Dziewczyna, która chciała się zemścić  - Anders Roslund, Börge Hellström - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 422

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Dziewczyna, która chciała się zemścić - Anders Roslund, Börge Hellström

Lydia Grajauskas, zwabiona do Szwecji obietnicą intratnej pracy, zostaje sprzedana do domu publicznego. Skatowana przez swojego "właściciela" trafia do szpitala, gdzie bierze zakładników i rozpoczyna osobistą zemstę.
Sprawa przybiera dużo większy zasięg…

Opinie o ebooku Dziewczyna, która chciała się zemścić - Anders Roslund, Börge Hellström

Fragment ebooka Dziewczyna, która chciała się zemścić - Anders Roslund, Börge Hellström











Tytuł oryginału: BOX 21

Copyright © Anders Roslund & Börge Hellström 2005

All rights reserved

Published by the arrangement with Salomonsson Agency

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2010

Polish translation copyright © Beata Walczak-Larsson 2010

Przekład wywiadu z autorami: Wojciech Łygaś

Redakcja: Joanna Morawska

Ilustracje na okładce:

Photonica/Getty Images/Flash Press Media (kobieta)

Eky Chan/Fotolia.com (tło)

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

Skład: Laguna

ISBN 978-83-7659-460-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

2011. Wydanie elektroniczne

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych —jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o. virtualo.eu


 

...Nieprzytomna kobieta, tożsamość nieustalona, przywieziona karetką o 9.05, znaleziona w mieszkaniu przy Volundsgatan 3, po telefonie sąsiada do CPR.

St. ogólny: Nieprzytomna, nie reaguje na ból. Skóra blada i zimna. Świeże, dziesięciocentymetrowe laceracje na plecach, liczne sińce i otarcia naskórka na twarzy. Wyraźny obrzęk dolnej części lewego ramienia.

Ukł. odd.: Oddech spontaniczny, płytki i przyspieszony. Żadnych szmerów.

Kard.: Tętno miarowe, ale małe/nitkowate. Częstotliwość 110. CTK: 95/60

Jama brz: Powłoki brzucha bardzo silnie napięte.

Rozpoznanie wstępne: Kobieta, ok. 20 lat, prawdopodobnie ofiara brutalnego pobicia (biczowania?). Wykazuje pierwsze objawy szoku. Podejrzenie krwotoku w jamie brzusznej, uszkodzenia śledziony i złamania lewej kości ramiennej. Przewieziona na OIOM w celu dalszej opieki...


 

Trzymała ją mocno za rękę.

Przez ostatni rok często trzymała mamę za rękę, ściskała silnie jej dłoń i czuła, jak mama odpowiada równie mocnym uściskiem.

Nie chciała tam jechać.

Nazywała się Lydia Grajauskas i brzuch zaczął ją boleć jeszcze w Kłajpedzie, gdy na obskurnym dworcu wsiadały do autobusu, a im bardziej oddalały się od domu, tym bardziej brzuch dokuczał.

Nigdy wcześniej nie była w Wilnie, oczywiście jakoś je sobie wyobrażała, widziała zdjęcia i słyszała opowieści innych, ale teraz absolutnie nie chciała tam jechać, to nie jej miejsce, nie miała tam nic do roboty.

Widziała go ostatnio ponad rok temu.

Kończyła wtedy dziewięć lat i wydawało się jej, że granat to całkiem udany prezent.

Tato oczywiście jej nie widział, siedział w tym zasmolonym pokoju odwrócony do nich plecami, całkowicie pochłonięty obecnością tych, którzy pili, krzyczeli i nienawidzili Rusków. Leżała z Vladim na waleta, na kanapie — zwalistym meblu, którego podniszczone obicie ze sztruksu wydzielało nieprzyjemną woń. Polegiwali tak czasami, gdy szkoła była zamknięta, a tato w pracy. Słuchali. Fascynowały ich podniesione głosy mężczyzn i te rozmowy o pistoletach i skrzynkach z prochem; właśnie głównie dlatego leżeli na tej brązowej kanapie częściej, niż to było wskazane. Na twarzy wystąpiły ojcu rumieńce; nie miał ich prawie nigdy, oprócz tych kilku razy w domu, gdy — pijąc prosto z butelki – zakradał się do mamy i przyciskał do jej tyłka. Naturalnie nie mieli pojęcia, że to zauważała, a ona nie dawała po sobie znać, że widzi. Zawsze pił jeszcze odrobinę więcej, mama też przykładała usta do szyjki butelki, a później wyrzucali wszystkich z maciupeńkiej sypialni i zamykali za sobą drzwi.

Lubiła, kiedy tato miał zaczerwienione policzki. W domu i tam, w towarzystwie tych obcych mężczyzn z bronią, którą właśnie skończyli czyścić. Było w nim wtedy jak gdyby więcej życia, nie wyglądał tak strasznie staro, Boże drogi, miał wówczas prawie dwadzieścia dziewięć lat.

Wyjrzała ostrożnie przez szybę.

Brzuch bolał ją jeszcze bardziej, odkąd autobus ruszył i rozpędził się na dziurawej szosie; każde uderzenie przednich kół o kant asfaltu wstrząsało jej siedzeniem i sprawiało, że czuła tępe ukłucie gdzieś poniżej żeber.

A więc tak wyglądał naprawdę. Ten ciągle jeszcze niezbadany świat, ta długa droga między Kłajpedą a Wilnem. Nigdy wcześniej nie pozwolono jej wziąć udziału w takiej wyprawie. Sporo kosztowała, a poza tym najważniejsze były jednak podróże mamy, jeździła tam w co drugą niedzielę, już prawie od roku; zawoziła jedzenie i pieniądze, które zdobywała w jakiś niewyjaśniony sposób. Lydia myślała, że tak naprawdę trudno zrozumieć, jak się czuł tato, co miał jej do powiedzenia, chyba najbardziej brakowało mu mamy.

Tego dnia z granatami nawet jej nie zauważył.

Ciągle leżąc na kanapie, schyliła się i zaczęła grzebać w skrzynkach z plastikiem i pociskami; palcem przyłożonym do ust nakazała Vladiemu milczenie, ich ojcowie nie chcieli przecież, żeby im przeszkadzano. I tak wiedziała, jak to wszystko funkcjonuje. Plastyczny materiał wybuchowy, granaty ręczne i niewielkie pistolety. Przyglądała się ćwiczeniom mężczyzn wystarczająco wiele razy, by dowiedzieć się o broni równie dużo, co niektórzy z tych jegomości.

Nieustannie wpatrywała się w dal przez zabrudzone okno autobusu.

Nie obmył go padający teraz ulewny deszcz; ciężkie krople, zamiast spłukać kurz, zacinały brązowawym błotem, co jeszcze bardziej utrudniało śledzenie krajobrazu. Ale po pewnym czasie droga stała się znacznie lepsza, bez dziur, bez wstrząsów, bez ukłuć pod żebrami.

Trzymała granat w ręce również wtedy, gdy żandarmeria wojskowa wyważyła drzwi i wtargnęła do dużego pokoju.

Tato i pozostali mężczyźni wołali coś do siebie, ale byli zbyt opieszali i zaledwie w ciągu minuty przyciśnięto ich twarzą do ściany, skuto kajdankami i wymierzono niezliczone ciosy. Nie pamiętała, ilu żandarmów wbiegło do środka, może dziesięciu, może dwudziestu, ale wryły się jej w pamięć wykrzykiwane raz po raz „Zatknis!” i pistolety napastników, tak bardzo podobne do tych sprzedawanych przez tatę i to, że oni wygrali, jeszcze zanim zaczęli walkę.

Ich wrzaski zmieszały się ze szczękiem broni i odgłosem tłuczonych butelek.

Wszystkie te dźwięki, które przez moment rozdzierały jej uszy, nagle przeszły w osobliwą ciszę, kiedy tato i pozostali mężczyźni przywarli do podłogi.

Właśnie ją zapamiętała najwyraźniej. Zapadłą nad wszystkim ciszę.

