Easylog - Mariusz Zielke - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 316 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Easylog - Mariusz Zielke

Ben Stiller nazywa się tak, jak słynny komik, ale w życiu wcale nie jest mu do śmiechu. Dziesięć lat temu zaginęła jego ukochana Sally, a on stracił intratną posadę głównego technologa korporacji SkyCom, najpotężniejszej firmy na świecie. Demony przeszłości powracają, w ciągu jednego dnia zmieniając pozornie ułożone życie Bena w koszmar pełen emocjonujących zdarzeń i zagadek. Czy dziennikarz poszukujący sensacji w SkyCom ma rzeczywiście czyste intencje? Czy policja wracająca do sprawy Sally nie działa na zlecenie potężnych wrogów? Czy osoba, którą Ben po latach zobaczył na promenadzie nad brzegiem morza, to rzeczywiście jego ukochana? A jeśli tak, jak to możliwe, skoro Ben dobrze wie, że Sally wcale nie zaginęła, tylko została zamordowana?

Easylog to emocjonujący thriller z zakończeniem, którego nie domyśli się nawet najbardziej przenikliwy czytelnik. Napisany w stylu mistrzów gatunku: Harlana Cobena czy Michaela Crichtona, pełen szybkiej akcji, fałszywych tropów, tajemnic i sekretów.

Opinie o ebooku Easylog - Mariusz Zielke

Fragment ebooka Easylog - Mariusz Zielke










MARIUSZ ZIELKE

EASYLOG


Projekt okładki: Andrzej Brzezicki

Redakcja: Arkadiusz Nakoniecznik

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Jaroszuk, Jadwiga Piller

Zdjęcia na okładce:

© Thinkstock/Ostill

© Ingram Publishing

© for the text by Mariusz Zielke

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2014

ISBN 978-83-7758-552-8

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2014

Wydanie I


Prolog

Trzymam na muszce mordercę mojej ukochanej. Za chwilę nacisnę spust i nie jest to zabawa. Nie ma nic wspólnego z grą. On chyba zdaje sobie z tego sprawę i już nie liczy na cud. Wstrzymuje oddech i czeka. Nie przymknął oczu, patrzy na mnie bez strachu szklistym spojrzeniem wyrachowanego gracza. Czyżby nie wierzył, że jestem zdolny do zabójstwa? Może w myślach postawił zakład. Jeśli doliczy do trzech i strzał nie padnie – przeżyje. Jeśli wciąż będzie żył przy pięciu, kto wie, może nawet facet z bronią zmieni zdanie i zabije tę zdzirę, przez którą to wszystko się tak potoczyło.

Niedoczekanie, draniu! Zginiesz, nie ma dla ciebie ratunku.

Czekam tylko dlatego, żebyś poczuł smak nadchodzącego bólu. Żebyś cierpiał, tak jak ona cierpiała. Kiedyś, przed laty.

Mówią, że sekundę przed śmiercią, milimetr od granicy, zza której nie ma już powrotu, człowiek może ją zobaczyć. Panią śmierci. Przychodzi pod postacią demona, ducha lub człowieka. Ostatni przewodnik na drugą stronę, do naraki, szeolu czy innego piekła. Zdaniem Mike’a śmierć jest kobietą, bo śmierć to władza, a władza też jest kobietą, choćbyśmy nie wiem jak się upierali, że jest inaczej.

Mike gówno wie, ale akurat w tym wypadku może mieć rację.

Również w tym, że ona przybywa osobiście po każdego skazanego. Szczególnie po tych, którzy zasłużyli na ten los, a moja dzisiejsza ofiara z pewnością do nich należy. Są sytuacje, kiedy nie wypada korzystać z pomocy.

Zasłużyłeś sobie, draniu, i zaraz zginiesz. Mam nadzieję, że już o tym wiesz i odliczane w myślach sekundy smakują bardzo cierpko. Odliczaj, nic innego ci nie pozostało. Jeden, dwa, trzy… Nadchodzi. Za chwilę. Już…


Rozdział 1

Dziennikarze to tępaki. Mike nie ma co do tego wątpliwości, mimo że sam przez pięć lat pisał do „New York Timesa”, a kolejne dwa przegadał w CNN. Kiedy przypominam mu o tym, odpowiada: nie ma wyjątków, a jeśli nawet są, to potwierdzają regułę.

– Dziennikarstwo dawno już wyprało z brudami wszelką przyzwoitość. Nie ufaj pismakom. Mogą mówić, co chcą, ale pamiętaj, że zawsze będzie ich interesował tylko twój wkład w powstanie Wally’ego.

Mike jest moim bratem. Mówi niemal to samo, ilekroć się spotykamy. Jest bardzo gadatliwy, a ja udaję, że go słucham. Za każdym razem jest w lepszym garniturze, ma bardziej odjazdowy zegarek i zerka przez okno na jeszcze nowszy model porsche. To się nazywa dziennikarstwo zaangażowane, tłumaczy z uśmiechem, poklepując czterysta mechanicznych, chromowanych koni. Nachyla się do mnie i powtarza:

– Pamiętaj: zawsze próbujemy zrobić innych w konia. O nic więcej nam nie chodzi.

Pamiętam. Może dlatego, kiedy Kazar zadzwonił do mnie po raz pierwszy, spuściłem go na drzewo. Nie, nie chcę się spotkać, nie chcę rozmawiać przed kamerą ani przez telefon. Nie mam nic do powiedzenia. Czy to z powodu urazu do Devona? Czy wciąż mam do niego żal o to, co się stało? A może właśnie dlatego powinniśmy porozmawiać… Głupie pytania i sugestie zawieszone w próżni. Nie słyszał pan? Nie mam nic do powiedzenia.

Powtarzaj do skutku: bez komentarza. To też rada Mike’a.

– Bez komentarza.

Nic nie odpowiedział, choć wiem, co miał na końcu języka. Czemu jest pan takim cholernym dupkiem, Ben? Czy to z powodu nazwiska? Wciąż panu dokuczają, naśladując tego komika?

Ben Stiller. Tak się nazywam, identycznie jak słynny aktor komediowy. Niektórzy twierdzą nawet, że jestem do niego podobny, tylko za poważny. Mam czarne gęste włosy, krótko przycięte, dość pospolitą twarz z migdałowymi oczami, szczękę z dziurką i trochę skrzywiony nos, dzięki któremu mogę kłamać, że kiedyś uprawiałem boks. Typ ze mnie raczej krępy, niezbyt wysoki i ginący w tłumie. Mało zabawny. Bardziej pasowałoby mi podobieństwo do kogoś innego.

