nie zważając na prywatne odrzutowce, luksusowy jacht, rezydencje w Chelsea i w innych zakątkach Europy oraz na jego fortunę, szukali oznak emocji ukrytych za złośliwymi żarcikami i na twarzy urwisa przysłoniętej ciemnymi okularami i siwą grzywką. Zgodnie doszli do wniosku, że Bernie nigdy nie zapomniał o swoich korzeniach, lecz z drugiej strony nigdy nie wspominał o szczęściu.

Okoliczności jego narodzin w Saint Peter w hrabstwie Suffolk 28 października tysiąc dziewięćset trzydziestego roku były trudne. Sidney Ecclestone, drobny cichy dwudziestosiedmioletni rybak, próbował związać koniec z końcem, pracując na rozklekotanym trawlerze „Elnet”, którym wypływał z Lowestoft na połów śledzi i makreli na Morzu Północnym. Bertha, jego dwudziestotrzyletnia żona, rządziła w domu. Dzieląc obowiązki z Rose Westley, swoją mieszkającą w pobliżu matką, żądała od Sidneya przynoszenia pieniędzy w dniu wypłaty. Surowa dyscyplina związana z finansami, czystością i moralnością kształtowała atmosferę w Hawk House, ich domu o grubych ścianach, bez łazienki i bieżącej wody. Izolacja była naturalną koleją życia mieszkańców wiosek otaczających South Elmham, połączonych jedynie wąskimi drogami przecinającymi pola pszenicy w Suffolk. Przed narodzeniem Bernarda jedynym wartym wzmianki wydarzeniem w życiu Ecclestone’ów było wyrzucenie „Elnet” na plażę podczas burzy w tysiąc dziewięćset dwudziestym ósmym roku. Od tamtej pory Sidney próbował uciec przed trudami życia na morzu.

Na przełomie wieków rodzina Sidneya Ecclestone’a opuściła hrabstwo Kent, żeby podjąć pracę w rodzącej się branży drukarskiej w Norwich, ale Sidneyowi brakowało wiary w siebie, by utrzymać posadę wymagającą określonych umiejętności. Kiedy Bertha zaczęła się martwić o zdrowie syna, słynący z zawsze wyglansowanych butów ojciec porzucił rybołówstwo, żeby nająć się jako pomocnik w gospodarstwie rolnym. Gdy Bernard miał mniej więcej dwa lata, jego matka nabrała przekonania, że dziecko ma wadę wzroku. Z Berniem przywiązanym do pleców pokonała rowerem trzydzieści kilometrów dzielących ich od szpitala w Norwich. Diagnoza była brutalna. Bernard okazał się niemal całkiem ślepy na prawe oko, a wada była nieuleczalna.

Trzy lata później mały Ecclestone przyjechał zaprzężonym w konia wozem mleczarza do zerówki w Wissett, pobliskiej wiosce. Popołudniami, pod surowym okiem matki i babki, które uczyły go „odróżniać dobro od zła”, posłusznie wypełniał domowe obowiązki, między innymi zbierając koński nawóz do ogródka. „Niczego nie marnuj – powtarzał mu Sydney – ale zawsze kupuj najlepsze, na co cię stać”. Było to chyba jedyne kazanie wygłoszone przez ojca Berniego. Teraz, patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, Ecclestone dochodzi do wniosku, że w dzieciństwie nie zakosztował zbyt dużo życia rodzinnego. Jego rodzice rzadko ze sobą rozmawiali – chyba że matka wpadła w złość – i nigdy nie wyjeżdżali na wakacje. Nie odwiedzali nawet pobliskich plaż. Ecclestone widział morze tylko dwa razy, dzięki wycieczce zorganizowanej przez miłego sąsiada.

W połowie lat trzydziestych XX wieku Bertha i Sidney zdali sobie sprawę, że w Saint Peter nie ma przyszłości dla ich syna. Pompowanie wody na podwórzu za domem, kiepska edukacja i opieka zdrowotna oraz brak perspektyw zawodowych sprawiały, że życie było tam zbyt trudne. W tysiąc dziewięćset trzydziestym piątym roku May, siostra Berthy, przeprowadziła się do Dartford w hrabstwie Kent razem z mężem, sprzedawcą ryb, a następnie dołączyła do nich matka Berthy i May. W trzydziestym ósmym roku Bertha, będąc w ciąży z drugim dzieckiem, postanowiła pójść za ich przykładem. Wynająwszy parterowy dom w Priory Close, Sidney znalazł pracę na stanowisku operatora dźwigu w miejscowej fabryce, a Bernard poszedł do zerówki w West Hill oddalonego od domu o niespełna kilometr. W tamtym roku przyszło na świat drugie dziecko Berthy, córka Marion. W życiu brata pozostaje prawie nieobecna. Rok później wybuchła druga wojna światowa i Ecclestone’owie mieli dobre powody, by wyrzucać sobie głupotę, która skłoniła ich do zamiany zacisznego domu w Suffolk na życie pod korytarzami powietrznymi niemieckich bombowców pędzących nad ujściem Tamizy w stronę Londynu. „Dzisiaj nas zbombardują”, oznajmił Sidney trzeciego września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku. Bernie patrzył, jak rodzice zasłaniają okna, żeby ochronić się przed spadającym szkłem i zaciemnić dom. Tamtej nocy zawyła syrena przeciwlotnicza, ale alarm okazał się fałszywy.

Nie zważając na zagrożenie, Bertha nie zgodziła się na ewakuowanie Bernarda na wieś razem z większością londyńskich dzieci. Uznawszy, że lichy schron Andersona postawiony w ogródku zapewni jej rodzinie odpowiednią ochronę, podjęła ważną decyzję, która miała ukształtować charakter i karierę jej syna. Stawiając raczej na dawanie Bernardowi dobrego przykładu i miłości niż na zamęczanie go wykładami, pozwoliła, by sam kierował własnym życiem. Rodzice rzadko rozmawiali z Berniem. Brakowało im wyraźnych więzi emocjonalnych. Nigdy nie okazywali ani nie analizowali uczuć. Bertha była jedynie wymagająca i wspierała syna, wyrabiając w nim samokrytycyzm i ambicję. Co najważniejsze, nigdy nie wyrażała wątpliwości związanych z którąkolwiek z podjętych przez siebie decyzji. Najbardziej jaskrawym tego przykładem było jej postanowienie zostania w Dartford.

W maju tysiąc dziewięćset czterdziestego roku, kiedy brytyjską armię ewakuowano spod Dunkierki, bombowce Luftwaffe rozpoczęły naloty na fabryki broni ulokowane niedaleko domu Ecclestone’ów, by później skierować się ku londyńskim dokom nad Tamizą, doskonale widocznym za polami z ich ogrodu. Niemieckie bombowce codziennie przelatywały nad dzielnicą Ecclestone’ów, ochrzczoną przez miejscową ludność mianem „alei bomb”. Podczas „wojny błyskawicznej” (niem. Blitzkrieg) Ecclestone co noc widział ze schronu płomienie nad Londynem. Za dnia obserwował powietrzne walki spitfire’ów startujących z pobliskiego lotniska Biggin Hill, żeby atakować Luftwaffe. Podczas bitwy o Anglię Bernie bawił się z kolegami na gruzowiskach, zwłaszcza wśród zgliszczy miejscowego pośredniaka, gdzie zbierali dobrą i zużytą amunicję, rzucali się szrapnelem i oglądali pozostałości po zniszczonych biurach i domach.

Wojna zakłóciła proces kształcenia wszystkich dzieci. Większość nauczycieli została powołana do służby i zastąpili ich uchodźcy. W West Hill trzydzieścioro dzieci z klasy Ecclestone’a uczyli Polacy i Belgowie. Wśród surowych krzewicieli dyscypliny znalazł się wyjątkowy nauczyciel matematyki, który odegrał ważną rolę w życiu niezwykle drobnego, ale pewnego siebie chłopca. W epoce ubóstwa, reglamentacji i niedostatku uczniowie często wymieniali się różnymi przedmiotami. „Zamianki” były dla małego Ecclestone’a szczególną atrakcją. Na początku wymieniał się na mleko i herbatniki rozdawane w szkole. Potem w ruch poszły zabawki. Targowanie się, by zdobyć lepszą zabawkę, stało się dla niego czymś w rodzaju instynktownego działania. Ku zaskoczeniu Dona Coxa, jego przyjaciela, Ecclestone wymieniał się nawet na prezenty urodzinowe. „Czy twoja mama nie ma nic przeciwko temu?”, zapytał Berniego. „Jasne, że nie”, odparł Ecclestone.

W domu Bertha pozwoliła „Bungayowi” – bo tak nazywała syna – zarekwirować drewnianą szopę sąsiadującą ze schronem przeciwbombowym w głębi ogrodu. Mimo duchoty Ecclestone godzinami rozkręcał tam maszyny, silniki i stare rowery. Wyszkolony przez Sidneya, wiecznego majsterkowicza, pozyskiwał łożyska kulkowe, łańcuchy i koła, a po ich ponownym skręceniu szukał następnej maszyny do naprawy. „Staraj się jak najlepiej wykorzystać to, co masz”, powtarzała synowi Bertha.

Przeprowadzka do szkoły średniej w Dartford West Central w tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym roku, kiedy Bernie miał jedenaście lat, wprowadziła do jego życia pewną zmianę. Stanąwszy w obliczu ograniczonych zasobów finansowych w domu i pragnienia niezależności, codziennie wczesnym rankiem, przed pójściem do szkoły, robił dwie rundki, roznosząc gazety. Zawsze było słychać, kiedy zbliżał się do czyjegoś domu. Zgodnie z poleceniem Sidneya podkuł buty, żeby starczyły na dłużej. Po rozniesieniu gazet wyruszał do szkoły, mijając po drodze piekarnię przy dworcu kolejowym. Za pieniądze z gazet kupował ciastka i bułki, które potem sprzedawał na przerwie na boisku z dwudziestopięcioprocentowym zyskiem. „Mikrus”, jak go złośliwie nazywano, zdał sobie sprawę, że jego fizyczne i finansowe przetrwanie zależy od pomysłowości. Gnębiony na podwórku – przyznaje, że „dość często dostawał w skórę” – zaprzyjaźnił się z wyższymi, muskularnymi chłopcami i płacił im za ochronę swoich interesów i pieniędzy. „Niscy ludzie muszą sporo walczyć – mruknął. – Muszą walczyć o przetrwanie. Nauczyłem się toczyć tylko te bitwy, które miałem szansę wygrać. W przeciwnym razie uciekałem”. Jego ambicją był zakup roweru.

