Ewangeliarz dominikański - Wojciech Jędrzejewski OP - ebook
Wydawca: W Drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 334 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ewangeliarz dominikański - Wojciech Jędrzejewski OP

Kiedy Radio Plus zaproponowało mi codziennie komentowanie Ewangelii, w pierwszym odruchu odmówiłem. Prawdopodobnie z narcystycznej obawy, że nie będę w stanie błyskać codziennie oryginalną myślą – interpretacją danego fragmentu. Kiedy jednak w końcu uległem, ze zdumieniem zacząłem odkrywać, że nie muszę się silić na oryginalność. Wystarczy pozwolić przemówić Słowu; wydobyć Jego własny „błysk”. Dla mnie samego stało się to ogromnym zaskoczeniem. Zacząłem uczyć się być głosem dla Słowa, które jest tak niesłychanie bogate i piękne. Trwająca trzy lata przygoda komentowania Dobrej Nowiny na falach Radia Plus, znalazła swoje odbicie w tym właśnie Ewangeliarzu.

Wojciech Jędrzejewski OP - urodzony w 1969 r., dominikanin, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, współtwórca i redaktor Chrześcijańskiego Serwisu WWW „Mateusz”, autor książek Fascynujące zaproszenie, Biblia enter, Z Bogiem na czacie. Modlitewnik dla młodych. Mieszka w Łodzi.

Opinie o ebooku Ewangeliarz dominikański - Wojciech Jędrzejewski OP

Fragment ebooka Ewangeliarz dominikański - Wojciech Jędrzejewski OP













































 

Stałem jak wryty w kościele pełnym młodych ludzi, w większości licealistów, widząc, jak oni reagują. To było zupełnie inne kazanie niż te, do których już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Ojciec Wojtek Jędrzejewski mówił z jakimś naturalnym autorytetem, jak dobry ojciec, nauczyciel, przewodnik, jednocześnie będąc jednym z nich. Słyszałem kogoś, kto mówi bez „ubogacania”, żywym, barwnym i prostym językiem, zaprasza do dialogu, jednocześnie nie tracąc nic z mocy nauczania. Czułem, że ten pełen uroku młody zakonnik ma klucz do słuchaczy i nie ma w tym nic z mizdrzenia się czy socjotechnicznych sztuczek. Uparłem się, że to właśnie on musi przygotować cykl krótkich komentarzy do codziennych czytań w Radiu Plus.

Jak to się dzieje, że coś, co zdawało się ulotną formą radiową, ma teraz – po pewnych modyfikacjach – kształt książki i właśnie rozpoczyna swoje drugie i (jak mam nadzieję) długie życie?

Dziś po kilku latach znów staję jak wryty.

Boża opatrzność pisze najdziwniejsze scenariusze.

 

Janek Pospieszalski

muzyk, publicysta,

były szef artystyczny Radia Plus

Warszawa, styczeń 2005


Instrukcja obsługi

 

Tę książkę możesz czytać tradycyjnie, od deski do deski. Jeśli brakuje Ci czasu, możesz ją kartkować w poszukiwaniu tematów, które Cię interesują. Aby ułatwić to zadanie, na końcu umieściliśmy alfabetyczny spis odnośników.


Uzdrowienie [Mk 6,53–56]

 

A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie.

 

To naprawdę Pan Bóg jest sprawcą naszego uzdrowienia, to naprawdę On jedyny potrafi sprawić, że to, co się w naszym człowieczeństwie pomniejszyło, to, co się stało nieludzkie, to, co się stało za mało Boże, to, co się stało w jakikolwiek sposób zredukowane, że to nasze biedne, poobijane człowieczeństwo będzie nabierało życia. Tylko On może to sprawić. Oczywiście, naszym obowiązkiem jest iść tymi drobnymi tropami, które odkrywamy, tropami, które wskazują, co my możemy zrobić w dziele wielkiego powrotu do samych siebie, odzyskiwania


Zwykłe gesty [Mk 7,1–13]

 

Faryzeusze bowiem, i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść.

 

Zastanowiło mnie, do czego służą gesty, takie codzienne gesty, bo w siódmym rozdziale Ewangelii według św. Marka jest mowa o pewnych rytuałach, których sens zatracili Izraelici. Otóż taki prosty gest, jakim jest ukłonienie się komuś albo podanie mu ręki, przypomina o czymś bardzo ważnym, o czymś, czego szukam, pragnę i do czego się zobowiązuję. Ale też jest to wyznanie wiary, że ten świat może być miejscem spotkania ludzi, którym ufamy. Prosty gest odbudowuje w moim myśleniu i w moich pragnieniach gotowość, żeby ludziom wychodzić naprzeciw, wychodzić z ufnością i pragnieniem niesienia pomocy. Podaję rękę, to znaczy, że szanuję, ufam i chcę z tobą współdziałać, dla twojego i mojego dobra. I być może warto uważnie przyjrzeć się tym codziennym gestom, ponieważ one powinny odzyskać swój sens, pomóc nam odbudować nasze pragnienia i obraz świata, który chcielibyśmy podtrzymywać poprzez nasze postawy, gesty, wybory, nasze decyzje i kroki.


Intencje [Mt 6,1–6]

 

Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli (...).

 

Nie byłoby dobrze, gdybyśmy słysząc Ewangelię, w której Jezus przestrzega nas przed obłudą, stali się podejrzliwi wobec własnych intencji. Takie uwagi Pana Jezusa potraktujmy raczej jako wezwanie do pokory: Panie Boże, wiem, uznaję, że w moim postępowaniu mogą dojść do głosu różne dziwaczne motywy, mogę poprzez gesty miłosierdzia szukać ludzkiego poklasku zamiast dobra konkretnych osób, moja modlitwa może być narcystyczna, może nie być otwarta na Ciebie – ale ja nie wiem tak naprawdę, ile w moich intencjach jest tych nieczystych domieszek. Jeżeli są, to mi je pokazuj. Kiedy uznasz, że jestem w stanie to odkryć, że mogę zobaczyć swoje nieczyste intencje, pokaż mi to, Panie Boże. Nie będę się ich doszukiwał w sobie, ale Ty sam w odpowiednim momencie wskaż mi, co domaga się oczyszczenia w moim postępowaniu, w mojej religijności, w mojej miłości do innych. Być może Wielki Post jest czasem, kiedy taką modlitwę powinniśmy zanosić intensywniej: jestem gotów widzieć to, co zechcesz mi pokazać dla mojego udoskonalenia, oczyszczenia mojego serca.


Zamęt [Mt 28,16–20]

 

Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody (...).