Ale przecież John Travolta też grał w komediach i lekkich filmach, a potem się przestawił. A Jim Carrey? Ten to dopiero potrafił się udramatyzować. Tak więc nic straconego, Ben, ty też możesz się stać dobrym aktorem. Zmarszcz brwi i mów o połowę mniej. Nie gestykuluj i nie uśmiechaj się tak głupkowato. Robienie z siebie kretyna też ma granice. No i nie patrz tak, jakbyś wszystkich przepraszał za nie swoje winy, zanim jeszcze ktoś zdąży cię o cokolwiek oskarżyć.

Nie mam nic wspólnego z aktorstwem. Mogę uśmiechać się, jak chcę i kiedy tylko sobie życzę.

Niestety nie znam się też na dziennikarzach, przynajmniej nie tak dobrze jak Mike. Może dlatego zrobiło mi się trochę szkoda Kazara i powiedziałem:

– Niech pan się nie gniewa, ale ta historia jest już za mną.

– Jesteś legendą tej firmy, Ben. – Kazar się nie poddawał, próbował bezpośredniego uderzenia. – Nie powinieneś nas unikać.

– Nas?

– Od dziesięciu lat nie udzielasz wywiadów. Właściwie nigdy nie widziałem z tobą wywiadu poza tą krótką notką w „Globe”, w której powiedziałeś, że Wally będzie przełomem.

– To prawda.

– Może warto z tym skończyć i wyjść do ludzi? Jesteś to nam winien. Devon wciąż o tobie mówi, powtarza, że gdyby nie Ben Stiller, nie byłoby sukcesu SkyComu, nie byłoby Wally’ego. To twoje dzieło, Ben.

– SkyCom to Devon, nie ja.

– Nie przeczę, ale to ty byłeś głównym technologiem. Nawet Devon tego nie ukrywa. Nie rozumiem więc, czemu nie chcesz ze mną porozmawiać.

Dobrze to rozgrywał. Próbował mnie wziąć na komplementy, odkrywał stopniowo karty, jednocześnie ukrywając prawdziwy cel rozmowy. Obaj wiedzieliśmy, że ma inny temat, dużo mocniejszy niż sukces SkyComu i Devona. Dziennikarze śledczy nie piszą o sukcesach. Szukają brudów w zamkniętych szafach. Grzebią w śmieciach i wąchają smrody. Ich szefowie płacą im za wyciąganie brudów na światło dzienne, a nie za głaskanie korporacji po głowie.

Tak, w internetowych notkach o Ianie Kazarze nie było ani odrobiny przesady. Można było się z nich dowiedzieć, że jest wyjątkowo upierdliwym i upartym dziennikarzem śledczym. Jeśli coś jest niemożliwe, poślij tam Kazara. Wyprosisz go drzwiami, wejdzie oknem. Rozpije abstynenta, przeleci lesbijkę, ożywi umarlaka. Dla Iana Kazara nie ma rzeczy niemożliwych. Nie ma też żadnych świętości.

– Skromny ze mnie gość, Ian. Unikam rozgłosu.

– Mike jest zupełnie inny.

Jeśli wszystkie sposoby zawodzą, spróbuj się spoufalić, udając przyjaciela rodziny.

– Mike cię nie lubi, Ian. Chyba wiesz o tym?

– Mike to kutas.

Z pewnością wiedział, że ja i mój brat tylko udajemy przyjaźń. Nie zdziwiłbym się, gdyby na rozmaitych imprezach Mike opowiadał wszystkim, jakim dupkiem jest jego brat, niby taki słynny technolog, który nie potrafił przekuć wiedzy na sukces. Tak, w oczach Mike’a z pewnością jestem dupkiem.

– Ale to mój brat – odparłem.

– Zrób mu na złość i porozmawiaj ze mną, Ben. Udziel mi pierwszego wywiadu, a masz jak w banku, że Mike się wścieknie.

– Nie mogę Ian. Naprawdę nie mogę.

Trudno mi wytłumaczyć dlaczego, ale ta rozmowa i cały proces urabiania Kazara sprawiały mi przedziwną przyjemność. Może dlatego, że był święcie przekonany, że jest odwrotnie i że to on mnie urabia? W końcu i tak nic mi nie może zrobić, do niczego mnie nie zmusi, a ja mogę z nim zrobić wszystko. Mogę go wystawić, umawiając się na spotkanie na Florydzie i nie przyjść na nie, a on nie będzie się nawet mógł zemścić. Mało tego, będzie musiał udawać, że nic się nie stało. Ależ skąd, Ben, to żaden problem, że przeleciałem kilka tysięcy kilometrów, by się z tobą zobaczyć, a ty mnie olałeś. Lubię samoloty i nie liczę czasu. Co za dureń wymyślił, że czas to pieniądz? Najwyżej mogę zemścić się na Mike’u albo Devonie.

Nie zależało mi na żadnym z nich.

– Gdzie jesteś, Ian? – zapytałem.

– W knajpie. Jem lunch.

Przypomniała mi się zabawna historia. W walentynkowym konkursie radiowym można było wygrać niezłą sumkę, jeśli partnerzy bez porozumienia tak samo odpowiedzieli na pytanie zadane znienacka przez prezentera. Ten zadzwonił do jednego faceta, poinformował o możliwej wygranej i zapytał, gdzie się ostatnio kochał z żoną. Facet odpowiedział, że w kuchni. Zaraz potem prowadzący zadzwonił do żony tego gościa, a ta po długich namowach wypaliła: „w pupę”. W porze śniadania, kiedy przy głośnikach siedzą całe rodziny. Konsternacja była spora, a para nie wygrała nagrody.

– Pytam o miasto, Ian. Jesteś w L.A.?

– Nie, w San Diego, ale jutro mogę być w L.A. Dla ciebie wszystko, Ben.

– Przylecisz do mnie na Florydę?

Głośno przełknął ślinę. Drapieżnik wyczuł ofiarę. Miał mnie, tak mu się wydawało. I jak prawdziwy drapieżnik nie przeczuwał podstępu, robiąc w myślach rachunek zysków i strat.

– Jesteś na Florydzie? Co u licha tam robisz?

– Konferencję. Tym właśnie się zajmuję, nie sprawdziłeś?

– Wiem, wiem. Easylog, zgadza się? Tak się nazywa twoja nowa firma?

Mam ją od ośmiu lat. Budowana od podstaw, w końcu zaczyna liczyć się na rynku, a ten bubek mówi: „nowa firma”. Też mi dziennikarz.