„Nie chciałem zawracać rodzinie głowy prośbami o to, żeby mi cokolwiek kupowano – wyjaśnił. – Chciałem sam na siebie zarabiać. Zresztą i tak wiedziałem, że rodzice nie mają pieniędzy. Kiedy czegoś zapragnąłem, uwijałem się dopóty, dopóki tego nie zdobyłem. Byłem niezależnym draniem”.

W ciągu następnego lata, chcąc zwiększyć swoje dochody podczas wakacji, zbierał warzywa w gospodarstwie rolnym w hrabstwie Kent. W tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim roku w końcu kupił sobie rower. Po szkole ścigał się z przyjacielem Donem Coxem wokół Herne Hill, a w weekendy pedałował do Brighton i wracał jeszcze tego samego dnia, pokonując około stu dziesięciu kilometrów. Wpadając potem do domu Ecclestone’a na herbatę, Cox zawsze był pod wrażeniem zwyczajów Berthy, która lubiła „walić pięścią w stół” i narzekać na rząd. „Twoja mama bardzo się interesuje polityką – skomentował Cox, który po śmierci ojca na trawlerze w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim roku zbliżył się do Ecclestone’a. – A twój tata zawsze był tutaj, z wami”, dodał, wdzięczny Berniemu za to, że dzielił z nim smutek. Sidney uniknął powołania do wojska. „On nie chce walczyć”, wyjaśnił Ecclestone. Zamiast pójść na front, Sidney został członkiem cywilnej obrony przeciwlotniczej. Jego syn dołączył do harcerstwa wodnego, ale szybko zrezygnował. „Za dużo dyscypliny – narzekał. – Nie lubię biwakować i spać pod gołym niebem. Nie widzę w tym sensu”. Na pocieszenie ciotka May zaproponowała siostrzeńcowi i Coxowi „niespodziankę w Londynie”. Przyjechali do Hamleya, sklepu z zabawkami przy Regent Street, i powiedziała: „Wybierzcie, co tylko chcecie”. Ecclestone wybrał czerwony samochód wyścigowy. Aż trudno uwierzyć, ale cynowa zabawka firmy Dinky nigdy nie została na nic wymieniona na szkolnym boisku.

Tamtego lata przyjaciele ze szkoły pojechali rowerami na nadmorską skarpę słynącą jako kryjówka osiemnastowiecznych przemytników i położoną niedaleko poligonu dla moździerzy. Zbudowali tratwę z drewna wyrzuconego przez morze i z pustych beczek po ropie. Oczywiście Mikrus wpadł do wody, z której wyciągnął go Cox.

W ciągu następnych miesięcy Ecclestone i Cox jeździli rowerami wokół Baxleyheath, robiąc regularne postoje pod obozami amerykańskich żołnierzy szykujących się do inwazji w Europie. W wyniku prowadzonych przez płot rozmów chłopcy zgodzili się dostarczać wiadomości miejscowym dziewczynom żołnierzy w zamian za gumę do żucia. Ecclestone szybko wyżuł własną i zażądał, żeby Cox oddał mu swoją. Cox, przyzwyczajony do handlowania z Ecclestone’em komiksami i szklanymi kulkami, odmówił, przywołując przestrogę swojej przesądnej matki: „Nie targuj się zbyt często z Bernardem. On zawsze wychodzi na tym lepiej niż ty”.

Latem tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku Ecclestone zarabiał okopywaniem ziemniaków. Nagle usłyszał silnik pocisku V-1 pędzącego w stronę Londynu. Podniósł głowę i zobaczył, że tak zwana latająca bomba spada na pole. Pobiegł jak szalony i tuż przed wybuchem rzucił się w błoto. Potem wrócił na miejsce, w którym kopał, i zobaczył ziemniaki odsłonięte przez eksplozję. Wkrótce, w sobotę rano, znowu otarł się o śmierć. Cox wbiegł do jego ogrodu, żeby zobaczyć, jak taki sam pocisk przelatuje nisko nad domem. Kilka sekund później od pocisku odłączył się silnik, który zaczął spadać na dom Ecclestone’ów. Po eksplozji Cox pobiegł w stronę Priory Close. Odkrył, że pocisk trafił w dom zaprzyjaźnionych sąsiadów. Śpiący na strychu chłopiec gramolił się z gruzów. Jego matka zginęła. Cox nie słyszał, żeby Ecclestone’owie kiedykolwiek przyznali, że im dopisało szczęście.

Wojna dobiegła końca i Ecclestone’owie wyszli z niej bez szwanku. Żaden członek ich rodziny nie został zabity ani nawet ranny, a Bernie wspominał: „Mieliśmy szafkę pełną opakowań czekolady Black Magic, cukru i wszystkich innych rzeczy nie do zdobycia”. Jego rodzice hand­lowali na czarnym rynku. W Dniu Zwycięstwa ich ulicę udekorowano balonami i brytyjskimi flagami, szykując się do radosnego świętowania. Ale Ecclestone’owie nie uczestniczyli w imprezie. Natomiast dzięki pieczołowicie gromadzonym oszczędnościom rodzina przeniosła się do większego domu przy pobliskiej Marcet Road. W wieku piętnastu lat Bernie podszedł do egzaminu wstępnego na studia i oblał wszystkie przedmioty z wyjątkiem matematyki. Potem lekceważył lata szkoły, uznając je za nieistotne, i nie przechowywał żadnych świadectw. Mimo to w tysiąc dziewięćset czterdziestym szóstym przyjęto go na politechnikę Woolwich, gdzie miał studiować fizykę i chemię. Nie był jednak zainteresowany tymi przedmiotami i niedzielne poranki spędzał na targu Pettitcoat Lane, gdzie kupował wieczne pióra, które później sprzedawał innym studentom, oraz szukał ciekawszego zajęcia.

Cyril Clisby, kolega Ecclestone’a ze studiów, ścigał się na motorze w Brands Hatch na południu Londynu i zaproponował, żeby Bernie towarzyszył mu w sobotę rano. Ecclestone już wcześniej był zachwycony motorami. Przez całą wojnę jeździł w koszu motoru ojca. Motocykle były zapisane w genach jego rodziny. Mimo braku prawa jazdy i częściowej ślepoty ścigał się z okolicznymi mieszkańcami podczas organizowanych naprędce zawodów, pędząc na motorze Velocette – który z uwagi na reglamentację benzyny jeździł napędzany alkoholem – po wzgórzach i przez lasy hrabstwa Kent, a następnie brał udział w lepiej zorganizowanych zawodach na torze Brands Hatch.

Wygórowane ambicje, produkt uboczny niskiego wzrostu i bycia obiektem drwin, pchały go ku zwycięstwom. „Pokażcie mi kogoś, kto umie przegrywać – powiedział później – a ja wam pokażę prawdziwego przegranego”. Wygrana za wszelką cenę stała się dla niego wartością i prawdopodobnie głównym źródłem szczęścia. Co weekend Sidney wiózł syna, motor i cały sprzęt nowo zakupioną furgonetką na zawody na torze Brands Hatch. Po wyścigach Ecclestone’owie nie uczestniczyli w spotkaniach towarzyskich w miejscowym pubie. Zwyczajnie wracali do domu, a potem, w kuchni, Bernie i jego matka ścierali błoto z motoru, dopóki nie zaczął lśnić.

W Wielki Piątek czterdziestego szóstego roku Ecclestone, który ścigał się bez kasku, miał wypadek i trafił do szpitala w Fawkham ze wstrząsem mózgu. Leżąc na urazówce, doznał objawienia. Doszedł do wniosku, że studia to strata czasu, i w wieku szesnastu lat, w którym można już było legalnie przerwać kształcenie, postanowił rzucić politechnikę. Sidney zgodził się niechętnie, pod warunkiem, że Bernie będzie pracował w laboratorium zaprzyjaźnionego sąsiada, pana Richardsona, chemika zatrudnionego w gazowni. Ecclestone zarabiał piętnaście szylingów i siedemdziesiąt pięć pensów tygodniowo za sprawdzanie czystości gazu, ale nie posiadał kwalifikacji, które zapowiadałyby pełną sukcesów karierę. Był niewykształcony i brakowało mu ogłady. Jego największymi atrybutami były inteligencja i pragnienie bogactwa. Gazownia okazała się jednak dogodnym miejscem dla jego pierwszego biznesu. Przez większość czasu czytał ogłoszenia drobne w lokalnej prasie, szukając ofert sprzedaży motocykli i ich części. Korzystał z telefonu gazowni, żeby umawiać się ze sprzedającymi i potencjalnymi klientami. Jeśli nie było go przy aparacie, wiadomości odbierał Richardson. Po pracy Ecclestone kursował po południowo-wschodnim Londynie, jeżdżąc motorami od sprzedających do kupujących, i przechowywał niesprzedane maszyny w szopie w ogródku. Nie potrzebował niczyjej pomocy – jego biznes finansował się sam.

W tysiąc dziewięćset czterdziestym siódmym roku Bernie poznał Jacka Surteesa, przedwojennego brytyjskiego mistrza wyścigów motocyklowych, odpowiadając na jego ofertę sprzedaży excelsiora manx mana 250cc. Póżniej słynny motocyklista sprzedający samochody i motory w swoim salonie w Forest Hill ze zdziwieniem odkrył, że Ecclestone wspaniale odrestaurował manx mana w kuchni rodziców. Obok Serteesa stał wtedy jego dwunastoletni syn John. Po uzgodnieniu z siedemnastolatkiem ceny i uiszczeniu jej w gotówce Jack Surtees załadował excelsiora na furgonetkę.

Ecclestone słynął już wtedy jako ekspert w swoim fachu. Zarabiał na boku więcej niż w gazowni. Zgłosił się do Lesa Crockera, właściciela Harcourt Motor Cycles w centrum handlowym w Bexleyheath niedaleko Dartford, i poprosił o pracę. Ku zdumieniu ojca porzucił bezpieczną posadę w gazowni i zatrudnił się u Crockera. Po przejrzeniu w gazetach ogłoszeń drobnych dwaj mężczyźni jeździli po Londynie samochodem kombi i wracali do salonu z pięcioma motorami do renowacji i na sprzedaż. Crocker był pod wrażeniem zachowania i metod Ecclestone’a. Zwrócił też uwagę na jego zwyczaj częstego mycia rąk, poprawiania krawata i upewniania się, że na motorze, który za chwilę stanie w równiuteńkim rzędzie, nie ma ani pyłku kurzu. Bernie był takim pedantem, że nawet ceny na motocyklach musiały wisieć pod identycznym kątem.