Ręka mamy; znów ją ścisnęła. Przyciągnęła do siebie i położyła na autobusowym siedzeniu, nie wypuszczając ze swojej dłoni. Trzymała tak długo, aż zbielała jej skóra, aż zabrakło jej sił. Podobnie jak wtedy, gdy siedziały przed sądem w Kłajpedzie, podczas procesu przeciwko tacie i pozostałym mężczyznom. Siedziały tam razem, trzymały się za ręce, a mama okropnie długo płakała, gdy strażnik w szarym garniturze opuścił salę rozpraw i oznajmił, że skazano ich na dwadzieścia jeden lat więzienia, każdego z nich.

Nie widziała go od roku. Chyba jej nie pozna.

Lydia dotknęła ponownie płóciennej torby, wypełnionej po brzegi wałówką. Mama opowiadała, co tam dostawali do jedzenia, prawie tylko kaszę, codziennie coś w rodzaju kleiku. Mówiła o witaminach, że inaczej tato się rozchoruje, że wszyscy tam muszą być dokarmiani przez odwiedzających.

Autobus jechał dość szybko. Na szerokiej drodze panował teraz większy ruch, a im bardziej zbliżali się do Wilna, tym większe domy migały za ubłoconym oknem. Te pierwsze budowle, wzdłuż szosy pełnej dziur, znajdowały się w opłakanym stanie. Teraz oczom Lydii ukazywały się bardziej wystawne czynszówki, które wprawdzie dla większości mieszkańców były tylko szarymi ścianami i blaszanym dachem nad głową, ale które mimo wszystko sprawiały wrażenie nowocześniejszych. Wkrótce pojawiły się jeszcze droższe domy, a później te niesamowite stacje benzynowe, jedna obok drugiej; Lydia pokazywała je z uśmiechem, nigdy wcześniej nie widziała tylu naraz.

Deszcz prawie ustał, ucieszyła się, nie chciała, żeby zmokły jej włosy, nie dzisiaj.

***

Więzienie Lukuskeles znajdowało się zaledwie kilkaset metrów od przystanku. Ten ogromny zakład kamy zajmował nieomalże cały kwartał, otoczony wysokim murem. Pierwotnie była tutaj rosyjska cerkiew, ale przerobiona, razem z dobudówkami mieściła obecnie ponad tysiąc więźniów.

Pod ciężką, żelazną bramą w betonowym murze utworzyła się kolejka. Innych mam i innych dzieci. Wpuszczano po jednej rodzinie; w ciemnym pomieszczeniu po drugiej stronie muru czekali uzbrojeni strażnicy w mundurach. Musiały odpowiadać na pytania. Przedstawić dowód tożsamości. Pokazać, co ze sobą mają. Jeden ze strażników uśmiechnął się do niej, ale nie odważyła się odpowiedzieć mu uśmiechem.

— Jak tylko ktoś zacznie kaszleć, natychmiast musisz wyjść z pokoju. Od razu, rozumiesz?

Mówiąc to, mama odwróciła się do niej. Przybrała surowy wyraz twarzy, jak zawsze, gdy chodziło o coś poważnego. Lydia chciała zapytać dlaczego, ale zrezygnowała, mama wyraźnie dała do zrozumienia, że nie ma ochoty o tym więcej mówić.

Wyprowadzono je z głównego budynku specjalnym przejściem, mijały ogrodzenie zwieńczone drutem kolczastym i białe psy rzucające się na nie z ujadaniem. W oknie za kratami Lydia dojrzała dwie sylwetki, które podążały za nimi wzrokiem, potem pomachały i w końcu krzyknęły:

— Hej, słodziutka, spójrz no tutaj, słodziutka!

Szła prosto przed siebie, patrzyła prosto przed siebie, do następnego budynku nie było już tak daleko.

Mama niosła torbę w objęciach, Lydia szukała jej nieistniejącej dłoni. Znów poczuła ukłucie w brzuchu. Tak jak w autobusie, gdy koła uderzały o kant dziurawego asfaltu. Weszły po schodach zabudowanych sterylnie zielonymi ścianami, farba lśniła wyjątkowo mocno; Lydia wbiła wzrok w plecy mamy, dotykała ich lekko ręką.

Zatrzymały się na trzecim piętrze i podążyły za strażnikiem, który wskazał im długi ciemny korytarz, przesiąknięty jednocześnie stęchlizną i jakimś środkiem czyszczącym. Przed każdymi drzwiami stały metalowe pojemniki oznaczone literami tbc, Lydia zajrzała do jednego z nich, spod niedomkniętej pokrywy wyzierał zakrwawiony papier.

Wszyscy mieli ogolone głowy, wyglądali niesamowicie blado, jakby zmęczeni.

Ktoś leżał, ktoś inny siedział opatulony prześcieradłem, przy oknie stało kilku zajętych rozmową. Osiem łóżek w rzędzie wzdłuż ściany, tak zwany oddział szpitalny. Tato siedział na ostatnim.

Lydia spojrzała na niego ukradkiem i pomyślała, że zrobił się mniejszy.

On jej nie widział. Jeszcze nie.

Czekała dość długo.

Mama podeszła do niego pierwsza, wymienili kilka słów, zaczęli rozmawiać, nie słyszała o czym. Nie spuszczając z niego wzroku, uświadomiła sobie, że już się nie wstydzi. Pomyślała o minionym roku, o złośliwych uśmieszkach koleżanek i kolegów z klasy, nagle przestały ją ranić, gdy stała tutaj, tak blisko. Nawet te ukłucia w brzuchu, nawet one zniknęły.

Gdy później go obejmowała, rozkaszlał się, ale nie wyszła na korytarz, tak jak obiecała mamie. Trzymała go mocno i nie wypuszczała z objęć.

Nienawidziła go, powinien wrócić z nimi do domu.



 

W mieszkaniu panowała cisza.

Od dawna nie myślała o nim ani o nikim innym związanym z przeszłością. A teraz nagle zaczęła myśleć. Przypomniała sobie ten ostatni uścisk, gdy tato stał w więzieniu Lukuskeles, ona miała dziesięć lat, a on był taki malutki i kaszlał całym ciałem, i mama podała mu papierową chusteczkę, która zapełniła się grudkami krwi, zanim zdążył ją zmiąć w dłoni i wrzucić do wielkiego pojemnika w korytarzu.

Nie zrozumiała wtedy, że widzieli się ostatni raz. Chyba nadal tego nie rozumiała.

Zrobiła kilka głębokich wdechów.

Otrząsnęła się z przykrego uczucia i uśmiechnęła do ogromnego lustra w przedpokoju. Ciągle był wczesny ranek.

***

Usłyszała pukanie do drzwi. Jak długo siedziała tutaj ze szczotką do włosów? Spojrzała jeszcze raz w lustro. Przechyliła odrobinę głowę. Znów się uśmiechnęła, chciała dobrze wypaść. Miała na sobie czarną sukienkę, ciemny materiał kontrastował z jasną cerą. Jej ciało, przyjrzała mu się ponownie, ciągle było ciałem młodej kobiety; nie zmieniła się prawie wcale, odkąd tutaj przyjechała, w każdym razie zewnętrznie.

Czekała.

Pukanie, tym razem silniejsze, rozległo się na nowo. Powinna otworzyć. Odłożyła szczotkę na półkę przy lustrze, ruszyła ku drzwiom. Nazywała się Lydia Grajauskas i lubiła wyśpiewywać swe imię i nazwisko, śpiewała je teraz, na melodię dziecięcej piosenki zapamiętanej ze szkoły w Kłajpedzie; refren miał trzy wersy, w każdy wstawiała Lydię Grajauskas, zawsze tak robiła, gdy zjadały ją nerwy.

Lydia Grajauskas.

Lydia Grajauskas.

Lydia Grajauskas.

