Ekonomia dla każdego - czyli o czym każdy szanujący się obywatel, wyborca i podatnik wiedzieć powinni  - Thomas Sowell - ebook
Wydawca: Fijorr Publishing Kategoria: Specjalistyczne Język: polski

Ekonomia dla każdego - czyli o czym każdy szanujący się obywatel, wyborca i podatnik wiedzieć powinni ebook

Thomas Sowell

5 (1)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ekonomia dla każdego - czyli o czym każdy szanujący się obywatel, wyborca i podatnik wiedzieć powinni - Thomas Sowell


Jeden z najciekawszych i najlepiej napisanych amerykańskich podręczników ekonomii wolnego rynku. "Ekonomia dla każdego" zmienia sposób patrzenia na ekonomię i gospodarkę. Wyjaśnia nie tylko nieskuetczność eurosocjalizmu i interwencjonizmu, ukazując przy okazji przyczyny obecnego załamania gospodarczego na Zachodzie. W powodzi znajdujących się na rynku podręczników pisanych przez marksistów i keynesistów, książka Sowella to prawdziwa perła. Polecam szczególnie tym, których drażni przeregulowanie gospodarki, redystrynucja i napastliwosć władzy w stosunku do przedsiębiorców. Czyta się z wypiekami na twarzy!


Tłumaczenie: Jan M Fijor

Opinie o ebooku Ekonomia dla każdego - czyli o czym każdy szanujący się obywatel, wyborca i podatnik wiedzieć powinni - Thomas Sowell

Fragment ebooka Ekonomia dla każdego - czyli o czym każdy szanujący się obywatel, wyborca i podatnik wiedzieć powinni - Thomas Sowell








CZĘŚĆ I CENY








Rozdział 1


Co to jest ekonomia?







Aby zrozumieć czym jest ekonomia, należy sobie wpierw odpowiedzieć na pytanie: czym jest gospodarka? Większość z nas pod pojęciem gospodarka rozumie system produkcji i dystrybucji towarów i usług codziennego użytku. Jest to prawda, lecz tylko w pewnym, dość wąskim sensie. Rajskie Ogrody były systemem produkcji i dystrybucji, ale to nie był system gospodarczy, ponieważ w raju niczego nie brakowało, wszystko było w nieograniczonej ilości. Pod nieobecność niedostatku nie ma potrzeby „ekonomizowania" – stąd nie potrzebna jest ekonomia. Wybitny brytyjski ekonomista, Lionel Robbins stworzył klasyczną definicję ekonomii:


Ekonomia to nauka zajmująca się badaniem sposobów wykorzystania zasobów występujących w niedoborze, mających równocześnie alternatywne wykorzystanie.


Co to znaczy „niedobór"? Znaczy to, że ludzie chcieliby więcej, niż mogą dostać. Brzmi to dość banalnie, choć implikacje tego faktu są dla większości, i to wykształconych ludzi, mocno niezrozumiałe. Przykładowo, w artykule redakcyjnym „The New York Times'a" z 1 sierpnia 1999 roku pisano o niedoli i zmartwieniach amerykańskiej klasy średniej – jednej z najzamożniejszych grup w dziejach gatunku ludzkiego. Chociaż ilustracją artykułu było zdjęcie rodziny, przedstawicieli klasy średniej, stojącej na tle domu z basenem, nagłówek głosił: „Amerykańscy „średniacy" ledwie wiążą koniec z końcem", a oto inne podtytuły wspomnianego artykułu:


Odłożone pragnienia i niezrealizowane plany
Cele poza zasięgiem
Mozolne oszczędzanie i garść luksusu


Jednym słowem, autorom wspomnianego artykułu chodziło o pokazanie, że potrzeby i pragnienia przedstawicieli amerykańskiej klasy średniej przewyższają to, na co ich normalnie stać. Zignorowali kompletnie fakt, że amerykańska klasa średnia, pod względem zasobności uważana byłaby w innych krajach świata czy w porównaniu do poprzednich pokoleń Amerykanów, za klasę ludzi zamożnych. Tymczasem zarówno jej przedstawiciele, jak i piszący wspomniany artykuł dziennikarz uznali, że amerykańska klasa średnia „ledwie wiąże koniec z końcem". Zapytany o opinię w tej sprawie socjolog z Harwardu ubolewał nad „ograniczeniami w wydatkach", jakim amerykańska klasa średnia podlega. Jednakże to nie budżet tych ludzi ogranicza, lecz realia. Zasobność planety nie gwarantowała nigdy pełnego zaspokojenia potrzeb wszystkich ludzi. I to jest obiektywne ograniczenie. Ono właśnie oznacza ów „niedobór".

Mimo iż rzeczywisty dochód per capita wzrósł w Stanach Zjednoczonych w ciągu jednego tylko pokolenia o 50 proc., rodziny należące do klasy średniej – jak napisał cytowany powyżej socjolog, prof. Fordham – „dla osiągnięcia skromnej chociażby poprawy bytu, musza ciężko pracować". Cóż za hańba, że nie spada im manna z nieba!

Wypowiedź ta sugeruje, że gdy chodzi o „umiar" w osiąganiu lepszego bytu, ludzie ci nie tylko podnieśli w górę poprzeczki własnych wymagań czy oczekiwań, lecz także dostosowali do niej retorykę odzwierciedlającą to ich „wiązanie końca z końcem". Reporter „The New York Times'a" napisał o jednej z takich rodzin:


Po zeszłorocznych trudnościach spowodowanych spłatami potężnego zadłużenia na kartach kredytowych, ich finan se znajdują się dziś w jakim takim porządku. „Jeśli jednak popełnimy jakiś błąd – mówi Geraldine Frazier – presja ze strony niezapłaconych rachunków powróci, a to jak wiadomo jest bolesne".


Wszystkim tym ludziom – począwszy od profesora socjologii, poprzez autora reportażu, na jego bohaterach, przedstawicielach klasy średniej kończąc – nie może się w głowie pomieścić, że może istnieć coś takiego jak „niedostatek", którego konsekwencjami są wysiłek produktywny z jednej strony i odpowiedzialność w wydatkach z drugiej strony. Nic tak nie dokuczało gatunkowi ludzkiemu na przestrzeni dziejów, jak właśnie ten ciągły „niedobór" oraz towarzyszące mu wysiłki zmierzające do gospodarowania zasobami, których nam ciągle brakuje.

Nie tylko „niedobór" dóbr, lecz także „alternatywne ich wykorzystanie" stanowi centrum zainteresowania ekonomii. Gdyby każdy z surowców miał wyłącznie jedno wykorzystanie, życie byłoby znacznie prostsze. Woda – jednakże – może być wykorzystana do produkcji lodu, pary wodnej oraz całej masy innych mikstur powstałych ze zmieszania jej z różnymi substancjami. Równie nieskończone jest zastosowanie drewna czy ropy naftowej, rudy żelaza itp. Jaka ilość danego surowca powinna być przeznaczona dla tego, a nie innego użytku? Każda gospodarka musi na to pytanie odpowiedzieć, i każda – w ten czy inny sposób, mniej lub bardziej efektywnie – odpowiada. Efektywne wykorzystanie zasobów to jest to, o co w ekonomii chodzi.

To czy dana gospodarka jest źródłem prosperity czy też nędzy zależy w dużym stopniu od sposobu, w jaki dysponuje ona zasobami. Dość często zdarza się, że w krajach zasobnych w surowce, ludzie żyją w biedzie, ponieważ brak jest tam mechanizmów, jak również umiejętności, efektywnego przekształcania tych surowców w obfitość dóbr. Bywa też odwrotnie, w krajach posiadających stosunkowo niewielkie bogactwa naturalne – przykładem może tu być Szwajcaria czy Japonia – standard życia może być wysoki, ponieważ zarówno ludzie, jak i gospodarka przystosowani są do efek tywnego dysponowania zasobami własnymi bądź zasobami po chodzącymi z importu z innych krajów.

Jednym z najczęstszych nieporozumień jest traktowanie ekonomii jako nauki o sposobach robienia pieniędzy, wiedzy na temat, jak prowadzić biznes czy jak przewidzieć wzloty czy upadki giełdy. Jednakże ekonomia nie jest ani nauką o finansach osobistych, ani o metodach administrowania biznesem, zaś przewidywanie bessy czy hossy na giełdzie nie jest możliwe bez odwołania się do konkretnych, wzajemnie ze sobą powiązanych zasad.

Ekonomia nie zajmuje się materialnymi losami poszczególnych ludzi. Ekonomia jest nauką o dobrobycie materialnym społeczeństwa jako całości. Ukazuje ona związek przyczynowo – skutkowy pomiędzy cenami, produkcją przemysłową i handlem, pracą i płacą, bilansem w handlu zagranicznym, pokazując, w jaki sposób oddziałują one na alokację środków, których niedostatek odczuwamy oraz jak wpływa on na poziom życia całej populacji.

Aby jakaś decyzja miała charakter gospodarczy, nie musi wcale dotyczyć pieniędzy. Patrol medyczny, który udał się na pole walki, aby udzielić pomocy rannym żołnierzom staje przed koniecznością podjęcia klasycznej decyzji ekonomicznej, jak rozdzielić swoje ograniczone możliwości w celu ulokowania swoich ograniczonych, lecz mających alternatywne wykorzystanie zasobów. W takich sytuacjach przeważnie brakuje lekarzy, pielęgniarek czy sanitariuszy, nie mówiąc już o lekarstwach czy innych środkach leczniczych. Niektórzy z żołnierzy są ciężko ranni, grozi im niechybna śmierć, inni mają szansę przeżyć, pod warunkiem, że udzieli im się szybkiej pomocy, jeszcze inni, lżej ranni, mają szansę wylizać się z ran, niezależnie od tego, czy pomoc zostanie im udzielona, czy nie.

Jeśli patrol medyczny nieprawidłowo rozdzieli swoje siły, środki czy czas, niektórzy z rannych mogą niepotrzebnie umrzeć, ponieważ innym, niepotrzebującym natychmiastowej pomocy, poświęcono zbyt wiele uwagi, lub poświęcono ją tym, których szanse przeżycia były i tak znikome. Te wszystkie problemy mają charakter ekonomiczny, choć w żadnym z nich nawet o pieniądzach nie wspomniano.

Dla wielu z nas konieczność podejmowania podobnych decyzji wywołuje nieprzyjemny dreszcz. I rzeczywiście, jak czytaliśmy przed chwilą, niektórzy przedstawiciele amerykańskiej klasy średniej czują się zrozpaczeni koniecznością rezygnacji z pewnych swoich marzeń czy pragnień. Życie jest jednak nieubłagane i rzadko kiedy przynosi nam to, czego byśmy najbardziej pragnęli. W zamian za to stawia nas przed wyborami. Ekonomia jest właśnie metodą, przy pomocy której możemy większość tych wyborów dokonać.

Istnienie w ekonomii szeregu kontrowersji, podobnie zresztą jak w innych dziedzinach nauki, nie oznacza wcale, że jej prawa czy reguły są kwestią czyjejś opinii. Istnieją w ekonomii pewne fundamentalne twierdzenia czy mechanizmy, co do których zgadzają się zarówno marksiści, np. Oskar Lange, jak i ekonomiści uchodzący za konserwatystów, przykład: Milton Friedman. Niniejsza książka zajmuje się właśnie omówieniem tych niekwestionowanych zasad i twierdzeń.