Wśród pierwszych świadków udoskonaleń, jakie Ecclestone wprowadził do sposobu prezentacji towaru w salonie Crockera, znalazł się Jack Surtees. „Ten Ecclestone potrafi wykiwać każdego – powiedział synowi, gdy pewnego wieczoru wracali do domu. – Wykupuje całe salony wystawowe. Sprzedawcy myślą, że dostają dobrą cenę, i dopiero później pojmują jego sztuczkę. Godząc się na cenę za cały towar, nie zauważają, że dostają znacznie mniej, niż im się wydaje”. Popisowy numer Ecclestone’a polegał na przyjechaniu do czyjegoś salonu jak gdyby nigdy nic i nonszalanckim zaproponowaniu ceny. Sprzedawca, nie zdając sobie sprawy, że Ecclestone obserwował sklep już wcześniej, żeby obliczyć odpowiednią cenę, ulegał ułudzie wysokich sum.

Po roku Ecclestone doszedł do wniosku, że działalność Crockera jest zbyt ograniczona. Po drugiej stronie ulicy stał Compton & Fuller, ogromny salon z używanymi samochodami. Ecclestone poprosił Freda Comptona, żeby wydzierżawił mu kawałek podjazdu, na którym Bernie mógłby sprzedawać używane motory. Compton odmówił, bo nie chciał, żeby motory zagracały mu salon, i wątpił w wiarygodność rozmówcy. Ecclestone miał wówczas osiemnaście lat. Właśnie dostał kartę powołania do wojska. „Miałem poważne podejście do interesów i nie widziałem sensu w służbie wojskowej”, powiedział później. Jego przydatność dla armii ograniczał słaby wzrok, a kiedy dodatkowo zaczął się uskarżać na „silne bóle brzucha”, zwolnienie zostało przypieczętowane. Wkrótce po badaniach lekarskich powiedział matce: „Doszli do wniosku, że mnie nie chcą”. Jeszcze raz poszedł do Freda Comptona i nalegał na dzierżawę. Trudno było się oprzeć ofercie składanej przez eleganckiego młodzieńca w garniturze i krawacie. Ecclestone miał nie tylko płacić za dzierżawę, lecz także przekazywać Comptonowi część swoich zysków. Bernie dostał kawałek podjazdu i rozpadające się biuro. „Przechodzę do Freda”, oznajmił Crockerowi. Nie było w tym żadnej goryczy. „Chyba myśli, że pewnego dnia go wykupię”, pomyślał Ecclestone, otwierając swój pierwszy biznes. Pod koniec roku Compton był mile zaskoczony. Zyski z motorów Ecclestone’a podtrzymywały niemrawą sprzedaż samochodów. Compton bez oporów zgodził się na to, aby Ecclestone przeniósł się z podjazdu do salonu. Już kilka dni później w części udostępnionej Ecclestone’owi panował nieskazitelny porządek i regularnie przybywało w niej nowych motorów kupowanych hurtowo od innych dilerów. „Jego mózg przypominał kalkulator”, wspominał Compton, na którym wielkie wrażenie robiło także innowacyjne podejście Ecclestone’a. Bernie mówił klientom: „Nie ma potrzeby robić jazdy próbnej. Te motory są objęte moją osobistą gwarancją”. Sukces w naturalny sposób objął swoim zasięgiem samochodowy biznes Comptona.

Tor Brands Hatch stał się południowolondyńskim miejscem spotkań ludzi zainteresowanych samochodami i motorami – handlarzy i kierowców wyścigowych. Wśród nowych przyjaciół Ecclestone’a znaleźli się Ron Shaw, diler motocykli, który później został jego partnerem w interesach, i Jimmy Oliver, sprzedawca samochodów z Peckham. „Widzę, że działasz w branży samochodowej – powiedział do Olivera młody mężczyzna odziany w nowiutki skórzany kombinezon do wyścigów. – Mam klienta, który poszukuje amerykańskiego wozu. Znalazłbyś coś takiego?”. „Wpadnij do mojego salonu”, odrzekł Oliver. Zdecydowawszy się na powszechną w tamtych czasach sprzedaż z prawem zwrotu, bez zapłaty ani spisanej umowy, Oliver patrzył, jak Ecclestone wyjeżdża z jego salonu hudsonem straight eight. Potem Bernie wrócił z gotówką.

W okresie powojennym centrum handlu używanymi samochodami w Londynie mieściło się w sieci bocznych uliczek na zachód od Tottenham Court Road. Zaparkowawszy wzdłuż krawężników, najwytrawniejsi dilerzy w mieście, przez niektórych zwani kombinatorami, stali na szarych chodnikach przy Warren Street nawet we mgle i w śniegu, otoczeni aurą konspiracji, z kieszeniami wypchanymi kartami pojazdów i banknotami, i czekali, aż odrobina nieuczciwości odmieni ich życie. Obracanie się wśród tych indywiduów łączących przekręty z uczciwą przedsiębiorczością było edukacją z prawdziwego zdarzenia, dzięki której uliczni wojownicy stawali się elitą handlowców. W epoce reglamentacji paliw i przemytu alkoholu zaszczytne miejsce w społeczeństwie przypadało tym, którzy czerpali zyski pomimo ponurego socjalistycznego autorytaryzmu.

Wprowadzony do tego grona przez Dereka Wheelera, weterana wśród handlarzy, Ecclestone spacerował wzdłuż Warren Street, unikając zatwardziałych kryminalistów i kradzionych samochodów oraz emanując śmiertelnie poważnym niezdecydowaniem podczas kupowania albo sprzedawania na rynku słynącym z blefu i bezwzględności. Odróżniając dobrych od złych w świecie, w którym kwitło kłamstwo, Ecclestone poznał istotny rozdźwięk między ceną a wartością. Jego fundamentalną zasadą było szacowanie wartości przed rozpoczęciem negocjacji i czekanie na automatyczny przypływ zysków. Przysłuchując się wytrawnym handlarzom, został mistrzem przebiegłej taktyki spod znaku „bierz albo zjeżdżaj”, dzięki której spychał kontrahenta na mniej uprzywilejowaną pozycję. Drugą kardynalną zasadą było ignorowanie pytania: „Ile dasz?” i spychanie ciężaru proponowania ceny na przeciwnika. Sztuka polegała na wyczuciu odpowiedniej chwili, zachowaniu kamiennej twarzy i „pozwoleniu, żeby druga strona mrugnęła jako pierwsza”. W ten sposób kreował się wizerunek człowieka, który ma serce z kamienia i dla którego sentymenty są zbędnym balastem. Ecclestone był zimny jak lód, jego sukces zależał od zduszenia siły woli oponenta. „Bez zysku nie ma zabawy” – tak brzmiało jego credo. Nazwany przez rywali „Chartem” w uznaniu dla jego szybkości, uwielbiał się targować i nęcić przeciwnika, unikając zarazem agresywnego podtekstu. Okazanie najmniejszego zainteresowania gwarantowało mniejszy zysk. Obojętność była tarczą przeciwko codziennej obłudzie. W tym mętnym światku zaufanie miało wartość nadrzędną. Rozliczano się gotówką. Kieszenie wypchane banknotami stały się charakterystycznym elementem życia Ecclestone’a. „Pieniądz nie kłamie” – tak brzmiała uliczna mantra. „Trzymaj się mnie, Fred!”, krzyknął kiedyś do Comptona, faceta z kasą. Wśród typów spod ciemnej gwiazdy poznanych przez Ecclestone’a na zniszczonych przez bomby ulicach znalazł się między innymi handlujący kradzionymi samochodami Stanley Setty, który w tysiąc dziewięćset czterdziestym dziewiątym roku skończył w kanale La Manche, gdy zabójca wyrzucił jego zwłoki z samolotu. Oprócz niego byli jeszcze Victor White i Harry O’Connor, dwaj znacznie starsi dilerzy z Blackpool, którzy mimo braku szczególnych talentów okazali się godni zaufania i wprowadzili Ecclestone’a w bardziej ryzykowną, ale i zyskowniejszą branżę.

W hotelu Midland w Manchesterze regularnie odbywały się całonocne aukcje z udziałem byłych handlarzy koni, którzy awansowali na handlarzy samochodów. „Żeby ich przebić – O’Connor ostrzegł Ecclestone’a – będziesz musiał wstawać wcześnie rano”. Żaden ze sporadycznych licytantów zwabionych sprzedażą nie miał pojęcia, że aukcje są ustawiane przez dwunastu dilerów. Ecclestone został wprowadzony do tego kręgu przez O’Connora. Mentor szepnął pozostałym, że jego młody przyjaciel z Londynu jest „wariatem, który odziedziczył fortunę po śmierci ojca i gwarantuje łatwy zysk”. Samochody nie były sprzedawane pojedynczo, lecz w zestawach po trzy, cztery sztuki. Ludzie z zewnątrz nie zdawali sobie sprawy, że handel jest skażony podstępem, który polegał na włączaniu do wspomnianych zestawów nieistniejących samochodów, które musiały zostać „odkupione” pod koniec sesji za mniejszą kwotę niż pierwotna cena sprzedaży. Czerpanie zysku z tej bezczelnej gry wymagało pokerowej twarzy, nerwów ze stali oraz zamiłowania do hazardu. „Brakuje ci samochodu”, mruknął do Ecclestone’a pewien sprytny diler pod koniec zaciekłych targów. Ecclestone nie znosił, kiedy ktoś go demaskował: to odsłaniało jego słabość. Przetrwanie zależało od powstrzymania się od okazywania współczucia, zwłaszcza samemu sobie.

Kursując między Bexleyheath, Warren Street i Manchesterem, Ecclestone w ciągu kilku miesięcy awansował na mistrza dilerów. Elegancko ubrany i bystry, zdobył szacunek jako handlarz, który dba o swój rosnący majątek i wizerunek niczym jastrząb i może narobić kłopotów. „To gość z samych wyżyn handlu maszynami”, powiedział Jimmy’emu Oliverowi diler z Warren Street. Ecclestone szlifował umiejętności. Z każdej transakcji wychodził zadowolony ze zwycięstwa, ale nigdy nie rechotał z radości.

„Nie lubię, kiedy inni uznają mnie za bystrego – wyjaśnił. – Wtedy stają się ostrożniejsi, a to dla mnie utrudnienie. Chcę kupować od kogoś, kto uważa się za bystrzaka, a sprzedawać komuś niezbyt bystremu. Przeważnie jestem zadowolony, kiedy druga strona jest zadowolona – wtedy obydwaj ubijamy dobry interes. Ale zazwyczaj w ogóle nie przejmuję się tym, co myślą inni”. Tylko nieliczni twierdzą, że udało im się zdobyć przewagę nad Ecclestone’em. Handlarz, którego ulubioną rozrywką było oglądanie czarno-białych hollywoodzkich westernów z szeryfami ścigającymi wyjętych spod prawa bandytów, przyjął następującą maksymę: „Żyję, dopóki nie trafię na szybszego od siebie”. Okrzyknięty „facetem z jajami”, który „idzie na całość”, obracał się wśród mężczyzn, którzy albo uchylali się od służby wojskowej, albo byli za młodzi, żeby walczyć na wojnie. Razem odrzucali ponure powojenne trudy, stawiając na szaleńczą brawurę.