Gdy doszła do drzwi, umilkła. Przecież on stał po drugiej stronie. Gdyby przyłożyła do nich ucho, po chwili mogłaby usłyszeć jego oddech, dobrze znała jego miarowy rytm, to na pewno był on. Spotkali się już parę razy, osiem, a może dziewięć? Pachniał trochę inaczej. Już go czuła, ten specyficzny zapach któregoś z mężczyzn, z którymi pracował jej tato w zasmolonym pokoju, gdzie jako dziecko polegiwała na kanapie; unosił się nad nim prawie identyczny zapach cygara, jakichś męskich perfum i potu spod gęstej tkaniny marynarki.

Zapukał. Trzeci raz.

Drzwi się otworzyły. To był on. Ciemny garnitur, jasnoniebieska koszula, złota spinka do krawata. Jasne, krótko przycięte włosy. Opalony; od połowy maja prawie nieustannie padało, ale on miał powakacyjną opaleniznę, zawsze tak wyglądał. Uśmiechnęła się, jak przed chwilą do lustra, wiedziała, że on to lubi.

Nie dotknęli się.

Jeszcze nie teraz.

Przekroczył próg, wszedł do mieszkania. Błyskawicznie omiotła wzrokiem półkę na kapelusze i wieszaki, mam wziąć twoją marynarkę, chętnie to zrobię. Pokręcił przecząco głową. Był chyba o dziesięć lat starszy od niej, już raczej po trzydziestce, to tylko domysły, tak naprawdę nic o nim nie wiedziała.

Znów chciała zacząć śpiewać.

Lydia Grajauskas. Lydia Grajauskas. Lydia Grajauskas.

Podniósł rękę, zgodnie ze swoim zwyczajem, palce delikatnie i niespiesznie muskały jej sukienkę, posuwały się wzdłuż szwów na ramionach, ku piersiom, cały czas ślizgając się po materiale.

Ona stała nieruchomo.

Jego dłoń zataczająca szeroki łuk wokół jednej piersi, w drodze ku drugiej. Lydia wstrzymała oddech, nieruchoma klatka piersiowa, uśmiechać się, muszę stać w bezruchu i uśmiechać się.

Uśmiechała się również wtedy, gdy splunął.

Ciągle stali blisko siebie, on nie tyle splunął, ile pozwolił ślinie wyciec z ust, rzadko na jej twarz, najczęściej plwocina rozlewała się u jej stóp w czarnych butach na wysokim obcasie.

Dał do zrozumienia, że Lydia się ociąga.

Wskazał palcem.

Prosto, w dół.

Lydia schyliła się, ciągle z uśmiechem na twarzy, przecież wiedziała, że on to lubi, czasami nawet sam się uśmiechał. Trzasnęło jej niegłośno w zginanych kolanach, opadła na czworaki, z twarzą wysuniętą do przodu. Prosiła o przebaczenie. Chciał, żeby o nie prosiła. Nauczył się frazy po rosyjsku, to było szczególnie ważne, musiał mieć pewność, że ona naprawdę używa właściwych słów. Z wolna ugięła ramiona, osunęła się i dotykając podłogi nosem, poczuła jej chłód, zanim wystawiła język, zebrała plwocinę, połknęła.

A później podniosła się. Tak sobie zażyczył. Zamknęła oczy, próbowała zgadnąć, w który policzek.

Prawy, raczej prawy.

Lewy.

Uderzył otwartą dłonią, zakrywając nią prawie pół twarzy. To nawet niespecjalnie bolało. Zostawał jedynie różowy ślad, mężczyzna miał przecież dość siły w rękach, ale czuła przede wszystkim pieczenie, zaróżowienie paliło wtedy, kiedy chciała, żeby tylko paliło.

Znów wskazał palcem.

Lydia wiedziała, co ma robić, więc to było zupełnie zbędne, ale on i tak za każdym razem kiwał nieznacznie palcem, chcąc, żeby przekroczyła próg pokoju i podeszła do pokrytego czerwoną narzutą łóżka. Szła przed nim powoli, machinalnie pieszcząc swoje pośladki, chciał słyszeć, jak dyszy, a ona czuła na plecach jego oczy, które — utkwione w jej ciele — sprawiały nieomalże fizyczny ból.

Zatrzymała się przed łóżkiem.

Rozpięła trzy guziki z tyłu sukienki i pozwoliła jej opaść przez biodra na podłogę.

Biustonosz, majtki, czarna koronka, którą sobie zamówił, którą jej kupił i którą obiecała założyć tylko dla niego, z tej okazji.

***

Gdy kładł się na niej, traciła swoje ciało.

Tak właśnie robiła. Robiła tak zawsze.

Myślała o domu, o tym, co się zdarzyło, za czym tęskniła i czego jej brakowało, odkąd tu przyjechała.

Tutaj, tu i teraz jej nie było. Tutaj zostawała tylko twarzą bez ciała. Nie miała szyi, piersi, łona, nóg.

I gdy on ją za coś szarpał, gdy gdzieś się wdzierał, gdy krwawiła z odbytu, nie miała z tym nic wspólnego. Była przecież zupełnie gdzie indziej, a na jej miejscu leżała tylko twarz, śpiewająca Lydia Grajauskas, na melodię, której nauczyła się kiedyś, dawno temu.

 

Padało, kiedy wjeżdżał na pusty parking.

To było takie lato, kiedy zaspani ludzie podchodzili chyłkiem do okien sypialni i wstrzymywali oddech w nadziei, że właśnie tego dnia zza żaluzji zaatakuje ich słońce. To było takie lato, kiedy deszcz baraszkował do woli, a zmęczone oczy natychmiast poddawały się na widok szarości i bębniących o parapet kropli.

Ewert Grens westchnął. Zaparkował samochód, wyłączył silnik i siedział w fotelu kierowcy tak długo, aż strugi deszczu zupełnie rozmyły widok za szybą. Nie mógł znaleźć w sobie tyle siły, żeby się poruszyć. Nie chciał. Nieprzyjemne uczucie targało wszystkim, czym tylko się dało targać, znów upłynął tydzień i prawie o niej zapomniał.

Jeszcze jeden ciężki oddech.

A przecież nigdy nie zapomniał.

Ciągle z nią był, każdego dnia, prawie każdej godziny, dwadzieścia pięć lat gówno pomogło.

Deszcz jakby trochę ustał, za przednią szybą zamajaczyła znajoma budowla. Sporych rozmiarów willa z cegły, czerwone lata siedemdziesiąte, ogród był piękny, niemalże do przesady, najbardziej podobały mu się jabłonie, sześć właśnie przekwitłych biało drzew.

Nienawidził tego domu.

Rozluźnił dłonie zaciśnięte na kierownicy, otworzył drzwi i wysiadł. Ogromne kałuże w zagłębieniach asfaltu, szedł zygzakiem, wilgoć wdarła się do butów, zanim jeszcze przemierzył połowę drogi. Idąc, próbował pozbyć się uczucia, że z każdym krokiem zbliżającym go do wejścia życie kończy się coraz bardziej.

Pachniało starym człowiekiem. Przychodził tutaj co poniedziałek, ale ciągle jeszcze nie przyzwyczaił się do tej woni. Ci na wózkach inwalidzkich albo z balkonikami nie byli nawet specjalnie starzy, zastanawiał się, skąd ten zapach.

— Siedzi, jak zwykle, w swoim pokoju.

— Dziękuję.

— Wie o pańskiej wizycie.

Nie miała pojęcia, że on przyjdzie.

Ale skinął potakująco głową, ta młoda asystentka rozpoznała go, chciała być po prostu miła, nie mogła wiedzieć, jak bardzo bolą go jej słowa.

W holu minął najpierw uśmiechniętego mężczyznę, mniej więcej w jego wieku, jak zwykle siedział w fotelu i machał radośnie do wszystkich przechodzących. Później tę, która miała na imię Margareta i krzyczała wniebogłosy, gdy zapomniano na nią spojrzeć i zapytać o samopoczucie. W każdy poniedziałkowy ranek siedzieli tam niezmiennie, jak część fotografii, której nigdy nie trzeba było robić. Pomyślał, czy mu ich zabraknie, gdy kiedyś znikną, czy może raczej poczuje ulgę, nie musząc wkraczać w przewidywalną rzeczywistość.

