Echo w ciemnosci - Francine Rivers - Francine Rivers - ebook
Wydawca: Bogulandia Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 721 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Echo w ciemnosci - Francine Rivers - Francine Rivers

II tom trylogii Francine Rivers "Znamię lwa"

I wiek po Chrystusie. Efez. Młoda chrześcijanka Hadassa zostaje skazana na męczeńską śmierć. Zrozpaczony Markus Walerian podąża do Jerozolimy, by znaleźć Boga, w którego Hadassa wierzyła tak mocno, że z ufnością i spokojem stanęła na efeskiej arenie.

Porywająca akcja, wiarygodne sylwetki psychologiczne, sugestywnie przedstawiony starożytny Rzym, zaskakująco podobny do współczesnego świata - to wszystko złożyło się na sukces powieści, którym jest zarówno popularność wśród czytelników, jak i uznanie krytyków oraz prestiżowe nagrody

Recenzja: http://ksiazkowy-blog.blogspot.com/2013/09/trylogia-znamie-lwa-recenzja.html

***

Trylogia „Znamię lwa” zajmuje bezsprzecznie nr 1 w moim rankingu najlepszych powieści. Gdybym miała nadawać punkty w kategorii warte/niewarte przeczytania, to daleeeeeeko w tyle za powieścią

„Głos w wietrze” byłaby druga pozycja. Po prostu cudowna powieść! Największym atutem i sekretem tej książki jest to, że czytając ją, człowiek czuje się „uwznioślony”, podniesiony na duchu, pełen optymizmu i wiary w siebie. Widzi też sens istnienia. Powieść ta winna być polecana jako doskonały lek na depresję, niezwykłe uczucie spokoju wewnętrznego, pogoda ducha pozostają bowiem w człowieku jeszcze długo po ukończeniu czytania. Jedyny minus tej trylogii to fakt, że przeczytawszy jej trzy tomy, żałujemy niezmiernie, że to już koniec.

recenzja z www.biblionetka.pl

***

Francine Rivers jest pisarką aktywną od ponad trzydziestu lat.

W latach 1976-1985 odnosiła sukcesy na rynku beletrystyki dla szerszego grona odbiorców, zdobywając liczne nagrody. W 1986 powróciła do głębokiej wiary chrześcijańskiej. Odtąd Francine Rivers publikuje na rynku wydawnictw chrześcijańskich, a jej książki wciąż cieszą się uznaniem zarówno krytyków, jak czytelników. Została nagrodzona złotym medalem amerykańskiego Ewangelicznego Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Wydawców ECPA, zaś Amerykańskie Stowarzyszenie Autorów Romansów wyróżniło prestiżową nagrodą RITA aż trzy inne powieści. Autorka wyznaje, że poprzez swoje pisarstwo stara się zbliżać czytelników do Boga oraz że pragnie czcić i wielbić swoją pracą Chrystusa, w podzięce za to, w jaki sposób wpłynął i wciąż wpływa na jej życie.

Recenzja: http://ksiazkowy-blog.blogspot.com/2013/09/trylogia-znamie-lwa-recenzja.html

Opinie o ebooku Echo w ciemnosci - Francine Rivers - Francine Rivers

Fragment ebooka Echo w ciemnosci - Francine Rivers - Francine Rivers













Znamię Lwa

(trylogia)

Głos w wietrze

Echo w ciemności

Jak świt poranka


Tytuł oryginału: An Echo in the Darkness

Copyright© 1994 Francine Rivers.

All rights reserved.

Tłumaczenie:

Adam Szymanowski

Projekt okładki:

Radosław Krawczyk

Skład:

Mikrograf s.c. www.mikrograf.pl

Druk i oprawa:

Drukarnia ReadMe Łódź

Copyright © 2013 for the Polish edition by Wydawnictwo Bogulandia,

Warszawa 2013

All rights to the Polish edition reserved.

Książka, ani żadna jej część, nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. W sprawie zezwoleń proszę zwracać się do:

Wydawnictwo Bogulandia

tel. 603 072 828

info@bogulandia.pl

www.bogulandia.pl

Cytaty z Pisma Świętego pochodzą z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu, Najnowszy przekład z języków oryginalnych z komentarzem, przygotowany z inicjatywy Towarzystwa Świętego Pawła, wydanego przez Edycję Świętego Pawła, Częstochowa, 2009.

ISBN 978-83-63097-17-2

Książka do nabycia:

Księgarnia i Hurtownia wysyłkowa „Bogulandia”

ul. Ząbkowska 23/25 lok. 53, 03-736 Warszawa

info@bogulandia.pl

www.bogulandia.pl

Książka polecana przez

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser


Spis treści

Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Słowo wstępne – Przedmowa wydawcy
Przedmowa
Podziękowania
Prolog
Część I: Echo
Część II: Glina
Część III: Kształtowanie
Część IV: Wypalanie
Część V: Złote naczynie
Epilog
Tak pewne, jak nastanie świtu, rozdział 1
Słowniczek terminów
Materiały do dyskusji

Przedmowa wydawcy

Drodzy Czytelnicy!

Od czasu nawrócenia, przez 15 lat interesowały mnie tylko półki z książkami, na którym widniały napisy: poradniki, religia, świadectwa, rozważania duchowe itp. Zawsze omijałam dział: powieści chrześcijańskie. Wydawały mi się płytkie, nic nieznaczące dla mojego rozwoju duchowego, po prostu strata czasu i pieniędzy. W takim przekonaniu chodziłam do czasu, gdy koleżanka dosłownie wcisnęła mi w ręce powieść „Potęga miłości” Francine Rivers.

Jadąc nad morze, włożyłam książkę do walizki. Z nudów zaczęłam ją czytać. Uwierzcie mi, żadna lektura nie wywarła na mnie tak wielkiego wrażenia, utrzymującego się przez wiele tygodni po jej przeczytaniu.

Oczywiście powieść można było „połknąć”w jeden dzień, no może dobę, mnie zajęła ona trzy dni. Z obawy przed pokusą czytania na plaży, celowo nie brałam książki ze sobą, gdyż rola mamy sześciorga dzieci nad morzem polega na ciągłym liczeniem stanu rodziny. Na szczęście w nocy dzieci śpią, a ja, nie rozstając się z pudełkiem chusteczek, mogłam upajać się cudowną historią głównych bohaterów.

Nie mam zamiaru zamieszczać streszczenia powieści, ale opowiem krótką historię towarzyszącą mojej lekturze.

Na pewno znacie to uczucie wściekłości, gdy okazuje się, że pozostała już tylko jedna kartka do końca, a wy oddalibyście wszystko, żeby nie rozstawać się z bohaterami książki. Ale po co jest wyobraźnia? Nie jesteś w stanie o niczym innym myśleć, a na samo wspomnienie fabuły powieści, to płaczesz, to się śmiejesz. Ja wciąż płakałam.

W niedzielę pojechaliśmy gościnnie na nabożeństwo do kościoła w Kołobrzegu. Spóźniliśmy się, więc „za karę” zmuszeni byliśmy usiąść w pierwszym rzędzie, tuż przed sceną, bo tylko tam były wolne miejsca. Trzymałam się dzielnie przez cały czas uwielbienia, następnie pewne małżeństwo opowiedziało świadectwo dotyczące kryzysu, przez jaki właśnie przechodzili. To wystarczyło. Wróciłam myślami do losów moich bohaterów. Płakałam przez całe kazanie, nie będąc w stanie przestać. Byłam wściekła na siebie, że nie mogę się ukryć. Widziałam pocieszający wzrok pastora, który pewnie był przekonany, że słowo, jakie mówi, tak potężnie działa w moim sercu.

Następnego dnia poszłam do księgarni w poszukiwaniu jakiejkolwiek książki Francine Rivers. Znalazł się jeden egzemplarz – pierwszy tom trylogii „Znamię Lwa” – „Głos w wietrze”, który okazał się jeszcze większym sukcesem literackim. Podczas czytania trylogii nie byłam zdolna do wykonywania żadnej przyziemnej czynności. Obawiam się, że taki stan, przyglądając się objawom, przypomina uzależnienie. Myślisz tylko o sposobności ukrycia się gdziekolwiek sam na sam z książką. I  w takich momentach wdzięczna jesteś Bogu za odpoczynek i nieocenioną ciszę podczas nieprzespanych nocy.

Oczywiście przeczytałam wszystkie, dostępne na rynku polskim, książki Francine Rivers, ale nigdy nie spodziewałam się, że będę miała zaszczyt przyczynienia się do wydania dzieł autorki, które do tej pory były niedostępne w języku polskim. Są to dwie słynne powieści „Szofar zabrzmiał” oraz „Ostatni zjadacz grzechu”, która zachwyciła reżysera Michaela Landona i na jej podstawie nagrał film . Bardzo mi zależało, aby te powieści były dostępne również dla polskiego czytelnika i tak samo gorąco polecam, jak wspomnianą trylogię „Znamię lwa”, która niezmiennie od 10 lat cieszy się popularnością. Z radością przyjęłam fakt, że prawa autorskie są do nich dostępne i  postanowiliśmy wznowić wydanie tych powieści, gdyż na rynku polskim nie może ich nigdy zabraknąć. Mam też nadzieję, że doczekają się ekranizacji.

Edyta Bogulak
Wydawca


Przedmowa

Kiedy w 1986 roku stałam się nowo narodzoną chrześcijanką, pragnęłam dzielić się swoją wiarą z innymi. Jednak nie chciałam nikogo obrazić i podejmować ryzyka „utraty” starych przyjaciół oraz członków rodziny, którzy nie podzielali mojej wiary w Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Wciąż się wahałam i pozostawałam milcząca. Postanowiłam wtedy rozpocząć własne poszukiwania, badając wiarę męczenników. „Głos w wietrze” był tego rezultatem.

Pisząc historię Hadassy, doszłam do przekonania, że odwaga nie jest czymś, co można wytworzyć samemu, jako wynik własnych starań. Nauczyłam się, że gdy całym sercem poddajemy się Bogu, On daje nam odwagę, aby stawić czoło temu, co przychodzi. On daje nam słowa, które trzeba wypowiedzieć, gdy jesteśmy wezwani, by stanąć i wyrazić swoją wiarę.

Wciąż odczuwam wewnętrzne zmagania jako chrześcijanka, walcząc ze swoimi wadami i przeżywając porażki, ale Jezus dał mi narzędzie w postaci pisania i mogę go używać, poszukując odpowiedzi, które pochodzą od Niego. Każda z moich postaci, ze swoim odmiennym punktem widzenia, odgrywa jakąś rolę, kiedy poszukuję Bożej perspektywy i każdego dnia znajduję w Piśmie Świętym coś, co do mnie przemawia. Bóg okazuje wobec mnie cierpliwość i dzięki studiowaniu Jego Słowa odnajduję to, czego On chce mnie nauczyć. Kiedy słyszę od jakiegoś czytelnika, że został on poruszony jedną z moich opowieści, to mogę powiedzieć, że jedynie Bogu należy się za to chwała. Wszystkie dobre rzeczy pochodzą od Ojca w górze i może On użyć czegokolwiek, aby dotrzeć do swoich dzieci ze swoim pouczeniem – nawet za pomocą fikcji literackiej.

Moim głównym pragnieniem, gdy podjęłam się pisania chrześcijańskiej beletrystyki, było znalezienie odpowiedzi na osobiste pytania i dzielenie się nimi z innymi w formie opowieści. Teraz chcę o wiele więcej. Pragnę, aby Pan Bóg użył moich książek, aby ludzie stali się spragnieni Bożego Słowa, Biblii. Mam nadzieję, że przeczytanie historii Hadassy sprawi, że staniecie się głodni prawdziwego Słowa, Jezusa Chrystusa, Chleba Życia. Modlę się, abyście gdy skończycie czytanie mojej książki, chwycili za Biblię z nowym entuzjazmem i oczekiwaniem na spotkanie z samym Panem. Badajcie Pismo Święte dla czystej radości bycia w Bożej obecności.

Umiłowani, poddajcie się całym sercem Jezusowi Chrystusowi, który Was kocha. Kiedy będziecie pić z głębokiej studni Pisma, Pan Was odświeży i oczyści, będzie was kształtował i odtwarzał poprzez swoje Żywe Słowo. Gdyż Biblia jest samym tchnieniem Boga, dającym życie na wieki tym, którzy Go szukają.

Francine Rivers, 2002


Podziękowania

Chciałabym wyrazić wdzięczność i podziękować dwojgu bardzo szczególnym redaktorom, którzy ślęczeli po nocach nad moim tekstem: mężowi, Rickowi Riversowi, gdyż od samego początku czuwał nad moim pisaniem, i redaktorowi z wydawnictwa Tyndale House, Karen Bali. Rick skreślał to, co niepotrzebne, Karen wygładzała. Oboje śmiało przedzierali się przez dzikie tereny nieopatrzonych tytułami rozdziałów, brnęli przez grzęzawiska nie kończących się zdań i wyrąbywali sobie drogę wśród gęstwy osobliwej interpunkcji i niezwykłej pisowni.

Niechaj Bóg was błogosławi


Prolog

Aleksander Democedes Amandynus stał przy bramie śmierci, czekając na okazję, by dowiedzieć się czegoś więcej o życiu. Igrzyska nigdy nie sprawiały mu przyjemności, przychodził więc tu niechętnie. Jednak to, co zobaczył dzisiaj, oszołomiło go, zdumiało do głębi jego jestestwa.

Szaleńczy ryk tłumu zawsze napełniał go jakimś mimowolnym niepokojem. Ojciec powiedział mu kiedyś, że oglądanie gwałtu zadawanego innym ma działanie oczyszczające i Aleksander widywał od czasu do czasu prawie chorobliwą ulgę na twarzach ludzi przyglądających się zabijaniu na arenie.

Zmarszczył brwi. Być może ci, którzy siedzą i patrzą na te przerażające rzeczy, są w pewnym sensie wdzięczni, że to nie oni muszą znaleźć się na arenie pełnej lwów albo stanąć do walki z wyćwiczonym gladiatorem, albo ponieść śmierć w jakiś inny, jeszcze bardziej groteskowy i poniżający sposób.

Tysiące ludzi przychodziły tu zapewne po to, żeby przeżyć katharsis, jakby to uczestniczenie w zorganizowanym zadawaniu ran stanowiło swoistą zaporę między widzem a coraz bardziej zepsutym i samowolnym światem. Tak, w cesarstwie działy się rzeczy straszne, lecz w tym akurat czasie nie dotyczyło to najwyższych kręgów, nie dotyczyło wiernych, tych, którzy naprawdę należeli do Rzymu. Aleksander uśmiechnął się krzywo, zdał sobie bowiem sprawę, że niewielu z zasiadających w amfiteatrze zauważyło to, co dla niego było oczywistością: że fetor krwi wsiąkającej w piasek jest tak samo mocny, jak fetor rozpusty i strachu unoszący się w tym cesarstwie wokół każdego. Takim właśnie powietrzem oddychali wszyscy.

Jednak dzisiaj… dzisiaj zdarzyło się coś wstrząsającego. Coś, co wzburzyło młodzieńca jak rzadko kiedy. Zwrócił w tym momencie wzrok na leżącą młodą kobietę i ogarnęło go niepojęte poczucie tryumfu.