Większość materiału przedstawionego w kolejnych rozdziałach to analiza zjawisk gospodarczych z punktu widzenia ekonomii koordynowanej przez wolną grę cen oraz towarzyszący jej strumień pieniędzy i dóbr w warunkach wolnej konkurencji i rynku. Rozważamy także konsekwencje tych zjawisk w sytuacji, gdy wskutek ingerencji rządu, związków zawodowych czy samego biznesu, wolny rynek zostaje ograniczony. Przykładowo, jednym z najskuteczniejszych sposobów zrozumienia mechanizmu funkcjonowania cen jest pokazanie go w środowisku, w którym wolna gra cen jest zabroniona. Jak reaguje gospodarka z chwilą, gdy – w miejsce gry rynkowej wyznaczanej przez relację popytu i podaży – ceny są ustanawiane przez rząd? Jak działa gospodarka zarządzana centralnie, czym różni się od gospodarki, w której decyzje o wykorzystaniu środków oraz dystrybucji towarów i usług podejmowane są przez miliony rozproszonych indywiduów, których działania podporządkowane są wyłącznie ruchowi cen?

Wszystkie rodzaje ekonomii – czy to będzie ekonomia kapitalizmu, socjalizmu, feudalizmu etc. – muszą odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób należy dysponować dostępnymi nam środkami. W zależności od udzielonej odpowiedzi mamy wtedy do czynienia albo z dobrobytem, albo z nędzą państw i narodów. I choćby dlatego badanie zjawisk ekonomicznych jest tak ważne.








Rozdział 2


Rola cen







Wgospodarce rynkowej ceny pełnią rolę podstawowego mechanizmu określającego ilość angażowanych do działalności zasobów. Niestety, bardzo rzadko rola ta jest przez społeczeństwo należycie rozumiana. Co gorsza, kompletnie lekceważą ją politycy.

Dla wielu ludzi ceny są przeszkodą na drodze do zdobycia tej czy innej rzeczy. Osoby marzące o posiadaniu domu na plaży, z chwilą odkrycia jak drogie są takie posiadłości, rezygnują zwykle z ich zakupu. Ale przecież wysoka cena nie jest powodem, dla którego każdy, kto chciałby mieszkać na plaży, mógłby posiadać na niej swój dom. Przeciwnie, brutalną prawdą jest to, że ze względu na stosunkowo niewielką ilość domów zlokalizowanych na plaży, ich ceny muszą być sygnałem informującym o tym fakcie. Jeśli wielu chętnych składa oferty zakupu niewielu posiadłości, stają się one bardzo drogie, co wynika z relacji podaży i popytu. Ale to nie cena doprowadziła do niedostatku domów na plaży. Istniałby on niezależnie od systemu ich „akwizycji", nawet pod nieobecność regulatora cenowego.

Załóżmy, że rząd podjął decyzję o realizacji „planu" gwarantującego każdemu obywatelowi „dostęp do własnego domu na plaży", nakładając w związku z tym ograniczenie cenowe na tego typu nieruchomości. Nie zmieni to relacji liczby ludzi chcących mieszkać w domu na plaży do ilości takich domów. Pod nieobecność regulującego (ograniczającego) mechanizmu cenowego, racjonowaniem takich domów będą musieli się zająć urzędnicy rządowi, nie obej dzie się przy tym bez protekcji, a w najlepszym razie o posiadaniu zdecyduje ślepy los. Rzeczywistość jest bowiem taka, że tego typu domów brakuje. Nie zmieniłaby tego nawet decyzja Kongresu czy Sądu Najwyższego uznająca prawo do posiadania domu na plaży za „fundamentalne prawo obywatelskie".

Ceny pełnią rolę posłańca, który dostarcza wiadomość – raz jest to wiadomość zła, jak w przypadku rezydencji zlokalizowanych na plaży, których ilość nie pokrywa zapotrzebowania społecznego, innym razem jest to wiadomość dobra. Znakomitym przykładem może być rynek komputerowy; wskutek gwałtownego rozwoju technologii komputery stają się nie tylko coraz tańsze, lecz także coraz lepsze i szybsze. Chociaż większość użytkowników komputerów korzystających z postępu techniki czy odkryć naukowych nie ma bladego pojęcia, na czym one polegają, to jednak ceny przekazują im końcowy rezultat zachodzących procesów. To właśnie on decyduje, że podejmują decyzję zakupu, która podnosi wydajność ich pracy, a tym samym przyczynia się do ich dobrobytu materialnego.

Podobnie jest w przypadku wiadomości o odkryciu nowych, wyjątkowo zasobnych złóż rudy żelaza. Faktem tym zainteresuje się w najlepszym przypadku nie więcej niż jeden procent populacji, jednakże dzięki potanieniu wyrobów produkowanych ze stali, „odkryje" go znacznie więcej ludzi. Przykładowo, osoby zamierzające kupić biurko stwierdzą, że ceny biurek stalowych są znacznie niższe niż ceny biurek drewnianych. Część z nich, pod wpływem takiego spostrzeżenia, podejmie decyzję kupienia biurka stalowego zamiast drewnianego. W podobny sposób decydować będą nabywcy innych wyrobów stalowych, którzy zrezygnują z kupna konkurencyjnych produktów wytwarzanych z drewna, aluminium, plastyku czy innych materiałów.

Innymi słowy, zmiana cen pozwoli całemu społeczeństwu dostosować się automatycznie do zwiększonej podaży rudy żelaza, mimo iż 99 proc. ludzi o odkryciu tych nowych złóż rudy nawet nie słyszało.

Ceny są nie tylko wskazówką dla konsumentów, dla producentów są nią także. Żaden producent nie jest w stanie dowiedzieć się, czego pragną miliony konsumentów. Wszystko, o czym wie, dajmy na to producent samochodów, to to że produkując pewien rodzaj pojazdów wyposażonych w określone urządzenia techniczne, jest w stanie uzyskać cenę, która pokryje koszty produkcji i zagwarantuje określony zysk. Produkując natomiast inne samochody, z inną kombinacją parametrów, takiej gwarancji nie ma. W celu pozbycia się niesprzedanych samochodów będzie musiał obniżyć ceny do poziomu gwarantującego opróżnienie magazynów i parkingów, nawet jeśli oznaczałoby to konieczność poniesienia straty. Alternatywą jest bowiem poniesienie jeszcze większej straty poprzez niesprzedanie żadnego z tych aut.

Gospodarka rynkowa nazywana jest niekiedy „systemem zysków", w rzeczywistości jest to raczej system „zysków i strat", przy czym straty mają – dla skutecznego działania – równie ważne znaczenie, informują bowiem producenta, kiedy i co powinien przestać produkować, nawet jeśli nie wie on, dlaczego konsumenci wolą to czy owo. Producent nie musi wiedzieć, dlaczego konsumenci preferują ten czy inny model samochodu, żeby produkować więcej pojazdów, na których osiąga profit, a mniej takich, które prowadzą do strat. Sprowadza się to do produkowania tego, czego konsumenci poszukują i powstrzymania się od produkcji tego, czego kupować nie chcą. Mimo iż w swoich decyzjach kieruje się on wyłącznie własnym interesem, z punktu widzenia gospodarki jako całości, podejmując decyzje w oparciu o ruch cen, optymalizuje wykorzystanie zasobów znajdujących się w niedoborze.



CENY A KOSZTY


Opisana sytuacja, czyli „odkrycie" przyczyny, dla której konsumenci chcą produktu A, a nie chcą produktu B, jest najprostszym przykładem wykorzystania ruchu cen do efektywnego kierowania zasobami występującymi w niedoborze. Ceny są również wskazówką w sytuacji, gdy konsumenci chcą zarówno produktu A, jak i produktu B, a także innych wyrobów, których wytworzenie wy maga takich samych surowców. Przykładowo, ludzie równie chętnie jak sery, kupują także lody, jogurty czy inne wyroby produkowane z mleka. W jaki sposób ceny pomagają gospodarce w ustaleniu, ile mleka należy przeznaczyć na wyprodukowanie każdego z tych wyrobów?

Konsumenci „licytując" się o ser, lody czy jogurt, w rzeczywistości licytują mleko, które służy do ich produkcji. Pieniądze pochodzące ze sprzedaży produktów mlecznych umożliwiają ich producentom kupno mleka niezbędnego do utrzymywania ciągłości produkcji. Jeśli zwiększy się popyt na ser, zmuszeni do zakupu większej ilości mleka serowarzy przelicytują innych producentów, wykupując tę ilość mleka, która przedtem służyła do produkcji lodów czy jogurtu. Jeśli by tego nie uczynili, nie byliby w stanie wyprodukować większej ilości sera. Innymi słowy, zwiększony popyt na mleko ze strony serowarów doprowadzi do podniesienia jego ceny, w rezultacie czego producenci innych produktów nabiałowych zmuszeni będą ograniczyć ilość zakupywanego mleka. Wzrastająca cena mleka doprowadzi w konsekwencji do wzrostu ceny jogurtu czy lodów, co najprawdopodobniej spowoduje spadek popytu na te wyroby.

Skąd poszczególni producenci wiedzą, ile mleka mają kupić? Oni kupują tylko tyle mleka, ile wymagać będzie opłacenie wyższych jego cen przy pomocy droższych lodów czy jogurtu. Jeśli wyższa cena lodów zniechęci konsumentów do ich kupowania w mniejszym stopniu, niż wyższa cena jogurtu zniechęci konsumentów jogurtu, dodatkowa produkcja sera odbędzie się kosztem niewielkiej ilości mleka przeznaczanego poprzednio na lody, a kosztem większej ilości mleka, z którego produkowano przedtem jogurt.

Wszystko to sprowadza się do ogólnej zasady, mianowicie że cena, jaką jeden producent pragnie zapłacić za mleko (czy jakiś inny surowiec), jest ceną, jaką inny producent za ten sam surowiec jest zmuszony zapłacić. Ponieważ zasoby znajdujące się w niedoborze mogą być wykorzystane alternatywnie, wartość przypisana im przez jednego producenta staje się kosztem, który zapłacić muszą producenci gotowi „licytować" dany surowiec, kupując go do własnego użytku.

Z punktu widzenia gospodarki jako całości oznacza to, że zasoby zmierzają zwykle do miejsc, w których osiągają najwyższą wartość.

Nie oznacza to wcale, że jedno ich przeznaczenie wyklucza wszystkie inne. Przeciwnie, to dostrajanie się do nowych warunków jest stopniowe. Do produkcji lodów czy jogurtu skierowana zostanie tylko ta ilość mleka, która dla konsumentów lodów czy jogurtu jest równie cenna, co dla amatorów sera. Bez względu na to, czy odnosimy się do konsumentów sera, lodów czy jogurtu niektórym z nich zależeć będzie na zdobyciu określonej ilości mleka, mniej na zdobyciu większej jego ilości, aż wreszcie – po przekroczeniu pewnego poziomu – obojętne im będzie to, by zdobyć większą ilość mleka. Po osiągnięciu poziomu nasycenia wręcz nie będą chcieli tego mleka konsumować.

Cenowa koordynacja wykorzystania surowców polega na tym, że ilość surowca użyta do produkcji jednego wyrobu posiada wartość identyczną z tą, jaka przypisywana jest temu surowcowi wykorzystanemu do innej produkcji. Dzięki temu – w gospodarce regulowanej wolną grą cenową – nie dochodzi do zalania rynku górami sera, przy równoczesnym pozbawieniu ludzi możliwości konsumowania lodów czy jogurtu. Do takich absurdalnych przypadków dochodzi jednak w gospodarkach, w których o przeznaczeniu zasobów czy surowców nie decyduje wolna gra cen.

W gospodarce sowieckiej, na przykład, dochodziło niekiedy do tworzenia się w magazynach stert produktów, których nikt kupować nie chciał, podczas gdy w tym samym czasie ludzie wystawali w kilometrowych kolejkach, pragnąc kupić towary, na których im zależało. Efektywne wykorzystanie zasobów znajdujących się w niedoborze, a mających alternatywne użycie, nie jest abstrakcyjnym wymysłem ekonomistów. Od niego zależy poziom życia, dobrobyt lub nędza milionów ludzi.