– Tak jest – przytaknąłem grzecznie.

– Ładna nazwa. „Łatwe wejście”, czy o to chodzi? To miałeś na myśli, Ben?

– Stawiamy na prostotę, Ian. Z nami wszystko jest prostsze, łatwiejsze… Każdy biznes.

– A więc powinno ci zależeć na reklamie. Możemy zrobić wywiad przed siedzibą Easylogu, z szerokim kadrem, na tle logo. Serwer ci się zawiesi, tyle wejść na witrynę będziesz miał jeszcze tego samego dnia. Grzech nie skorzystać.

Milczałem, udając że rozważam propozycję. Wreszcie odchrząknąłem.

– Zobaczymy. Wolałbym najpierw pogadać bez kamery.

– Oczywiście. Wszystko uzgodnimy.

Jasne. Już ci wierzę, bubku. Na pewno będziesz miał ukryty sprzęt. W dzisiejszych czasach kamerę można zainstalować w oprawce okularów.

– Mimo wszystko dziwię się, że z twoimi umiejętnościami prowadzisz… coś takiego – kontynuował urabianie. – Ja bym cię widział jeśli nie w SkyComie, to w jakiejś innej technologicznej korporacji. Apple przygarnęłoby cię z otwartymi ramionami, po tym jak Wally odebrał im palmę pierwszeństwa na rynku mobilnym.

– Apple mnie nienawidzi.

– Bez Jobsa to już nie ta sama firma, ale ty byś to zmienił, Ben. Jesteś wizjonerem, a nie wyrobnikiem. To tak, jakby słynny chirurg zamiast robić skomplikowane operacje poszedł pracować do gabinetu kosmetycznego.

Znów brał mnie pod włos, taka jego rola: wejść jak najgłębiej, smarując wcześniej wazeliną. Wiedziałem, że zastawia na mnie pułapkę.

– Lubię moją pracę, Ian. To jak, przylecisz do Miami?

– Kiedy?

– Choćby jutro.

Krótka cisza w słuchawce.

– Dobrze. Mogę być jutro na Florydzie. Weź ze sobą Wally’ego, Ben. Chciałbym ci zrobić z nim zdjęcie.

Nie odpowiedziałem. I tak by nie uwierzył, że prawie nie korzystam z urządzenia, które sam zaprojektowałem, ani z konta na Wallnecie. Podałem mu dane jednego z hoteli z folderu, poprosiłem, żeby wieczorem czekał na mnie w holu, i rozłączyłem się.

Nawet jeśli Kazar zapałał do mnie sympatią, to jutro, najdalej o ósmej, będzie nienawidzić. Wyobraziłem sobie jego minę po godzinie czekania. Będzie przebierał nogami ze złości, przygryzał wargi, obgryzał paznokcie, w końcu zadzwoni, a ja nie odbiorę telefonu. Spróbuje później, jednak usłyszy tylko dźwięk wyłączonej komórki. Kolejnego dnia pewnie zadzwoni do biura, a ja może łaskawie przyjmę połączenie, żeby osobiście odebrać gratulacje za ten numer. Co mu powiem? Och, Ian, najmocniej cię przepraszam, zapomniałem. Musiałem pilnie wrócić do L.A.

Ciekawe, czy pękniesz i w końcu powiesz, co o mnie naprawdę myślisz?

Nie, jednak nie. Ciągle będziesz liczył na ten cholerny wywiad.

Mike, wisisz mi drinka. Będziesz miał co opowiadać na gali wręczania Pulitzerów. Czy Kazar dostał kiedyś Pulitzera? A ty, Mike? Zbliżyłeś się chociaż do jakiejś nagrody, czy tylko słupki oglądalności i czterystukonne porsche ci w głowie? Tak, w nosie masz rzetelność i ważne tematy. Liczą się jedynie skandal i sensacja.


Rozdział 2

Odetchnąłem głęboko, żeby się uspokoić i wybrałem numer do Amandy. Miała piękny głos. Jeszcze piękniejszy niż ciało. Kiedy odbierała telefon i mruczała mi do ucha nieco fałszywym, głębokim altem, przechodził mnie dreszcz i miałem ochotę szepnąć: powtórz to jeszcze raz. Ciągle mrucz mi do ucha. Bierze mnie to jak dzieciaka.

– Halo, Ben, to ty? Czemu nic nie mówisz?

Jeszcze chwilę… Uwielbiam tę chwilę ciszy, kiedy jej głos powoli gaśnie w moich uszach.

– Cześć, Ami. To ja, Ben – powiedziałem cicho, jakbym nie słyszał jej pytań.

– Wiem, wyświetla mi się twój numer, geniuszu. – Roześmiała się. Śmiech też miała niezwykły. Najwspanialszy, jaki słyszałem. Piękniejszy nawet niż… Nie, obiecałem, że nie będę ich porównywał. Teraz liczy się tylko Ami. Minęło dziesięć lat. Kocham Ami. Powtarzałem to wystarczająco często, żeby w to uwierzyć.

– Kocham cię.

– Ja ciebie też, ale… Dzwonisz tylko po to, żeby mi to powiedzieć?

– A muszę mieć lepszy powód?

Westchnęła z udawaną złością.

– Ben, właśnie mam spotkanie i negocjuję umowę za sto milionów!

Wyobraziłem ją sobie, jak zasłania usta i telefon dłonią, a trzej bankierzy w garniturach po dziesięć tysięcy dolców, ze złotymi spinkami w mankietach koszul, w jedwabnych krawatach i butach od Louisa Vuittona czy Stefana Bemera niecierpliwie zerkają na zegarki, za które można byłoby kupić mały samochód.

– Sto milionów? Ja jestem wart dużo więcej.

– Byłeś.

Przed oczami stanął mi ranking Forbesa sprzed dziesięciu lat. Najbardziej pożądani inżynierowie korporacyjni. Dwudzieste czwarte miejsce – Ben Stiller, dwadzieścia pięć lat, wartość rynkowa dla pracodawcy: sto dwanaście milionów dolarów. Dlaczego tak mało? Nie wiem, jak to liczono, a wszelkie rankingi uważałem za kretyńskie, ale znalezienie się wśród takich sław jak Steve McNamara, Linda Buiq czy technolodzy Apple’a i Lockheed Martina było dużym wyróżnieniem.

Forsę miałem gdzieś. Może dlatego nigdy nie żałowałem, że odszedłem. Gdybym został w SkyComie o rok dłużej, byłoby pewnie dwa albo i trzy razy więcej i miejsce w pierwszej dziesiątce wśród najbardziej pożądanych menedżerów w całej Dolinie Krzemowej.