Patrzył na martwą kobietę i zaciskał dłonie na barierce. Kiedy więźniowie znaleźli się na arenie, odeszła od innych – spokojna i dziwnie radosna. Aleksander natychmiast skupił na niej całą swą uwagę. Jak przystało na człowieka przygotowującego się do zawodu medyka, umiał dostrzec wszystko, co odbiegało od zwyczajności, każdą odmienność w człowieku, a w tej kobiecie było coś niezwykłego… coś, czego nie dało się ująć w słowa.

W pewnym momencie zaczęła śpiewać i pełen słodyczy głos przeszył jego serce.

Wrzask tłumu szybko zagłuszył jej pieśń, ale kobieta śpiewała dalej, idąc z pogodną twarzą przez piasek – prosto w stronę miejsca po drugiej stronie areny, skąd patrzył na nią Aleksander. Znowu czuł, jak serce wali mu w rytm jej kroków. Wygląd miała dość pospolity, ale coś z niej promieniowało… była wokół niej jakaś świetlna aura, którą się wyczuwało, nie widząc. Miał wrażenie, że kobieta chce objąć go wyciągniętymi ramionami.

Kiedy dopadła ją lwica, rozległ się głuchy odgłos i Aleksander miał wrażenie, że zwierzę zwaliło się na niego.

Zamknął oczy, jego ciało ogarnął dreszcz. Znowu spojrzał. Dwie lwice walczyły nad nieruchomym ciałem. Skrzywił się, widząc, że jedna z bestii zagłębia pazury w udo młodej kobiety, próbując ją odciągnąć. W tym momencie druga lwica skoczyła i zwierzęta zwarły się pazurami, walcząc o łup.

I wtedy krzyczące ze strachu dziecko, uciekając przed lwicą, przebiegło obok krat furty, za którą stał Aleksander. Młodzieniec zacisnął szczęki i oparł się czołem o zimną kratę. Kostki palców pobielały mu, gdyż z całą siłą zamknął dłonie na żelazie. Widok takiego cierpienia stał się nie do wytrzymania.

Odkąd pamiętał, wysłuchiwał argumentów podawanych przez tych, którzy bronili igrzysk. Na arenę trafiają zbrodniarze zasługujący na śmierć. Aleksander wiedział, że ludzie rzuceni lwom na pożarcie wyznawali wiarę zachęcającą do obalenia władzy Rzymu.

Nie mógł pozbyć się myśli, że społeczeństwo mordujące bezradne dzieci zasługuje na unicestwienie.

Kiedy umilkł wreszcie porażający pisk dziecka, Aleksander wypuścił powietrze z płuc. Nie zdawał sobie nawet sprawy, że przez dłuższy czas wstrzymywał dech. Stojący za jego plecami strażnik roześmiał się: – Na jeden kęs!

Aleksander milczał. Pragnął zamknąć oczy, odgrodzić się od rzezi trwającej na arenie, ale strażnik zaczął się mu przyglądać. Czuł na sobie zimne spojrzenie tych bezlitosnych oczu, obserwujących go przez otwór w wypolerowanym hełmie. Nie chciał poniżyć się w oczach tamtego, okazując słabość. Jeśli ma zostać dobrym lekarzem, musi panować nad wzruszeniami. Flegon powtarzał często, że musi być twardy, jeżeli chce odnieść sukces na drodze życiowej, którą sobie wybrał. Mądry nauczyciel powiedział, że w końcu śmierć to jeden z aspektów życia medyka.

Aleksander odetchnął głęboko, żeby uśmierzyć wzburzenie, i znowu spojrzał na piasek. Wiedział, że gdyby nie igrzyska, nie miałby możliwości studiowania ludzkiej anatomii. Flegon powiedział mu, że ze zwojów i obrazków niczego się już nie nauczy. Jeśli chce pogłębić swą wiedzę, musi dokonywać wiwisekcji. Widząc odrazę młodzieńca do takich praktyk, stary lekarz trwał nieugięcie przy swoim, osaczając swego ucznia siecią argumentów nie do odparcia. Jak wyobraża sobie chirurgię bez znajomości anatomii? Obrazy, rysunki to nie to samo, co rzeczywiste ciało człowieka. A w Rzymie jest tylko jeden sposób, żeby poznać anatomię.

Aleksander przeklinał w duchu rzymskie prawo, które zakazywało sekcji zwłok, zmuszając tym samym lekarzy do krojenia ludzi bliskich śmierci. Jedynym miejscem, gdzie miało się taką sposobność, był cyrk, gdyż tutaj rany odnosili zbrodniarze.

Padały kolejne ofiary, aż wreszcie okrzyki przerażenia umilkły i zapanowała względna cisza, gdyż lwy zajęły się pożeraniem zwłok. Inny odgłos uświadomił Aleksandrowi, że nadeszła jego pora: były to okrzyki znudzonego i niezadowolonego tłumu. Widowisko dobiegło końca, więc przestało ich to bawić. Niech bestie obżerają się w swoich klatkach, zamiast narażać obecnych na widok swojej nieciekawej uczty.

Edyl natychmiast zrozumiał, czego pragnie tłum. Furty otworzyły się i uzbrojeni posługacze zaczęli się zbliżać do zwierząt, które wczepiły się paszczami i pazurami w zwłoki, broniąc swego łupu. Po posługaczach zjawił się mężczyzna przebrany za Charona, przewodnika przeprawiającego dusze zmarłych przez Styks. Aleksander przyglądał się aktorowi, który tanecznym krokiem przechodził od ciała do ciała, i modlił się, by światełko życia tliło się przynajmniej w jednej z ofiar. W przeciwnym razie będzie musiał tu zostać i czekać na następną sposobność.

Spojrzenie Aleksandra omiotło bez większej nadziei piasek, szukając choć jednego żywego. Raz jeszcze młodzieniec zerknął na młodą kobietę. Koło niej nie było żadnego lwa i Aleksander uznał, że to bardzo osobliwe, iż leży ona tak daleko od mężczyzn wypędzających lwy z areny. Zwężonymi oczami wpatrywał się w nieruchomy kształt. I nagle coś w nim drgnęło. Czyżby zobaczył jakiś nieznaczny ruch? Wychylił się do przodu i patrzył z natężeniem, oślepiony nieco blaskiem słońca. Poruszyła palcami!

– Tam – wskazał czym prędzej. – Blisko środka.

– Padła pierwsza. Z pewnością nie żyje – rzekł kategorycznym tonem strażnik.

– Chcę rzucić na nią okiem – nalegał Aleksander.

Strażnik wzruszył ramionami.

– Jak sobie życzysz – powiedział.

Zrobił krok do przodu i gwizdnął przenikliwie dwa razy. Aleksander patrzył, jak Charon zbliża się w podskokach do dziewczyny i pochyla nad nią, obracając to w jedną, to w drugą stronę pierzastą, uzbrojoną w dziób głową, jakby czyhając na jakiś znak życia. Wymachiwał przy tym teatralnie młotkiem, gotów w każdej chwili użyć go, jeśliby sąd nie dokonał się i ofiara zachowała życie. Najwyraźniej uznał jednak, że dziewczyna nie żyje, gdyż chwycił ją za rękę i bez wielkich ceregieli powlókł po piasku w stronę bramy śmierci.

Nagle któraś lwica skoczyła na posługacza, który zapędzał ją do tunelu. Posługacz ledwie zdążył uskoczyć, ale zaraz, wprawnie posługując się biczem, zapędził rozwścieczone zwierzę do furty. Strażnik skorzystał z zamieszania, żeby otworzyć szeroko bramę śmierci.

– Szybko! – warknął w stronę Charona, który biegł, wlokąc dziewczynę w cień wyjścia.

Strażnik strzelił palcami i dwaj niewolnicy szybko chwycili dziewczynę za ręce i nogi i ponieśli marnie oświetlonym korytarzem.

– Nie tak gwałtownie! – burknął gniewnie Aleksander, kiedy rzucili ją niedbale na brudny, zakrwawiony stół.

Odepchnął niewolników, pewny, że nawet jeśli dziewczyna żyła, te niedołęgi, obchodząc się z nią brutalnie, zgasiły w niej ostatnią iskierkę życia. Ręka strażnika zacisnęła się na ramieniu Aleksandra.

– Sześć sesterców, zanim zaczniesz ją kroić – powiedział strażnik zimnym głosem.

– To dość wygórowana cena, nie uważasz? – mruknął Aleksander, unosząc arystokratyczną brew.

Strażnik uśmiechnął się.

– Nie dla ucznia Flegona. Musisz mieć kufer pełen złota, skoro stać cię na naukę u takiego nauczyciela. – Wyciągnął dłoń.

– Szybko się opróżnia – rzucił Aleksander oschle, rozsupłując sakiewkę przytroczoną do pasa.

Nie wiedział, jak długo będzie mógł pracować, zanim dziewczyna umrze, nie miał więc zamiaru tracić czasu na targowanie się o kilka monet. Strażnik wziął pieniądze i zniknął.

Aleksander znowu skupił całą uwagę na dziewczynie. Jej twarz była jedną masą poszarpanego ciała. Cała tunika nasiąkła krwią. Krwi było tyle, że dziewczyna nie mogła żyć. Pochylił się, przyłożył ucho do jej warg i ze zdziwieniem stwierdził, że czuje cichutki, ciepły oddech, tchnienie życia. Czas nagli. Skinął na swoich niewolników, wycierając dłonie w ręcznik.

– W tym zgiełku nie da się pracować. Połóżcie ją tam. Szybko!

Dwóch ze służby ruszyło, by wykonać jego rozkaz, ale niewolnik Flegona, Troas, stał i patrzył. Aleksander zacisnął usta. Podziwiał zręczność Troasa – w przeszłości niewolnik asystował wiele razy Flegonowi i wiedział więcej o medycynie niż większość wolnych medyków – ale nie lubił tego chłodu w zachowaniu.

– Światło – rozkazał Aleksander.

Przyniesiono pochodnię i Aleksander pochylił się nad dziewczyną leżącą na marmurowej płycie w mrocznym zakątku korytarza. Aleksander przyszedł tu z jasno określonym celem: chciał usunąć skórę i mięśnie z brzucha, żeby przyjrzeć się organom wewnętrznym. Powtórzył to sobie, chcąc utwierdzić się w tym zamiarze, rozwiązał rzemienie skórzanego pudła i otworzył je. Spośród narzędzi chirurgicznych wybrał cienki, ostry jak brzytwa nóż.

Dłoń miał spoconą. Gorzej, drżała mu. Pot spływał mu z czoła i czuł na sobie krytyczne spojrzenie Troasa. Nie ma za dużo czasu; musi działać szybko i zbadać co się da. Otarł pot z czoła i przeklął w duchu swoją słabość.

– Ona nic nie poczuje – powiedział spokojnie Troas.

Aleksander zacisnął zęby, naciął od góry nasączoną krwią tunikę i pociągnął nożem do samego dołu, żeby ustalić, jakie rany odniosła młoda kobieta. Po chwili zmarszczył brwi. Od piersi do pachwiny widać było tylko powierzchowne rany i ciemniejące siniaki.

– Bliżej pochodnię – rozkazał, nachylając się nad ranami, by ocenić je dokładniej. Głębokie bruzdy biegły od linii włosów do policzka, a niżej – od obojczyka po mostek. Młody lekarz powoli przeniósł spojrzenie jeszcze niżej i zauważył głębokie rany punktowe i złamanie kości prawego przedramienia. Znacznie jednak gorsze były rany na udzie, które powstały, kiedy lwica wbiła tam swoje pazury i starała się odciągnąć dziewczynę na bok.

Aleksander otworzył szeroko oczy, kiedy uświadomił sobie, że dziewczyna nie wykrwawiła się na śmierć, gdyż piasek zatkał rany – pewnie, kiedy wlokła ją lwica – tamując upływ krwi. Aleksander poczuł, że coś go dławi w gardle. Jedno szybkie, zręczne cięcie i będzie mógł przystąpić do swoich studiów. Jedno szybkie, zręczne cięcie… i będzie zabójcą tej dziewczyny.

Pot wystąpił mu znowu na skronie, serce waliło jak młot. Patrzył na unoszenie się i opadanie jej piersi, na słabe pulsowanie tętnicy szyjnej i czuł, że robi mu się niedobrze.

– Ona nic nie poczuje, panie – powtórzył Troas. – Jest nieprzytomna.

– Widzę – rzucił zwięźle Aleksander, obrzucając niewolnika mrocznym spojrzeniem.

Przybliżył się i uniósł nóż gotowy do cięcia. Nie dalej jak wczoraj kroił gladiatora. Przez kilka minut poznał anatomię lepiej, niż ślęcząc godzinami nad księgami. Na szczęście umierający mężczyzna ani razu nie otworzył oczu, ale jego rany były znacznie gorsze od tych, które zadano leżącej przed Aleksandrem dziewczynie.

Zamknął oczy, starając się zapanować nad sobą. Chciał skupić się na tym, czego Flegon nauczył go, pracując kiedyś przy swoim uczniu. „Musisz ciąć szybko. O tak – mówił nauczyciel, z wprawą posługując się nożem. Kiedy możesz się nimi zająć, są już prawie martwi i w jednej chwili mogą umrzeć wskutek wstrząsu. Nie trać czasu na rozmyślanie o tym, czy jeszcze cokolwiek czują, gdyż w momencie, gdy serce się zatrzyma, musisz przerwać, jeżeli nie chcesz narażać się na gniew bogów i na skutki prawne.” Mężczyzna, którego organy badał wtedy Flegon, żył kilka minut, nim wykrwawił się na śmierć… ale jego krzyki nadal brzmiały Aleksandrowi w uszach. Spojrzał na Troasa.

– Ile razy patrzyłeś na coś takiego, Troasie?

– Więcej niż mogę zliczyć, panie – odparł ciemnoskóry Egipcjanin, wykrzywiając ironicznie usta.

Dostrzegł zaskoczenie w oczach młodzieńca i jego twarz z powrotem przybrała obojętny wyraz.

– To, czego nauczysz się dzisiaj, panie, uratuje innych jutro.

Dziewczyna jęknęła i poruszyła się. Troas strzelił palcami i dwaj niewolnicy Aleksandra zrobili krok do przodu.

– Trzymajcie ją za ręce i nogi – rozkazał – bo zacznie się rzucać.

Kiedy szarpnięto ją za złamaną rękę, wydała z siebie chrapliwy okrzyk.

– Jezu! – szepnęła i otworzyła oczy.

Aleksander spojrzał w jej ciemnobrązowe oczy tak pełne bólu i zamętu, że nie mógł zdobyć się na żaden ruch.

– Panie – nalegał Troas – musisz pracować szybko.

Dziewczyna wyszeptała coś w dziwnym, nieznanym języku i jej ciało znowu stało się bezwładne. Nóż wypadł z dłoni Aleksandra i zabrzęczał o kamienną posadzkę. Troas obszedł stół, podniósł nóż i podał go młodzieńcowi.