Wracając do przykładu z posiadłościami zlokalizowanymi na plaży, ich ceny są odzwierciedleniem odpowiadającej im rzeczywistości.

Z punktu widzenia społeczeństwa jako całości koszt jakiejś rzeczy (produktu, usługi) odpowiada wartości, jaką osiąga ona z chwilą alternatywnego jej wykorzystania. Ten koszt ma swoje odbicie na rynku, gdzie cena, jaką jedno indywiduum jest gotowe za coś zapłacić, staje się dla innych indywiduów kosztem, jaki za tę samą ilość zasobów znajdujących się w niedoborze, lub produktów z nich wytworzonych, zmuszeni są zapłacić. Bez względu na system panujący w danym społeczeństwie, czy to będzie kapitalizm, gospodarka socjalistyczna, feudalna czy jakaś inna, prawdziwym kosztem jakiejś rzeczy jest jej wartość osiągana z chwilą alternatywnego jej zastosowania. Prawdziwym kosztem budowy mostu jest wartość rzeczy i przedmiotów, które można by wybudować, stosując tę samą (co do budowy mostu) ilość materiału i pracy. Ta prawidłowość istnieje na poziomie indywidualnym nawet wtedy, gdy w grę nie wchodzą pieniądze. Kosztem oglądania telenoweli czy komedii sytuacyjnej jest wartość innych spraw, które można by w tym czasie zrobić.

Różne systemy ekonomiczne radzą sobie z rzeczywistością w różny sposób, z różną skutecznością, choć rzeczywistość ta istnieje niezależnie od systemu ekonomicznego użytego do radzenia sobie z nią. Z chwilą zrozumienia tej zasady jesteśmy w stanie porównać, jak systemy gospodarcze stosujące do rozdziału zasobów znajdujących się w niedoborze mechanizm cenowy różnią się od systemów, które do tego celu wykorzystują królów, polityków czy biurokratów wydających rozkaz, komu co się należy i w jakiej ilości.

W okresie tzw. glasnosti i perestrojki, mających miejsce w ostatnich latach istnienia Związku Sowieckiego, dwóch sowieckich ekonomistów, Nikolaj Szmelew i Wladimir Popow wydało książkę, która bardzo szczerze, bez owijania w bawełnę, ujawnia sposób funkcjonowania tamtejszej gospodarki. Książka została potem przełożona na język angielski. Szmelew i Popow piszą m.in. że sowieckie przedsiębiorstwa „ciągle chciały wszystkiego więcej, niż potrzebowały", chodziło o surowce, urządzenia i inne materiały potrzebne do produkcji. „Bez względu na realne potrzeby, przedsiębiorstwa kładły rękę na wszystkim, nie zwracając uwagi na jakikolwiek sens ekonomiczny tego kroku" – pisali Szmelew i Popow. Ponieważ równocześnie nikt znajdujący się „na górze" nie wiedział dokładnie, ile czego naprawdę potrzeba, chomikowanie miało swój sens.

W konsekwencji do wyprodukowania jakiegoś dobra wykorzystywano w gospodarce sowieckiej znacznie więcej zasobów, niż zużywano ich w systemach gospodarczych posługujących się mechanizmami cenowymi, jak na przykład w Stanach Zjednoczonych – narzekali sowieccy ekonomiści:


Z danych Sowieckiego Instytutu Gospodarki Światowej i Stosunków Międzynarodowych wynika, że w porównaniu do Stanów Zjednoczonych zużywaliśmy na jednostkę dochodu narodowego 1,5 raza więcej surowców i 2,1 raza więcej energii… Zużywaliśmy na jednostkę dochodu narodowego 2,4 raza więcej metali niż Stany Zjednoczone… Bez jakichś szczególnych wyliczeń widać, że produkując i konsumując od 1,5 do 2 razy więcej stali i cementu, pozostawaliśmy, jak chodzi o ilość wyrobów wytwarzanych z tych surowców, daleko w tyle za Stanami Zjednoczonymi… Ostatnio, na przykład, ilość energii zużywanej przez przemysł sowiecki przekroczyła ilości zużywane przez Amerykanów, a mimo to wielkość produkcji przemysłowej ZSRS – licząc bardzo hojnie – stanowi zaledwie 80 proc. tego, co wytworzono w USA.


Związkowi Sowieckiemu nie brakowało surowców. Jak chodzi o ścisłość, jest to jeden z najzasobniejszych pod tym względem krajów na Ziemi. Brakowało tam jednak systemu ekonomicznego, który pozwalałby na efektywne wykorzystanie tych, występujących w niedoborze, zasobów. Ponieważ przedsiębiorstwa sowieckie nie podlegały takim samym ograniczeniom finansowym, jakim podlegają przedsiębiorstwa kapitalistyczne, pochłaniały one więcej maszyn i urządzeń, niż potrzebowały, by służyły one potem „jako magazyn kurzu" lub „rdzewiały na placach" – jak to obrazowo ujmują sowieccy ekonomiści. Innymi słowy, przedsiębiorstwa nie były zmuszone do traktowania tych zasobów zarówno jak zasobów występujących w niedoborze, jak i mających alternatywne wykorzystanie.

Takiego marnotrawstwa by nie było, gdyby przedsiębiorstwa, o których piszą autorzy wspomnianej książki, musiały za te surowce, maszyny i urządzenia zapłacić, co więcej, gdyby „być albo nie być" tych przedsiębiorstw zależało od utrzymywania kosztów produkcji poniżej dochodu otrzymywanego z jej sprzedaży. W takiej, opartej na mechanizmie cenowym gospodarce kapitalistycznej, ilość surowców i materiałów na wejściu szacowana jest na podstawie bardzo skrupulatnej analizy tego, co dla przedsiębiorstwa jest naprawdę niezbędne, a nie co trzeba zrobić, aby menedżerowie takiej firmy wyglądali atrakcyjnie w oczach swoich przełożonych, którzy przecież nie byli w stanie właściwie ocenić, jak naprawdę działają podległe im branże i przedsiębiorstwa.

Kontrast między gospodarką amerykańską a sowiecką odpowiada różnicy między systemem wykorzystującym do alokacji zasobów mechanizm cenowy, a systemem polegającym na regulacjach państwowych. Z podobnymi kontrastami mamy do czynienia w innych rejonach świata, czy w innych systemach politycznych – w jednym miejscu do racjonowania dóbr i dysponowania zasobami korzysta się z mechanizmu cenowego, w innym zaś polega się na regułach dziedziczenia, wybieralnych politykach czy mianowanych komisarzach ds. planowania.

Na początku lat 1960., tuż po otrzymaniu przez kraje Afryki Zachodniej niepodległości, słynna była sprawa zakładu, o jaki poszli między sobą prezydenci Ghany i sąsiedniego Wybrzeża Kości Słoniowej. Chodziło o to, który z tych krajów osiągnie w przyszłości większą prosperity. W momencie owego zakładu, Ghana nie tylko stała ekonomicznie lepiej niż Wybrzeże Kości Słoniowej, ale miała ponadto więcej surowców naturalnych, wydawało się więc, że prezydent Wybrzeża Kości Słoniowej stoi na pozycji przegranej. Tak jednak nie było. Prezydent wiedział bowiem, że Ghana zdecydowała się na model gospodarki ręcznie sterowanej przez państwo, Wybrzeże Kości Słoniowej zaś na wolny rynek. Do 1982 roku Wy brzeże Kości Słoniowej przegoniło Ghanę do tego stopnia, że 20 proc. najuboższych mieszkańców tego kraju miało wyższy dochód niż większość Ghańczyków.

Nie było to zasługą jakiejś wyższości ludności Wybrzeża Kości Słoniowej. Jak chodzi o ścisłość, później, kiedy politycy Wybrzeża Kości Słoniowej dali się ponieść pokusie wprowadzenia do gospodarki kontroli państwa, a Ghańczycy doświadczeni swoimi dotychczasowymi niepowodzeniami gospodarczymi postanowili kontrolę państwa nieco poluzować, role się odwróciły – teraz gospodarka Ghany zaczęła kwitnąć, a Wybrzeże Kości Słoniowej podupadać.

Do podobnej konfrontacji doszło pomiędzy Birmą a Tajlandią. Zanim w Birmie wprowadzono socjalizm, poziom życia był tam wyższy niż w Tajlandii. Później role się odwróciły. Z chwilą gdy takie kraje, jak Niemcy, Korea Pd., Sri Lanka, Nowa Zelandia zaczęły uwalniać swoje gospodarki spod kontroli rządu i polegać przy alokacji zasobów na mechanizmie cenowym, doświadczyły silnego wzrostu ekonomicznego.

Wystarczyło, że w czasie reform w latach 1980. poluzowano w niektórych regionach Chin kontrolę gospodarczą nad pewnymi sektorami gospodarki, by zaczął się tam bezprecedensowy wzrost gospodarczy, jakże wyraźnie kontrastujący z resztą kraju. W 1978 roku na wolnym rynku sprzedawano w Chinach niespełna 10 proc. płodów rolnych, w 1990 roku procent ten sięgał 80. Rezultatem tej zmiany była większa podaż żywności, większa jej różnorodność i większa dostępność, zwłaszcza dla mieszkańców chińskich miast, co w konsekwencji doprowadziło w ciągu paru lat do wzrostu dochodów ludności zajmującej się rolnictwem o ponad 50 proc. Jakże silny był to kontrast w porównaniu z problemami doświadczanymi przez Chiny w epoce autokratycznych rządów, zmarłego w 1976 roku, Mao. Wystarczyło dokonać uwolnienia cen, by już w latach 1978 – 1995 gospodarka rozwijała się w tempie 9 proc. rocznie.

O ile historia mówi nam, że takie rzeczy miały miejsce, ekonomia objaśnia, dlaczego to miejsce miały – co też takiego tkwi w cenach, że są one w stanie uczynić to, czemu polityczna kontrola gospodarki rzadko kiedy może sprostać. Ekonomia to nie tylko ceny, jednakże zrozumienie mechanizmu ich funkcjonowania jest fundamentem zrozumienia całej ekonomii.

W społeczeństwie składającym się z milionów konsumentów nikt – czy to pojedynczy przedstawiciel rządu czy grupa decydentów – nie jest w stanie wiedzieć, jakie są preferencje tych milionów ludzi w kwestii przedkładania jednego produktu nad drugim, nie mówiąc już o tysiącach jednych produktów przedkładanych nad tysiącami innych produktów. W gospodarce sterowanej mechanizmem cenowym nikt takiej wiedzy posiadać nie musi. Każdy producent kieruje się po prostu ceną, za jaką dany produkt może sprzedać i kosztem, jaki musi ponieść, aby produkt ten wytworzyć.

Wiedza jest jednym z tych zasobów, których niedobór odczuwamy najboleśniej, stąd właśnie ceny są czynnikiem ekonomizującym jej użycie. Odbywa się to poprzez wymuszenie na tych, którzy posiadają największą wiedzę na temat własnej sytuacji, by w swoich decyzjach odnośnie kupna danego dobra czy surowca starali się bazować na własnej wiedzy, a nie na umiejętności oddziaływania na innych ludzi. Mówiąc prostszymi słowami, chodzi o to, by „wkładać" własne pieniądze tam, gdzie jest ich miejsce.

