Emir Rzewuski - Antoni Józef Rolle - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 114 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Emir Rzewuski - Antoni Józef Rolle

Nowela Antoniego Józefa Rollego. Antoni Józef Rolle (1830–1894) był lekarzem psychiatrą, a także historykiem amatorem i pisarzem historycznym, w twórczości literackiej używał pseudonimu Dr Antoni J. Ukończył Uniwersytet Kijowski. Przez większość życia mieszkał w Kamieńcu Podolskim. Na polu literatury tworzył gawędy polityczne, obyczajowe i historyczne z przeszłości Podola i Ukrainy: „Opowiadania historyczne” (1875–1887), „Sylwetki historyczne” (1875–1893), „Gawędy z przeszłości” (1878, 1879, 1893), „Zameczki podolskie na kresach multańskich, tomy 1–3” (1889), „Niewiasty kresowe: opowiadania historyczne” (1883). Napisał też liczne prace z zakresu psychiatrii. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Emir Rzewuski - Antoni Józef Rolle

Fragment ebooka Emir Rzewuski - Antoni Józef Rolle





Spis treści

  1. Motto
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. ROZDZIAŁ IX
  11. Kolofon

Dura lex, sed lex


ROZDZIAŁ I

„A to istne awantury arabskie”, wołał gmin szlachecki przed kilkudziesięciu laty, ilekroć mu opowiadano zdarzenia niepodobne do prawdy, albo ilekroć natknął się w drodze życia na coś nadzwyczajnego, wychodzącego z powszedniej kolei. Z czasem owe orzeczenie nabrało przysłowiowego znaczenia; dziś już większość nie potrafi wytłumaczyć sobie jego początku, a wówczas wszyscy wiedzieli, że do utworzenia go dał powód pan sawrański, opowiadający nieprawdopodobne rzeczy o swoich za morzem podróżach, choć z drugiej strony, widząc tego pana w zawoju, otulonego białym burnusem, uganiającego pośród nocy letniej po stepie szerokim, bujną trawą porosłym, uosobiano w nim owe „awantury arabskie”, drobiazg herbowny szeptał z ironią, że syn hetmański przyzwyczaił się pośród obcych do nocnej włóczęgi, więc i u siebie włóczy się, choć go stać na to, by siedział pod strzechą i używał wczasu tak pożądanego dla pracującego człowieka. Owe jednak powieści o przygodach w dzikiej pustyni, coraz szersze zakreślając koło, przybierały legendowe znaczenie, w końcu powszechność ustroiła je w szatę wschodnią, jakby opowiadanie żywcem z tysiąca i jednej nocy wyjęte.

Nic też dziwnego, że podróżnik z dalekiego Arabistanu znalazł poetów, którzy go opiewali. Trzymając się chronologicznego porządku, bez uwzględnienia starszeństwa na Parnasie, dodamy, że pierwszy Mickiewicz odmalował fantastyczną postać Rzewuskiego w cudownym Farysie, z kolei Pol aż w trzech dumach przekazał czyny jego potomności; pierwsza z nich najpiękniejsza, najwięcej pod względem rytmu i obrazowania zbliżona do pieśni gminnej: oto kozak w puszczy arabskiej wzdycha do Ukrainy, do zostawionej tam dziewczyny, do chaty własnej, do drewnianej cerkiewki, wzdycha i skarży się złotobrodemu atamanowi i tak go skargą a żalem rozrzewnia, że ten, kojąc smutek wiernego przyjaciela, zrywa się do powrotu:

Cyt, cyt druhu, cyt kozacze!

Ataman zawoła,

Kiedy nasza luba płacze,

Toć zdążym do sioła.

Siodłaj Guldę, nabij bronie,

Dalej druhy przodem!

W Czarnym Morzu mimochodem

Napoimy konie.

Słowacki znowu otulił tę postać fantastyczną czarem miłości, rzucił ją w objęcia wschodniej hurysy, która tonie z rozpaczy, dowiedziawszy się, że ją opuszcza, zostawiając kochankowi sztylet w upominku:

Smutnego uniosły arabskie latawce,

Bo znikła w krużganku, bo widział w sadzawce

Pod oknem w ogrodzie fal koło na wodzie

I białą zasłonę.

