Erotyki - Zygmunt Niedźwiecki - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 214 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Erotyki - Zygmunt Niedźwiecki

Zbiór krótkich utworów obyczajowych wydanych w 1904 roku. Zygmunt Niedźwiecki (1864–1915) był prozaikiem. Prawie przez całe życie mieszkał w Krakowie, gdzie zajmował się dziennikarstwem. Współpracował z „Nową Reformą” i „Naprzód”. Od 1890 roku publikował w czasopismach nowele, zebrane następnie w tomie „Słońce” (1892). Pisywał humoreski i dokonywał licznych przekładów, głównie z literatury francuskiej. Bliskie były mu idee socjalistyczne. Ulegał tendencjom naturalistycznym. W swojej twórczości prezentował pesymistyczny obraz człowieka i społeczeństwa. Publikował nowele, fraszki, szkice, dzięki którym zdobył znaczną popularność i uznanie, np. „U ogniska” (1894), „Sam na sam” (1895), „Sposób na diabła” (1899), „Nowe Erotyki” (1908). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Erotyki - Zygmunt Niedźwiecki

Fragment ebooka Erotyki - Zygmunt Niedźwiecki





Spis treści

  1. ZWIERZENIA
  2. POSAG
  3. PIES
  4. KŁOPOT
  5. WYBÓR
  6. OPIEKUNOWIE
  7. KRZYK
  8. PIERWSZY MAJA
  9. NOWA ERA
  10. WYRODNE DZIECKO
  11. SPOSÓB NA DIABŁA
  12. POGRZEB
  13. PROPAGANDA CZYSTOŚCI
  14. WDOWIEC
  15. ROZŻALONY
  16. KUBUŚ
  17. DIANA
  18. KARIERA
  19. ?KOLOFON

ZWIERZENIA

Po saloniku urządzonym starannie i nie bez pewnych pretensji krawczyni, potrzebującej ujmować sobie klientelę dowodami smaku i zamożności, nie bez kokieterii kobiety trzydziestokilkuletniej, wyglądającej bardzo młodo, oraz wdowy stęsknionej za mężem – przechadzała się pani Walentyna w toalecie do wyjścia.

Odkąd Placyd oświadczył się o jej rękę i został przyjęty, dwa razy świeższa, ruchliwsza i bardziej ożywiona niż kiedykolwiek, promieniała zadowoleniem. Barwiło ono jej twarz rumieńcem, a z oczu tryskało iskrami odrodzonej, tryumfującej zalotności. Niknęła też przy nich lekka chmurka na jej czole, podobna do oznak owego nieokreślonego niepokoju, jaki zwykł towarzyszyć stanowczym i ważnym chwilom w życiu.

Wtem twarz wyczekującej zajaśniała wyrazem nagłego, radosnego ożywienia. Skinąwszy głową w stronę okna, przy którym stała od chwili, opuściła je szybko, spojrzała w przechodzie w lustro i odetchnąwszy głęboko, z wargami wpół już rozwartymi do odezwania się, zatrzymała się na środku pokoju, twarzą ku drzwiom.

W parę chwil ukazał się na progu Placyd, poprzedzony skrzypiącym echem kroków. Przedstawiał się bardzo korzystnie w swym nowiutkim garniturze, wyświeżony, wygolony, z kokieteryjnie ułożonymi wąsami i muszką w cieniu dolnej wargi, na uśmiechniętej, pełnej twarzy dobrze zachowanego czterdziestoletniego kawalera, który czuje jeszcze potrzebę małżeństwa.

W chwili, kiedy przystając u drzwi, składał szarmancki ukłon, pani Walentyna serdecznym ruchem wyciągnęła ku niemu rękę i ozwała się wesoło:

– Ależ doczekać się pana nie można! Myślałam już, że się pan rozmyślił i nic nie będzie z zapowiedzi...

– Co znowu! – zaprotestował. – To mnie raczej lękać się należało, aby mi słowa nie zwrócono.

– Komu też to udawać? – z uśmiechem przerwała kobieta, czując już na swej ręce ciepłe dotknięcie mięsistych jego warg, którymi przedłużał to powitanie znajomych, dobrych znajomych od lat kilku, którzy sobie ufają, lubią się i są pewni, że będzie im razem dobrze.