Poczekał chwilę w bezruchu przed jej pokojem.

Czasami budził się spocony w nocy i słyszał wyraźnie, jak – widząc go w progu — ona mówi głośno: „Witaj!”. Czuł, jak bierze go za rękę i nie wypuszcza, jak cieszy się, dotykając mężczyzny, który ją kocha. Pomyślał o tym powracającym śnie i zebrał się na odwagę, by — jak zawsze — otworzyć drzwi, wejść w jej życie, wejść do czternastu metrów kwadratowych z widokiem na parking.

— Cześć.

Siedziała zwrócona twarzą do drzwi. Spojrzała na niego. Ale nic w jej oczach nie zdradzało, że go rozpoznaje, nawet nie usłyszała przywitania. Podszedł do niej, dłoń na jej chłodnym policzku, znów z nią rozmawiał.

— Cześć, Anni. To ja, Ewert.

Zaśmiała się tym swoim stanowczo za głośnym śmiechem, zupełnie nie na miejscu, jak dziecko, jak zawsze.

— Poznajesz mnie dzisiaj?

Znów wybuchła śmiechem, nagle i za głośno. Przysunął do niej krzesło stojące przy biurku, którego nigdy nie używała, usiadł. Wziął ją za rękę, chwycił jej dłoń, schował w swojej.

Zadbali o to, żeby ładnie wyglądała.

Uczesali jej jasne włosy, upięli po obu stronach spinkami. Niebieska sukienka, dawno jej nie widział, pachniała świeżym praniem.

Czasami dziwił go jej prawie niezmieniony wygląd. Po dwudziestu pięciu latach w wózku inwalidzkim, w krainie nieświadomości, nie sprawiała wrażenia o wiele starszej niż wtedy. On przytył dwadzieścia kilo, wyłysiał, czuł pooraną zmarszczkami twarz. Ona pozostała niezniszczona. Jak gdyby nagrodą za to, że nie mogła uczestniczyć w prawdziwym świecie, była beztroska i wynikająca z niej młodzieńczość.

Próbowała coś powiedzieć. Gruchając jak dziecko, zwracała się do niego i zawsze zdawało mu się, że naprawdę chce coś przekazać. Uścisnął jej dłoń, przełknął to, co bolało w gardle.

— Jutro wychodzi na wolność.

Gaworząc, śliniła się coraz bardziej; wyciągnął z kieszeni chusteczkę i wytarł wiszącą u brody mokrą nitkę.

— Rozumiesz, Anni? On jutro wyklepuje. Będzie na wolności. Znów zasra nam ulice.

Jej pokój wyglądał dokładnie tak samo, jak w dniu, w którym się tu wprowadziła. To on wybrał meble, które zabrała ze sobą z domu, to on je tutaj poustawiał, przycież tylko on wiedział, dlaczego tak ważne było dla niej spanie z głową przy oknie.

Już pierwszej nocy przekonał się, że czuje się tu bezpieczna.

Przeniósł ją wtedy na rękach do łóżka, położył, okrył drobne ciało narzutą. Siedział przy niej aż do świtu, spała głęboko przez całą noc, opuścił pokój dopiero rano, gdy się obudziła, zostawił samochód na parkingu i ruszył pieszo do komendy policji na Kungsholmen, dotarł tam dopiero przed południem.

— Tym razem go złapię.

Przyjrzała mu się, jakby z prawdziwym zainteresowaniem. Wiedział, że go nie słucha, ale ponieważ wyglądało na to, że właśnie tak, udawali razem, że rozmawiają, jak wtedy, jak przed laty.

Jej oczy, może pełne oczekiwania, może tylko zupełnie puste.

Gdybym tylko zdążył się był zatrzymać.

Gdyby ten dupek cię nie wyciągnął. Gdyby twoja głowa była twardsza niż koło samochodu.

Ewert Grens pochylił się nad nią, jego czoło przy jej czole, pocałunek złożony na policzku.

— Tęsknię za tobą.

 

Ten w ciemnym garniturze, ze złotą spinką do krawata i pluciem na podłogę właśnie opuścił mieszkanie. Tym razem nie pomogło myślenie o Kłajpedzie, wyjście z ciała i zredukowanie się do twarzy. Czuła go w sobie, czasami okropnie bolało, gdy w nią wchodził, krzycząc jednocześnie, żeby się ruszała.

Lydia zaczęła się zastanawiać, czy to nie przez ten zapach.

Zapach, który przypominał jej mężczyzn siedzących wokół taty w tamtym zasmolonym składzie broni. Zastanawiała się, czy to dobrze, że go rozpoznaje, czy to znaczy, że ona sama w dalszym ciągu przynależy do przeszłości, za którą tak tęskni, czy może wręcz przeciwnie, ten zapach pogłębia rozpad, a wszystko, co kiedyś miała i co stało się nieosiągalne, jak gdyby kurczyło się w jej wnętrzu.

Już po wszystkim nie był szczególnie rozmowny. Spojrzał na nią i wskazał palcem ostatni raz, nie więcej, jakieś pojedyncze słowa. Nawet się nie obejrzał, wychodząc.

Lydia wybuchła śmiechem.

Gdyby miała łono, opłakiwałaby je, bo wypełniło się jego spermą. Jeszcze bardziej czułaby obecność jego genitaliów. Ale go nie miała. Była przecież tylko twarzą.

Śmiejąc się, mydliła każdą kolejną część ciała, skórę pokryły czerwone plamy, coraz mocniej tarła białym mydłem szyję, łopatki, piersi, pochwę, uda, stopy.

Ten duszący wstyd.

Spłukiwała go. Jego ręce, jego oddech, jego zapach. Woda była gorąca, na granicy wytrzymałości, a wstyd — wstrętną, niemożliwą do usunięcia błoną.

Lydia siedziała w brodziku pod prysznicem i śpiewała, refren, dziecięcą piosenkę z Kłajpedy.

Lydia Grajauskas.

Lydia Grajauskas.

Lydia Grajauskas.

Kochała tę piosenkę. Należała do nich, do niej i do Vladiego, śpiewali ją codziennie rano w drodze przez osiedle do szkoły, jedna sylaba, jeden krok, wyśpiewywali swoje nazwiska raz za razem.

— Przestań śpiewać!

Dimitr wrzasnął z przedpokoju, z ustami przy drzwiach łazienki, ale Lydia śpiewała dalej. Walnął w ścianę, znów zaczął krzyczeć, kazał jej wypierdzielać spod prysznica. Cały czas siedziała na mokrej podłodze brodzika, nagle przerwała melodię, jej głos był ledwo słyszalny.

— Kto teraz przyjdzie?

— Masz dług do spłacenia, pierdolona dziwko.

— Chcę wiedzieć, kto teraz przyjdzie.

— Szoruj tę swoją cipę, następny klient czeka.

Lydia słyszała narastającą wściekłość w jego głosie, podniosła się więc, osuszyła ciało ręcznikiem, stanęła przed lustrem, wymalowała usta na czerwono kilkoma warstwami szminki. Założyła śmietankową bieliznę z materiału, który przypominał cieniutki aksamit; mężczyzna, który zaraz miał przyjść, przesłał ją przez Dimitra.

Cztery tabletki rohypnolu i jedna valium. Przełknęła, uśmiechnęła się do lustra, przepłukała odrobiną wódki.

Otworzyła łazienkę i wyszła do przedpokoju. Kolejny klient, dzisiaj drugi i zupełnie nowy, czekał już na klatce schodowej. Dimitr siedział w kuchni, w drodze do drzwi napotkała jego wrogie spojrzenie.

Odczekała, aż mężczyzna zapuka jeszcze raz. A później otworzyła.

 

Hilding Oldéus rozdrapywał zraniony nos.

Chroniczna infekcja lewego nozdrza, po heroinie; kiedy wciągał to gówno, zawsze musiał się tam podrapać; od wielu lat żył z głęboką raną. Miał wrażenie, że ta dziura go pali, tarł, grzebał palcem, odrywał kolejne płaty skóry.

Rozejrzał się dookoła.