– Zemdlała – powiedział, przenosząc spojrzenie z Aleksandra na dziewczynę i z powrotem.

– Przynieś miskę wody.

Troas zmarszczył brwi.

– Co zamierzasz uczynić, panie? Przywrócić ją do życia?

Słysząc drwiący ton, Aleksander uniósł głowę.

– Śmiesz zadawać mi pytania? – spytał wyniośle.

Troas spojrzał na młodą, arystokratyczną twarz. W tym momencie została nakreślona oddzielająca ich linia i mimo całego swego doświadczenia, całej swojej zręczności, Troas nie ośmielił się jej przekroczyć. Przełknął gniew i dumę i odsunął się.

– Wybacz, panie. Chciałem ci tylko przypomnieć, że została skazana na śmierć.

– Wygląda na to, że bogowie ocalili jej życie.

– Dla ciebie, panie. Byś mógł nauczyć się tego, co powinieneś, i został lekarzem.

– Nie potrafię zdobyć się na to, by ją zabić.

– Z rozkazu prokonsula ona już nie żyje! To nie będzie twój czyn. Nie słowo z twych ust posłało ją na arenę pełną lwów.

Aleksander wziął nóż od Troasa i cisnął go do pudła między inne narzędzia chirurgiczne.

– Nie będę narażał się na gniew Boga, który ją ocalił, odbierając jej życie w tym momencie. – Machnął gniewnie ręką. – Jak sam widzisz, żaden z ważnych organów nie został uszkodzony.

– Uważasz, że lepiej będzie, jeśli spotka ją powolna śmierć wskutek zakażenia?

Aleksander zesztywniał.

– Nie pozwolę jej umrzeć! – Gorączkowo zastanawiał się nad tym, co ma zrobić. Miał ciągle przed oczyma młodą kobietę idącą przez piasek. Śpiewała i szła z rozłożonymi rękami, jakby chciała przycisnąć do piersi ludzi, którzy tak bardzo łaknęli jej śmierci. – Musimy ją stąd wydostać – powiedział stanowczym głosem.

– Chyba oszalałeś, panie! – syknął Troas.

Aleksander jakby go nie słyszał.

– Nie mam tego, co potrzeba, żeby opatrzyć rany i zestawić rękę – mruknął.

Strzelił palcami i wydał polecenia swoim sługom. Troas patrzył na niego z niedowierzaniem, a potem, zapominając, z kim ma do czynienia, złapał Aleksandra za ramię.

– Nie możesz tego uczynić! – mówił cichym głosem. Nieznacznie wskazał głową strażnika, który przyglądał się im właśnie z zaciekawieniem. – Jeśli spróbujesz uratować skazanego więźnia, grozi ci śmierć! Tobie i nam wszystkim!

– Najlepiej więc będzie, jeśli zwrócimy się do jej Boga z modlitwą, by chronił nas i pozwolił bezpiecznie ją z tego miejsca wydostać. A teraz przestań się ze mną sprzeczać i natychmiast ją stąd zabierzcie. Ma się znaleźć w moim domu. Ja omówię wszystko ze strażnikiem i przybędę, gdy tylko będzie to możliwe. Ruszajcie!

Troas zrozumiał, że wszelki opór jest daremny i skinął pospiesznie na pozostałych. Kiedy Egipcjanin wydawał szeptem polecenia, Aleksander wetknął swój nóż chirurgiczny w odpowiednią szczelinę skórzanego pasa, zwinął pas z wszystkimi narzędziami, zawiązał go starannie rzemieniem. Przez cały czas miał świadomość, że strażnik bacznie mu się przygląda. Wziął pudło i wetknął je sobie pod ramię. Wytarł ręcznikiem krew z rąk i spokojnym krokiem podszedł do strażnika.

– Nie możesz jej stąd zabrać, panie – powiedział żołnierz i jego oczy zwęziły się podejrzliwie.

– Nie żyje – skłamał obojętnym tonem Aleksander. – Moi ludzie usuną ciało. Jestem pewny, że nie zależy ci na tym, by ją dotykać – uśmiechnął się ironicznie do strażnika, oparł o kratę i wyjrzał na zewnątrz, na gorący piasek areny. – Nie była warta sześciu sesterców. Zbyt mało pozostało jej życia, bym miał z niej jakiś pożytek. – Spojrzał znacząco na strażnika.

– Twoja strata – uśmiechnął się tamten.

Aleksander udał, że zaciekawili go dwaj gladiatorzy, którzy zwarli się właśnie w walce.

– Ile czasu potrwa ta walka?

Strażnik ocenił wzrokiem przeciwników.

– Pół godziny, może dłużej. Ale tym razem nie przyniosą tu nikogo żywego.

Aleksander zmarszczył brwi, udając rozczarowanie. Postał moment, a potem cisnął zakrwawiony ręcznik w kąt.

– W takim razie pójdę kupić sobie wina.

Idąc oświetlonym pochodniami korytarzem, zmuszał się do zachowania niespiesznego tempa – ale serce biło mu z każdym krokiem żywiej. Wyszedł na światło słoneczne i poczuł na twarzy leciutki podmuch wiatru.

„Pospiesz się! Szybciej!” Usłyszał te słowa wyraźnie, jakby ktoś szeptał mu je natarczywie do ucha. Jednak dokoła nie było żywej duszy.

Z bijącym mocno sercem Aleksander ruszył w stronę swojego domu i zaraz zaczął biec, ponaglony cichym głosem w łagodnym powiewie wiatru.


Echo


I
Rok później

Markus Lucjanus Walerian wędrował gmatwaniną ulic Wiecznego Miasta z nadzieją, że prędzej czy później znajdzie w swym sercu sanktuarium pokoju. Nic z tego. Rzym działał na niego przygnębiająco. Zdążył już zapomnieć o smrodzie bijącym od brudnego Tybru, o natarczywym, różnorodnym tłumie. A może nigdy nie dostrzegał ani jednego, ani drugiego, gdyż zbyt pochłaniało go własne życie i wszystko, co robił. W ciągu kilku ostatnich tygodni, od dnia powrotu do miasta, w którym się urodził, całe godziny spędzał, błądząc po ulicach, odwiedzając miejsca, gdzie niegdyś tak chętnie przebywał. Ale teraz śmiech przyjaciół wydawał mu się pusty, a szaleńcze uczty i pijatyki stały się dla niego czymś dającym tylko zmęczenie, zamiast przyjemności.

Ponieważ czuł przygnębienie i potrzebował rozrywki, zgodził się pójść z Antygonusem do cyrku. Przyjaciel był teraz wpływowym senatorem i zasiadał na honorowym miejscu na podium. Wchodząc do amfiteatru i szukając swego miejsca, Markus starał się zapanować nad uczuciami. Musiał jednak przyznać sam sobie, że kiedy rozległy się trąby, poczuł się nieswojo. Zaczęła się parada i wtedy coś ścisnęło mu pierś, a trzewia zawęźliły się w twardy supeł.

Nie był w cyrku od czasów efeskich. Zastanawiał się, czy będzie mógł przyglądać się igrzyskom. Rzucało się w oczy, że dla Antygonusa igrzyska stały się jeszcze większą obsesją niż poprzednio; grał wysoko, stawiając na gladiatora z Galii.

Kiedy siedzieli już pod baldachimem, dołączyło do nich kilka kobiet. Były piękne i zmysłowe i jak tylko się tu znalazły, dały do zrozumienia, że są zainteresowane w tym samym stopniu Markusem, co igrzyskami. Markus przyjrzał się im bez emocji, a zaciekawienie zgasło równie szybko jak się pojawiło. Te kobiety były płytką, brudną wodą w porównaniu z czystym, uderzającym do głowy winem – Hadassą. Nie zajmowała go ich pusta, czcza rozmowa. Nawet Antygonus, który zawsze go bawił, drażnił go teraz swoimi nazbyt swobodnymi żartami. Markus dziwił się sam sobie, jak mogły sprawiać mu przyjemność takie sprośne historyjki, i czuł tylko politowanie, słuchając Antygonusa, który wyliczał swoje finansowe klęski.

– Jeszcze, jeszcze! – roześmiała się któraś z kobiet, najwyraźniej zachwycona ordynarnym żartem opowiedzianym właśnie przez Antygonusa.

– Będą cię piekły uszy – ostrzegł Antygonus, patrząc na nią błyszczącym wzrokiem.

– Jeszcze! – podjęło prośbę całe towarzystwo.

Całe poza Markusem. Siedział w milczeniu, przepełniony obrzydzeniem. „Stroją się jak pawie i śmieją chrapliwie jak wrony” – pomyślał, przyglądając się swoim sąsiadom.

Jedna z kobiet podeszła i spoczęła na łożu obok niego. Kusząco wparła się w niego swym biodrem.

– Igrzyska zawsze mnie podniecają – oznajmiła głębokim, miękkim głosem, wpatrując się w Markusa ciemnymi oczami.

Markus nie odpowiedział. Czuł tylko niesmak. Zaczęła opowiadać o jednym z wielu swoich kochanków, szukając wzrokiem oznak zainteresowania na twarzy młodego mężczyzny. Osiągnęła jednak tylko to, że jego odraza jeszcze bardziej się wzmogła. Patrzył na nią, nie próbując nawet ukryć swoich uczuć, ale ona na to nie zważała. Nadal uwodziła go z subtelnością tygrysa, który uważa się za domowego kota.

Przez cały ten czas trwały krwawe zmagania. Antygonus i kobiety śmiali się, żartowali i obrzucali przekleństwami ofiary areny. Markus z rozdrażnieniem patrzył na swoje towarzystwo… na to, jak ci ludzie rozkoszują się widokiem cierpienia i śmierci.

U niego budziło to tylko mdłości, odwrócił się więc, by utopić swoje uczucia w winie. Wychylał kielich za kielichem, rozpaczliwie starając się zagłuszyć w sobie krzyki dochodzące z areny. Nigdy jednak otumaniający napój nie usunie z jego pamięci obrazu… obrazu innego cyrku i innej ofiary. Miał nadzieję, że wino otępi go, ale po jego wypiciu świadomość jeszcze bardziej się wyostrzała.

Tłum wokół niego szalał z podniecenia. Antygonus przyciągnął do siebie jakąś kobietę i spletli się w uścisku. Wyobraźnia podsunęła Markusowi obraz… obraz jego siostry, Julii. Przypomniał sobie, jak po raz pierwszy zabrał ją do cyrku i jak śmiał się, widząc błysk podniecenia w jej czarnych oczach.

„Obiecuję, że nie przyniosę ci wstydu, Markusie. Nawet nie drgnę, choćby było nie wiem ile krwi.” To prawda.

Nawet wtedy nie drgnęła.

Ani później.

Nie mogąc dłużej znieść tego, co się wokół niego działo, Markus wstał. Kiedy tylko znalazł się poza zasięgiem wzroku Antygonusa i całego towarzystwa, zaczął biec – jak wtedy, w Efezie. Chciał znaleźć się możliwie najdalej od zgiełku, od woni ludzkiej krwi. Przystanął, żeby nabrać tchu, oparł się plecami o kamienny mur i zwymiotował.

Jeszcze wiele godzin po zakończeniu igrzysk dźwięczały mu w uszach wrzaski tłumu domagającego się jeszcze i jeszcze krwi. Te wrzaski rozlegały się echem w jego umyśle, dręczyły go.

Tylko tego zaznał od dnia śmierci Hadassy. Udręki. I strasznej, mrocznej pustki.

– Unikasz nas? – spytał kilka dni później Antygonus, kiedy przyszedł z wizytą do Markusa. – Nie było cię wczoraj u Krassusa. Wszyscy oczekiwali, że się zjawisz.

– Miałem pilną pracę. – Markus myślał o tym, żeby wrócić na stałe do Rzymu, z płonną nadzieją, że znajdzie tu pokój, którego tak bardzo pragnął. Wiedział już, jak dalece się łudził. Spojrzał na Antygonusa i potrząsnął głową. – Spędzę w Rzymie jeszcze tylko kilka miesięcy.

– Myślałem, żeś wrócił na zawsze – powiedział zaskoczony Antygonus.

– Zmieniłem zamiary – odparł krótko Markus.

– Ale dlaczego?

– Nie chcę o tym mówić.

Oczy Antygonusa pociemniały. Głosem przepełnionym ironią oznajmił:

– No cóż, mam nadzieję, że znajdziesz przynajmniej czas, żeby przyjść na ucztę, którą chciałbym wydać na twoją cześć. I czemu właściwie masz taką przygnębioną minę? Na bogów, Markusie, jakże się zmieniłeś od wyjazdu do Efezu! Co cię tam spotkało?

– Jestem bardzo zajęty, Antygonusie.

– Musisz wyrwać się z tych posępnych nastrojów. – Markus wiedział, że ten troskliwy ton oznacza, iż Antygonus poprosi zaraz o pieniądze. – Pomyślałem o rozrywkach, które niechybnie rozproszą wszelkie czarne myśli, jakimi się dręczysz.

– Dobrze, już dobrze! Przyjdę na tę twoją przeklętą ucztę – oświadczył Markus, myśląc tylko o tym, żeby Antygonus jak najszybciej wyszedł z jego domu. Dlaczego nikt nie rozumie, że pragnie jedynie tego, by zostawiono go w spokoju? – Ale dzisiaj nie mam czasu na czcze pogawędki.

– Wytwornie to ująłeś – rzucił drwiąco Antygonus i wstał, żeby wyjść. Owinął się togą i ruszył w stronę drzwi, ale w pewnym momencie przystanął i raz jeszcze obrzucił przyjaciela spojrzeniem pełnym troski. – Mam jednak nadzieję, że do jutrzejszego wieczoru nastrój ci się poprawi.

Nie poprawił się.

Antygonus nie powiedział Markusowi, że wśród gości będzie Arria. I Markus dostrzegł ją zaraz po przyjściu. Spojrzał z wyrzutem na Antygonusa, ale senator uśmiechnął się tylko z zadowoleniem i pochylił w jego stronę z szelmowskim wyrazem twarzy.

– Przez prawie dwa lata była twoją kochanką, Markusie – roześmiał się z cicha. – To znacznie dłużej niż udało się komukolwiek po tobie. – Widząc minę Markusa, uniósł pytająco brwi. – Nie wyglądasz na zachwyconego. Mówiłeś, że rozstałeś się z nią po przyjacielsku.

Arria była nadal piękna, nadal spragniona uwielbienia ze strony wszystkich mężczyzn dokoła, nadal rozwiązła i szukająca nowych uciech. Jednak Markus dostrzegł pewną subtelną zmianę. Miękkie rysy młodości ustąpiły miejsca rysom ostrzejszym, jakie pojawiają się u ludzi długo prowadzących życie światowe. W jej śmiechu nie było już dawnej bujności i rozkoszy; przewijała się w nim jakaś zgrzytliwa nuta – cierpka i szorstka. Otoczyło ją kilku mężczyzn, a ona droczyła się z każdym po kolei, żartując z nich i rzucając szeptem dwuznaczne uwagi. Rozejrzała się potem po sali i jej pytające spojrzenie spoczęło na Markusie. Wiedział, że zastanawia się, dlaczego nie przyciągnął go uśmiech, jakim obdarzyła go, kiedy tu wszedł. On jednak wiedział dobrze, czym jest ten uśmiech: przynętą dla zgłodniałej ryby.