Ludzie jednakże są tylko ludźmi, stąd popełniają błędy i to we wszystkich systemach gospodarczych. Producent, który w systemie ekonomicznym opierającym się na mechanizmie cenowym skorzysta ze składników, które w innych branżach są kosztowniejsze, odkryje najprawdopodobniej, że z pieniędzy, jakie konsumenci gotowi są mu za jego produkt zapłacić, nie będzie w stanie kosztu tych składników odzyskać. Mimo wszystko, kupując dany składnik musiał za niego zapłacić więcej, niż płacili ci, którzy wykorzystywali go do celów alternatywnych. Jeśli producent odkryje, że składnik ten zastosowany do produkcji jego wyrobów wart jest mniej, niż on za niego zapłacił, wówczas straci pieniądze. Nie będzie miał innego wyjścia, jak produkcję wykorzystującą ów składnik wstrzymać. Producenci, którzy z powodu czy to uporu, czy wskutek własnej ślepoty tego nie zrobią, zostaną w końcu zmuszeni do ogłoszenia upadłości. W ten sposób społeczeństwo zostanie uchronione przed kontynuowaniem marnotrawstwa swoich zasobów.

W gospodarce opartej na mechanizmie cenowym zarówno pracownicy, jak i wierzyciele naciskają na to, by otrzymać swoje pieniądze bez względu na to, czy menedżerowie popełnili błąd, czy nie. Znaczy to, że biznes może robić pomyłki, dopóki sam się nie zatrzyma, albo nie zatrzymają go inni – czy to wskutek odmowy pracy na jego rzecz, odmowy dostawy nieodzownych do produkcji materiałów albo poprzez upadłość. W gospodarce feudalnej i socjalistycznej kierownictwo może popełniać te same błędy w nieskończoność. Ich konsekwencje płacone są bowiem przez innych w formie niższego standardu życia w stosunku do tego, w jakim żyliby w warunkach lepszej efektywności wykorzystania zasobów.

Pisaliśmy już, że wraz z występowaniem drastycznych niedoborów w jednych dziedzinach w sowieckich sklepach i magazynach zalegały góry towarów. W gospodarce kierowanej przez mechanizm cenowy praca, system zarządzania, a także surowce zużyte do wyprodukowania czegoś, czego konsumenci nie chcą, zużyte zostałyby na wytworzenie produktów chętniej poszukiwanych przez konsumentów, niż te, które produkowano dotychczas. Pod nieobecność wyraźnych sygnałów cenowych, a także zagrożenia stratą finansową, producenci nie są w stanie swoich błędów skorygować, dlatego nieefektywność, marnotrawstwo ciągnie się w nieskończoność albo do chwili aż swoimi rozmiarami wzbudzi uwagę, zajętych tysiącem innych decyzji, centralnych planistów w Moskwie.

Jak na ironię, problemy wywołane tendencją do kierowania gospodarką przy pomocy dekretów lub poprzez ceny narzucane arbitralnie przez państwo przewidziane zostały już dawno i to przez Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, na których ideach oparto rzekomo Związek Sowiecki. Engels wskazywał, że fluktuacje cenowe zmuszą producentów towarów, „by produkowali tylko to, czego społeczeństwo od nich wymaga, w ilościach, jakich wymaga". Bez takiego mechanizmu nie mamy gwarancji, że „wyprodukujemy odpowiednią, a nie nadmierną ilość danego produktu". Skoro tak, pisał Engels, „może dojść do tego, że będzie nam zagrażał głód z powodu braku kukurydzy czy mięsa, podczas gdy będziemy się dusić od nadmiaru buraków cukrowych czy utoniemy w spirytusie ziemniaczanym; że będzie nam brakować spodni, podczas gdy zaleją nas miliony guzików do spodni". Widać więc, że Marks i Engels byli znacznie lepszymi ekonomistami niż ich późniejsi wyznawcy czy naśladowcy.



CENY W DZIAŁANIU


Nie ma chyba bardziej fundamentalnej czy bardziej oczywistej zasady ekonomii niż ta, że ludzie chętniej kupują, gdy coś jest tańsze, a mniej chętnie, gdy to coś jest droższe. Idąc tym samym tropem, ludzie, którzy wytwarzają produkty lub dostarczają usługi mają tendencję do wytwarzania mniejszej ich ilości, gdy cena jest niższa, i większej, gdy jest wyższa. Implikacje tych dwóch zasad tak pojedynczo, jak i w kombinacji obejmują ogromny zasięg działalności gospodarczej i spraw z nią związanych – są też przedmiotem równie ogromnej liczby mitów, sofizmatów i błędnych przekonań.

Starając się określić „potrzeby" danego kraju w zakresie tego czy innego produktu, często ignorujemy fakt, że nie ma czegoś takiego, jak określona czy obiektywna „potrzeba". Wprawdzie pamiętamy o tym, że popyt rośnie wraz ze spadkiem ceny, i spada wraz z jej wzrostem, ale równie łatwo o tym zapominamy. Rzadko bowiem, a może nigdy, popyt jest stały.

Podobnie, nie ma stałej podaży. Statystki odnoszące się do ilości ropy naftowej, rudy żelaza czy innych surowców naturalnych zdają się wskazywać, że ich ilość występująca w ziemi jest wyłącznie kwestią ich obecności fizycznej. W rzeczywistości jednak, w odniesieniu do większości surowców naturalnych, ilości, w jakich są one dostępne, zależą od kosztów poszukiwań, kosztów wydobycia i przeróbki. Pewne ilości ropy naftowej dostępne są w cenie 10 dol. za baryłkę, dla innych nawet cena 20 dol. za baryłkę nie uzasadnia poniesienia kosztów wydobycia. Opłacalność ta pojawia się dopiero przy cenie 30 dol. za baryłkę. Podaż zmienia się wraz z ceną, podobnie jak zmienia się wraz z nią (tyle, że w odwrotnym kierunku) popyt.

Z chwilą gdy cena ropy naftowej spada, pewne mało wydajne szyby zostają zamknięte, gdyż koszt eksploatacji i przeróbki ropy przekracza cenę, jaką można za nią uzyskać na rynku. Jeśli później ceny wzrosną, albo jeśli dzięki postępowi technologicznemu koszty eksploatacji i przeróbki zostaną obniżone, szyb ten zostanie powtórnie uruchomiony. Nie ma jakiejś na stałe określonej podaży ropy naftowej, tak jak nie ma jej w stosunku do innych produktów.

Mówiąc o czekających nas niedoborach inżynierów czy nauczycieli, ludzie albo ignorują ceny, albo w sposób pośredni zakładają, że niedobór będzie miał miejsce przy cenach obowiązujących dzisiaj. Jednakże niedobory są właśnie tym mechanizmem, który sprawia, że ceny rosną. Przy wyższej cenie być może nie będzie problemu z zaspokojeniem zapotrzebowania na inżynierów czy nauczycieli, tak jak nie będzie problemu ze znalezieniem mieszkania, gdyż rosnące ceny czynszów zachęcą do budowy nowych domów i budynków czynszowych. Fluktuacja cen jest sposobem przemieszczania się niewielkich porcji ludzkiej wiedzy. Zmiany cen wpływają na ludzkie decyzje na zasadzie dostosowywania ich, metodą „prób i błędów", do tego, co inni ludzie gotowi są za jakieś rzeczy zapłacić jako konsumenci, jak też dostosowywania się do tego, co mogą i czego chcą dostarczać producenci.

Producent, którego produkt posiada kombinację cech najbardziej poszukiwanych przez konsumentów, nie musi wcale być mądrzejszy od konkurentów. O ile jednak on staje się coraz bogatszy, ci, którzy nie odgadli preferencji konsumentów zmuszeni zostaną do bankructwa.

Jednakże najważniejszym efektem jest to, że dzięki skierowaniu zasobów do produkcji, która cieszy się zainteresowaniem milionów ludzi, a nie marnowaniu ich na wytwarzanie bubli, społeczeństwo jako całość zapobiega marnotrawstwu swego ograniczonego majątku.



Racjonowanie cenowe


Istnieją różne rodzaje cen. Ceny dóbr konsumpcyjnych są najbardziej oczywistym przykładem, jednakże cenę ma także ludzka praca, nazywana jest ona pensją, stawką czy zarobkiem. Cenę mają także pożyczane pieniądze, są nią odsetki. Prócz ceny odnoszącej się do tzw. dóbr namacalnych, ceny odnoszą się do strzyżenia włosów, operacji mózgu, porad astrologicznych, a także doradztwa w dziedzinie spekulacji złotem czy ziarnem sojowym.

Tak długo, jak ceny są skutkiem działania zasady popytu i podaży na wolnym rynku, tak długo służą jako wskazówka, przy pomocy której dochodzi do alokacji zasobów znajdujących się w niedoborze i mających alternatywne wykorzystanie. Tak długo, jak ludzie mogą wydawać swoje pieniądze w sposób wolny na to, co im akurat odpowiada, zmiana cen w reakcji na zamianę relacji popytu i podaży kieruje zasoby do tych miejsc, w których podaż na nie jest najwyższa, ludzi zaś do miejsc, w których ich pragnienia i potrzeby mogą być zaspokojone w sposób najlepszy z możliwych, przy obecnej podaży.

Mimo iż to, co przed chwilą napisaliśmy, wydaje się tak oczywiste, nie zawsze tak oczywistym jest. Przykładowo, winą za wysokie ceny obarcza się często ludzką „chciwość". Kiedy indziej mówi się, że coś jest sprzedawane za więcej niż jest „naprawdę" warte.

Traktowanie cen jako produktu czyjejś chciwości implikuje, że sprzedający może ustalać ceny na dowolnym poziomie, a nie tak, jak dyktuje mu to relacja podaży i popytu. To prawda, że niektórzy (albo i wszyscy) sprzedawcy woleliby za swoje produkty dostawać więcej, prawdą jest też, że konsumenci, czyli kupujący chcą za te wyroby płacić cenę jak najniższą. Co więcej, konkurencja ze strony wielu innych producentów, jak i wielu innych konsumentów sprawia, że margines cenowy jest niewielki. Każda transakcja zależy od wyrażenia woli dwóch stron, które tym samym godzą się na jej warunki. Każdy, kto oferuje warunki mniej korzystne od tych, jakie proponują konkurenci przekona się, że nikt z nim nie zechce wejść w układ.

Z faktu, że ceny podlegają fluktuacji w czasie, że niekiedy zdarzają się silne wzrosty czy głębokie spadki ludzie wyciągają mylne wnioski prowadzące do konkluzji, że ceny odstają od swego „rzeczywistego" poziomu. Jednakże ich poziom w aktualnych warunkach nie jest wcale ani bardziej, ani mniej „rzeczywisty" od poziomu odpowiadającego innym warunkom.

Jeśli zdarzy się, że duży pracodawca lokalny ogłasza upadłość albo wyprowadza się do innego miasta czy stanu, wielu jego dotychczasowych pracowników postanawia przenieść się razem z nim. Duża ilość domów wystawionych – w wyniku takiej decyzji – na sprzedaż w tym samym czasie, w tym samym miejscu spowoduje, że ich ceny spadną. Nie oznacza to wcale, że sprzedaje się je poniżej ich „rzeczywistej" wartości. Wartość mieszkania w danej okolicy, w związku ze spadkiem jej atrakcyjności wywołanym zmniejszeniem się ilości miejsc pracy, znajduje swoje odbicie w cenie domów. Nowe, niższe ceny odpowiadają nowym warunkom, podobnie jak dotychczasowe ceny odpowiadały dotychczasowym warunkom. Z analizy ruchu cen nieruchomości na terenie miast północnej części stanu Nowy Jork, gdzie w latach 1990. liczba mieszkańców spadała, wynikało, że w miastach tych doszło równocześnie do spadku cen nieruchomości, które w innych częściach stanu czy kraju rosły. Jest to spostrzeżenie, do którego prowadzi analiza najbardziej elementarnych zasad ekonomii.

I odwrotnie, jeśli w wyniku jakiejś klęski żywiołowej, takiej jak huragan czy powódź dojdzie do zniszczenia w danej okolicy wielu domów, ceny noclegów w okolicznych hotelach gwałtownie wzrosną, ponieważ o ograniczoną liczbę pokoi hotelowych bić się będzie duża ilość chętnych, którym nie uśmiecha się nocleg pod gołym niebem, spanie w kilka osób na jednym łóżku, korzystanie z gościnności krewnych czy wręcz wyjazd poza teren dotknięty żywiołem.