 

Ostatnio zastanawiałem się nad słowem „zamęt”, ponieważ podczas każdej Mszy Świętej modlimy się właśnie o to, żeby nas Bóg uchował przed zamętem. Na pewno obecność drugiego człowieka może się przyczynić do zamętu w życiu konkretnej osoby. Zamęt mogą spowodować moje uwagi, moje słowa, moje zarzuty albo moje sugestie. Jezus mówi, żebyśmy pojawiali się w progu życia innych ludzi, niosąc pokój. I warto zachować tyle pokory, tyle uwagi, żeby nasze wtargnięcie w życie innych osób nie niosło zamętu. Zwłaszcza gdy przypadkowo pojawiamy się w życiu ludzi, których nie znamy, gdy jesteśmy skazani na improwizację, zachowujmy głęboką pokorę. Prośmy Boga: Panie, jeżeli skrzyżowałeś moje drogi z tym człowiekiem, spraw, aby to spotkanie niosło pokój, a nie zamęt.


Stare śmieci [Łk 5,27–32]

 

On zostawił wszystko, wstał i z Nim poszedł.

 

Lewi wstał, zostawił wszystko i poszedł za Nim. Próbowałem to dziś sobie wyobrazić. Wstałem od biurka i zrobiłem parę kroków, wyobrażając sobie, że idę za Panem Jezusem, że zostawiam swoją celę i wyruszam w nieznane. I myśl, która się zrodziła przy tym doświadczeniu, była taka, że nasze życie bardzo mocno naznaczone jest rutyną. Przyzwyczajamy się do naszych słabości, ułomności, ograniczeń, nie próbujemy już z nimi walczyć. Właśnie z powodu rutyny nawrócenie, pójście za Chrystusem, wsłuchanie się w Jego Ewangelię, wewnętrzna przemiana są tak trudne. Wielu ludzi boi się tego, ponieważ byłoby to coś całkiem nowego, coś, czego w ogóle nie znamy albo znamy jedynie w niewielkim stopniu. Na ogół unikamy sytuacji nowych, które są jakimś wyzwaniem, ponieważ zwycięża rutyna. Czujemy się lepiej w sytuacjach już znanych. I jeśli do tej skłonności dołączy się jeszcze lęk przed nawróceniem, to nie ma co się dziwić, że tak wiele osób woli swoje stare śmieci niż wstanie i pójście za Panem Jezusem.


Wielkie i małe dobro [Mt 4,1–11]

 

Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem.

 

Tak zostaliśmy stworzeni przez Boga, że pragniemy dobra. Nie możemy pragnąć zła, pragniemy dobra i zawsze tylko dobra. Problem polega na tym, że wybieramy dobro tak bardzo cząstkowe i tak wiele przy tym niszcząc, że ta odrobina, za którą podążamy, zaczyna być czymś złym. Diabeł nie kusi Jezusa do zła, kusi Go do dobra. Ale to dobro, które proponuje Szatan, byłoby czymś tak niewspółmiernie małym w porównaniu do dzieła, którego chce dokonać Chrystus, że diabeł spotyka się z odmową. Jezus pokazuje, do jak wielkich rzeczy człowiek jest wezwany, do jak wielkiego dzieła każdy z nas jest zaproszony. Na tym polega światło, które wnosi Chrystus, Zbawiciel, w nasze życie; pokazuje nam On głęboki sens naszego życia, czynów, do których jesteśmy wezwani. W świetle tego powołania do wielkich rzeczy, do wielkiej miłości, do wielkiej nadziei, do wielkiej ofiarności nabierają właściwych proporcji niektóre wybory, które mają na celu dobro zbyt małe, żeby po nie sięgnąć.


Oddzielanie [Mt 25,31–46]

 

I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów.

 

Wizja Sądu Ostatecznego zawarta w Ewangelii we­dług św. Mateusza nie ma nas straszyć, ale ma być konkretną wskazówką, która się nam przyda w naszym życiu. I taki jest cel tej przypowieści Jezusa. Kluczowe słowo, które się tutaj pojawia, to słowo „oddzielać”. Słowo, którym się chętnie posługujemy, gdy mówimy o innych. Oddzielamy sobie tych, którzy są fajni, od tych, którzy nam nie pasują, podczas gdy słowo „oddzielać” jest przede wszystkim po to, żebym to ja w samym sobie uczył się nazywać jakiś brak, wadę charakteru, ułomność, ograniczenie. Żebym uczył się spokojnie, powoli oddzielać ten brak od siebie samego. Żeby to, co jest moją wadą i ułomnością, stopniowo zajmowało coraz mniej miejsca w moim życiu. Żeby egocentryzm, narcyzm, zazdrość, pycha, lenistwo przestawały mi zagrażać. Nazywam, lokalizuję i oddzielam. Czyli staram się uwolnić. I to ja dokonuję już teraz sądu we własnym życiu.


Ufność [Mt 6,7–15]

 

Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, zanim jeszcze Go poprosicie.

 

Gdy przystępujemy do modlitwy, to najpierw spróbujmy pomyśleć, spróbujmy poczuć, że Bóg patrzy na nas z miłością. Udowodnił to, w Jezusie to udowodnił. Dał swojego Syna, który swą postawą, całym swoim życiem opowiedział poemat o Bogu Miłości, o ukochanym Ojcu, który dzieli się i otwiera swoje serce w Chrystusie na nas, swoje stworzenia. Pomyślmy na początku każdej modlitwy, że Bóg patrzy na nas z miłością – taka świadomość i takie odczucie pozwoli nam prosić z ufnością. Nie sposób zwrócić się ufnie do Boga z naszym uwielbieniem, z naszymi prośbami, z naszą skruchą, z tym wszystkim, czego uczy „Ojcze nasz”, jeżeli nie ma w nas radości i ufnego przekonania, że On kocha. Ten warunek trzeba spełnić, aby móc szczerym, prostym sercem zanosić te wszystkie uwielbienia i prośby, do których wzywa nas Pan Jezus.


Szukający [Łk 11,29–32]

 

Królowa z południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona z krańców ziemi przybyła słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon.

 

Jak wielki szacunek należy się z naszej strony ludziom szukającym Boga, szukającym prawdy. Są takie osoby, które w Kościele nie odnajdują swojego miejsca. Są takie osoby, które określają siebie jako „niewierzące”, ale wiele z nich w sposób uczciwy i głęboki podąża ścieżkami prawdy, szuka prawdy, chce ją odnaleźć. Ci ludzie w swym dziele poszukiwania prawdy są głęboko szczerzy i radykalni. Takim ludziom należy się szczególny szacunek z naszej strony. Nie wpadnijmy w pułapkę dyskredytowania osób, które nie należą do Kościoła i które mówią, że nie są wierzące. Nie pozwólmy sobie na to. Raczej uczmy się od tych, którzy z całą gorliwością, na jaką ich stać, szukają prawdy, sensu i światła w swoim życiu.