Przystępowali oni do tego spóźnionego trochę związku dobrowolnie, chętnie, a na wpół żartobliwie, jak ludzie znający życie i przebaczający mu jego złe strony, po dobre zaś sięgający z uśmiechem. Nie pierwszej młodości, co prawda, nie byli jednak jeszcze starzy. Placyd, urzędnik miejski, miał ładną pensję, ona zaś pokaźny dochód z krawiectwa uprawianego z powodzeniem na czele kilkunastu dziewcząt, których języki, oczy, serca i uzbrojone igłą palce, w równie szybkim były ruchu. Prócz tego Placyd ujmował sobie wdówkę trzeźwym poglądem na świat oraz pobłażliwością, właściwą ludziom dobrego zdrowia, serca i humoru – ona zaś dziwnie przystawała do wszystkich jego zamiłowań swoim cokolwiek nerwowym temperamentem gadatliwej śmieszki, której z oczu patrzała szczera obietnica wielu ciepłych uczuć.

Oderwawszy na koniec usta od ręki kobiety, odparł z niejaką powagą na jej żartobliwe pytanie:

– Obawy moje wcale nie są udane i właśnie miałem panią prosić w tym względzie o chwilkę posłuchania, zanim udamy się na probostwo.

Wpatrzyła się w niego zdziwiona.

– Koniecznie przedtem?

– Koniecznie.

Ręce ich rozeszły się – kobieta zaś pokręciła głową, żartobliwie udaną podejrzliwością pokrywając niepokój.

– To mi coś pachnie grzechami kawalerskimi – rzekła i pogroziwszy mu palcem, który się oparł na kształtnym nosku, usiadła wśród tego gestu, Placyd naprzeciw niej.

Zdejmując rękawiczki, błysnął w uśmiechu zdrowymi zębami i z tym wesołym pozorem zmieszania człowieka dojrzałego, niezbyt skłonnego do zakłopotanych minek, bąknął spod wąsa:

– W samej rzeczy – idzie tu o coś podobnego.

Uspokoiła się.

– Słucham, ciekawam bardzo.

– Ale obiecuje mi pani wyrozumiałość?

– A czy będzie o nią tak trudno?

– Może nie..., ale...

– No więc? – nalegała rozciekawiona, poprawiając się na foteliku niecierpliwie.

Pogładził wąsa, spojrzał na nią spod brwi bystro i obejrzawszy się na drzwi od pracowni, skąd dolatywał klekot maszyn do szycia i śmiechy szwaczek – jednym tchem oświadczył z cicha, poważnie:

– Mam syna.

I śledził na jej twarzy wywarte wrażenie.

Rozśmiała się głośno, z leciuchnym, ale miłym rumieńcem, pochylając się w tył i głowę zadzierając do góry.

– Ach! dlaczegóż ukrywał pan to dotąd?... Nic w tym przecież nie ma znowu tak... złego!...

Uchwycił ją za obie ręce.

– Więc pani mi przebacza?

– Syna? Zupełnie, tajemnicę... mniej – mówiła rozweselona, patrząc nań nieco inaczej niżeli przed chwilą. Poważniej zaś dodała:

– I uznaję to, że pan o nim nie zapomniałeś. To uczciwie.

– Ale bo ja – pochłaniając jej słowa, kontynuował Placyd, który nie uważał sprawy za ułatwioną – pragnąłbym dać mu moje nazwisko, a skoro pani je nosić zechce, dać mu w pani matkę...

– Mój Boże! To przecież całkiem naturalne... Czyż mogłabym wzbraniać się choćby na chwilę?... – mówiła z takim szczerym zdziwieniem, tak stanowczo, poważnie i z takim zapałem jednocześnie, jak gdyby nie widziała się bynajmniej zaskoczoną tym niespodzianym wyznaniem, jakby miała wobec tego rodzaju rzeczy przetrawione a najbardziej postępowe poglądy.