Ryzykowanie życiem w wyścigach stało się dla Ecclestone’a formą poszukiwania dreszczyku prawdziwego zagrożenia. Apogeum tych poszukiwań nastąpiło w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym roku podczas wyścigu na manksie nortonie na odnowionym torze Brands Hatch. Rywalem Ecclestone’a był John Surtees, wówczas piętnastoletni i dopiero rozpoczynający karierę. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym roku wygrał pierwsze z siedmiu motocyklowych mistrzostw świata, a w sześćdziesiątym czwartym został mistrzem świata Formuły 1. Wkrótce po tym, jak Surtees pokonał go w tym wyścigu, Ecclestone postanowił „awansować”.

Współpraca z Comptonem stała się jednostronna. Podczas gdy Ecclestone dbał o interesy, Compton grał w golfa. „To dobrze wypływa na spółkę – stwierdził Ecclestone. – Oznacza brak sporów”. Ambicje Ecclestone’a przynosiły Comptonowi zysk, ale dwudziestojednolatek domagał się uznania. Pod koniec tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego pierwszego roku Ecclestone kupił udziały Dereka Fullera i jako pełnoprawny wspólnik unowocześnił salon, który zmienił nazwę na Compton & Ecclestone. W tym samym czasie kupił zniszczone budynki przemysłowe w Greenwich, przeprowadzając swoją pierwszą transakcję na rynku nieruchomości, i dołączył do loży masońskiej Ideal Endeavour w hrabstwie Kent. Jego ostatecznym „awansem” było skończenie z wyścigami motorowymi i przerzucenie się na wyścigi samochodowe.

Włoscy, niemieccy i francuscy producenci powrócili do budowy eleganckich bolidów Formuły 1. W Wielkiej Brytanii entuzjaści samochodów zaadaptowali betonowy pas startowy w Silverstone, wojennej bazie RAF-u, urządzając tam tor wyścigowy. W maju tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku zaprosili europejskich producentów samochodów do rywalizacji w ramach pierwszych w Wielkiej Brytanii mistrzostw świata oglądanych przez króla Jerzego VI, królową i sto tysięcy widzów. Wygrało alfa romeo. Pragnąc dołączyć do tego grona, Ecclestone przekonał Comptona, że udział w wyścigu Formuły 3 powinien zostać włączony w koszty reklamy ich przedsiębiorstwa, i ruszył do fabryki Cooperów w Surbiton, mekce kierowców z ambicjami. Otoczeni gronem entuzjastów Charles i John Cooperowie instalowali na metalowych podwoziach silniki do motocykli o pojemności pięciuset centymetrów sześciennych i radzili sobie z powojennymi niedoborami, samodzielnie produkując najważniejsze części. Ecclestone zamówił u Cooperów silnik od nortona i kazał go zamontować w niebieskiej karoserii. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym pierwszym roku Ecclestone w nowym skórzanym kombinezonie, z nażelowanymi włosami zaczesanymi do tyłu i odsłaniającymi chudą twarz, przyjechał do Silverstone amerykańskim fordem, ciągnąc na holu bolid. Za nim jechał Compton w furgonetce opatrzonej wymalowaną z boku nazwą firmy. „Udział w wyścigach – przyznał Compton – był sposobem rozreklamowania naszego salonu. Udało się. Znali nas wszyscy w południowej Anglii. Wszystko, co dotyczyło Bernarda, musiało być właśnie takie: zorganizowane i profesjonalne”. Nieustępliwa brawura zapewniła Ecclestone’owi – startującemu obok Stirlinga Mossa, Mike’a Hawthorna, legendarnego Juana Fangio i innych śmiałków, którzy zaliczyli już pierwsze mistrzostwa świata – zwycięstwo w kilku wyścigach eliminacyjnych, ale nie zdołał pokonać Stirlinga Mossa. Nie obyło się również bez kosztów.

Ósmego kwietnia tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego pierwszego roku Ecclestone zwyciężył w zawodach juniorów na torze Brands Hatch, jadąc cooperem Mk5 JAP z prędkością stu kilometrów na godzinę. Jeszcze w tym samym roku wygrał eliminacje do wyścigu Brands Open Challenge Final. W finale rywalizował z trzema zawodnikami. Jeden z jadących przed nim bolidów stracił przyczepność i wpadł w poślizg. Ecclestone gwałtownie skręcił w prawo i – jak napisano w lokalnej gazecie – „jego cooper wjechał na bandę i wpadł na zaparkowanego nieopodal rileya należącego do jednego z widzów, łamiąc nogę jego właścicielowi”. Byli także inni ranni, ale gazety donosiły, że „wyścig kontynuowano bez zakłóceń: dzielni ratownicy medyczni z St John Ambulance pospołu z mechanikami uprzątnęli bałagan”.

Ecclestone czuł się bogaty. Zaledwie pięć lat po opuszczeniu szkoły jeździł po Bexleyheath drogimi samochodami sportowymi Austin-Healey i miał kieszenie wypchane banknotami. Był nieźle ubrany, a podobnie myślący dilerzy uważali go za dobrego kumpla. Nazywano go „najodważniejszym facetem w branży samochodowej”. Zapragnął niezależności.

Wyprowadzka z domu była możliwa jedynie poprzez małżeństwo. Przyjaciel z wyścigów i sąsiad Ecclestone’a zapoznał go z Ivy Bamford, miłą, dwa lata starszą brunetką pracującą w miejscowej centrali telefonicznej. Ivy, córka stolarza, którą bardzo mało interesowały wyścigi samochodowe, codziennie łączyła rozmowy, wsuwając wtyczki na końcach linii telefonicznych w odpowiednie gniazdka. Mieli ze sobą niewiele wspólnego, ale Ecclestone był prawiczkiem i spodobał mu się pomysł zamieszkania we własnym domu. Poza tym miał nadzieję, że poślubienie Ivy po trzyletnim okresie narzeczeństwa położy kres ich kłótniom. Ivy miała wszelkie powody, by połasić się na materialne korzyści oferowane przez Ecclestone’a i zakończyć jego romans z miejscową fryzjerką. Ecclestone kupił należącą do Freda Comptona część bliźniaka z lat trzydziestych. Dom z czterema sypialniami mieścił się w Pickford Close w Bexleyheath i kosztował tysiąc funtów.

Ceremonię zaślubin zaplanowano na piątego września tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego drugiego roku w urzędzie stanu cywilnego w Dartford. Kilka dni wcześniej Ecclestone’a dopadły jednak wątpliwości. „Zapomnijmy o tym i odłóżmy to na kiedy indziej”, zaproponował. Ale Ivy była nieugięta. Nie zważając na jego podenerwowanie, przyjechała do urzędu z matką i ciotką. Według Ecclestone’a wszystkie trzy płakały. „Jesteś pewna, że tego chcesz? – zapytał. – Wcale nie musisz”. Ecclestone czekał z Fredem Comptonem i jego żoną Jean, którzy zgodzili się być świadkami. Choć później mówił, że na ceremonii nie było jego rodziców – „Nic im nie powiedziałem”, twierdził – przybyli do urzędu i zauważyli, jak zirytował go fakt, że ślubu udziela kobieta. Gdy tylko formalności dobiegły końca, Ecclestone odwrócił się do wyjścia. W połowie drogi do drzwi urzędniczka zapytała: „Nie zapomniał pan o czymś?”. „Niby o czym?”, zdziwił się. „O żonie”. Żaden fotograf nie uwiecznił tej chwili, a po ceremonii nie było drinków ani poczęstunku. Nawet świętowanie zaślubin było dla Ecclestone’ów czymś obcym. Miodowy miesiąc trwał tydzień i młodzi małżonkowie spędzili go z Comptonami w Newquay.

Ivy Ecclestone nie miała pojęcia, że regularne wyścigi jej męża na torze Brands Hatch stają się coraz bardziej niebezpieczne. Bernie miał słaby wzrok, a jeśli chodzi o umiejętności, daleko mu było do Stirlinga Mossa. Przy dużych prędkościach nie potrafił bezpiecznie manewrować na prymitywnie urządzonych zakrętach. W końcu stało się to, co było nieuniknione. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym trzecim roku zderzył się z Billem Whitehouse’em, swoim przyjacielem, i przebił bandę, wjeżdżając w widzów. Whitehouse dotarł do niego pierwszy i zastał Ecclestone’a oszołomionego, w roztrzaskanym samochodzie, bezwładnie leżącego na kierownicy. „Wszystko w porządku, Bernardzie?”, krzyknął Whitehouse. Ecclestone coś wymamrotał. „To dobrze – powiedział Whitehouse. – Ale lepiej się nie ruszaj, bo zabiłeś kogoś z widzów i teraz oni chcą cię zabić”. Ecclestone zamarł. Dopiero po jakimś czasie zdał sobie sprawę, że padł ofiarą kawału podobnego do tych, które sam robił innym. Ale po przyjeździe do szpitala, wpatrując się w sufit, rozważył dostępne możliwości. Cieszył się życiem, zarabiał poważne pieniądze i zrozumiał, że w ciągu ostatnich lat „cztery czy pięć razy budził się w szpitalu, choć miał szczęście i nigdy niczego nie złamał ani nawet nie stracił krwi”. Harry Epps, diler Forda, rozbił się jakiś czas wcześniej i stracił kawałek ręki. Dość powszechne były przypadki śmierci na torze. „Zdałem sobie sprawę, że nie chcę przez resztę życia leżeć w łóżku ze złamanym kręgosłupem i gapić się w sufit, więc postanowiłem się skupić na interesach”.

Po powrocie do handlu samochodami musiał jednak wyrównać rachunki. Okazja nadarzyła się w Bexleyheath. W wyniku zbyt szybkiej jazdy srebrnym sportowym mercedesem Bernie uderzył w autobus. Oddalając się z ranną ręką, zrzucił z siebie wszelką odpowiedzialność. „Ten samochód – powiedział gapiom – należy do Billa Whitehouse’a. Facet uciekł z miejsca wypadku”. Wieść o kraksie szybko dotarła do Whitehouse’a, który miał identyczny samochód. Pobiegł do garażu i otworzył bramę. Wtedy zrozumiał, że Ecclestone też wyciął mu numer.