Na nieszczęście dla Arrii Markus nie był zgłodniałą rybą. Już nie. Antygonus nachylił się bliżej.

– Spójrz tylko, Markusie, jak na ciebie patrzy. Wystarczy, byś kiwnął palcem, a znowu będzie twoja. Ten, który wlepia w nią psie spojrzenie, to jej ostatnia zdobycz, Metrodorus Krateuas Merula. Jeśli brakuje mu dowcipu, znakomicie nadrabia to sakiewką. Jest prawie tak bogaty, jak ty, ale i naszej małej Arrii nie brakuje teraz pieniędzy. Jej książka zrobiła prawdziwą furorę.

– Książka? – spytał Markus, uśmiechając się ironicznie. – Nie przyszło mi do głowy, że Arria umie napisać swoje imię, a co dopiero zebrać dość słów, by złożyć z nich zdanie.

– Widzę, że nie masz pojęcia, o czym pisała, bo w przeciwnym razie nie brałbyś tego tak lekko. To wcale nie jest do śmiechu. Mała Arria ujawniła tajemne talenty, o których nic nie wiedzieliśmy. Stała się kobietą pióra czy, mówiąc dokładniej, autorką erotyków. Ładny zbiorek opowieści pod hasłem „wszystko robiłam, wszystko powiem”. Na bogów, narobiła zamieszania wśród najwyżej postawionych osób. Jeden z senatorów stracił przez nią żonę. Ale nie stratą niewiasty przejął się najbardziej, lecz utratą poparcia jej rodziny. Krążą nawet pogłoski, że będzie musiał popełnić samobójstwo. Nigdy nie można było powiedzieć, że Arria jest osobą dyskretną. Ale teraz myślę, że wywoływanie skandali stało się jej nałogiem. Pisarze dniem i nocą przygotowują kopie jej książeczki. A cena egzemplarza jest zawrotna.

– Nie wątpię, że bez wahania ją zapłaciłeś – rzucił oschle Markus.

– Ależ oczywiście – roześmiał się Antygonus. – Chciałem sprawdzić, czy wspomniała o mnie. A i owszem. W rozdziale jedenastym. Ku memu rozczarowaniu jest to dość pobieżna wzmianka. – Spojrzał na Markusa i uśmiechnął się z rozbawieniem. – Natomiast o tobie napisała szczegółowo… i rozwlekle. Nic dziwnego, że Sarapais była tak spragniona ciebie przed kilkoma dniami w cyrku. Chciała przekonać się, czy jesteś naprawdę taki, jak to opisała Arria – uśmiechnął się znowu. – Powinieneś kupić egzemplarz i sam to przeczytać. Może ci to wrócić wspomnienie dawnych chwil.

– Przy całej swej zachwycającej urodzie Arria jest głupia i lepiej o niej zapomnieć.

– To dość okrutna ocena kobiety, którą kiedyś kochałeś – zauważył Antygonus, mierząc go wzrokiem.

– Nigdy nie kochałem Arrii.

Markus skupił uwagę na tancerkach, które tuż przed nim wykonywały faliste ruchy. Na kostkach ich nóg i nadgarstkach dźwięczały dzwoneczki i ten dźwięk drażnił mu nerwy. Śmiałość zmysłowego tańca i ciała okryte przezroczystymi szatami nie rozbudziły mu zmysłów, a nawet czuł się jakoś nieswojo. Chciałby, żeby taniec się skończył i dziewczęta zniknęły.

Antygonus chwycił jedną z nich i przyciągnął ją na swoją pierś. Chociaż wyrywała się, wycisnął na jej ustach namiętny pocałunek. Kiedy puścił ją, roześmiał się głośno.

– Wybierz sobie którąś – rzucił w stronę Markusa.

Niewolnica krzyknęła i Markus wewnętrznie się skurczył. Już widział ten wyraz dziewczęcej twarzy – w oczach Hadassy, kiedy stracił kontrolę nad swą namiętnością.

– Daj jej pokój, Antygonusie.

Inni śmiali się i zachęcali go okrzykami. Pijany Antygonus dał się sprowokować i stał się jeszcze bardziej natarczywy. Dziewczyna piszczała.

Markus zerwał się na równe nogi.

– Puść ją!

W sali zapanowała cisza i wszystkie spojrzenia spoczęły na Markusie. Roześmiany Antygonus podniósł głowę i obrzucił go lekko zdziwionym spojrzeniem. Śmiech zamarł mu na ustach. Obrócił się na bok, nagle zaniepokojony, i puścił niewolnicę.

Ta zaś, łkając histerycznie, wyrwała się i uciekła.

Antygonus przyjrzał się kpiąco Markusowi.

– Wybacz, Markusie. Skoro tak ci na niej zależy, czemu od razu nie powiedziałeś?

Markus poczuł na sobie spojrzenie rozpalonych zazdrością oczu Arrii. Przemknęła mu przez głowę myśl o karze, jaką wymierzy Arria niewolnicy, która w niczym tu nie zawiniła.

– Nie chcę tej dziewczyny – oznajmił zwięźle – ani żadnej innej z tych, które są tutaj.

Podniosła się fala szeptów. Kilka kobiet spojrzało z głupim uśmiechem na Arrię. Twarz Antygonusa pociemniała.

– Czemu więc wtrącasz się do moich przyjemności?

– Gotów byłeś zgwałcić tę dziewczynę.

Antygonus zdobył się na oschły śmiech.

– Zgwałcić? Jeszcze chwila, a zaczęłaby się radować.

– Wątpię.

Dobry humor Antygonusa natychmiast gdzieś wyparował. Senator czuł się znieważony i jego oczy ciskały błyskawice.

– Odkąd to ma dla ciebie jakieś znaczenie to, co czuje niewolnica? Raz czy dwa widziałem, jak sam się w ten sposób zabawiałeś.

– Nie musisz mi tego przypominać – odparł posępnym głosem Markus, wypijając resztkę wina ze swojego kielicha. – Przydałby mi się chyba łyk świeżego powietrza.

Wyszedł do ogrodu, ale nie poczuł ulgi, gdyż zaraz zjawiła się Arria, a za nią nadszedł nieodstępujący jej Merula. Markus musiał znieść ich obecność, chociaż miał ochotę zgrzytać zębami. Arria mówiła o ich przygodzie miłosnej tak, jakby skończyła się wczoraj, nie zaś cztery lata tamu. Merula przyglądał się Markusowi, któremu zrobiło się żal tamtego. Arrii zawsze sprawiało przyjemność dręczenie swoich kochanków.

– Czy czytałeś, Markusie, moją książkę? – spytała głosem słodkim jak miód.

– Nie.

– Jest całkiem niezła. Spodoba ci się.

– Straciłem zainteresowanie tandetą – rzekł i zmierzył ją spojrzeniem.

W jej oczach pojawiły się błyski.

– Skłamałam, pisząc o tobie, Markusie – powiedziała z twarzą wykrzywioną gniewem. – Byłeś najgorszym kochankiem, jakiego miałam!

Markus odwzajemnił się lodowatym uśmiechem.

– To dlatego, że kiedy odchodziłem od ciebie, w moich żyłach nadal płynęła krew.

Odwrócił się do niej plecami i odszedł.

Nie zważając na obelgi, którymi go obrzucała, opuścił ogród. Wrócił na salę i szukał rozrywki w rozmowie ze starymi znajomymi i przyjaciółmi. Ale ich śmiech drażnił go; potrafili się bawić tylko czyimś kosztem. W zabawnych spostrzeżeniach dostrzegał małostkowość, w opowieściach o tragediach – przyjemność.

Oddalił się od grupki, spoczął na łożu i popijając wino, obserwował posępnie gości Antygonusa. Widział teraz, jaką grę między sobą prowadzą. Zakładali maskę ludzi cywilizowanych, ale ani na chwilę nie przestawali pluć trucizną. I nagle coś go uderzyło. Tego rodzaju zebrania i uczty stanowiły niegdyś ważną cząstkę jego własnego życia. Sprawiały mu przyjemność!

A teraz dziwił się, po co tu przyszedł… po co w ogóle wrócił do Rzymu.

Podszedł do niego Antygonus z bogato ubraną dziewczyną o bladej cerze. Obejmował niedbale jej ramiona, a ona uśmiechała się zmysłowo. Miała kształty Afrodyty i Markus poczuł przez chwilę, że mroczna intensywność jej spojrzenia budzi w jego ciele odzew. Od dawna nie miał żadnej kobiety.

Antygonus zauważył, że Markus docenił urodę dziewczyny, i uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Spodobała ci się. Wiedziałem. Jest szalenie kobieca. – Puścił dziewczynę i pchnął ją leciutko w stronę Markusa, choć wcale nie było to potrzebne, gdyż i tak oparła się już o pierś Markusa i przyglądała mu się, rozchyliwszy wargi. Antygonus uśmiechnął się znowu. – Nazywa się Dydyma.

Markus ujął Dydymę za ramiona i odsunął od siebie, obdarzając Antygonusa krzywym uśmiechem. Kobieta patrzyła pytająco to na Markusa, to na swojego pana. Antygonus wzruszył ramionami.

– Wygląda na to, że Markus wcale cię nie chce, Dydymo.

– Doceniam twój gest, Antygonusie… – zaczął Markus, odstawiając z trzaskiem kielich.

– Ale… – ciągnął tamten posępnie, potrząsając głową. – Martwisz mnie, Markusie. Nie interesujesz się kobietami. Nie interesujesz się cyrkiem. Co przytrafiło ci się w Efezie?

– Ty tego nie pojmiesz.

– Może jednak spróbujesz mi wyjaśnić?

– Nie powierzę sekretów mojego życia człowiekowi pełniącemu funkcje publiczne – odparł z ironią w głosie Markus.

– Każde słowo z twoich ust ocieka jadem – rzekł cicho Antygonus i jego oczy zwęziły się. – Czym zasłużyłem sobie na twoje potępienie?

– Nie ma to nic wspólnego z tobą, Antygonusie. Chodzi o wszystko dokoła.

– O jakie wszystko? – spytał Antygonus wyraźnie zbity z tropu.

– O życie! O całe to przeklęte życie!

Zmysłowe rozkosze, które niegdyś wydawały się Markusowi tak smakowite, teraz pozostawiły mu w ustach już tylko gorzki osad. Kiedy umarła Hadassa, wraz z nią umarło coś w jego duszy. Jakże wyjaśnić gwałtowne, głębokie zmiany, które się w nim dokonały, Antygonusowi, komuś, kto nadal pobłażał cielesnym namiętnościom, dla kogo nadal były one wartością? Jakże wyjaśnić, że wszystko straciło dla niego znaczenie od chwili śmierci zwykłej niewolnicy na efeskiej arenie?

– Wybacz mi, Antygonusie – powiedział bezbarwnym głosem, wstając, by wyjść. – Jestem ostatnio marnym towarzyszem zabaw.

Otrzymał kilka następnych zaproszeń na najbliższy miesiąc. Nie skorzystał jednak z żadnego, gdyż wolał zanurzyć się w pracy. Ale prowadzenie interesów też nie przynosiło ukojenia. Pracował jak szalony, a mimo to czuł ciężar w sercu. Wreszcie zrozumiał, że musi rozstać się z przeszłością, z Rzymem, ze wszystkim.

Sprzedał kamieniołom i pozostałe umowy budowlane – w obu przypadkach ze znacznym zyskiem, z którego jednak nie był dumny ani zadowolony. Spotkał się z zarządcami mieszczących się nad Tybrem składów i przejrzał rachunki. Wieloletni wspólnik Waleriana, Sekstus, okazał się człowiekiem uczciwym. Markus zaproponował mu objęcie nadzoru nad całym rzymskim majątkiem Walerianów za szczodry odsetek od niemałych zysków.

Sekstus był oszołomiony.

– Nigdy dotąd nie miałeś, panie, tak szerokiego gestu. – Ton jego głosu zdradzał jakieś subtelne wyzwanie i ukrytą nieufność.

– Możesz gospodarować pieniędzmi jak ci się podoba. Nie wymagam żadnego zdawania rachunków.

– Nie miałem na myśli pieniędzy – odparł bez ogródek Sekstus. – Chodzi mi właśnie o zdawanie rachunków. Jeśli dobrze zrozumiałem, chcesz powierzyć mi prowadzenie swoich rzymskich interesów.

– Tak jest.

– Czyżbyś zapomniał, że byłem kiedyś niewolnikiem twojego ojca?

– Nie zapomniałem.

Sekstus przyglądał mu się bacznie. Znał Decymusa bardzo dobrze i od dawna wiedział, że Markus przysparzał mu samych zmartwień. Ambicje młodzieńca były jak gorączka wypalająca do cna sumienie. Jaką grę prowadzi teraz Markus?

– Czyż nie stawiałeś sobie za cel objęcie zarządu nie tylko nad swoim majątkiem, ale i nad ojcowskim?

– Szczerze powiedziane. – Usta Markusa wykrzywiły się w chłodnym uśmiechu.

– Czyż nie tak było? Zaprzecz, panie, abym mógł ci pochlebić.

Markus zacisnął wargi, ale pohamował wybuch gniewu. Starał się nie zapomnieć, że ten człowiek był przyjacielem jego ojca.

– W Efezie zawarliśmy z ojcem pokój.

Odpowiedzią było milczenie, świadczące, że Sekstus mu nie dowierza. Markus spojrzał prosto w oczy starca i nie spuścił wzroku.

– W moich żyłach, Sekstusie, płynie krew ojca – przypomniał zimnym głosem. – Nie przedstawiłem ci tej oferty lekkomyślnie, nie ma też w niej niczego, co mogłoby ci w przyszłości zagrozić. W ostatnich tygodniach miałem dość czasu, by starannie wszystko rozważyć. Przez siedemnaście lat zajmowałeś się towarami w tych składach. Znasz z imienia wszystkich, którzy pracują przy rozładunku i składowaniu dóbr. Wiesz doskonale, któremu kupcowi można zaufać, a któremu nie. Zdawałeś sumiennie rachunek z każdej transakcji. Komuż mogę bardziej zawierzyć?

Wyciągnął rękę, w której trzymał pergamin, ale Sekstus nawet nie drgnął.

– Możesz przyjąć albo odrzucić moją propozycję – ciągnął Markus – wiedz jednak jedno: sprzedałem wszystkie pozostałe posiadłości rzymskie. Składów zaś nie sprzedałem tylko dlatego, że stanowiły tak ważną część życia mojego ojca. W tym przedsięwzięciu jest jego pot i krew. Nie mój pot, nie moja krew. Proponuję ci to stanowisko, bo jesteś nie tylko człowiekiem najodpowiedniejszym, ale także przyjacielem ojca. Jeśli odmówisz, sprzedam wszystko. Możesz być tego pewny, Sekstusie.

Sekstus roześmiał się chrapliwie.

