Filip - Leopold Tyrmand - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 642 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Filip - Leopold Tyrmand

Niesamowita powieść z czasów II wojny światowej. Oparta na doświadczeniach Autora!

Losy młodego Polaka, którego wojenne drogi wiodą do Frankfurtu nad Menem, gdzie pracuje w jednym z hoteli jako kelner, w grupie młodzieży pochodzącej z krajów okupowanych przez Niemcy. W tym wrogim świecie odnajduje całkiem niespodziewanych sojuszników. Są nimi wszyscy, których dosięgła wspólna wojenna mitologia. Także młodzi Niemcy.

Jak większość prozy Tyrmanda i ta książka oparta jest na elementach biograficznych. Jest to opis losów człowieka nieprzeciętnego, którego młodość została naznaczona przez okupację, politykę i emigrację.

Opinie o ebooku Filip - Leopold Tyrmand

Cytaty z ebooka Filip - Leopold Tyrmand

Po pracy grał na zdezelowanych skrzypcach lub wywabiał za pomocą kwasu siarkowego kompromitujący politycznie tatuaż z różnych części ciała. Poza tym prowadził bujne życie seksualne: grasował szczególnie wśród
otępiałych ze zmęczenia i strachu rosyjskich sprzątaczek wagonów i ukraińskich pomywaczek w kantynach kolejowych, nie gardził także starawymi robotnicami Niemkami, bezkształtnymi tworami w roboczych kombinezonach przed klimakterium, a nawet klozetowymi babkami. „Mój stary – mówił do mnie, gdy poddawałem w wątpliwość urok tych wyczynów – nikt nigdy nie wie, gdzie i kiedy czeka go największy wstrząs, najwspanialszy dreszcz tej strefy przeżyć. Może ci się przytrafić na Grecie Garbo lub Danielle Darrieux, nie przeczę, to prawda, proszę bardzo, ale może cię też przeszyć właśnie na klozetowej babce. Nigdy nic nie wiadomo, stary. Tylko durnie uważają, że jest to niemożliwe w tym drugim wypadku, tylko eunuchowaci
głupcy uciekają przed kaprawym zezem i próchnicą zębów. Prawdziwy mężczyzna jest pełen pokory wobec tego, co na wierzchu. I dlatego nie pomija niczego, nie zawaha się przed żadnym zakamarkiem, sprawdzi wszystko w poszukiwaniu świętego Graala orgazmu, w swej żmudnej pielgrzymce ku najpotężniejszemu dreszczowi swego życia…”

Fragment ebooka Filip - Leopold Tyrmand







Spis treści

  • Filip
  • Przypisy

Copyright © 2010, Mary Ellen Tyrmand

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw

ISBN: 978-83-7779-114-1

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Skład i łamanie: Jacek Antoniuk

Korekta: Michał Borun

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.


1

Wiesz, Blanca przyjechała – rzekł Piotr, rozpinając koszulę na piersiach.

Leżałem na łóżku Piotra i obserwowałem z zainteresowaniem celebrację zdejmowania fraka po obiadowej robocie. Rzekłbym, że lubiłem gesty Piotra: sposób, w jaki pochylał twarz z papierosem nad trzymaną w palcach zapałką, pochylenie głowy i ruchy dłoni przy rozpinaniu koszuli z białej piki, wieszaniu jej na ramiączku i skrupulatnym umieszczaniu w szafie – wszystko to było mi jakoś drogie. Ta przyjaźń spadła na nas jak uśmiech losu, wygrana na loterii czy coś takiego; dobrze było wtedy mieć kogoś, do kogo czuło się zaufanie i jeszcze coś więcej, i dobrze, gdy ten ktoś był rówieśnikiem, młodym, przytomnym facetem o jasnym, złośliwym uśmiechu i silnych ramionach.

– Nie wiedziałem, że wyjeżdżała – powiedziałem leniwie. Mieliśmy lato, upalny koniec czerwca czterdziestego trzeciego roku, za oknem pokoju Piotra leżał znieruchomiały w skwarze Frankfurt.

– Wyjechała – powiedział Piotr, zdjął spodnie i buty i nalał wody do miski. – Co za orka dzisiaj – poskarżył się i zlał wodą szczupły, mocny tors. – Dlaczego nie robiłeś przy obiedzie? – spytał. – Przecież nie miałeś dziś śniadania?

– Miałem. Było mało roboty i poszedłem, zanim raczyłeś zjawić się na czyszczenie plateru. Brütsch mnie zwolnił. A teraz cię szukał i wymyślał.

– Bo zaprawił się od samego rana. Przy śniadaniu tachali jakieś nowe skrzynie z koniakiem. Jak Brütsch zacznie sprawdzać, czy wszystko w porządku, to wiesz, jak jest potem. Co mnie zresztą to wszystko obchodzi…

Przeciągnąłem się z zadowoleniem: w każdym zakątku ciała czułem błogosławione, syte zmęczenie, nic nie ujmujące siłom młodości.

– Taki jestem zmęczony.

Piotr stał w kąpielówkach na środku pokoju i wycierał ręcznikiem długie, smukłe nogi; po czym włożył czystą koszulkę gimnastyczną oraz spodnie od bawełnianej, treningowej petki i usiadł na brzegu łóżka.

– Kiedyś ty się tak spiłował? – spytał z przekąsem.

– Wczoraj – powiedziałem z błogością. – Przyjechała ta z Moguncji.

– I co? Gdzie?

– Wyobraź sobie, wzięła pokój w hotelu, w tym na rogu Karlstrasse.

– „Imperial”?

– O to, to. Telefonowała do nas, na dół, umówiłem się z nią po południu u Schumanna. Było pusto. Nawet ładnie wyglądała. Nie chciała za Chrystusa przyjść tu, do nas, na górę. Powiedziała, że przyjechała się mną nacieszyć, a nie umierać ze strachu.

– Idioto – rzekł Piotr z troską – i poszedłeś do niej? Kretynie. Czekaj, doigrasz się.

– Co miałem robić? Wieczorem, na górę, jeszcze pół biedy, ale jak schodziłem dziś rano, portier zahaczył mnie o klucz. Krzyknąłem, że żona jeszcze na górze i chodu. Gdyby nie był leniwy…

– Kretynie – powtórzył Piotr i zapalił papierosa swym czarującym, nieporównanym ruchem – tobie to imponuje, że sprint, że chodu, że go wyrolowałeś.

– Piotrusiu – powiedziałem – nie gniewaj się. Taki jestem zmęczony. Jutro niedziela. Mam wolny cały dzień.

– Ja też – rzekł Piotr.

– Jak to? – zdziwiłem się przytomnie.

– Tak to – uśmiechnął się Piotr – mam jeden dzień u Vesselego. Chce za mnie wziąć niedzielę. Możemy pojechać pod miasto. Do Taunus, dobrze? Weźmiemy Blancę.

A Savino?

– Z Savinem skończone. Rozmawiałem z nią rano. Skończyła z nim przed wyjazdem z Frankfurtu.

– A może on z nią?

– Może – rzekł Piotr obojętnie – nieważne.

– To nie takie proste – powiedziałem; coś mi się tu wydawało nie w porządku. – Nie możesz z miejsca ładować się na dziewczynę kolegi. Zaczekaj trochę. Przecież oni się tak kochali z Savinem. Kiedyś, pamiętam, Blanca nie wychodziła przez tydzień z łóżka, a Savino tylko rano wbijał się we frak, przylatywał o dziesiątej z powrotem i do łóżka. O wpół do drugiej we frak i na dół do obiadu, o czwartej na górę i do łóżka, o w pół do siódmej we frak i do kolacji, o jedenastej do łóżka. I tak przez cały tydzień, pamiętasz?

– Pamiętam – rzekł Piotr – to było kiedyś. Ale teraz Savino obsługuje klientkę z trzeciego piętra, żonę zastępcy gauleitera. Zrobił karierę. Ciekawym, kiedy ona odblokuje pokój? W recepcji konają ze strachu.

– Włoch – westchnąłem z zazdrością – jemu wolno. A że chłopak w sobie i przystojny, więc działa. Funkcjonuje.

– A Blanca poszła na rajzy – skończył Piotr. – Honorowo. To jest w ogóle wyjątkowa Niemka.

– Przestań… – uśmiechnąłem się – skończ to nieprzytomne przemówienie. Podoba ci się i już.

– Podoba – rzekł Piotr prosto i spokojnie.

To poważne, powiedziałem sobie. Piotr rzadko mówił, że ktoś mu się podoba, dziewczęta nie grały pierwszej roli w jego dwudziestoletnim życiu.

– Skoro tak ci się podoba – powiedziałem, barwiąc słowo „tak” niebotyczną ironią – to nie wiem, o czym mówić. Żadne względy moralne nie grają roli.

– Przynajmniej wiem – rzekł Piotr – że nie wykroi mi żadnego numeru. Że nie zaciągnie mnie do hotelu, z którego mogą mnie wywieźć w karetce gestapo.

– Piotrusiu – powiedziałem ze słodyczą – ta z Moguncji ma brata i męża na froncie. Zapominasz, że jest wojna i że walka jest naszym obowiązkiem. Każdy ryzykuje, jak go na to stać.

– Masz dziwne metody walki – uśmiechnął się Piotr pogodnie – walczysz osobliwą bronią.

– Tutaj – rozzłościłem się naiwnie – w samym środeczku Niemiec. I zawsze wolę tę metodę niż twoją. Trudno mi uważać szafkę pełną kradzionych butelek wina za dowód zwycięstwa.

– Ja prowadzę wojnę ekonomiczną – rzekł Piotr z uśmiechem – bardzo skuteczną.

– Dla ciebie – mruknąłem. – Już sam nie wiesz, co robić z pieniędzmi. – Stanowiło to krzyczącą niesprawiedliwość, albowiem Piotr był zawsze bardzo lojalny w sprawach pieniężnych, to znaczy dawał mi, skoro tylko potrzebowałem. Czynił to niezbyt chętnie, nie szczędząc mi nietaktownych docinków, ale dawał.

2

Tak więc leżeliśmy nazajutrz z Blancą na trawie, na podgórzu Taunusu. Wysiedliśmy na stacji w Oberursel i na próżno usiłowaliśmy się oderwać od niedzielnego tłumu Niemców z dziećmi i koszykami z jedzeniem. Brzegi mizernego potoku oblepione były Niemkami w stanikach i letnich spódnicach, albowiem krajobraz był tego rodzaju, że kostium kąpielowy wydawał się nie na miejscu.

– Co za nonsens – narzekałem – zamiast pójść normalnie na plażę do Moslera, tłuc się na idiotyczną majówkę w czerwcu.

Piotr taszczył bez słowa teczkę z jedzeniem i winem; pasował jakoś do tego tłumu i gdyby nie fakt, że był wysoki i przystojny, co stanowiło rzadkość wśród tych tu męskich wybierków, nie odcinałby się specjalnie. Był europejskim mieszczuchem i niewiele różniło go od urlopowanych żołnierzy z Hesji, Nadrenii czy Palatynatu.

– Jest rzeczą konieczną – powiedziała Blanca – abyśmy się odbili od tego parszywego tłumu. Jak wyjmiecie tu butelki, ludzie zakłują was spojrzeniami na śmierć. Tacy są ludzie dzisiaj.

Powlekliśmy się na jakiś pagórek i oto leżeliśmy w słońcu obok siebie. Zapomnieliśmy wziąć koc, zaś trawa była już sucha, łamliwa i kłująca, nie sposób tedy było rozebrać się do kostiumów kąpielowych. Piotr otworzył teczkę i wyjął kanapki z salami i serem limburskim oraz dwie butelki mozelskiego wina.

– Nie było nic lepszego prócz tego Trarbachera – rzekł niedbale.

– Nic lepszego… – powiedziała Blanca, pochłaniając niezbyt spiesznie, lecz systematycznie kanapkę za kanapką. – Wam się już w głowie przewraca. Wy macie życie. Czasami, patrząc na was, zastanawiam się, czy hitlerowcy nie mają racji. W każdym razie nie miałabym nic przeciwko temu, żeby wszystkich cudzoziemskich kelnerów powiesić na placach publicznych. Z zemsty za mękę, jakiej doznajemy, patrząc na wasze spasione pyski.

– Przesadzasz – powiedziałem. – Wystarczyłby ci Savino.

– Do Savina nie mam żadnej pretensji. Lubię Włochów. Atawizm – wyjaśniła – moja babka była Włoszką z Tyrolu. Stąd imię i aparycja.

– Karmię cię – rzekł Piotr – i tak mi się odwdzięczasz.

– Cholera mnie bierze, kiedy widzę, jak wam się powodzi. My, Niemcy, zdychamy powoli na kartkowym chlebie.

– Nie wszyscy Niemcy zdychają z głodu – rzekł Piotr rzeczowo. – Już my o tym wiemy najlepiej. I nie wszyscy cudzoziemcy piją mozelskie wina. Przejdź się pod dworcem i popatrz na Polaków. My z „Park-Hotelu” to co innego – dodał nie bez brzydkiej dumy. – My się bronimy skutecznie.