Ludzie, którzy w obliczu żywiołu podnoszą ceny pokoi hotelowych czy innych towarów, których zaczyna brakować bywają dość często traktowani jak „chciwcy", podczas gdy w rzeczywistości doszło tylko do zmiany relacji między popytem i podażą. Ceny wykonują jedną z najważniejszych swoich funkcji – racjonują zasoby znajdujące się w niedoborze. Gdy z powodu jakiejś klęski żywiołowej poziom tych zasobów gwałtownie zmaleje, ceny muszą odzwierciedlać tę nową sytuację, doprowadzając – w związku z niższą podażą – do ograniczenia popytu.

Bez względu na to, ile właściciele hoteli liczą za pokój, nagłe zmniejszenie się zasobów mieszkaniowych na danym obszarze wywołane ich zniszczeniem oznacza, że liczba pokoi hotelowych, będących w stanie pomieścić wszystkie osoby pozbawione dachu nad głową i zapewnić im godziwe warunki zakwaterowania, będzie niewystarczająca. Gdyby ceny po przejściu huraganu utrzymały się na niezmienionym poziomie, rodzina czteroosobowa mogłaby z powodzeniem wynająć dwa pokoje – jeden dla rodziców, drugi dla dzieci. Kiedy jednak ceny hoteli wzrosną znacznie powyżej zwykłego poziomu, cała czwórka ze względów oszczędnościowych może się ścisnąć w jednym pokoju, dzięki czemu drugi pokój zostanie do dyspozycji innych ofiar huraganu, równie pilnie potrzebujących zakwaterowania. Silny deficyt substancji mieszkaniowej wywołany żywiołem jest nieunikniony, ceny są w tym wypadku jedynie odbiciem istniejącej sytuacji. Gdyby w takich warunkach rząd wprowadził kontrolę cen, ci, którzy dotarli do hotelu jako pierwsi, zajęliby więcej miejsca, pozostawiając spóźnialskim alternatywę w postaci noclegu pod gołym niebem.

Podobnie, gdyby sieci energetyczne pozbawione zostały przez kilka dni z rzędu energii, doszłoby z pewnością do lokalnego nasilenia się popytu na latarki ręczne, w wyniku czego ich ceny uległyby gwałtownemu wzrostowi – przynajmniej do czasu nowej dostawy. Gdyby ceny latarek pozostały na niezmienionym poziomie, ludzie mogliby kupować po kilka ich sztuk, tak aby wyposażyć w nie każdego członka rodziny. Jednakże, wskutek znacznego wzrostu cen, stać ich tylko na kupno jednej lub dwóch latarek, dzięki czemu wystarcza ich dla innych, równie potrzebujących ofiar huraganu.

Jednym słowem, ceny zmuszają ludzi do dzielenia się z innymi, mimo iż ludzie ci nie zdają sobie nawet z tego sprawy. Ceny pełnią więc swoją rolę zarówno w czasach normalnych, jak i w sytuacjach ekstremalnych. O ile gwałtowny wzrost cen, zwłaszcza w okresach kryzysu, wywołuje u ludzi gniew, o tyle właśnie w takich sytuacjach rola cen wydaje się być szczególnie ważna.



Ceny a podaż


Ceny nie tylko racjonują istniejącą podaż, ich rola polega również na tworzeniu zachęty do znacznego wzrostu podaży lub do wpływania na spadek popytu. Jeśli wskutek klęski nieurodzaju dojdzie do gwałtownego zapotrzebowania na żywność importowaną, dostawcy żywności spoza regionu dotkniętego niedoborami pospieszą tam z towarem, aby skorzystać z wysokich cen, jakie utrzymają się przynajmniej do chwili nowych dostaw żywności. Z punktu widzenia ludzi, którym głód zagląda w oczy oznacza to, że „chciwi" dostawcy, a wraz z nimi żywność, pojawią się tam natychmiast. A jeśli nie natychmiast, to najprawdopodobniej znacznie szybciej niż gdyby zaopatrzeniem w żywność mieli się zająć urzędnicy na etatach agencji rządowych posłanych tam z misją humanitarną.

O ile tych, których do działania zachęca chciwość, nie odstrasza ani jazda nocą, ani jazda na skróty przez pola czy wertepy, o tyle przedstawiciele „instytucji o charakterze publicznym" będą starali się poruszać jak przystało na oficjeli, czyli bezpiecznie i wygodnie. Innymi słowy, ludzie mają większą skłonność do działania na swoją korzyść niż na korzyść innych ludzi. Swobodnie fluktuujące ceny mogą się tu okazać prawdziwym błogosławieństwem. W przypadku dostaw żywności, im wcześniejsza jej dostawa, tym większa szansa uniknięcia śmierci głodowej.

Nierzadko zdarza się, że przedstawiciele agencji międzynarodowych, ratujących ofiary głodu w krajach Trzeciego Świata, czekają sobie spokojnie na rozładunek żywności w porcie, gdy w tym samym czasie ludzie, których ta pomoc ma ratować, umierają z głodu. Bez względu na to, jak odrażająca wydaje nam się prywatna ludzka chciwość, dzięki niej dostawy żywności odbywają się szybciej, a tym samym ratuje ona dużo więcej istnień ludzkich.

W innych sytuacjach, konsumenci mogą nie chcieć czegoś w większych ilościach, lecz w mniejszych. Ceny są w stanie zrealizować to ich pragnienie. Gdy w początkach XX wieku samochody zaczęły wypierać konie pociągowe i powozy, popyt na siodła, podkowy, dorożki konne i inne tego typu urządzenia obniżył się. W miarę jak producenci tego typu urządzeń, zamiast osiągania zysków, zaczęli tracić pieniądze, wielu z nich zaczęło się z branży wycofywać na rzecz linii produkcyjnych, które przy takim samym wysiłku, ryzyku i inwestycji dawały szansę wyższego zarobku.

Z pewnego punktu widzenia to nie fair, że jacyś ludzie nie są w stanie zarobić tyle, ile zarabiają ich, równie uzdolnieni, równie pilni czy posiadający takie same cnoty konkurenci. Jednakże ta niesprawiedliwość indywidualnego losu sprawia, że gospodarka jako całość operuje w sposób bardziej efektywny z korzyścią dla znacznie większej liczby ludzi.








Rozdział 3


Kontrola cen







Prawdziwe znaczenie fluktuacji cen na wolnym rynku widać dopiero wtedy, gdy fluktuacji tej brak. A więc wtedy, gdy – czy to wskutek nakazów prawa czy odgórnej kontroli cenowej – nie pozwala się cenom na swobodne wahania wedle relacji popytu i podaży. Arbitralna kontrola cen istnieje w wielu krajach świata od wieków, a właściwie od tysięcy lat, a podlega jej niemal wszystko, od żywności, poprzez mieszkania, benzynę aż do kosztów opieki medycznej. Zasadniczo, kontrolę cen wprowadza się po to, aby zapobiec takiemu wzrostowi cen, do jakiego doszłoby, gdyby ceny były wolne i podlegały swobodnym fluktuacjom. Argumentacja na rzecz takiej kontroli różni się w zależności od miejsca czy czasu jej występowania, na pewno jednak doprowadzono ją do perfekcji w przypadku, gdy poddanie cen kontroli ma swoje uzasadnienie polityczne, słowem, gdy funkcjonuje w interesie wybranej grupy, na której ustanawiającemu kontrolę szczególnie zależy.

Przykładami stosowania kontroli cen są m.in. kontrola czynszów mieszkaniowych, ustanowienie maksymalnych cen na żywność, a także ustalenie sztywnych cen usług medycznych. Wszystkie te działania pomyślane zostały po to, aby ograniczyć wzrost cen. Prócz tzw. pułapów cenowych, a więc wytycznych mówiących o tym, do jakiego poziomu ceny mogą rosnąć, istnieje także kontrola „cen minimum" polegająca na ustaleniu limitu, poniżej którego cena spaść już nie może.

W wielu krajach na przykład ustala się limit, poniżej którego ceny niektórych produktów rolnych spaść nie mogą, towarzy szą temu niekiedy gwarancje rządowe; ilekroć ceny wolnorynkowe spadną poniżej ustalonego minimum, państwo zobowiązuje się wykupić te produkty od farmera. Równie popularne jest „prawo o zarobku minimalnym", ustala ono dolny pułap, poniżej którego płaca pracownika nie może spaść. W tym przypadku jednak rząd bardzo rzadko decyduje się na „wykup" nadmiaru – ponad to, co rynek jest w stanie pochłonąć – rąk do pracy, chociaż w przypadkach takiej nadwyżki, oferuje bezrobotnym zasiłki czy zapomogi, pokrywające przynajmniej część zarobków, które osiągnęliby, gdyby pracę znaleźli.

Dla lepszego zrozumienie skutków kontroli cen, konieczne jest poznanie mechanizmów spadku czy wzrostu cen na wolnym rynku. Nie mają one w sobie niczego tajemniczego, jednakże bez ich zrozumienia trudno ocenić skutki takiej kontroli. Ceny jakiegoś produktu lub usługi rosną, ponieważ – przy obecnym ich poziomie – popyt na ten produkt czy usługę przekracza jego/jej podaż. Ceny spadają, ponieważ przy obecnym ich poziomie, podaż przekracza popyt, czyli zapotrzebowanie. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z „niedoborem", w drugim z – „nadwyżką" – zwracam uwagę na to, że oba zjawiska odnoszą się do aktualnego poziomu cen.

Mimo swej banalnej prostoty, powyższe zależności są bardzo często niezrozumiałe. Konsekwencje tego niezrozumienia bywają niekiedy katastrofalne. Głębsza ich analiza pozwoli nam zrozumieć, dlaczego interwencja rządu, zmierzająca do ustalenia maksymalnego pułapu cen poniżej poziomu proponowanego przez wolny rynek, istniejące „niedobory" pogłębia, i analogicznie, ustanowienie cen minimalnych na produkty rolne powyżej poziomu „proponowanego" przez rynek, prowadzi do wzrostu „nadwyżek".



NIEDOBORY A CENA MAKSYMALNA


„Niedobór" jakiegoś produktu czy usługi nie oznacza, że jest go (jej) – relatywnie bądź bezwzględnie – za mało w stosunku do liczby chętnych (do jego/jej nabycia), czyli do liczby konsumentów. Na przykład, w czasie II wojny światowej oraz tuż po jej zakończeniu wystąpił w Stanach Zjednoczonych dotkliwy brak mieszkań. Był on o tyle niezrozumiały, że w czasie wojny zarówno liczba ludności, jak i ilość mieszkań rosły w tym samym tempie, to jest o ok. 10 proc. rocznie, co w okresie przedwojennym, kiedy mieszkań było pod dostatkiem.

Mimo iż stosunek ilości mieszkań do ilości obywateli – w porównaniu z okresem przedwojennym – nie uległ zmianie, znalezienie mieszkania do wynajęcia było w owym czasie niezwykle trudne i wymagało wielu tygodni czy nawet miesięcy poszukiwań. Trzeba było użyć nie lada wysiłku, włącznie z wręczaniem właścicielom kamienic czynszowych łapówek za to tylko, że umieścili chętnego na czele listy oczekujących. Zanim to nie nastąpiło, ludzie gnietli się po dwoje na jednym łóżku, organizowali sobie legowiska w garażach i innych wymyślnych miejscach.