O Lachu! I nocą zobaczył kraj miły, rodzony,

Gdy księżyc się wznosił na stepach czerwony,

W noc nawet i ślepy poznałby te stepy

Po kwiatów rodzinnych zapachu.

A przed Słowackim jeszcze opiewał go w narzeczu ludowym Tymko Padura, jowialnie odmalował ks. Komarnicki, a wielu innych, jak Michał Budzyński, Podlewski, poświęcili mu całe poematy.

Ale nie tylko w mowie wiązanej przekazano nam dzieje tego fantastycznego żywota; i prozą kuszono się o odmalowanie przygód znanych przed laty powszechnie pod nazwą „awantur arabskich”. Jedni, jak Piotr Bykowski, szli na podsłuchy tradycji, stąd w ich opowieściach wiele ubarwień, szczegółów nieprawdziwych dodano niemało, a szczegółów prawdziwych opuszczono jeszcze więcej. Inni, jak Siemieński i Kapliński, układali sprawozdanie z pamiętnika pozostawionego przez emira, ostatni krótko a zwięźle rzecz opowiedział, pierwszy czerpał pełną ręką z tego źródła, z właściwym sobie talentem ubrał gawędę, zgrupował fakty, ograniczając się tym, co znalazł w foliancie. Ależ pamiętnik ów nie był szczerą spowiedzią z życia Rzewuskiego, przeciwnie, ważniejsze fazy tego życia pomijał autor milczeniem, powołując się na inną pracę, pozostawioną przez niego w jednej z pieczar libańskich, więc w schowku niedostępnym. Wreszcie emir w tych swoich opisach rzuconych społeczeństwu fantazjował zanadto, już Siemieński często o tym, choć z subtelną, właściwą sobie delikatnością wspomina.

I myśmy pilnie przeglądali rękopis składający się z dwóch zeszytów. Wypełniają je przeważnie studia etnograficzne i geograficzne, dotyczące Wschodu, dużo jest o: hodowli koni arabskich, mającej według znawców hippiki i dziś niemałe znaczenie, choć i orientalista mógłby tu znaleźć niemało materiału dla siebie. A między jednym a drugim szczegółem ściśle naukowym emir opowiada o swoich przygodach, zabiegach, niepokojach i walkach w pustyni, o wpływach, jakie sobie pośród barbarzyńskich mieszkańców Arabii zdobyć potrafił, często unosi się, drobne fakty wydyma do niepowszednich rozmiarów, otula mistycyzmem swoje postępowanie, tak, że w końcu łatwowierny czytelnik domyśla się więcej, niźli było istotnie... Popełnił ten błąd nawet ostrożny Siemieński, nadmienia bowiem, że podróż owa była wynikiem kombinacji dyplomatycznych, że polecono emirowi porwać stosunki Anglii z Orientem, podburzyć, rozbudzić cały Wschód, słowem, tchnąć weń inne, nowe życie. Za śmiałe to i za olbrzymie zadanie, którego nawet taki, łatwo zapalający się farys jak Wacław Rzewuski, nie miałby odwagi podjąć, a cóż dopiero uskutecznić, choćby w drobnej cząstce. Inne pobudki gnały go na spiekłe pola pustyni, a były one wynikiem wychowania, może wynikiem tradycji rodowej, zresztą wynikiem bólu, który pierś rozdzierał. Stąd początek brała ta niestałość w postępowaniu, ta żądza nowych wrażeń, z której splotło się całe niedługie biednego marzyciela życie.

I doprawdy, rozpatrując się w czynach człowieka, mimo woli podziwiać przychodzi różnorodność pracy przez niego podejmowanej, różnorodność zdolności złamanych i sponiewieranych... także z tego nagromadzonego materiału niewiele korzyści odniosła społeczność, zostało jeno wspomnienie, prędzej do baśni podobne, gadka o legendowym a niespokojnym rycerzu zabłąkanym z średnich wieków w zaranie bieżącego stulecia, niejasna, z każdym dniem zacierająca się bardziej i bardziej...

Wszystko w nim, od pierwszego w świat wystąpienia do zgonu, okryte albo szatą tajemniczości, albo z samych przeciwieństw się składa.