A teraz? Ile byłbyś wart z sukcesem Wally’ego na karku, Ben? Miliard, może dziesięć miliardów? Ale ty wolałeś uganiać się za duchami i pogrzebać karierę. I to dla kogo? Dla zwykłej dziwki?

Sally nie była dziwką, do diabła.

– Tak? To na ile mnie wyceniasz?

– Powiem ci wieczorem. Zobaczymy, jak się spiszesz.

– Po co odkładać sprawdzian do wieczora? Co powiesz na lunch?

– W motelu?

– Czemu nie?

To niesamowite, ale naprawdę się w niej zakochałem. Nigdy nie mów nigdy. Jeszcze dwa lata temu nie zwracałem w ogóle uwagi na kobiety. Zmieniłem orientację. Powtarzałem sobie: co dobrego miało mnie spotkać w miłości, już mnie spotkało. Nie można dwa razy się zakochać. Na świecie są tylko dwie doskonale pasujące do siebie połówki. Kiedy spotkamy tę drugą i spieprzymy sprawę, już po wszystkim.

Myliłem się. Tyle wam powiem.

Bardzo często powtarzałem sobie, że się myliłem.

Mijały miesiące, a ja i Ami cały czas byliśmy na fali wznoszącej. Ćwierkaliśmy do siebie, chodziliśmy objęci po plaży i parku, trzymaliśmy się za ręce i nie szczędziliśmy sobie tych wszystkich drobnych gestów, którymi obsypują się młodzi kochankowie. Mimo że trwało to już prawie rok, wciąż dość często potrzebowaliśmy motelu.

– Kupię chińszczyznę od Tanga – zapowiedziałem i rozłączyłem się.

Pojechałem do Brentwood, minąłem ulubiony klub golfowy Mike’a, zaparkowałem przy wielkiej palmie obok banku i przeszedłem do małej budy dwie przecznice dalej, w której mieściła się najlepsza chińska knajpka w tej części świata. Tang osobiście przyrządzał wszystkie potrawy, robił je tylko z oryginalnych produktów, sprowadzanych za ciężkie pieniądze z Azji, a dla mnie miał zwykle w pogotowiu jakąś niespodziankę. Niezbyt dobrze mówił po angielsku, więc puszczałem mimo uszu wszystkie jego wpadki, włącznie z tym, że ciągle powtarzał, że mnie kocha.

Hallo lover! I love you!

– Nie powinieneś tego mówić głośno – przestrzegłem, obejmując go mocno.

Wychowaliśmy się wspólnie, znaliśmy się od ponad dwudziestu lat. Naszą zażyłość trudno było nazwać przyjaźnią, ale lubiłem Tanga, a on mnie „kochał”.

– Znów chcesz zestaw dla kochanków? No to mam dla ciebie coś, po czym twoja miłość będzie bardzo ostra – zapewnił mnie i w ciągu pięciu minut przygotował dwa opakowania gorących i apetycznie pachnących pierożków, wrzucił je do wielkiej papierowej torby, dodał zupki i sery. – Udław się! – zarechotał z najszerszym uśmiechem, jaki w życiu widziałem.

– Dziękuję, Tan. Zawsze można na ciebie liczyć.

You welcome, fucking lover.

Przed barem stało czterech czarnych chłopaków w za dużych spodniach, świecących odblaskami koszulkach koszykarskich i identycznych przepaskach na głowach i ramionach. Popatrzyli na mnie spode łba, ale nie zaczepili. Ciekawe, czy to pod ich wpływem Tang zaczął się wypowiadać jak rynsztokowy pływak?

Na San Vicente był korek, więc skręciłem w lewo, a potem cofnąłem się do Dwudziestej Szóstej Ulicy i dojechałem do Montana Avenue. Zaletą miast zbudowanych na zasadzie kratownicy jest to, że w razie jakiejś awarii czy korka praktycznie zawsze można wybrać drogę zastępczą, chyba że władujecie się na zablokowaną autostradę. To dużo lepsze niż w Europie, gdzie miasta budowano na planie gwiazdy, a wszystkie ulice zbiegają się w centrum.

Nie spieszyłem się. Jadąc ulicą pełną knajpek i butików, gapiłem się na wesołych, dobrze ubranych spacerowiczów i turystów. Mimo końca lutego było ciepło i przyjemnie. Czasem tylko znad oceanu nadciągały powiewy suchego wiatru.

Zerknąłem w lusterko, poszukując czarnego mercedesa lub bmw, ale żaden samochód nie skręcił za mną. Zawsze wyobrażałem sobie, że ktoś mnie śledzi, a od zniknięcia Sally i odejścia ze SkyComu mogłem zapisać się do klubu wyznawców teorii spiskowych i poszukiwań szpiegów za każdym rogiem.

Wszyscy jesteśmy podejrzani.

Zamiast mnie uspokajać, Amanda kazała mi tylko spisywać numery rejestracyjne podejrzanych samochodów, po czym sprawdzała je przez znajomego gliniarza w wydziale komunikacji. Nigdy nie trafiła na nic niepokojącego. Żadnych detektywów, zawodowych zabójców, szpiegów ani dziennikarzy.

Kto inny mógłby cię śledzić, Ben?

W Santa Monica byłem po niespełna kwadransie. Do spotkania z Ami miałem jeszcze godzinę, postanowiłem więc przejść się na plażę. Kocham wodę pod każdą postacią. Od dziecka uwielbiałem sporty wodne i wiedziałem, że kiedyś muszę mieć dom z widokiem na ocean. To mnie napędzało, podobnie jak potem napędzała mnie miłość do Sally. Przebiegłem przez Ocean Avenue, przeszedłem kładką nad autostradą i ruszyłem w dół skarpy na szeroką plażę przy molo.

I właśnie wtedy coś mnie tknęło.

Uczucie, że ktoś mnie obserwuje tak intensywnie, jakby próbował ściągnąć mnie myślami. Przystanąłem i rozejrzałem się. Na trawnikach za balustradami ochronnymi kilka otyłych kobiet ćwiczyło jogę, tuż obok jakiś bezdomny grzebał w pustych kartonowych opakowaniach. Nieco dalej ktoś biegł ze słuchawkami na uszach. Żadna z tych osób się mną nie interesowała.