Podejmowane przez Ecclestone’a ryzyko zaspokajało jego głód prawdziwego bogactwa. Uwielbiał hazard. Podczas wieczornych wizyt w domach przyjaciół regularnie grywał w ruletkę, w karty albo w monopol na pieniądze. Istniało jednak większe wyzwanie. Od starszych handlarzy z Warren Street dowiedział się o Crockfords, jednym z nielicznych londyńskich kasyn. W tamtych czasach nie wymagano kart członkowskich. Zarezerwowawszy stolik na galę, Ecclestone przyjechał z Bexleyheath mayfairem, w smokingu, z Ivy w drogiej koktajlowej sukience. Obydwoje byli oszołomieni przepychem. Dla ludzi przyzwyczajonych do reglamentacji żywności i spadających bomb olśniewający pokaz i kolacja były niczym objawienie. „Prawdziwy szyk”, powiedział Bernie do żony. Główną atrakcją były stoły pokryte suknem. Gromady mężczyzn grały przy nich w bakarata, blackjacka i ruletkę. Wcześniej Ecclestone stawiał duże pieniądze na konie albo charty u Tony’ego Morrisa, swojego przyjaciela i bukmachera. Crockfords należało jednak do innej kategorii, nie tylko z uwagi na styl kasyna, lecz również ze względu na wysokość zakładów. Hazard stał się pasją Ecclestone’a nie dlatego, że był on człowiekiem kompulsywnym czy uzależnionym, ale dlatego, że szansa, ryzyko i ocena prawdopodobieństwa sukcesu pasowały do jego filozofii życia. Uważał, że nie da się uchronić człowieka przed popełnianiem pomyłek ani przed skutkami własnych błędów, w związku z czym każdy powinien na siebie uważać. Najsłabszych jednostek pozbywał się z niepokojącym brakiem współczucia. „Jestem hazardzistą – powiedział – a hazardziści uprawiają hazard, żeby dowieść swojej racji”. Hazard miał wiele wspólnego z handlem.

„W przypadku samochodów – wyjaśnił – umiałem dodać w głowie ceny wszystkich pojazdów w salonie i nie musiałem niczego zapisywać. Nie było miejsca na prowizorkę. W Crockfords szacowałem prawdopodobieństwo. Nie miałem żadnego systemu. Chciałbym być krupierem dla kogoś, kto wierzy, że znalazł system. Zdałem sobie sprawę, że największa szansa tkwi w znalezieniu graczy, którzy mają pecha. Lubię grać przeciwko pechowcom”. Często zdarzało mu się przegrać dwa tysiące funtów, a wtedy domagał się, żeby Ivy „wyciągnęła go z tarapatów”. W tamtym gronie przekonanie Ecclestone’a, że pieniądze są przepustką pozwalającą oddalić się od ubóstwa dzieciństwa, umocniło się jeszcze bardziej. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym roku, kiedy gościł u Jimmy’ego Olivera na lunchu w klubie jachtowym Poole w Dorset, zauważył sir Bernarda i lady Docker, sławnych milionerów żyjących na wysokim poziomie. „Podejrzewam, że ktoś, kto ma tylko sto tysięcy, uchodzi tutaj za nędzarza?”, zapytał z odrobiną zazdrości.

W tamtym roku oddał swoją część bliźniaka rodzicom i kupił wolno stojący dom przy pobliskiej Danson Road. Kiedy budowlańcy wyburzyli ściany i wyremontowali budynek zgodnie ze szczegółowym projektem Ecclestone’a, on zaczął się rozglądać za nowym domem. Handel nieruchomościami przypominał handlowanie samochodami. Ecclestone nie potrzebował poczucia stablizacji. We wrześniu następnego roku przyszła na świat jego córka Deborah Anne. Zachwycony ojciec regularnie wracał do domu z ubrankami i zabawkami – dając prezenty zamiast uczuć – ale w jego domu brakowało rodzinnego szczęścia. Gdy odkrywał usterki, brud albo jakikolwiek bałagan, wybuchały kłótnie. Jego drobiazgowość w pracy objęła także dom. Ivy nie podobało się, że mąż do późna przesiaduje w biurze; jemu nie podobał się jej brak zainteresowania biznesem. Irytowały go jej żądania, by przestał pracować i świętował choćby Boże Narodzenie. Mimo to jego rodzice byli zapraszani na świątecznego indyka i prezenty, a Ecclestone cieszył się, że Debbie regularnie u nich nocuje, podczas gdy on sam, zbywając narzekania Ivy, jeździł do Londynu do kina albo do Crockfords. Żona była mimowolną pasażerką w jego wyścigu po miano milionera.

Pierwszą przeszkodą w tym wyścigu – i zarazem jego ofiarą – stał się Fred Compton. Między wspólnikami coraz częściej wybuchały kłótnie. „Nie mogłem wytrzymać z Ecclestone’em i jego podejściem do biznesu – przyznał Compton. – W końcu w ogóle przestałem robić interesy. To nie była wina Berniego, ale stałem się bezużytecznym przedmiotem”. Ecclestone chciał się pozbyć wspólnika. Celowo zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. „Albo ja cię wykupię, albo ty będziesz mógł wykupić mnie – powiedział Comptonowi. – Sam zdecyduj”. Mimo że Compton też handlował używanymi samochodami, dał się wyprowadzić w pole, kiedy jego wspólnik zaproponował: „Po prostu napisz sumę, która cię interesuje”. Ecclestone trafnie przewidział, że Compton uzna go za niezdolnego do zapłacenia wysokiej ceny. I tak jak przypuszczał, cena podana przez Comptona była niższa od tej, którą mógłby uzyskać naprawdę – lecz Compton i tak myślał, że Ecclestone nie będzie w stanie jej zapłacić. Bernie od razu się jednak zgodził i zaprowadził zaskoczonego wspólnika do sąsiadującej z salonem kancelarii prawniczej, żeby zawrzeć umowę. „To cena wolności”, powiedział Comptonowi na pożegnanie.

Jako jedyny właściciel firmy Ecclestone handlował agresywniej. Kupił warsztat Rona Frosta* w Barnhurst w Bexleyheath i złożył ofertę kupna siedziby Strood Motor Company w hrabstwie Kent, którą później sprzedał z zyskiem. Nawet Compton nie krył podziwu: „To była duża nieruchomość w doskonałej lokalizacji, ale jej zdobycie wymagało nie lada tupetu”. Ecclestone złożył ofertę Ronowi Shawowi na zakup Brands Hatch za czterdzieści sześć tysięcy funtów, ale w ostatniej chwili został wystawiony do wiatru. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym sprzedał dom, samochód w garażu i sąsiednią działkę budowlaną, by przeprowadzić się do Barn Cottage, domu z pięcioma sypialniami przy Parkwood Road w Bexley. Tak jak w przypadku poprzednich domów, rodzina mieszkała wśród budowlańców remontujących budynek. Ecclestone nie kupił go dlatego że był „ładniejszy”, ale dlatego, że „mało kosztował i to był dobry interes”. Elegancko ubrany diler samochodowy przechadzający się po Bexleyheath z buldogiem angielskim zawsze chętnie ubijał interesy: „Kupowanie i sprzedawanie to stan umysłu. Zazwyczaj ludzie kupują coś, czego nie potrzebują; a ty musisz ich przekonać, że jesteś prawdziwym nabywcą. Nie lubię arabskiego stylu robienia interesów: żądania stu, gdy spodziewasz się dostać sześćdziesiąt. Nie można obrażać ludzi. Wszystko ma swoją wartość, ale tak naprawdę nikt nie zna wartości niczego. Wszystko ma różną cenę dla różnych ludzi. Oszacowuję cenę, a potem jej żądam. Kiedy kupuję, zawsze czekam, aż właściciel pierwszy poda sumę. Mówię: «To twoja własność, nie moja». Składając ofertę w ciemno, zawsze się przepłaca”.

Do bractwa rywalizujących ze sobą dilerów z Bexleyheath, spotykających się w lokalnych pubach i na torze Brands Hatch, należeli także Lewis „Pop” Ewans i jego syn Stuart Lewis-Evans, który wiekiem i wzrostem przypominał Ecclestone’a. Na początku lat pięćdziesiątych ścigał się z Berniem bolidami marki Cooper i wygrywał. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym roku Stuart przesiadł się do connaughta Formuły 1 i wystartował w Monako przeciwko legendarnemu Fangiowi. Uradowany sukcesem przyjaciela Ecclestone zaproponował, że zajmie się komercyjną stroną jego kariery kierowcy. Kiedy w tym samym roku Lewis-Evans pokonał w Goodwood Stirlinga Mossa, Ecclestone rozpoczął negocjacje z Tonym Vandervellem, aby Lewis-Evans mógł porzucić zawodne connaughty i dołączyć do Mossa w zespole Vanwall. Poza tym Vandervell zgodził się, aby Ecclestone mógł negocjować wysokość honorarium Lewisa-Evansa na każdym z torów, na których ten się ścigał.

Biznes wyścigowy, uwielbiany przez bogatych entuzjastów, biznesmenów i pomniejszych arystokratów, był prymitywny od strony finansowej. Każdy kierowca i zespół negocjował osobne warunki z właścicielami poszczególnych torów, ustalając indywidualne honorarium za udział w wyścigu i wysokość nagrody. Aby przyciągnąć widzów, właściciele torów albo organizatorzy wyścigów płacili więcej za udział Ferrari czy Fangia, a nieznanym kierowcom startującym w nijakich bolidach oferowali mniejsze sumy. Słusznie zakładali, że słabiej wykwalifikowanym właścicielom i kierowcom zależy nie tyle na pieniądzach, ile na nieustannej imprezie pełnej dreszczyków emocji i ryzyka. W tym chaotycznym świecie pojazdy regularnie się rozpadały i stawały w płomieniach, a w magazynach sportowych co tydzień ukazywały się nekrologi sąsiadujące z gorączkowymi opisami zmagań godnych gladiatorów. Owładnięty pasją wyścigów, Ecclestone wykorzystał okazję i dołączył do imprezy w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym ósmym roku, kiedy zespół Connaught zbankrutował.