– Nawet gdybyś chciał sprzedać, nic z tego. Rzym ledwie dyszy. Nie znam nikogo, kto mógłby w tej chwili kupić tak wielkie i świetnie prosperujące przedsiębiorstwo.

– Dobrze o tym wiem. – Spojrzenie Markusa było lodowate. – Gotów jestem pozbyć się wszystkiego, sprzedając pojedynczo okręty i zabudowania portowe.

Sekstus uświadomił sobie, że Markus wcale nie żartuje. Był zdumiony takim sposobem myślenia. Jakże ten młodzieniec może być synem Decymusa?

– Zatrudniasz ponad pięciuset ludzi! W większości to wyzwoleńcy. Zupełnie nie dbasz o nich i o dobro ich rodzin?

– Znasz ich lepiej niż ja.

– Jeśli sprzedasz teraz, uzyskasz ledwie część rzeczywistej wartości przedsiębiorstwa – powiedział Sekstus, który wiedział doskonale, jak bardzo Markus kocha pieniądze. – Wątpię, byś się na to zdecydował.

– Sam zobaczysz. – Markus rzucił pergamin na oddzielający ich stół.

Sekstus przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, zbity z tropu twardym wyrazem twarzy młodzieńca, stanowczym zarysem szczęki. Markus nie zwodzi.

– Dlaczego?

– Bo nie chcę, by ten kamień na szyi trzymał mnie w Rzymie.

– I gotów jesteś posunąć się aż tak daleko? Skoro naprawdę pogodziłeś się z ojcem, dlaczego chcesz zniszczyć to, co on budował przez całe życie?

– Wcale tego nie chcę – odparł po prostu Markus. – Ale widzisz, Sekstusie, pod koniec życia ojciec dostrzegł, że to wszystko jest czcze, a ja doszedłem do tego samego wniosku. – Wskazał pergamin. – Jaka będzie twoja odpowiedź?

– Muszę mieć trochę czasu, by to rozważyć.

– Masz tyle czasu, ile potrzebuję, by stąd wyjść.

Słysząc te aroganckie słowa, Sekstus zesztywniał. Po chwili jednak odprężył się. Wykrzywił usta w nieznacznym uśmiechu. Odetchnął głęboko, potrząsnął głową i zachichotał cicho.

– Jesteś, Markusie, bardzo podobny do ojca. Nawet kiedy obdarzył mnie wolnością, wiedział, jak przeprowadzić swą wolę.

– Nie we wszystkim jestem jak ojciec – rzucił Markus, nie wyjaśniając bliżej, co ma na myśli.

Sekstus wyczuł, że Markus cierpi. Może rzeczywiście pogodził się z ojcem i teraz żałuje tych lat, kiedy się przeciwko niemu buntował. Wziął zwinięty pergamin i uderzył nim o dłoń. Wspominając ojca, przyglądał się synowi.

– Przyjmuję propozycję. Pod jednym warunkiem.

– Mów.

– Będę rozliczał się z tobą tak samo jak dawniej z ojcem.

Rzucił pergamin na rozżarzone węgle w koszu i wyciągnął dłoń. Markus poczuł, że coś ściska mu gardło. Uścisnął dłoń Sekstusa.

Następnego dnia o świcie wsiadł na okręt płynący do Efezu.

Przez długie tygodnie rejsu całe godziny spędzał, stojąc na dziobie okrętu. Tutaj czuł na twarzy słony powiew wiatru. Tutaj mógł wrócić myślami do Hadassy. Przypomniał sobie, że stał kiedyś przy niej na dziobie okrętu, patrząc, jak wiatr zwiewa jej na twarz miękkie kosmyki czarnych włosów, przyglądając się tej twarzy, kiedy z takim żarem mówiła o swoim niewidzialnym Bogu: „Bóg przemawia… spokojny, cichy głos w podmuchu wiatru”.

Wydało mu się, że takim właśnie głosem, spokojnym i cichym, przemawia w tej chwili do niego Hadassa, że szepcze mu coś w podmuchu wiatru… przyzywając go.

Ku czemu? Ku rozpaczy? Ku śmierci?

Czuł się rozdarty między pragnieniem, by o niej zapomnieć, a lękiem, że mogłoby do tego dojść. Było to tak, jakby raz otworzywszy serce na jej głos, nie mógł go już zamknąć.

Jej głos stał się uporczywą obecnością, rozbrzmiewającą echem pośród ciemności, w jakiej był pogrążony.


II

Kiedy Markus zszedł w Efezie na ląd, nie miał zgoła poczucia, że wraca do domu, ani nie cieszył się, że ma już rejs za sobą. Powierzył swój bagaż służbie, a sam udał się prosto do położonej na zboczu wzgórza, blisko centrum miasta, willi swojej matki.

Powitał go zaskoczony sługa, który oznajmił, że jego pani wyszła, ale przyjdzie najdalej za godzinę. Zmęczony i przygnębiony Markus poszedł na wewnętrzny dziedziniec, żeby tam zaczekać na matkę.

Światło słoneczne spływało do atrium przez otwarty dach, rzucając migotliwe błyski na pomarszczoną powierzchnię wody w ozdobionej ornamentami sadzawce. Woda skrzyła się i tańczyła, a przez korytarze na dole niósł się kojący szmer fontanny. Markusowi jednak nie przynosił ukojenia, kiedy usiadł w małej cienistej niszy.

Odchylił głowę do tyłu i oparł ją o ścianę, pragnąc, by melodyjny szum obmył jego zbolałe serce, by przyniósł mu chwilę wytchnienia od udręki. Jednak wspomnienia nękały go nadal, ogarniało go coraz większe przygnębienie, czuł duszący go ciężar.

Minęło już czternaście miesięcy od śmierci Hadassy, lecz cała trwoga, jaką wtedy przeżył, przenikała go, jakby wszystko zdarzyło się wczoraj. Hadassa często siadała na tej samej ławeczce, modląc się do swego niewidzialnego Boga i odnajdując pokój, który dla Markusa był ciągle nieosiągalny. Prawie słyszał jej głos – spokojny, pełen słodyczy, oczyszczający jak woda w fontannie. Modliła się za jego rodziców. Modliła się za niego. Modliła się nawet za Julię!

Zamknął oczy. Z całej siły pragnął odmienić przeszłość. Gdybyż to wystarczyło, żeby przywrócić życie Hadassie siłą jego pragnienia. Gdybyż przez jakieś czary dało się wymazać udrękę minionych miesięcy, gdybyż znowu siedziała obok niego, żywa i zdrowa. Gdyby mógł posłużyć się jej imieniem jak zaklęciem i wskrzesić ją mocą swej miłości.

– Hadasso… – wyszeptał chrapliwie. – Hadasso.

Jednak z mgły jego wyobraźni nie powstała Hadassa, lecz tylko plugawe, gwałtowne obrazy jej umierania, a potem udręka duszy – zgroza, żal i poczucie winy, a wszystkie te uczucia zagęszczały się w jedno, w głęboki gniew, który stał się jego wiernym towarzyszem.

Cóż przyszło jej z modlitwy? – rozmyślał z goryczą, starając się wymazać z umysłu obraz jej śmierci. Tak spokojnie stała, kiedy lew się na nią rzucił. A jeśli nawet krzyczała, jej głos zagłuszyły radosne wrzaski efezjan… wśród nich jego własnej siostry.

Zanim wyjechał do Rzymu, matka powiedziała mu, że czas leczy wszystkie rany. Lecz to, co czuł, patrząc, jak umiera Hadassa, ciążyło mu z każdym dniem bardziej, stawało się coraz trudniejsze do zniesienia. Aż wreszcie ból stał się jedną ciężką bryłą, która przygniatała go do ziemi.

Markus westchnął i wstał. Nie może żyć przeszłością. Nie dzisiaj, kiedy jest tak zmęczony, tak wyczerpany długą i nudną podróżą. Wyjazd do Rzymu nie uwolnił go od apatii, a nawet sprawił, że życie wydawało mu się jeszcze gorsze niż przedtem. A teraz, po powrocie, nie czuje się bynajmniej lepiej niż przed opuszczeniem Efezu.

Stał w perystylu willi swej matki, przepełniony bolesnym, niewypowiedzianym smutkiem. W całym domu panowała cisza, chociaż służba krzątała się przy swoich obowiązkach. Czuł obecność tych ludzi, lecz im mądrość nakazywała trzymać się od niego jak najdalej. Drzwi wejściowe otworzyły się i zamknęły. Usłyszał ciche głosy, a potem kroki pospiesznie zbliżające się w jego stronę.

– Markus! – wykrzyknęła matka. Podbiegła i rzuciła się w jego ramiona.

– Matko – powiedział, uśmiechając się i odsuwając ją na odległość ramion, by zobaczyć, czy się zmieniła podczas jego nieobecności.

– Dobrze wyglądasz. – Pochylił się, by pocałować ją w oba policzki.

– Czemu tak szybko? – spytała. – Myślałam, że nie ujrzę cię przez kilka lat.

– Załatwiłem wszystkie sprawy. Nie miałem po co tam zostawać.

– Czy zastałeś wszystko w dobrym porządku?

– Jestem bogatszy niż rok temu, jeśli to miałaś na myśli. Uśmiechał się, ale nie było w tym uśmiechu ani śladu radości. Feba spojrzała mu w oczy i jej twarz złagodniała. Miękkim ruchem uniosła dłoń do jego policzka, jakby był dzieckiem, które spotkała krzywda.

– Och, Markusie – powiedziała ze współczuciem. – Ta podróż nie pomogła ci zapomnieć.

Zrobił krok do tyłu, zadając sobie pytanie, czy każda matka potrafi zajrzeć do duszy swojego dziecka tak jak jego matka.

– Powierzyłem zarząd składami Sekstusowi – rzucił dziarskim głosem. – Nie brak mu umiejętności i jest godny zaufania.

Feba podjęła ten wątek.

– Zawsze znałeś się na ludziach. Tak samo jak ojciec – odparła spokojnie, uważnie się mu przyglądając.

– Czasem wyczucie mnie zwodziło – powiedział posępnie i zaraz postarał się odwrócić swoje myśli od siostry. – Juliusz mówił mi, że przez kilka tygodni cierpiałaś na gorączkę.

– Tak. Ale teraz czuję się świetnie.

Markus przyjrzał się jej baczniej.

– Powiedział też, że szybko się męczysz. Wyszczuplałaś od mojego wyjazdu.

Roześmiała się.

– Nie musisz się o mnie martwić. Teraz, kiedy wróciłeś, nabiorę znowu apetytu. – Ujęła jego dłoń. – Wiesz przecież, jak się zamartwiałam, kiedy ojciec wyprawiał się w taką długą podróż. Coś mi się zdaje, że teraz będę się tak samo martwić o ciebie. Na morzu wszystko jest możliwe.

Usiadła na ławce. Markus nadal stał. Zauważyła, że jest niespokojny i wychudł, że na twarzy pojawiły mu się zmarszczki, a rysy się wyostrzyły.

– Jak tam w Rzymie?

– Bez większych zmian. Spotkałem się z Antygonusem i jego świtą pochlebców. Jak zwykle jęczał, że brak mu pieniędzy.

– I dałeś mu to, czego pragnął?

– Nie.

– Dlaczego?

– Ponieważ chciał trzysta tysięcy sesterców, które w całości przeznaczyłby na organizowanie igrzysk.

Odwrócił głowę. Kiedyś zgodziłby się bez najmniejszych skrupułów, a nawet sam z przyjemnością oglądałby igrzyska. Oczywiście Antygonus odwdzięczyłby się szczodrze, załatwiając mu korzystne umowy na budowle publiczne i polecając go bogatym arystokratom, którzy chcieli wybudować sobie większe i lepiej wyposażone wille.

Polityk taki jak Antygonus musiał zjednywać sobie życzliwość tłumu. Najlepszym sposobem było organizowanie igrzysk. Tłuszcza nie dbała o to, jakie poglądy ma senator, pod warunkiem że zapewniał jej rozrywki i zapomnienie o prawdziwych problemach życia: niezrównoważony bilans handlowy, zamieszki, głód, choroby, napływ niewolników z prowincji, którzy odbierali pracę ludziom wolnym.

Markus nie chciał mieć już w tym swojego udziału. Wstydził się tego, że kiedyś dawał Antygonusowi setki tysięcy sesterców. Ale wtedy myślał tylko o korzyściach, jakie może zapewnić wysoko postawiony przyjaciel. Nigdy nie zastanawiał się nad tym, co jego hojność może oznaczać, jeśli chodzi o ludzkie życie. Prawdę mówiąc, zupełnie go to nie obchodziło. Wspieranie finansowe Antygonusa było rzeczą nader opłacalną. Chciał zdobyć umowy na zabudowę spalonych najbogatszych dzielnic Rzymu, a napychanie Antygonusowi sakiewki sestercami było najkrótszą drogą do zbicia majątku. Łapówki zapewniały mu zamówienia, zamówienia zaś zapewniały bogactwo. Jego boginią była Fortuna.

Teraz jak w zwierciadle widział samego siebie z dawnych czasów: był człowiekiem znudzonym i popijającym wino z przyjaciółmi, kiedy przybijano kogoś do krzyża; zajadającym podawane przez niewolnika smakołyki, kiedy dwóch mężczyzn stawiano naprzeciwko siebie i zmuszano do walki na śmierć i życie. I po co? Żeby zabawiać znudzony, wygłodniały tłum, którego on sam stanowił cząstkę, z tą tylko różnicą, że on płacił za igrzyska. A teraz przyszło mu zapłacić znacznie wyższą cenę, wiedział bowiem, że ma taki sam jak wszyscy udział w śmierci Hadassy.

Przypominał sobie, jaki był rozbawiony, kiedy przerażony człowiek uciekał przed sforą psów, chociaż nie było dla niego ucieczki. Dźwięczał mu w uszach tysiąckrotny okrzyk szaleńczej radości, który rozległ się, gdy lwica rozszarpała ciało Hadassy. Jakąż zbrodnię popełniła? Była czysta i łagodna, a to budziło wyrzuty sumienia i zazdrość u plugawej dziwki. Dziwki, która była jego siostrą…

Feba siedziała w milczeniu na ocienionej ławce i wpatrywała się w zgorzkniałą twarz syna.

– Julia pytała, kiedy wrócisz.

Na dźwięk tego imienia zaczął mu drgać mięsień w szczęce.

– Chce cię widzieć, Markusie.

Milczał.

– Potrzebuje ciebie.

– Nie dbam o to, czego potrzebuje Julia.

– A jeśli chce naprawić swój błąd?

– Naprawić? Jak? Czy może przywrócić Hadassie życie? Czy może cofnąć to, co uczyniła? O nie, matko. Nie da się już niczego naprawić.

– Jest nadal twoją siostrą – powiedziała łagodnym głosem.

– Być może ty masz córkę, matko, lecz przysięgam ci, że ja nie mam siostry.

Widziała zaciekłość jego spojrzenia, widziała zaciśnięte zęby.

– Czy nie potrafisz zapomnieć o tym, co było?

– Nie.

– Nie potrafisz wybaczyć?

– Nigdy! Modlę się, by spadły na jej głowę wszystkie możliwe przekleństwa bogów.