Wtedy odwróciłem się na północ, w kierunku przejścia nad autostradą… i ją zobaczyłem. Stała na środku kładki i patrzyła wprost na mnie, jakby chciała sprowokować. Piękna jak dawniej, z rozwianymi płomiennymi włosami. Moja Sally, nie do podrobienia. Jedna, jedyna. Stała tam i wyglądała jak żywa, choć przecież to było niemożliwe.


Rozdział 3

Była najlepsza ze wszystkiego, co mogło mnie spotkać. Jedyna i niepowtarzalna. Jak słońce zawieszone na bezchmurnym niebie. Od pierwszego spojrzenia, od pierwszej radosnej myśli, że mam u niej choćby cień szansy.

Poznaliśmy się tuż po moim przyjściu do SkyComu, kiedy firma założona przez Davona Clarka była jeszcze garażowym liliputem z ambicjami. Biura w halach na peryferiach San Jose z widokiem na Góry Hamiltona i ogromną reklamę nawiedzonego domu pani Winchester sponsorowaną przez PEAR, technologicznego giganta rynku mobilnego, który jeszcze nie przeczuwał, że tu, w niepozornych barakach, rodzi się najgroźniejszy konkurent.

Obok stare garaże, w których wyrastały kolejne klony Oracle, HP i Adobe. W budynkach naprzeciwko młody Steve Jordan wymyślał następcę PowerBooka, a dwie przecznice dalej w głowie Phila Fossa rodziły się koncepcje molekularne i nowe wzorce przetwarzania w chmurze.

Nasza niewielka fabryka była połączona z laboratoriami i szarym, zaniedbanym biurowcem szkolnym z popękanymi ścianami – pamiątką po trzęsieniu ziemi z roku 1989. Zapełniała go setka gości w T-shirtach, okularach i krótkich spodenkach. Średnia wieku: dwadzieścia lat. Na korytarzach ostrzeżenia przed piorunami, z powodu wiecznie wiszących pod sufitem chmur burzy hormonalnej. I perspektywy przyciągające połowę analityków z Wall Street.

Sally była młodszą asystentką w dziale nowych technologii, w którym dla niepoznaki zacząłem jako projektant, a po tygodniu awansowałem na szefa pionu badań i rozwoju. Devon sądził, że błyskawiczna kariera będzie lepiej wyglądała w korporacyjnych papierach niż powierzenie od razu odpowiedzialnego stanowiska nieopierzonemu Żydowi.

Początkowo trzymała się na uboczu, ale jak tylko całkowicie przeorganizowałem podległe mi działy, szybko znaleźliśmy wspólny język.

– Ty naprawdę w to wierzysz – powiedziała mi pewnego wieczoru. – Wierzysz, że zrobimy rewolucję.

– Wierzę – przyznałem. – Wierzę w ludzi.

Firma to ludzie. Bez nich nie dałoby się osiągnąć sukcesu, choćbyśmy wpompowali w Wally’ego morze forsy.

Przegadaliśmy niemal całą noc, jednocześnie – o dziwo – odwalając kawał dobrej roboty. Tydzień później zaprosiłem ją na kolację i spróbowałem pocałować na parkingu.

– Nie jestem łatwa – powiedziała.

Nie bardzo wiedziałem, jak zareagować, więc wypaliłem:

– A czy ja wyglądam na kogoś, kto szuka łatwych dziewczyn?

Tłumiąc śmiech, przez jakiś czas taksowała mnie spojrzeniem, a potem zaprosiła na górę, zaznaczając od razu, że będę spał na kanapie. O piątej rano stwierdziła, że w zasadzie kanapa jest wygodniejsza niż łóżko i kazała mi się posunąć. Mimo otwartego okna było bardzo ciepło i duszno. Spociłem się w sekundę, a potem… Potem przestałem się tym przejmować. To był wyjątkowo gorący poranek.

– Nie mogę uwierzyć, że nie spróbowałeś – piekliła się przy śniadaniu. – Jeśli dziewczyna zgadza się spędzić z tobą noc, musisz spróbować ją przelecieć! Nie wolno nie próbować.

– Przecież powiedziałaś, że pod żadnym pozorem nie wolno mi opuszczać kanapy.

– Tak tylko się mówi.

– Aha. Jednak w końcu do mnie przyszłaś.

Prawdę mówiąc, bardziej od seksu ceniłem wszystko to, co następowało po nim. Owszem, wspaniale było się z nią kochać, czuć tę nieposkromioną energię, młodzieńczy wigor i zapał, z jakim oddawała się miłości, ale pierwszy raz w życiu miałem wrażenie przebywania z bratnią duszą, z kimś, kto rozumie mnie bez słów, z kim czułem nie tylko fizyczną więź, także wtedy, kiedy bez żadnego skrępowania leżeliśmy obok siebie zupełnie nago. Tak samo musieli czuć się kiedyś Adam i Ewa. Jakbym znał ją od zawsze, czekał na nią przez te wszystkie lata, obchodząc z daleka możliwe związki, unikając kuszących, choć oczywistych porażek. Jedna noc, jeden ranek, a ja już wiedziałem, że to ta jedyna, mój najlepszy przyjaciel, któremu jestem skłonny powierzyć każdy sekret.

– Mogłabyś być moją siostrą. Tak właśnie się czuję.

– Masz siostrę?

– Brata. Ale nie jesteśmy blisko.

– Dlaczego?

– Mamy różnych ojców. Mike urodził się później, kiedy mama wyszła za mojego ojczyma.

– To problem?

– Myślę, że każdy z nas chce być lepszy od drugiego. To jest prawdziwy problem.

– I który jest lepszy?

Sama niechętnie mówiła o swojej przeszłości i rodzinie. Odpowiadała półsłówkami, zmieniała temat niemal od razu, kiedy poruszałem te kwestie, i wymyślała przeróżne fortele, bylebym się odczepił. Trochę mnie to dziwiło. Mogła przecież zwyczajnie powiedzieć: nie chcę o tym gadać, a ja bym więcej nie pytał. Z drugiej strony może chciała mi dać subtelny znak, żebym sam się domyślił i przyjął ten stan rzeczy, jakbyśmy mieli jakiś wspólny mały sekret. Ja wiem, że ty wiesz, ty wiesz, że ja wiem, ale oboje udajemy, że nic nie wiemy.

Przeszłość to tajemnice. Niech zostaną nieodkryte.

Każdy ma sekrety, o których nie chce mówić.

Chętnie za to rozmawiała o wszystkim innym i była w tym tak naturalnie ujmująca, że postanowiłem darować sobie wszelkie dociekania na temat zagadek jej przeszłości. Niech zostaną w zamkniętej szafie. W gruncie rzeczy, co mnie obchodzą?