Pomnażanie dobra [Mt 7,7–12]

 

Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam.

 

Te słowa Jezusa są niezmiernie ważne, ponieważ podpowiadają nam sposób, w jaki ma­my się modlić. Nie chodzi oczywiście o konkretną formułę, tylko ogólną zasadę, która brzmi: masz prawo ufnie prosić o dobro dla siebie, ale równocześnie proś Boga o to, abyś ty sam umiał czynić dobro innym ludziom. Właśnie tym powinniśmy się kierować w życiu. Być może wiele naszych próśb nie dociera do Bożych uszu, być może wiele nie jest wysłuchanych, dlatego że my nie prosimy, abyśmy się stali zdolni do czynienia dobra innym. O tyle mamy prawo ufnie błagać Boga o coś dobrego, o ile równocześnie mówimy: Boże, jestem otwarty i chcę uczyć się coraz bardziej wolnym sercem świadczyć dobro, pomagać, pomnażać dobro w życiu innych ludzi.


Pokora [Mt 16,13–19]

 

Odpowiedział Szymon Piotr: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Na to Jezus mu rzekł: „Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie”.

 

Poznanie najgłębszych prawd dotyczących sensu swojego życia, sensu świata, Boga, poznanie najgłębszej mądrości, bycie człowiekiem oświeconym, nie tylko mającym wiedzę z zakresu różnych dziedzin, ale człowiekiem mądrym, wiedzącym, jak postępować z ludźmi, ze sobą, z Bogiem – bycie takim człowiekiem jest Bożym darem. No bo jak to jest, że niektórzy ludzie po stokroć słyszą jakieś słowa Pisma Świętego i wcale nie przynoszą one owoców mądrości w ich sercach, w ich umysłach? Dlaczego? Dlatego, że to jest zawsze dar Boży, po który możemy sięgać jedynie drogą pokornej prośby oraz pokornego przygotowania własnego umysłu i serca. Nasza rola w dążeniu do tego, aby Boże dary Objawienia ogarniały nasze umysły i serca, polega właśnie na tym, że szukamy, że czytamy, że pytamy, że staramy się być pokornymi ludźmi, którzy wiedzą, że nie wiedzą. I Bóg wychodzi naprzeciw ludzkiej pokorze, aby udzielić daru mądrości, objawienia, oświecenia.


Nieprzejednanie [Mt 5,43–48]

 

Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego.

 

Jeżeli jakiś człowiek mnie skrzywdził i po pewnym czasie dociera do niego, jak był niewrażliwy, niemądry, zaślepiony, przeprasza mnie, żałuje tego, co zrobił, a ja nie chcę mu wybaczyć, nic nie uzasadnia takiej postawy. Takie postępowanie jest absurdalne. Jeżeli zacinam się w uporze, jeżeli nie chcę wybaczyć, jest to postawa nieracjonalna z dwóch powodów. Po pierwsze, ten człowiek naprawdę żałuje, mówi mi o tym i nie mam powodu, żeby sądzić, że kłamie, więc dlaczego nie miałbym zapomnieć o wyrządzonej mi krzywdzie? Po drugie, pamięć o doznanym złu to mnie przede wszystkim rani, to mnie zatruwa, to mnie pozbawia radości. Pozbądźmy się więc jakichkolwiek złudzeń, że fakt, iż postanowiłem pamiętać, świadczy o tym, że jestem człowiekiem mądrym, bo nie będę naiwny. To jest wyłącznie słabość. To jest brak. To jest ograniczenie mojego serca. Wyłącznie słabość i ograniczenie. I nie stwarzajmy pozorów, że to jest jakiś rozsądny wybór. Bo nie ma w tym krztyny rozsądku.


W ciszy [Mt 17,1–9]

 

(...) oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!”. Uczniowie słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli.

 

Uczniowie się przerazili. Czytając te słowa Ewangelii, pomyślałem, że Bóg wie, co robi, gdy pozwala nam siebie szukać i odnajdywać w ciszy, że nie grzmi z góry, że nie daje nam odczuć swojej potęgi w sposób jednoznaczny. Bo wielu z nas by to zabiło. Wiele z tych osób, które są nieprzygotowane, które nie do końca podjęły decyzję zaufania Bogu, w takich sytuacjach dostałoby palpitacji serca. Czułyby się zmuszone do uznania Boga. Wielu z tych z kolei, którzy powątpiewają, taki głos potraktowałoby jako symbol spektakularnych objawień. Wprowadziłby w nich być może sceptycyzm jeszcze głębszy, podejrzewaliby siebie o jakieś urojenia, o halucynacje. Dlatego Bóg wie, co robi, że przemawia w ciszy, w ciszy swojej stale udzielającej się miłości, którą możesz odnaleźć, jeżeli będziesz jej pragnął i szukał.


Powstrzymać się [Łk 7,36–39]

 

Gdyby on był prorokiem, wiedziałby, co to za jedna (...).

 

Spróbuj nie osądzać. Postaraj się powstrzymać w sobie tę koszmarną namiętność wydawania sądów. Rościsz sobie prawo do tego, żeby stwierdzać, jakie są intencje drugiego człowieka. Jakie są jego intencje w sytuacji, kiedy dzieje się coś złego. Bo kiedy dzieje się coś złego, kiedy drugi człowiek popełnia jakiś czyn, który można zakwalifikować jako zły, wtedy są dwie możliwości: albo doszukujemy się jego złych intencji, albo próbujemy go usprawiedliwiać, że mógł to być błąd, że mogło to być jakieś zaślepienie albo chwilowa słabość. I chodzi o to, żebyśmy umieli powstrzymać w sobie odruch definitywnego ocenienia tego człowieka, wydawania wyroku, głoszenia przekonania, że ten człowiek miał złe intencje. Nie zachowujmy się w ten sposób, ponieważ taka postawa jest pozbawiona miłosierdzia.


Bracia [Mt 23,1–12]

 

A wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy jesteście braćmi.