W oczach jego matki zabłysły łzy.

– Być może powinieneś bardziej pamiętać o tym, jak Hadassa żyła, a mniej, jak umarła.

Te słowa przeszyły jego serce i obrócił się lekko, wściekły, że musiała mu o tym przypominać.

– Pamiętam aż za dobrze – odparł ochrypłym głosem.

– Może inaczej to pamiętamy – powiedziała łagodnie Feba.

Uniosła rękę, by dotknąć wisiorka, który włożyła pod palus. Był to symbol jej nowej wiary: pasterz niosący na ramionach zagubioną owieczkę. Markus o niczym nie wiedział. Wahała się, niepewna, czy jest to odpowiedni moment, by mu to wyjawić.

Dzięki przykładowi Hadassy Feba znalazła drogę, którą winna kroczyć przez życie. Została chrześcijanką ochrzczoną wodą w imię Ducha Boga Żywego. Nie musiała zmagać się ze sobą jak Decymus, który dopiero w godzinie śmierci przyjął Pana. A teraz Markus, tak jak przedtem jego ojciec, chce walczyć z Duchem. Markus, który nie chciał, by ktoś rządził jego życiem, który nie uznawał nad sobą żadnej władzy.

Patrząc, jak stoi, to zaciskając, to otwierając pięści, Feba wiedziała, że nie jest to odpowiedni moment, żeby powiedzieć mu o Jezusie i swojej wierze. Markus uniósłby się gniewem. Niczego by nie zrozumiał. Zląkłby się o nią, zląkłby się, że straci ją tak samo jak stracił Hadassę. O, gdybyż potrafił dostrzec, że wcale jej nie stracił. Zatracił za to siebie.

– Co chciałaby Hadassa, byś uczynił?

Markus zamknął oczy.

– Gdyby postępowała inaczej, żyłaby.

– Gdyby była inna, Markusie, nigdy nie kochałbyś jej tak, jak ją kochasz, całym sercem, umysłem i duszą.

Jak kochałby Boga, gdyby dostrzegł, że ku Hadassie przyciągał go zamieszkujący ją Duch Boży. Feba widziała ból syna i cierpiała razem z nim. Wstała z ławki i podeszła do Markusa.

– Czy pomnikiem Hadassy ma być twoja nienawiść do własnej siostry? – zapytała.

– Daj temu pokój, matko – rzekł ochryple.

– Jakżebym mogła? – powiedziała ze smutkiem. – Jesteś moim synem, a Julia, bez względu na to, co zrobiła, pozostanie moją córką. Kocham was oboje. Kocham Hadassę.

– Hadassa nie żyje, matko. – Opuścił na nią wzrok. – Czy dlatego zginęła, że popełniła jakąś zbrodnię? Nie! Zamordowała ją zazdrosna dziwka.

Feba położyła mu rękę na ramieniu.

– Hadassa żyje dla mnie. I żyje dla ciebie.

– Żyje! – wykrzyknął ze smutkiem. – Jak możesz coś takiego mówić? Czy jest tu z nami?

Odsunął się od niej i usiadł na ławce, na której Hadassa siadała w cichej godzinie wieczornej lub przed świtaniem. Oparł się plecami o ścianę. Wyglądał na całkowicie wyczerpanego.

Usiadła obok i ujęła jego dłoń.

– Czy pamiętasz, co powiedziała ojcu tuż przed jego śmiercią?

– Wziął moją rękę i położył ją na ręce Hadassy. Była moja.

Ciągle miał przed oczyma wyraz jej czarnych oczu, kiedy zacisnął dłoń na jej dłoni, jakby biorąc ją w swe władanie. Czy ojciec zdawał sobie sprawę, że Hadassa jest w niebezpieczeństwie? Czy chciał mu nakazać, by ją chronił? Powinien był zabrać ją natychmiast od Julii, nie czekając na zgodę siostry. Julia była wtedy ciężarna, porzucił ją kochanek. Ulitował się nad nią, nie zdając sobie sprawy z zagrożenia, jakie wisiało nad głową Hadassy. Gdyby okazał więcej rozumu, Hadassa nadal by żyła. Byłaby jego żoną.

– Markusie, Hadassa powiedziała, że wystarczy uwierzyć i przyjąć łaskę Boga, by znaleźć się w raju u boku Pana. Powiedziała, że kto uwierzy w Jezusa, nie zginie, ale będzie miał życie wieczne.

Zacisnął palce na jej dłoni.

– Matko, to tylko słowa, które miały przynieść ukojenie umierającemu, który zobaczył, że zmarnował życie. Wszystko, co mamy, jest tu i teraz. Jedynym życiem wiecznym, jakiego możemy oczekiwać, jest życie w sercu innych. Hadassa żyje i będzie żyła, póki ja nie umrę. Żyje we mnie. – W jego oczach pojawił się wyraz jakiejś twardości. – A ponieważ ją kocham, nigdy nie zapomnę, jak umarła i kto do tego doprowadził.

– Czy nigdy nie zrozumiesz, dlaczego umarła? – spytała Feba z oczyma błyszczącymi od łez.

– Wiem dlaczego. Została zamordowana, bo obudziła zazdrość i wściekłość. Jej czystość obnażała nieczystość Julii.

Cofnął rękę. Był pełen napięcia, zmagał się z szalejącymi w nim uczuciami. Nie chciał o nic obwiniać matki. To nie jej wina, że urodziła jadowitą żmiję. Czemu jednak musi mówić to wszystko teraz, kiedy on tak krwawi?

– Czasem chciałbym zapomnieć – powiedział, kryjąc twarz w dłoniach i ściskając skronie, jakby chciał uśmierzyć ból głowy wypełnionej wspomnieniami. – Powiedziała mi kiedyś, że Bóg przemówił do niej w powiewie wiatru, ale ja nie słyszałem niczego poza słabym echem jej słów.

– Więc nasłuchuj.

– Nie mogę! Nie mogę tego znieść.

– Może tego właśnie potrzebujesz: odnaleźć jej Boga i przyjąć od Niego pokój, o którym mówiła.

Markus szarpnął głowę do góry i roześmiał się chrapliwie.

– Mam szukać jej Boga?

– Jej wiara w tego Boga była samą istotą Hadassy, Markusie. Z pewnością zdajesz sobie z tego sprawę.

Wstał i odszedł kilka kroków.

– Gdzież był ten jej wszechmogący Bóg, kiedy stanęła przed lwami? Jeżeli istnieje, jest tchórzem, który ją opuścił!

– Jeśli naprawdę w to wierzysz, musisz sam zgłębić, dlaczego tak się stało.

– Jak mam to zrobić, matko? Mam zapytać kapłanów ze świątyni, której od dawna nie ma? Tytus zburzył Jerozolimę. Judea leży w gruzach.

– Musisz zapytać o to jej Boga.

Zmarszczył brwi, spojrzał na nią przenikliwie.

– Chyba nie zaczynasz wierzyć w tego wyklętego Jezusa? Powiedziałem ci, co się z Nim stało. Był zwykłym cieślą, który zadarł z Żydami. Wydali Go na ukrzyżowanie.

– Kochałeś przecież Hadassę.

– Nadal ją kocham.

– Czyż nie jest więc warta tego, byś zadał sobie parę pytań? Co chciałaby, żebyś zrobił, Markusie? Co było dla niej ważniejsze nawet niż życie? Musisz odnaleźć jej Boga i spytać Go, dlaczego umarła. Tylko On może dać ci odpowiedź, której szukasz.

Markus wykrzywił ironicznie wargi.

– Jak się szuka oblicza niewidzialnego Boga?

– Tak jak czyniła to Hadassa. W modlitwie.

Serce przepełnił mu żal, a potem zalała je fala goryczy i gniewu.

– Na bogów, matko, co jej przyszło z modlitwy?

Po jej zaskoczonej i zasmuconej minie poznał, że głęboko ją uraził. Opanował nerwy, zmusił się do racjonalnego myślenia.

– Wiem, matko, że chcesz mnie pocieszyć, ale nie ma dla mnie pociechy. Czyż tego nie pojmujesz? Może czas coś zmieni, sam nie wiem. Nic mi jednak po takich czy innych bogach. – Potrząsnął głową i w jego głosie znowu zabrzmiała gniewna nuta. – Od czasów dzieciństwa pamiętam, że składałaś w lararium ofiary bóstwom domowego ogniska. Czy uchroniło to tamte twoje dzieci od śmierci z gorączki? Czy uratowało życie ojcu? Czy choć raz słyszałaś głos w powiewie wiatru? – Jego gniew zgasł nagle i pozostało mu tylko straszliwe uczucie pustki. – Nie ma żadnych bogów!

– A więc wszystko, co mówiła Hadassa, było kłamstwem.

Skrzywił się z bólu.

– Nie. Wierzyła w każde słowo, jakie wypowiedziała.

– Czyżby wierzyła w kłamstwo, Markusie? Czyżby umarła daremnie?

Zobaczyła, jak jej syn zaciska pięść i wiedziała, że zadała mu ból. Lepszy jednak ból niż wieczna śmierć.

Wstała, podeszła do niego i ruchem pełnym łagodności położyła dłoń na jego policzku.

– Markusie, jeśli naprawdę wierzysz, że Bóg Hadassy opuścił ją, spytaj Go, dlaczego uczynił to komuś takiemu jak ona.

– Jakież może mieć to teraz znaczenie?

– Ma. Większe niż myślisz. Jak inaczej możesz pogodzić się z tym, co się stało?

Pobladł, poczuł, jak chłód wpełza mu na twarz.

– To złudzenie. Nigdy nie będę mógł się pogodzić. Jeżeli kiedykolwiek zacznę szukać Boga Hadassy, matko, to nie po to, by Go chwalić, jak czyniła ona, ale by Go przekląć.

Feba nic już nie powiedziała, ale jej serce krzyczało z trwogi. „O Panie, wybacz mu. On nie wie, co mówi.”

Markus nie chciał pociechy, wierzył bowiem, że pozostało mu tylko słodkie echo głosu Hadassy w ciemności, która się wokół niego zamknęła.


III

Ta – powiedziała Julia Walerian, wskazując brunatną kózkę w zagrodzie tuż obok świątyni. – Ta ciemnobrunatna. Czy nie ma żadnej skazy?

– Wszystkie moje kozy są bez skazy – odparł kupiec, torując sobie drogę wśród zwierząt stłoczonych w zagrodzie i chwytając kozę, którą wybrała Julia. Założył jej pętlę na szyję. – Te zwierzęta są doskonałe – dodał, podnosząc szamoczącą się kozę.

Przepychając się przez stado, podał cenę i oczy Julii zwęziły się. Przenosiła spojrzenie z chudej kózki na kupca i z powrotem.

– Ani myślę płacić tyle za taką małą kozę!

Kupiec powiódł spojrzeniem po jej wytwornym wełnianym palusie i zatrzymał je na sznurze pereł we włosach i naszyjniku z karbunkułów.

– Twój wygląd, pani, świadczy, że stać cię na to, jeśli jednak masz ochotę potargować się ze mną, niechaj spadnie to na twoją głowę. – Postawił kózkę i wyprostował się. – Ja nie będę tracił czasu na targi. Czy widzisz znak na uchu? To zwierzę zostało namaszczone na ofiarę przez jednego z haruspików. Jasnowidzący uczynili to dla twego dobra. Pieniądze za to zwierzę trafią do haruspika i do świątyni. Czy pojmujesz? Jeśli jednak pragniesz kupić gdzieś tańszą kozę, by poprowadzić ją przed oblicze bogów i ich uświęconych przedstawicieli, uczyń to na własną odpowiedzialność. – Przyglądał się jej drwiąco.

Słysząc te słowa, Julia zadrżała. Miała świadomość, że kupiec chce ją wykorzystać, ale nie miała wyboru. Ten okropny człowiek ma rację. Tylko szaleniec próbuje oszukać bogów – czy haruspika, którego bogowie wybrali, by odczytywał święte znaki ukryte we wnętrznościach zwierzęcia ofiarnego. Z odrazą spojrzała na kózkę. Przyszła tu, aby dowiedzieć się, co jej dolega, a jeżeli oznacza to, że musi zapłacić niegodziwą cenę za zwierzę ofiarne, uczyni to.

– Wybacz – powiedziała. – Wezmę ją.

Zdjęła bransoletę i otworzyła wbudowaną w nią skrytkę. Starając się nie zwracać uwagi na zadowoloną minę kupca, odliczyła trzy sesterce. Potarł monety w palcach i wsunął je do sakiewki u pasa.

– Jest twoja – oznajmił, podając Julii koniec sznura – i niechaj przyniesie ci zdrowie.

– Weź ją – rozkazała zwięźle Julia, zwracając się do Eudemas.

Odsunęła się, żeby niewolnica mogła wywlec beczące i szarpiące się zwierzę z zagrody. Kupiec przyglądał się temu ze śmiechem.

Kiedy Julia weszła z Eudemas i kozą do świątyni, poczuła, że robi się jej słabo. Ciężka, intensywna woń kadzideł nie tłumiła zapachu krwi i śmierci. Żołądek podszedł jej pod gardło. Zajęła miejsce w kolejce czekających. Zamknęła oczy i przełykała ślinę napływającą jej do ust. Na czoło wystąpił jej zimny pot. Nie mogła pozbyć się myśli o poprzednim wieczorze i kłótni z Prymusem.

– Nie da się z tobą wytrzymać, Julio – oznajmił Prymus. – Psujesz nastrój każdej uczty, w której bierzesz udział.

– Jakże to miło z twojej strony, kochany mężu, że myślisz o moim zdrowiu i samopoczuciu.

Spojrzała na Kalabę, szukając u niej współczucia, ale zobaczyła tylko, że Kalaba daje znak Eudemas, by ta przysunęła bliżej półmisek z gęsimi wątróbkami. Wybrała sobie wątróbkę i uśmiechnęła się tak, że niewolnica oblała się pąsem, a potem zbladła jak chusta. Kalaba odprawiła ją gestem ręki i patrzyła, jak dziewczyna niesie półmisek Prymusowi. Dopiero w tym momencie zauważyła, że Julia na nią patrzy. Uniosła brwi i skierowała na Julię puste i obojętne spojrzenie.

– Co się stało, moja droga?

– Nie obchodzi cię, że jestem chora?

– Ależ obchodzi – odparła Kalaba głosem, w którym brzmiała nutka zniecierpliwienia. – Mam wrażenie, że ciebie to nie obchodzi. Julio, moja kochana, rozmawiałyśmy o tym tyle razy, że stało się to doprawdy nudne. Jest taka prosta odpowiedź, tyle że ty nie chcesz przyjąć jej do wiadomości. Skup się na tym, żeby wyzdrowieć. Pozwól, by uzdrowiła cię twoja wola. Wystarczy skupić na czymś umysł, by osiągnąć to wysiłkiem woli.

– Myślisz, Kalabo, że nie próbowałam?