Ucieszyło go to, ale jednocześnie i zmieszało, sądził bowiem, że będzie ją musiał dopiero przekonywać i przygotował sobie nawet pewien zasób argumentów, do których wypowiedzenia język go teraz świerzbił. Zamiast tego uradowany bełkotał:

– To ładnie, bardzo ładnie z pani strony – i wstrząsał jej rękę, ona zaś mówiła:

– Któżby postąpił na moim miejscu inaczej? Obowiązki rodzicielskie mają pierwszeństwo przed innymi, bez względu na... Cóż zresztą biedne dziecię winno w podobnych wypadkach!

Tak... tak... – wtórował Placyd, potakując głową, coraz goręcej – cóż winno?! Rozumie się. Z ust mi to pani wyjęłaś. Jest to jedyne uczciwe zapatrywanie. Przepraszam panią, jeżeli niepokoiłem się choćby przez chwilę, znając panią tak dobrze... O! pani ma serce!...

I wypowiedziawszy to z wielkim wzruszeniem wywołanym przez wyznanie tak poważnej natury, ucieszony jego przyjęciem, serdecznie ucałował jej rękę.

Teraz ona zaczęła się dopytywać o dziecię i najdrobniejsze dotyczące go szczegóły, ciepło, z prawdziwym zajęciem, jak kobieta z sercem, jak przyszła matka, dobra matka.

Placyd zaś, rozrzewniony, opowiadał szeroko o swym chłopcu, który licząc ósmy rok życia, zaczynał już gromadzić pierwsze, tak wyraziste wrażenia dzieciństwa i któremu należały się koniecznie wrażenia rodzicielskiego domu, bezpośrednia piecza ojca, matki, ze względu na jego przyszłość. Tymczasem był skazany na poniewierkę wśród obcych ludzi.

Pokazał jej drżącymi rękoma fotografię malca, którą pochwyciła rozciekawiona, on zaś śledził niespokojnie wyraz jej twarzy.

Chłopczyk podobał jej się bardzo. Zapytała, jak mu na imię, jakie ma włosy, oczy, oraz czy może fotografię zatrzymać. Chciała go czym prędzej zobaczyć u siebie, przygarnąć.

A Placyd, obiecując z zapałem przyprowadzić go zaraz jutro, przepełniony wdzięcznością za tyle okazanego zajęcia i sympatii, nie mógł się dość nadziękować i ściskał bez końca ręce kobiety, uniesiony wylewem uczuć, dotąd skrywanych, wypowiedzianych dziś po raz pierwszy, pojętych i odwzajemnionych.

– Czymże ja się pani odwdzięczę, wypłacę – szeptał. – Mów pani... zażądaj... proszę cię o to, daj mi sposobność odwdzięczyć ci...

Przyjmowała rosnące objawy jego uznania i podzięki jak najskromniej, zakłopotana, prawie zawstydzona.

Naraz, po ostatnich jego słowach, poruszyła się żywo, jakby w nagłej decyzji. Uchwyciła go za ręce i z twarzą zaognioną wstydem, gorączkowo, spiesznie, zaczęła szeptać głosem drżącym od niepokoju i troski:

– A więc – słuchaj pan... Dawno miałam panu wyznać, dziś zaś postanowiłam to zrobić ostatecznie, nieodwołalnie, bądź jak bądź... chociaż nie wiedziałam, jak to uczynię i do ostatniej chwili nie śmiałam, szukając daremnie sposobu... Dla kobiety to stokroć przykrzejsze... Ale dłużej milczeć niepodobna, nie wolno... Zresztą po tym, co pan mówiłeś, skoro pańskie poglądy tak się zgadzają z moimi... pan mnie zrozumie, jako ojciec... i wybaczysz mi także, jak ja panu... Uczyńmy to dla siebie wzajemnie... I ja... i ja... mam dziecię...

To rzekłszy, z obawą, z wielką obawą, która jej dech zaparła, przysunięta doń w tym poufnym zwierzeniu, czekała na odpowiedź, śledząc niespokojnie wyraz jego twarzy, zmieniający się stopniowo, w miarę jak go wtajemniczała w ten tak niespodziewany stan rzeczy.

– Po nieboszczyku mężu? – zapytał poważnie.

Spuściła powieki i cofając swe dłonie od jego ręki, wyrzekła cicho, z wysiłkiem:

– Mąż mój umarł przed dziewięciu laty... A Ludwisia kończy dopiero... dopiero piąty rok w listopadzie.