Obskurna pieprzona placówka opieki społecznej, nienawidził jej, ale zawsze tutaj wracał, gdy tylko wychodził z mamra, przychodził tutaj zawsze gotowy, by uśmiechem pozyskać sobie więcej pieniędzy. Minął tydzień. Ukłonił się klawiszom w zakładzie Aspsasanstalten, rzucił szybkie „nara” Jochumowi. Jochum Lang, facet, któremu przez ostatnie miesiące lizał dupę, bo potrzebował kogoś, za kim mógł się schować, a Jochum był przecież większy niż ustawa przewiduje, żadnemu dupkowi nawet przez myśl nie przeszło, żeby się dopieprzyć, gdy stał w cieniu Jochuma. Jochum też się pożegnał, miał jeszcze zasrany tydzień odsiadki (nagle Hilding uświadomił sobie, że to jutro, minął właśnie tydzień, ja pierdolę, to przecież jutro) i prawdopodobnie już nigdy nie spotkają się poza murami. Jochum stanowił przez pewien czas ochronę, ale nie był ćpunem, a tacy zawsze później gdzieś znikali, gdzieś zupełnie indziej.

Nie siedziało tu zbyt wielu klientów.

Parę cygańskich bab, jakiś fiński cep i dwóch pieprzonych emerytów. A czegóż, kurwa, oni tutaj chcą?

Znów pogrzebał w ranie, przecież zabierają mu czas, pierdolone masy ludzkie, zawadzają tylko.

Ale to był taki dzień. Na głodzie. Hilding nie chciał go czuć, ale czuł, nadchodził taki chujowy dzień, że czuł, czuł, czuł, musiał zdobyć działkę hery, musiał sobie strzelić, do kurwy nędzy, potrzebował hery, a ci wszyscy pojebani ludzie stali mu na przeszkodzie w tym zasranym socjalu! Przecież teraz jego kolej, kurwa mać, jego kolej!

— Następny, proszę!

To znów ona. Wielka, tłusta krowa.

W jednej chwili stanął pod jej drzwiami. Nierówny chód, szczupła sylwetka — wszyscy widzieli, że to młody człowiek, przed trzydziestką, dziecinne rysy i cera zniszczona ćpaniem, w drodze dokądś, co nie jest życiem.

Jeszcze raz podrapał się po nosie, czuł, że oblewają go poty. Niby czerwiec, a padało jak cholera, miał na sobie długi płaszcz od deszczu, taki, który nie przepuszcza powietrza, przez chwilę nawet rozważał, czy go nie ściągnąć, ale zabrakło mu sił. Usiadł na krześle dla klientów przed nagim biurkiem i kilkoma pustymi półkami na książki. Rozglądał się nerwowo po pokoju. Żadnej innej pieprzonej baby, zazwyczaj siedzą we dwie.

Klara Stenung zamknęła drzwi, zajęła miejsce po drugiej stronie. Miała dwadzieścia osiem lat, tyle samo, co siedzący przed nią narkoman. Spotkała go wcześniej, wiedziała, kim jest i dokąd zmierza. Trafiali się tacy. Przez kilka lat pracowała jako opiekunka społeczna w podmiejskich gminach, a od trzech — tutaj, w śródmiejskim biurze Katarina-Sofia. Wychudzeni, zestresowani, krzykliwi, dopiero co na wolności, przychodzili i odchodzili, znikali na dziesięć miesięcy, ale zawsze wracali.

Podniosła się, wyciągnęła rękę przez stół. Spojrzał na jej dłoń, przez chwilę pomyślał, żeby splunąć, w końcu podał swoją, bez uścisku.

— Potrzebuję forsy.

Spotkała jego wzrok w milczeniu, czekała na dalszy ciąg. Miała teczkę, swoje archiwum. Wiedziała o nim wszystko. Hilding Oldéus był podobny do innych. Nieobecny ojciec. Niespecjalnie obecna matka. Dwie starsze siostry, które próbowały robić, co w ich mocy. Dosyć zdolny, dosyć zagubiony. Alkohol od trzynastego roku życia, od piętnastego – marihuana. A później szybko poszło. Heroina palona, heroina dożylnie, pierwszy wyrok w wieku lat siedemnastu. Do tej pory, w ciągu jedenastu lat, siedział dziesięciokrotnie. Głównie za kradzieże, niekiedy paserstwo. Prosty złodziejaszek. Taki, co to wpada do 7-Eleven z nożem do chleba, zgarnia dzienny utarg i od razu przed sklepem płaci pierwszemu lepszemu dilerowi za działkę, którą wstrzykuje sobie w najbliższej klatce schodowej i nie ma pojęcia, o co chodzi, gdy — wskazany przez sprzedawcę — nagle ląduje na tylnym siedzeniu samochodu policyjnego, w drodze do aresztu.

— Znasz odpowiedź. Nie ma mowy o pieniądzach.

Poruszył się niespokojnie na krześle, zakołysał nim, nieomal tracąc równowagę.

— Ale o co, kurwa, chodzi? Przecież właśnie wyszedłem z pierdla!

Przyglądała mu się, a on krzyczał, drapał się po nosie i znów zaczął krwawić.

— Przykro mi. Nie jesteś zarejestrowany jako bezrobotny. Ani w biurze pośrednictwa jako starający się o pracę.

Wstał.

— Ty tłusta dupo! Jestem, kurwa, bez grosza! Głodny, do kurwy nędzy!

— Rozumiem, że potrzebujesz pieniędzy najedzenie. Ale nie jesteś zarejestrowany, więc nie mogę ci nic dać.

Krew z rany na nosie skapywała na podłogę, płynęła dość obficie, żółtawy plastik zabarwił się na czerwono. Hilding krzyczał, to fakt, groził, to też fakt, ale nigdy nie posuwał się dalej. Krwawił, jednak nie wszczynał bójki, to nie było w jego zwyczaju, a ona o tym wiedziała, nie przyszło jej nawet do głowy, żeby wezwać pomoc.

Trzasnął pięścią w półkę.

— Olewam wasze pierdolone zasady!

— Możesz robić to, na co masz ochotę, ale pieniędzy i tak nie dostaniesz. Mogę ci wypisać bony na żywność na najbliższe dwa dni.

Za oknem przejeżdżająca ciężarówka, przepychając się między cielskami domów, huczała w wąskiej uliczce. Hilding tego nie słyszał. W ogóle nic nie słyszał. Siedzący przed nim babsztyl mówił coś o bonach na żywność. A od kiedy, kurwa, można zhandlować herę na papier z socjalu? Wlepił oczy w tę tłustą kobietę, która siedziała po drugiej stronie biurka i proponowała kupony na żarcie, gapił się na jej cholerne, potężne cycki, na piździane korale z pieprzonych drewnianych kulek. Śmiał się i krzyczał, wywrócił krzesło, na którym przed chwilą siedział, kopnął je pod ścianę.

— Mam w dupie twoje pierdolone bony! Skombinuję szmal na własną rękę! Ty krowo w pizdu jebana!

Prawie wybiegł z pokoju, omiótł wzrokiem Finów, cygańskie baby i emerytów w brzydkiej poczekalni. Wszyscy spojrzeli na niego, ale żaden z nich się nie odezwał, siedzieli w milczeniu, skuleni. Mijając ich, wrzasnął: „Pieprzone przypadki socjalne!”, a później jeszcze coś, co trudno było zrozumieć, jego przeraźliwy głos zaświdrował w uszach i zmieszał się z krwią cieknącą z nosa, Hilding zostawił po sobie ślad na schodach, w drzwiach wyjściowych i na całej drodze od ulicy Ostgotagatan do Skanstull.

 

I to ma być lato.

Wietrznie, rzadko kiedy powyżej dwudziestu stopni, czasami jakieś chwilowo słoneczne przedpołudnie, ale przede wszystkim deszcz spływający po dachach i ogrodowych grillach.

Ewert Grens trzymał ją za rękę tak długo, jak pozwoliła; później stawała się niespokojna, jak zwykle gdy kończył się śmiech i gaworzenie, a ślina przestawała spływać na brodę tylko sporadycznie. Dlatego objął ją, pocałował w czoło i zapewnił, że wróci za tydzień, jak zawsze za tydzień.

