Ekstrawagantki - Anna Kozicka-Kołaczkowska - ebook + książka

Ekstrawagantki ebook

Anna Kozicka-Kołaczkowska

3,5

Opis

Ekstrawagantki” Anny Kozickiej-Kołaczkowskiej to pasjonująca opowieść, zawierająca w sobie elementy kryminału, powieści detektywistycznej i sensacyjno–awanturniczej. To dobra mieszanka, trzymająca w napięciu, pełna zwrotów akcji.

Trzy kobiety próbują rozwikłać zagadkę związaną z ostatnim okresem panowania Piastów na Śląsku. Jedna z bohaterek z powodu wypadku nie dociera jednak na miejsce, dlatego tajemniczego rozwiązania zagadki podejmują się Karolina – była modelka oraz Agata – śpiewaczka operowa. W trakcie śledztwa okazuje się, że sprawą zainteresowane są nie tylko główne bohaterki. Im bardziej zgłębiają zagadkę, im więcej udaje im się dowiedzieć, tym więcej spotyka ich kłopotów. Odżywają demony przeszłości i wplatają się we współczesność.

Autorka zabiera czytelnika w podróż po współczesnym i siedemnastowiecznym Śląsku, do miejsc, które setki lat były pod władaniem Piastów: Brzegu, Wołowa, Legnicy i Wrocławia. To bardzo ciekawa, a zarazem mądra powieść dla łowców przygód, sensacji oraz pasjonatów kryminałów i polskiej historii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 461

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (4 oceny)
0
2
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Anna Kozicka-Kołaczkowska "Ekstrawagantki"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2014 Copyright © by Renata Anna Kozicka-Kołaczkowska, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Arkadiusz Woźniak INFOX e-booki Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok Zdjęcie okładki: © Tshirt-Factory.com - Fotolia.com Korekta: Paweł Markowski

ISBN: 978-83-7900-240-5

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242

Anna Kozicka-Kołaczkowska
Ekstrawagantki
Wydawnictwo

„Strzeż Panie Korony Polskiej 

Niech się z Twojej obrony cieszy”

Doskonały kancjonał polski, Brzeg 1673

„Nie masz dziś w Polszcze jedno kupce i rataje

To najwiętsze misterstwo, kto do Brzegu z woły

A do Gdańska na drogę z żytem i popioły”

Jan Kochanowski

Pamięci anonimowej mieszczki, która, jak

wspominają niektóre kroniki nazywając ją kobietą

nawiedzoną, w roku 1675, podczas parady

w Legnicy, wieszczyła z rozpaczą rychłą śmierć

piętnastoletniego księcia Jerzego Wilhelma

Carolina Conti

Elvis stał na parapecie i świdrował pomarańczowym oczkiem.

- Dziń dobry! - w pustym pokoju rozległ się znienacka całkiem zrozumiały skrzyp. Ten rodowity Włoch mówił po polsku. Drzwi jego domku też były otwarte.

- Elvis? -  odcyfrowałam z nich napis wygięty ze złotego drutu.

- Elvis! Elvis!

Z łazienki dochodził szum wody i pełna wyrazu pieśń :

- Pleziiir daaamuuuur…laala laala laaa…

Mój gruczoł krytycyzmu z miejsca dał o sobie znać. Przecież to klasyka. Kobietka pluska się pod prysznicem albo pławi w wannie rozkosznej piany. Gdy szampon zalewa jej oczy, do apartamentu zakrada się dusiciel. Szum wody zagłusza kroki. Po wszystkim woda leje się do oporu. A poza tym, to ja z nas obu byłam od śpiewania.

Zapadłam w śliski, chłodny fotel ze skóry. Po chwili w drzwiach łazienki, pierwszy raz w realu, ujrzałam Lolę. Bez scenicznego makijażu,  w stroju skomponowanym z ręczników. W turbanie na głowie i przepasce wokół bioder wyglądała jak współczesna wersja żony faraona. Ręcznik w charakterze etoli nie krył dostatecznie jej bajecznych kształtów z epoki przedfotoszopowej.

- Nic dziwnego. Dla modelki paradowanie na golasa, to bułka z masłem  - pomyślałam.

- Jesteś! Moja droga…. - rozpromieniła się.

Uściskałyśmy się.

- Wiesz, że całkiem niedawno, co za różnica, dwadzieścia lat, czy tydzień temu, zwymiotowałaś na mój puchaty, seledynowy sweterek? - przyglądała mi się z  uwagą.

- Nie przejmuj się. Już wtedy zazdrościłam ciebie twojej matce. Nie miałaś roczku, gdy wyjechałam do Mediolanu. Jesteśmy na ty, zgoda? - zaproponowała.

- Okej ! - wydukałam, patrząc jej prosto w oczy.

- Mama mówi o tobie per Lola - przyznałam.

- Proszę bardzo, możesz tak do mnie mówić. Zadowolona jesteś z pokoju? Masz taki, jak chciałaś. Od ogrodu. 

- Dzięki.

- Która to godzina? Żebyśmy się nie spóźniły na śniadanie! -  Lola złapała komórkę z toaletki. Zatrzepotała powiekami. Pewnie zapomniała, że nie ma okularów, ale do porażki się nie przyznała.

Rzuciłam okiem na swój czasomierz noszony wciąż tradycyjnie na przegubie.

- Dziewiąta  - podrzuciłam z litości.

- Zuch z ciebie. Chyba musiałaś wyjechać ze stolicy w środku nocy.

- Niespecjalnie… - nie było sensu na wejściu zwierzać się z bezsenności moich ostatnich nocy i, że od miesiąca mieszkam sama. 

- Już się ogarniam! Oczywiście, zaspałam.

Włączyła radio. Hotel „Angelus” trzymał standardy. Liczył nie tylko na oglądaczy obrazków.

- Dzieci na Warmii i Mazurach mają kłopoty z uzębieniem! - zapodał radosnym tonem entuzjastyczny prezenter miejscowej stacji.

- Kłopoty…Zdumiewająca ścisłość informacji. Jakże cenna wiadomość dla mieszkańców Dolnego Śląska. Tylko, co z dziećmi w pozostałych regionach 

kraju? - zaiskrzyło w mojej głowie.

- Moment! - Lola wyszła do łazienki i wróciła z tubą pomarańczowego balsamu.

- Nie lubię docierać się ręcznikiem. Nasiąkam  - wyjaśniła.

- Wiem, świetne na skórę - skwitowałam fałszywie.

Słowa „piękna” i „skóra” działały na mnie od dawna jak płachta na byka, ale od miesiąca czułam się z tym jeszcze bardziej głupio. Konkretnie, od czasu gdy na stacji benzynowej zwróciłam uwagę na czułe pożegnanie pewnej pary. Najpierw poznałam ją. Dominikę.  Najbardziej tępe i najnudniejsze stworzenie jakie w życiu znałam, niezdolne przebić się do drugiej klasy ogólniaka. Na tyłach stacji benzynowej w Jankach całowała się upojnie z jakimś, zapewne godnym jej, dupkiem. Zupełnie przypadkowo znalazłam się tam w cudzym aucie, w roli doradcy przy zakupie sypialni. Zanim Mariolka wróciła z kasy i zanim odzyskałam władze umysłowe, zakochani  wsiedli do swoich aut i rozjechali się w przeciwne strony. Dupek Dominiki był moim ślubnym, inteligentnym, ukochanym mężem.

CC, czyli Carolina Conti wyciskała z tubki balsam o smakowitym kolorze, przed lustrem osadzonym w drzwiach szafy. Peszył mnie ten narcystyczny seans.

- Teraz wypuśćmy balony z przesłaniem dla świata i krzyknijmy z całej siły, co tylko nam przyjdzie do głowy! - w radiu wyzwolona nauczycielka dopingowała podopiecznych.

- Za moich czasów dzieciom nie powinno było przychodzić do głowy byle co. Jeśli już nawet przyszło, to na pewno nie wykrzykiwały tego z całej siły. Nie słyszało się o takich rzeczach. Nawet, kiedy udawało się coś wyłowić z szumu fal radiowych. Bo radia były akurat okropne!- skomentowała Lola.

-  A jednak, nie żałuję, że nie muszę wrzeszczeć byle czego z okazji byle jakiego święta  - dodała z szerokim uśmiechem. I to od razu polepszyło mi humor.

- Czy to są piersi sześćdziesięciolatki?- zapytała nagle bez ostrzeżenia, prężąc gors.

Nasze oczy spotkały się w lustrze.

- Rzeczywiście- wymamrotałam bez sensu.

W gruncie rzeczy, nie było o co się zżymać. Po prostu Lola miała za dużo czegoś, czego ja ostatnio  miałam za mało. I nie chodziło o bujny biust. Tylko o to,  że to ona właściwie była stara.

Skóra Loli osiągnęła w końcu dostateczny stopień nawilżenia. Jej właścicielka zwinęła na sprężystym popiersiu gruby węzeł monstrualnego ręcznika, choć na pewno w luksusowej łazience apartamentu wisiał szlafrok.

- A właśnie, czemu zostawiłaś otwarte drzwi? Nieźle, jak na dziennikarkę śledczą.

- Spokojnie. Pod prysznic wskoczyłam dopiero, gdy pipnęłaś, że jesteś na parkingu - Lola znowu zniknęła w sypialni.

Podeszłam do okna. Miało się stąd piękny widok na ulicę Katedralną, u końca której majaczył fragment mostu na Odrze. Na parapecie dostrzegłam małe, szare kropki. Niewątpliwe dzieło Elvisa.

- Czy to jest higieniczne, tak mu pozwalać na loty po apartamencie ? - zagadnęłam.

Coś mnie kusiło, choć ptak był świetny.

- Och, daj spokój. Wystarczy, że przetrę kawałkiem papieru -  Lola zlekceważyła moje zastrzeżenia.

-  On też sika - zauważyłam.

- Mówisz, jakbyś sama nie robiła kiedyś w majtki. Jeszcze świetnie pamiętam, ile pieluch naprała się twoja matka. I to było nieco większe niż kupka małego ptaszka - Lola wyszła z salonu w bieliźnie i już bez ręcznika na głowie. 

- Ale ja nie latałam pod sufitem!

- Dobrze już, dobrze, mała. Cieszę się, że jesteś w naszym timie -  wróciła na chwilę do sypialni i położyła przede mną laptopa. Z lakierowanej torby z imitacji zielonego krokodyla wygrzebała pent drajwa wielkości tipsa.

- Betty przyjeżdża w piątek. Do czwartku powinna uporać się z egzaminami na „uni”. Pojedziemy bez niej na konferencję, trudno. Tym lepiej, że jest nas teraz trójka.

- Spójrz, co mamy na początek - zastukała w klawisze. Komputer zaczął poranny rozruch.

- Gdy Betty przysyła mi coś, co jest dla niej ważne, to pakuję walizy i zjeżdżam do ojczyzny przez pół świata - mrużyła oczy przed ekranem.

- Powiedziałam  jej o twoim hobby. Raquel, sorry, matkę Igę vel Jadwigę, ozdobę mojego dzieciństwa zna zresztą od dawna z moich opowiadań - wyjaśniła.