Zaczynała mnie powoli brać cholera. Blanca była przede wszystkim Niemką, potem dopiero ładną dziewczyną i dobrym kumplem. Nie miałem zamiaru się przed nią tłumaczyć.

– Fakt – powiedziałem – jest wcale nie najgorzej. Na przykład te stare pierniki z „Frankfurterhofu”: hotel nie gorszy od naszego, ekstraklasa, a nic nie mogą zdziałać. Wiadomo: Niemcy. A ty, Blaneczko, jakoś wyglądasz nie tego…

– Żebyś wiedział, co ja mam za numer – rzekła Blanca ustami wypchanymi jedzeniem. – Od trzech tygodni mieszkam w pociągu. Nie mam kartek żywnościowych, bo wymeldowałam się z Frankfurtu. Jem, co dobrzy ludzie dadzą. Przeważnie dobrzy ludzie na urlopach z frontu wschodniego. Ci mają najlepsze serca i najwięcej kartek.

Dla odmiany ogarnęło mnie współczucie. Siedziała na trawie, młoda, śliczna i czarnowłosa, jedząc bez przerwy, w zapamiętaniu. Poczułem się naraz wobec niej bogaty i potężny, mogłem pozwolić sobie na zmienne nastroje.

– Co się stało? – spytałem.

– Dostałam przymusowe skierowanie do pracy w fabryce. Wyobrażasz sobie mnie przy maszynie?

– Nie – odpowiedziałem skwapliwie. – Wykluczone. Wyobrażam sobie ciebie wyłącznie w drewniakach na koturnach, w czerwonej bluzce i krótkiej, granatowej spódnicy, z torbą na pasku przewieszonym przez ramię. Tak, jak ujrzałem cię po raz pierwszy w „Café Schumann”. Bardzo mi się podobałaś. Tylko – westchnąłem – że Savino był szybszy.

– Nie jestem pewien – rzekł Piotr – czy tak należało postąpić. Wszyscy muszą ciężko pracować. Ostatecznie jest wojna. Nasi ministrowie pracują w Anglii w fabrykach amunicji. I jakaś krewna królowej też. Masz tu matkę, dom, mogłabyś trochę popracować.

– Wy to co innego. Wy jesteście patrioci. A mnie, póki mam takie nogi, nikt nie zagoni do pracy fizycznej. Ani Arbeitsamt, ani gestapo. Przynajmniej do fizycznej pracy w fabryce.

Uniosła wysoko spódnicę i pokazała, jakie ma nogi. Spódnica była tandetna, gruba, wcale nie letnia, dość wyplamiona i zmięta. Mówiła wszystko o życiu rajzerki. Blanca przechyliła butelkę Trarbachera nad głową i długo piła. Po czym położyła się na brzuchu, podpierając podbródek dłońmi. Piotr uczynił to samo i leżeli twarzami do siebie, ich nosy dzieliła przestrzeń kilkunastu centymetrów.

– Ty jesteś Duńczyk czy Flamand, czy coś takiego, o ile sobie przypominam – powiedziała Blanca, pukając lekko wskazującym palcem w kształtny nos Piotra.

– Nie. Holender.

– Aha, Holender. Właśnie to miałam na myśli. Zresztą, co to za różnica? Nazywasz się Leo, prawda?

– Nie. Piotr.

– A tak krócej?

– Krócej: Piet. To po holendersku.

– Wspaniale. A on? – wskazała na mnie – on jest Czech, nie?

– Nie – odparł Piotr. – On jest Francuz.

– Ale Savino mówił coś kiedyś, że on taki nie bardzo Francuz.

– O czym ona mówi? – zdziwił się zapobiegawczo Piotr.

– Odczep się ode mnie – powiedziałem maksymalnie żartobliwym tonem – bo możesz zarobić kopa w tyłek. Ty i Savino.

Zawsze w takim wypadku konstruowało się z miejsca atmosferę ogromnej niefrasobliwości i nieważności padających słów.

– Co to mnie obchodzi – rzekła Blanca pojednawczo. – To bardzo miły chłopak – wskazała znów głową na mnie. – Prawda, że on jest miły?

– Prawda – rzekł Piotr. – On jest bardzo miły. A ty jesteś ładna dziewczyna.

Sięgnął leniwie po drugą butelkę wina. Blanca przytuliła twarz do suchej letniej trawy. Zrobiło mi się przykro. Zapragnąłem naraz uzupełnić jakoś zaloty Piotra.

– Blanca – powiedziałem – jesteś fajna, równa dziewczyna. Masz rację, że się migasz od roboty. To nie dla ciebie. Życie przed tobą. Musisz tylko przetrwać do czasu, kiedy przegracie wojnę.

3

Wychodziliśmy właśnie z peronów Dworca Głównego, kiedy rozległy się syreny ostrzegawczego alarmu. Głos spikera radiowego donosił z megafonów hali dworcowej o dwóch eskadrach nieprzyjacielskich samolotów, przesuwających się na południe od frankfurckiego obszaru powietrznego.

– Nas nie ruszą – rzekł Piotr z przekonaniem. – Za dużo amerykańskich i żydowskich pieniędzy ulokowano w tym mieście.

– Dzięki Bogu – powiedziałem. – Choć raz zawdzięczam coś plutokratom. Zresztą lubię, jak bombardują niemieckie miasta, tylko nie te, w których mieszkam.

– Ludzie mówią – dorzuciła Blanca – że alianci przeznaczyli Frankfurt na swoją stolicę. Po wojnie.

Obszerny plac przed dworcem nasycony był parnym, gęstym półmrokiem, w którym drgały jasne plamy letnich koszul i sukien, śmiechami, nawoływaniami, gwizdami i dźwiękami ustnych harmonijek. Rozgrzane upałem mury wokoło wyzwalały z tłumu mdły, wilgotny opar, brak światła otulał wszystko welonem jakiejś gigantycznej, wielkomiejskiej intymności, łatwo przechodzącej w groźną martwotę zaciemnionego, śmiertelnie przerażonego miasta.

– Chodźcie do mnie – powiedział Piotr niezręcznie: nie wiedział, jak się mnie pozbyć. – Trzeba coś zrobić z wieczorem.

– Chętnie – rzekła Blanca. – Nie widzę przeszkód.

– Ja idę spać – powiedziałem obłudnie: właśnie w tej chwili naszła mnie złośliwa, niczym nie uzasadniona ochota, aby nie zostawić Blanki Piotrowi. Chciałem, aby mnie prosili, ażeby nakłaniali mnie do zostania z nimi, i wiedziałem, że to nastąpi. W gruncie rzeczy wcale mi się nie chciało spać, pragnąłem obecności kogoś, kogo bym lubił, komu mógłbym świadczyć dobro i przyjaźń i otrzymywać odeń w zamian serdeczność, poufałość, ścisły sojusz i związek. Przez chwilę wydawało mi się, że znakomicie nadaje się do tego właśnie Blanca. Faktem natomiast było, że otrzymywałem to wszystko od Piotra, lecz w sposób niezręczny i chłodny; cierpkość i rezerwa stanowiły atrybuty jego holenderskiej młodzieńczości.

– Nie bądź dzieckiem – rzekła Blanca – nie pójdziesz przecież o dziesiątej spać. Jestem zmęczona jak pies, a mimo to nie śpieszy mi się do domu. Do ciągle tych samych, idiotycznych pretensji mojej matki.

– Nie mam u siebie w pokoju matki – mruknąłem – i idę spać.

– Daj spokój – uśmiechnął się wyrozumiale Piotr; przypuszczał, że chcę się w ten sposób wycofać i ułatwić mu swobodę ruchów. Uśmiechem tym dawał mi do zrozumienia, że dostrzega moją koleżeńskość, akceptuje ją i wysoko sobie ceni. – Mam odłożoną butelkę Rüdesheimera. Poza tym dziś przemawia Churchill.

– Przyjdziesz do mnie po dzienniku i opowiesz – upierałem się. – Możesz mnie nawet obudzić, gdyby coś ważnego.

– Na razie – rzekła Blanca rozsądnie – i tak idziemy wszyscy w jedną stronę.

To było słuszne. Poszliśmy więc w prawo, w Wiesenhüttenstrasse. W wąskiej części ulicy, po jej lewej stronie, rysowała się ciemną plamą smukła, wytworna fasada „Park-Hotelu”, nieco dalej ulica rozszerzała się w śródmiejski skwer, pełen drzew i akacjowego zapachu, przemieszanego z wonią samochodowych spalin. Przed ogródkami, poprzedzającymi tu każdą elegancką, willową kamienicę, stały duże mercedesy i bmw z oznakami wysokich władz partyjnych i wojskowych. U nasady skweru, niemal naprzeciw „Park-Hotelu”, stał na skos do ulicy, za niziutkim murkiem, trzypiętrowy chudy domek o pośledniejszym wyglądzie: było to pomieszczenie dla hotelowej służby i biuralistów.

– Idźcie przodem – powiedziała Blanca – wejdę sama. – Znała dobrze tutejszą topografię i zwyczaje: cały parter domu zajmował komisariat policji. Doświadczeni żeglarze twierdzą, że nigdzie nie jest równie bezpiecznie, jak w oku cyklonu. To chyba prawda, dodałbym tylko, że trzeba umieć się z tym okiem obchodzić. Po prostu wypracować sobie metodę.

– No, to cześć – powiedziałem do Piotra na drugim piętrze, gdzie mieszkałem. W tej chwili naprawdę nie miałem ochoty iść o jedno piętro wyżej.

– Słuchaj – rzekł Piotr z dobrotliwą ironią – to nie wypada. Posiedzisz z nami pół godziny i pójdziesz sobie. Będę ci nawet wdzięczny, jak sobie pójdziesz, ale jeszcze nie teraz.

– Zawsze pozostaniesz małym holenderskim mieszczuszkiem – rzekłem ze złością – mimo aparycji hollywoodzkiego gwiazdora i niektórych powiedzeń, godnych mądrego faceta.

Na dole słychać było kroki Blanki. Weszliśmy tedy o jedno piętro wyżej i po przebyciu zupełnie czarnego korytarza Piotr otworzył drzwi i zostawił uchylone. Od razu też poczułem się lepiej: lubiłem pokój Piotra. Mój był małą, ponurą dziuplą, o oknie oddalonym o metr od przeciwległego muru, wypełnioną wielkim nieprzychylnym łóżkiem, które nie dawało schronienia, nie było niczym innym, jak narzędziem do mechanicznego wypoczynku i tuzinkowych, młodzieńczych rozkoszy. Pokój Piotra miał okno wychodzące na ulicę, z którego widać było fasadę „Park-Hotelu”, zaś fasada ta i jej wykwint stanowiły zawsze przedmiot naszych nienawiści, naszego podziwu i naszych tęsknot. W pokoju Piotra stało metalowe łóżko o zżółkłych, niegdyś chromowanych kulach i prętach, tak samo obszerne i wygodne, jak w podrzędnych paryskich hotelikach, gdzie jest sprzętem głównym i ważnym. Obok łóżka stała nocna szafka, na niej nasza chluba: mały aparat radiowy „Philips-Phileta”, a na aparacie nocna lampka, co razem nadawało kątowi przy wezgłowiu akcent ogromnej przytulności. W oknie wisiała pluszowa stora, którą natychmiast po wejściu zasunąłem, zaś Piotr zapalił nocną lampkę. Po chwili zapukała Blanca, weszła i zamknęła za sobą starannie drzwi. Łagodne światło nocnej lampki nasycało plusz w oknie, w świetle tym stara, spłowiała i brudna stora nabierała głębokiej miękkości. Piotr wyjął butelkę z szafy i nastawił cicho radio, Ilse Werner śpiewała Mein Herz hat heute Premiere… Rüdesheimer był bladozłoty, cierpki, trochę kwaskowy i bardzo aromatyczny: takie wino pili w Niemczech w tym czasie wyłącznie dygnitarze partyjni, milionerzy, wyżsi wojskowi i kelnerzy z wielkich restauracji. W zaciemnionym za pomocą pluszowej story pokoju zrobiło się bardzo gorąco. Blanca na wpół leżała na łóżku, Piotr siedział obok z nogami podciągniętymi pod brodę, ja na krześle z nogami opartymi o umywalnię, a plecami o frakowe spodnie Piotra, przewieszone przez oparcie krzesła.

– Nie gnieć mi spodni – rzekł Piotr – bądź tak dobry.

Roześmieliśmy się wszyscy, nie wiadomo czemu, ja zaś powiedziałem:

– Najwyższy czas, abyśmy zrobili dziś użytek z kostiumów kąpielowych. Wozimy je cały dzień ze sobą, a tu jest goręcej niż na plaży.