Milczała chwilę, z wlepionym weń błagalnym spojrzeniem, którego uniknął i zamyślony, gryząc wąsy, wpatrzył się w dywan na podłodze. Wreszcie ponowiła, zaniepokojona i wzruszona:

– Ja wiem, co pan myślisz. To było dla pana zbyt niespodziane... Pan sądziłeś, że biorąc za żonę kobietę owdowiałą od lat tylu... bierzesz uczciwą... A teraz nagle wszystkie te lata stają się dla pana dwuznaczne, podejrzane... Ale ja panu przysięgam, że się mylisz... Przysięgam panu, że byłam uczciwą... A to... to był tylko przypadek, nieszczęście, zbieg nieprzewidzianych okoliczności, którego ofiarą padłam... po którym... O! gdybyś pan wiedział, ile mnie to kosztowało rozpaczy i wstydu... Byłabym sobie może co złego zrobiła, gdyby nie dziecko... Zresztą, osądź pan sam i dziś jeszcze mogłabym to przecież zataić, jeżelibym tylko oszukać pana chciała. Ale i ja pragnęłam dla mego dziecięcia ojca... nazwiska... Cóż ono winno, gdyby nawet na mnie samej wina ciężyła – chociaż nie byłam złą, nie byłam płochą.

I wybuchnęła płaczem wielkiego zmartwienia i wstydu, zakrywając twarz rękoma.

Jego pozyskał ten żal niekłamany – zaczął ją szczerze pocieszać i uspokajać.

– Ależ... przestań pani! Po co się zaraz tak unosić... Przez myśl mi nie przeszło obrażać panią jakimiś podejrzeniami... Ściśle rzecz biorąc, to nawet lepiej. Czułbym się zawsze wobec pani winnym, dłużnikiem, a tak... oboje wnosimy do spółki małżeńskiej to samo. Jak najlepiej się złożyło doprawdy: dziewczynka i chłopiec, czegóż chcieć więcej! Będę ją bardzo kochał – odpłacisz to mojemu malcowi. Prawda? Przecież to nasze dzieci... A czy nie mógłbym jej zobaczyć?

Wzruszona pobiegła żywo do komody po fotografię, opowiadając tymczasem, że Ludwisia chowa się u babki, która ją bardzo kocha, że już składa litery i okazuje niezwykły talent do robótek, czego dowodem podstawka pod lampę na stoliku obok pieca. Mówiąc to i wiele innych rzeczy, przerzucała w górnej szufladzie komody pudełka, zawiniątka, fatałaszki, aż wreszcie odszukała pożądany przedmiot, aby go podać Placydowi.

– Śliczną, śliczniutką mamy córeczkę – rzekł, wziąwszy do rąk kartonik za szkłem w pluszowej ramce – prawdziwy aniołek! – i ucałował małą główkę na wizerunku, czemu przypatrywała się z iskrzącymi radością oczyma.

– Podobna do mamusi – dodał poufalszym tonem przyszłego męża i przygarnąwszy silnym ramieniem wzruszoną kobietę, która broniła się trochę jego natarczywości, ucałował ją również rzęsiście w sam środek rumianego policzka, na którym łzy oschły, a zwykły, tak miły uśmiech zawitał.

Nie puszczając jej z objęć, z ustami przy jej twarzy, szepnął dyskretnie:

– A ojciec?...

– Nie żyje – odparła cicho ze spuszczonymi oczyma.

– Słowo?

– Pokażę dowody.

W chwili, kiedy na znak zaufania składał pocałunek, odwzajemniła jego pytanie z cicha:

– A... matka?

– Tak jakby jej nie było – odrzekł uspakajająco. – Wyszła za mąż od lat sześciu, nawet nie wiem, gdzie się obraca.

– Więc teraz... możemy już iść do proboszcza?...

Wybuchnął śmiechem, a ona zawtórowała mu...

– I to jak najprędzej – zawołał – aby mu nie przyszło na myśl, że wahaliśmy się choćby przez chwilę.