Komputer wreszcie skończył tę zawsze zbyt długą guzdraninę.

- Patrz. I, a’ propos naszych przymiarek, wysyła mi coś takiego. Od gościa stąd zresztą, niejakiego Kolbusza. Ta ma nosa, kogo wypytać! - laptop wreszcie dobierał się do poczty.

- Kazimierz Kolbusz ? Znam profesora. Ojciec się z nim przyjaźnił - ucieszyłam się.

- Choć tam zdaje się była spora różnica wieku. Jak w przyjaźni mistrz i uczeń. Tata był młodszy, oczywiście. Niestety, był…Dobrze, że chociaż Kolbusz żyje  - westchnęłam.

Lola kasowała spamy i kuszące propozycje.

- Ja wtedy miałam może z dziesięć lat. Potem wróciliśmy ze Śląska do stolicy.

- Tacy faceci, jak Kolbusz, mają niezłą orientację. Wiek ich się nie ima. Wiesz, bezustanny trening mózgu. Ponoć od razu skojarzył nazwisko Betty z naszymi książkami.

-  Bo one są cudne!  - zachwycałam się naprawdę szczerze.

- Mojej roli nie przeceniaj. Po prostu robię zdjęcia - Lola zareagowała gwałtownie. Jednak skromność nie była jej obca, choć od dwudziestu lat była równie wziętą fotografką, jak dawniej modelką. Nie zawsze nawet było mnie stać na ekskluzywne pisma, niesamowicie ciężkie od luksusowego papieru, które zamawiały jej aranżacje.

- Powiększ sobie obraz - Lola oparła stopę o fotel i zaczęła nakładać pończochy. W świecie naprawdę eleganckich kobiet te rzeczy wciąż były aktualne. Pas do pończoch,  batystowa chusteczka w torebce, jeszcze nie zastąpiona przez paczkę higienicznych.

Patrzyłam na owalny szkic:

- Moneta ?

- Coś w tym rodzaju. Jakby pieczątka, stempel.

- Quaerite…- odcyfrowałam niepewnie.

Identyczny dreszcz jak dwa lata temu przemknął mi przez plecy. Od tamtego, listopadowego popołudnia, sprawy ludzi sprzed trzystu lat były moimi sprawami.

Pośrodku stempla widniały skróty, też z mojej bajki. I to łacińskie słowo. Zagadka pewnie niezbyt trudna dla kształconych w normalnych szkołach.

- Quaerite …- tak się zaczyna.  Zdaje się, że to znaczy - głowa barbarzyńcy wyprodukowanego w szkole dla ludu - z bólem szperała po zakamarkach pamięci.

- Quaerite et invenietis … Szukajcie , a znajdziecie - tym razem Lola wykazała się miłosierdziem.

- Po prostu cytat z Biblii.

- I Kolbusz uznał, że warto to wysyłać.

- Wie, że Betty lubi zagadki. A ta jest, zdaje się, na interesujący nas temat.

- Szukajcie - wiadomo. Wprost powiedziane. Możemy szukać, proszę bardzo.

- Jaśniej nie można. A teraz to :

Dui. S: Li., B. et W.

1683

- Chyba się domyślam - paliłam się.

- Lignic, Breg i Wolow !!!- wprost kurzyło mi się z czaszki.

- Nieźle, nieźle, maleństwo - pochwaliła mnie z uśmiechem Lola.

- Czyli Legnica, Brzeg i Wołów. Nie może o nic innego chodzić, jak o trzy piastowskie księstwa ! W tym 1683 jeszcze istniały.

- Otóż to. Słusznie profesor wykoncypował, komu się ten szkic należy.

- A to „Dui” ?

- To jest znak zapytania, ale niewielki.

- Może  chodzi o słówko „dux” - książę? - podsunęłam. Jednak coś zawsze się wysupła, gdy  podrażnić inteligencję. Zrobiło mi się gorąco. Czytałam ten kod. Może nawet ktoś szeptał mi go do ucha.

- Ciepło, ciepło. Albo „ducissa” - księżniczka. Często skracało się łacińskie, dłuższe słowa. Na medalach, pomnikach, monetach, gdzie jest mało miejsca, pisze się skrótami. I tak, wszyscy wiedzą, o co chodzi. Podobnie, jak z adresowaniem kopert. Już rzadko kto pisze na kopercie „Szanowny Panie”, tylko umieszcza Sz.P. i wszystko jasne.

- Wykuć w kamieniu trzy litery zamiast siedmiu, to różnica .

- Myślę.

- Może to być i „duc.” - zgodziłam się.

- Jednym słowem, albo chodzi o księcia -brzeskiego ,legnickiego, wołowskiego. Po łacinie : Lignicensis,  Bregensis et Wolawiensis. Albo o taką samą księżniczkę. Zostają jeszcze te dwie daty. Tu całkiem nic mi się nie składa.

- Ani mnie - wyznałam z żalem, bo nie szło najgorzej.

- Na razie musimy sobie darować  - Lola powstrzymała mój wyjściowy napęd.

Rozczesywała gładko obcięte włosy szerokozębnym, zabawnym grzebieniem. Błyszczały, zupełnie nie jak u ofiary fryzjerskich sztuczek, jakimi bywają osoby jej profesji i wieku. Coś było na rzeczy z tym biustem.

- Doszłyśmy z Raquel do wniosku, że musiałaś wziąć ze mnie pasję do historii. Jakąś podobną cząsteczkę - uśmiechnęła się.

Raquel. No właśnie. Znalazłam kiedyś w matczynej toaletce małe, okrągłe lusterko. Jego tylną ściankę zdobiła czarno-biała, nieostra fota bogini lat sześćdziesiątych o jaskrawoczerwonych ustach, podkolorowanych farbką.

- W końcu podczas zjeżdżania rowerem po schodach, pożywiania się w szałasie z okiennych zasłon w ogrodzie i roztrząsania kroju modeli opalaczy z kretonowych szmatek, taka cząsteczka może się przerzucić! - popisałam się znajomością najmilszych chwil biografii swojej rodzicielki.

- Zresztą, może tylko bym tak chciała, bo nie mam własnej córki - Lola wsuwała stopy w świetne, wąskie, białe buty na prawie płaskim obcasie.

- Betty nie ma, zdaje się, w ogóle żadnych dzieci.

- A mój Gabryś jest nieodrodnym synkiem tatusia. Wybiera przyszłość - Lola dopięła zamek dopasowanej, białej sukni, która odsłaniała opalone ramiona. Na fotografiach jej modelek świat podziwiał ostatnio słońce Afryki.

Z głębi apartamentu rozległ się nagły rumor. Lola skoczyła do łazienki.

- Niech to! Aga, moje oczy!- wrzasnęła.

Krew ścięła mi się w ciele jak jajko po benedyktyńsku we wrzątku z octem. Ruszyłam wreszcie na ratunek.

Lola schylała się nad klopem.

- Wpadły mi! - jęczała.

- Jakim cudem? - ryknęłam. Wpiłam się wzrokiem w głąb muszli, ale nie widziałam tam żadnych ludzkich elementów, tylko małe, plastikowe pudełeczko. Pojemniczek na soczewki, które w porcelanowej toni pływały sobie pewnie  jak wolne meduzy w oceanie. Podłoga łazienki usiana była kosmetykami. Na skraju umywalki stał Elvis i rezolutnie lustrował ten krajobraz.

Parę minut później jechałyśmy przezroczystą windą do restauracji kipiącej świeżymi kwiatami i bukietem wykwintnych zapachów. O późnej, jak na śniadanie, porze, zajęte były zaledwie dwa stoliki. Lola bez wahania ruszyła ku oknu.

- Lubię mieć podgląd  sytuacji - powiedziała i położyła półmisek ze śniadaniem  po tej stronie stolika, z której miała widok na restaurację.

- Czy nie utopiłaś przed chwilą w kanalizacji swoich soczewek? - palnęłam. Sama też lubiłam obserwować.

-  Skoczę zaraz do apteki. A okularów nie założę - odcięła się szeptem.

- Zresztą nie jest tragicznie. Zarysy widzę - dodała.

Pyszne. Warto zapamiętać. Wystarczy, że nie jest tragicznie.

Do restauracji weszła starsza kobieta w rogowych okularach, w stroju przedwojennej harcerki. Miała na sobie męską, flanelową koszulę, spodnie w drobną kratkę, a na nogach przedpotopowe, turystyczne buty. Zdziwiłabym się, gdyby taki typ jak ona, nie nosił na ręku męskiego, cebulowatego zegarka. Oczywiście, miała taki.

Skinęła głową kelnerkom i rozejrzała się żywo po sali, zapewne też po raz pierwszy. Po chwili rozłożyła się przy sąsiednim stole. Na głowie miała niegdysiejszą fryzurę z warkoczy okręconych wokół głowy. Były zaskakująco grube, siwe i pewnie niewiarygodnie długie. Spojrzałam na wyrafinowany strój Loli. Możliwe, że CC wcale nie była młodsza od tej starej harcerki, tylko nie dawała tego po sobie poznać.

Podeszła do nas kelnerka o włosach koloru ćwikłowego buraka. Odważny odcień był  przeciwieństwem ich grzecznego ostrzyżenia i równo przyciętej grzywki.

- Teraz włosy - pomyślałam. 

W zachowaniu siwej kobiety o niesamowicie długich warkoczach było coś intrygującego. Nie mogłam oderwać od niej wzroku. W porze śniadania postawiła przed sobą talerz ze sporą, wędzoną rybą.  Przysięgłabym, że ja takiej ryby w bufecie nie widziałam. Ona przyglądała się jej przez chwilę, po czym wyjęła z kieszonki koszuli przezroczystą kulkę wielkości włoskiego orzecha, zawieszoną na srebrnym łańcuszku.

- Lubię sprawdzić, czy mogę coś zjeść - wytłumaczyła w naszym kierunku.  Pewnie zauważyła, że filiżanka z kawą znieruchomiała w moim ręku.

- No tak, zdrowe odżywianie i te rzeczy. Tylko… kulka w roli doradcy - pomyślałam.

Patrzyłam zdumiona, jak kręci nad rybą tym swoim wahadełkiem. Zdało

mi się, że jakby nawet coś do niego mówiła.

Laska z czarnego hebanu

- Nie mogę się napatrzeć tym rzeźbom - Lola stała oczarowana przed bramą zamkową na zalanym słońcem placu. Ja byłam w Brzegu już wcześniej  parę razy. 

- Masz ich tu kolejno. Od Piasta, Siemowita, przez Mieszka, Kazimierza Wielkiego, po księcia budowniczego. W ich bibliotece nigdy nie brakowało mądrych ksiąg. Treść „Historii Polski” Macieja Miechowity, według której rycin są przedstawieni, była po prostu ich historią rodzinną. Najznakomitszych z dynastii  umieścił tu ten pan naturalnej wielkości, w nieco zrolowanych pończochach, nad wejściem  - Jerzy II z żoną Barbarą. Tak sam kazał wyrzeźbić siebie i swoich pradziadów - objaśniałam.