Gdy zagraniczny syndyk ogłosił aukcję, na której miano sprzedać trzy bolidy Connaught wraz z częściami zamiennymi, Ecclestone polecił pracownikowi swojego salonu w Bexleyheath kupić je wszystkie. „Za jaką cenę?”, zapytał go ten człowiek. „Cena nie gra roli – odparł Ecclestone. – Po prostu tam pojedź i je kup”. Już samo posiadanie podstarzałych bolidów było jego przepustką do elitarnego klubu. Nostalgia nie odgrywała w tym przedsięwzięciu żadnej roli. Ecclestone miał nadzieję na zysk po zwycięstwie dwóch connaughtów w wyścigu o Grand Prix Nowej Zelandii. Namówił Stuarta Lewisa-Evansa i Roya Salvadoriego, żeby polecieli na drugi koniec świata, i polecił im sprzedać bolidy natychmiast po wyścigu. Po żałosnym występie podczas grand prix nie znalazło się jednak zbyt wielu chętnych do kupna. Salvadori zadzwonił do Ecclestone’a z informacją, że najlepszą ofertą za oba pojazdy jest album ze znaczkami. Ecclestone ochrzanił kierowcę i transakcja została odwołana. Przetransportowano samochody z powrotem do Europy w samą porę na Grand Prix Monako. Po przyjeździe do miasta Ecclestone był odurzony panującą w nim atmosferą. W przeciwieństwie do innych torów wyścig ulicami księstwa, przed pałacem i wzdłuż nabrzeża z jachtami milionerów, gwarantował niezapomniane przeżycia. Ecclestone nie był zadowolony z zatrudnionego kierowcy, więc odsunął nieszczęśnika i poprowadził pojazd osobiście. Rywalizując z trzydziestoma uczestnikami, nie zdołał się zakwalifikować, ale delektował się chwałą występu, mimo że oficjalnie jego start nazwano „niepoważną próbą”. Co gorsza, przegrał w kasynie.

Porażka rzadko studziła zapał Ecclestone’a. Wszelką złość lub rozpacz przysłaniał pokrzepiający rozwój interesów. Ecclestone podróżował po całym kraju i przechytrzał rywali. Ci chwalili młodego człowieka jako „wprost fantastycznego geniusza w dziedzinie finansów i organizacji oraz cudów”. Jego pokerowa twarz skrywała matematyczne mistrzostwo. Zazwyczaj kupował najlepsze samochody z dużym przebiegiem od sprzedawców niedostrzegających potencjalnych zysków. Oczywiście w tej branży roiło się od niedozwolonych chwytów. Cofanie liczników było powszechnym zjawiskiem. Przed epoką elektroniki przebieg samochodu rejestrowano liczbowo na małych mechanicznych kółkach. Aby podnieść wartość pojazdu, dilerzy obracali te kółka do tyłu. W południowym Londynie John Young, właściciel ogromnego salonu na koncesji Mercedesa i Jaguara, był szczególnie wyczulony na „Bernarda”, który, jak zauważył, miał „dryg do majstrowania przy licznikach”. Zazwyczaj klient dawał się nabrać, ale jedna skarga dała początek oficjalnemu dochodzeniu. Ecclestone powiedział do inspektora żartobliwym tonem: „Wszystkie moje samochody mają cofnięte liczniki”. Potem, już poważnie, dodał: „Jeśli podacie mnie do sądu, mnóstwo osób straci pracę”. Wyprowadzanie władz w pole dzięki dobrej gadce, uśmiechowi i pomysłowości pozwalało mu „wyjść z opresji”. Ecclestone ostatecznie uniknął wyroku skazującego, bo przekonał sąd, że przy liczniku samochodu majstrowano wtedy, kiedy auto zostało wypożyczone innemu dilerowi.

Sprzedaż w Bexleyheath rosła jak na drożdżach. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym roku Ecclestone kupił Hills Garage, konkurencyjny salon Mercedesa, a dwa lata później połączył swoją firmę z James Spencer Ltd, największym dilerem w okolicy, który miał koncesję na sprzedaż aut firm: Morris, Austin, MG i Wolseley. Ecclestone dostał kurę znoszącą złote jaja. Popyt na nowe samochody, zwłaszcza wśród przedstawicieli klasy średniej z przedmieść, był nienasycony. Po wojnie ludzie zgromadzili ogromne sumy w gotówce, żeby uniknąć dotkliwego podatku od dochodu, i w końcu zapragnęli wydać te oszczędności. Dilerzy napotkali jednak przeszkodę: ograniczoną liczbę nowych samochodów dostarczanych przez producentów. Aby zaradzić niedostatkom i pokonać konkurencję, zatrudnionym u producentów kierownikom sprzedaży dawano łapówki. Ecclestone był dumny, że nie uczestniczy w tej grze. Tym, których nie było stać na kupno nowych samochodów, oferował doskonałej jakości samochody używane, restaurowane przez sześciu mechaników zatrudnionych na zapleczu salonu. Aby rozwinąć biznes, zaplanował gruntowny remont budynku Jamesa Spencera, przekształcając go w ultranowoczesny salon.

W połowie tego remontu, w październiku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego ósmego roku, poleciał ze Stuartem Lewisem-Evansem do Casablanki, aby wziąć udział w Grand Prix Maroka. Jego przyjaciel reprezentował zespół Vanwall i rywalizował ze Stirlingiem Mossem i Mike’em Hawthornem, dwiema brytyjskimi gwiazdami. Stojąc w boksach obok zakurzonego toru, Ecclestone ze stoperem w ręku mierzył postępy Lewisa-Evansa aż do chwili, gdy w drugiej połowie wyścigu w oddali buchnął płomień i pojawił się kłąb dymu. Biegnąc po torze, Ecclestone odkrył, że w samochodzie Lewisa--Evansa zatarł się silnik, kierowca stracił panowanie nad pojazdem i rozbił się na barierkach. Lewis-Evans został zabrany do miejscowego szpitala z poparzeniami sięgającymi siedemdziesięciu procent ciała. Siedząc obok przyjaciela, który owinięty kocem czekał w nieskończoność na lekarza, Ecclestone przeżywał katusze. Aby oszczędzić Stuartowi dalszego bólu i ewentualnej śmierci wskutek zastosowania prymitywnych metod leczniczych, Tony Vandervell wyczarterował samolot, którym wrócili do Anglii. Wdowa po Stuarcie wspominała, że sześć dni po wypadku Ecclestone siedział przy umierającym przyjacielu. Nekrologi Lewisa-Evansa zbywały ryzyko wyścigów stwierdzeniem, że „pedał gazu działa w dwie strony”, i wychwalały „małego człowieka o wielkim sercu”, który dołączył do długiej listy ofiar Formuły 1. Kilka dni później Ecclestone obchodził dwudzieste ósme urodziny. Patrzenie na bolesną śmierć bliskiego przyjaciela było dla niego koszmarem. Stracił apetyt na ten sport. Sprzedał connaughty i odsunął się od wszystkich wyścigów Formuły 1. Zamierzał się zająć wyłącznie sprzedażą samochodów i handlem nieruchomościami – oraz bogaceniem się.

Salon Jamesa Spencera przy Bexleyheath Broadway został przekształcony w futurystyczne centrum handlowe. Podchodząc do projektu z niebywałą drobiazgowością, Ecclestone poświęcił wszystkim szczegółom mnóstwo czasu. Dążył do perfekcji. Szklana fasada i lśniące białe wnętrze były bezprecedensowym luksusem wśród salonów samochodowych po epoce powojennego niedostatku. Ecclestone obsesyjnie pilnował, by lśniące auta stały w równiutkim rzędzie na białych kaflach, oświetlane snopami światła i otoczone grubymi dywanami. Przesuwne drzwi w głębi salonu prowadziły do części z wyjątkowymi samochodami używanymi – rolls-royce’ami, maserati i jaguarami. Wstęp do tego pomieszczenia był możliwy tylko na osobiste zaproszenie Ecclestone’a. „Nie lubię, kiedy klienci tu wchodzą – wyznał sprzedawcy. – To cholerna zaraza. Nic tylko brudzą”. Wygodne kanapy ustawiono we wnękach niedaleko niezwykłych spiralnych schodów prowadzących do przeszklonego biura Ecclestone’a. Na jego biurku stały telefony – żółty, kremowy i czerwony. Bez końca poprawiał kable i układał papiery. Wpadał do Ann Jones, swojej sekretarki, i usuwał z jej biurka pyłki kurzu i porządkował dokumenty. „Szef musi mieć wszystkich pod kontrolą”, myślała Jones. W końcu kruchy spokój został zmącony. „Jestem sekretarką, a nie sprzątaczką”, wypaliła, gdy Ecclestone wytknął jej bałagan na biurku. On sam był głuchy na skargi. Grał w jednoosobowej drużynie, sam zarządzał swoimi interesami w skali mikro i żądał bezwzględnej lojalności. Wystawiał cudze oddanie na próbę, miotając przekleństwa na dostawców, którzy nie spełnili obietnic, albo niszcząc telefony. Sfrustrowany prymitywnym systemem łączności i nękany stresem, rzucał nimi o ścianę albo ciskał o podłogę, oczekując, że sekretarki w sąsiednim biurze będą robiły uniki przed fruwającym plastikiem i ignorowały jego napady szału. Często wzywano pracowników telekomunikacji, żeby wymienili roztrzaskane aparaty, a Ann Jones pokornie sprzątała bałagan pozostawiony przez człowieka, którego podziwiała. Co jakiś czas, patrząc, jak kolejna zapłakana sekretarka ucieka przed dotkliwymi przekleństwami szefa, spokojnie dzwoniła do pośredniaka, żeby przysłali kogoś na jej miejsce.

Najbardziej wystraszoną postacią w tym nieustannym dramacie był kierownik salonu Sidney Ecclestone. Codziennie rano zjawiał się w pracy jako pierwszy. O przybyciu syna informowała go seria ostrzegawczych telefonów – „Już jest”. Wieczorem Sidney zamykał salon i opuszczał go jako ostatni. W ciągu dnia obsługiwał klientów, narażając się na okrutne reprymendy Bernarda. „Nie powinieneś był pozwolić temu klientowi odejść. Powinieneś był ubić ten interes”. Aby się uspokoić, Sidney wychodził na podjazd i pucował samochody ściereczką z irchy. Niektórzy goście, między innymi Ron Shaw zaliczający się do grona bliskich przyjaciół Ecclestone’a, uważali, że w towarzystwie ojca Bernie czuje się nieswojo. Odnosiło się wrażenie, że Sidney i jego syn mają ze sobą niewiele wspólnego. Według Ecclestone’a to niesłuszna ocena. „Nie terroryzowałem ojca – wyjaśnił. – Po prostu miałem własne zdanie”. Ostatecznie wypracowali wygodny system. Sidney miał witać klientów i sygnalizować synowi możliwość sprzedaży, a wtedy ten schodził po spiralnych schodach. Sidney z podziwem patrzył, jak Bernie przekonuje przypadkowego klienta, który pytał o morrisa, do kupna droższego MG. Choć Sidney tego nie okazywał, był dumny z osiągnięć syna, cieszył się z porządnej pracy, lecz w zgodzie ze słynną angielską powściągliwością nie okazywał mu żadnych uczuć. Za każdym razem, gdy Ann Jones puszczały nerwy i w złości opuszczała salon, Bernie posyłał Sidneya do jej domu z jakimś prezentem – kwiatami, czekoladkami, a nawet z haftowaną chusteczką od Berthy Ecclestone – nakazując ojcu błagać ją, żeby wróciła. Cykl się powtarzał i lojalność była nieustannie wystawiana na próbę. Zauważywszy bukiet kwiatów, który dostarczono dla Jones z liścikiem „od tajemniczego wielbiciela”, Ecclestone zlekceważył gest, mówiąc, że „pewnie ktoś z konkurencji próbuje poznać nasze sekrety”.