Gdybyś tylko stawiała opór odrobinę dłużej.

A teraz przejeżdżał ponownie przez most Lidingobron, tym razem w drodze do Bengta Nordwalla, który od jakiegoś czasu mieszkał w Eriksbergu, mniej więcej dziesięć kilometrów na południe. Prowadził zdecydowanie za szybko i nagle, jak wiele razy wcześniej, zobaczył siebie samego za inną kierownicą.

W mikrobusie policyjnym, w którym przed dwudziestu pięciu laty był dowódcą.

Zauważył wtedy na ulicy Langa, o którym wiedział, że jest poszukiwany i zrobił to, co robili już niejeden raz: podjechali do biegnącego człowieka, Bengt otworzył boczne drzwi, a siedząca najbliżej Anni chwyciła uciekającego, krzycząc, że jest zatrzymany, dokładnie tak, jak nakazywały przepisy.

To ona siedziała na tym miejscu.

To dlatego Jochum Lang mógł ją wywlec.

Ewert Grens mignął kierunkowskazem, zjechał w bok i opuścił na chwilę rzekę porannie zestresowanych kierowców. Wyłączył silnik i czekał, aż obrazy znikną. Przez ostatnie lata, za każdym razem, gdy ją odwiedzał, działo się to samo: tłukące się w głowie wspomnienia, które utrudniały oddychanie. Stał tak przez chwilę, lekceważąc trąbiących idiotów, odczekał, aż poczuje się gotowy.

Po piętnastu minutach był na miejscu.

Przywitali się na zewnątrz, w wąskiej willowej uliczce i stali na deszczu, obok siebie, wpatrzeni w niebo.

Żaden z nich nie uśmiechał się zbyt często, czy to wiek robił swoje, czy zawsze tacy byli, ale ta zbita szarość, wiatr i ulewny deszcz zmusiły ich do uśmiechu, jakie mieli inne wyjście?

— Co ty na to?

— Co ja na to? Nie potrafię się dłużej przejmować.

Wzruszyli ramionami, usiedli w ogrodzie na przemokniętej sofie.

Znali się od trzydziestu dwóch lat. Byli wówczas młodzi, a teraz zużytego w pośpiechu życia zostało znacznie mniej niż połowa.

Ewert spojrzał w milczeniu na przyjaciela.

W zasadzie jedynego, jakiego miał, jedynego, z którym rozmawiał poza pracą i z którym wytrzymywał.

Bengt ciągle szczupły, ciągle z bujną grzywą; byli rówieśnikami, ale Nordwall wyglądał znacznie młodziej. Tak to już chyba jest z dziećmi. One wymuszają młodość.

Ewert nie miał ani dzieci, ani włosów, za to znaczną tuszę i ciężki chód. Bengt wciąż stawiał lekko kroki. Łączyła ich wspólna przeszłość i wykonywany po dziś dzień zawód policjanta w śródmieściu Sztokholmu, ale każdy z nich był panem swojego życia, Ewert widocznie potrzebował go więcej i prędzej je zużył.

Bengt westchnął zrezygnowany.

— Ta nieustanna wilgoć. Już nawet dzieciaki nie chcą wychodzić na dwór.

Grens nie był pewien, czy najstarszy przyjaciel i jego żona zapraszali go do siebie z nadzieją na miłe spędzenie czasu, czy raczej z poczucia obowiązku, ponieważ było im go żal, ponieważ poza korytarzami komendy policji wydawał się taki samotny i nagi. Przychodził na każde zaproszenie, nigdy tego nie żałował, ale nie potrafił przestać o tym myśleć.

— Dobrze się dzisiaj czuła. Przesyła pozdrowienia. Jestem tego pewien.

— A ty, Ewert? Jak ty się czujesz?

— O co ci chodzi?

— Nie wiem, o co mi chodzi. Ale sprawiasz wrażenie, jakby... jakby ci było ciężej, teraz, ostatnio. Zwłaszcza gdy mówisz o Anni.

Ewert nie zareagował na słowa przyjaciela, chociaż doskonale je słyszał. Rozejrzał się bez zainteresowania dookoła, popatrzył na podmiejskie życie, którego nie rozumiał. Właściwie ta ich niewielka willa była dość ładna. Taka zwykła, trochę cegły, trochę trawnika, trochę elegancko przyciętych krzewów, porozrzucane tu i ówdzie plastikowe zabawki wyblakłe w słońcu. Gdyby nie ten deszcz, dzieci na pewno biegałyby teraz wokół domu, zajęte czymś, w co zazwyczaj bawią się dzieci w ich wieku. Bengt został ojcem dość późno, zbliżał się wtedy do pięćdziesiątki, Lena była dwadzieścia lat młodsza. Dostał, można rzec, drugą szansę. Ewert zastanawiał się, co ta młoda, piękna i zdolna dziewczyna widziała w policjancie w średnim wieku; nie żałował Bengtowi niczego, ale nie potrafił tego pojąć.

Przemokli do suchej nitki, coraz cięższe ubrania przylegały do ich ciał. Już tego nie czuli, przez moment zapomnieli o ulewie. Ewert pochylił się do przodu, znów spojrzał na przyjaciela.

— Bengt?

— Tak?

— Jochum Lang wychodzi dzisiaj na wolność.

Bengt pokręcił głową.

— Kiedyś musisz dać sobie z tym spokój.

— Łatwo ci powiedzieć. To nie ty siedziałeś za kierownicą.

— I nie ja kochałem. Ale to teraz nie ma znaczenia. Przestań się tym przejmować. Ewert, to było dwadzieścia pięć lat temu.

Spojrzał na tylne siedzenie.

Zobaczył, jak chwyciła uciekającego.

Ewert Grens westchnął ciężko, przejechał dłonią po mokrej głowie, wezbrała w nim wściekłość, która wciąż jeszcze nie minęła.

Jochum Lang poczuł rękę Anni iciągle w bieguodwrócił się. Złapał ją, szarpnął mocno, siedzący obok Bengt nie chwycił za szelki.

Jeszcze jedno westchnienie. Ręka sunąca po mokrej czaszce.

I właśnie wtedy, gdy wypadła z busu, a jedno z tylnych kół przejechało po jej głowie, właśnie wtedy zrozumiał, że skończyło się ich wspólne życie.

Lang śmiał się, kiedy udało mu się uciec, śmiał się również jakiś czas później, skazany na kilka zasranych miesięcy za nieumyślne spowodowanie obrażeń ciała.

Grens nienawidził tego człowieka.

Bengt odpiął guzik przemoczonej koszuli, szukał wzroku przyjaciela.

— Ewert?

— Słucham?

— Wygląda na to, że dokądś odpłynąłeś.

Ewert popatrzył na mokry trawnik, na tulipany kulące się w okazałym kwietniku. Poczuł się zmęczony.

— Złapię tego skurwysyna.

Bengt otoczył go ramieniem. Grens drgnął. Odzwyczaił się.

— Zapomnij o nim teraz.

Jeszcze przed chwilą trzymał ją za rękę. Śmiała się jak dziecko, a jej dłoń była chłodna, zwiotczała, jakby nieobecna. Pamiętał tę inną, ciągle jeszcze ją czuł, ciepłą, jędrną, żywą.

— Od dzisiaj znów chodzi po ulicach. Rozumiesz? Lang znów będzie na nas srał.

— Ewert, jesteś pewien, że to była wina Langa? A może to moja wina? Toja nie miałem dość siły, żebyjąprzytrzymać. To może na mnie powinieneś skupić swoją nienawiść. To może mnie musisz złapać.

Wiatr nagle powrócił, zgarnął deszcz, pociągnął za sobą i zaczął nim siec po ich twarzach. Otworzyły się drzwi altany. Wyszła z niej, uśmiechając się, kobieta pod parasolem, młoda, po trzydziestce, z długimi włosami związanymi w kucyk.

— Chyba wam odbiło.