- Że to przetrwało do dzisiaj, to jakiś cud. Wojny, bombardowania -

Lola regulowała ostrość lornetki.

- Oni, Piastowie, kochali ten zamek. Tu i w Legnicy były ich główne siedziby. W siedemnastym wieku, gdy w czasie wojny trzydziestoletniej Szwedzi oblegli miasto, w zamku była tylko żona zmarłego księcia, Zofia. Wiesz, co zrobiła? Napisała po prostu list do generała szwedzkiego, żeby nie niszczył jej pięknego zamku, w którym mieszkają damy. On uznał jej argumenty i zamek oszczędził - mądrzyłam się.

- Były czasy dżentelmenów - Lola szalała już z aparatem fotograficznym. Słońce sprzyjało jej nadzwyczajnie.

- Tu obok, w podziemiach kościółka kazali się grzebać. Z bogactwa całego zamku do dziś nie dotrwało kompletnie nic. Tylko ich kamienie nagrobne i  kości. Na szczęście nie przydały się nikomu zaradnemu.

Z czeluści niewielkiego okienka, wykutego w grubym murze bramy, wychyliła się kasjerka.

- Dziś zwiedzania nie ma. Konferencja naukowa.  - objaśniła bez pytania, choć na murze bramy z daleka rzucał się w oczy plakat.

- „Piastowie w historii” - głosił. O to chodziło.

- Ale my na konferencję - wyjaśniłam uprzejmie.

Weszłyśmy w długie korytarze.

- To niesprawiedliwe. Nie wyglądamy na profesorki. Ciekawe, jak, jej zdaniem, one wyglądają - nie mogłam darować kobiecie z okienka. Obie miałyśmy na sobie nobliwe kostiumiki i koszulowe bluzki

- Cóż, ja tu tylko robię zdjęcia - Lola powtórzyła swoją ulubioną śpiewkę.

- Szczerze mówiąc, pierwszy raz w życiu słyszę od ciebie o jakiejś Karolinie. O Kazimierzu Wielkim tak. Wiem nawet  sporo. Uczono mnie, że to on był ostatnim Piastem. Ale Karolina? W szkole nikt nie pisnął na jej temat słowa - wróciła do naszej rozmowy w aucie.

- Powiem ci tylko, że brat Karoliny, Jerzy, zakończył śląską dynastię Piastów. Ona przeżyła go o kilkadziesiąt lat. Zmarła w pierwszej dekadzie osiemnastego wieku. Dla historii to jakby wczoraj.  Pomyśl, mój dziadek widział na własne oczy syna Mickiewicza. Z kolei ten poeta urodził się pod koniec wieku, na początku którego księżniczka Karolina jeszcze żyła. Od Mickiewicza dzieli ją niewiele więcej niż mnie od naszego wieszcza. Tylko w drugą stronę.

Lola kręciła głową z niedowierzaniem.

- Karolina Piastówna żyła jeszcze trzysta lat po Kazimierzu Wielkim. Cały ten czas oni tu jeszcze byli -Lola powtarzała na głos.

- Byli i żyli. W Krakowie już nie, ale tu tak. We Wrocławiu, Legnicy i Brzegu. Długo jeszcze familia była. No, po prostu rodzina. Dynastia. Krew z krwi. Piastowie, czujesz? Panowali tu. Książętami byli.

- Czuję. Świetna wiadomość. Ale dlaczego dotąd tego nie wiedziałam?

- Może, żebyś musiała się zapytać mnie? - zauważyłam z bezczelnym brakiem skromności. Także tej nocy ślęczałam nad historią Śląska.

- Rzeczywiście, można tu się czuć jak na Wawelu. Takie same krużganki wewnątrz, po czworoboku - Lola wychylała się zza bariery na dziedziniec zamkowy.

- Bo na wzór Wawelu były budowane. Nie ma dyskusji, kto imponował budowniczemu. Najlepsze jest na zwieńczeniu bramy. Pokażę ci, jak wrócimy. Najwyżej, w honorowym punkcie, herb Zygmunta Augusta. Jagielloński. Herb Habsburgów, naczelnych wówczas władców Śląska, książę umieścił pod nim i mniejszych rozmiarów. Dość wymowne, wydaje się.

- Nawet jakby wyzywające - zgodziła się Lola.

W dole, na tarasie letniej kawiarenki, zaczynało się krzątanie. Powietrze pod arkadami zasnuło się już świeżym zapachem parzonej kawy. Słońce rozpoczynało  dopiero codzienny obchód dziedzińca, ale pod krużgankami zalegał jeszcze wychłodzony, nocny cień.

- Pies. Chciałam ci jeszcze pokazać psa. Może się nam uda przemknąć. Jest tu od niedawna. To znaczy jakiś czas temu wrócił. Do domu.

Na palcach, w obawie przed stukotem szpileczek, by nie niepokoić pani w okienku, skradałyśmy się wewnętrznym  podcieniem drugiego piętra. Na posadzce wielki,  szlachetny, angielski dog wpatrywał się kamiennym wzrokiem w dół podworca zamkowego. Lola na powrót wydobyła swoją słynną lustrzankę. Z ekscentrycznej, obszernej, ale damskiej, wcale nie profesjonalnej torby. Tym także mi imponowała. Żadnych specjalistycznych oznak, które z kilometra sugerują z jakim to wybitnym fotografikiem mamy do czynienia.

- Skąd on miałby tu się wziąć ? - dochodziła i jednocześnie  uważnie zdejmowała ujęcia.

- Czterysta lat temu pies księcia Jerzego II wpadł w euforię na powrót pana z  dalekiej podróży i wyskoczył na jego widok z balkonu. Zabił się na oczach wszystkich. Książę kazał wyrzeźbić posąg przyjaciela i postawić pośrodku dziedzińca, gdzie poległ. Dwieście lat później rzeźbę psa zabrał ze sobą do Cieplic na cmentarz kolejny, pruski namiestnik zamku. Wróciła niedawno. Kamień to porządny materiał. Przetrwał głównie on.

Dotknęłam szorstkiej, kamiennej sierści. Lola niezmordowanie pracowała.

- Gdzieś na wystawie mają tu zdjęcie, jak to wszystko wyglądało sto lat temu.  Totalna, waląca się ruina. Po ostatniej wojnie, rzecz jasna, rozwałka była jeszcze lepsza. Że brama się uchowała, to naprawdę cud nadprzyrodzony.

-  Perła - Lola rozglądała się z podziwem.

- Jak dla kogo. Dla nas tak. Dla tych, co rządzili przez te dwieście pięćdziesiąt lat do drugiej wojny światowej, jakoś nie. Magazyny sobie urządzili na różne badziewia, chociaż  sprowadzony przez księcia z Italii architekt życie strawił na tej budowie. Parr się nazywał, a na Śląsku żyło wówczas najwięcej włoskich artystów w Europie Środkowej. Ale  z czasem nikomu nie w głowie były jakieś piastowskie zabytki. Polacy, którzy tu jako obywatele Prus mieszkali, byli już całkiem spacyfikowani. Opamiętanie przyszło właściwie niedawno.

- Kiedy ?

- Całkiem niedawno. Trzydzieści parę lat po wojnie. Drugiej.

- Tak późno?

- Połowę miasta trzymali Rosjanie. Do Piastów jakoś im za blisko nie było. Widać,  nie mieli powodu czuć specjalnej sympatii do czyichś ruin.

- Jak i Niemcy.

- Najzupełniej.

- Coraz częściej za to można usłyszeć, że Piastowie to zniemczona dynastia.  Dlaczego więc Niemcy doprowadzali do kompletnej ruiny, albo po prostu burzyli  zamki tej niemieckiej dynastii? -  Lola gładziła szorstką sierść wiernego doga.

- Nieźle to ujęłaś. Podczas gdy na każdym wolnym rogu upamiętniali Bismarcków i różnych takich. Składało się wprawdzie tak, że Piastom swatano najczęściej księżniczki zza miedzy. Ale one przyjeżdżały tutaj i mówiły nie tylko po niemiecku, francusku, łacinie. Po polsku też, bo musiały. Inaczej się nie dało. Naród był tutejszy. I ten Wawel do końca ich mężom imponował, nów czasy dżentelmdne ć wiernego doga.Inta

Lola patrzyła w twarz słońcu, które penetrowało już krużganki. W dole, od czasu do czasu zaglądali na dziedziniec zamkowy kolejni uczestnicy konferencji, a potem kierowali się na zamkowe wnętrza.

-  Ludwika XIV znasz? - zapytałam retorycznie.

- W Wersalu parę miesięcy się wysiedziałam swego czasu.

- Nie można sobie wyobrazić bardziej znanego francuskiego króla wszechczasów. Wiesz, ile miał w sobie krwi francuskiej?

- Jak to?

- Góra dwadzieścia procent. Pokaż mi jednak takiego, który powie, że Ludwik XIV  nie był francuskim królem.

- Coś w tym jest. Matkę miał rodowitą Austriaczkę.

- A taką Katarzynę Drugą znasz?

- No, słyszałam. Herod baba. Caryca ruska, co rozdrapała Rzeczpospolitą do spółki z dwoma innymi.

- Rodowita Niemka.

- Zapytaj się jakiegokolwiek historyka, czy nie była ruskim carem! Pełen szok cię spotka, że możesz tak w ogóle stawiać ten problem.

- Śląscy Piastowie w prostej linii, męskiej, rzecz jasna, wszyscy wywodzą się  od Piasta Kołodzieja. Tak, jak sobie tu siedzą wyrzeźbieni na bramie, na wspólnej debacie. O czym mogą gadać?

- Ja bym zapytała najpierw - w jakim języku gadają? To jest dla mnie ciekawe.

- Chyba …po łacinie. Jako mężowie uczeni. Tak są podpisani. Po łacinie - zdecydowała Lola.

- No właśnie. 

- Czas na konferencję - Lola zakończyła sesję fotograficzną.

Na sali wolne miejsca zostały już tylko w ostatnim rzędzie. Siedział w nim starszy, szpakowaty mężczyzna. Rzut oka wystarczył, żeby mnie zamurowało. Był to profesor Kazimierz Kolbusz. Poznałam go od razu. Wyglądał identycznie, jak pamiętałam go w swojej głowie. Ukłoniłam się, bez  pewności, czy wie, z kim ma do czynienia. W czasach, gdy wodziłam palcem po grzbietach książek w jego gabinecie w oczekiwaniu na koniec pogawędki z ojcem, byłam przecież małą dziewczynką.  Przez dwadzieścia lat wybujałam nieco.

Usiadłyśmy. Zezowałam na dłonie profesora. Był to widok z najdalszych wspomnień dzieciństwa, gdy świat ozdabiali jeszcze mężczyźni z przedwojenną klasą, rówieśnicy mojego dziadka. Ujrzałam na palcu profesora znajomy, wysmakowany, herbowy sygnet, jakich już nikt dzisiaj nie potrafi nosić. Bardziej jednak zdumiał mnie inny atrybut tamtych dandysów. Profesor wspierał dłonie na czarnej, hebanowej, błyszczącej lasce, zakończonej sporą gałką ze srebra, mocno już sczerniałego. Z bliska stwierdziłam ze zdumieniem, że była to miniatura ludzkiej czaszki.