– Świetna myśl – powiedziała Blanca z nasiąkłym winem entuzjazmem. Zeskoczyła z łóżka, przenosząc nogi nad głową Piotra i w mgnieniu oka zrzuciła spódnicę i bluzkę, pod spodem miała dwuczęściowy kostium kąpielowy. Zdjąłem spodnie i koszulę i zostałem w samych slipach pływackich.

– Nie patrz się – powiedział Piotr do Blanki i przebrał się w swoją granatową petkę.

– Dlaczego ma nie patrzeć? – powiedziałem głupio. – Niech się przyzwyczaja.

Piotr uśmiechnął się, ale widziałem, że słowa moje nie przypadły mu do gustu: nie lubił takiej bezpośredniości.

– Tu już nic nie ma – powiedziała Blanca, unosząc butelkę po Rüdesheimerze.

– Zejdę i skombinuję coś na dole – rzekł Piotr i sięgnął po bluzę od petki.

– Stary skąpcze… – zacząłem, ale ugryzłem się w język: chciałem powiedzieć, że wystarczy otworzyć szafkę Piotra w rozbieralni kelnerów, aby wydobyć za smukłą szyjkę butelkę najlepszych roczników reńskich, heskich i mozelskich, na jakie stać piwnice „Park-Hotelu”; wiedziałem też, że Piotr nigdy by mi tego nie przebaczył, były to bowiem sprawy nasze, do których żaden Niemiec, nawet tak mało groźny jak Blanca, nie mógł mieć przystępu. – Postaraj się o Liebfrauenmilch – dokończyłem. – Moje ulubione wino – dodałem wyjaśniająco w stronę Blanki.

– Masz dobre upodobania – rzekła głosem, który jakby nakazywał mi na nią spojrzeć – całkiem niezły smak.

Piotr wyszedł z pokoju. W radiu skończyła się muzyka i spiker zaczął mówić o bajecznym w tym roku urodzaju na kartofle, co należało do repertuaru najpomyślniejszych wiadomości.

– Zmień to – powiedziała Blanca – daj jakąś szwajcarską stację. – Siedziała w poprzek łóżka, z długimi nogami wyciągniętymi przed siebie, plecami oparta o ścianę. Chciałem ominąć nogi, aby podejść do radia, nie ułatwiła mi jednak tego i już mi się nie udało. Dolna część kostiumu Blanki zwinęła się i upadła na podłogę. – Szybciej, szybciej – szepnęła. – Nareszcie zrozumiałeś, głupi, że po to tylko pojechałam do Taunus.

Nie miałem teraz czasu ani ochoty sprzeczać się z nią, lecz to, co mówiła, było zwykłym kłamstwem. Zgasiłem tylko radio.

– Żeby było słychać kroki na korytarzu – zaznaczyłem rzeczowo. Blanca skinęła głową, oczy miała półprzymknięte.

– Szybciej – powtórzyła cicho. Po kilku minutach usłyszałem kroki Piotra na schodach, mimo że był w tenisówkach. Wstałem i pochyliłem się nad radiem, Blanca bez słowa wciągnęła kostium i podeszła do lustra nad umywalnią. Drzwi otworzyły się i jednocześnie z małego głośnika poleciała dynamiczna, spinająca In the mood Glenna Millera.

– Nie tak głośno – syknął Piotr – ścisz, idioto, na dole wszystko słychać… – W ręku miał butelkę i trzy kieliszki. – Przyniosłem kieliszki do białego wina, żeby było wytworniej – dodał wesoło – Liebfrauenmilch dla ciebie – dorzucił w moją stronę – żebyś nie żałował, żeś tu z nami został.

Oczywiście, popiliśmy jeszcze trochę i Piotr wpadał w coraz lepszy nastrój: rozbawiał się powoli i niezależnie od reszty obecnych; zawsze tak zresztą było, że funkcjonował towarzysko na zasadzie pewnej samoistności: nazajutrz wszyscy mogli stwierdzić, że byli na pogrzebie, zaś Piotr oświadczał, że bawił się znakomicie. Nie doznawałem przeto niczego, co niektórzy w takich wypadkach skłonni są nazywać wyrzutami sumienia. Liebenfrauenmilch smakował mi doskonale, z minuty na minutę ogarniało mnie coraz większe zmęczenie i senność. Natomiast Blanca wstała w pewnym momencie i oświadczyła, że idzie zrobić siusiu. Nie wracała bardzo długo.

– Co się z nią dzieje? – spytał w końcu Piotr głosem pełnym zadowolenia.

– Nie wiem – mruknąłem – idę spać.

– Tak długo? – zastanawiał się Piotr, kręcąc z upodobaniem w palcach papierosa.

– Może poszła do Savina – powiedziałem leniwie. – Zna drogę. Z Niemkami nigdy nic nie wiadomo. Nie mają w sobie krzty lojalności. Zwłaszcza w tych sprawach.

– Po pierwsze, nie wierzę, aby zrobiła coś takiego – rzekł Piotr z wyższością – a po drugie, Savino ma jeszcze dyżur na piętrach. Wziął go specjalnie, aby wylądować o dobrej porze u tej gauleiterowej.

– Mówisz uroczo – uśmiechnąłem się – najpierw wiara, a po tem rzeczowy argument.

Właśnie wróciła Blanca.

– Piet – rzekła przepraszająco i wyłącznie do Piotra – nie gniewaj się, ale ja już muszę iść.

– Musisz? – zdziwił się Piotr. – Dlaczego?

– Muszę. Czasami zdarzają się takie rzeczy kobiecie, że musi iść, nawet jeśli wcale nie ma na to ochoty.

– Nie rozumiem – przyznał Piotr otwarcie. Blanca spojrzała na mnie, jakby prosząc o pomoc.

– Wytłumaczę ci – powiedziałem ze znudzeniem – to bardzo proste. W twoim wieku masz prawo już o tym wiedzieć. Może masz w domu trochę waty?

– Mam gazę opatrunkową – rzekł Piotr poważnie. – Stało się coś?

– Z ciebie jest kawał łobuza – powiedziała do mnie Blanca bez urazy.

– Odprowadzę cię – rzekł Piotr; zrobiło mi się przykro, teraz dopiero widać było, że mu na tej dziewczynie zależy, że nawet parę pocałunków na ulicy ma dla niego znaczenie.

– Nie, nie – rzekła Blanca – dam sobie radę, to niedaleko.

– Zatelefonuj jutro, w czasie obiadu – rzekł Piotr pogodnie. – To był bardzo miły dzień. Udany.

– Dobrze – powiedziała Blanca. Ubrała się szybko, dopiła swoje wino i powiedziała: – Dajcie mi trochę papierosów, nie mam ani złamanego peta w majątku.

Piotr otworzył szafę, wyjął płaski pakiecik R6 z półki i dał jej.

– Mógłbyś jej odpalić trochę podróżnych kartek żywnościowych, ty rekinie – powiedziałem. – Łupisz codziennie jej ziomków w najbezczelniejszy sposób z całych kilogramów mięsa, masła i białej mąki, a nie ulitujesz się nad losem pięknej dziewczyny, głodującej przez całe tygodnie z powodu braku paru skrawków zielonego, stemplowanego przez Urząd Reglamentacji Żywności papieru…

To była prowokacja, lecz Piotr zniósł ją z godnością: otworzył portfel, wyciągnął schludnie spięty spinaczem plik drobno pociętych kartek, sprawdził, czego mu nie brak i czego ma za dużo, po czym wydzielił skrupulatnie kilka odcinków.

– Dziękuję – powiedziała Blanca cicho – i cześć.

– No, to cześć, Piet – powiedziałem. – Widzę cię jutro rano.

– Nie zostaniesz posłuchać komunikatu? – spytał Piotr.

– Chcę spać, błagam cię, zrozum to. Marzę o tym, żeby pójść wreszcie spać… – Cierpiałem w tej chwili z nadmiaru nieszczerości, która uwierała mnie na własnej twarzy.

– Spać i spać – uśmiechnął się Piotr dobrodusznie – dwadzieścia trzy lata i tylko spać. Co za pokolenie…

Na drugim piętrze powiedziałem do Blanki kurtuazyjnie:

– Może zostaniesz u mnie na noc?

– Nie mogę – odpowiedziała. – Nie idę do matki. Jeszcze dziś w nocy jadę. Nie miałam sumienia powiedzieć tego Piotrowi, był taki miły i ma taką na mnie ochotę.

– Uhm – zrozumiałem. – Więc lepiej, że go okłamałaś, co?

– Lepiej. Nie zadzwonię jutro, a pojutrze nie będzie pamiętał, jak wyglądam.

– No, to chodź do mnie. Pojedziesz jutro rano.

– Nie mogę, umówiłam się z taką jedną, która zaczyna. Dostała wezwanie do fabryki i wieje. Ma siedemnaście lat. To jej pierwsza rajza. Nie mogę jej zrobić świństwa.

– Szkoda – powiedziałem uprzejmie: przypomniało mi się zmęczenie, a nazajutrz podawałem przy śniadaniu.

– Ja też żałuję. Podobasz mi się.

– No, to cześć. Gdyby cię zahaczyli na dole, powiesz, że wracasz od biuralistki Annemarie Klein. Mieszka na pierwszym piętrze.

– Wiem o tym równie dobrze jak ty – uśmiechnęła się w ciemnościach i zaczęła schodzić powoli, szukając stopni.

Właśnie w tej chwili, dopiero teraz, zrobiłbym nie wiem co, żeby ją zatrzymać. Wydała mi się naraz piękna i dobra, jej zstępująca po schodach obecność w ciemnościach stała się czymś cennym i ciepłym. Rzecz jasna: głównym motywem mych myśli była młoda ciekawość i nienasycenie. Poznałem ją szybko, krótko i fragmentarycznie, wszystko we mnie pragnęło pełnego i wyczerpującego nacieszenia się tym nowym prezentem życia, jakim jest świeżo zdobyta dziewczyna. Także zmęczenie nie mogło grać żadnej roli wśród mych chęci i rachub, na początku dwudziestych lat życia niemal każde zmęczenie jest równoznaczne zadowoleniu. Ale krzywe młode poczucie tego, co wypada, a co nie, nie pozwalało na manifestację prostych chęci. Podobam się jej dlatego, mówiłem sobie, że mi na niej nie zależy. To tak zawsze. Zaś ostatecznie jest to tylko Niemka. Załatwiłem ją i to jest najważniejsze.


1

Miłość dla ludzi skrzywdzonych, gdy się ma dwadzieścia trzy lata, jest jedną z racji istnienia, równą w swej oczywistości pożądaniu dziewcząt i chęci śmiechu. Ludzie bardzo skrzywdzeni grzechotali wtedy drewnianymi sabotami po brukach niemieckich miast. Saboty kosztowały po cztery marki para, zarobki wynosiły około trzydziestu marek miesięcznie, ogromne masy ludzkie dotykały dna swej udręki: totalizm – ów rak kwitnącego na pozór stulecia – zmuszał ich do umierania za pokraczne, smutne symbole, lub nie pozwalał żyć dla siebie. Podawano ich milionami w towarowych pociągach z Francji, Polski, Ukrainy i Włoch do gigantycznej machiny niemieckiego przemysłu: przez parę lat ich prawo do życia i wolności było wyłącznie paliwem tego mechanizmu. Kto wie, czy nie identyfikowałem przypadkiem z miłością namiętnego odczucia ich krzywdy i pożądania sprawiedliwości dla nich: ostatecznie ludzkość składa się z pojedynczych ludzi, co utrudnia wszelki altruizm i jest zarazem źródłem wszelkiego człowieczeństwa. Trzeba mnóstwa dobrej woli i nabożnego, a zarazem naiwnego podziwu, ażeby w każdym mijanym lub napotkanym rozeznawać od razu człowieka i rozciągać nań miłość uogólnioną, jak tu zaś dbać o własną, dobrą wolę na co dzień, gdy ma się dwadzieścia trzy lata i nie najgorszy gust przeboju?