 

To, co mówi Pan Jezus, jest z jednej strony wyzwalającą Dobrą Nowiną: wszyscy jesteśmy braćmi. Nawet jeżeli mamy przełożonych, nawet jeżeli inni wynoszą się ponad nas, nawet jeśli niekiedy musimy się innym podporządkować, prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy sobie równi. W tym, co najgłębsze, najbardziej ludzkie, jesteśmy sobie równi. Nie istnieje podział na ludzi z wyższej półki i niższej półki, na pospólstwo i elity duchowe. To jest Dobra Nowina zwłaszcza dla tych osób, które czasami czują się przygniecione czyimś autorytetem. Z drugiej natomiast strony te słowa Jezusa są ostrzeżeniem dla tych, którzy lubią celebrować swoje stanowisko, chwalić się swoim stażem, na przykład stażem bycia duchownym albo liderem jakiejś grupy. Dla tych osób, które mają skłonność do podkreślania swojej władzy, jest to ostrzeżenie: człowieku, nie wynoś się nad innych, bo nie jesteś wcale wyższy od tych, których skłonny byłbyś poniżać we własnych oczach.


Służba [Mt 20,17–28]

 

(...) kto by między wami chciał stać się wielki, niech będzie waszym sługą.

 

Rozwój człowieka jest czymś tajemniczym, czymś pięknym. Jest też czymś indywidualnym, można jednak wyróżnić jego fazy. We fragmencie Ewangelii według św. Mateusza Jezus podpowiada nam, że niezwykle ważnym etapem, który właściwie jest nieodzowny, żeby człowiek mógł naprawdę stać się inny, piękniejszy, jest etap służby. W pewnym momencie życia już nie można koncentrować się tylko na sobie, w dobrym tego słowa znaczeniu, na własnym rozwoju, na porządkowaniu bałaganu w sobie. To nie wystarczy. Te wszystkie działania okazałyby się jałowe, już nie prowadziłyby do wewnętrznej przemiany, jeżeli człowiek nie skoncentruje się na innych ludziach będących w potrzebie. Okazuje się, że nawet jeśli czuję, iż jestem niedoskonały, niedokończony – to kiedy z pokorą podejmę służbę, zacznę się przeobrażać i uczyć miłości.


Wrażliwość [Łk 16,19–31]

 

Wspomnij synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz w podobny sposób – niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz.

 

Przypowieść o niewrażliwości bogacza powinna wzbudzić w nas pokorę, która skłoni nas do tego, żebyśmy każdego dnia, dosłownie każdego dnia prosili o wrażliwość. Ponieważ może się okazać – i niejednokrotnie tak się okazywało w dramatycznych okolicznościach – że przez zatratę wrażliwości na dziecko, na przyjaciela, na współmałżonka stało się z nimi coś niedobrego, stało się coś niedobrego z naszą przyjaźnią, małżeństwem, relacjami. Właś­nie przez to, że straciliśmy wrażliwość na siebie nawzajem, zaczęliśmy żyć we własnym świecie i nie umieliśmy dostrzec pierwszych sygnałów zła. I dlatego zaczynajmy dzień od prośby: „Boże, uczyń mnie wrażliwym, użycz mi życzliwości serca, żebym potrafił zobaczyć ludzką biedę, żebym potrafił usłyszeć słowa wezwania, które kierują do mnie ludzie”.


Małe ustępstwa [Mt 21,33–46]

 

(...) rolnicy zobaczywszy syna, mówili do siebie: „To jest dziedzic, chodźcie, zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo”.

 

Nie jest tak, że nagle ogarnia człowieka szaleństwo, że nagle, nie wiadomo skąd, przychodzi mordercza namiętność, która staje się niszcząca, prowadzi do ruiny. To się nie dzieje z dnia na dzień. Każda namiętność rodzi się powoli. I to pokazuje Ewangelia. Najpierw popełniamy małe zło, najpierw pozwalamy sobie na małe ustępstwa, na małe kompromisy, potem coraz mniej jest w nas wrażliwości na dobro, potrafimy coraz bardziej zagłuszać swoje sumienie i w ten sposób uzdalniamy się do coraz większych niegodziwości. Człowiek potrafi zajść dosyć daleko na tej drodze. Z jednej strony to, co mówię, cała ta nauka Ewangelii jest pocieszająca, ponieważ nie zdarzy się tak, że człowiek prawy nagle któregoś wieczoru zamorduje albo zdradzi. Jednak z drugiej strony jest to poważne ostrzeżenie: Człowieku, nie zgadzaj się na małe ustępstwa, nie lekceważ tych momentów, gdy na chwilę schodzisz z drogi życia, z drogi prawdy, z drogi miłości, bo od tego się zaczyna. Wracaj, wracaj od razu, koryguj kierunek, który wybrałeś, który wskazał Ci twój Mistrz.


Sygnały [Łk 15,11–32]

 

Zabiorę się i pójdę do mego ojca i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Niebu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem (...).

 

Nikt z nas nie jest wolny od niebezpieczeństwa, że się zapędzi w kozi róg, że zabłądzi, że się nagle znajdzie w jakimś ciemnym, mrocznym korytarzu, z którego nie będzie wyjścia. Nikt z nas nie jest wolny od takiego niebezpieczeństwa. I nie jest to żadna tragedia. Chodzi o to, abyśmy dali się odnaleźć, tak jak odnalazł się młodszy syn z przypowieści. Żebyś­my dali się odnaleźć Panu Bogu. Jak On to robi? W jaki sposób odnajduje tych, którzy się zagubili? Są dwa zasadnicze sposoby. Pierwszy to wewnętrzny impuls, który się w nas rodzi, gdy czujemy, że coś nie gra, że to nie jest ten kierunek, w którym powinniśmy zdążać. A drugi sposób, w jaki Bóg próbuje nas odnaleźć, to Jego działanie przez innego człowieka, który zwraca nam uwagę, który czasami czyni to bardzo nieumiejętnie, który sam nie potrafi nazwać swojego niepokoju, sygnalizuje, że widzi coś niedobrego w naszym życiu, twierdzi, że jesteśmy ludźmi zagubionymi, nie umie tego trafnie nazwać, ale sygnał jest nadany. I prośmy Boga o to, żebyśmy potrafili nawet te sygnały wychwytywać, żebyśmy umieli usłyszeć w nich to, co dobry Bóg mówi do naszego serca, byśmy mogli się odnaleźć w naszym zagubieniu.


Rozmowa [J 4,5–27]

 

Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą.