Z konferencji wychodziłyśmy zaopatrzone w ekspresowym tempie w wiedzę o modzie Piastów, organizacji książęcego pogrzebu oraz o śmierci hardego księcia nyskiego, który nawet w chwili egzekucji utrzymywał, że nie rozumie niemieckich rozkazów. Słońce opuszczało już parking po zachodniej stronie zamkowego placu. 

- Trzeba tu będzie wrócić - Lola robiła mocne postanowienie.

- Dzieci powinny być tu przyprowadzane jak na Wawel.  Nie wiem, czemu nie są - otworzyłam drzwi do mojego chevroleta, którym obie przyjechałyśmy.

W oddali profesor Kolbusz wsiadał do czarnego mercedesa jakiegoś mężczyzny.

Wydało mi się, że gdzieś już widziałam takiego człowieka o żółtych włosach. Zanim ruszyłyśmy z  placu, oni zniknęli za zakrętem wyjazdu na Wrocław.

Tuż po naszym przyjściu, Kolbusz został porwany do pierwszych rzędów dla najznakomitszych gości. Zdążyłam mu się tylko przypomnieć.

- Ależ, moje dziecko, a właściwie, moja damo. Naturalnie, z największą przyjemnością,  zapraszam na uniwersytet również panią - odparł. 

- Ciekawe, co pokojowa powiedziała na widok Elvisa - zagadnęłam, gdy w końcu znalazłyśmy się w windzie „Angelusa”.

- Bez obawy. Elvis ma niezłe plecy. Protekcję wprost z Rzymu. Sam Monsignore Orsini dzwonił w jego sprawie - zapewniła z uśmiechem Lola.

Wahadełko i kolor budyniu

Było wcześnie. Nad ogrodem botanicznym prosto do nieba ulatywały poranne mgiełki. Spędziły noc w ogrodzie, uwięzione w kędziorach zieleni. Po zaułkach  ogrodu, pod drzewami zatopionymi jeszcze w chłodzie nocy, polowało na nie teraz majowe słońce. Gdy je złowiło, błyskawicznie robiły się przezroczyste i ginęły. Otworzyłam okno z nadzieją, że któraś  w swym drugim życiu zabłądzi do mojego pokoju. Przyjemnie jest wstawać ze świadomością, że świat istnieje, za oknem jest pięknie, a na dole ktoś robi dla ciebie śniadanie.

Wśród gości hotelowych nie rejestrowałam jeszcze poruszenia. Z zewnątrz nie dochodziły do mnie żadne pomruki odjeżdżających aut. Spojrzałam na zegarek. Do śniadania było jeszcze pół godziny. Zdecydowałam się na mały rozruch. Nie bieganie. Nie przepadam za ostentacją. Nonszalanckie przebijanie się pośród przechodniów jest modą, jak jeszcze do niedawna masowe paradowanie z plastikową butelką niegazowanej wody, które, pomimo swojej zdrowotności, wydaje się przemijać. Jeszcze nie tak dawno szczęśliwi posiadacze przenośnych telefonów wielkości i wagi sporego betonowego bloczka, obnoszenie się z nimi uważali za niezbędne i nadzwyczaj szykowne. Obowiązkowym ich rytuałem było umieszczanie go na środku stołu, bez względu na miejsce i okoliczności.

Postanowiłam zwyczajnie wybrać się przed śniadaniem na krótki, intensywny spacer po wyspie. Wokół katedry i z powrotem. Chwilę później jechałam szklaną windą. W dole miałam perspektywę na drzwi do restauracji i kawiarni oraz wejście główne. Wygoda nowoczesności i wyrafinowanie tradycji przebijało w każdym szczególe okrągłego hotelowego holu. Pośrodku, naprzeciw długiego, ciemnego kontuaru recepcji, można było zajrzeć w dół, wokół niklowanej balustrady. Pół piętra niżej urządzono tam atrium z fontanną. Żywe kolory rybek lśniły fluorescencyjnie w świetle reflektorów. Po bokach holu, stały wśród kwiatów dwa małe fortepiany. Były to nowoczesne, japońskie instrumenty, na których można grać również muzykę elektroniczną. Bliżej im było do szybkobieżnej windy i dużego, plazmowego monitora wiszącego również w tym holu, niż do popiersi rzymskich mężów, witających przybyszów u wejściowych schodów, a jednak pasowały do starych, wyraźnie już długo używanych, białozłotych, rzeźbionych kanap rozstawionych wokół. Świadczyły o tym, że ktoś tu grywał, a tutejsi bywalcy chcieli takiej żywej muzyki słuchać.

Naprzeciw wejścia do holu, na bocznej ścianie, za którą ukryto pocztę, zakład fryzjerski i kosmetyczny, wisiał arras.

- Czy to autentyk?- brzmiało pierwsze pytanie, jakie zadałam recepcjoniście w tym wnętrzu, zamiast powiadomienia go o rezerwacji pokoju.

-  Myślałam, że arrasy są tylko na Wawelu- zdumiałam się, gdy potwierdził.

Mieszkać tam, gdzie wisi arras. Akurat coś dla takiej snobki jak ja.

Zeszłam schodami głównego wejścia pilnowanego przez popiersia,  czując się jak młoda córka rzymskiego senatora. Rozsunęły się przede mną szklane drzwi. Planowałam w myślach trasę spaceru. Stanęłam na moment niezdecydowana, wreszcie ruszyłam  uliczką wzdłuż ogrodu botanicznego. Postanowiłam okrążyć ogród, obejść bokiem katedrę i wrócić głównym deptakiem ulicy Katedralnej. Na

tyłach kościoła, do którego „Angelus” stał frontem, z przeciwległego pasa aut parkujących wzdłuż hotelu, z czarnego mercedesa z niemieckimi tablicami rejestracyjnymi, wpadły w moje uszy odgłosy kłótni. Nie rozumiałam ani słowa z tej niemieckiej awantury. Mężczyzna za kierownicą i jakaś kobieta byli pochłonięci żywą wymianą zdań. Instynktownie odwróciłam się w przeciwną stronę. Zmieniłam zamiar. Skręciłam w lewo. Okrążyłam kościół, przemknęłam przed siebie, w kierunku tyłów czekoladziarni. O tej porze ogrodzenie jednak było tam zamknięte na cztery spusty. Musiałam wrócić na placyk z pomnikiem - obeliskiem. Stanęłam za rogiem czekoladziarni. Nie pojmując jeszcze, czy to ma sens, obejrzałam się w jakimś niezrozumiałym dla mnie samej, wścibskim odruchu. Do hotelu wracała już właśnie kobieta z harcerskim chlebakiem o długich, siwych warkoczach, ubrana w kraciastą, sportową koszulę. Nasza oswojona z zaświatami znajoma. 

Czarny mercedes nie odjechał. Wysiadł z niego osobnik w jasnym garniturze. Zatrzasnął drzwi od auta i poszedł tyłami kościoła, drogą którą parę minut temu przebyłam. Przeszedł Most Tumski. Okrążyłam kościół, zdecydowana iść za nim. Mężczyzna wyraźnie miał w tej okolicy coś do załatwienia. Szedł zdecydowanie, a ja w końcu nie miałam nic lepszego do roboty niż poranna przebieżka. Znajomy radiestetki dźwigał w ręku solidną teczkę z żółtej skóry, jak mecenas, który podąża do swojego biura. Cóż mogło być w tym dziwnego, że w ślad za nim podąża dziewczyna w sportowym stroju.

Niemiec zniknął za rogiem kościoła świętej Marii Magdaleny na Piasku. Przeszłam na pretensjonalny trucht. Ledwo zdążyłam dobiec do rogu, gdy jego jasne ubranie mignęło mi już w pierwszych drzwiach kamienicy, przytulonej jednym bokiem do kościoła.  Był to budynek filii uniwersyteckiej biblioteki. Podeszłam do czerwonej tablicy informacyjnej.  Dział Starodruków otwierano dla czytelników dopiero za godzinę. W tej chwili bibliotekarze cucili się zapewne pierwszą, poranną kawą. Właściciel wypasionego mercedesa z niemiecką rejestracją nie był chyba jednym z nich.

W kieszonce góry mojego dresu zadrżały wibracje. Zawróciłam światowym, inteligenckim truchtem. Lola, być może, muskała już lico końcowymi akordami pędzla do pudru.

- Znajomy Kolbusza wydziera się na naszą radiestetkę. Przed śniadaniem, po niemiecku, w dodatku znika w Dziale Starodruków.  Faktycznie, nieprzyjemny typ w naszej branży i szkoda staruszki. Ale nie będziemy skarżyć Kolbuszowi -  Lola zlekceważyła incydent i zatrzasnęła puderniczkę.

- Masz zadatki na detektywa - uśmiechnęła się z życzliwą kpiną i zamknęła drzwi do apartamentu.

- Kto rano wstaje, temu pan Bóg daje - zrewanżowałam się i znów zjeżdżałyśmy jak królewny ze szklanej góry na śniadanie wśród kwiatów, wygodnych kanap i kolorowych obrazów.

Obok naszego stołu, przy którym siadywałyśmy, pożywiała się już właśnie czarodziejka, której moralnym obowiązkiem winno było być raczej młodą. W żadnym zaś razie nie wolno jej było mieć siwych warkoczy zamiast złotych, gdyż  trudno jest w tym przypadku wcisnąć się na pozytywną bohaterkę jakiejś ładnej bajki. Kobieta miała dziś na sobie  koszulę w kratkę w, dla odmiany, kolorystyce czerwono -  zielonej.

- Co dzisiaj z jakością śniadania? - zagadnęłam ją. Dość miło, jak się wydaje.

Spojrzała wzrokiem jakby nieco spłoszonym. W ferworze kłótni niekoniecznie musiała mnie zauważyć, lecz gdyby jednak. Może się wstydziła.

- No…wahadełko. Jak powiedziało?  - uściślałam. Ma się tę dezynwolturę.

Kobieta popatrzyła, jakby dwie doby temu nie uświadamiała nikogo w sprawie ponadnaturalnych właściwości połyskliwej kulki. Właściwie indagowałam ją po to, żeby w końcu zgrabnie przejść do tematu mężczyzny z czarnego mercedesa. Może i Kolbusza.

- Pani  lubi poranne spacery? - zaryzykowałam.

Żachnęła się ku mojemu zdziwieniu. Zdecydowanie nie miała wyrazu twarzy wszechwiedzącej znawczyni rzeczy ziemskich i pozaziemskich, o jakich się zwykłym zjadaczom chleba nie śniło.

- Proszę?- wydawała się zdumiona, jakbym zaczęła śpiewać zamiast mówić.