W związku z tym upodobaniem, wykształconym pięknie przez Jacka Londona i hollywoodzkie filmy z Garym Cooperem na czele, powodziło mi się nie najgorzej. Kowboj i detektyw byli pozytywnymi bohaterami mojej wizji świata. Duch sportowej lojalności, gry fair i niekomercyjnego dżentelmeństwa na boisku wyznaczał jakże często losy jednostek, cóż więc nie pozwalało mu ingerować, aż po kres ludzkich przeznaczeń, w wymiar ostateczny, gdy śmierć stała się chlebem codziennym całych połaci życia. Była w tym wszystkim swoista szlachetność odruchów i marzeń, mocno ulukrowana rodzajem przeznaczeń z powieści Woodehouse’a i owym polorem niby-rzeczywistości, produkowanej przez Metro-Goldwyn-Mayer i Paramount w sceneriach hallów wielkich hoteli, z kręcącymi się wokoło Williamem Powellem, Marleną Dietrich i Clarkiem Gable, przy dźwiękach melodii Smoke gets in your eyes… Jasne, że taki obraz życia nie dawał żadnego pojęcia o tym, jak jest, ale z ogromną mocą wstrzykiwał przekonanie o tym, jak powinno byłoby być, aby wyglądało ładnie, czyli stwarzał wzorce do marzeń o formacie ekranu kina „Rialto”. Zaroiło się tedy przed tą wojną od upodobań, tęskniliśmy ku krawatom i sytuacjom, w których odnajdywalibyśmy swe westchnienia z ciemnych sal kinowych i wyobrażenia z czytywanych ze szkolnych kasetek książek. Przesiąkliśmy kultem anglosaskiego chłodu i opanowania, wszechświatowej przyrody, literackiego relatywizmu moralnego. Indywidualizm i zmienność losu, dowolne kształtowanie zasad i immanentna uczciwość własnego, oryginalnego wyrobu – oto ideały otwierające wrota życia i wiodące ku karierom romantycznych, szlachetnych hochsztaplerów, zgorzkniałych, uroczych lekarzy, dynamicznych, brutalnych policjantów o gołębich sercach i futbolistów rozmiłowanych w Tuwimie i Vicky Baum. U mnie, w Warszawie, w środowisku skłopotanego drobnomieszczaństwa, dla którego mleko i jaja nie stanowiły żadnego problemu, ale Riviera była pojęciem z innej planety, tęsknoty te gangrenowały duszę. Nie pozwalały dostrzec nowoczesności bloków mieszkalnych i will w nowych dzielnicach ani świetnie funkcjonującej poczty, ani zadziwiającego postępu na polu ubezpieczeń społecznych; jedynie rozległe nabrzeża Gdyni dawały im jakie takie ujście.

Umieliśmy się mimo wszystko śmiać i cieszyć z ową resztką nie zgorzkniałego dowcipu, który zaginął gdzieś w świecie powojennym; nas wychowała jeszcze i cieszyła mądra, a zarazem wesoła piosenka kabaretowa, zaś styl swing, obowiązujący wtedy, był samą motoryczną radością. Na przykład w owym czasie specjalnie cieszyło nas plucie do kawy pana Eisslera. Wielkie misterium zanieczyszczania kawy odbywało się o godzinie wpół do dziewiątej, punktualnie i codziennie. Jego regularność umacniała w nas przekonanie o niewzruszalności wszechświata i praw moralnych, mimo ton trotylu, które spadały właśnie w okolicach z pokładów liberatorów i halifaxów. „Kawa dla pana Eisslera!” – wołał Pierre albo Savino, Leo, Jupp, Piotr, Vessely, Marcel, Abbelé lub ja, stając przy obitym blachą kontuarze kuchni i stawiając na nim srebrną tacę ze srebrnym dzbanuszkiem na kawę i mniejszym dzbanuszkiem na śmietankę. Dyżurujący przy śniadaniu zastępca szefa kuchni brał obydwa dzbanki w głąb bezmiernej kuchennej przestrzeni, po to, abym nie widział, jak do większego nalewa pół na pół kawy prawdziwej i zbożowej, tej dla gości, zaś w mniejszym miesza odrobinę prawdziwej śmietanki z odciąganym, kartkowo-wojennym mlekiem. Było to pociągnięcie równie rytualne, jak bezsensowne, albowiem każdy z nas wiedział doskonale o prawdziwej, czarnorynkowej, ziarnistej kawie i pełnotłustej śmietance, kryjących się w odmętach kuchni „Park-Hotelu” i przeznaczonych dla jego władców; zarazem był to akt zwykłego matactwa, albowiem według wzajemnych, tajnych zobowiązań pan Eissler winien był otrzymywać rano na śniadanie prawdziwą kawę i prawdziwą śmietankę bez żadnych podławych domieszek obowiązujących powszechnie artykułów żywnościowych, ale zastępcy szefa wychodzili ze zdrowych założeń, iż zahartowane wojną podniebienie pana Eisslera nie bardzo odróżni rodzaj nadużyć, zaś im więcej pozostanie dla nich, tym jest w gruncie rzeczy lepiej ten świat urządzony. Tymczasem brałem porcję dżemu na talerzyku ze stojących na kontuarze śniadaniowych porcji, na sąsiedni talerzyk kładłem podwójną porcję masła, chłopak kuchenny stawiał mi dwa wbite do srebrnego pucharka jajka na tacy, po czym mówiłem: „A szynki dziś nie dajecie?” – na co tissier, gdy dyżurował, uśmiechał się i mówił: „Won, łobuzie…” – zaś mniej sympatyczni zastępcy szefa spoglądali tylko na mnie zimno i bez słowa, gdyż wiadomo było powszechnie, że pan Eissler szynki nie jada i wrzucona przypadkowo do wiedeńskiego śniadania porcja szynki musi paść nieuchronnie łupem kelnera. Wchodziłem lekkim krokiem po schodach na górę i już w offisie, biorąc po drodze nakrycie: filiżankę, spodki i serwetkę, wołałem: „Kawa dla pana Eisslera!” Jednym zadowolonym z siebie i ponadczasowej sprawiedliwości kopnięciem otwierałem zawiasowe drzwi offisu i udawałem się okrężną drogą do sali śniadań.

2

Natychmiast po łomocie Vesselego, czyli od razu po przebudzeniu, zabrałem się do problemu wczorajszego wyboru Blanki. Dlaczego wolała mnie od Piotra? Była już szósta rano, trzeba było wraz z Vesselym przygotować wszystko do śniadania. Może dlatego, że mam ciemne włosy, a Piotr jest blondyn, przyszło mi na myśl, zaś Blanca albo tęskni, albo chce mścić się na kruczowłosym Savinie. Umyłem się bez golenia, włożyłem czarne, frakowe spodnie, białą koszulę, czarną muszkę i wymyślną, białą kurteczkę, podobną do owych kolonialnych smokingów, jakie widywałem na amerykańskich filmach o życiu angielskich oficerów w ujarzmionym Bengalu. Ta kurteczka była moją dumą: w bliżej nieokreślony sposób pozwalała mi przypuszczać, iż w gruncie rzeczy biorę tylko udział w wielkiej, wielomiesięcznej maskaradzie. Stanowiło to przekonanie zwodnicze, gdyż kurtka była autentyczna, barmańska i jedyną jej zasługą był system miłych, choć całkiem fikcyjnych skojarzeń. Nie należy to do rzeczy zabawnych, powiedziałem sobie po chwili, być pożądanym ze względu na podobieństwo do kogoś. Nie widzę powodu, aby jako brunet koić sentymentalne tęsknoty różnych zawiedzionych przez innych brunetów. Wydaje mi się, że mam prawo do indywidualnych i bezpośrednich sukcesów na tym polu. Nigdy więcej zdobyczy za wtórność! Mimo to nadal nie mogłem pojąć, jak można przełożyć mnie nad Piotra: Piotr był w moich oczach uosobieniem przystojności i chłodnego wdzięku, jaki powinien pociągać wszystkie kobiety. Zazdrościłem mu tego wdzięku, tej mądrej powściągliwości i urody; będąc z nim, odczuwałem zawsze swą ciemną, niewysoką niepozorność, swój nieładny nos i zbyt drobne ręce o krótkich palcach. Nigdy żaden kołnierzyk nie leżał na mnie równie bez zarzutu, jak na szyi Piotra, nigdy włosy nie sczesywały mi się równie miękko i wytwornie na kark, jak jemu. Wybaczałem mu to wszystko, gdyż go kochałem, ale bolało to nieco, chociaż nie za bardzo. Ostatecznie byłem zdrowym, proporcjonalnie zbudowanym chłopcem o świeżej cerze i mocnych nogach i nie miałem znowu powodu do zbytnich skarg ani jeremiad. Brak było mi wysokogatunkowego wykończenia szczegółów, ale byłoby nonsensem mieć o to pretensje do życia czy do rodziców.

– Nareszcie jesteś – rzekł zgryźliwie Vessely. – Przynieś z kuchni bułeczki. Już sam skończę nakrywać. – Wyrzucił przed siebie obrus jak sztandar i jednym trafnym ruchem nakrył symetrycznie stolik. Zszedłem na dół przez poranny, pusty offis: unosiła się tu stężała woń zmywanych naczyń, dymu papierosowego, rozlanego wina i zepsutych potraw, których kradzione części kelnerzy odstawiali do grzejników na talerze, po czym zapominali wyjąć i zjeść. Za okratowanym po bokach, pokrytym ową wspaniałą, błyszcząco wypucowaną blachą kontuarem rozciągała się ogromna kuchnia, pusta o tej porze i pachnąca poranną kawą. Kontuar był linią demarkacyjną, granicą czulszą i wrażliwszą niż najbardziej płonące granice najgłębiej skłóconych narodów: oddzielał władztwo kelnerów od imperium kucharzy; była to granica interesów i mentalności, wzdłuż której kłębiła się nieustająca wojna. U siebie czułem się tylko na terenie sprzed kontuaru, na lśniących, czystych kaflach podłogi kuchennego przedmieścia, na szerokich, wygodnych schodach, które można było przesadzać w paru skokach z kopiasto pełną tacą na opartej o ramię dłoni, w wypełnionym kelnerskimi treściami offisie, wśród zastaw, nakryć, przegród na platery, zmywaków, półek na niezliczone rodzaje kieliszków i szklanek, grzejników na talerze. Za wahadłowymi odrzwiami offisu rozciągała się sala, a więc teren odwiecznego spektaklu obsługi, zwykły teatr wśród realnego bytu, pełen konwencji, umownych gestów, bezmyślnej nieszczerości i wymyślnych przedstawień. Za kontuarem kuchni ciągnęło się terytorium wrogie i mroczne, nigdy nie zbadane do końca, z którego czasem tylko błyskało przyjazne spojrzenie sympatycznego pâtissiera lub mądrze neutralny gest szefa – wodza wrogów, który z wyżyn swego stanowiska pozwolić sobie już nie może na odrobinę kordialnej niezależności, na świadomość braku godności, jaki kryje się w drobnych okrucieństwach i głupim fanatyzmie. Wziąłem kosz z bułkami i powędrowałem na górę: na sali siedział już wczesny gość: jeden z tych niemieckich dyrektorów ze znaczkiem partyjnym w klapie, wiecznie śpieszących się i zapracowanych, na których zmęczonych twarzach malowało się wyraźnie, jak dosyć mają garniturów z pokrzyw i zbożowej kawy; uważaliśmy ich w gruncie rzeczy za drugorzędną klientelę i traktowaliśmy pogardliwie. Vessely, w nieskazitelnym fraku, szczuplutki i niewysoki, pochylał się nad stolikiem i odbierał zamówienie w postawie zasadniczej: uprzejmej, lecz pełnej rezerwy. Gość wręczył mu zielony arkusik z podróżnymi kartkami żywnościowymi, Vessely wyjął małe nożyczki z kieszeni kamizelki i rozpoczął błyskawiczną, mistrzowską akcję.

– Ile? – spytałem z uśmiechem, gdy podszedł do bufetu, przy którym stałem.

– Dwadzieścia deka masła i ćwierć kilo białej mąki – uśmiechnął się zawzięcie Vessely; był małym, nieco nazbyt filigranowym Czechem o przystojnej twarzy, na której błąkał się nieustanny, trochę pomyleńczy uśmiech zgryźliwości i ironicznej wyższości; dużo od nas starszy, prowadził życie samotne i zamknięte przy pomocy jakichś podejrzanych, prostackich dziwek z fabryk i solo konsumowanego alkoholu, niemniej uchodził za dobrego kolegę i nie bał się pyskować na Niemców. Gwizdnąłem z uznaniem i postawiłem na tacy pięciodekową porcję masła, zaś Vessely włożył do koszyczka dwie miniaturowe bułeczki po pięć deka każda.

– W tych warunkach jeden gość na sali i nikogo wokoło to uderzenie… – przyznałem z szacunkiem.

– Prawda? – rzekł Vessely z dumą – dobry początek, co? A potrzebuję w tym tygodniu ładnych parę kilo mięsa i białej mąki.

– Co się stało? – spytałem tonem towarzyskiej konwersacji, widząc, że Niemiec przy stoliku ogląda się z niecierpliwością na nas, śpiesząc się niewątpliwie, zaś nie chcąc zacząć śniadania bez porannego napoju, czyli kawy. – Wydajesz przyjęcie? – zainteresowałem się, opierając się łokciami o bufet, w niewymuszonej pozie do miłej pogawędki.

– Mam zobowiązania – odparł wymijająco Vessely. – Poza tym te świnie – wskazał głową na samotnego Niemca pośrodku pustej, białozłotawej sali śniadaniowej – wysiedliły mi siostrę. Mieszkała w Karlsbadzie – wyjaśnił.

– Przecież nie poślesz jej niemieckich kartek żywnościowych do Czech – uśmiechnąłem się niedowierzająco – ani żadnej zakupionej w Rzeszy żywności.

– Już coś skombinuję – zaperzył się Vessely – a ty idź po kawę. Ten pętak tam zaraz zacznie wołać.