Odwrócili się. Bengt też się uśmiechnął.

— Jak człowiek zmoknie, to później już mu jest wszystko jedno.

— Wchodźcie natychmiast do środka. Na śniadanie.

— Teraz?

— Teraz, Bengt. Szkraby są głodne.

Podnieśli się.

Spodnie i marynarka przylepione do ciała.

Ewert Grens spojrzał w górę, niebo, ciągle szare.

 

Ranek jeszcze nie minął. Słyszała ptaki za oknem, śpiewały dla siebie, zazwyczaj właśnie o tej porze. Siedziała zasłuchana na łóżku, jakież to piękne! Śpiewały tak samo tutaj, jak wśród brzydkich betonowych bloków w Kłajpedzie. Nie wiedziała dlaczego, ale kilka razy zbudził ją w nocy sen o wizycie w Wilnie, w więzieniu Lukuskeles, do którego pojechała z mamą wiele lat temu. Śniło jej się, że tato machał na pożegnanie, gdy zostawiła go w ciemnym korytarzu na oddziale chorych na gruźlicę, że minęła piętnastu innych więźniów, którzy powoli dogorywali w tak zwanej sali zakażonych wirusem HIV i że nagle z daleka zobaczyła, jak ojciec się przewraca. Zatrzymała się, przez moment wszystko zamarło. Kiedy zrozumiała, że tato nie może podnieść się o własnych siłach, pobiegła z powrotem po kamiennej posadzce, co sił w nogach, szarpała nim i targała, aż w końcu wstał i kaszląc, wyrzucił z siebie krew i żółtą flegmę, która zalegała w płucach. Wszystko we śnie było tak jak wtedy, mama też przyszła, płakała i krzyczała tak długo, aż ktoś z personelu w końcu go stamtąd zabrał. Ten sam sen powracał za każdym razem, gdy tylko zasnęła, nigdy wcześniej go nie śniła.

Lydia westchnęła głęboko, przesunęła się odrobinę na łóżku i rozwarła uda, tak wolno, jak zażyczył sobie siedzący przed nią mężczyzna.

Znajdował się jakiś metr od niej.

W średnim wieku; pomyślała, że może mieć czterdzieści lat, tyle, ile miałby teraz jej tato.

Spotykała go raz w tygodniu, prawie od roku, w każdy poniedziałek rano, przychodził niezwykle punktualnie. Tego dnia był trzecim klientem, zawsze pukał do drzwi dokładnie wtedy, gdy przez zamknięte okno dochodziło do niej dziewięć uderzeń zegara z kościelnej wieży.

Nie pluł. Nie wchodził w nią. Nie musiała dotykać jego przyrodzenia. Nawet nie wiedziała, jak pachnie.

Był z tych, którzy chcieli ją obejmować w drzwiach na powitanie, ale później już jej nie dotykał. Jedną ręką ujmował swój członek, a drugą dawał znak, żeby się rozebrała.

Ściskając genitalia coraz mocniej, polecił jej wprawić podbrzusze w ruch. Kazał skomleć jak pies, którego kiedyś miał. Ugniatany penis przybrał bladoczerwoną barwę. Mężczyzna w czarnym skórzanym fotelu odchylił się do tyłu, gdy nasienie zaczęło spływać po błyszczącej powierzchni.

Dwadzieścia po dziewiątej był gotowy i opuścił mieszkanie, zanim zegar wybił pół do dziesiątej. Lydia wciąż siedziała na łóżku; ponownie usłyszała ćwierkające za oknem ptaki.

 

Krew wyciekająca z rany w prawym nozdrzu tworzyła regularny szlaczek na chodniku wzdłuż Ostgotagatan. Hilding prawie biegł, nie był w najlepszej kondycji, chociaż dopiero co wyszedł z mamra, nie należał do tych, którzy topili nienawiść albo zjednywali sobie szacunek w więziennej siłowni, ale teraz prawie biegł, spanikowany i wściekły, byle dalej od tego babsztyla z socjalu przy Katarina-Sofia, chory z tęsknoty za pieprzoną herą, dyszał, gdy zbliżał się do Ringvägen i stacji metra Skanstull.

Mam w dupie twoje pierdolone bony! Skombinuję szmal na własną rękę!

— Ej, ty tam!

Hilding dotknął ramienia dziewczynki stojącej przed nim na peronie. Jakieś dwanaście, trzynaście lat. Nie odpowiedziała, więc trącił ją jeszcze raz. Odwróciła się demonstracyjnie, twarzą do tunelu, z którego za chwilę miał wyjechać pociąg.

— Ej, ty tam. Rozmawiam z tobą.

Zobaczył jej telefon komórkowy. Wyciągnął rękę, zrobił krok do przodu, wyrwał komórkę i nie zważając na protesty, wystukał numer i czekał na połączenie.

Odchrząknął.

— Siostra? To ja.

Ponieważ zwlekała z odpowiedzią, mówił dalej.

— Siostra, no, kurwa, muszę trochę pożyczyć.

Usłyszał jej westchnienie, zanim powiedziała:

— Nie dostaniesz ode mnie żadnych pieniędzy.

— Siostra, najedzenie. I ubranie. Tylko na to.

— Przejdź się do opieki.

Ze złością wpatrywał się w trzymany w ręku aparat, wziął głęboki oddech i zaczął krzyczeć, przykładając usta do tej części, która wydawała mu się mikrofonem.

— Do kurwy nędzy, siostra! To znaczy, że sam muszę je skombinować. I to twoja wina!

Odparła dokładnie w ten sam sposób, w jaki odpowiedziała poprzednim razem.

— To twój wybór. Twój problem. Nie zrzucaj tego na mnie.

Hilding krzyczał jeszcze w elektroniczną ciszę, która zaległa po odłożeniu słuchawki, a potem cisnął zakrwawionym telefonem o beton. Pieprzona gówniara wciąż stała na peronie i płakała, gdy wsiadał do pociągu.

Zajął miejsce przy jednych z dwojga drzwi i rozdrapywał coraz głębsze warstwy kapiącej czerwieni. Krople krwi, pokłady potu i mizerna twarz, której brakowało życia, było go po prostu czuć.

Wysiadł przy T-Centralen i wyjechał schodami z podziemia. Prawie nie padało, nie wiedział nawet, czy tego ranka w ogóle spadł jakiś deszcz. Rozejrzał się dookoła, coraz bardziej spocony pod zapiętym płaszczem, czuł porządnie już mokre plecy, przeszedł przez Klarabergsgatan i chodnik po drugiej stronie ulicy. Pospiesznie minął domy przy pomniku Ferlina i przez niewielką furtkę wkroczył na teren cmentarza przy kościele Świętej Klary.

Pusto, właśnie taką miał nadzieję.

Jakiś zapruty pijaczyna leżał trochę dalej w trawie, a poza tym żywej duszy.

Hilding przeszedł obok obelisku Bellmana i usiadł na stojącej za nim ławce, pod —jak mu się wydawało — wiązem.

Rozprostował nogi, zanucił jakąś melodię. Sięgnął do prawej kieszeni płaszcza. Czuł przesypujący się między palcami proszek do prania. Z lewej wyjął opakowanie z dwudziestoma pięcioma kieszonkami na znaczki pocztowe; w malutkich torebkach foliowych, sześć na osiem centymetrów, wymieszał proszek do prania z amfetaminą, która ledwie przykrywała dno.

Potrzebował forsy i niedługo będzie ją miał.

 

Zapadał wieczór. Na dzisiaj to już wszystko, nie zaplanowano dla niej nikogo więcej.

Lydia przeszła przez mieszkanie w przyjemnym mroku, nie paliło się tu wiele lamp. Było chyba największe ze wszystkich, w których przyszło się jej zatrzymać, odkąd tu przyjechała, czteropokojowe.

Stanęła w holu.

Znów bezwiednie zaczęła przeszukiwać wzory tapety, wzdłuż cienkich kreseczek wypełniających pustą przestrzeń między podłogą a sufitem. Często to robiła, stojąc tak, zapominała o wszystkim innym, chyba dlatego, że te wzory przypominały jej coś, co już kiedyś widziała, na innej ścianie, w innym pokoju, dawno temu.