- Nie wiem, o czym pani mówi - ucięła niespodziewanie hardo. Było to jawne kłamstwo w zwyczajnej sprawie. Dałabym głowę, że w promieniu kilkuset kilometrów nikt nie znalazłby podobnego do niej oryginała. Nie pomyliłam jej na pewno z nikim. Tak, jak znajomego profesora Kolbusza.

Lola zawiesiła na mnie wzrok. To była ta różnica pokoleń. Niektórzy mogą nazywać ją różnicą klasy. Lola wyraźnie miała dość indagowania kogoś, kto miał powody czuć się speszony..

- Bzdura, żeby mi nagle zaczęło zależeć na sprawach dziwacznej, siwowłosej wróżki - pomyślałam i dałam spokój.

- Pyszne bułeczki mają we Wrocławiu - zauważyła głośno Lola, patrząc na mnie z naciskiem. Zupełnie zbytecznie.

- Malutkie i chrupiące. Chciałoby się dwie zjeść - potwierdziłam grzecznie.

- Zawsze jem co najmniej dwie - wróżka zareagowała nieoczekiwanie rzeczowo.

- Może ma siostrę bliźniaczkę -  wycedziła Lola przez zęby, gdy wstałyśmy od stołu i zmierzałyśmy do wyjścia.

- Dokładnie tak, jak ja - odparłam sceptycznie w ten sam sposób..

- Dla żartu mówię. Rzeczywiście, dziwny zbieg okoliczności. Skoro spotyka się z mężczyzną o żółtych włosach, który woził Kolbusza do Brzegu. Może w ogóle on tu mieszka, ale chyba każdemu wolno pokłócić się ze znajomym Kolbusza.

- Nie wiem tylko, dlaczego wprost jej o niego nie zapytałyśmy - powiedziałam z wyrzutem. 

- Coś mnie ostrzegało, że lepiej jej do muru nie przypierać - łgała Lola. Acha, coś. Kultura, po prostu.

- Zresztą, co nas obchodzi jakaś staruszka. Mamy swoje sprawy  - ucięła.

Vade-me-cum

Mała, zgrabnie wymodelowana główka chudej recepcjonistki, kręciła się jak peryskop nad płaszczyzną oceanu w rejonach najwyższej półeczki na klucze. Dziewczyna miała refleks. Widząc nas wychodzących z restauracji, wydobyła się zza kontuaru i podeszła do Loli :

- Pani Conti, przesyłka do pani!  - zawiadomiła przyjemnie brzmiącym głosem.

Miała refleks, ale Lola z miejsca rzucała się w oczy w każdym środowisku naturalnym.

- Czy to możliwe ? -  zatrzymałyśmy się pośrodku drogi do windy. Obok kontuaru  recepcji stał krępy mężczyzna w firmowym, kurierskim uniformie. Lola podeszła do niego, spojrzała na niewielki pakiet wielkości szkolnego zeszytu. Wzięła podetknięty jej długopis i złożyła pośpieszny podpis. Adres na bąbelkowej kopercie był wypisany ręcznie.

- Z Berlina. Od Betty. Ale to nie jest jej pismo.

Ni stąd, ni zowąd, w hotelowym holu zrobiło się tłoczno. Wprost z autokaru wysypała się wycieczka zagranicznych emerytów. Staruszkowie w jasnych wiatrówkach przebierali nogami, pchając swoje bagażowe wózeczki. Krój szerokich spodni uwydatniał niezgrabne biodra starych kobiet. Turyści błyskawicznie zajęli wszystkie siedzenia. Wskoczyłyśmy na dobitkę do zapełnionej windy.

Wewnątrz niej panowało milczenie i mdlący zapach wód kolońskich. Znad siwych loczków obserwowało nas z natężeniem kilka par oczu w niemal identycznych, drucianych oprawkach okularów.

- Ciekawe, dlaczego oni zawsze tak się gapią - nie wytrzymała Lola,  gdy wyskoczyłyśmy na swoim piętrze. 

- Może to miał być niemy wyrzut za wtargnięcie ze słowiańska dzikością - bąbelkowa koperta w jej torebce była nieprzewidywalna, jak tygodniowe, wiejskie mleko z marketu w plastikowym opakowaniu. Gnałyśmy niecierpliwie do apartamentu Loli pustym korytarzem, wyściełanym grubym chodnikiem. Nasze wysokie obcasy niemiłosiernie grzęzły.

Lola przytaszczyła ze swojej sypialni kuferek ozdobiony lustrzanymi okuciami, jaki u podróżujących elegantek pełni rolę podręcznej kosmetyczki. W jej wypakowanym wnętrzu odszukała małe, zakrzywione nożyczki do paznokci i bez pośpiechu rozcinała kopertę podbitą dmuchanym plastikiem. Obie z ulgą zrzuciłyśmy klapki na szpileczkach. W kopercie nie było podejrzanego proszku. Lola wyjęła z niej niewielką książeczkę w introligatorskiej oprawie z szafirowego płótna, a na niski blat stolika z grubego, hartowanego szkła, ześlizgnął się naszyjnik z fioletowych kamieni.

- Wieszcz wrócił na ojczyzny łono - szepnęła Lola.

Przekartkowała książeczkę z furkotem. Żadnego listu. 

- Kapujesz coś z tego? - nie wytrzymałam.

- Oczywiście - odparła nieoczekiwanie.

-  Zwykła poczta poetycka. Bawiłyśmy się w to kiedyś w przerwach w zjeżdżaniu rowerem po schodach. Uwielbiałyśmy sekrety. Parę lat później Norwida. Jego chyba najbardziej. Boże, ile to lat temu. Nie śmiej się, ten tomik, to moja młodość - przycisnęła sfatygowaną książeczkę do piersi.

- A ten naszyjnik?

- Myślę, że paciorków jest w nim tyle, ile trzeba. Coś w rodzaju pisma węzełkowego.

Wzięłam go do ręki i zaczęłam przesuwać zimne korale jak paciorki różańca. Rzeczywiście, nie miał zapięcia do powieszenia na szyję. Ktoś je po prostu nanizał na grubą żyłkę.

- Trzydzieści jeden - wyszło mi.

- Tomik ma tytuł „Vade-mecum”

- Znaczy wszystko o czymś. Słowniczek? Coś takiego? - próbowałam zabłysnąć wiedzą.

- Tak, ale Norwid jednak przedzielił to słowo. Dał je w takiej wersji, jak powstało. W postaci dwóch słów. Poeta zawsze myśli ściśle. Poezja to matematyka, a nie bełkot, jak się niektórym wydaje. Poeta przykłada słowa pod światło, ogląda je na sto sposobów. Ta kreska coś znaczy.

- Po łacinie to będzie „Vade” - idź, „Me cum” - ze mną.

- Otóż to. Brzmi jak liścik do nas, prawda?

- Jak karteczka od koleżanki na lekcji kretyńskiej, szkolnej nudy, wzywająca do urwania się na krótki spacerek po korytarzu.

- Dokładnie.

- Próbujemy. Bierzemy pierwszy z brzegu wiersz, który sam się narzuca. Pod takim samym tytułem!

Znalazłam.

- Liczymy wersety.

Werset 31 brzmiał:

„Niewiast zaklętych w umarłe formuły

Tej, tamtej rękę tknąwszy marmurowę

Wzruszyłem fałdy ubrania kamienne

A motyl nocny wzleciał jej nad głowę.”

Zadrżałam.

- Widziałam kobiety z marmuru. Właściwie w alabastrze. W Mauzoleum w Legnicy. Kopie są i w Brzegu, tylko wówczas nie mogłyśmy ich zobaczyć, bo stoją na piętrze. Z tego, co wiem, to jedyne kobiety Piastów w kamieniu. Oprócz Barbary, tej z bramy - powiedziałam.

- Sama  widzisz, twoja matka jednak wykazała refleks, że do mnie zadzwoniła - uśmiechnęła się Lola.

Przełknęłam pochwałę, ale dla mnie to nie był zwykły zbieg okoliczności, ani tylko intuicja mojej matki, która postanowiła polecić mnie swojej przyjaciółce.  Na jutro umówiłyśmy się z Kolbuszem. W takim razie pojutrze jedziemy do Legnicy, skoro Betty nas wysyła. Jedno mnie niepokoi. Rozmawiałam z nią dojeżdżając do austriackiej granicy. Mówiła, że ma trzy dni egzaminów przed sobą. Mnóstwo studentów. Teraz to. Mogła normalnie zadzwonić, przesłać maila, esemesa.

- A ja nie lubię powierzać wszystkiego wirtualowi. Nigdy nie wiadomo, jak to tam wszystko wiruje.

- Mimo wszystko, wolałabym, żeby odebrała telefon. Maili też nie czyta - Lola w zamyśleniu sięgnęła po pudełko miętowych czekoladek w ciemnozielonych papierkach.

Szept w alabastrze

Wtedy nie miałam nawet mapy miasta. Droga sama doprowadziła mnie wprost na parking obok rynku. W rogu placyku cudem czekało jedyne wolne miejsce dla mojego samochodu. Byłam głodna i wykończona podróżą z Warszawy. Pomyślałam, że mój głos nie wypięknieje od tego, czy zdążę na kurację koniecznie na dziś wieczór. Jechałam do Szczawna. Raz w życiu mogłam przespać noc w Legnicy. Zagłębiłam się w pierwszą z brzegu uliczkę przy rynku. Jak to bywa w prestiżowych dzielnicach, niezamieszkanych przez tubylców, wraz z popołudniowym cieniem zapadał na niej prowincjonalny bezruch. Ujrzałam tabliczkę muzeum i natychmiast zlekceważyłam fakt, że jestem zmęczona i szukam hotelu.

Za drewnianym kontuarem siedziała kobieta o zrezygnowanym wyrazie twarzy. Przed nią, pod szkłem, dogorywały nieatrakcyjne, niepożyteczne i zakurzone katalogi z muzealnych wystaw.  Były wśród nich nawet tandetne broszury wydrukowane jeszcze na socjalistycznym powielaczu. Zawsze na szczegółowe, niszowe tematy, za to w niezwykle atrakcyjnych, przeterminowanych cenach, wprost proporcjonalnych do chodliwości.

- O , świetne wydawnictwa - pochyliłam się nad wystawką.

Odpowiedziała mi nieufna cisza. Istotnie, nie była to lada eleganckiego butiku, nie wspominając o czarownych towarach marketów kuszących ekstraktami pieczonego chleba lub upojnymi mgiełkami o aromacie bzu, czy cytryny. Spojrzałam w twarz kobiety. W miejscu przedziałka, na jej głowie spowitej w odcień głębokiego kasztanu, biegła dwucentymetrowa  strużka siwizny. W rzeczy samej, trudno było w tej sytuacji o entuzjazm dla roboty w kulturze. Zrobiło mi się głupio. Była naprawdę profesjonalistką. Tak sprytnie zapewne ukryła robótkę ręczną, albo gazetkę o życiu intymnym i intelektualnym nieletnich pipek z telewizji, że nie zdążyłam zauważyć kiedy i gdzie. Do zamknięcia jej smutnego kramiku było bliżej, niż dalej, dwie godziny. Jednak ja nie byłam pewna, czy kiedykolwiek w życiu uda mi się jeszcze raz zajechać na rynek tego miasta. Położyłam palec na szybie.