Kłamał nieudolnie, bo kartek potrzebował dla swych brzydkich, brudnawych robotnic, Flamandek lub Polek, które zwabiał do siebie na jałowe erzacowe ciastka bez smaku i które ciągnęły od niego kartki mięsne, aby je wymieniać na odzieżowe bezugscheiny, bez których nie można było kupić nawet pary tandetnych majtek, nie mówiąc już o stanikach z roślinnej namiastki jedwabiu lub swetrach z syntetycznego przerobu brunatnego węgla. Rzeczywiście, gość kręcił się niespokojnie w daremnym oczekiwaniu na coś do picia. Ruszyłem wolnym krokiem do kuchni; Vessely był chef de rang, ja zaś tylko demi-chefem, miał prawo posyłać mnie na dół. Właściwie, myślałem sobie po drodze, to, co się stało wczoraj wieczorem, wcale nie było jakimś sukcesem ot, takim sobie, odniesionym mimochodem i od niechcenia. Prawdę mówiąc, zaangażowałem w to mnóstwo wysiłku. Blanca podoba mi się od dawna. Przez cały czas, tam w Taunus, zależało mi na tym cholernie, aby zwrócić czymś na siebie jej uwagę. Robiłem to nieszczerze, uderzając ciągle w protekcjonalny ton kolegi, który wie, że dziewczyna przeznaczona jest dla jego przyjaciela, ale coś musiało być fałszywego w mej nieszczerości albo dałem się w jakimś momencie wykiwać przez samego siebie, gdyż rezultat jest dość jednoznaczny. A może Blanca intuicyjnie zrozumiała, jak usilnie nad tym pracuję, aby ją sobą zainteresować, albowiem formalnie biorąc, nie można nic zarzucić mojej lojalności. Ostatecznie dziewczyny nie spadają nam tu, w Niemczech, z nieba jak jabłka, tylko za potrząśnięciem drzewa, zwłaszcza klasowe dziewczyny, wyglądające jak chodząca reklama włoskich pończoch. Trzeba się niewąsko napracować, żeby coś sobie namotać. Zwłaszcza ty, chłopcze, który tak dobrze wiesz, jaka jest różnica pomiędzy powodzeniem u kobiet a szczęściem do kobiet. Przecież wiesz o tym, że podobasz się kobietom, lecz także wiesz, jak rzadko ci kobiety przebiegają drogę. Te oczywiście, które się tobie podobają, na które masz ochotę. Nie masz szczęścia do kobiet, wiesz o tym już dawno, już nawet umiałeś sobie powiedzieć, że tak jest i tak widocznie musi być. Że nie należysz do tych mężczyzn, którzy każdego dnia spotykają na ulicy, w tramwaju, w kinie, w poczekalni u dentysty, przed kioskiem z gazetami i wszędzie, gdzie się ruszą, dziesiątki kobiet chętnych i uśmiechających się, a co najważniejsze – takich, które im się wszystkie z miejsca podobają, którym gotowi są natychmiast świadczyć uwodzicielskie słowa, spojrzenia, westchnienia, inwestycje czasu i pieniędzy, z którymi natychmiast są w stanie prowadzić ów szczególny rodzaj rozmowy, wiodącej prosto do łóżka. Podobasz się, o tym wiesz, lecz wiesz także, jak to mało znaczy, ile przeszkód trzeba przezwyciężyć, aby dojść do czegoś na tym polu, kiedy się nie ma szczęścia, ile utrudnień piętrzy się wokoło każdej najdrobniejszej historyjki. Podobasz się, ale należysz do tych, którym każda zdobycz przychodzi z niebywałym trudem, którym chwilami świat przedstawia się jak pustynia bez kobiet, którym dziewczęta, nawet najbardziej chętne, nie przychodzą na randki, gdyż właśnie wpadają pod samochód po drodze, którym wybucha pożar w domu naprzeciwko akurat wtedy, gdy dziewczyna sama zaczyna rozpinać bluzkę, którym sąsiadka-staruszka dostaje za cienką ścianą ataku wątroby właśnie w chwili, kiedy z trudem sprowadzona, po przezwyciężeniu tysiąca oporów i przeciwności losu, dziewczyna siedzi nareszcie na twoim tapczanie. Oho, masz gorzką świadomość tego, że nie należysz do mężczyzn, którzy, przybywając do hotelu, zastają całe piętro zajęte przez żeńską drużynę gimnastyczną, wypoczętą i bardzo wynudzoną, natomiast możesz być pewny, że ledwie wejdziesz na to piętro, dziewczęta zabiorą się do wyprowadzki po to, aby zwolnić pokoje dla wycieczki zrzeszenia emerytowanych buchalterów. Nie należysz też do tych, którzy wchodząc do pociągu, na trasie obfitującej w tunele, od razu trafiają na przedział, w którym siedzi samiutka jak palec blondynka; a jeśli ci się nawet raz coś takiego przydarzy, to wchodząc do tego przedziału, możesz być pewny, że na cztery sekundy przed odejściem pociągu zjawi się tu jej mąż, narzeczony, lub przynajmniej ciotka, zaś w najlepszym wypadku wtarabani się obca rodzina z trojgiem chorych na koklusz dzieci. Mieć szczęście do kobiet znaczy natykać się ciągle, na każdym kroku, na kobiety godne uwagi, z którymi nie ma obiektywnych kłopotów, jak brak czasu lub lokalu, chwilowa niedyspozycja czy nadmiar zajęć zawodowych. Możesz się im nawet nie podobać, takim kobietom, dasz sobie radę… Toteż, nawiasem mówiąc, trochę tego nie mogę pojąć, co było wczoraj…

W offisie Jupp zdejmował swój nieforemny, wyświecony frak i przewiązywał się fartuchem.

– Dzień dobry, potomku Nibelungów – powiedziałem pogodnie – no, już do mycia szklanek!

– Ty mi nie będziesz rozkazywał – zezłościł się od razu Jupp. – Polski gówniarz!

– Chcesz w mordę? – spytałem życzliwie. – Dawno już nie spuściłem cię ze schodów, co?

– Z tobą trzeba się zawsze kłócić – poskarżył się Jupp płaczliwie – od samego rana. – Jego długa końska twarz niedożywionego wyrostka i tłustobrudne, jasnoblond włosy wiały od samego rana jakimiś nie kończącymi się nigdy kłopotami drobnomieszczańskich biedaków.

– Masz tu bon – powiedziałem – i idź po kawę. Jedną, z rachunkowego śniadania.

Jupp wzruszył ramionami.

– Idź sam – powiedział dość obojętnie. Stałem przez chwilę, patrząc na niego i nic nie mówiąc. – Brütsch kazał mi od samego rana myć kieliszki do wina – rzekł Jupp po chwili, mniej pewnie.

– Popatrz, wiele tego jest… – Istotnie, w wielkim zlewie piętrzyło się szkło wszelkiego kalibru, Jupp był jednak commis de rang, czyli o szczebel niżej w hierarchii ode mnie.

– Jak cię kopnę, szczeniaku – powiedziałem cicho, lecz z naciskiem – to przekonasz się, kto tu teraz rozkazuje. Ja czy Brütsch…

Jupp próbował coś jeszcze rzec, stał jednak nieszczęśliwie na brzegu schodów, wystarczyło więc tylko lekkie pchnięcie, aby zleciał na dół, obijając się o poręcze. Zeskoczyłem za nim, nie chodziło mi przecież o tych parę kroków, lecz o dyscyplinę; Jupp leżał na dole, ale nie miał do mnie żalu.

– Nigdy sobie nic nie zrobię – powiedział nie bez dumy, podnosząc się – taką mam już technikę spadania z tych schodów.

Wziąłem kawę i poszedłem na górę. Mieć szczęście do kobiet, myślałem sobie po drodze, to znaczy spotykać za każdym zakrętem każdej ulicy takie, które nadają się do łóżka. To znaczy takie, z którymi ja mogę pójść do łóżka i które mogą ze mną pójść do łóżka. Nie muszą od razu chcieć, muszą tylko móc i ja muszę móc. Oto ostateczna definicja, pomyślałem z zadowoleniem, zaś ja mam tylko powodzenie, ale nie szczęście. Ot, co…

Na sali nie było jeszcze nikogo prócz samotnego Niemca, mocno już czerwonego na twarzy ze złości. Vessely stał przy bufecie też dość czerwony, ale z uśmiechem ironicznej wyższości na ustach, z czego wynikało, że powiedział coś Niemcowi do słuchu i że sprawiło mu to małą satysfakcję.

– Gdzie się podziewasz? – syknął na mnie ze złością. – Daj mu już tę kawę. Musiałem mu przez ciebie powiedzieć parę słów. Potrzebne mi to, od rana.

Podszedłem wolnym krokiem wytwornego kelnera do stolika i podałem kawę z miłym uśmiechem i ukłonem, przestawiając na stole całe nakrycie, gwoli wygody gościa, co tylko opóźniało zabranie się przezeń do jedzenia.

– Co za porządki – wymruczał Niemiec. – Czeka się godzinami. Przecież w regulaminie domu pisze, że śniadanie na rachunek można dostać już od szóstej rano.

– W praktyce jest zawsze inaczej – odparłem z uprzejmym uśmiechem, lecz nie bez godności.

– Zostaw już wreszcie tę cukiernicę w spokoju, spóźnię się przez was na pociąg – rzekł Niemiec i zaczął siorbać dość głośno wystygłą kawę.

Na salę weszły trzy pojedyncze osoby i starsza pani z chyba czternastoletnią dziewczynką. Szybko oceniłem sytuację, wybrałem i poprułem w tamtą stronę: byłoby karygodnym zaniedbaniem własnych interesów zezwolić Vesselemu na zbieranie wszystkich zamówień, zaś doświadczone oko uznało panią z córką za najpewniejsze źródło zysków.

– Proszę pana – powiedziała dama, gdy ukłoniłem się przy stoliku – mam do pana prośbę. Zabrakło mi kartek na masło, mam natomiast dużo odcinków tłuszczowych. Czy nie można byłoby otrzymać za nie masła?

– Niestety, łaskawa pani – uśmiechnąłem się przepraszająco – nie wolno nam tego czynić. Kuchnia nie przyjmuje od nas zamówień bez właściwych kartek.

– Nie muszę jeść masła – szepnęła dziewczynka i zarumieniła się. – Wystarczy marmolada.

– Musisz jeść masło – powiedziała stanowczo pani – nie widzę powodu, dla którego masz być wojennym, skrofulicznym dzieckiem. Nie życzę sobie, żeby ta wojna zostawiła na tobie ślady, żebyś cierpiała potem całe życie.

Spojrzałem na dziewczynkę po koleżeńsku, dając jej do zrozumienia, że pojmuję jej zakłopotanie, wywołane nagminnym nietaktem osób starszych, niewiedzących, iż pewnych rozmów nie prowadzi się przy obcych, młodych kelnerach. Była bardzo ładna. Otóż to, pomyślałem i westchnąłem, gdyby była o trzy lata starsza… Co za dziwa z niej wyrośnie. Ale już nie dla mnie… Ta druga warstwa mych myśli musiała jakoś do niej dotrzeć, gdyż spojrzała na mnie przeciągle, z dość bezrozumnym zainteresowaniem i zarumieniła się jeszcze mocniej.

– Spróbuję coś zrobić, szanowna pani – powiedziałem tonem, który miał znaczyć, że gdy chodzi o dzieci, jestem skłonny do najdalszych poświęceń. – Proszę mi dać swoją kartkę tłuszczową.

– Jest pan bardzo miły – powiedziała starsza dama i wręczyła mi nietkniętą kartę na bieżący miesiąc. – Nie jesteś w stanie pojąć – zwróciła się dość kłótliwie do dziewczynki – że brak nawet tego namiastkowego masła powoduje w organizmie jakąś awitaminozę czy coś takiego.

Dobyłem nożyczek z kieszeni i ciąłem spokojnie kartkę wzdłuż i wszerz, trzymając ją wysoko, sporo powyżej głowy i tak na nic nie zwracającej uwagi, zatokowanej damy; przy wycięciu bez przeszkód osiemdziesięciu gramów uznałem, że nie należy przesadzać, złożyłem kartę i zwróciłem damie. Wzięła ją bez jednego spojrzenia i wrzuciła do torebki. Vessely patrzył na mnie z drugiego końca sali bez sympatii, dostrzegł, że złapałem jelenia. W offisie schowałem zdobycz do portfelu, wyjmując zeń w zamian dwie kartki na masło, po pięć gramów każda; wprawdzie pięć gramów masła warte było na nieoficjalnej giełdzie kartkowej trzy albo nawet cztery razy tyle tłuszczu, to przecież i tak uderzenie było potężne i bez pudła. Przyniosłem dwa śniadania do stolika: pośród talerzyków z dżemem i bogatej zastawy dwie mikroskpijne porcyjki masła uderzały jaskrawo swą znikomością.