Wystarczy, że mam Sally, mam jej nieskrępowany śmiech, wesołe usposobienie, wspaniałe ciało i pomysły na każdy dzień, jak przystało na artystkę. Tak, była artystką i powinna iść w tym kierunku, a nie pracować za psi grosz w firmie informatycznej. Nie miałem pojęcia, dlaczego haruje jako asystentka, mogąc zarabiać krocie swoimi obrazami.

– Boże, to naprawdę ty! – wykrzyknąłem, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem jej dzieło.

Obraz przedstawiał wielką głowę przypominającą dziwną planetę, która mogła być zarówno wizerunkiem człowieka, jak i zwierzęcia. W obrazie było coś niesamowitego: jakaś nadzieja i coś przerażającego, jakby świadomość przemijania i melancholijny kres życia.

– Ja? – uśmiechnęła się pod nosem.

– Obraz – wyjaśniłem. – To naprawdę ty namalowałaś?

Nie odpowiedziała, bo przecież to było oczywiste. Ciało miała pobrudzone farbami. W dłoniach trzymała pędzel i paletę. Z buzią umorusaną błękitem i pastelami na włosach. Dużo później nauczyłem się rozpoznawać po jej ciele, kiedy miała ochotę malować albo czy niedawno odeszła od sztalugi. Stopień ekscytacji i podniecenia był tak wielki, tak seksualny i niezwykły, że nie mogłem mieć wątpliwości.

To było jej przeznaczenie.

Dlaczego więc pracowała ze mną?

– Jest świetny. Powinnaś wystawić go na jakąś aukcję.

Spodziewałem się, że skromnie zaprzeczy, jednak ona wiedziała, że mówię prawdę, że to nie jest byle jaka pochwała kochanka.

– Potwór.

– Potwór?

– Tak go nazwę.

Spojrzałem jeszcze raz. Mógł przedstawiać wszystko, ale nie potwora.

– Nie jest straszny.

– Potwór nie musi być straszny.

– Czyżby?

– Tylko od niego zależy, czy stanie się straszny, czy nie.

Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć. Wszystko, co przychodziło mi na myśl, wydawało się głupie.

– Idę popływać.

To była jej druga pasja: pływanie. Kiedy zanurzała się w wodzie, przypominała syrenę. Jakby należała do wodnego świata. Smukła, jasna strzała przemykająca tuż pod połyskującą błękitem powierzchnią. Falujące delikatnie ciało, nagłe wynurzenie i precyzyjnie wyćwiczone, mocne, wyrachowane uderzenia ramion. Każdy ruch wydawał się tak naturalny i wspaniały. Kiedyś próbowałem dotrzymać jej kroku na basenie, ale odpadłem po zaledwie dziesięciu metrach. Do diabła, byłem pewien, że wyprzedzam ją o dwie długości ciała, a tymczasem ona była już daleko z przodu. Wściekle biłem ramionami, zagarniałem wodę najmocniej jak potrafiłem, a i tak nie mogłem jej dogonić.

– Nie gniewaj się – powiedziała potem.

– Za co miałbym się gniewać?

– Że nie dałam ci forów.

– No wiesz!

– Mężczyźni czasem myślą, że powinni wygrywać z dziewczynami. Lubią wygrywać. Strasznie ich wkurza, jeśli jest inaczej.

– Nie wkurzam się. Jestem tylko… zaskoczony.

Wprowadziła się do mnie na dzień przed świętami Bożego Narodzenia, nie rezygnując jednak z własnego mieszkania. Na wszelki wypadek – tłumaczyła. Była ateistką, a ja nie miałem do kogo jechać na Wigilię. Zrobiliśmy skromną kolację, a potem oglądaliśmy stare filmy. Oboje lubiliśmy stare filmy, takie bez efektów specjalnych i ciągłego oczopląsu. Wszystkie 3D i inne duperele nas nie interesowały.

– To dziwne, że gość, który ma tworzyć wizje przyszłości, woli stare kino.

– Dlaczego?

– Powinieneś szukać inspiracji w nowoczesnych rozwiązaniach.

– Stare kino i książki wciąż mogą inspirować. Wiesz, że wolę pracować przy Louisie Armstrongu i Franku Zappie niż przy Snoop Dogu, Eminemie czy nawet Amy Winehouse?

Specjalnie ją wymieniłem. Sally bardzo przypominała tę artystkę, nie tyle z urody, bo przecież była blondynką, ile z jakiejś takiej zadziorności w spojrzeniu i wyrazie twarzy.

– Dziwny z ciebie facet.

Ja? Pomyślałem o jej zdolnościach i roześmiałem się. I kto to mówi?

– Podobno kobiety kochają dziwnych facetów.

– Tylko przez jedną noc. Tacy nie nadają się do stałych związków.

A kobiety malujące jak Gauguin czy Munch i pływające niczym żeńska wersja Phelpsa? Czy takie kobiety nadają się do stałych związków? Można je kochać i zachować tylko dla siebie? Bo przecież w stałych związkach o to chodzi. Chodzi o to, żeby zabrać piękno, zawłaszczyć je, schować przed innymi, nie pozwolić go odebrać.

– Na pewno się nie nadaję?

Wiosną tego roku SkyCom ogłosił dziesięcioletnią strategię, w której zapowiedział wprowadzenie akcji na NASDAQ. Wally powoli zyskiwał na rozgłosie. W korytarzach banków inwestycyjnych przebąkiwano, że szykuje się technologiczny przełom, a szpiedzy PEAR czy innych i czołowych korporacji szykowali się na marketingowy szok. W firmie pojawili się audytorzy, specjaliści od cięcia kosztów i bankowcy inwestycyjni, którzy nie mieli zbyt wiele ciekawego do powiedzenia, więc uwielbiali gryźć końcówki ołówków. Wtedy właśnie poprosiłem Sally o rękę i dostałem pierwszego kosza.


Rozdział 4

– Nie mogę za ciebie wyjść.

– Dlaczego?

– Przecież nic o mnie nie wiesz.

Ale to, co wiedziałem, całkowicie mi wystarczało. Kochałem ją, do diabła! I gotów byłem to udowodnić. Ona jednak poczuła się osaczona i teraz znów częściej sypiała w swoim starym mieszkaniu, którego wciąż nie chciała się pozbyć i gdzie ciągle miała pracownię malarską.

– Czasem potrzebujemy samotności. Ja jej potrzebuję.