- Poproszę to i to, na początek.

Prawie wszystko kwalifikowało się do kupienia. Na szklanej ladzie szybko spiętrzyła się spora górka. Nie powinno się rozgrzeszać wariatów. Oni doskonale orientują się w sytuacji. Już czułam to znajome oberwanie ręki od ciężaru książek, ale musiałam. To było silniejsze ode mnie. Dlaczego na przykład nie miałabym wiedzieć, co znajdowało się w zbrojowni tutejszego księcia Ludwika? A właśnie ja chciałam to wiedzieć!

- Podliczyć? - nieco ożywiona pracownica nieatrakcyjnego resortu rzucała mi  deskę ratunku. Być może z dobrego serca, żebym opamiętała się póki czas.

Na widok lekko wyjętej stówy, w ciszy nad kontuarem uniósł się duch ulgi. Na pewno dużo trudniej byłoby uporać się z nawiedzoną fantastką bez grosza przy duszy. Taka mogłaby nagle wybuchnąć dzikim, szyderczym śmiechem, albo złapać towar i rzucić się do ucieczki.  Niestety, szaleńcy zdarzali się w przyrodzie dużo częściej, niż nadziane typy, zafascynowane z gruntu niepraktycznymi urojeniami.

- Nie ma pani jeszcze czegoś ładnego w szafce?- zapytałam śmielej, nieco już uwiarygodniona.  Tak głęboko tkwią w człowieku różne traumy. Na przykład, gdy w cyrku rozdziera ci się serce na widok misiów na wrotkach, a naokoło ludzie pękają ze śmiechu. Jednak Pan Bóg wie, co robi, gdy stwarza wariatów. Oni też do czegoś służą. W osowiałej krzewicielce kultury, drgnęła uśpiona żyłka handlowca. 

- Mamy widoczki. Ale to stare… - w szafce, obok robótki w kolorze łososiowym oraz pisemka z Kasią Grzybek w seksownej pozie, tkwiło pudło nikomu niepotrzebnych wizerunków okolicznych pałaców i zamków. Stan, rzecz jasna,  z czasów sprzed ruiny, dzięki zagospodarowaniu ich przez postępową klasę społeczną. Pocztówki leżały tam skazane na zapomnienie. Widać, muzeum opanowało totalne zwątpienie, że znajdą amatora. Nie było więc po co marnować na nie miejsca za oszkloną ladą.

Dorzuciłam widoczki do dotychczasowych zdobyczy i poprosiłam o bilet do krypty Piastów. Zamki były śliczne, ale tak naprawdę chodziło również o moment odwleczenia sytuacji, która nieuchronnie musiała nastąpić.

- I proszę o przewodnika - zażyczyłam sobie tylko to, co było w karcie dań.

- Jak to?

- Albo o przewodniczkę, oczywiście.

- No, ale pani by musiała zapłacić.

- Jasne.

- No, ale po co płacić, jak dla grupy taniej wychodzi.

- Dobrze. Jest grupa. Jednoosobowa. Ja. Zapłacę bilet za całą grupę.

Zatkało ją na taki tupet, ale byłam do tego przyzwyczajona. One zawsze i wszędzie, obojętnie w Krakowie, czy Rzeszowie, z całych sił bronią własną piersią  mojego portfela. Taka bezinteresowna zmowa.

Stoczenie batalii o bilet grupowy i przewodnika bezsprzecznie wzmaga poczucie lekkiego nieprzystosowania do życia. Jak wtedy, gdy przechodząc przez park naddajesz drogi, by znaleźć się pod ulubionym kasztanem. Starasz się niepostrzeżenie podnieść choćby kilka świeżych, lśniących jak końska sierść kasztanów i wrzucić do torebki, choć dorosła kobieta, zbierająca kasztany jak dziecko, tobie samej wydaje się idiotycznie infantylna. Czy kiedy podczas spaceru nadmorską plażą zbierasz muszelki, co jest zajęciem równie dziewczynkowatym, jak potrzebą nieodzowną i nieopanowaną.

- Ale tam chyba już nikogo nie ma - wyznała bileterka. Wreszcie zeszłyśmy na poziom konkretów.

- Może nie ma w tym nic złego. Skoro pod kryptą Piastów nie kłębią się szkolne  wycieczki, nie szaleją charyzmatyczni nauczyciele historii z kagankami oświaty - łamałam się w myśli.

- A…- powiedziałam na głos. Wyszło to dość zagadkowo. Po więzi dopiero co nawiązanej komitywy handlowej, nie zostało śladu.

- A muzeum miedzi nie chce pani obejrzeć? - zapytała bileterka z resztką nadziei.

- Raczej nie - odpowiedziałam.

Głupie „raczej”,  oczywiście znaczyło „ na pewno”, i ona wreszcie musiała się z tym pogodzić.

Dopiero w tej chwili zorientowałam się, że tu tak naprawdę, pod wiekowymi, klasztornymi stropami, urządzono muzeum odkryć rudy miedzi w połowie dwudziestego wieku, a Mauzoleum Piastów było kukułczym jajem, zwykłą przyczepką. Nie miałam zamiaru nawet z daleka rzucać okiem na muzeum miedzi. Przenigdy nie zamieniłabym Mauzoleum Piastów na muzeum miedzi. Może skusiłabym się na wycieczce pod szyby Lubina, dwadzieścia kilometrów stąd, ale  nie dziś i nie tu, gdy miałam pod nosem Mauzoleum Piastów.

Bileterka opuściła swoje stanowisko pracy. Zostałam sam na sam z drewnianym kontuarem i resztówką zakurzonych skryptów. Po kilku chwilach bileterka wyłoniła się z powrotem w towarzystwie szczupłej,  młodej kobiety. Dziewczyna z długimi włosami, ubrana w krótki trencz w zielono-brązową kratę, dźwigała w jednym ręku zakupy ze spożywczaka, a w drugim niezwykły, wielki, metalowy klucz. Fucha trafiła się jej wstrząsająco atrakcyjna. Zrobiło mi się nieswojo. Nie jestem całkiem pozbawiona sumienia.

Droga do krypty Piastów nie wiodła tajemnymi przejściami, tylko przez ulicę.

Dostać się do niej można było jedynie przez drzwi w bocznej ścianie kościoła, który kończył uliczkę, bo stanął w jej poprzek. Wielka dama Luiza, żona Piasta na Legnicy, Brzegu i Wołowie, dobudowała do świątyni ośmiokątną kaplicę grobową wielkości sporego kościółka, dla męża, siebie i dzieci. Z czasem podrzucono im tam jeszcze paru krewniaków. W dobie kamer i telewizji przemysłowej, sekretnych kodów i alarmów, dziewczyna z chińskimi zupkami w tandetnej reklamówce i kusym, modnym płaszczyku, niosła sobie całkiem zwyczajnie ponad trzystuletni klucz i to po to, żeby normalnie otworzyć nim drzwi do krypty Piastów.

Moje wyrzuty sumienia z jej powodu pękły ze świstem. Warto było upierać się  już dla tego klucza. Widziały go więc oczy księżnej Luizy. Na jej rozkaz i za jej pieniądze został wykuty. Może dotknęły go jej ręce? Kto go strzegł,  gdy w końcu sama znalazła się w krypcie na zawsze? Komu go powierzyła? Kim był ten zaufany przyjaciel? Ujrzałam łańcuch rąk, które przez  ponad trzysta lat wyciągały go z depozytów, szuflad, schowków, zdejmowały z haka, przekazywały następnemu. Może przez lata wojen i zapomnienia ukrywał go ktoś z kościoła, proboszcz, a może braciszkowie z klasztoru przy kościele? Jego historia kończyła się dziś na dziewczynie w płaszczyku w kratę i na mnie.

Poobiednią porą zwyczajnego dnia, w kościele panowała głęboka cisza osieroconych ławek. Było ciemno. Nikt nie tylko nie tłoczył się przed drzwiami do jakiejkolwiek krypty, ale nie widać było nawet jednego człowieka na osobistych konwersacjach z Panem Bogiem. Sczerniałe witraże nie  rozświetlały wnętrza. Mimo przestrzeni, panowała w nim wilgoć, jakby dopiero co zostało odkopane przez archeologów, a ławki porastał mech.

Unikalny klucz bez kłopotu obrócił się w zamku. Przez kilkaset lat kościół główny zmieniał patronów i podłogi. Kaplica Ludwiki, zamknięta na ogromny klucz, wpadła w studnię czasu, świat o niej zapomniał z nie mniejszą gorliwością, jak rozdrapał dziedzictwo jej rodziny, przejął ziemie, zamki, a nawet herb. Kolejni kładli na podłogę kościoła swoje płytki. Drzwi kaplicy Luizy zostały tam, gdzie były od początku. Z podłogi kościoła weszłyśmy do niej z pochylonymi głowami.

- Nie wolno fotografować - powiedziała kobieta na widok aparatu, który wyjęłam z torby. Ach, oczywiście. Zawsze bez problemu możemy choćby najcenniejszy pałac tego kraju zniszczyć, rozwalić, sprzedać jakiemuś cieciowi za cenę tony kartofli,  pozwolić, żeby porósł brzozą i pokrzywami. Bo to wszystko jest nasze, nie twoje. Nawet jak tu wejdziesz, to z łaski. I nie myśl, że my tu nie mamy porządku.

- Okej, okej - nie miałam nastroju do dyskusji. Stanęłam na środku kaplicy i zapragnęłam, żeby ta kobieta poszła sobie w cholerę. Ale żadnych szans. Oni tak tu zresztą muszą śledzić. Cudak, co nieprzymuszony po kryptach łazi, może się okazać zdolny do wszystkiego. W oczach mojej osobistej strażniczki zauważyłam  podejrzane iskierki. Jakby rozbawienie.

Odwróciłam się plecami. Coś zaczęło mnie drapać w gardle. Księżna Luiza miała klasę. W niszach stały dookoła pozłacane sarkofagi kute w zwierzęta, liście i  metalowe herby. Dla matki, ojca, syna i córki. Nad każdą niszą, na wysokim postumencie, stali oni wszyscy. Białe rzeźby z alabastru. Ten widok potrząsał sercem, jak mały złodziejaszek cudzą gruszą.

Obejrzałam się. Kobieta z muzeum wprawiła torbę z zakupami w lekki balans. Tak, ona już zaczynała się niecierpliwić. Podeszłam do posągu Luizy.  Księżna potrafiła się zaprezentować. Siebie, tak jak i bliskich, kazała wyrzeźbić w całej okazałości. Kobiety szykowne, zgrabne, w wydekoltowanych, paryskich strojach, koronkach, pantofelkach na obcasach i wysokich perukach nie były żałobnymi płaczkami, choć motyl smutku unosił się nad wszystkim.

Skoro aparat okazał się bezużyteczny, sięgnęłam po notes. Na postumentach, pod rzeźbami, Luiza kazała wyryć napisy. Nie były to ani imiona, ani nazwiska.