POSAG

Zaledwie przekroczyłem próg, od lustra, w którym odbijała się wdziewająca kapelusz wiosenny kobietka, zabrzmiał głos:

– Nic z tego! nic z tego! wychodzę. Wziąłem to za żart oczywiście, za chęć podroczenia się z dobrym znajomym, nic więcej. Pewny, że zastawszy drzwi mieszkania otworem, znajdę w nim otwarte ramiona, poszedłem pocałować Felę w szyjkę, w te miękkie, wijące się kosmyczki jasnych włosów poza uszyma, którymi tak czarują główki niektórych blondynek.

Ale, z rękoma wzniesionymi w górę, ku brzegom kapelusza, z oczyma w zwierciadle, oświadczyła mi bez ogródki, że dzisiaj – niestety – czeka mnie zawód.

Ponieważ nie lubię przekomarzań tam, gdzie mnie dotychczas psuto najgorętszym zawsze przyjęciem, gdzie jest zwyczaj wreszcie dysponować, nie taiłem więc mego niezadowolenia.

Wówczas uciekła się do przymileń i przybierając najefektowniejsze swoje minki, poprosiła o wyrozumiałość – dziś tylko, ten jeden raz, nigdy więcej!

Ale dlaczego?...

Wahała się z odpowiedzią. Widząc jednak, że oczekuję jej niezachwianie, zdecydowała się wyznać w sekrecie: wybiera się z narzeczonym za interesami...

Jakżem się szczerze rozśmiał!...

– Z którym do licha?... – zawołałem – masz ich przecie tylu!...

Uraziła się. Nagle, oblekając w powagę swój buziak swawolny, przystąpiła do mnie i jako dowód niezbity, podała mi pierścionek z palca zdjęty, prawdziwy zaręczynowy pierścionek, z datą wewnątrz!...

Obejrzałem, pokręciłem głową i zwróciłem go jej. Dzieją się przecież i takie rzeczy.

No, no... więc to na serio? Nigdy mi o tym nie wspominałaś dotąd.

– Mówiło się zawsze o głupstwach...

Prawda! I to o jakich!... Nie przypuszczałem jednak, aby tu można było o czymś innym rozmawiać.

– I kiedyż to nastąpi? – pytam.

– Od dziś za rok, mniej więcej.

– Dopiero?

– Nie mam jeszcze wszystkich pieniędzy.

– Jakich pieniędzy?

– Posagu!... – odrzekła, z żartobliwą uroczystością akcentując to słowo.

– Skądże go weźmiesz?

Z ruchem brodą ku mnie i filuternym mrugnięciem powiek wycedziła przez zęby, uśmiechnięta:

– Od was!

– Ale fe!...

– O! zbieram już dwa lata!

– I jeszcze zbierać zamyślasz rok cały?!

– Takeśmy się umówili.

– Z kim?

– No z nim, z moim przyszłym.

– Jak to?... Więc on wie?!...

– No rozumie się. Wie wszystko.

Podziw otworzył mi oczy – i dla niej, dla tej płochej dziewczyny, z którą tak szalenie można się było bawić, jak gdyby celem jej były same jedynie szaleństwa, a która poza tym tak serio myślała o przyszłości – i dla tego hultaja, co w podobny sposób zdobywał posażną żonę.

Zacząłem ją wypytywać rozciekawiony, usiedliśmy.

Był to kelner – stary znajomy z lat dziecinnych jeszcze, z jednego podwórza, potem wielbiciel, może pierwszy kochanek, obecnie narzeczony, za rok mąż. Patrząc w życie trzeźwo, obmyślili zawczasu, jak je sobie urządzą. Zamiarem ich było otworzyć kawiarnię, ponieważ on zna się na „interesie” i ma szczęście do gości, ona zaś... no i ona także na brak powodzenia skarżyć się nie ma powodu. Lokal już upatrzony (ale to jeszcze sekret), obliczone dochody, wydatki, wszystko ułożone, przewidziane, każdy dzień przynosi coś dla przyszłości, każdy czyni szczęście bliższym.

– Rok! Rok tylko! I będę na koniec uczciwą kobietą – z wybuchem radosnej tęsknoty zakończyła opowiadanie Fela, akcentując to urągające wszelkiej logice „na koniec” w sposób, który mnie wprawił w zdumienie.

– Ale aby nią zostać, potrzeba pracować rok jeszcze – poddałem. Zafrasowana westchnęła:

– Ach, tak! Rok cały!!... – i pocałowała mnie.