 

Bóg umie rozmawiać z człowiekiem. To jest nadzwyczajne. Historia spotkania Jezusa z Samarytanką pokazuje, że Bóg podejmuje rozmowę i w jej trakcie zaczynają dziać się rzeczy niezwykłe. Kruszeje serce, umysł staje się otwarty, serce lgnie do Boga. Tymczasem problem wielu polega na tym, że potrafią mówić, ale nie bardzo potrafią rozmawiać. Dosyć często kontakt rodziców z dziećmi na tym właśnie polega: myślą, że jak mówią, to są w kontakcie ze swoimi dziećmi. Nieprawda. To samo dotyczy wielu z nas, duchownych – mówimy i mamy złudne wrażenie, że jesteśmy w kontakcie z ludźmi. Tymczasem nasz Mistrz rozmawia. Ewangelia według św. Jana, z której pochodzi fragment o spotkaniu z Samarytanką, to Ewangelia rozmów Jezusa z ludźmi. Prawdziwych rozmów. On nie jest tylko kaznodzieją, który przekazuje odwieczne prawdy. On jest rozmówcą. I w ten sposób dociera do serca człowieka, którego chce pociągnąć do siebie.


Czuwać [Łk 12,32–38]

 

A wy [bądźcie] podobni do ludzi oczekujących swojego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze.

 

Jest sposób na wyjście naprzeciw Bogu, na otworzenie Mu, jak to się metaforycznie mówi, drzwi swojego serca. Czasem ludzie denerwują się na wyświechtane religijne metafory, między innymi właśnie na taką: „otworzyć drzwi Bogu” – co to może znaczyć? W jaki sposób mamy Mu otworzyć drzwi? Pan Jezus mówi: Twoim zadaniem jest czuwać, twoim zadaniem jest nie zasnąć. Twoim zadaniem każdego dnia jest uświadomienie sobie, że czekasz na Niego i danie wyrazu tej świadomości przez modlitwę. Twoją rolą jest mówić: Boże, czekam na Ciebie, na Twoje działanie w moim życiu, na Twoją pomoc, na Twoją łaskę, Twoją siłę. To jest twoim zadaniem: czuwać. A Jego rolą jest działać w tobie. Jego rolą jest wewnętrznie cię przemieniać. Jest On w stanie to zrobić, ale czeka na twoje pokorne współdziałanie, polegające głównie na uznaniu, że potrzebujesz takiego Bożego działania, uznawaniu i wyznawaniu tego codziennie, pokornie, konsekwentnie. Przypominasz sobie i Bogu o tym, że potrzebujesz Jego działania.


Rewolucja i reforma [Mt 5,17–19]

 

Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić.

 

Ludzie młodzi mają prawo do buntu, mają prawo do chęci zrobienia rewolucji, całkowitego odrzucenia zasad, reguł. Każdy może lub nawet powinien przejść przez tę fazę. Ale prawdziwa mądrość polega na tym, żeby reformować, a nie żeby robić rewolucję. Żeby zmieniać pewne rzeczy, ale rozważnie. Jezus mówi: Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków, wykasować Stary Testament. Przyszedłem po to, żeby pokazać głęboki sens, który kryje się we wszystkich nakazach Starego Testamentu. Żeby zmienić mentalność ludzi, mentalność, która powoduje popadnięcie w rutynę, stagnację życia religijnego. Przyszedłem jako Ten, który wyzwala do głębszej prawdy, do odkrycia sensu pewnych działań, które do tej pory wielu ludzi wykonywało bezrefleksyjnie, bez zrozumienia. Przyszedłem, żeby reformować, zmieniać i pogłębiać, a nie żeby wycinać w pień, żeby robić rewolucję.


Milczenie [Łk 11,14–23]

 

Raz wyrzucał złego ducha [z człowieka], który był niemy. A gdy zły duch wyszedł, niemy zaczął mówić (...).

 

W Ewangelii według św. Łukasza czytamy o człowieku, który jest niemy i zostaje uleczony przez Jezusa. My też niekiedy jesteśmy jak ów człowiek – nasze milczenie domaga się nieraz oczyszczenia, odkrycia jego przyczyn. Dlaczego milczę, dlaczego nie umiem wyrażać siebie, dlaczego nie umiem mówić, co mnie powstrzymuje, jakiego rodzaju kompleksy, lęki? Brak wiary w siebie czy też brak wiary w ludzi? Moje milczenie niejednokrotnie potrzebuje uzdrowienia, potrzebuje oczyszczenia przez Boga. Ale też moje mówienie, moje mówienie bezmyślne, moje mówienie, które często zdradza jakieś paranoje mojego myślenia, to moje mówienie też domaga się uzdrowienia. Żebym wiedział, co, kiedy i czy w ogóle mówić.


Odwaga stawiania pytań [Mk 12,28–34]

 

Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?

 

Uczony w Piśmie, który podszedł do Jezusa, by zadać Mu pytanie o najważniejsze przykazanie, to był człowiek z dużą klasą, to był pokorny facet. Miał odwagę postawić pytanie, które obnażało jego dezorientację. Ten wyedukowany mężczyzna mówi do Jezusa ni mniej, ni więcej: Ja się w tym wszystkim już gubię, pomóż mi to wszystko, co dotyczy wiary, religijności, jakoś uporządkować, powiedz, co tu jest najważniejsze. Pokorny człowiek, który umie tak zapytać. Nie wstydzi się swojej dezorientacji. Bardzo dobrze jest mieć w sobie taką właśnie otwartość, umieć się do tego przyznać, że ja już nie wiem tak naprawdę, w co wierzę, że się pogubiłem, że nie wiem, po co to wszystko, że wiele rzeczy w mojej religijności, w mojej wierze wydaje mi się dziwnych, bezsensownych, że to już nie karmi mojego serca, mojego poczucia sensu, mojej potrzeby poszukiwania prawdy. I z taką pokorną uległością przyjść do Boga i powiedzieć Mu: Zrób porządek w moim sercu, w mojej głowie, podeślij mi ludzi, którzy mi pomogą na nowo odnaleźć jasność wśród tych najważniejszych spraw w moim życiu.


Pogarda [Łk 18,9–14]

 

Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony.

 

Przypowieść o faryzeuszu i celniku, którą opowiada Jezus, jest ogromnie ważna. Dotyczy wady zagrażającej każdemu z nas – skłonności do pogardzania innymi i wywyższania samego siebie. I to właśnie w sprawach religii. Odsądzać innych od czci i wiary. Uważać, że ich religijność jest powierzchowna, prymitywna. Myśleć o nich z poczuciem wyższości. Mówić o nich z pogardą: nie wiedzą, o co chodzi, nie umieją się porządnie modlić, modlą się źle, są dewotami, są nawiedzeni. Liczba tych etykiet, które przyklejamy naszym siostrom i braciom w wierze, jest przerażająca. I nasz Pan ostrzega każdego z nas, żebyśmy nie gardzili innymi ludźmi, innymi wierzącymi, siebie samych wynosząc ponad nich, ponieważ to zamyka nam drogę do zbawienia. To nam zamyka drogę do wewnętrznego uzdrowienia, do usprawiedliwienia przez Boga, do świętości.