Mimo iż w rzeczywistości mieszkań nie brakowało, było ich za mało w stosunku do obowiązującej ceny, która była rezultatem kontroli czynszów mieszkaniowych wprowadzonej administracyjnie w czasie trwania działań wojennych. Sztucznie zaniżone ceny czynszów (skutek kontroli) doprowadziły do wzrostu popytu na mieszkania w stosunku do tego, jaki miał miejsce przed wprowadzeniem kontroli czynszów. Jest to praktyczna konsekwencja banalnego prawa ekonomicznego, o którym wspominaliśmy w rozdziale 2, w myśl którego popyt zmienia się w zależności od wysokości ceny.

Część ludzi, którzy w normalnych (wolnorynkowych) warunkach nie myśleliby nawet o wynajęciu mieszkania, mam tu na myśli młodzież, która zwykle zamieszkuje z rodzicami, czy ludzi starszych, którzy bardzo często mieszkają kątem u krewnych, z chwilą wprowadzenia poprzez mechanizmy kontrolne sztucznie niskich czynszów, korzystała z sytuacji i wynajmowała dla siebie osobne mieszkanie. Sztucznie zaniżone ceny zachęcały innych do wynajmowania mieszkań większych, niż te, w których mieszkaliby w normalnych warunkach. Większa ilość lokatorów poszukujących coraz większych apartamentów doprowadziła do powstania „nie doborów" w sytuacji, gdy mieszkań czynszowych w stosunku do populacji wcale nie brakowało. Wystarczyło, że kontroli czynszów zaprzestano, a problem niedoborów mieszkań znikł śmiercią naturalną.

Z chwilą gdy opłaty za czynsze zaczęły swobodnie wzrastać, bezdzietne małżeństwo zajmujące do tej pory czterosypialniowy apartament przeprowadzało się do mniejszego mieszkania dwusypialniowego, które im w zupełności wystarczało. Starsze nastolatki decydowały, że zanim zaczną zarabiać tyle, by stać ich było na osobne mieszkanie, korzystniej będzie pomieszkać jeszcze trochę z rodzicami, bowiem z chwilą zdjęcia kontroli cen, mieszkania przestały być sztucznie tanie. W rezultacie, rodziny poszukujące mieszkania do wynajęcia miały do dyspozycji znacznie większy wybór mieszkań niż w czasach kontroli czynszów, kiedy wiele lokali okupowano tylko dlatego, że były one tanie.

Stany Zjednoczone nie są tu jakimś wyjątkiem. Identyczne zasady ekonomiczne obowiązują od lat w innych częściach globu. Bardzo podobne były skutki wprowadzenia kontroli czynszów w Szwecji. W 1940 roku populacja Szwecji wynosiła 6 330 000 mieszkańców, którzy mieli do dyspozycji 1 960 000 mieszkań – ok. 31 mieszkań na 100 osób. W ciągu kolejnych lat liczba mieszkań rosła w tempie proporcjonalnym do przyrostu ludności i w 1965 roku osiągnęła poziom 36 mieszkań na 100 osób, zaś w 1973 roku – 43 mieszkania na 100 osób. Mimo tego wzrostu, czas potrzebny na znalezienie mieszkania do wynajęcia ulegał ciągłemu wydłużeniu. W 1950 roku wynosił on 9 miesięcy, w 1955 – 23 miesiące, zaś w 1958 aż 40 miesięcy. Wydłużenie czasu poszukiwania mieszkania nie było rezultatem niedoborów substancji mieszkaniowej w stosunku do wielkości populacji.

Niedobory rosły, mimo iż mieszkań nie brakowało.

W miarę jak dochód Szwedów rósł w szybszym tempie, niż mogły rosnąć, skrępowane systemem kontroli cen, czynsze, coraz więcej ludzi stać było na zajmowanie osobnych mieszkań. Mimo ogromnych nakładów rządowych na budownictwo mieszkaniowe, coraz więcej ludzi miało problemy ze znalezieniem dla siebie wol nego mieszkania. Wiele młodych osób, które w normalnych warunkach mieszkałyby wciąż z rodzicami lub w najlepszym razie podnajmowały pokój u kogoś, w obliczu tak niskich cen, decydowało się na samodzielne mieszkanie. Do roku 1940, a więc do momentu wprowadzenia rządowej kontroli wysokości czynszów mieszkaniowych, samodzielne mieszkania zajmowała mniej niż jedna czwarta niezamężnych Szwedek i Szwedów, odsetek ten rósł, by w 1975 roku osiągnąć aż 50 proc.

Nie dość, że liczba mieszkań nie spadła, to na dodatek Szwecja, w omawianym okresie, wybudowała więcej mieszkań w przeliczeniu na głowę mieszkańca niż jakiekolwiek inne państwo. Nie zmieniło to sytuacji; niedobór mieszkań pogłębiał się z każdym rokiem. O ile w 1948 roku na liście oczekujących na mieszkania Szwedów znajdowało się około 2400 nazwisk, o tyle w 12 lat później, pomimo ogromnego przyrostu mieszkań, lista oczekujących wydłużyła się dziesięciokrotnie. Z chwilą zniesienia kontroli czynszów – w rezultacie rosnących cen czynszów, racjonalizujących wykorzystanie mieszkań – okazało się nagle, że Szwecja ma nadwyżkę substancji mieszkaniowej.

I znowu, to co nazywano „niedoborem" lub „nadwyżką", nie było rezultatem fizycznych braków czy nadmiaru w stosunku do wielkości populacji, lecz tylko i wyłącznie kwestią wysokości ceny.

Po zniesieniu kontroli odgórnej, zachęcone wzrostem cen czynszów mieszkaniowych, prywatne firmy budowlane zaczęły budować jeszcze więcej mieszkań, co więcej, mieszkania te były dostosowane do potrzeb i wymagań nowych lokatorów, w przeciwieństwie do mieszkań budowanych przez polityczno-biurokratyczną machinę rządową. Powstały po zniesieniu kontroli czynszów „nadmiar" dotyczył głównie budownictwa „rządowego", które dla finansów publicznych stało się prawdziwą studnią bez dna.

Pomyślmy tylko, ile niepotrzebnego trudu i zmarnowanych środków możnaby uniknąć, gdyby szwedzcy wyborcy zaznajomili się z podstawami ekonomii i zrozumieli, że prawdziwym źródłem ich problemów mieszkaniowych była chęć udostępnienia mieszkań wszystkim obywatelom, poprzez wprowadzenie kontroli czynszów. Nie ulega wątpliwości, że błąd ten rozumiało wielu szwedzkich ekonomistów, problem w tym, że rzadko kiedy ilość ekonomistów w jakimś kraju wystarczy do przegłosowania decyzji podejmowanych przez polityków.

Podobne do szwedzkich problemy – mniej ludzi w przeliczeniu na jednostkę mieszkalną oraz wydłużające się okresy poszukiwania nowych mieszkań – mieli w okresie obowiązywania kontroli czynszów Australijczycy. Identyczna sytuacja zaistniała w Nowym Jorku, gdzie okazało się, że aż w 175 tysiącach, podlegających odgórnej kontroli czynszów, apartamentów czteropokojowych lub większych zamieszkiwała tylko jedna osoba, i to w podeszłym wieku.

W normalnych warunkach zapotrzebowanie na powierzchnię mieszkaniową ulega zmianie z wiekiem; rośnie z chwilą, gdy młodzi ludzie się pobierają, gdy zakładają rodziny, i maleje, gdy dzieci idą „na swoje" i rodzice pozostają sami. To zapotrzebowanie na przestrzeń mieszkaniową nadal maleje, zwłaszcza po tym, jak jedno z małżonków odejdzie. Wtedy pozostałe przy życiu, wdowiec lub wdowa, przeprowadza się z reguły do małego mieszkania lub zamieszkuje wspólnie z krewnymi. W ten oto sposób całkowite zasoby mieszkaniowe społeczeństwa rozkładają się odpowiednio do indywidualnych potrzeb poszczególnych członków społeczeństwa w różnych okresach ich życia.

Ludzie nie czynią tego z potrzeby współpracy, lecz z powodu cen – w tym przypadku cen wynajmu lub posiadania mieszkań – które odzwierciedlają wartość, jaką inni lokatorzy przypisują substancji mieszkaniowej. Młode, rozwojowe małżeństwo jest gotowe poświęcić pewne dobra konsumpcyjne czy wygody, byle mieć więcej pieniędzy na obszerniejsze mieszkanie. Rodzice mogą zrezygnować z pójścia do restauracji czy do kina, odmówić sobie nowych ubrań czy rzadziej zmienią samochód, chociażby po to, by każde z ich dzieci miało osobną sypialnię.

Z chwilą gdy dzieci dorosną i wyprowadzą się z domu, takie wyrzeczenia mogą nie mieć sensu. Więcej radości przynosi wtedy nowy samochód czy podróż zagraniczna niż ekstra obszerne mieszkanie.

Rolę regulatora opisanego trendu pełnią skutecznie ceny, chyba że w sposób sztuczny, np. poprzez wprowadzenie przepisów o kontroli czynszów, pozbawia się starszych ludzi motywacji do opuszczenia mieszkania, które w normalnych warunkach zamieniliby na mniejsze. Z powodu sztucznie zaniżonych cen zmianie takiej nie towarzyszą ani oszczędności na czynszu, ani podniesienie standardu życia w innych jego sferach. Co więcej, wywołany przepisami o kontroli czynszów, chroniczny niedobór mieszkań utrudnia i wydłuża okres poszukiwania nowego, mniejszego mieszkania, zmniejszając jednocześnie korzyści pochodzące ze znalezienia takiego apartamentu. Mówiąc krótko, kontrola czynszów osłabia i spowalnia cyrkulację mieszkaniami.

W żadnym mieście Stanów Zjednoczonych kontrola czynszów mieszkaniowych nie jest tak surowa i nie trwa tak długo, jak w Nowym Jorku. Jedną z jej konsekwencji jest właśnie niski, o połowę niższy niż w innych miastach, wskaźnik cyrkulacji mieszkań. Wskaźnik liczby lokatorów zamieszkujących ten sam apartament przez 20 lat lub dłużej był tam dwukrotnie większy niż w innych regionach Stanów Zjednoczonych. Oto co na ten temat pisał w 1997 roku „The New York Times":


„Nowy Jork był niegdyś miastem, jak wszystkie inne, gdzie lokatorzy się zmieniali, kamienicznicy zaś konkurowali między sobą, by mieszkanie, opróżnione przez dotychczasowych najemców, jak najprędzej wynająć nowoprzybyłym. Dzisiaj motto Nowego Jorku brzmi: „Imigrantom nie wynajmujemy". W sytuacji gdy ludzie ci tłoczą się w nielegalnych hotelikach na łóżkach piętrowych, miejscowi przedstawiciele klas wyższych okupują za psie pieniądze tanie i obszerne apartamenty w prestiżowych dzielnicach, często wbrew elementarnemu rozsądkowi, który po wyjściu dzieci z domu rodzinnego dyktuje wynajęcie mniejszego mieszkania".


Kontrola czynszów wpływa w równym stopnie na podaż, co i na popyt. W ciągu dziewięciu lat od zakończenia II wojny świa towej w Melbourne w Australii nie wybudowano ani jednej kamienicy czynszowej, ponieważ wskutek istnienia kontroli czynszów to się po prostu nie opłacało. Podobny spadek podaży nowych mieszkań wystąpił w innych krajach czy miastach, w których wprowadzono kontrolę czynszów. Po wprowadzeniu w 1979 roku regulacji czynszów w Santa Monica w Kalifornii, ilość zezwoleń na budowę nowych domów spadła o 90 proc. w stosunku do tego, co miało miejsce jeszcze pięć lat wcześniej. W Paryżu, który podlegał regulacji czynszów od wybuchu I wojny światowej i jeszcze przez kilka lat po zakończeniu II wojny światowej, nowe kamienice stały się wręcz rzadkością. W sporządzonym w 1948 roku spisie ujawniono, że 90 proc. paryskich budynków zbudowano przed I wojną światową, przy czym połowa z nich postawiona została przed 1880 rokiem, a jedna czwarta przed rokiem… 1850.