Zdarzały się chwile, że podobała mi się ta niezależność, bywała wygodna, ale ogólnie czułem… strach. Tak jakby głupi świstek papieru, przysięga czy jeden wspólny dom dawały mi większe prawa. A przecież uczuciami nie da się kupczyć.

W tym czasie SkyCom przestał już ukrywać swój sztandarowy produkt i oficjalnie rozpoczął prace nad wdrożeniem prototypu Wally’ego do seryjnej produkcji, co trochę oderwało mnie od myślenia o uczuciach. Oboje mieliśmy masę pracy. Zarząd przerzucił mnie z działu badań do nowo utworzonego pionu produktów kluczowych, a potem, jak tylko pchnąłem do przodu wszystkie projekty konstrukcyjne komunikatora, zaproponował stanowisko głównego technologa.

– Kto miałby nim zostać, jeśli nie ty? – przekonywał Devon na zebraniu z pracownikami. – Ben Stiller, autor pierwszej linijki kodu Wally’ego. Powinieneś go opatentować, Ben, a potem sprzedać nam za miliony dolców. Ale ty wolałeś zrobić to dla SkyComu, dla nas wszystkich. Podzielić się swoim sukcesem. Brawa!

Ja też klaskałem, po czym odparłem skromnie:

– Na tym polega moja praca, Devon.

Chyba cenił we mnie właśnie ten umiar i wstrzemięźliwość w wyrażaniu radości. To on był od krzyków, rozdzierania koszul i biznesowych skoków na bungie, całego tego szału kreowania sztucznej rzeczywistości uwielbienia dla korporacyjnego geniuszu. Aplauz go napędzał, był źródłem energii. Koniecznością i potrzebą.

Awans miał dobre i złe strony, przy czym ani trochę nie wpłynął na moje zabiegi wobec Sally. Zdawało mi się, że jesteśmy bliżej, kochaliśmy się coraz mocniej, a jednak ona unikała jakichkolwiek rozmów o przyszłości. Nie wiedziałem, czy boi się perspektywy założenia rodziny, dzieci, codziennych obowiązków, może czuje się po prostu za młoda na wrzucenie w codzienny kierat, a może…

– Chodzi o karierę? Obawiasz się, że nie pozwolę ci się rozwijać?

Zmierzwiła mi włosy i śmiała się długo, pieszczotliwie. Nie była zła za to idiotyczne pytanie.

– To ty robisz karierę, ja po prostu pracuję.

– Jesteś moją muzą.

– I tak niech zostanie.

Codziennie musiałem znosić zmienne humory Clarka, a przynajmniej raz w miesiącu wizytację jego analityków, potencjalnych inwestorów i dziennikarzy. Czasem przychodziły takie typy, że bardziej pasowały na gangsterów niż członków establishmentu. Devon coraz częściej organizował też narady szefów wszystkich pionów i w końcu oświadczył, że Wally staje się naszym głównym projektem, a wszystkie działy mają się dostosować do postępów pionu Stillera.

– Stiller! – Musiał wywołać mnie po raz drugi. – Benie Stiller, twoje dziecko właśnie zdało pierwszy egzamin. Czas wypuścić je na szersze wody.

– To twoje dziecko, Devon – poprawiłem go z grzeczności.

To musiała być okropna wiadomość dla wszystkich, którzy rozwijali inne technologie. Mieliśmy wspaniały dział oprogramowania biznesowego, bardzo obiecujący pion rozwiązań sieciowych, znakomite kioski inteligentne. To były dotychczasowe lokomotywy SkyComu, pomnażające zyski, dobrze się rozwijające, zwiększające wartość firmy. A Wally? Był nadzieją. Tylko i aż nadzieją.

Patrzyłem na twarze przyjaciół, którzy nagle zdali sobie sprawę, że zostali odstawieni na boczny tor, że to Stiller wygrał wyścig szczurów i prawdopodobnie wkrótce wygryzie ich do końca, że pozostałe projekty zostaną zarzucone albo sprzedane konkurencji. Przestali być core biznesu korporacji Clarka.

– To kwestia skali i wizji – powiedział kiedyś Devon, zatrzymując mnie w swoim gabinecie. Właśnie skończyło się posiedzenie zarządu. Nie czekając aż wszyscy wyjdą, Clark zdjął marynarkę i krawat, rozpiął koszulę i zaproponował mi drinka. Devon Clark proponuje drinka Benowi Stillerowi. Piękny byłby z tego obraz do kolejnej prześmiewczej powieści Houellebecqa. Jed Martin z pewnością namalowałby taką scenę. – Oni nie rozumieją, że tylko nowe idee tworzą potęgi. Spójrz na Apple czy Microsoft. Oni nie powielali tego, co jest, tylko tworzyli coś nowego, niezwykłego, niespotykanego. Odwaga, to jest wartość każdego biznesu. Pomysł i odwaga.

– Nie wszystko zawsze się udaje – powiedziałem ostrożnie i zasugerowałem: – Może za szybko próbujemy to zrobić, Devon?

Spiorunował mnie wzrokiem.

– Wally odniesie sukces. Jestem tego pewien.

– Ja też. Ale czy wiesz, o co mi…

– Dość. Mieliśmy o tym nie rozmawiać.

– Jak chcesz.

– Potrzebuję cię, Ben. Potrzebuję cię bardziej niż wszystkich tych gogusiów, którzy nie są w stanie zmienić swojego myślenia. Tylko rewolucja burzy ustalony porządek rzeczy. Ty to rozumiesz, prawda, Ben?

Wiedziałem, co ma na myśli. Trzy czwarte firmy chciało rozwijać się liniowo, powolnymi kroczkami budując przewagę SkyComu na rynkach, na których już byliśmy obecni lub mieliśmy realne szanse powalczyć o kawałek tortu. Mniejszy czy większy, w każdym razie wystarczająco duży, by dojść do kolejnej bariery rozwojowej. Iść prostą, bezpieczną drogą. Wszystko wskazywało na to, że możemy zająć dobre miejsce w środku stawki średnich firm technologicznych na giełdzie. Każdy z menedżerów zarobiłby na dom nad oceanem i wakacyjną podróż dookoła świata.

Po co im więcej? Czemu mieliby robić rewolucję? Po co ryzykować?

Prace badawcze były zawsze najkosztowniejsze i nie dawały wielkich nadziei na zwroty. Ileż to razy przełomowe projekty ginęły na śmietniku, tak jak miliardy dolarów, które pochłonęły. A jeśli pojawiało się coś takiego jak Wally, każdy zdawał sobie sprawę, że jego wprowadzenie na rynek oznacza wejście na poziom ryzyka, który może doprowadzić do upadku firmy. Albo dać jej solidnego kopniaka w górę i wywindować do poziomu Microsoftu, Apple czy IBM.