Ścisła kontrola personelu, kosztów i sposobu prezentacji samochodów była podstawą biznesowego stylu Ecclestone’a. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym roku, na początku swingujących lat sześćdziesiątych, wszystkie te elementy ułożyły się w całość. Biały salon Jamesa Spencera był ładny, samochody lśniące – zwłaszcza te z nowej serii sportowych aut MG – a mężowie z przedmieść zaczęli kupować drugie samochody dla żon i dzieci. Aby umożliwić sfinansowanie boomu, konserwatywny rząd wprowadził sprzedaż ratalną, która pozwalała Ecclestone’owi udzielać klientom pożyczek na zakup aut. Chcąc czerpać zyski jako pożyczkodawca, w marcu sześćdziesiątego pierwszego roku założył Arvin Securities i zaczął zgarniać sporą część odsetek. Inaczej niż w pozostałych częściach Wielkiej Brytanii, wywodzący się z klasy średniej mieszkańcy hrabstwa Kent rzadko zalegali z miesięcznymi płatnościami. Nielicznych, którym się to zdarzało, odwiedzał Ron Smith, przysadzisty poborca należności jeżdżący zielonym TR3. W ostateczności odbierał dłużnikom samochody. „Mieliśmy z tym bardzo mało problemów”, oznajmił Ecclestone, niepytany.

Pod blichtrem nadal była jednak obecna odrobina atmosfery Warren Street. Od czasu do czasu klienci zauważali, że obok salonu kręcą się dobrze zbudowani mężczyźni, między innymi Jack „Spot” Cromer, znany przestępca z East Endu. Interesy z kryminalistami nie były dla Ecclestone’a niczym niezwykłym. Kiedy w jego salonie zjawił się znany gangster, by sprzedać samochód, Ecclestone wręczył mu czek na uzgodnioną sumę. Później, jeszcze tego samego dnia, Ann Jones odkryła, że auto zostało kupione na raty. „Anuluj czek”, polecił jej Ecclestone. Kilka dni później przestępca wrócił. „Nie powinieneś był anulować czeku – warknął, wyciągając pistolet. – Dawaj forsę, bo inaczej cię zastrzelę”. „Jeśli mnie zastrzelisz, nie będę mógł ci zapłacić”, odgryzł się Ecclestone. Obaj parsknęli śmiechem. „Powiem ci, co zrobię – powiedział Ecclestone. – Spłacę kredyt, a resztę dam ci w gotówce”. „Zgoda”, odparł gangster, nadal trzymając pistolet. Ecclestone odliczył banknoty. Ku jego rozbawieniu kilka tygodni później ten sam gangster przyszedł kupić jednego z nowych austinów A40S. „Samochód jak złoto”, zaśmiał się Ecclestone, machając mu na pożegnanie. Chwilę po wyjechaniu jaskrawoczerwonym autem z salonu gangster zatrzymał się na światłach. Kiedy zapaliło się zielone, odkrył, że w nowym nabytku ciężko wchodzą biegi. Kierowca z tyłu zatrąbił. Gangster wysiadł z samochodu, otworzył bagażnik i chwycił metalowy podnośnik używany przy zmianie opon. Podszedł do hałaśliwego winowajcy, wywlókł go na ulicę i jednym ciosem rozbił mu głowę. Został aresztowany i przewieziony na posterunek w Bexley. Wyciągnął pistolet z kieszeni i powiedział policjantowi: „Nie lubię, kiedy mnie aresztują”, a następnie wyszedł. Potem oskarżono go o morderstwo.

Konszachty Ecclestone’a z kryminalistami stały się powszechnym tematem plotek wśród dilerów samochodów z południowego Londynu. Podczas regularnych lunchów w pubie George Bill Whitehouse i jego pracownicy z salonu Westmount mówili o Ecclestonie z wyważonym szacunkiem. Peter Rix, jeden z tych pracowników, zaprosił Ecclestone’a na piwo. „Masz jakiegoś dobrego używanego MG?”. „Mam” – odpowiedział Ecclestone. – Jaskrawoczerwonego”. „Z ogrzewaniem?”, dopytywał się Rix, zainteresowany dodatkowymi bajerami. „Tak”, odpowiedział Ecclestone. Samochód został zakupiony i dostarczony, ale Rix odkrył, że nie ma ogrzewania. Zadzwonił do Ecclestone’a, żeby się poskarżyć. „Nazywasz mnie kłamcą? – mruknął Ecclestone. – Lepiej uważaj, chłopcze. Ucinałem już palce takim jak ty”. Rix przeprosił. „Dostałem nauczkę – powiedział później. – Z Bernardem się nie zadziera. Nie przejął się tym, że mnie oszukał”.

Odwaga Ecclestone’a nierzadko budziła podziw. Pędził po Bexleyheath i po Londynie w swoim nowym mini, którego wolał od klasycznych symboli statusu, i w końcu odżyło w nim zamiłowanie do wyścigów. Brawurowo ścigał się w amerykańskim samochodzie po West Ham i Essex, gdzie przezywano go „Berniem-uwaga-na-lakier-Ecclestone’em”, bo unikał kolizji z rywalami. „Nie znoszę, kiedy ktoś niszczy mi samochód”, gderał. Po ukończeniu kursu pilotażu w Biggin Hill często mknął nad hrabstwem Kent we własnym czteroosobowym beagle'u. „Słabo widzę”, przyznał po oblaniu testu na licencję. Nie chciał się poddać, więc złożył papiery w Ameryce, ale rozważywszy koszty podróży przez Atlantyk, porzucił ten plan. Na pocieszenie kupił dwanaście samolotów Beagle od niewypłacalnej firmy w Biggin Hill, po czym natychmiast je sprzedał.

W porównaniu z zyskami tego rzędu dochody z handlu motocyklami wypadały blado. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym roku Ecclestone sprzedał Harcourt Motor Cycles Robertowi Rowe’owi, odnoszącemu sukcesy kierowcy wyścigowemu. W czasie negocjacji Rowe namówił Ecclestone’a, żeby zorganizował mu sponsora i kapitał początkowy. Jako agent Rowe’a Ecclestone dostarczył nortona o pojemności pięciuset centymetrów sześciennych na wyścigi TT na wyspie Man, namówił Shella na sponsoring, a nawet pożyczył Rowe’owi skórzany kombinezon. Rowe odniósł pewien sukces, ale jego zwycięstwo na Brands Hatch ominęło Ecclestone’a, który wyszedł przed końcem, bojąc się, że deszcz zniszczy mu ubranie i włoskie buty.

W tym samym roku Ecclestone sprzedał firmę Compton & Ecclestone Lesowi Crockerowi, swojemu byłemu pracodawcy. Kilka miesięcy później Crocker ledwie wiązał koniec z końcem. Ecclestone zgodził się spłacić jego debet w wysokości dwudziestu pięciu tysięcy funtów w zamian za kwit dający prawo pierwszeństwa wykupu wszystkich udziałów w firmie. Trzy miesiące później został wyznaczony syndyk. W czerwcu tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego pierwszego roku Ecclestone pojął swój błąd. Firma była winna dziewięć tysięcy siedemset funtów urzędowi skarbowemu, a zgodnie z prawem dług musiał zostać spłacony, zanim Ecclestone odzyska własne dwadzieścia pięć tysięcy. Zmienił strategię. Dogadał się z Crockerem, stając się właścicielem całego mienia i gotówki firmy, a następnie zwolnił syndyka i sprzedał salon starym kumplom, Victorowi White’owi i Harry’emu O’Connorowi. Okazali się równie nieudolni jak ich poprzednik – mieli dług nie tylko u Ecclestone’a, lecz także u innych wierzycieli. Ecclestone szybko zgarnął ponad sześć tysięcy funtów, sprzedając budynki i akcje, zanim BSA Motorcycles, główny dostawca, skierował do sądu wniosek o otwarcie postępowania likwidacyjnego wobec Compton & Ecclestone. Przy Carey Street*, podczas przesłuchania w sprawie bankructwa, Ecclestone dostał następną nauczkę. Ku poirytowaniu syndyka spóźniony Victor White zjawił się w garniturze z wikunii. Jego usprawiedliwienie było szczere: „Miałem pewną sumkę na boku – powiedział, puszczając kłąb dymu z ogromnego cygara – i muszę niedługo wyjść, bo spieszę się na samolot do Sankt Moritz*”. Ecclestone został sam na negocjacjach z nowym syndykiem, który zwrócił się do niego o zapłatę dziewięciu tysięcy siedmiuset funtów na rzecz urzędu skarbowego. „Chciałby pan złożyć ofertę?”, zapytał syndyk. „Tak, dam jedną trzecią tego, co jestem winien”, odpowiedział Ecclestone. „Nie rozumie pan, panie Ecclestone. Musi pan zapłacić całość i grzywnę. A do tego podatek”. Ecclestone zaproponował jeszcze mniej niż poprzednim razem. „Grywa pan w pokera, prawda? – zapytał syndyk. Ecclestone potwierdził skinieniem głowy. – Cóż – podjął syndyk. – Nie chciałbym z panem grać”. Ecclestone był zadowolony. Uznał, że przechytrzył syndyka i dług pójdzie w zapomnienie. „Biznesmeni, którzy odnoszą największe sukcesy – zapewniał sam siebie – mają szczęście i korzystają z okazji”.

Jedną z oznak jego rozzuchwalenia była zmiana krawca. Wcześniej garnitury szył mu Reg Cox, brat szkolnego kolegi. Teraz Ecclestone przeszedł do Edwarda Saxtona przy Savile Row i zamawiał koszule na miarę u Franka Fostera. W tym idealnym stroju w soboty przeważnie zabierał Ivy na kolację do hotelu Park Lane, a potem jechał do Crockfords, żeby grać w bakarata nie tylko z innymi dilerami samochodowymi, lecz także z Ottonem Premingerem, Cubbym Broccolim, lordem Beaverbrookiem, a raz z lordem Lucanem. Był już wtedy znany w Crockfords – zasłynął tym, że zauważył dwie muchy idące po ścianie i założył się o to, która pierwsza dotrze do sufitu. Jeśli tuż przed niedzielnym świtem zostawało mu dziesięć tysięcy funtów, stawiał wszystko, ryzykując podwojeniem strat, albo podbijał stawkę i wychodził z zyskiem. „Jeśli jesteś najbogatszym facetem przy stoliku – powiedział później – nie możesz przegrać; a jeśli nie stać cię na przegraną, żaden z tego hazard”.