W rezultacie kontroli czynszów maleje nie tylko ilość nowo budowanych domów, tendencji spadkowej podlegają także mieszkania istniejące, jako że przy zbyt niskich czynszach wielu ich posiadaczy rezygnuje z oddawania ich w najem. W Waszyngtonie, w latach 1970., w czasie trwającej zaledwie osiem lat kontroli czynszów wielkość dostępnych do wynajmu zasobów mieszkaniowych miasta obniżyła się ze 199 tys. mieszkań do 176 tys. Po wprowadzeniu regulacji czynszów w Berkeley w Kalifornii, liczba prywatnych mieszkań do wynajęcia dla studentów miejscowego uniwersytetu spadła w ciągu pięciu lat aż o 31 proc.

Powodem takiego spadku podaży mieszkań jest najczęściej decyzja właścicieli domów jednorodzinnych czy małych domów apartamentowych, którzy uznają, że wobec tak niskich czynszów, nie opłaca im się skórka za wyprawę; ostatecznie podnajęcie pokoju czy mieszkania we własnym domu wiąże się z wyrzeczeniami, a także z wysiłkiem i pracą.

Niekiedy spadek podaży wywołany jest zmianą przeznaczenia mieszkania z czynszowego na własnościowe, częściej jednak ze zniszczeniem substancji mieszkaniowej, spowodowanym tym, że otrzymującemu zbyt niski czynsz właścicielowi z jednej strony nie opłacało się o swój dom dbać, z drugiej zaś, z powodu chronicznego braku mieszkań, taka dbałość nie była potrzebna. Lokatorzy brali co im w ręce wpadło, byle tylko mieć dach nad głową. Badania nad skutkami kontroli czynszów przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych, Anglii i Francji wskazują, że substancja mieszkaniowa podlegająca regulacji czynszów ulega znacznie szybszej degradacji niż mieszkania od takiej regulacji uwolnione.

Na początku wielkość zasobów mieszkaniowych dostępnych do wynajęcia jest w miarę stała. Brak mieszkań do wynajęcia, o ile taki występuje, spowodowany jest tym, że więcej ludzi chce skorzystać ze sztucznie zaniżonych cen mieszkań. Rzeczywisty wzrost niedoborów pojawia się dopiero później, już z chwilą gdy istniejące mieszkania ulegają – na skutek mniejszej dbałości właścicieli – zniszczeniu, a także z powodu zmniejszenia się tempa budownictwa wywołanego spadkiem lub zanikiem motywacji finansowej inwestorów. Tanie, bo regulowane czynsze nie gwarantują rentowności takich inwestycji.

Przykładowo, w okresie kontroli czynszów w Anglii i Walii, udział prywatnie stawianych budynków czynszowych spadł z 61 proc. ogółu budowanych mieszkań w 1947 roku do 14 proc. w roku 1977. Z badań skutków regulacji czynszów w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii, a także we Francji, w Niemczech i w Holandii wynika, że: „Z wyjątkiem budynków naprawdę luksusowych, budowa nowych mieszkań czynszowych oparta na prywatnym kapitale praktycznie zanikła".

Słowem, polityka, której intencją było zapewnienie dostatecznej liczby mieszkań ludziom ubogim pomogła ludziom bogatym; doprowadziła bowiem do poszerzenia bazy mieszkań luksusowych, które są spod kontroli czynszów wyłączone. Wskazuje to m.in. jak ważne jest rozróżnienie pomiędzy intencjami a konsekwencjami. Dowodzi ono konieczności analizowania decyzji gospodarczych pod kątem „zachęt i motywacji", jakie wywołają, a nie nadziei, jakie się z nimi wiąże.

Analizując zachęty i motywacje, łatwo zrozumieć skutki narzucenia kontroli czynszów w Anglii w roku 1975. Londyński „The Times" pisał wtedy:

„W ciągu zaledwie tygodnia od wprowadzenia ustawy (o kontroli czynszów – przyp. tłum.) ilość ogłoszeń w sekcji „umeblowane mieszkania do wynajęcia" spadła dramatycznie, o 75 proc. w stosunku do poziomu z roku ubiegłego".


Ponieważ „umeblowane pokoje do wynajęcia" znajdują się z reguły w domach jednorodzinnych, one właśnie zostały wycofane z rynku jako pierwsze. Regulowany czynsz nie rekompensował niewygód spowodowanych posiadaniem ewentualnego sublokatora. Analogia ta odnosi się także do typowych budynków czynszowych, w których właściciel nie mieszka. Zostają one „wycofane" z rynku, ponieważ wskutek wprowadzenia regulacji czynszów, przestaje się opłacać ich utrzymanie czy posiadanie. Tak stało się w Nowym Jorku, gdzie wielu właścicieli „czynszówek" porzuciło swoje budynki i kamienice tylko dlatego, że uzyskane z czynszów pieniądze nie były w stanie pokryć wymaganych przez prawo opłat czy usług. Aby uniknąć odpowiedzialności za porzucenie swojej kamienicy, właściciel po prostu znikał, zabijając swoją posiadłość deskami, mimo iż od strony konstrukcyjnej, przy należytym utrzymaniu, nadawała się ona wciąż do zamieszkania.

Ilość opuszczonych budynków, które przejęte zostały przez władze miejskie Nowego Jorku, szła w tysiące. Szacuje się, że na terenie Wielkiego Jabłka znajduje się przynajmniej cztery razy więcej mieszkań opuszczonych, niż wynosi populacja ludzi bezdomnych. Skutkiem tak marnotrawnego lokowania środków, ludzie śpią na chodnikach, umierają podczas mrozów z zimna, gdy w tym samym czasie, miasto pełne jest pustostanów. Miasto dysponuje więc wystarczającymi zasobami mieszkaniowymi, nie może ich jednak użyć, ponieważ ktoś wymyślił sobie ustawę, która miała uczynić czynsze mieszkaniowe „dostępnymi dla każdego". Ten przykład dowodzi, że racjonalny czy irracjonalny sposób lokowania środków nie jest abstrakcyjnym pojęciem z dziedziny ekonomii, lecz niesie ze sobą – niekiedy bardzo bolesne – konsekwencje, włącznie z kwestią życia i śmierci. Dowodzi on także, że cel jakiejś polityki czy decyzji – w tym wypadku „mieszkanie dostępne dla każdego" – jest znacznie mniej istotny niż jej konsekwencje.

O ile regulacja czynszów doprowadza do redukcji zasobów mieszkaniowych, jej zniesienie jest zwykle równoznaczne z uruchomieniem prywatnych inwestycji budowlanych, tak jak to było w Szwecji. W latach 1990. w stanie Massachusetts wydanie całkowitego zakazu regulacji czynszów uruchomiło po raz pierwszy od ponad 25 lat prywatne inwestycje mieszkaniowe.

Z mieszkaniami jest tak, jak z innymi rzeczami – podaż produktów czy usług droższych jest większa niż podaż produktów czy usług tańszych – i to zarówno od strony jakościowej, jak i ilościowej. Trudno znaleźć ekonomistę, który byłby w stanie zaprzeczyć, że efektem kontroli cen jest spadek ilości oraz jakości produktów. Co z tego, skoro liczba ekonomistów jest zbyt skromna na to, aby przegłosować pomysły polityków, którzy dobrze wiedzą, że ilość głosów oddawanych przez lokatorów przewyższa znacznie ilość głosów oddawanych przez „kamieniczników", a poza tym liczba ludzi nierozumiejących zasad ekonomii przewyższa znacznie liczbę tych, którzy zasady te rozumieją. Dla polityka wprowadzenie regulacji czynszów oznacza zwykle sukces, dla gospodarki i społeczeństwa jest to jednak poważne utrudnienie.

Z politycznego punktu widzenia kontrola czynszów jest narzędziem służącym do pohamowania pazerności chciwych i bogatych kamieniczników okradających bez skrupułów biednych lokatorów. W rzeczywistości jednak, zwrot na inwestycji w kamienicę czynszową rzadko kiedy przewyższa inne lokaty pieniędzy. Posiadacze domów czynszowych to zwykle ludzie o dość skromnych zasobach. Dotyczy to szczególnie właścicieli małych, podniszczonych budynków apartamentowych wymagających ciągłych remontów czy napraw, którymi zajmuje się z reguły sam „kamienicznik". Rzadko kiedy też przewyższają oni zamożnością swoich lokatorów.

Co innego w przypadku podlegających regulacji mieszkań luksusowych. Mimo iż czynsze w takich mieszkaniach są stosunkowo niskie, ich lokatorami są z reguły ludzie bardzo zamożni. Przykładowo, prezes giełdy nowojorskiej (NYSE) wynajmował przy modnej i prestiżowej Central Park South Avenue na Manhattanie mieszkanie za 700 dol. miesięcznie. Tak niska cena była możliwa dzięki kontroli czynszów. Inny lokator na tejże samej Central Park South płacił za sześciopokojowy apartament jedynie 400 dol. miesięcznie. Gwiazda hollywoodzka, Shelley Winters, będąc właścicielką domu w Beverly Hills, wynajmowała dwusypialniowy apartament na Manhattanie za regulowaną cenę 900 dol. miesięcznie (co stanowi równowartość dwóch, trzech nocy w nowojorskim hotelu – przyp. tłum.). Burmistrz Nowego Jorku, Ed Koch za swój apartament przy Washington Square płacił połowę tej sumy. Trudno się zatem dziwić, że przez 12 lat urzędowania w magistracie i zamieszkiwania w służbowej rezydencji, znanej jako Gracie Mansion, wynajmował swoje „regulowane" mieszkanie. Wiele jest takich przykładów. Przedstawiciele elit politycznych, finansowych czy kulturalnych miasta wynajmują mieszkania – czasem kilka mieszkań równocześnie – za ułamek tego, co są one warte dla kogoś, kto akurat pragnie się w Nowym Jorku osiedlić i musi szukać mieszkania w budynkach uwolnionych spod kontroli czynszów.

Tymczasem miejskie agencje pomocy społecznej łożą ogromne kwoty na wynajem mieszkań dla najuboższych obywateli tłoczących się w zarobaczonych pokoikach podrzędnych hotelików. Z politycznego punktu widzenia pomysł wprowadzenia ochrony lokatorów przed bogatymi kamienicznikami wydaje się trafiony, mija się on niestety z rzeczywistością gospodarczą.

Z chwilą zastosowania regulacji czynszów – jako metody na ochronę obywateli – w stosunku do wszystkich istniejących zasobów mieszkaniowych, czynsze w mieszkaniach luksusowych stają się automatycznie tanie. Kiedy później okaże się, że bez złagodzenia czy wręcz likwidacji istniejącej regulacji – przynajmniej w odniesieniu do nowej substancji mieszkaniowej – nikt nowych domów budować nie chce – wówczas nawet bardzo skromne, jak chodzi o standard i powierzchnię, mieszkania kosztują o wiele więcej niż stare, ale za to obszerne i luksusowe apartamenty podlegające wciąż kontroli czynszów.

Taka dysproporcja w cenach czynszów nie występuje wyłącznie w Nowym Jorku. Spotyka się ją także w, podporządkowanych regulacji, miastach europejskich.