Światło prawdy [J 9,1.6–9.13–17.34–39]

 

Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę.

 

Kiedyś jakiś dziennikarz zapytał Jana Pawła II, które słowa z Ewangelii przemawiają do niego najmocniej. I papież powiedział wtedy: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. Ilekroć spotykamy w Piśmie Świętym metaforę światła, światłości, wiedzmy, że chodzi tutaj o wyzwalającą rolę prawdy. Prawdy, którą Bóg odsłania powoli. O sobie samym mówi tyle, ile potrafimy zrozumieć, ile potrafimy przyjąć. Ale mówi też o nas, głównie o nas. Tę prawdę także odsłania powoli. Każdy z nas jest w jakimś stopniu ślepcem, do którego nie dociera światło prawdy. Każdy z nas ma zrośnięte powieki, potrzebuje delikatnego dotknięcia Jezusa, obmycia oczu. Jest to konieczne, żebyśmy mogli coraz głębiej przyjmować wyzwalającą prawdę o sobie samych, o naszym zagubieniu. Ale też prawdę o pięknie, które jest w nas. A źródłem tego piękna, i to jest być może najważniejsza prawda do odkrycia, jest Boska miłość, która mnie, grzesznika, słabego człowieka, wybiera i powołuje do jedności ze sobą.


Znaki [J 4,43–54]

 

Jezus rzekł (...): „Jeżeli nie zobaczycie znaków i cudów, nie uwierzycie”.

 

Jeżeli nie zobaczycie znaków i cudów, nie uwierzycie – mówi Jezus i czyni znak. Co to za przesłanie dla nas? Nie każdemu, naprawdę, nie każdemu znak jest potrzebny, nie każdy szuka znaków na drodze swojej wiary. Ale być może ty właśnie teraz potrzebujesz takiego znaku. Powiedz o tym Bogu, poproś o to Jezusa. I poproś Go o jeszcze jedną rzecz – błagaj, żeby dał ci wrażliwe serce, dobrze widzące oczy, które będą w stanie zobaczyć, spostrzec ten znak, który otrzymasz. Bo tak naprawdę to otrzymujemy dziesiątki, setki różnego rodzaju sygnałów potwierdzających Jego obecność, Jego mądrość i Jego działanie. Niestety bardzo często jesteśmy skupieni na sobie, na swoich brakach, niedoskonałościach, na tym, czego nie otrzymaliśmy, i to odgradza nas od tej bogatej rzeczywistości działania Boga. Gdybyśmy tylko chcieli słuchać, chcieli uważnie patrzeć, zobaczylibyśmy niejeden znak, o który prosimy i mamy prawo prosić.


Złe skłonności [J 5,1–3.5–16]

 

Wstań, weź swoje nosze i chodź!

 

Miłosierdzie Boga jest nieskończone. On naprawdę wybaczył nam wszystkie nasze grzechy. Jednak wiele popełnionych przez nas błędów, wiele tych kultywowanych przez długie miesiące, a nawet lata ułomności wyżłobiło w naszych charakterach, w naszych duszach i ciałach głębokie bruzdy. I Bóg w swoim nieskończonym miłosierdziu leczy nasze choroby, to znaczy daje nam siłę, daje ją tobie i mnie, żebyśmy nie powtarzali tych samych błędów i grzechów. Uzdrawia nas w takim sensie, że odbiera nam – jeśli o to prosimy, jeśli robimy co w naszej mocy – różne obsesje naszych namiętności, naszych grzechów, słabości. Ale najczęściej wcale nie leczy wszystkich naszych ran. I słowa wypowidziane przez Jezusa do człowieka, którego uzdrawia: „weź swoje nosze i chodź” – to słowa do tych wszystkich z nas, którzy wciąż czują w sobie różnego rodzaju złe skłonności. Skłonności do różnych rzeczy, przez które schodzimy na manowce: do kariery, pieniędzy, seksu, alkoholu, papierosów, złości, zazdrości. I chociaż odpuszczone zostały grzechy, a nasze głębokie rany zaleczone, to skłonności pozostały. I to one nam przypominają o tym, że powinniśmy każdego dnia powierzać się Bogu, brać swoje nosze i iść.


Równy Bogu [J 5,16–18.19a.24b–30]

 

Dlatego więc Żydzi tym bardziej usiłowali Go zabić, bo (...) Boga nazywał swoim Ojcem (...).

 

Czasami zapominamy o podstawowych prawdach dotyczących naszej wiary lub nie jesteśmy ich świadomi. Jedną z takich bardzo ważnych prawd jest kwestia, dlaczego Zbawiciel został ukrzyżowany. Dlaczego Jezus został ukrzyżowany? Niejednokrotnie w historii padały różne odpowiedzi: że był bezkompromisowy, że był rewolucjonistą, że walczył z zastanym bałaganem, że umiał się zbuntować przeciwko strukturom zła, grzechu, przemocy, niesprawiedliwości. Jednak najgłębszy powód, dla którego Chrystus został ukrzyżowany, podany jest w Ewangelii według św. Jana: czynił siebie równym Bogu. To dlatego Jezus został ukrzyżowany: dla przywódców Izraela było to największe bluźnierstwo, że człowiek, którego widzieli, człowiek – nawet jeśli był niezwykły, nawet jeśli był świątobliwy – czyni siebie równym Bogu. Zdajmy sobie sprawę, jak bardzo to się w głowie nie mieści ludziom, nawet ludziom religijnym, że Bóg mógł stać się człowiekiem. Jeżeli przyjmujemy to jako rzecz normalną, jeżeli wyznajemy bez drżenia: wierzę w Boga, który przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem, to zdajmy sobie sprawę, że dopadła nas rutyna – bo jest to najbardziej niezwykłe wydarzenie, które dokonało się w historii świata.


Ukryte oblicze [J 5,31–47]

 

(...) dzieła, które czynię, świadczą o Mnie, że Ojciec Mnie posłał (...). Nigdy nie słyszeliście ani Jego głosu, ani nie widzieliście Jego oblicza (...).