Pamiętała tę ścianę, ten pokój nad wyraz ostro.

Wbiegający żandarmi, tato i ci inni mężczyźni przyciśnięci do ściany, i głosy wrzeszczące „Zatknis, zatknisl”, i ta osobliwa cisza odrobinę później.

Już wtedy wiedziała, że tato siedział wcześniej w więzieniu. Za to, że wywiesił za oknem litewską flagę, został skazany na pięć lat w zakładzie w Kaunas. Była wtedy taka malutka, miała może rok. Ale za flagę? Pokręciła głową, w dalszym ciągu nie mogła tego pojąć. Oczywiście nigdy już nie pozwolono mu na powrót do zawodowej służby wojskowej i tylko raz zapytał głośno, pamiętała to wyraźnie, gdy skończyła się wódka i policzki nabrały rumieńców, w pokoju z kreskowanymi tapetami, między skradzioną bronią, która wkrótce miała znaleźć nabywcę, właśnie wtedy zapytał głośno, cóż innego może robić? Kiedy dzieciaki płaczą z głodu, a państwo nie chce płacić, co wtedy, kurwa, ma robić?

Lydia ciągle stała w przedpokoju. Lubiła ciszę i mrok, który otulał ją niespiesznie i kołysząc, dawał ukojenie. Cienkie kreski na ścianie sięgały sufitu; żeby podążyć za nimi, musiała unieść głowę wysoko, to stara kamienica. Pomyślała, że kilkakrotnie pracowała sama w znacznie mniejszych mieszkaniach, ale zazwyczaj była jeszcze druga dziewczyna i że mężczyźni pukający do drzwi mogli wybierać, którą z nich chcą posiąść.

Każdego dnia musiała przyjąć dwunastu. Czasami przychodziło ich jeszcze więcej, nigdy mniej. Bo wtedy Dimitr albo ją bił, albo wchodził w nią przemocą tyle razy, ile brakowało do wyrobienia normy, tylko w odbyt.

Miała oczywiście swój rytuał. Każdego wieczoru.

Stawała pod prysznicem i zdecydowanie za gorąca woda spłukiwała dotyk ich rąk. Brała swoje tabletki, cztery rohypnole i jedną valium w odrobinie wódki. Zakładała luźne ubrania, które wisząc jak na kołku, zakrywały jej kształty, nikt nie mógł ich zobaczyć, nikt nie mógł dotknąć.

A mimo to podbrzusze nieraz bolało bardziej niż zwykle.

Czuła wyraźnie, gdy czasem gdzieś zakłuło. Wiedziała dlaczego. Kilku mężczyzn było nowych, a nowi zazwyczaj nadużywają siły. Ale rzadko coś mówiła, nauczyła się, jakie to ważne, żeby zechcieli wrócić.

Znudzona cienkimi kreskami na ścianie, zwróciła twarz w kierunku drzwi. Dawno przez nie nie wychodziła. Od jak dawna? Nie była pewna, od czterech miesięcy, tak jej się przynajmniej wydawało. Kilka razy próbowała rozbić okno kuchenne, którego nie dało się otworzyć, podobnie jak wszystkich innych. Planowała stłuc szybę i wyskoczyć, ale zawsze tchórzyła, mieszkały na szóstym piętrze i nie wiedziała, jak to jest — wyskoczyć i spaść na ziemię. Podeszła do drzwi obitych szarą blachą, dotknęła zimnej, twardej powierzchni. Zamknęła oczy, oparła dłoń na czerwonej lampce, oddychała powoli, przeklinając w duchu, że nie rozumie zasady działania obu elektronicznych zamków. Próbowała podpatrzyć Dimitra, ale nigdy jej się nie udało, zawsze stał na przeszkodzie, przecież zdawał sobie sprawę, że zerkała za jego plecami.

Przeszła z holu do nieumeblowanego pomieszczenia, które z jakiegoś powodu nazywali salonem, minęła swój pokój, popatrzyła na ogromne łóżko, którego nienawidziła, ale w którym musiała spać.

Szła dalej, do znajdującego się na samym końcu pokoju Aleny.

Drzwi były zamknięte, ale Lydia wiedziała, że Alena skończyła pracę, wzięła prysznic i że jest sama.

Zapukała.

— Tak?

— To tylko ja.

— Próbuję zasnąć.

— Wiem. Ale mogę wejść?

Kilka sekund. Lydia czekała, aż Alena podejmie decyzję.

— Jasne. Wejdź!

Alena leżała nago w niepościelonym łóżku. Miała ciemniejszą karnację niż Lydia, długie włosy jeszcze mokre, trudno będzie je rozczesać następnego ranka. Często leżała tak, gdy wszyscy już sobie poszli, wpatrzona w ścianę myślała o tym, że nigdy mu nie powiedziała o wyjeździe, że minęło kilka lat, że ciągle czuje jego ostatni dotyk, że tęskni za nim, chodziło tylko o parę miesięcy, miała przecież do niego wrócić, do Janoza, mieli się przecież później pobrać.

Lydia stała nieruchomo. Badając nagość Aleny, myślała o swoim ciele — tym, które wieczorami musiała ukrywać w zbyt obszernych ubraniach, wiedziała, że przecież o to chodzi: żeby je ukryć. Nie przestając patrzeć, porównywała i zastanawiała się, jak Alena ma siłę leżeć w tym samym łóżku, zupełnie goła, i zrozumiała, że widzi swoje przeciwieństwo, kogoś, kto jakby pozwala tej innej rzeczywistości trwać, kto jej nie ukrywa, kto nieomalże nie wypuszcza jej z rąk.

Alena wskazała na łóżko, na jego pustą połowę.

— Siadaj.

Weszła do pokoju, takiego jak jej własny, z podobnym łóżkiem, podobną półką, bez żadnych innych sprzętów. Usiadła w pościeli, w której jeszcze niedawno ktoś leżał. Zatrzymała się chwilę wzrokiem na czerwonej tapecie, kwiatuszkach jak z aksamitu, falujących. Poszukała ręki Aleny, wzięła ją w swoją i ścisnęła, pytając szeptem:

— Jak się czujesz?

— Eh, przecież wiesz.

— Jak zwykle?

— Jak zwykle.

Znały się od ponad trzech lat. Spotkały się na promie, wtedy roześmiane, w drodze. W dole rozcinane fale, spieniona biało woda, żadna z nich nie była wcześniej na otwartym morzu.

Przyciągnęła do siebie rękę Aleny, nie wypuszczała z uścisku, głaskała, wplotła jej dłoń między swoje.

— Wiem. Wiem.

Alena leżała nieruchomo z przymkniętymi powiekami.

Nie miała żadnych widocznych sińców na ciele, jak jej przyjaciółka, przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Lydia położyła się obok niej, przez chwilę dzieliły ciszę, Alena myślami była z powrotem u Janoza, którego po prostu zostawiła, nie wtajemniczając w swoje plany; Lydia ponownie w więzieniu Lukuskeles, wśród ogolonych głów mężczyzn, kaszlących na zakurzonym oddziale szpitalnym.

Nagle Alena podniosła się, wsunąwszy poduszkę pod plecy, oparła się o ścianę.

Wskazała na podłogę, na leżącą tam popołudniówkę.

— Zobacz.

Lydia wypuściła dłoń przyjaciółki, schyliła się, podniosła gazetę.

Nie spytała, jak ją zdobyła, zrozumiała, że popołudniówkę zostawił ktoś z odwiedzających, klient, który chciał zrobić coś ekstra i któremu na to pozwoliła. Lydia nie miała wielu, którzy przynosili jej prezenty. Wolała pieniądze, wolała okradać Dimitra z tego, na czym mu najbardziej zależało. Ci, którzy przychodzili do niej i chcieli czegoś ekstra, musieli zapłacić dodatkowe sto koron.

— Otwórz. Na siódmej stronie.

Opowiedziała o tym Alenie.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com