– Nie dość wytrwale, gdyż inaczej czułabyś się już dobrze. Musisz co rano skupiać myśli na sobie i medytować tak, jak cię nauczyłam. Opróżnij umysł z wszystkiego poza świadomością, że jesteś dla siebie bogiem, a twoje ciało jest tylko świątynią, którą zamieszkujesz. Stanie się wedle twej woli, Julio. Kłopot w tym, że brak ci wiary. Musisz uwierzyć, a wtedy dokonasz wszystkiego, czego zechcesz.

Julia odwróciła wzrok od mrocznych oczu Kalaby. Każdego ranka robiła dokładnie to, co przyjaciółka nakazywała. Czasem gorączka przychodziła w samym środku medytacji i Julia zaczynała drżeć – osłabiona i znękana nudnościami.

Owładnięta poczuciem bezradności, powiedziała spokojnym głosem:

– Niektóre rzeczy są poza władaniem ludzkiej woli.

Kalaba obrzuciła ją pogardliwym spojrzeniem.

– Skoro brak ci wiary w siebie samą, w swą wewnętrzną moc, być może winnaś uczynić to, co proponuje Prymus. Idź do świątyni i złóż ofiarę. Jeśli o mnie chodzi, nie wierzę w bogów. Wszystko, co osiągnęłam, zawdzięczam własnemu wysiłkowi i umysłowi, nie zaś uciekaniu się do nadnaturalnych, niewidzialnych mocy. Jeżeli jednak sądzisz, Julio, że nie masz w sobie mocy, jakież inne postępowanie możesz wybrać, jak tylko wziąć skądś to, czego potrzebujesz?

Julię zbijało z tropu to, że po tylu miesiącach zażyłości Kalaba z taką pogardą i obojętnością odnosiła się do jej cierpień. Patrzyła, jak przyjaciółka zjada następną wątróbkę, a potem każe Eudemas przynieść wonną wodę do obmycia rąk. Dziewczyna wykonała polecenie, wpatrując się przy tym z uniesieniem i czcią w Kalabę i oblewając się rumieńcem, kiedy długie, ozdobione pierścieniami palce pogładziły jej ramię, zanim została odprawiona. Julia po oczach Kalaby poznała, że ta, przyglądając się odchodzącej niewolnicy, snuje jakieś mroczne rozważania. Na wargach kobiety pojawił się ledwie widoczny, drapieżny uśmiech.

Julia poczuła, że robi się jej niedobrze. Wiedziała, że na jej oczach dokonuje się zdrada i że ona jest jej ofiarą, i wiedziała, że nic na to nie poradzi, że musi to przełknąć. Prymus też zauważył, co się dzieje, i świadomość, że ona wie, sprawiała mu okrutną rozkosz.

– Prokonsul często odwiedza haruspików, by zadawać pytania bogom – rzucił, przerywając ciążące już milczenie. – Będą wiedzieli, czy doszło do wybuchu choroby. A w każdym razie dowiesz się, czy twoja dolegliwość pojawiła się z rozkazu bogów.

– I co mi przyjdzie z tego, że będę wiedziała? – rzuciła ze złością Julia.

Było aż nadto oczywiste, że ani Kalaba, ani Prymus nie dbają o to, co jej jest.

– Zmęczyła mnie ta rozmowa – oznajmiła Kalaba, wzdychając ciężko i wstając.

– Dokąd idziesz? – spytała wprawiona w zakłopotanie Julia. Kalaba znowu westchnęła i obrzuciła ją pobłażliwym spojrzeniem.

– Do łaźni. Powiedziałam Safirze, że spotkam się z nią dziś wieczorem.

Wzmianka o młodej kobiecie jeszcze bardziej przygnębiła Julię. Safira była bardzo młoda, piękna i wywodziła się ze znanej rzymskiej rodziny. Już po pierwszym spotkaniu Kalaba oświadczyła, że uważa Safirę za osobę ,,obiecującą”.

– Nie mam ochoty nigdzie wychodzić, Kalabo.

Kalaba znowu uniosła brwi.

– Wcale cię o to nie proszę.

Julia podniosła na nią wzrok.

– Czy nie liczysz się zupełnie z moimi uczuciami?

– Owszem, liczę się. Zdawałam sobie dobrze sprawę, że odmówisz, a poza tym nie widziałam powodu, byś mi towarzyszyła. Nigdy nie lubiłaś Safiry, prawda?

– Ale ty tak – rzuciła oskarżycielskim tonem Julia.

– To prawda – odparła z zimnym uśmiechem Kalaba i było to dla Julii jak pchnięcie nożem. – Bardzo lubię Safirę. Musisz to zrozumieć, moja droga. Jest świeża i niewinna, to cały świat możliwości.

– Ja też byłam kiedyś taka – zauważyła z goryczą Julia.

Twarz Kalaby przybrała drwiący wyraz.

– Wiedziałaś, co czynisz, Julio. Ja się nie zmieniłam.

– Jeśli ja się zmieniłam, to dlatego, że chciałam ci się przypodobać. – W oczach Julii zalśniły łzy gniewu.

Kalaba roześmiała się cicho.

– Och, Julio, kochanie. Tym światem rządzi tylko jedno prawo: „Podobaj się sama sobie”. – Zimne spojrzenie Kalaby prześliznęło się po twarzy Julii, a potem po jej smukłym ciele. – Ale znaczysz dla mnie tyle samo, co zawsze.

Julii te słowa przyniosły niewielką pociechę. Kalaba uniosła lekko jej głowę i badawczo, bez mrugnięcia oczami przyjrzała się młodej kobiecie, prowokując ją do jakiejś reakcji. Julia milczała, wiedząc, że powinna zostawić to wyzwanie bez odpowiedzi. Czasem miała uczucie, że Kalaba tylko czeka, by zrobiła albo powiedziała coś, co posłużyłoby za wymówkę, by mogła całkowicie Julię opuścić.

– Jesteś naprawdę bardzo blada, kochanie – rzekła Kalaba głosem pełnym potępienia i jednocześnie beztroskim. – Odpocznij przez wieczór. Może inaczej spojrzysz na świat jutro rano.

Wyszła z gracją, przystając po drodze, by pogłaskać końcami palców policzek Eudemas i powiedzieć coś przeznaczonego tylko dla uszu niewolnicy.

Julia zacisnęła dłonie, wiedząc dobrze, że nie zdoła zatrzymać Kalaby. Myślała, że może jej zaufać całym sercem. A teraz czuła, jak wzbiera w niej wściekłość.

Przez całe życie cierpiała z powodu mężczyzn. Najpierw układał i nadzorował jej życie ojciec, narzucając jej na każdym kroku swoją wolę, póki nie poślubiła Klaudiusza, rzymskiego uczonego, który miał posiadłość wiejską w Kapui. Klaudiusz nudził ją do szaleństwa swoimi uczonymi dociekaniami na temat religii w cesarstwie, ale na szczęście jego śmierć w wypadku uwolniła ją od mozołów takiego życia.

Była nieprzytomnie zakochana w swoim drugim mężu, Kajuszu. Związek ten dał jej wprawdzie wszystko, czego oczekiwała: rozkosz, wolność, uwielbienie, ale potem okazało się, że Kajusz był bez porównania gorszy od Klaudiusza. Trwonił jej majątek, wydając tysiące sesterców na wyścigi i na inne kobiety, a kiedy przegrywał albo wpadał w zły humor, albo na niej wyładowywał swój gniew. Julia znosiła to, póki mogła. W końcu jednak postarała się za namową Kalaby o to, żeby Kajusz nigdy już nie mógł jej skrzywdzić. Z drżeniem przypominała sobie, jak umierał powoli wskutek spożywania trucizny, którą dodawała do jadła i napojów.

Potem był Atretes… jej wielka namiętność! Oddała mu serce, wyrzekła się wszelkiej obrony, żądając tylko, by nie zabrał jej wolności. Odszedł od niej, bo nie chciała małżeństwa z nim i poślubiła Prymusa, żeby zapewnić sobie niezależność majątkową. Atretes nie chciał zrozumieć, dlaczego było to konieczne. Wspomnienie ich ostatniej, gwałtownej rozmowy przeszyło ją na chwilę bólem i potrząsnęła gniewnie głową. Atretes był przecież zwykłym jeńcem pojmanym podczas germańskiego buntu, gladiatorem. Jakież miał prawo, by narzucać jej swoją wolę? Czy naprawdę myślał, że ona go poślubi i zrzeknie się wszystkiego na rzecz ciemnego barbarzyńcy? Małżeństwo przez usus z Prymusem było dla niej najmądrzejszym wyjściem – zapewniło jej wolność należną kobiecie zamężnej, nie niosąc z sobą żadnych zagrożeń, gdyż Prymus nie mógł rościć sobie praw do jej pieniędzy i posiadłości – ale Atretes był człowiekiem niecywilizowanym, nie mógł więc tego pojąć.

Nawet Markus, ukochany, uwielbiany brat zdradził ją na koniec, przeklinając ją podczas igrzysk za to, że ocaliła go przed wystawieniem się na pośmiewisko z powodu niewolnicy. Jego odejście było dla niej najcięższym ciosem. Nadal dźwięczały jej w uszach jego słowa pełne odrazy i gniewu. Miała przed oczyma jego nieprzytomną z gniewu twarz, kiedy odwrócił się od niej ku Kalabie.

– Chcesz ją, Kalabo?

– Zawsze jej chciałam.

– Jest twoja!

Od tego czasu nie chciał z nią rozmawiać, nie chciał jej widzieć.

Wszyscy – ojciec, kolejni mężowie, brat – zawiedli ją. Powierzyła więc siebie Kalabie, zaufała jej bez reszty. Czyż przecież Kalaba nie przysięgła jej miłości po grób? Czy to nie ona otworzyła jej oczy na lekkomyślność i niewierność mężczyzn? Czyż nie Kalaba wychowywała ją, rozpieszczała i wskazywała jej drogę?

A teraz Julia widziała, że Kalabie tak samo nie może zaufać, jak innym, i ta zdrada była najgorsza, najbardziej zdumiewająca.

Wyrwał ją z tych rozmyślań Prymus, dolewając sobie wina i unosząc swój kielich.

– Być może lepiej rozumiesz teraz, co przeżywałem, kiedy Prometeusz zwrócił swe uczucia ku komuś innemu – rzucił z wymuszonym uśmiechem, przypominając jej o pięknym katamicie, który od niego uciekł. – Czyżbyś zapomniała? Upajał się słowami Hadassy, aż w końcu skradła mi jego serce.

Oczy Julii rzucały błyskawice.

– Kalaba może robić, co się jej podoba – oświadczyła, udając obojętność, ale głos się jej łamał. – Tak samo jak ja. – Chciała zranić Prymusa, gdyż przypomniał jej o Hadassie. Samo imię niewolnicy niby przekleństwo budziło w Julii niezrozumiałe poczucie samotności i trwogi. – Zresztą, Prymusie, uczucia Kalaby nie da się porównać z uczuciem Prometeusza. On nie związał się z tobą z własnej woli, nieprawdaż? Musiałeś kupić go w jednym z tych kramów pod amfiteatrem. – Widząc, że jej słowa wywarły oczekiwane wrażenie, uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. – Ja zaś nie mam się czym martwić. Safira to tylko chwilowa zabawka. Kalaba szybko się nią zmęczy.

– Podobnie jak zmęczyła się tobą?

Julia uniosła gwałtownie głowę i zobaczyła tryumfalny błysk w jego oczach. Poczuła wzbierającą wściekłość, ale stłumiła ją i starała się mówić spokojnym głosem.

– Na wiele się ważysz, jeśli pomyśleć o tym, jak niepewna jest twoja pozycja wśród moich domowników.

– O czym ty mówisz?

– Mój ojciec nie żyje. Brat zrzekł się wszelkich praw do mnie i mojego majątku. Niepotrzebny mi już jesteś jako mąż, prawda? To, co moje, pozostanie moje z tobą… – uśmiechnęła się chłodno – albo bez ciebie.

Zamrugał, gdyż zrozumiał groźbę ukrytą w jej słowach, i zmienił zachowanie równie szybko, jak kameleon zmienia ubarwienie.

– Zawsze niewłaściwie mnie rozumiesz, Julio. Twoje uczucia są dla mnie najważniejsze. Chciałem tylko powiedzieć, że właśnie ja potrafię doskonale zrozumieć, co przeżywasz. Potrafię się w to wczuć. Czyż nie wiem, czym jest cierpienie? A kto pocieszał cię, kiedy odszedł Atretes? Ja. Kto ostrzegł cię, że niewolnica wkrada się w serce twojego brata i sączy w jego umysł jad nienawiści do ciebie, podobnie jak uczyniła to w przypadku Prometeusza?

Julia odwróciła głowę, nie chcąc wspominać przeszłości, przeklinając Prymusa, który o niej przypomniał.

– Troszczę się o ciebie – ciągnął Prymus. – Jestem twoim jedynym prawdziwym przyjacielem.

„Ładny przyjaciel!” – pomyślała z goryczą. Jedynym powodem zmuszającym Prymusa do pozostawania u jej boku było to, że płaciła za willę, za jego stroje i klejnoty, za obfite i drogie jedzenie, które tak kochał, i za cielesne rozkosze, których był tak spragniony. Nie miał żadnych własnych pieniędzy. Te skromne dochody, jakie uzyskiwał, zawdzięczał patronom, którzy bali się, że mógłby ostrzyć na nich język albo rozgłosić ich tajemnice. Jednak i to źródełko wysychało coraz bardziej, gdyż miał coraz liczniejsze zastępy wrogów. Był więc teraz całkowicie uzależniony od jej finansowego wsparcia. Na początku ich małżeństwu sprzyjało to, że nawzajem siebie potrzebowali. On potrzebował pieniędzy; ona żyła u jego boku, żeby odzyskać kontrolę nad swoimi pieniędzmi.

Tak w każdym razie było.

Teraz nikogo już nie obchodziło, co Julia robi ze swoimi pieniędzmi. Ani co robi ze swoim życiem.

Zajrzała mu w oczy i zobaczyła, że Prymus się boi. Wiedziała, że udaje troskę o nią, by chronić siebie, ale rozpaczliwie potrzebowała kogoś, komu by na niej zależało.

– Wierzę ci, Prymusie.

– Idźże więc do haruspika, niech powie, co jest przyczyną gorączki i napadów osłabienia.

W ten sposób doszło do tego, że stała teraz w mrocznej, oświetlonej pochodniami świątyni i przyglądała się ponurym obrządkom. Haruspik zerknął w teksty i na tablice, a następnie poderżnął gardło lichej kózki. Kiedy koza zabeczała chrapliwie z przerażenia, Julia odwróciła twarz, ale i tak zachwiała się i musiała zebrać wszystkie siły, by nie zemdleć. Drugim wprawnym ruchem kapłan otworzył brzuch zwierzęcia i wydobył wątrobę. Sługa świątynny zabrał martwą kozę, a kapłan z wielkim szacunkiem złożył ociekający krwią organ na złotej tacy. Naciskał wątrobę tłustymi palcami, oglądał ją na wszystkie strony, przekonany, że odpowiedź na pytanie, jaka choroba dręczy Julię, znajdzie na gładkiej, ciemnej powierzchni.