 

Mówimy o naszym doświadczeniu Boga. Mówimy, a także słyszymy, jak inni o tym opowiadają: że ktoś odczuł, doświadczył dotknięcia Boga, doświadczył przemiany własnego życia na skutek działania Boga, na skutek działania Jego łaski. Słyszymy, jak niektórzy ludzie mówią, że dociera do nich głos Pana, że w swoim sercu słyszą, jak Bóg do nich mówi. I to wszystko jest prawdą. A jednak Jezus mówi: Nigdy nie słyszeliście ani Jego głosu, ani nie widzieliście Jego oblicza. Taka jest prawda o nas. I nie dotyczy to tylko ludzi niewierzących. Nie dotyczy to ludzi słabej wiary. To dotyczy nas wszystkich. Nie widzieliśmy oblicza Boga ani nie słyszeliśmy Jego głosu. Czytamy Ewangelię, oglądamy ikony, wpatrujemy się w Chrystusa w Eucharystii – ale to wszystko jest tylko odblaskiem odwiecznej światłości, której nikt ze śmiertelników nie może zobaczyć i pozostać przy życiu. To przypomnienie, które Jezus czyni w Ewangelii, jest bardzo ważne. Bóg jest tajemnicą, której nigdy nie ogarniemy ani w tym życiu, ani w życiu przyszłym. Bądźmy pokorni i pełni tęsknoty, żebyśmy kiedyś, po śmierci, mogli usłyszeć Jego głos, tajemny głos i zobaczyć, naprawdę zobaczyć – bo to jest nam obiecane – Jego oblicze.


Uniżony [J 7,1–2.10.25–30]

 

Kiedy zaś bracia Jego udali się na święto, wówczas poszedł i On, jednakże nie jawnie, lecz skrycie.

 

Jak bardzo Jezus ukrył fakt, że jest Bogiem. Jak bardzo prawdziwe są słowa, które potem św. Paweł powie o Nim: że On uniżył samego siebie, że pozbawił się chwały. Ukrył swoje bóstwo, uczynił je niewidocznym dla ludzi dlatego, żeby nie paraliżować ich woli, żeby nie zmuszać ich do wiary. Bóstwo Jezusa przeświecało przez wszystko, co On czynił. Ale zarazem był On tak prawdziwie człowiekiem, że jak czytamy w Ewangelii według św. Jana, ludzie mówili: Wiemy, skąd pochodzi, znamy Jego rodzinę, znamy Go, jakże On może być Mesjaszem? Jakże o Nim można myśleć i mówić, że to Mesjasz? Zbyt dobrze Go znamy. Wielu ludzie mogło się wręcz spoufalić z Jezusem – tak bardzo On się stał człowiekiem. I On dzisiaj również nie będzie nas przytłaczał jakimiś gromami swoich objawień. Nie będzie tego robił. Przychodzi w ciszy do każdego z nas, w ciszy swojego zaproszenia: kocham cię, zaufaj Mi, pójdź za Mną, wsłuchaj się we Mnie i szukaj Mnie w swoim życiu. Szukaj Mnie tęsknotą swojego serca. Bo chcę, żebyś wybrał Mnie z miłością, a nie pełen obaw, kierowany lękiem, zniewolony Moim przymusem.


Manipulacje [J 7,40–53]

 

Czyż i wy daliście się zwieść? Czy ktoś ze zwierzchników lub faryzeuszów uwierzył w Niego? A ten tłum, który nie zna Prawa, jest przeklęty.

 

Tak bardzo podkreślamy naszą wolność, niezależność w poglądach, tak bardzo lubimy myśleć o sobie jako o ludziach, którzy kontrolują własne życie, działanie, są rozważni. Prawda o nas jest jednak nieco inna, bardziej złożona. Często ulegamy wpływom. Często. Siódmy rozdział Ewangelii według św. Jana pokazuje, jak faryzeusze manipulują strażnikami. Strażnicy mieli ująć Jezusa, a przychodzą i mówią, że nikt tak nie przemawiał jak ten człowiek. Faryzeusze zaś ich pytają: Czy i wy daliście się zwieść? Zastanówcie się, który z ważnych ludzi w Niego uwierzył? Popatrzcie, czy któryś z kapłanów uwierzył Mu, zaufał? Czy któryś ze zwierzchników, faryzeuszów, przyjął wiarę w Chrystusa? A ten tłum, motłoch, który nie zna Prawa, jest przeklęty. Okropna manipulacja, polegająca na zadawaniu pytania: Czy któraś z ważnych osób tak zrobiła? Jeśli nie, to ty też bądź mądry, kieruj się głosem tych ważnych, tych znanych i broń Boże, nie idź za głosem własnego serca. Broń Boże, nie daj sobie prawa do myślenia. Tylko popatrz, czy ważni, czy znaczący ludzie, czy ci wychwalani z pierwszych stron gazet to zrobili. Jeśli oni tego nie zrobili, to ty też takiego kroku nie rób.


Wspólnota chrześcijańska [J 11,3–5.17.20–27.33b–44]

 

Gdy więc Jezus zobaczył ją płaczącą i płaczących Żydów, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił (...).

 

Fragment Ewangelii według św. Jana pokazuje, czym może być wspólnota chrześcijańska. Otóż wspólnota chrześcijańska to nie jest grupa ludzi, którzy mówią tym samym slangiem religijnym, którzy boją się opuścić własne grono. To są ludzie, którzy się przede wszystkim ze sobą przyjaźnią. Jezus nazywa Łazarza swoim przyjacielem, siostry Łazarza mają odwagę z wielką bezpośredniością zwracać się do Niego jak do kogoś bliskiego. Jezus jest u nich zadomowiony. Wspólnota to także doświadczenie dramatycznych losów, wspólne stawianie Bogu trudnych pytań. To wspólne przeżywanie dramatów. Jezus należy do wspólnoty rodziny Łazarza. Nie jest tylko gościem, On też przeżywa dramat śmierci przyjaciela. Chociaż jest Bogiem, który wskrzesza Łazarza z martwych, to jednak najpierw jest przyjacielem, który płacze nad jego śmiercią. I właśnie tak może i powinna wyglądać każda dojrzała wspólnota – powinna polegać na wspólnym przeżywaniu naszych codziennych dramatów. Nie musimy się koniecznie wtłaczać w jakąś formę religijnego przeżywania, takiego uładzonego, pobożnego, dewocyjnego przeżywania: ach, Pan to wszystko ma w swoich rękach. We wspólnocie jest miejsce na łzy, jest miejsce na pytania, na żal i wyrzut, nawet wobec Boga. W takiej wspólnocie ludzie są prawdziwymi przyjaciółmi.


Narazić autorytet [J 8,1–11]

 

Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem.