- Heu mihi soli - wyryto pod posągiem  księżnej. Zwrócona twarzą do męża, skarżyła się: Biedna jestem, bo zostałam sama. Zapisałam.

- Mamy taką ulotkę - moja strażniczka nieoczekiwanie ożyła. Wyjęła z torby mały folderek. Słusznie przypuszczała, że gotowa jestem wszystko notować. To by potrwało.

Rozłożyłam broszurkę. Rzeczywiście, zapisano w niej napisy pod postumentami. Całą rozmowę figur. Podniosłam głowę do góry. Patrzyłam na wymalowany na sklepieniu rozpędzony konny pojazd i młodego jeźdźca. Nie była to scena biblijna. To był Faeton na rydwanie. Młody, postrzelony syn greckiego boga słońca Heliosa. Niedoświadczony bożek chciał dorównać ojcu i dorwał jego cudowny rydwan, żeby przejechać się po niebie. Jak chłopak, który wykrada auto z garażu ojca na szampańską przejażdżkę. Pycha i niedojrzałość młodzieńca zostały ukarane. Było to jak walnięcie w drzewo w drodze z dyskoteki. Żar słońca pali jego pojazd, młody królewicz ginie w oceanie. Tak opisała Luiza historię swego syna. 

Domy królewskie upadają, gwiazdy obracają się w pył. Dziwisz się. Nawet biegowi słońca kres jest wyznaczony -

odczytałam na szybko z ulotki napis na samym szczycie. Oooo. To było osobiste. Do mnie powiedziane. Na ty.

Podeszłam do posągu wysokiego nastolatka. Biały kamień trzeba byłoby tu zamienić na barwy stroju. Blask klejnotów, złotogłowia, aksamit kubraka do białych pończoch. Szedł dokądś, piastowski Faeton. Synek Jerzy. Dla Śląska nadzieja Brzegu, Wołowa i Legnicy. Nie patrzył na rodziców. Mówił: At sequor ipse. Idę sam. Odchodzę sam.

Nescia gnati. Nie wiedziałem, co stanie się z synem. Tego się nie spodziewałem - napisano pod posągiem ojca. 

Stało mi się obojętne, że kobieta z muzeum uważa mnie już najpewniej za stworzenie nie tyko nawiedzone, ale i złośliwe. Hipnotyzowała wzrokiem, stała naprzeciw wyjścia i wymownie nie przestawała huśtać torbą zakupami.

Jeszcze raz przebiegłam oczami muzealną ulotkę, żeby sprawdzić, czy muszę przepisywać ze ściany ostatni, pożegnalny tekst Luizy, matki i księżnej, która poczuwała się napisać epilog swojej historii. 

Musiałam. Trudno. Trzeba było go kazać wydrukować w ulotce, bo niektórym, choć to może dziwne, mógł się wydać niesamowity. Luiza pisała dedykację:

Bogu, opiekunowi szczątków poświęcono,

i pobożnym cieniom Domu Piastów,

który wziął początek z Piasta w roku 775 ery Chrystusowej,

dał Sarmacji 24 królów i licznych panujących Śląskowi 123 książąt, Kościołowi

6 arcybiskupów i biskupów,

Północy religię, naukę, urządzenia państwowe, świątynie, szkoły, miasta, zamki i mury obronne,

dzięki władcom pobożnym, szlachetnym, świętym, dzielnym i łaskawym, Germanię ocalił od nawały tatarskiej,

który na Kristianie najlepszym i jego synu Jerzym Wilhelmie ostatnim, lecz w zasługach najpierwszym

dnia 21 listopada 1675 roku, przy wielkim żalu Ojczyzny, Europy i cesarza, równo po dziewięciu stuleciach skończył się

i zasłużył, aby Luiza, księżna Anhalcka, ostatnia matka Piastów pomnik ten zbudowała

przodkom i pradziadom, jako też potomnym, małżonkowi, synowi, sobie i pozostałej córce Karolinie, księżnej Holsztyńskiej, roku Chrystusowego 1679,

płacząc nad urnami tych, z których każdy cnotę mając za herolda,

a świat Północy za pomnik niczego by nie potrzebował,

gdyby wcześniej od kamieni nie milkło wspomnienie i wdzięczność śmiertelnych

Tysiące mniejszych i większych władców, cesarzy i królów panowało na tym świecie. Wszyscy mieli do dyspozycji zastępy sekretarzy, kronikarzy, tłumy pisarzy i poetów, kancelarie. Mimo to, nie potrzeba wszystkich palców jednej ręki, żeby wyliczyć tych, którzy zdobyli się na podobne wyznanie. Zostały po nich jakieś listy, pojedyncze zdania. Sentencje i anegdoty szlifowane przez nadwornych lizusów do zgrabnej postaci. Ludwik XIV, cesarze, Napoleon. Najwięksi gracze światowej sceny razem wzięci nie zostawili historii tyle sensu, co  żona przedostatniego Piasta i matka ostatniego. Swoją wersję historii rodu miała odwagę zostawić na tych ścianach. Nie były to komplementy miłe władcom świata, ani nawet niektórym zwykłym, znanym jej śmiertelnikom.  Była w tym duma i pokora jednocześnie. Wielka, wspaniała księżna, przyznawała się do porażki i goryczy zawodu.

Obok jej tekstu rozwijały się wzdłuż ściany, jak w krótkim filmie, albo komiksie,  malowidła. Piast Kołodziej obejmował władzę w państwie Polan, Ziemowit rządził, Mieszko I chrzcił swój kraj, Bolesław Chrobry koronował się w 1000 roku, a  na następnym fresku wykupywał od Prusaków ciało świętego Wojciecha. Dalej królował Kazimierz Odnowiciel, który pierwszy postawił kościół w tym miejscu, w Legnicy, Bolesław Śmiały pokonywał królów czeskich i węgierskich, Bolesław Krzywousty pokonywał cesarza niemieckiego Henryka w 1109 roku.   

W trzysta lat po namalowaniu tych fresków stała ze łzami w oczach przed jej autorskim tekstem wychowanka kobiet, którym co piętnaście minut przez kilka tysięcy kanałów na świecie wmawia się, że cierpią na permanentne gazy, a bez wypicia ich obrzydliwego jogurtu nie mają po co iść do wucetu, ani nawet na spacer z wnukami. Te ofiary prostackiego marketingu w nędznej, powojennej młodości jeszcze miewały prawdziwych, sanacyjnych profesorów. Dzięki dwu pokoleniom poprzedniczek i ja mogłam zrozumieć tekst Luizy, bo imiona Piasta, Mieszka, Chrobrego, Kazimierza były mi  bliskie. Był to tak samo mój świat, jak świat Luizy sprzed trzech i pół wieku. Nie łączyły mnie z nimi tylko więzy krwi, a może, kto wie? Księżna pisała swoje mementi jako poddana cesarza Austrii, obcego historii jej przodków, Sarmatów, Korony Polskiej. Nie mogła napisać, po prostu, moi dziadowie byli królami polskimi. Dała mały rebusik. Pisała o krainie  o Sarmacji, krainie Północy. Wypomniała, że to jej przodkom mieszkańcy cesarstwa i zachodnie krainy zawdzięczają ratunek przed hordą tatarską. Świat Północy niczego więcej by nie potrzebował, gdyby nie był niewdzięczny - postanowiłam nad tym pomyśleć, bo to nie było proste.

Przed trzystu laty, gdy Śląsk już ponad dwa wieki należał do państwa czeskiego w granicach imperium cesarstwa Austrii, kaplicę  księżnej zamknięto na wielki klucz i zapomniano tak, że nikomu nawet nie zechciało się jej zniszczyć i rozgrabić. Przez ten czas najwspanialszy zamek całej dynastii w Brzegu, już w kilkadziesiąt lat po jej śmierci walił się i niszczał w pogardzie zbożowych, magazynowych pyłów. W gruzy obracały się zamki w Lubinie, Jaworze, Świdnicy i Opolu. Z resztek zamku we Wrocławiu, już  kilkadziesiąt lat po  śmierci księżnej, nie został kamień na kamieniu.  Nad światem szalały  zawieruchy. Z czasem biblioteczne skryby zaczęły pisać, że ród Piastów był niemiecki. Ślady jego istnienia i losów miały być na zawsze wydrapane z murów i z pamięci. Napisano wiele nowych ksiąg, a najwięcej już nie po łacinie. Za to książęce biblioteki zostały rozkradzione albo po prostu spalone.  Epitafia i nagrobki w kościołach i zamkach, które ocalały, skuto młotkiem i pilnikiem, zostały wyłącznie niemieckie. Tylko pod podłogami kościołów i zrabowanych klasztorów przerobionych na pruskie, wojskowe lazarety i magazyny, ukrywały się gdzieniegdzie groby ich właścicieli. Rodziny Piasta.  Królów, książąt i ich żon, dzieci, a czasem nawet ulubionych psów. Potem nad światem przewaliły się dwie największe światowe wojny i w księstwie legnickim nastała mała Moskwa. Po pięćdziesięciu latach przyszedł prawie prawdziwy koniec tej ostatniej wojny. Zwycięzcy odjeżdżali pociągami do domów, żegnani furą czerwonych goździków. Nastały czasy wielkiego szabru. Za sprawą jakiego cudu, w niszach  kaplicy Luizy wciąż stały przepiękne, pozłacane sarkofagi, a oni  mogli toczyć niekończącą się rozmowę ?

Na ostatniej kolumnie, przy wyjściu, stał posąg córki Karoliny. Pytała: Spes ubi nostrae? Gdzie jest nasza nadzieja?

- A co się stało z krzyżem? - zwróciłam się do zrezygnowanej już chyba muzealniczki.

Luiza w pierwszej kolejności mówiła o Bogu. Mimo wszystko, pewnie nie o jakimś Marsie ani Zeusie. Choć historia twierdziła, że pod koniec dynastii Piastowie byli kalwinami, nic z wystroju kaplicy nie świadczyło o jakiejkolwiek wierze, a jednak  wysoko, nad oknami, księżna kazała oprawić w złote ramy freski ze świętą Jadwigą i kochającym ją Henrykiem Brodatym, których krew płynęła w żyłach jej męża i syna.

- Krzyż? Nie, chyba tu go nigdy nie było - przewodniczka zrobiła okrągłe, zdziwione oczy. Jasne, kogo to mogło interesować. Pizza przez ten idiotycznie spędzony czas zapewne  rozmroziła się do imentu.

Obejrzałam się za siebie. Przed sarkofagiem młodego księcia stało parę tanich, wypalonych zniczy z kolorowego szkła.

- Ale ktoś tu jednak przychodzi pomodlić się za nich - wskazałam.

-  Co roku zjawia się taki pan. Nauczyciel z harcerzami i zapalają. W rocznicę jego śmierci.

- Jerzego Wilhelma. Dwudziestego pierwszego listopada - czytałam z fresku.

- Tak. Dwudziestego pierwszego listopada.