Potem wyjawił diagnozę i odprawił Julię. Na dobrą sprawę nadal nie wiedziała, co jej dolega, gdyż jego niejasne słowa kryły tysięczne możliwości i właściwie niewiele miał jej do powiedzenia. Równie dobrze mógłby oznajmić: „Bogowie milczą” i na tym zakończyć. Rozejrzała się i zobaczyła jeszcze innych, ważniejszych oczekujących – urzędników publicznych, którzy martwili się, że zachorują albo przyjdzie jakaś klęska żywiołowa. Zrozumiała, w czym tkwi sedno. Co może obchodzić kogoś los samotnej i przestraszonej młodej kobiety? Ważne były tylko złote monety, którymi zapłaciła za koźlę.

– Może pomogłaby ofiara błagalna – podsunął młody kapłan, wyprowadzając ją ze świątyni.

„Jakiemu bogu miałabym ją złożyć?” – myślała z rozpaczą. Skąd ma wiedzieć, który z bogów panteonu zechce się za nią wstawić? I do kogo by się zwrócić? A jeżeli obraziła jednego z licznych bogów, skąd ma wiedzieć, którego powinna przebłagać swoją ofiarą? I jaka ofiara będzie wystarczająca?

Od zastanawiania się nad wszystkimi tymi możliwościami rozbolała ją głowa.

– Wszystko będzie dobrze, pani – powiedziała Eudemas i ta pociecha podrażniła i tak już roztrzęsioną Julię.

Julia doskonale zdawała sobie sprawę, że we współczuciu Eudemas nie ma ani krzty szczerości. Niewolnica udawała, że ją to obchodzi, bo jej życie zależało od kaprysu pani. Julia mogła podziękować Prometeuszowi za to, jak odnoszą się do niej niewolnicy. Zanim uciekł, opowiedział wszystkim, że to ona wysłała Hadassę na arenę.

Łzy zaczęły szczypać ją pod powiekami, kiedy odwracała wzrok od dziewczyny. Powinna była sprzedać wszystkich niewolników domowych i kupić sobie innych, sprowadzonych okrętem z najdalszych krańców cesarstwa. Postąpiła niemądrze, sprzedając tylko kilkoro, zapominając, że ci nowi dowiedzą się wszystkiego od pozostałych. Po kilku dniach Julia czuła wokół siebie ich strach niby jakąś namacalną siłę. Nikt nie śmiał spojrzeć jej w oczy. Kłaniali się, znikali i skwapliwie wykonywali wszystkie rozkazy, ale Julia ich nienawidziła.

Czasem mimowolnie przypominała sobie, jak to było, kiedy usługiwano jej z miłością. Przypominała sobie, jak bezpiecznie się czuła, mogąc bez zastrzeżeń zaufać innej ludzkiej istocie i wiedząc, że ten ktoś pozostaje jej oddany nawet, gdy staje w obliczu śmierci. W takich momentach czuła się jeszcze bardziej samotna, jeszcze bardziej osłabiona wskutek rozpaczy.

Kalaba powiedziała, że strach przed panem jest dla niewolnika czymś zdrowym. „Człowiek mądry w sprawach życia musi nauczyć się podtrzymywania strachu. Nic nie daje większej władzy i przewagi nad innymi. Tylko mając władzę można być naprawdę wolnym.”

Julia wiedziała, że ma nad innymi władzę życia i śmierci, ale nie dawało jej to już poczucia przewagi ani bezpieczeństwa. Nienawidziła przecież ojca, który nadzorował jej życie. Z tego samego powodu nienawidziła Klaudiusza, a potem Kajusza. A kiedy zakochała się w Atretesie, przestraszyła się władzy, jaką miał nad nią.

Władza nie jest żadnym wyjściem.

W ostatnim półroczu Julia zaczęła zastanawiać się, czy w życiu kryje się w ogóle jakikolwiek sens. Ma pozycję i pieniądze. Przed nikim nie jest odpowiedzialna. Kalaba pokazała jej wszystkie rozkosze, jakie może ofiarować cesarstwo, a ona korzystała rozpustnie ze wszystkich. A jednak nadal coś w niej krzyczało, nadal jakaś przepastna pustka pozostawała niezapełniona. Była złakniona, straszliwie złakniona czegoś, czego nie umiała nawet nazwać.

A teraz jest chora i nikogo to nie obchodzi. Nikt nie kocha jej na tyle, by go to obchodziło.

Jest sama.

Okropna, uporczywa choroba pogarszała jeszcze wszystko, bo przez nią Julia stała się bezbronna. Kiedy nadchodził atak gorączki, musiała polegać na innych: na Kalabie, którą żądza użycia pchała ku innym; na Prymusie, który nigdy nie stawiał jej na pierwszym miejscu wśród swoich trosk; na Eudemas i tych, którzy służyli jej ze strachu.

Wyszła ze świątyni. Łaknęła ciepła promieni słonecznych. Towarzyszył jej Jannes, ładnie zbudowany niewolnik z Macedonii, który zawładnął wyobraźnią Prymusa. Posłała Eudemas na targ po flaszkę napoju nasennego i wyjaśniła Jannesowi, jak dotrzeć do willi matki. Jannes i trzej inni niewolnicy podnieśli lektykę i ruszyli przez zatłoczone ulice.

Pobyt w świątyni zmęczył ją. Zamknęła oczy. Kołysanie lektyki sprawiło, że zakręciło się jej w głowie i na czoło wystąpił pot. Dłonie jej drżały. Zacisnęła je na podołku i starała się zdusić narastające mdłości. W pewnym momencie wyjrzała i zobaczyła, że niosą ją ulicą Kuretes. Willa matki była już niedaleko i Julia z nadzieją zagryzła wargę. Własna matka z pewnością jej nie wyrzuci.

W ostatnich miesiącach matka tylko dwa razy odwiedziła ją w jej willi. Za pierwszym razem rozmowa była pełna napięcia i nienaturalna. Matka czuła się nieswojo, kiedy Prymus opowiadał anegdoty o wysokich urzędnikach i znanych powszechnie osobistościach. Julia przywykła już do tych brudnych insynuacji i zgryźliwych dowcipów, ale przy matce czuła się i tak zakłopotana. Widziała też wyraźnie ledwie uchwytne reakcje matki na to, że Kalaba traktuje ją, Julię, tak władczo i czule. Zaczęła się nawet zastanawiać, czy nie jest to rozmyślne i spojrzała błagalnie na Kalabę. Zaskoczył ją jadowity błysk w ciemnych oczach.

Podczas drugiej wizyty Kalaba nie starała się być dyskretna czy uprzejma. Kiedy wprowadzono matkę Julii do triclinium, Kalaba wstała, uniosła podbródek Julii i pocałowała ją namiętnie w usta. Potem wyprostowała się, uśmiechnęła szyderczo i pogardliwie do matki i bez słowa wyszła. Julia nigdy nie widziała takiej bladości ani odrazy na twarzy matki i sama czuła się upokorzona zachowaniem Kalaby. Po raz pierwszy na moment prysł czar.

– Z rozmysłem ją zgorszyłaś! Byłaś bardzo ordynarna! – wykrzyknęła później Julia, kiedy znalazły się w sypialni na górze.

– Czemu miałabym przejmować się uczuciami kogoś, kto nie potrafi wyjść poza tradycyjny sposób myślenia?

– To moja matka!

Władczy ton Julii sprawił, że Kalaba uniosła brwi.

– Nie dbam o to.

Julia wpatrywała się w zimną czerń oczu Kalaby, otchłanną jak mroczna studnia bez dna.

– Czy dbasz w ogóle o mnie i moje uczucia do matki?

– Zadajesz niemądre pytania. Nie będę znosić jej obecności, żeby ci się przypodobać. I tak dość ci już pobłażam.

– Pobłażasz? Czy pobłażanie polega na tym, że okazuje się zwykłą uprzejmość jedynej z całej rodziny osobie, która chce ze mną rozmawiać?

– Kim ty jesteś, żeby mnie krytykować? Kiedy poznałam cię w Rzymie, byłaś tylko głupim, naiwnym dzieckiem. Nawet nie wiedziałaś, jakie nosisz w sobie możliwości. Byłam twoim przewodnikiem i nauczycielem. Otworzyłam ci oczy na przyjemności życia i od tego czasu upajasz się nimi nieustannie. To mnie winna jesteś lojalność, nie zaś kobiecie, która przez biologiczny przypadek wydała cię na świat! – Kalaba patrzyła na nią z lodowatą intensywnością. – Kimże jest ta twoja matka? Cóż znaczy w porównaniu ze mną? Patrzy na świat wąsko, jest głupia i zacofana i nigdy nie akceptowała miłości, która nas łączy. Widzi we mnie plugawą, nienormalną istotę, przez którą jej córka uległa zepsuciu. Znosi mnie, bo chce spotykać się z tobą. A ja nie mogę oddychać tym samym powietrzem co ta kobieta, tak samo jak było z tą twoją małą chrześcijanką. Gardzę nią i jej podobnymi. Tacy ludzie powinni padać przede mną na twarz.

Julia zadrżała teraz, przypominając sobie twarz Kalaby, groteskowo wykrzywioną nienawiścią i złością. Kalaba szybko opanowała się, ale Julia była wstrząśnięta i zastanawiała się, czy gładka, uśmiechnięta twarz Kalaby nie jest tylko maską, za którą kryje się jej prawdziwa natura.

Niewolnicy postawili lektykę, a Julia odsunęła zasłonę i spojrzała na marmurowe ściany i schody wejściowe. Nie była tu od śmierci ojca. Na myśl o nim ogarnęła ją fala tęsknoty i Julia zaczęła mrugać, bo łzy stanęły jej w oczach.

– Pomóż mi – rozkazała zachrypniętym głosem i wyciągnęła rękę. Jannes, nie zmieniając obojętnego wyrazu twarzy, pomógł jej wysiąść z lektyki.

Julia czuła się zmęczona. Stała przez dłuższą chwilę, zbierając siły, a potem ruszyła po schodach. Kiedy dotarła na górę, otarła twarz z potu i pociągnęła za sznur.

– Możesz wrócić i zaczekać z tamtymi – powiedziała Jannesowi.

Kiedy odszedł, poczuła ulgę. Nie chciała, żeby niewolnik widział, że własna rodzina może ją upokorzyć i wyrzucić za drzwi.

Drzwi otworzył Juliusz; na jego pospolitej twarzy pojawił się wyraz zdziwienia.

– Dostojna Julio, pani moja, Feba, nie spodziewała się twojej wizyty.

Julia uniosła podbródek.

– Czy córka musi umawiać się z góry, żeby matka ją przyjęła? – powiedziała i weszła do chłodnej sieni.

– Nie, pani, bynajmniej, ale twojej matki nie ma w domu.

Julia odwróciła się i spojrzała na niego.

– Dokąd wyszła? – spytała, a poczucie zawodu sprawiło, że w jej głosie zabrzmiała nutka zniecierpliwienia.

– Zanieść ubrania kilku wdowom, którymi się opiekuje.

– Wdowom?

– Tak, dostojna pani. Ich mężowie pracowali dla twojego ojca i brata. Dostojna Feba postanowiła zadbać o ich utrzymanie.

– Niech myślą o tym ich dzieci!

– Dwie z nich mają dzieci za małe, by mogły pracować. Syn innej jest z rzymskim wojskiem w Galii. A inne…

– Nieważne. Nic mnie to nie obchodzi. – Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, było wysłuchiwanie opowieści o nieszczęściach innych, kiedy własne tak strasznie jej ciążyły. – Kiedy wróci?

– Zwykle wraca o zmierzchu.

Julia poczuła się tak przybita, że chciało się jej płakać. Nie może czekać tak długo. Do zmroku jest jeszcze kilka godzin i Kalaba będzie wypytywała, dlaczego tyle czasu zabrał jej powrót ze świątyni. Jeśli przyzna się, że odwiedziła matkę, narazi się znowu na wybuch niezadowolenia Kalaby.

Przycisnęła palce do pulsujących skroni.

– Jesteś blada, pani – powiedział Juliusz. – Czy zechcesz się napić czegoś chłodnego?

– Podaj wino. Wypiję je w perystylu.

– Jak sobie, pani, życzysz.

Przeszła wyłożonym marmurem korytarzem i pod jednym z łuków usiadła w małej niszy w głębi. Serce biło jej szybko, jakby przed chwilą biegła. W dniu śmierci ojca siedziała w tym samym miejscu i płakała, podczas gdy inni zebrali się wokół łoża umierającego. Nie mogła znieść widoku ojca tak wyniszczonego chorobą, z zapadniętymi oczami pełnymi cierpienia i smutku. Nie umiała wytrzymać tego, że życie przyniosło mu taki zawód. Życie i ona, Julia.

Jej oczy napełniły się łzami politowania dla siebie samej. Tak czy inaczej to bez znaczenia. W tych ostatnich, cennych momentach życia wezwał Hadassę zamiast własnej córki. Wolał udzielić błogosławieństwa niewolnicy, nie zaś tej, która była ciałem z jego ciała, krwią z jego krwi.

Ogarnął ją znowu gniew i zacisnęła dłoń. Nikt jej nie rozumiał. Nigdy. Myślała, że z Markusem jest inaczej. Był tak samo jak ona złakniony życia i nadal tak by było, gdyby nie okazał się głupcem i nie pokochał pospolitej chrześcijańskiej niewolnicy. Co on w niej widział?

Julia westchnęła. Może Kalaba ma rację. Może nikt nie potrafi jej zrozumieć, pojąć, jakie łaknienie pcha ją przez życie, jaką rozpacz czuje, jakie pragnienie, jaka trwoga nie odstępują jej ani na krok. Zadowalają się spokojnym, nijakim bytowaniem, ukojenie znajdują w życiu z dnia na dzień, są tacy obłudni w swych konwencjonalnych obyczajach. Przytłoczyli ją swoimi oczekiwaniami.

„Dokładnie tak samo, jak w tym momencie Kalaba i Prymus przytłaczają mnie swoimi.”

Ta myśl, która pojawiła się sama z siebie, wstrząsnęła nią; poczuła, że całe jej ciało ogarnia fala mdłości, a w głowie zaczyna się kręcić. I Kalaba, i Prymus twierdzą, że ją kochają. Czy tak jest naprawdę? Jak okazywali jej ostatnio swą miłość?

„Nie da się z tobą wytrzymać, Julio. Psujesz nastrój każdej uczty, w której bierzesz udział.”

„Tym światem rządzi tylko jedno prawo: »Podobaj się sama sobie«”.

Julia zamknęła oczy i westchnęła ze znużeniem. Może to choroba sprawia, że przez jej głowę przemykają tak zdradzieckie myśli.

Naprawdę?

Na jej czoło wystąpiły krople potu. Otarła je wierzchem dłoni.

Myślała, że przy Kalabie jest bezpieczna, że Kalaba jest jej jedynym prawdziwym przyjacielem. Myślała, że Kalaba, i tylko Kalaba, kocha ją taką, jaką jest. Ale teraz Julia zaczęła zastanawiać się, czy Kalaba jest w ogóle zdolna do miłości, i poczuła niepewność i lęk. Co będzie, jeśli popełniła straszliwy błąd?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.