Naraz odsunęła się ode mnie i skierowawszy ucho w stronę drzwi, szepnęła:

– Idzie.

Zrozumiałem o kim mowa. Jakieś zawstydzenie, obce mi w podobnych miejscach, jakiś niespodziewany poryw delikatności zwrócił mnie z krzesła ku drzwiom, drugim drzwiom oczywiście, w tego rodzaju lokalach znajdującym się z reguły.

Zdziwiona zapytała, co chcę czynić.

– Pójdę już – odparłem, szukając oczyma kapelusza i nie znajdując go nigdzie.

– Czemu?

– Aby mnie tu nie zastał.

– Cóż to szkodzi?

– Byłoby mu to może nieprzyjemnie – co? Albo tobie...

– Co znowu! Owszem, zobaczy, że się z byle kim nie wdaję.

Zostałem. Musiałem zostać – byłem bez kapelusza!

W tejże chwili drzwi się otwarły i – o urocza niespodzianko! – poczciwa, dobroduszna twarz garsona, znajomego mi z kawiarni, w której bywam niekiedy, ukazała się przed nami, pogodna twarz dobrego chłopca, za którą lubią go powszechnie.

Z godną zazdrości swobodą, z uśmiechem nieznikającym, raczej spotęgowanym na mój widok, posunął się ku nam i ucałował rękę swej narzeczonej, mnie zaś złożył jeden z tych gładkich ukłonów, których z obowiązku swego zawodu składał dziennie po parę tysięcy.

Wielce uradowany, że mnie tu znajduje, zapytywał o zdrowie, dziwił się, że tak dawno nie byłem w kawiarni i podobnie jak tam, przy bufecie, zacierając ręce, tylko trochę śmielej, bo się tu czuł bardziej u siebie, zaczął mi świadczyć honory, jakimi dobry gospodarz otacza mile widzianych, a na szczególne względy zasługujących gości.

Fela tymczasem, lubiąca się zawsze w formach, co dodawało jej nawet uroku, uznała za stosowne, pomimo że już byłem powiadomiony, przedstawić go słowami:

– Mój narzeczony.

Było w tym coś solennego, co i mnie się udzieliło.

Rozgawędziwszy się o rzeczach potocznych, zaczęli teraz zwracać na mnie wciągające w rozmowę, pełne sympatii spojrzenia. Z wolna nadało to atmosferze cechę tak przyjacielską, że zaniepokoiłem się nie żartem, by narzeczony, wziąwszy mnie pod ramię, nie zechciał podprowadzić do kanapy, albo nie poczęstował papierosem. Zrobiłem tedy ruch, wyrażający chęć odejścia i obejrzałem się za kapeluszem.

Gdzie się u licha podział? Nie widać go nigdzie...

Zauważyli mój kłopot i ona rzekła:

– Czy się nie zatoczył pod kanapę?

Narzeczony natychmiast wsunął głowę pod mebel.

– Może spadł za który z foteli?

Nie, i tam go nie ma.

Poczęło się zatem zbiorowe szukanie, odsuwanie sprzętów, zaglądanie kolejne poza każdy przedmiot i w te same kąty.

Nie ma! Jak kamień w wodę wpadł.

Naraz ozwał się okrzyk radości! On go odnalazł!...

Kapelusz leżał na oknie, zasłonięty roletą, którą, wszedłszy tu, własnoręcznie spuściłem, tak sobie, od niechcenia, bo lubię półcień.

Spojrzałem na niego nieznacznie, czy nie dostrzegę przykrego wrażenia.

Bynajmniej! Własnym rękawem wygładzał włos na moim kapeluszu i z najswobodniejszym w świecie uśmiechem oświadczył, iż podobne wypadki z kapeluszami zdarzają się często.

Musiałem uścisnąć wyciągniętą ku mnie dłoń gospodyni i obojgu, bo i on słuchał, powiedzieć: „do widzenia”. Wtedy z pełnym gracji nachyleniem podał mi laskę, po czym pospieszył naprzód drzwi mi otworzyć i ukłonem zgięty, w chwili, gdy przekraczałem próg, ciepło, bez udania, wyszepnął pożegnalne:

– Polecam się.