Wśród wielbicieli zabawnego, wygadanego hazardzisty z Crockfords znalazła się Eve Taylor, pracująca w show-biznesie agentka i menedżerka gwiazd muzyki pop. Doradzała swoim klientom, pionierom swingujących lat sześćdziesiątych, by kupowali samochody u Bernarda, jej nowego, uczciwego przyjaciela. Do Jamesa Spencera w Bexleyheath zjeżdżały takie gwiazdy jak Lulu, Sandie Shaw, kompozytor John Barry i Twiggy w towarzystwie swojego chłopaka Justina de Villeneuve’a i ogromnego charta afgańskiego. Twiggy wyjechała z salonu jasnozielonym lamborghini. Żaden z klientów Taylor nie był jednak równie ważny jak Adam Faith, który wzbogacił się dzięki swojemu przebojowi z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego dziewiątego roku What do you want, if you don’t want money?. Idol wyjechał z salonu Ecclestone’a błękitnym rolls-royce'em.

Sprzedaż samochodów tym ludziom wprowadziła Ecclestone’a do grona nowej arystokracji: jego członkowie często spotykali się w San Lorenzo, nowej włoskiej restauracji w Knightsbridge. Mara i Lorenzo, serdeczni właściciele, podejmowali Ecclestone’a, który zjawiał się z księżną Małgorzatą, Tonym Snowdonem i całą konstelacją światowej sławy gwiazd filmowych, muzyków i pisarzy. Ecclestone zmienił wygląd. Zamiast zaczesywać nażelowane włosy do tyłu, pozwalał kosmykom opadać na uszy i czoło jak u Beatlesów, wschodzących gwiazd muzyki pop, którzy także zaglądali do tej restauracji. W weekendy nosił się w nowym stylu: biała koszula, ciemne spodnie i mokasyny. W przeciwieństwie do innych dilerów samochodowych nazywanych „roześmianymi chłopcami” błyskotliwy, cięty dowcip Ecclestone’a i jego kulturalne żarty zjednywały sobie bywalców San Lorenzo.

Sukces towarzyski zachęcał do hazardu, więc Ecclestone regularnie przybywał do Crockfords – ale już bez Ivy – na drugą cotygodniową sesję, która zaczynała się w czwartek i trwała prawie do rana. Hazard stał się jego pasją, choć nigdy nie postawiłby na szali swojego salonu ani domu. W piątek punktualnie o dziewiątej rano przyjeżdżał do pracy i nie umiał ukryć przed Ann Jones, jak mu poszło poprzedniego wieczoru. Jeśli jego twarz była spięta, Jones wiedziała, że w południe zadzwoni przedstawiciel kasyna i poda kwotę, jaką należy wpłacić, by pokryć przegraną szefa. Wypisując czeki opiewające na sumy, za które można by kupić wielki dom, słyszała, jak na dole, w salonie, Ecclestone wykłóca się z klientem o ostatnie pięć funtów rabatu, co zazwyczaj kończyło się wyzwaniem: „Dobra, rzućmy monetą”. Wspiąwszy się po spiralnych schodach, żeby przekazać Jones papierkową robotę, szeptał: „Nie chodzi o pieniądze, ale o interes”. Potem, chcąc zapobiec kolejnej kłótni, kupował Ivy futro z norek, biżuterię albo nową treskę. Ogólnie rzecz biorąc, Ecclestone pokrył straty poniesione w Crockfords serią transakcji dotyczących zaniedbanych gruntów w Greenwich oraz nabyciem Jennings, sklepu przy Bexleyheath High Street, który zbankrutował. Podzieliwszy go na mniejsze lokale, odsprzedał budynek z dużym zyskiem. Technika prowadzenia interesów przez Berniego nigdy się nie zmieniła. Kilka godzin po zakupie Strood Motor Company, największego dystrybutora samochodów marki Leyland w hrabstwie Kent, wpadł do swojego nowego nabytku z niezapowiedzianą kontrolą. Nikt nie pracował. „Zwolnić ich”, rozkazał, wskazując personel grający w rzutki. Obciął koszty, zmodernizował budynek i sprzedał go z zyskiem przed upływem roku.

Czując się jak bogacz, wyruszył z Adamem Faithem do Monte Carlo. „Poznałem jednego gościa, który opchnął mi rollsa – powiedział Faith Johnowi Bloomowi słynącemu ze sprzedawania pierwszych tanich pralek przedstawicielom angielskiej klasy średniej. – Mogę go tu przywieźć?”. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim roku Bloom cieszył się z nowej fortuny na własnym jachcie „Arienne 3”. Ecclestone przyjechał bez Ivy i spędził udany weekend z Maxem Bygravesem, artystą estradowym, grając w kasynie w bakarata. Przegrał. Żarciki Ecclestone’a cementowały jego przyjaźń z mężczyznami, stwarzając nowe możliwości biznesowe. Po powrocie do Anglii rozpoczął negocjacje, by kupić dla Faitha łódź motorową z kabinami, ale uznał, że cena jest zbyt wysoka. Nie doszło do transakcji.

Nie istniały wyraźne granice między interesami a przyjaźnią. Wchodząc do salonu Alfa Romeo w Surrey, należącego do Roya Salvadoriego, byłego kierowcy wyścigowego, Ecclestone zapytał, czy wszystkie samochody są na sprzedaż. „Tak”, potwierdził Salvadori. „Dam ci za nie pięćdziesiąt dwa tysiące funtów”. Salvadori był zaskoczony i poczuł niepokój, kiedy Ecclestone zaczął się domagać odpowiedzi. „Może być czek?”, zapytał kupujący. Salvadori już miał się zgodzić, lecz nagle sobie przypomniał, jakimi metodami Ecclestone robi interesy. Najprawdopodobniej ocenił wartość przed wejściem do salonu i podał sumę, która wydawała się olbrzymia, ale pozwoliłaby mu osiągnąć spory zysk. Salvadori odmówił. Po wyjściu Ecclestone’a skrupulatnie obliczył wartość swoich samochodów. Zysk Ecclestone’a z tej transakcji byłby olbrzymi.

W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym roku, wracając w nocy do domu „z – jak sam wspominał – kimś, z kim nie powinienem był być” (a jak wspominał jego przyjaciel, uśmiechając się na myśl o częstych skokach w bok Ecclestone’a, z Colleen, jego „indyjską dziewczyną”), Bernie zauważył płomienie buchające z salonu Jamesa Spencera. Budynek i znajdujące się w nim samochody uległy zniszczeniu. „Straż pożarna już tam była i wezwano rzeczoznawcę”, wspomina Ecclestone. Dalsza część tej historii przeszła do legendy. Konkurenci Ecclestone’a rozgłaszali, że już o ósmej rano uprzątnięto zgliszcza, a Ecclestone odbierał telefony, siedząc na podjeździe w dostarczonym przed świtem przenośnym budynku Portacabin, i sprzedawał nową kolekcję samochodów, które przywieziono w nocy. Według ich scenariusza polisa ubezpieczeniowa Ecclestone’a pokryła koszty odbudowy zaniedbanego, przedwojennego budynku i urządzenia z niego nowoczesnego, lśniącego centrum handlowego. Cynicy zapomnieli, że budynek został zmodernizowany pięć lat wcześniej. W rzeczywistości Ann Jones i inni naoczni świadkowie widzieli, jak Ecclestone „z bólem w sercu” snuł się po dymiących zgliszczach i wszedł po metalowych schodach do swojego biura, gdzie zastał trzy kałuże plastiku – żółtą, kremową i czerwoną – pozostałość po swoich telefonach. Agent ubezpieczeniowy ujawnił, że odszkodowanie nie objęło używanych samochodów na zapleczu, które strawił ogień wzniecony wskutek awarii instalacji elektrycznej. „Ubezpieczenia to jeden wielki kant”, powiedział Ecclestone do Ann Jones, która ocaliła karty pojazdów przechowywane w sejfie. Na cztery dni Ecclestone i jego personel przenieśli się do pustego domu sąsiadującego z salonem, robiąc stoły i krzesła z pomarańczowych pudeł. Potem dostarczono przenośny portacabin, uprzątnięto teren i wznowiono działalność. Ale odbudowa z wykorzystaniem identycznego projektu i materiałów zajęła kilka miesięcy. Dawne telefony zostały zastąpione najnowszymi aparatami Trimline. „Jeśli będzie pan nimi rzucał, panie Ecclestone – ostrzegł inżynier – proszę nie liczyć na wymianę. Mamy niedobór”.

W tamte święta Bożego Narodzenia Ecclestone był szczególnie przeciwny świętowaniu. Poirytowany tym, że jego personel zorganizował poczęstunek w miejscowym pubie, został w salonie i czekał, aż wszyscy wrócą. „Nie nadajesz się do pracy”, oznajmił Jones, kiedy ta chwiejnym krokiem weszła po spiralnych schodach. Wolałby otworzyć salon na święta. Przy Melcot Road, w niedawno odremontowanym domu, z „podmiejską” żoną, nie czekało go nic wesołego. Przerósł Ivy. Nie umiejąc nadążyć za jego stylem życia i nie dzieląc z nim żadnych zainteresowań, spędzała czas na zakupach i narzekaniu na jego perfekcjonizm – który wielu uznałoby za obsesję – oraz na jego potrzebę kontrolowania kobiet. Podejrzewał, że Ivy ma romans z miejscowym elektrykiem.

„Ta Chinka ciągle na mnie zerka”, napomknął Ecclestone Ann Jones w piątkowy poranek tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego roku. Wieczór wcześniej, podczas kolacji w Crockfords, na którą zaproszono stałych bywalców, poznał sympatyczną Singapurkę Tuanę Tan i jej amerykańskiego męża. Ta atrakcyjna kobieta urodziła się siódmego grudnia czterdziestego pierwszego roku, w dniu japońskiego ataku na Pearl Harbor, i wychowała się w zamożnej rodzinie, która zawdzięczała majątek sukcesom ojca hazardzisty. Podczas gdy mąż Tuany stał przy stole do gry w kości, ona i Ecclestone grali w bakarata. Dowiedział się wtedy, że Tuana przyjechała do Londynu w sześćdziesiątym pierwszym roku, żeby studiować sztuki piękne, i że nie jest zadowolona z zawartego przed rokiem małżeństwa. Niektórzy uważali, że jest wyciszona. Inni zwracali uwagę na jej uległość.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.