– Mało – szepnęła starsza pani na ich widok – ale i tak dziękuję. Zapomniał pan wziąć od nas kartek na chleb, już je panu daję. Masz zjeść całe masło – zwróciła się napastliwie do dziewczynki – mnie wystarczy dżem.

– Cztery odcinki białej mąki – powiedziałem sztywno, stawiając koszyczek z dwiema bułeczkami na stole; trzeba było być twardym aż do końca, dusić i żyłować, w koszyku było akurat pół tego, co wycinałem z karty chlebowej, podanej mi przez starszą damę usłużnie i z pośpiechem. Od razu też zapłaciła za śniadanie, bez zapisywania na rachunek i wraz z dwumarkowym, przyzwoitym napiwkiem.

– Panie ober – powiedział jakiś gość przy mijanym stoliku; facet miał długi nos o falistej linii i wypukłe oczy; znałem kilku przedwojennych endeków w Warszawie o takich właśnie twarzach i gdyby nie fakt, że ten tu miał na sobie szarą, tyrolską kurtkę z zielonymi wyłogami i rogowymi guzikami, a więc ubiór super szowinistyczny, wziąłbym go za polskiego nacjonalistę i prawicowca. – Panie ober – powtórzył dość układnie – chciałbym prosić o dwie bułeczki. – Stało przed nim już podane przez Vesselego firmowe śniadanie.

– Proszę uprzejmie – powiedziałem. – Czy mogę otrzymać kartki.

– Sęk w tym – przyznał gość – że mam tylko zwykłe chlebowe. Nie mam na białą mąkę.

– Bardzo mi przykro – uśmiechnąłem się; słowa te, w połączeniu z uśmiechem, stanowiły nieco bezczelną formułę, jaką kwitowałem zawsze podobne sytuacje: zawierały w sobie niezmiernie drażniące wszystkich proszących Niemców zrozumienie ich położenia, dużo drwiny z idiotyzmu tego całego kramu, zwanego ograniczeniami wojennymi, oraz wyraźnie zaznaczoną wyższość, a to z tego powodu, że oni nas, a nie my ich o coś prosimy.

– Nic nie dałoby się zrobić? – uśmiechnął się porozumiewawczo Niemiec. – Pan tak wybornie mówi po niemiecku. Skąd pan jest?

– Jestem Francuzem – odparłem – i przykro mi, że nie mogę panu pomóc.

– Chyba z Alzacji? – nie dawał za wygraną. – Mówi pan czysto i bez akcentu. – Podlizywał się na chama za dwie pięciodekowe bułeczki.

– Może mi pan pozwoli swoją kartę – powiedziałem. Podał mi pośpiesznie kartki na zwykły chleb, nawet nie podróżne.

– Jako Alzatczyk – powiedział – powoduje się pan solidarnością w naszej wspólnej walce z wojennymi trudnościami. Nagrodą jest panu świadomość, że znalazł się pan po słusznej stronie, i już niebawem zwycięskiej, co? – Jednym ruchem obciąłem mu pół karty. – Zaraz, zaraz! – wykrzyknął – ile pan bierze? To jest przecież ponad pół kilo!

– Jest to jedyna możliwość otrzymania bułeczek – odparłem uprzejmie. – Jak łaskawy pan sobie życzy? Poza tym nie jestem Alzatczykiem.

– Rezygnuję z bułek – burknął Niemiec. – Niech mi pan przyniesie dodatkowy dżem.

– Proszę uprzejmie – powiedziałem. Poszedłem do offisu, wziąłem wczorajszą, odstawioną przez kogoś na bok nie z łakomstwa, lecz dla zasady, porcję dżemu, mocno już zaschłą i zaskorupiałą, i przyniosłem Niemcowi. – Czy pan szanowny płaci za śniadanie, czy mam dopisać na rachunek?

– Na rachunek – rzekł Niemiec opryskliwie.

– W takim razie proszę o markę sześćdziesiąt dopłaty za dżem. – Niemiec spojrzał na mnie krzywo i wydłubał dokładnie markę sześćdziesiąt z portmonetki. – Dziękuję uprzejmie – zgiąłem się w ukłonie – szanownemu panu. – Nawet gdybym zabonował tę starą porcję dżemu z buraków, zarobiłbym na niej siedemdziesiąt fenigów. Ty świnio, pomyślałem rzeczowo, nie chciałeś zostawić trochę chleba dla chłopców z baraków? Gówno będziesz jadł, nie białe bułki. Niech ci je Führer da. Żebyś się nie wiem jak wił, muszę cię kopnąć, albo na forsę, albo na kartki. Nie czułem krzty litości dla takich przedstawicieli gatunku w tyrolskich kurtkach ze swastyką partyjną w klapie, aczkolwiek wiedziałem dobrze, że uboga, skąpa kartka na ciemny chleb stanowi ich całomiesięczne wyżywienie; moim zadaniem, celem, honorem było wyrwać im tę kartkę, albo jak najwięcej z niej, mimo iż w mym portfelu spoczywało kilkanaście razy więcej kartek na chleb, niż taki w tyrolskiej kurtce mógłby sobie wyobrazić w najśmielszych marzeniach o dosycie. A tacy byli najgorsi, ci w zielonych kurtkach z odznaką partyjną, zagłodzeni i winni wszystkiego, żyjący bez nadużyć i w zgodzie z reglamentacją, a krwiożerczo nienawidzący całego świata, wierzący w misję, zwycięstwo i spisek przeciw narodowi niemieckiemu, w sens ofiar i w historyczną konieczność, zabiedzeni i łapczywi, afirmujący wszelki ucisk, gwałt i zbrodnię na obcych, stęsknieni za prawdziwą kawą i tłustą szynką dla siebie i swoich. W takich wypadkach należało być w niezgodzie z Pismem Świętym, nie karmić zgłodniałych, lecz odejmować im od ust.

W offisie Pierre zakasywał rękawy i stawał do pomocy Juppowi.

– Toi laver… – korzystał Jupp z okazji do francuskiej konwersacji.

– Halte Maul – odpowiadał Pierre z miłym uśmiechem, gdyż niewiele więcej umiał.

– On się w ogóle nie chce uczyć po niemiecku – rzekł Jupp do mnie – podczas gdy ja marzę o tym, aby nauczyć się po francusku. Jestem przekonany, że przyda mi się to kiedyś w mojej olśniewającej karierze wszechświatowego kelnera, jaką zamierzam zrobić. Ale przecież to my jesteśmy zwycięzcami i nasz język będzie główny, no nie?

– Jak się masz, stary – uśmiechnął się Pierre do mnie, ukazując ładne zęby. – Czego on chce? – wskazał głową Juppa.

– Gnębią go nierozwiązalne zagadnienia – powiedziałem.

– Dużo roboty? – spytał Pierre.

– Nie. Można wytrzymać.

Pierre przewiązał fartuch na biodrach i zanurzył umiejętnie, aż po łokcie, ręce w górze szkła: mył szybko i sprawnie szklanki i kieliszki różnego kalibru i podawał Juppowi do wytarcia.

– Pas si vite… – powiedział Jupp – czego tak pędzisz, idioto? Ta robota powinna nam starczyć do jedenastej. Czym później skończymy, tym trudniej będzie Brütschowi zagnać nas do nowej. Nie lubisz trochę odpocząć, frajerze? Nix reposer?…

– Co on pieprzy, powiedz, stary? – uśmiechnął się do mnie Pierre.

– Jupp – powiedziałem, gasząc pieczołowicie palonego papierosa i chowając niedopałek do kieszeni – posiadasz pewne wartości jako człowiek. Zgłoś się do mnie po wojnie. Uratuję cię przed powieszeniem.

– Dlaczego chcecie od razu wszystkich wieszać? – zdenerwował się Jupp. – A potem dziwicie się, że my się bronimy. Nie mamy innego wyjścia. Przecież wystarczy, że powiesicie pana Eisslera i jeszcze paru, których wam wskażę. Zresztą, jeszcze nie wygraliście tej wojny. Jeszcze może być tak, że ja cię ocalę i będziesz u mnie pracował jako pomywacz do końca życia. Aach… – westchnął – paru takich Polaków jak ty, pracujących bez wynagrodzenia, naturalnie, za kilka kartofli dziennie, co za piękne przedsiębiorstwo można stworzyć…

Pierre nucił: „ Oh, Marie, oh Marie, wenn ich nur noch an dich denke, zittern mir die Handgelenke…”, posługując się przy tym absolutnie niezrozumiałą niemczyzną paryskiego sznytu; był to smukły, dość wysoki i szczupły chłopak o ładnej, ujmującej twarzy, czarnych włosach i niebieskich oczach, który będąc zawodowym kelnerem, mógł spełniać tylko pracę commis, gdyż nie znał zupełnie niemieckiego.

– Wiesz, stary – uśmiechnął się do mnie – Laval pcha nam posiłki. Do „Park-Hotelu” ma przybyć kilku nowych Francuzów. Może nawet dziś.

Wiadomość ta nie ucieszyła mnie zbytnio: nowi Francuzi oznaczali nowe kłopoty, Bóg wie, co to za jedni. Ze starymi sprawa była już ułożona, wiedzieli raz na zawsze, że jestem Francuzem i załatwione, nie ma o czym mówić. Ale nowi? Nowi otwierali nowe możliwości sprawdzania głupoty i złośliwości ludzkiej na co dzień, co stanowi przez całe życie zajęcie nieuchronne i nader przykre, ale w hitlerowskich Niemczech w dodatku niebezpieczne.

Vessely stał na sali, dość znudzony: dochodziła ósma, gości było niewielu. Przyniosłem jeszcze parę kaw, po prostu nie chciało mi się odbierać zamówień, zysk w kartkach był przy śniadaniu zawsze raczej nikły, napiwki niemal żadne. Na dole, w kuchni, zaczynał się poranny ruch: chłopcy kuchenni, przebrani już w swe białe kostiumy z podrzędnego balu maskowego, krzątali się, ziewając; zwierzchnicy, jak pâtissierentremetier, stali w rozbieralni, w samych kalesonach, i wrzeszcząc nieludzko, dysponowali przygotowania; wyjmowali ze swych szafek codzienny świeży, trzeba im to przyznać, zawsze czysty ekwipunek roboczy: fartuchy, ścierki, czepki. Pâtissier ściągał skarpetki, grzebał między palcami u nóg, po czym wbił we mnie swe wyłupiaste spojrzenie i spytał cicho, gdy oparłem się o framugę jego szafki:

– Słuchałeś wczoraj Churchilla?

– Nie – powiedziałem – chciało mi się spać.

– A nie wiesz, gdzie bombardowali wczoraj? Bo alarm był.

– Był. Ale nie wiem.

Sam bał się słuchać Londynu, lecz chętnie korzystał z moich informacji; uchodził za tak zwanego porządnego Niemca, robił milion kombinacji, aby nie pójść do wojska, chociaż był zdrowy, mocny i niestary, z nami kłócił się jak równy z równymi, co było niesłychanie liberalne i postępowe, chwalił się swym długoletnim stażem kucharskim w Szwajcarii i Francji. „U nas ludzie nie umieją żyć ani dać żyć innym” – mawiał i ta szydercza trawestacja cesarsko-austriackiej maksymy, na której opierał się ongiś moralny i ideowy ład najbardziej liberalnej i konstytucyjnej monarchii w dziejach, nabierała dziś w jego ustach uroku starej, niemodnej, jakże wytęsknionej melodii.

– I nie wiesz, co powiedział? – nalegał teraz. – Przecież ktoś od was musiał słuchać wczoraj radia? – Zżerała go tęsknota za klęską własnego narodu, który zachwiał w nim proporcje słuszności: nigdy nie słyszałem, aby kiedykolwiek dyskutował w kuchni, gdzie toczyła się nieustająca debata na temat wojny; w przeciwieństwie do nas, kelnerów, kucharze wszystkich szczebli rozprawiali bez przerwy o wojnie, suche, krótkie okrzyki: „Tournedos dla szóstki! Dodatkowe trufle raz! Comber garni na jedynkę! Cztery zupy żółwiowe proszę!” – były wyłącznie przerywnikami w potoku niemilknących, superfachowych polemik na temat położenia strategicznego na Sycylii, akcji łodzi podwodnych na Atlantyku i oszukańczych komunikatów OKW der Wehrmacht o pseudosukcesach na froncie wschodnim. Oczywiście, wszyscy tu wierzyli i zachłystywali się mitomańskimi ilościami jakoby zatopionego tonażu alianckich statków lub liczbą spalonych czołgów rosyjskich, a także bagatelizowali naloty bombowe, zamieniające sąsiednie miasta w kupy gruzów, nawet chef-cuisinier, który był człowiekiem na tyle niegłupim, aby już teraz dopuszczać do głowy myśl o smutnym końcu tej całej afery, a nadto dość bywałym i porządnym, aby dostrzegać podłość i bezsens tego wszystkiego, co się wokół niego działo. Jeden pâtissier milczał, a jego milczenie, dość prowokujące w tych warunkach, zdawało się mówić: Gówniarze! Parszywi gówniarze, wy głupie, niemieckie bydło! Nadejdzie kiedyś czas, gdy wam powiem: „A nie mówiłem? Nie mówiłem, że tak to się wszystko skończy!…” Na razie jednak nic nie mówił i dlatego cieszył się opinią człowieka niezależnego, co musiał niechętnie tolerować dyrektor Eissler, wbrew swej nienagannej gorliwości: pâtissier był naprawdę nie do zastąpienia, nie tylko we Frankfurcie, ale w całych Niemczech trudno było o człowieka, który z równą wnikliwością i znawstwem umiałby skomponować wykwintny deser z namiastek czekolady, syntetycznych soków owocowych, złej żelatyny i niskoprocentowego cukru; pâtissier potrafił tego dokonać, małe arcydzieła jego kunsztu były codziennie ozdobą obiadowego i wieczornego stołu.