Devon wyczuwał szansę, tak jak wcześniej jego ojciec. Wiedział też, że jeśli mu się uda, zagra ojcu na nosie, co było niemożliwe w przypadku wyboru mniej ryzykownej drogi. To była jego gra. Wirtualna, korespondencyjna wojna tego samego genotypu.

– Nie są gotowi do gry w pierwszej lidze – zakończył naszą dyskusję.

Kilka tygodni później wymienił połowę zarządu, wystawił na sprzedaż działy biznesowe niepotrzebne do rozwoju Wally’ego i zaproponował mi stanowisko wiceprezesa do spraw produkcji. Nie czekał na odpowiedź. Po prostu zrobił to i przekazał swoją decyzję. Krótkie, jednoznaczne oświadczenie. Teraz jesteś prezesem, Ben. Jedziemy na tym samym wózku. Ponosimy taką samą odpowiedzialność. Taki już miał charakter. Wieczorem tego samego dnia zaproponował wspólną kolację i zaprosił do odwiedzenia swojej posiadłości na Clark Island.

– Weź kogoś ze sobą, będzie miło.

Przymknąłem oczy, mocno zaciskając zęby na wspomnienie tamtego wieczoru. Ja, Sally, Devon i Maria. Piękna, wspaniała Maria, która tak szybko znalazła wspólny język z Sally, zaopiekowała się nią i otuliła ciepłem jak siostrę. Oczy Devona płonęły, ilekroć na nią spoglądał. Nachylał się do mnie i mówił:

– Jest najwspanialszą kobietą na ziemi, Ben… Moja Maria.

– Wierzę.

– A ty i Sally? Nie wiedziałem, że jesteście razem. To coś poważnego?

Tak, to było coś poważnego. Skinąłem tylko głową.

– Wspaniała dziewczyna. Nie zwlekaj, bracie, bo ktoś ci ją zwinie sprzed nosa. Jak najszybciej weźcie ślub. No, chyba że czekasz, aż zostanę prawdziwym multimilionerem i będę mógł podarować wam najnowszy model jaguara w prezencie ślubnym – roześmiał się.

Rozejrzałem się po tej niesamowitej posiadłości na Clark Island i o mało nie warknąłem ze złością: jesteś zepsutym wałem, Clark. Masz własną wyspę, piękny secesyjny dom, łódź pełnomorską, helikopter i ciągle chcesz więcej. Już jesteś multimilionerem. Nic cię nie obchodzą biedne dzieci w Afryce, ludzie umierający z głodu i dziewczynki sprzedawane przez ojców w Azji. Ale czy ja sam byłem lepszy? Też interesował mnie tylko… postęp. Tylko mój Wally.

I Sally.

Sally, która jeszcze parę godzin temu drżała ze strachu, że nie poradzi sobie w towarzystwie Devona, a teraz promieniała urodą, ciepłem i pewnością. Choć w jej oczach wciąż było to coś, co mnie niepokoiło. Nie strach. Coś zupełnie innego, czego nie potrafiłem zrozumieć i zinterpretować.

– Nie patrz tak. – Clark wyrwał mnie z rozmyślań. – To wszystko należy do mojego ojca, nie do mnie. Podarował mi wyspę, żebym zawsze wiedział, że nie będę w stanie dojść do tego, co on.

– Na pewno dasz radę, Devon – odparłem głupio.

Popatrzył z błyskiem w oku. Było w nim coś złego, czego również nie rozumiałem. Nie tylko potrzeba osiągnięcia sukcesu, udowodnienia wszystkim, że potrafi, nawet stosując niedozwolone czy kontrowersyjne metody. Nie, to było coś jeszcze gorszego. Zachłanność i chciwość doprawiona przebiegłością.

A może to ze mnie był gówniany psycholog, który nie potrafi zwyczajnie odczytać sygnałów dawanych przez ciała kochanki i przyjaciela? Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem. Jeszcze uwielbiałem Devona, bo mnie docenił i dał mi szansę. Nie chciałem dostrzec tego, co kryło się w jego wnętrzu.

Tak jak nie chciałem dostrzec sygnałów wysyłanych przez Sally.

– Pewnie, że dam radę – odparł, kończąc dyskusję, jakby bał się, że możemy zajść za daleko. – Pływałeś kiedyś trzydziestometrowym jachtem, Ben?

Dwa dni na Clark Island naładowały mnie energią na cały miesiąc. Clark miał rację. Było miło, cholernie miło. Tak zaczęła się nasza przyjaźń – przyjaźń, która mogła przetrwać do końca życia, gdyby nie to, co się wydarzyło.

Tymczasem na testach Wally prezentował się znakomicie: był elastyczny, oprogramowanie sterujące współpracowało ze wszystkimi platformami i systemami operacyjnymi, a awaryjność hardware’u nie przekraczała pięciu procent. Analitycy nie mieli wątpliwości. Tak dobrych wyników nie uzyskało dotąd żadne urządzenie w historii. I żadne nie było tak wyjątkowe jak Wally.

Wszystko wydawało się dopięte na ostatni guzik i przygotowane do premiery. Pion produkcji zarezerwował już linie w fabrykach w Tajlandii, Wietnamie i Irlandii, marketing miał opracowaną całą strategię promocji, rozwijaliśmy sieć partnerów i sprzedawców, handlowcy i dystrybucja podsycały umiejętnie zainteresowanie, zapewniając „w sekrecie”, że Wally będzie przełomem.

Bo też miał nim się stać.

Po serii prezentacji Devon zapowiedział, że akcje SkyComu jesienią przyszłego roku trafią na giełdę, a w grudniu z hukiem wejdzie na rynek nasz najnowszy produkt, który stanie się ikoną firmy.

Moje dziecko. Moje i Devona. I kogoś jeszcze, czyj cień wisiał nad tym projektem od początku, choć wmawiałem sobie, że tak nie jest. Może to on sprawiał, że praca pochłaniała mnie w stu procentach i może przez niego nie zauważyłem, że coś złego zaczęło dziać się z Sally.

Zadawałem sobie te pytania miliony razy przez dziesięć lat.

Czy gdybym nie był takim cholernym dupkiem, zapatrzonym w siebie draniem, dostrzegłbym, że coś jest nie tak?

Czy mógłbym pomóc Sally i uchronić ją przed śmiercią?


Rozdział 5

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.