Miłość poetycznego Wschodu rozbudził w Rzewuskim człowiek do poezji niemający najmniejszej pretensji.

Na ślubnym kobiercu stanął z kobietą, która nigdy nie umiała zdać sobie sprawy z lat swego w okropnym sieroctwie spędzonego dzieciństwa.

Uczony, muzyk, poeta, hippik, nieledwie przyrównany do Adama Micińskiego, słynnego koniuszego Zygmunta Augusta – i cóż po sobie zostawił?

Jedno tylko Requiem na zgon Czackiego – i tego utworu najzręczniejszy nawet biograf doszukać by się dziś nie potrafił.

Jako dowód erudycji, niedługą rozprawę o Samumie, jedyną, którą pisma ówczesne wydrukowały.

Umiłowanie koni, tak przez emira troskliwie pielęgnowanych, nagrodzono skąpym sprawozdaniem o rasie arabskiej i to w pół wieku po zgonie jego ułożonym.

Podróże po Wschodzie gmin przyrównywał do awantur arabskich.

Znajomość języków wschodnich ani o włos nie posunęła nauki na tym polu.

Poezji układanych przez emira nie miałby dziś odwagi przeczytać najgorętszy jego zwolennik...

Rycerskość była podówczas u nas rzeczą powszednią, więc i tutaj nie świecił syn hetmański przykładem.

Majątek olbrzymi rozpłynął się, nie zostało nawet tyle grosza, by wydać pozostałą po nim spuściznę literacką i to spuściznę w obcej ułożoną mowie.

Zginął, złożony w niepoświęconym grobie – gdzie? Tego nikt nie potrafi powiedzieć z pewnością, tajemnica okala jego samotną, wykopaną może ręką zbrodniarzy mogiłę.

Ród po mieczu wygasł w drugim już pokoleniu, gałąź największa drzewa, bądź co bądź szerokimi konary rozrosłego w Rzeczypospolitej – zwiędła, uschła.

Nawet pieśni układanych na cześć złotobrodego atamana gmin dawno nie śpiewa. Zamarły one na ustach ostatniego teorbanisty, który długie pół wieku przemarzył o bujnej przeszłości kozaczej i usnął, nie zostawiając po sobie następcy; gdyby lira była tarczą herbową, wypadłoby ją roztrzaskać na grobie tego roztęsknionego śpiewaka, słusznie nazwanego „pisarzem innego ducha a innego języka”.

Jesteśmy przekonani, że życie emira, choć tylekroć razy opowiedziane, należycie jeszcze zbadanym nie zostało, a wdzięczny to i pouczający nawet dla badacza temat: w pieśń go zakląć chyba taką, jak Słowacki można; mistrzowi każdy przebaczy, ze podsłuchał spaczonej gędźby ludowej, pochwycił ją i ubrał w przedziwną legendową sukienkę. Po Siemieńskim każde sprawozdanie z pamiętników emira byłoby niezdarną mozaiką, chyba dlatego ułożoną, by podnieść piękności zawarte w opowiadaniu tego ostatniego.

Do tworzenia pieśni nie mamy pretensji, do układania sprawozdania me mamy odwagi. Inne pobudki kierowały nami, zachęciły do tej pracy. Oto wpadł nam w ręce fascykuł papierów emira, nader cenny, obejmujący spory okres jego życia, bo lat dwanaście ostatnich. Tutaj jest on takim, jakim był istotnie: czy na Wschodzie, na płaszczyznach Nezdu, czy w Halebie, Tarsie, Konstantynopolu, czy w Kuźminie lub Sawraniu, czy wreszcie pod strzechą swoich milionowych wołyńskich i ukraińskich przyjaciół, sporo on zawiera dat, niemało listów, wyjaśniających stosunki z ówczesnymi dygnitarzami, przebywającymi na Wschodzie, niemało szczegółów wyjaśniających jego finansowe kłopoty, trochę poezji, trochę badań etnograficznych... Ze zlepku więc tego powstała niniejsza gawęda.

Tyle tłumaczenia – winniśmy je byli czytelnikowi, by nas nie pomawiał o chęć powtarzania rzeczy starych i dawno mu znanych.