– Będę coś wiedział za pół godziny – powiedziałem przyjaźnie. – Zejdę do pana po robocie i wszystko dokładnie opowiem. Niech mi pan da teraz moje śniadanie. Dla mnie.

Pâtissier przeszedł boso i w samych kalesonach do kuchni, nalał mi kawy do kubka dla personelu, wrzucił podwójną porcję marmolady i kawał margaryny na talerzyk i sięgnął po kilka szajb chleba; oczywiście, nie zależało mi na tym żarciu, margaryny nie brałem do ust, masło mogłem sobie zaabonować, posiadałem dość kartek, dżem rekwirowałem z tak zwanych śniadań luksusowych dla specjalnych gości, do których dawano marmoladę importowaną, czyli sprowadzaną z jakiejś sprzymierzonej Bułgarii czy Rumunii w drodze zwykłego rabunku; do takich rekwizycji czułem się nie tylko moralnie uprawniony, lecz wręcz zobowiązany; chodziło wyłącznie o to, aby nie brać kawy z rąk tych małych, aroganckich popychadeł ze znaczkami Hitlerjugend przyszpilonymi do kuchennego fartucha.

– Za chleb dziękuję – powiedziałem – wezmę sobie na górę parę bułeczek.

– Wam się już w głowie przewraca – mruknął pâtissier, w oczach błysła mu odrobina niemieckości z tych lat, owej mieszaniny pogardy i nienawiści ostatecznej do wszystkiego, co obce. Zarówno Blanca, jak on, mimo iż uważali się za Europejczyków, wyzbytych jakichkolwiek rasistowskich przesądów, nie mogli znieść myśli, że cudzoziemiec jakoś się broni, nie daje się; na dnie ich dusz pełzały mroczne wątpliwości co do równości wszystkich ludzi na tym świecie, lub chociażby tylko w Niemczech, wiło się jakieś przekonanie o niedopuszczalności równorzędnych szans życiowych dla obcego w wojennej Rzeszy. Pierwszym nakazem naszej godności było tedy ich o tym przekonywać, bezkompromisowo, a nawet brutalnie, zaś siłą i podstępem realizować tę równorzędność w codziennym starciu z otwartym wrogiem.

– Gdzie się ulatniasz na całe godziny? – napyskował mi Vessely na powitanie.

– Czego się drzesz? I tak nie masz nic do roboty – wskazałem prawie pustą salę – a ja chyba mam prawo zjeść śniadanie, nie?

– A ja mam chyba prawo zeskoczyć na dół, na papierosa, co? – Vessely poczerwieniał ze złości, widać było, że ma ochotę się kłócić, mała kłótnia stanowiła dla nas zabieg z zakresu higieny psychicznej.

– Wielkie rzeczy – powiedziałem lekceważąco – jakbyś nie mógł sobie tu zapalić…

– Ja nie! – pieklił się Vessely. – Ja się nie boję Brütscha, ale ja jestem prawdziwy kelner, a nie jakiś wojenny podrzutek, jak ty! Ja nie palę na sali, wiem, co mi wolno, a co nie! Tobie to wszystko jedno… i tak w życiu nie będziesz porządnym, prawdziwym kelnerem…

– Raczej nie – powiedziałem – co nie znaczy, Vessely, że ci trochę nie zazdroszczę. Ty przynajmniej zyskałeś spokój duszy i zawsze będziesz doskonale zarabiał. W każdych warunkach. A ja? Bóg jeden wie, co mnie jeszcze czeka. Wobec tego zamknij twarz, tu masz kartki i pieniądze, zabonuj mi cztery masła oraz dwie bułeczki. Dla mnie, dobrze?

– Dobrze – uspokoił się Vessely: każde, najdrobniejsze nawet, nadużycie przywracało mu natychmiast pogodę umysłu i dobry nastrój, nam zaś, kelnerom, nie wolno było, rzecz jasna, mieć kartek, ani kupować żywności przeznaczonej dla gości, mieliśmy wikt oficjalny, i to wcale nie najgorszy. – Zjedz i zaraz wróć – dodał – wtedy ja zejdę na śniadanie, a ty sprzątniesz śniadaniową zastawę.

Cały front ogromnej sutereny, której centralną część stanowiły kuchnie, zaplecze kuchenne, kredens, spiżarnie, piwnica win, wyłożony był białymi, lśniącymi czystością kaflami. Różnego kształtu, przeznaczenia i rozmiaru korytarze prowadziły tu nie wiadomo dokąd, ich liczba gmatwała skutecznie ich rozplanowanie; różnego kalibru i jakości schody wiodły z nich jeszcze jedno piętro w dół, do podziemia, w którym mieściły się dalsze składy win i zapasów, kotłownie, pralnie, potężne urządzenia hydrauliczne. W sercu tego kafelkowego matecznika leżała jadalnia kelnerów: wąskie pomieszczenie z białych kafelków, z suterenowym, wąziutkim okienkiem u góry, wychodzącym tuż nad poziom ulicy; w okienku pojawiało się raz po raz obuwie przechodniów. Nie było tu nic poza stołem; siedzieli przy nim teraz Piotr, Marcel i Leo. Piotr pił kawę.

– Dobrze, żeś przyniósł coś do zjedzenia – rzekł na mój widok.

– Jestem głodny jak pies – powiedziałem – robię całe śniadanie od szóstej rano. Możesz sam wejść na górę i wziąć sobie od Vesselego bułki i masło.

– Już dobrze – rzekł Piotr obojętnie – mogę nie jeść.

– Możesz jeść – wzruszyłem ramionami. – Taki mój los. Oto są skutki poufałości z synem narodu tonącego od stuleci w wał– koństwie, lenistwie i dobrobycie, tuczącego się krwią i potem wyzyskiwanych, ujarzmionych ludów kolonialnych. Już Hitler nauczy Holendrów chodzić samemu po bułki i masło.

– Co ty tu robisz, w „Park-Hotelu”? – uśmiechnął się kokieteryjnie Marcel. – Nie mogą się na ciebie doczekać w redakcji «Völkischer Beobachter». Zrobisz tam karierę. – Odsłonił w wystudiowanym uśmiechu piękne zęby, jak zawsze, gdy wydawało mu się, że powiedział coś bardzo inteligentnego, w dodatku znamionującego wykształcenie, którego nie miał, a które mu imponowało.

– Nie wiesz, gdzie bombardowali wczoraj? – spytał Piotr. – Bo ogłaszali alarm wstępny.

– Nieważne – rzekł Marcel – byle Frankfurtu nie ruszali.

– Panowie – powiedział Leo – mówicie bzdury. Cóż znaczy kariera niemieckiego publicysty wobec kariery niemieckiego kelnera. Panowie, jesteście wszyscy tutaj w dostatecznym stopniu brudnymi, kretyńskimi cudzoziemcami, o rasowo zdegenerowanych umysłowościach, aby tego nie pojąć. Zwycięski, niemiecki kelner będzie kiedyś panem sytuacji i zaniesie prawdziwą europejską cywilizację na koniec świata. Miejmy nadzieję, że także na Tahiti, gdyż od dłuższego czasu pragnę wykąpać się w morzach południowych.

– Z tobą mogą być kłopoty, Leo – powiedziałem. – Trudności z aparycją.

– W istocie – powiedział Piotr – niemiecki kelner powinien być, jak się domyślam, zręcznym, ujmującym blondynem o jasnych, otwartych i głupich oczach, uczciwym i prostodusznym, ty zaś, Leo, jesteś starym złodziejem o żydowskiej głowie do interesów i, nie gniewaj się, wyglądzie argentyńskiego sutenera na gościnnych występach w Paryżu, proszę cię, nie miej mi tego za złe…

– Myślę, że Piotr ma rację, drogi Leo – powiedziałem. – Raczej dokonasz kariery jako model do antysemickich plakatów i karykatur w «Stürmerze».

– Fakt – westchnął Leo – że moja rodzina zajmuje się od pokoleń robieniem pieniędzy ze wszystkiego, czego się dotknie, nie mógł nie wywrzeć wpływu na mój wygląd zewnętrzny. Skoro jednak nie wymordowali nas ludzie Himmlera, znaczy, że jesteśmy z pochodzenia Fenicjanie.

– To wcale nie takie głupie – rzekł Marcel – co mówił Leo. Nie macie pojęcia, czym był dobry kelner we Francji przed wojną. Naprawdę dobry, klasowy kelner pracował tylko trzy miesiące w sezonie, najczęściej na Rivierze, dokąd jechał jak książę-pan, zarezerwowanym przedziałem pierwszej klasy, otoczony przez nadskakującą służbę, wytworny, bogaty. Wiem, bo mam wuja, który jest sławnym na całą Francję kelnerem. Ubierał się do wojny tylko na Old Bond Street w Londynie, w trzydziestym siódmym miał najdroższego cadillaca w Paryżu, tuż przed wojną kupił od jakiegoś hrabiego posiadłość nad Loarą. Mój Boże, cóż za wspaniały facet…

Marcel gestykulował żywo długimi dłońmi: mimo wyglądu arystokraty pochodził z rodziny restauratorsko-kelnerskiej, gdzieś z Metzu czy innego miasta Lotaryngii, skąd pochodziła również jego wyborna znajomość niemieckiego. Był pracowity, oszczędny, uczciwy i poczciwy, nieco tylko zakochany w swej własnej urodzie, w swym pięknym, bardzo długim, wąskim ciele, w swej podłużnej, wykwintnie skrojonej twarzy i głowie, zdobnej w jasnozłociste, jedwabiste loki, jak z reklamowych podobizn współczesnych efebów, głoszących chwałę płynu do włosów „Silvikrin”. Kochał się namiętnie w gimnastyce porannej, hantlach, sprężynach ćwiczebnych, harcerskim sprzęcie, nożach i kocherach, w sporcie, dresach i koszulkach z emblematami sławnych drużyn, w tym wszystkim, co nazywał kulturą fizyczną, a co służyło zarówno konserwacji i pielęgnacji bardzo wysokiego, lecz nieco wątłego korpusu, jak też kompensowało wrodzoną przeciętność jego egzystencji. Był kelnerem z pochodzenia, tradycji, umiłowania, jego plany i ideały zamykały się w wykorzystanej do maksimum osobistego powodzenia sferze spraw kelnerskiej tacy, bez względu na to, pod jaką szerokością czy długością geograficzną byłaby ona noszona. To właśnie łączyło go z Leo, który wyglądał, w najlepszym wypadku, jak młodociany pomocnik fryzjera z Puerto Rico, był jednak potomkiem słynnej frankfurcko-wiedeńskiej dynastii hotelarskiej o nieporównanie droższym, wielkoburżuazyjnym stemplu niż oberżystowskie pochodzenie Marcela. W ciągu kilkudziesięciu ostatnich lat każdy męski potomek familii Leo kończył bądź studia hotelarskie w Szwajcarii, bądź kucharskie we Francji, po czym długo praktykował w zaprzyjaźnionych – broń Boże nie własnych! – przedsiębiorstwach, poczynając od najniższych szczebli kelnerskiej lub kuchennej posługi, po to, aby po latach przejąć i wzorowo prowadzić jeden z wielkich hoteli rodzinnych, rozsianych w południowych Niemczech i Austrii.

– W tym coś jest, co mówi Marcel – powiedział Leo; wyjął świeżą paczkę papierosów atikah, odpieczętował, poczęstował każdego z nas. Złapaliśmy wszyscy skwapliwie za papierosy. – Doskonale rozumiem – ciągnął dalej, jakby w rozmarzeniu – że może być taki kelner-milioner, pan niezwykle wytworny i subtelny, któremu płaci się krocie za jeden niepowtarzalny gest przy serwowaniu homara; w ruchach ma coś z baletmistrza, jego ukłon jest pełen szacunku i wdzięku, nalewa wino i poprawia serwetę jak nikt na świecie, zabawia gościa rozmową pełną czaru i dowcipu; unosi się wokół niego aura poetyczności i doskonałości. Wszyscy dyrektorzy maître d’hôtel błagają na klęczkach, aby mistrz zechciał u nich podawać, płacą mu miliony w każdej walucie, za które on z kolei kupuje sobie jachty, wille, limuzyny, piękne kobiety i wygląd angielskiego lorda z uniwersyteckim wykształceniem. Zawsze uważałem i uważam, że coś takiego jest możliwe i może stanowić cel życiowych dążeń.