Jak na ironię, w miastach, w których czynsze podlegają ostrej regulacji, mieszkania – średnio – są znacznie droższe niż tam, gdzie takiej regulacji nie ma. Ustalenie – rzekomo w interesie najuboższych – górnych granic cenowych, poniżej których czynsze podlegają kontroli, jest dla inwestorów i budowniczych zachętą do stawiania budynków luksusowych na tyle, by się spod kontroli czynszów uwolnić. Wszyscy ci ludzie tak biedni, jak i bogaci, bez wyjątku, przybywający do miasta po wprowadzeniu przepisów o regulacji czynszów, nie są już w stanie znaleźć mieszkań podlegających tej kontroli. Wskutek wywołanego regulacją niedoboru mieszkań pozostają im do dyspozycji wyłącznie mieszkania, których koszt wynajęcia jest znacznie wyższy, niż gdyby takiej regulacji nie było. Trudno się potem dziwić, że w miastach objętych kontrolą czynszów mieszkaniowych bezdomnych jest więcej niż gdziekolwiek indziej.

Dla lepszej ilustracji problemu – to jest różnicy pomiędzy brakami wywołanymi naturalnym spadkiem podaży dóbr w stosunku do wielkości populacji a niedoborami wywołanymi polityką cenową – wyobraźmy sobie, że z jakiegoś innego (niż kontrola czynszów) powodu zasoby mieszkaniowe gwałtownie stopniały. Tak, jak się to stało w 1906 roku po trzęsieniu ziemi w San Francisco, kiedy w ciągu zaledwie trzech dni zniszczeniu uległo połowa miejskich zasobów mieszkaniowych, a także wszystkie miejskie hotele. Mimo takich ubytków w San Francisco mieszkań nie zabrakło.

W pierwszym po przywróceniu cyrkulacji wydaniu „San Francisco Chronicle", co miało miejsce w miesiąc po trzęsieniu ziemi, znalazły się 64 ogłoszenia o domach czy mieszkaniach do wynajęcia i tylko pięć ogłoszeń od ludzi poszukujących takich mieszkań. Spośród 200 tys. ludzi pozbawionych w wyniku trzęsienia ziemi dachu nad głową, 30 000 znalazło miejsce w tymczasowych schroniskach, a 75 000 wyprowadziło się z miasta. Wciąż jednak pozostawało ok. 100 tys. ludzi, których lokalny rynek mieszkaniowy musiał wchłonąć. Tymczasem żadna ówczesna gazeta czy jakikolwiek inny dokument z tamtego okresu nie wspomina o jakichkolwiek brakach mieszkań czy zjawiskach na istnienie takich braków wskazujących, takich jak: przekupywanie właścicieli, listy oczekujących czy wielomiesięczne poszukiwanie mieszkań. Rosnące ceny mieszkań nie tylko pozwoliły skutecznie zagospodarować pozostałą po trzęsieniu bazę mieszkaniową, lecz także dostarczyły motywacji do wzrostu tempa odbudowy miasta.

Widzimy więc, że mogą istnieć niedobory dóbr bez ich fizycznego unicestwienia, może też istnieć obfitość dóbr, pomimo ich unicestwienia. Pozbawieni dachu nad głową mieszkańcy San Francisco łatwiej znaleźli dla siebie schronienie niż bezdomni Nowego Jorku, gdzie wskutek regulacji czynszów „zniknęły" z rynku tysiące budynków.

Podobne zjawiska obserwujemy w odniesieniu do innych rynków czy produktów. W czasie pamiętnego kryzysu energetycznego w latach 1972 – 1973, kiedy rząd (za prezydentury Richarda Nixona – przyp. tłum.) wprowadził regulację cen paliw, przed amerykańskimi stacjami benzynowymi tworzyły się wielokilometrowe kolejki oczekujących na tankowanie, podczas gdy w rzeczywistości w 1972 roku sprzedano jedynie o 5 proc. mniej benzyny niż w roku poprzednim, gdy takich kolejek nie było i nikomu nie przyszło do głowy mówić o kryzysie czy brakach w zaopatrzeniu. Podobnie było w czasie analogicznego kryzysu (za prezydentury Jamesa Cartera – przyp. tłum.) w 1979 roku, kiedy to ilość sprzedanej benzyny była o 3,5 proc. niższa od rekordowego pod względem zużycia paliw roku 1978. Co więcej, pod względem ilości sprzedanej benzyny, rok 1979 był drugim, po 1978 roku, w dziejach Stanów Zjednoczonych. Niewielki spadek podaży spowodował ogromne niedobory, których rezultatem były wielogodzinne kolejki przed stacjami benzynowymi.

Aby posłużyć się analogią do rynku mieszkaniowego, tak jak regulacja czynszów doprowadziła do zaniedbania substancji mieszkaniowej – mieszkania rzadziej były odnawiane, gorzej utrzymywane etc. – tak regulacja cen paliw doprowadziła do pogorszenia się standardu usług na stacjach benzynowych: mniej chętnie sprawdzano ciśnienie w oponach, rzadziej uzupełniano płyn w spryski waczach, skróceniu uległy także godziny pracy stacji, utrudniając dodatkowo życie kierowcom.

Z powodu niedoborów i długich kolejek, stacje nie musiały czekać na konsumenta przez 24 godziny na dobę, tak jak to miało miejsce, gdy panowały ceny „normalne", sprzedały, co miały do sprzedania w ciągu kilku godzin i zamykały się na resztę dnia, bo w zbiornikach było pusto. Statystyczny tydzień pracy przeciętnej stacji benzynowej w Nowym Jorku we wrześniu 1978 roku, a więc przed kryzysem, wynosił 110 godzin, by już w czerwcu roku 1979, w czasie kryzysu, nie przekroczyć 27 godzin. Tymczasem ilość benzyny sprzedanej w obu porównywalnych okresach różniła się zaledwie o kilka procent. I znowu, problemem nie był tu fizyczny niedobór paliw, lecz braki wywołane sztucznie zaniżonymi cenami.

Taki niedobór jest równoznaczny z tym, że sprzedający nie musi dbać o kupującego. Z tego powodu m.in. właściciele budynków czynszowych zaniedbują stan techniczny czy standard domów, w których mieszkają ich lokatorzy, zaś właściciele stacji benzynowych mogą arbitralnie decydować o godzinach swojego otwarcia, oszczędzają przy okazji na płacach pracowników oraz innych kosztach związanych z prowadzeniem działalności (elektryczność, oświetlenie itp.). Nie ulega wątpliwości, że wielu kierowców, których życie i praca były, z powodu wielogodzinnych kolejek przed pompami paliwowymi, zdezorganizowane, dla uniknięcia tych problemów bez niczego zapłaciłoby za benzynę te kilka centów za galon więcej. Nie mogli tego uczynić, ponieważ obowiązujące prawo o kontroli cen im to uniemożliwiało.

Niektórzy, ci odważniejsi i pozbawieni skrupułów sprzedawcy oraz konsumenci dokonywali takich – korzystnych dla obu stron – transakcji z pominięciem prawa. Kontrola cen tworzy bowiem czarny rynek, na którym nie tylko obowiązują ceny wyższe od dozwolonych przez prawo, lecz także wyższe od tych, jakie istniałyby na wolnym rynku. Ryzyko wymaga przecież nagrody. O ile czarny rynek w małej skali odbywa się z zachowaniem dyskrecji, o tyle czarny rynek w skali gospodarki, a więc przekupywanie decydentów w celu zdobycia ich przychylności, staje się sprawą normy.

W Rosji, przykładowo, obowiązywał zakaz transportu (regulowanej) żywności poza granice regionu. Proceder omijania zakazu ochrzczono mianem „dekretu 150. rublowego". Tyle bowiem kosztowała łapówka wręczana policjantowi, aby przymknął oko i nielegalny transport przepuścił poza dozwolone prawem granice.



PUŁAPY CENOWE A NADWYŻKI


Ustanowienie ceny na poziomie niższym niż by to wynikało z rynkowej równowagi popytu i podaży sprawia, że wzrasta popyt, a maleje podaż. Innymi słowy, arbitralnie ustanowiona cena wywołuje niedobory. Analogicznie, ustalenie ceny powyżej poziomu, który wynikałby z wolnej gry rynkowej, powoduje wzrost podaży, a w konsekwencji nadmiar. Jakże często ta prosta zależność ginie w wirze politycznych gierek i popularnych prawd obiegowych.

Jednym z klasycznych przykładów ustanowienia przez rząd dolnego pułapu cenowego był program subsydiowania cen na amerykańskie produkty rolne. Jak to często bywa, chęć zaradzenia rzeczywistemu, choć tylko chwilowemu problemowi doprowadza do ustanowienia programu rządowego trwającego jeszcze długo po tym, jak wygasły przyczyny, które go wywołały.

Jeden z wielu dramatów Wielkiej Depresji lat 1930. polegał na tym, że znaczny odsetek farmerów nie był w stanie uzyskać za sprzedaż wyprodukowanych przez siebie płodów rolnych ilości pieniędzy umożliwiającej chociażby opłacenie rachunków. Ceny płodów rolnych spadły znacznie bardziej niż ceny towarów kupowanych przez rolników. Wielu farmerów traciło swoje gospodarstwa wskutek niewypłacalności, wielu innych żyło w skrajnej nędzy, usiłując mimo wszystko utrzymać się na roli, że w końcu rząd postanowił interweniować, starając się przywrócić „równowagę" pomiędzy rolnictwem a pozostałymi sektorami gospodarki. Polegała ona na zahamowaniu gwałtownego spadku cen produktów rolnych.

Interwencja ta przybierała różne formy. Jedna z nich polegała na zmniejszeniu wielkości upraw oraz ilości płodów, które wolno było sprzedawać, tak aby ich cena nie spadła poniżej poziomu ustanowionego arbitralnie przez rząd federalny. I tak, przykładowo, prawo zabraniało sprzedaży bawełny oraz orzeszków ziemnych. Dostawy owoców cytrusowych, orzechów, a także innych produktów rolnych były regulowane przez lokalne zrzeszenia farmerów (kartele), za którymi stała siła Sekretariatu Rolnictwa, umożliwiającego ustanawianie „zarządzeń rynkowych" oraz karanie tych, którzy je naruszali, produkując czy sprzedając więcej niż było dozwolone przez władze. Taka polityka kontynuowana była przez wiele lat po zakończeniu Wielkiej Depresji, a została zaniechana dopiero w obliczu prosperity, jaka nastała po zakończeniu II wojny światowej.

Ta pośrednia metoda sztucznego utrzymywania cen powyżej poziomu równowagi rynkowej to tylko fragment zjawiska. Głównym sposobem utrzymywania cen powyżej równowagi był wykup przez rząd nadwyżki produktów rolnych objętych regulacją cen. Skupowano w ten sposób szereg płodów rolnych, takich jak: ryż, kukurydza, tytoń, pszenica i wiele innych.

Regulacja cenowa polegająca na ustaleniu cen na poziomie minimum miała zapobiec dalszemu spadaniu cen, w rzeczywistości zaś tworzyła ona nadmiar produktów w równie zastraszającym tempie, w jakim regulacja cenowa polegająca na ustaleniu górnego pułapu cen, zamiast ograniczać wzrost cen, powodowała wzrost niedoborów. Bywały lata, kiedy rząd federalny – dla utrzymaniu cen na ustalonym przez siebie poziomie – skupywał z rynku czwartą część zboża wyprodukowanego w całym kraju.

W chwili gdy niedożywienie ludności stawało się coraz poważniejszym problemem, a marsze głodowe były codziennością wielkich miast, wprowadzony w okresie Wielkiej Depresji lat 1930. program subsydiowania cen doprowadził do gigantycznego marnotrawstwa żywności wywołanego celowym jej niszczeniem. W samym tylko 1933 roku rząd federalny skupił aż 6 mln sztuk świń i je celowo wybił. W celu utrzymywania cen na sztucznie zawyżonym poziomie, ogromne obszary pod uprawę zboża były zaorywane. Z tego samego powodu wylewano do ścieków hektolitry mleka. A równocześnie tysiące dzieci cierpiało z powodu niedożywienia.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com