 

To niesamowite, że Jezus dla jednej kobiety wchodzi w konflikt z faryzeuszami, z władzami religijnymi Izraela. Jest gotów narazić się im, rzucić na szalę swój autorytet. Przecież wie, jak zaczną o Nim myśleć, jak zaczną o Nim mówić. Wie, jaką opinię sobie wyrabia, gdy staje po stronie prostytutki, bierze ją w obronę, okazuje jej współczucie, miłosierdzie. Gdy robi tak szalony krok i stawia przed oczy tym, którzy oskarżają tę kobietę, ich własne winy. Gdy im uświadamia, że nie są bez grzechu, że bezpodstawnie stawiają się ponad nią. To niezwykłe, iż dla jednej kobiety Jezus naraża swój prestiż Nauczyciela. W końcu powinno Mu zależeć na tym, żeby uczeni w Prawie, cała wierchuszka Izraela uznała, że to On jest obiecanym Mesjaszem.


Zaufanie do Boga [Mt 1,16.18–21.24a]

 

(...) Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie (...).

 

Gdy Józef powziął myśl o oddaleniu brzemiennej Maryi, przychodzi do niego anioł Pański i Józef odpowiada na wezwanie, które słyszy podczas tego spotkania. To jest w nim niezwykłe. Już postanowił zostawić Maryję, bo myślał, że dziecko, które się poczęło, jest owocem jakiegoś cudzołożnego związku, i nie chciał narazić jej na zniesławienie. Chciał – jak mówi Ewangelista Mateusz – oddalić ją potajemnie, by oszczędzić jej wstydu. Powziął tę myśl, ale na skutek spotkania z aniołem zmienił swoje postanowienie. To jest cecha ludzi pokornych, otwartych – oni potrafią zmienić podjętą decyzję, potrafią przyjąć nowe informacje, potrafią otworzyć się na jakieś nowe dane, zobaczyć rzeczy i zdarzenia w nowym świetle.


Syn i Ojciec [J 8,51–59]

 

(...) Ja Go [Ojca] i słowa Jego zachowuję.

 

Bardzo to jest oględnie powiedziane, ale w tym tkwi istota sprawy, gdy Jezus mówi: „znam Ojca”, „Jego słowo zachowuję”. Pragniemy poznać Boga, to jest istotą każdej religii: poznać Go w takim źródłowym sensie tego słowa, które oznacza głęboką intymność, głęboką zażyłość. Kiedy mężczyzna współżył z kobietą, Hebrajczycy mówili, że „ją poznał”. Na tym polega to biblijne poznanie, wejście w tak niezwykle głęboką, zażyłą intymność. I Jezus mówi: „znam Ojca”, „kocham Ojca”, „jestem w Nim, a On we mnie”. Jakąż to otwiera przed nami niezwykłą perspektywę. Kiedy czytamy Ewangelię, kiedy spotykamy się z Jezusem, kiedy patrzymy na Niego, kiedy dajemy Mu szansę, by mówił do nas, kiedy jesteśmy na modlitwie, wtedy On dopuszcza nas do tego niezwykłego, głębokiego intymnego poznania swojego Ojca. Bóg stał się dla nas człowiekiem w Chrystusie po to, żebyśmy mogli przez Chrystusa wejść w niezwykle obiecujące, głębokie poznanie Ojca w Jego Synu.


Najwyższy autorytet [J 10,31–42]

 

Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli [Pismo] nazwało bogami tych, do których skierowano słowo Boże – a Pisma nie można odrzucić – to czemu wy [o Tym], którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: „Bluźnisz”, dlatego, że powiedziałem: „Jestem Synem Bożym”?

 

Mówiłem już wielokrotnie, że głównym powodem, dla którego został ukrzyżowany Chrystus, nie była Jego rewolucyjna postawa wobec ludzi, wobec zastanej kultury, lecz to, że On miał czelność nazwać siebie Bogiem – to był główny powód, to było najbardziej oburzające. To było bluźnierstwo dla Izraelitów, że On, człowiek z krwi i kości, czyni siebie równym Bogu, mówi, że jest Bogiem. Co to jednak dla nas może znaczyć praktycznie, jeżeli uznamy, uwierzymy, spróbujemy uwierzyć, że Chrystus pochodzi od Boga, że Jego słowa płyną z odwiecznego poznania Prawdy, bycia tą Prawdą, którą On głosi – ponieważ On jest tym, co zarazem przepowiada. Jeżeli to prawda, jeżeli Jezus rzeczywiście jest Bogiem, jeżeli przynosi słowa Boga, to bardzo uważnie powinniśmy ich słuchać. Tyle różnych słów do nas dociera. Chętniej słuchamy oczywiście tych osób, które mają coś do powiedzenia, które mówią z doświadczenia, które są dla nas autorytetem. A tutaj jest najwyższy autorytet, Ten, który jest Nieomylną Prawdą, Odwieczną Prawdą, On do nas przemawia. Jak bardzo uważnie możemy zacząć słuchać tych właśnie słów!


Zamiana zła w dobro [J 11,45–57]

 

Arcykapłani więc i faryzeusze zwołali Sanhedryn i rzekli: „Cóż zrobimy wobec tego, że ten człowiek czyni wiele znaków?”.

 

W pewnym momencie atmosfera wokół Jezusa gęstnieje. Uczeni w Piśmie, cała Rada Starszych wydają na Niego wyrok. Chcą Go usunąć ze świata żyjących. Tego gorszyciela, tego bluźniercę, który budzi społeczny niepokój, ponieważ ludzie za Nim idą, ponieważ słuchają Go, gromadzą się wokół Niego. On zagraża bezpieczeństwu narodu. Rzymianie mogą się zaniepokoić, że znowu pojawia się jakiś mesjasz, i mogą chcieć zrobić porządek, spacyfikować Izraelitów, więc trzeba Go wykończyć. Jezus, mając świadomość tego, że już nie powinien publicznie nauczać, wycofuje się. Jednak ten czas nie jest czasem zmarnowanym. Ten czas, kiedy wokół Niego narasta wrogość, kiedy już nie może i nie chce otwarcie nauczać, poświęca swoim uczniom. Tej garstce, którą kształtuje. To im poświęca więcej czasu. Moglibyśmy powiedzieć, że nie ma takiego zła, takiej opresji, takiej przykrości, która nie mogłaby być przez nas wykorzystana, która by się do czegoś nam nie przydała.


Niedojrzałość [Mt 21,1–11]

 

A tłumy, które Go poprzedzały i które szły za Nim, wołały głośno: Hosanna Synowi Dawida.

 

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.