– Skąd ty bierzesz codziennie świeżą paczkę papierosów? – zainteresował się Piotr. – Czyżby twoja fenicka rodzina znalazła sposób na naszą tytoniową nędzę?

– Nie myśl o drobiazgach – odparł Leo; jego ciemne, mądre, trochę pogardliwe, a trochę bojaźliwe oczy w smarkaczowskiej twarzy bez zarostu, pod czarnymi, lśniąco wypomadowanymi i przylizanymi włosami, zadawały ciągle kłam niby nieważnym, ostentacyjnie porozumiewawczym słowom. Wyciągnął paczkę raz jeszcze z kieszeni, wyjął jednego papierosa i położył przed Piotrem. – Masz – powiedział – ale nie mów nikomu. Sza.

Piotr wyjął z kieszeni duże blaszane pudełko po luksusowych papierosach „muratti”, w którym trzymał luźny tytoń z rozerwanych i poszatkowanych niedopałków, i schował „atikę”. Leo wstał, przeciągnął mizerną, szczupłą i niską postać i zdjął frak, który miał na sobie, aby go odwiesić od szafki. Był to znakomity, wybornie skrojony i dopasowany frak z przedwojennej krepy; jak wszystko, co Leo nosił: koszule, buty, muszki, uderzało wysokością gatunku.

– Nie ma rady – powiedziałem – muszę ci dać kiedyś w łeb i zabrać ten frak. Jako commis możesz nosić białą kurtkę, zaś ja nigdy w życiu, nawet jako ambasador odrodzonej ojczyzny, którym na pewno kiedyś zostanę, nie dochrapię się takiego fraka.

– Nie rób tego – rzekł Leo. – Po pierwsze, jest na ciebie o wiele za wąski w ramionach. Po drugie, powieszą cię, jeśli ośmielisz się podnieść rękę na czysto rasowego Niemca, przedstawiciela germańskiej rasy twych panów. – Było jednak w jego głosie coś, co wskazywało, że w jakimś stopniu obawia się ewentualności wywłaszczenia go z fraka przy pomocy siły i dlatego zobowiązany jest mnie nie lubić, mimo iż jako światły, liberalny Europejczyk nie wierzy w różne brednie rozpowszechniane w gazetach.

– Dyżurny kelner na górę! – rozległo się piskliwe wycie Juppa ze schodów. – Śniadanie dla pana Eisslera!

Przełknąłem ostatni kęs, wstałem, otarłem usta powoli i w poczuciu dobrego wychowania, po czym nagle rzuciłem się do kuchni. Za mną słyszałem gwałtowny rumor odsuwanego w pośpiechu stołu i tupot goniących mnie Piotra, Marcela i Leo: wypluwali z siebie serce, by znaleźć się w offisie przede mną.

– Śniadanie dla pana Eisslera! – zawołałem gromko, lecz z wyważonym szacunkiem, przed kuchennym kontuarem. Na kontuarze stało już masło, jajka i śmietanka, entremetier przyniósł dzbanuszek z kawą i porcją luksusowego dżemu. Obciągnąłem kurtkę i poprawiłem muszkę, wstawiłem wszystko na tacę i ruszyłem z namaszczeniem w górę. W offisie postawiłem tacę na stole służbowym, pośrodku stojących wokoło Marcela, Piotra, Leo, Juppa i Pierre’a, po czym uniosłem wieczko dzbanuszka od kawy, raz jeszcze przygładziłem muszkę i wyszedłem na salę. Pan Eissler siedział tuż przy wejściu do offisu. Ukłoniłem się swobodnie, lecz z należnym poważaniem. – Dzień dobry – powiedziałem – czy można panu podać śniadanie, panie dyrektorze?

– Dzień dobry – odparł grzecznie pan Eissler i uśmiechnął się krzywo, co miało oznaczać łaskawość. – Właśnie na nie czekam – dodał od razu kwaśniej – proszę, proszę podać. Po to tu siedzę.

Skłoniłem się raz jeszcze z aprobatą i wróciłem do offisu. Wziąłem z półek nakrycie, zastawę, serwetę.

– Już? – spytałem.

– Nie – odparł Piotr – czekamy na ciebie.

– Kawa będzie zimna – zatroskał się Leo.

– Plujcie mało – powiedziałem – żeby nie wystygła do reszty. Piotr splunął obojętnie i wziął się do kręcenia papierosa w palcach. Leo powiedział:

– Już mnie to przestało bawić… – i wyszedł. Wszedł Vessely.

– Zanieś mu już tę kawę – powiedział – potem znów wszystko pójdzie na mnie. Że ty się grzebiesz, że kawa zimna.

– Ulżyj sobie, Zdenek – rzekł Piotr i Vessely splunął do dzbanka bez większych ceregieli ani emocji. Pierre dławił się ze śmiechu, jak zawsze, ale nie pluł. – Nie mogę – powiedział tylko do mnie, po francusku. – Mogę oderżnąć mu rękę tępym scyzorykiem, albo wyłupić oczy, ale tego nie mogę zrobić. Zanadto jestem kelnerem. – Bawił się przy tym wybornie, tarł powieki z radości.

– Teraz ja – powiedział Jupp – będę pluł długo i obficie. Może mu to w gardle stanie, temu psu… – Rzeczywiście, przymierzył się solidnie i zawiesiście.

– Dosyć – powiedziałem – bo kawa zmieni kolor.

– Lej mu od razu ze śmietanką – doradził Piotr. Jupp ocierał rękawem usta.

– Jeszcze mi zostało dużo śliny z tego, co przeznaczyłem na dziś – powiedział z żalem. – Pozwól jeszcze trochę.

– Nie – odparłem; zamieszałem kawę łyżeczką, po czym wsadziłem do niej palec: była rzeczywiście dość chłodna. Zamknąłem wieczko dzbanka, uniosłem tacę, Pierre otworzył mi drzwi i wyszedłem na salę.

– No, już daj nareszcie to śniadanie – rzekł pan Eissler z podejrzaną dobrotliwością. Był łakomy, patrzył niecierpliwie na tacę, czekając na skrupulatnie opracowaną przyjemność porannego posiłku.

– Piękna pogoda dzisiaj, prawda? – powiedziałem, stawiając przed nim filiżankę. Ująłem w jedną rękę dzbanek z kawą, w  drugą dzbanuszek ze śmietanką i lałem równocześnie, wolno, ze znawstwem oba płyny do filiżanki.

– Bardzo ładna, w istocie – uśmiechnął się kwaśno-uprzejmie.

– Czy alarm nie zepsuł panu niedzieli? – spytałem troskliwie.

– Och, nie – rzekł tubalnie pan Eissler – nas nie dotyczył.

– A gdzie byli tym razem ci powietrzni piraci? – spytałem z odrazą.

– Nigdzie – rzekł wesoło pan Eissler. – Odpędziła ich nasza przeciwlotnicza. Zdaje się, że musieli zrzucić bomby do Renu, koło Koblencji.

– Znaczy się – powiedziałem – że już nie ma Koblencji.

Posłodził i wypił łyk kawy. Stałem obok, w serce me napływało powoli uczucie błogiej rozkoszy, dosytu, spełnienia, zmieszane z mściwą, rozsadzającą radością, jakiej doznaje wojownik, stawiający nogę na odciętej głowie powalonego wroga.

– Czemu ta kawa jest taka cienka? – westchnął pan Eissler. – Wodnista?

– Ograniczenia, panie dyrektorze – westchnąłem również, ze zrozumieniem, współczuciem. – Wiadomo, zbożowa, wszyscy cierpimy jednakowo.

– Uhm, uhm – mruknął pan Eissler łaskawie, lecz nie potwierdził, że uznaje ten stan rzeczy za cierpienie: nie pozwalał ani sobie, ani nikomu na wdawanie się w rozważania i ocenę sytuacji. Rozwinął tylko serwetkę, zatknął róg za kołnierzyk i rozpostarł pieczołowicie nad klapami nieskazitelnego tużurka, zakrywając nią szczelnie pokaźnych rozmiarów odznakę partyjną tkwiącą w lewej butonierce. Wolno, ze smakiem zabrał się do jedzenia. Był bardzo zadowolony, że personel wie, jak okropnie złą, wojenną kawę musi pić dyrektor „Park-Hotelu”.


1

Czasami odnoszę wrażenie, że wojny są po to, aby ci, którzy je przeżyli, mieli się czym chwalić. Niegdyś dotyczyło to tylko mężczyzn, a więc tych, którzy dosiadali rumaka, wyciągali miecze z pochwy i żegnali znakiem krzyża swe kobiety, dzieci i starców, pozostających pod rodzinną strzechą. Ostatnia wojna rozciągnęła niebywale możliwości chwalenia się na wszystkich niemal w równym stopniu: rodzinne strzechy zaczęły masowo płonąć, kobiety i dziatwa, zamiast tulić policzki do strzemion ruszających w bój wojowników, wstępowały do służby obrony przeciwlotniczej, cud, bohaterstwo i metafizyka pola bitwy stały się ich strawą codzienną w scenerii rozłupywanych przez bomby szaletów miejskich, spiżarń i pokojów sypialnych. Co dziwniejsze: znikło także tradycyjne pojęcie broni, a więc narzędzia służącego bezpośredniemu zniszczeniu wroga, bez względu na to, czy instrumentem tym jest hak, rohatyna, mitralieza czy współczesna bomba lotnicza. Ostatnia wojna dokonała modyfikacji pojęć także i w tej dziedzinie. Jak nigdy dotąd, walczono na potencjały produkcji, na dzienniki radiowe, na restrykcje żywnościowe, na psychologiczną odporność, na plotki; pojawiło się wiele nowych sposobów wojowania, w których rolę główną grał materiał wybuchowy propagandy, bakcyl zwątpienia, maczuga łapanek i obozów koncentracyjnych. Między innymi była to także wojna na paszporty.

Ten rodzaj wojny odpowiadał mi wyjątkowo, mimo że krył w sobie pewien akcent małości i niehonorowego przemykania się pod donośnym przebiegiem historii. Minęły jednak czasy, gdy szlachetny, romantyczny gest imponował dwudziestolatkom: przemyślność i zdolność zaskoczenia przeciwnika stały wyżej od głupawej, tępej zasady walki z otwartą przyłbicą. Najważniejsze było zachowanie parytetu uczciwości wobec samego siebie, inne parytety moralne albo zdewaluowały się bez reszty, albo odstręczały swym prymitywizmem. Dotrzymujący słowa gangster więcej był wart w naszych oczach niż umierający pod sztandarem rycerskości szwoleżer; ulubionym bohaterem stał się aktor filmowy, którego rola polegała na tym, że miał rację wbrew opinii policji i społeczeństwa, i racji tej potrafił dowieść na ekranie, umiał ją wywalczyć, posługując się kamuflażem, fałszywym nazwiskiem, oszustwami wszelkiego kalibru. Aż nadszedł czas, gdy fałszywy paszport okazał się nieocenioną bronią w wielkiej rozgrywce o życie i wolność. Obowiązkiem tego, kto się krył pod nie swoim nazwiskiem, było, w naszym przekonaniu, pozostać przyzwoitym człowiekiem w jednostkowych aktach i czynach, imię i kolor flagi zapisane w paszporcie przestawały być dla nas ważne. Czym zaś lepiej potrafił wyprowadzić w pole prześladowców, czym dokładniej umiał ukryć swe zamiary byłe, obecne i przyszłe, tym wyższą rangę życiową skłonni byliśmy przypisywać, nie zawsze pytając o cel takiej maskarady. Przypadłości narodowe mieszały się, kompromitując utarte mniemania: rozpowszechnione szeroko przekonanie, że Francuzi są weseli, zaś Niemcy schludni i systematyczni, stawało na głowie wobec ogromnych rzesz smutnych Francuzów i niechlujnych, niesolidnych Niemców, oglądanych przez nas osobiście i na co dzień. W tych warunkach narodowość w paszporcie stawała się sprawą doraźnego wyboru i przydatności, nijak niewpływającą na nasz stosunek do drugiego dwudziestolatka. Dość wcześnie doszedłszy do tego wniosku i korzystając z pewnych okoliczności, zmajstrowałem sobie wreszcie odpowiedni paszport. Jak sięgnę pamięcią, zawsze kryłem w przepaściach siebie lekką tendencję, rzekłbym skłonność, do powierzchownego kręcenia się po obszarach życia, do niepodejmowania wiążących decyzji, do unikania dogłębności losu, związków i uczuć. Moja lepsza część toczyła bezustanną walkę z tymi skłonnościami, rezultatem których była nader często groźna połowiczność wszystkiego co się ze mną działo.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.