Poczułam, że tym razem moje oczy robią się okrągłe, jak u wilka po zjedzeniu babci Czerwonego Kapturka. Bo właśnie był listopad.

- Ale to dziś ! - kobieta wykrzyknęła pierwsza.

- Dzisiaj! Dziś tu byli? - nie ustępowałam.

- Nie, dziś nie. Rok temu dwudziestego pierwszego listopada…

-  Znaczy, że w tym roku zapomnieli - wysnuła całkiem rozsądny wniosek.

Wychodziło więc na to, że rodzina Piastów na poważnie nie obchodziła już  nikogo na świecie poza mną. Nawet jeśli ktoś pamiętał, nie było to na tyle ważne, żeby tu dziś przyjść. Ale ja zdążyłam. Rzutem na taśmę. W ostatnie dwie możliwe godziny tego dnia.  Dokładnie w trzysta trzydzieści lat od śmierci ostatniego Piasta z wszystkich pokoleń Rzeczypospolitej, z własnej i nieprzymuszonej woli stawiłam się ja. Jedyna już wierna poddana.

Muzealniczka z uśmiechem ulgi przekręcała klucz w zamku. Właściwie wydała mi się teraz całkiem sympatyczna. Może zwyczajnie nie miała czasu na gotowanie, bo szykowała o nich, o Piastach,  jakiś tekst. Całkiem mężnie dotrwała do końca na stanowisku pracy.

Wyszłam z kościoła na zewnątrz, do świata, który pośpiesznie zaopatrywał się w  mrożoną pizzę i chińskie zupki. Należało szybko biec do domu. Rozkwitała pora seriali. Rodzina Głuptowiaków przeżywała burze losu w kubku do mycia zębów, a kolejne bezczelne babsko, odstawiające księżą gospodynię, beształo swojego chlebodawcę  jak ostatniego ćwoka. Trwał nieustający karnawał uwrażliwiania się na „wilgoć”, która nie miała szansy wydostać się na zewnątrz, odnajdywania sensu życia w kupnie płynu do naczyń, proszku do prania i innych fetyszy dla ubogich i nikt już nie chciał niczego do nikogo mówić, bo wystarczyło mu dać czekoladki.

Ledwo dotarłam do placyku, a już parkingowy kiwał do mnie z daleka. Podałam mu do sprawdzenia bilet, który dwie godziny temu umieściłam za szybą.

-  Odjeżdża pani od nas?- zagadał wyraźnie zadowolony z napiwku.

- Eee, wrócę tu jeszcze - opadłam na siedzenie, ponownie zapominając, że zdecydowałam podjechać pod jakiś hotel.

- Którego dzisiaj mamy? -wciąż nie mogłam uwierzyć w to, co się stało

- Dwudziestego pierwszego listopada. To kiedy pani jeszcze przyjedzie? - oddał mi bilet.

Nie byłam w stanie oderwać oczu od tego papierka. W rubryce „miesiąc” tkwił  niebieski krzyżyk na rzymskiej jedenastce. W rubryce dzień zakreślono dwadzieścia jeden.  Rok 2005. Taka data. Równe trzysta trzydzieści lat dalej.

Luiza żona Piasta

Nikt nie odważyłby się twierdzić, że Luiza wyszła za mąż nie doznając słodkiego stanu zakochania. Jednak,  gdy przeminęły weselne fajerwerki i  nowe życie żony księcia Piasta stało się faktem oczywistym dla wszystkich,  nieraz zdarzało się jej patrzeć z okien zamku w Wołowie, w stronę zachodu słońca. Całym sercem podzielała  odczucie tego starożytnego artysty,  może był nim poeta albo malarz, który pierwszy nazwał gwiazdę Słońca Heliosem i przedstawił ją w postaci olbrzyma rozpędzonego po niebie w ognistym zaprzęgu.  Luiza lubiła przyglądać się słońcu przez lekko zmrużone źrenice. Widziała wtedy, jak wokół świetlistej misy płynnego złota  układa się aureola rozżarzonych jęzorów, taka sama, jaką widywała na rycinach i malarskich wizerunkach greckiego boga. Często przenikał ją wtedy smutek, bo nieraz pragnęła zabrać się na słoneczny rydwan do swoich, do Anhaltu. Ale świetlisty bożek każdego popołudnia błyskawicznie uciekał i porzucał  wszystkie stworzenia w drętwocie oczekiwania na swój powrót po przeciwnej stronie nieba.

Z czasem Luiza coraz rzadziej odprawiała  wieczorny rytuał zachodów słońca. Po roku  uświadomiła sobie, że właśnie tu, w śląskim zamku, jest jej własne miejsce na ziemi.  Czas dzieciństwa minął, minęła i nostalgia za utraconym rajem. Luiza była potrzebna Krystianowi a także jego krainie,  która potrzebowała rodziny młodego księcia. 

- Bo to jest tak, moja mała księżniczko - tłumaczył jej mąż pewnego ranka. Okręcał przy tym  sobie wokół palca pierścionek ze złocistych loczków Luizy, co wydawało się jego ulubioną igraszką, gdy byli sam na sam.  Wyciągali się pod baldachimem ze srebrnej materii w białe pióropusze. Z malowidła na suficie sypialni księżnej, na tle skłębionych chmurek przetykanych błękitem nieba, podglądała ich ciekawa nimfa..

- Słucham pilnie. Więc, Włoszka Bona z rodu Sforzów … 

- Bona z rodu Sforzów, z włoskiego miasta Bari, nieodżałowana królowa Polski jako żona Zygmunta…

Luiza zbliżyła do jego warg kiść dorodnych winogron. Krystian przerwał na chwilę nauki. Sięgnął ustami po soczyste grono.  Kazali sobie przynieść do  sypialni paterę pysznych owoców z oranżerii, gdzie włoski ogrodnik uprawiał pomarańcze i ananasy.

- Ależ ja to wiem! Bona Sforza z włoskiego miasta Bari, połowica Zygmunta,  drugiego w kolejności króla z rodu Jagiellonów -  zabłysnęła Luiza.

Było to godne podziwu i miłości, bo w jej rodzimym zamku Anhalt, na Zachód od piastowskich dzielnic, nikt jej tego nie uczył. Lae ona nie była zwyczajną, pustą trzpiotką.

Krystian musnął wargami porcelanowe czółko. Wiedziała, że go zadziwi. Uwielbiała go zaskakiwać i dlatego,  zwłaszcza w Legnicy, w zamku wuja Rudolfa, za rozrywkę uważała nie tylko tańce przy dworskiej kapeli, turnieje  i parady wojskowe, których wuj był pasjonatem, ale zakradała się i do rudolfowej biblioteki. W samotności zgłębiała różne dzieła. Rodzina męża sprowadzała je z całej Europy. Zamawiała i  u swoich niemałym kosztem.  Pokaźny zbiór mieli też i na miejscu, w Brzegu, który o palmę pierwszeństwa rodowego z Legnicą się ścigał. Książęcy bibliotekarz od razu i na zamek, i do sławnego gimnazjum , przez pradziadów wprost  naprzeciw brzeskiego  zamku wystawionego, księgi zamawiał. Najbardziej lubiła zażyczyć  sobie , by jej podano wielki tom Macieja Miechowity. Te wszystkie opowieści, ryciny, opisywały przecież przodków Krystiana, jego własnej ziemi i zamku, w którym zamieszkała.  Od kiedy wyszła za niego, była to też historia maleńkiej Karoliny i innych ich dzieci, które dopiero miały nadejść, czego była pewna.

- Zatem Bona z rodu Sforzów, pani Rzeczypospolitej potrafiła pilnować  swoich interesów, a dzieci całkiem wygodnie urządzić. Ukochany syn - rzecz jasna- został królem, po ojcu. Z trzech córek jedna poszła na królową węgierską. Drugą - największą ślicznotkę,  ukochaną Katarzynę,  Bona za morze wyprawiła,  do zimnej Szwecji, na żonę ichniejszego króla.

W kraju pozostała Anna.

-  Jagiellonka, co do późnej starości  w stanie panieńskim przeżyła, aż do czasu śmierci brata  z jego melancholii i rozpaczy za zmarłą pouvre Barbarą - Luiza dała do zrozumienia, że nadąża.

- Niech ci będzie, że z rozpaczy  - uśmiechnął się  Krystian. Sam chętnie wierzył w takie historie.

-  Aż się doczekała zamęścia stara panienka  o złotym sercu Anna, córka Bony, i to za wielkiego wojownika! Nazywał się  - wzniosła oczy ku górze wysilając pamięć.

- Baa…

- Batory! - wykrzyknęła uradowana.

- Stefan Batory. Madziar - potwierdził  zadowolony nie mniej chyba od niej.

- Ta to właśnie Anna, córka Bony Sforzy, cóż tu dużo mówić- jak piszą -  całą urodę swoim siostrom oddała. Jako przejrzała panienka, własnych dzieci nie mając, nie doczekała się ich i u brata. Zatem kłopot okropny dla Rzeczypospolitej. Koniec dynastii pewny.

 - Ponoć, plotki to chyba, Bona truła swoją synową - Luiza uważnie  przestudiowała historię nieszczęsnej Barbary Radziwiłłówny.

- Jak było, tak było, dość na tym, że małych królewiczów na Wawelu, w Krakowie urodzonych, Bona się nie doczekała, ani za życia, ani potem. Za to najpiękniejsza Kachna do zimnej Szwecji  wniosła nie tylko swoje wielkie wiano. Nie tylko tamtejszy, chłopski ród Wazów nauczyła i pałace, i kościoły budować. Jakoż i urządzać się w nim na włoską modłę. Obrazy malować, a rzeźbić w drewnie i kamieniu. Meble wykwintne z Italii sprowadzać, a kuchni pańskiej przyuczać rody szwedzkie, co niewiele lepiej od pospólstwa dotąd żyły. Jeszcze i dziedziców dała.

 Familii Wazów, snopek zboża,  jako herb mającej na znak, że z ludu się wywodzi.

Złoty loczek załaskotał Kristiana w nosie, ale książę twardo trzymał się tematu:

- Samotne, poczciwe serce brzydkiej ciotki Anny, całe życie tęskniło z Krakowa za siostrą i jej dziećmi. Poczciwina  wysyłała im  do Szwecji prezenty. Pomarańcze, cytryny, miody polskie, leguminy.  Nawet spódnice ciepłe dla siostrzenicy  futrem podbijane na surowe, szwedzkie pogody.  Piękna zaś Kachna dała synkowi na imię Zygmunt, a córeczce Anna, po ciotce.  Gdy leciwa panna Jagiellonówna doczekała się wreszcie własnego tronu i  nawet świetnego męża Batorego, do rodzenia dzieci, jak dla spróchniałej gruszy, było już dla niej za późno. Zamarzyła, żeby dzieci Kachny na tron polski, na Wawel  sprowadzić.

- I to się udało! - klasnęła w dłonie Luiza.

- A jakże. Zygmuś z królewną Anną  - wnuczki królowej Bony, wychowane w zimnej Szwecji,  wróciły do ojczyzny.

- Dobrze