Dziennik 1954 - Leopold Tyrmand - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 684 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 19 godz. 22 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziennik 1954 - Leopold Tyrmand

Nie przypadkiem w tytule tej książki znalazła się data jej powstania. Stało się tak przede wszystkim dlatego, że „Dziennik 1954” jest kroniką określonego czasu, i to czasu jak na dziennik wyjątkowo krótkiego: nie jednego roku nawet, lecz zaledwie jednego kwartału, okresu od 1 stycznia do 2 kwietnia 1954. Stało się tak też dlatego, że w postaci książki dziennik Tyrmanda ukazał się po raz pierwszy po ćwierćwieczu od napisania, w roku 1980 i autor pragnął zaznaczyć ten dystans. Stało się tak wreszcie chyba dlatego, że rok 1954 był w biografii i twórczości Tyrmanda rokiem przełomowym.

Kim był Leopold Tyrmand przed rokiem 1954? Mimo młodego wieku wiele miał już za sobą. Urodzony 16 maja 1920 w Warszawie w zasymilowanej rodzinie żydowskiej, po maturze wyjechał do Paryża, by w tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych studiować architekturę (1938-39). Z początkiem wojny znalazł się w Wilnie. Aresztowany w kwietniu 1941, został skazany na dwadzieścia pięć lat więzienia za „konspirację antylitewską”. Z wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej mógł więzienie zamienić na roboty przymusowe. Imał się różnych prac: był robotnikiem i kelnerem, kreślarzem i palaczem, wreszcie marynarzem. W tej ostatniej roli spróbował ucieczki; schwytany w Norwegii, trafił do obozu koncentracyjnego. Pobyt w Norwegii przyniósł Tyrmandowi znajomość języka norweskiego i materiał do pierwszej książki – Hotel Ansgar (Poznań, 1947). Po powrocie do kraju (1946) Tyrmand pracował najpierw jako dziennikarz w „Expresie Wieczornym” i „Słowie Powszechnym”. W latach 1947-49 był członkiem redakcji „Przekroju”, w roku następnym rozpoczął stałą współpracę z „Tygodnikiem Powszechnym”. Praca ta skończyła się z chwilą odebrania pisma prawowitym redaktorom i przejęcia go przez Jana Dobraczyńskiego (1953).

Kim zatem był Tyrmand w roku 1954? To zależało od punktu widzenia. Dla niektórych był nikim, człowiekiem przegranym, któremu podwinęła się noga. Wariatem, co nie chce zrozumieć dziejowej konieczności i nie bierze udziału w realizacji postulatów socrealizmu. Dla niektórych był barwną postacią Warszawki, cynicznym bikiniarzem w kolorowych skarpetkach, arbitrem elegancji, propagatorem zachodnich nowinek. Dla niektórych wreszcie był Tyrmand wzorem postawy niezłomnej, człowiekiem, który niedostatek i brak możliwości publikowania przedłożył nad ewentualną karierę i zaszczyty – z lojalności dla swoich przekonań. Co ciekawsze, autor w trakcie dziennika sam – zależnie od nastroju chwili – patrzy na siebie z tych trzech perspektyw.

Opinie o ebooku Dziennik 1954 - Leopold Tyrmand

Cytaty z ebooka Dziennik 1954 - Leopold Tyrmand

Schody, korytarz – gleba przypadkowych spotkań. Jest to, nawiasem mówiąc, miłość groteskowa, schemat Spodka i Tytanii; facet jest Spodek jak ulał, lecz Halszka jako królowa elfów to farsa.
Kałużyński słusznie pisze, że kultura to kumulacja, bardziej bezładna w naszym czasie niż kiedykolwiek, jako że jej produkcja stała się podejrzanie łatwa; rozwój środków produkcji kultury spowodował inwazję tandety w stopniu nieznanym uprzednim epokom; mimo to nie można kultury ani rozważać, ani wartościować inaczej niż jako całość, czyli sumę niezliczonych książek, czasopism, prądów umysłowych, koncepcji, filmów, przedstawień teatralnych, przemysłu rozrywkowego, muzyki mechanicznej. Jak dotąd zgoda.
że XX wiek określili, wytyczyli i wypełnili sobą Marks, Freud i Einstein – wszyscy trzej niemieccy Żydzi, głęboko wrośnięci w niemieckość. Z czego wynika, że styk żydowskości z niemieckością jakoś wyznaczył w tym stuleciu losy świata. Polacy nie lubią Żydów i nienawidzą Niemców, z którymi toczą tysiącletnią wojnę. I jak tu mają czuć się dobrze w tym stuleciu?
Prasa ocieka łojem służalstwa pisząc o „wspaniałym darze Związku Radzieckiego dla Warszawy”, nikomu niepotrzebnym drapaczu chmur. Gdyby chcieli naprawdę coś darować, przysłaliby kilkaset wagonów tramwajowych. Lecz ich celem jest zaznaczać się, nie obdarzać, w tym celu drapacz chmur jest jak ulał.
Ukazał się tam felieton Kałużyńskiego o Hemingwayu The Old Man and the Sea . Czytałem tę książkę niedawno i wydała mi się niezwykłym poematem prozą, zaskakującym delikatnością drgnień w temacie, którego osnową i tkanką jest wysiłek fizyczny, pot, mięśnie, krew, obolałe ciało, przyroda, surowe mięso ryb, głód i wyczerpanie.
To, czego Biliński chce, ma sens, lecz jak tu wytłumaczyć Bilińskiemu, że ściana komunistycznej inercji upstrzona jest odpryskami mózgów, serc, śledzion i wątrób tych, którzy chcieli wytłumaczyć komunistom coś, co ma sens. Że trwanie, a nie postęp, czyli inicjatywa, to magiczne zaklęcie do komunistycznego Sezamu. Zresztą, nie żal mi Bilińskiego.
Tu małe rozróżnienie: inna klinika jest dla ludu, inna dla inteligencji. Łatwiej jest wyciąć coś intelektualiście, artyście, nawet buchalterowi, trudniej chłopu, metalowcowi czy szewcowi. W inteligencie limfa imaginacji, inteligent łatwiej się boi, łatwiej wykształca nowe organy w miejsce usuniętych lub szczątkowych. Stąd zostawiona sama w sobie potrzeba aprobaty rośnie w nim w postępie geometrycznym, pączkuje, rodzi nowe biologiczno-psychiczne fatalizmy. Taki Koźniewski, na przykład, wyhodował w sobie taką potrzebę aprobaty, że już nawet nie wie za dobrze, z czego się cieszyć, a z czego nie, wobec tego cieszy się ze wszystkiego, nawet jak pociąg spóźni się tylko o cztery godziny. Jeśli zaś zoperowanemu zaaplikować jako odżywkę trzy razy tyle miesięcznego zarobku niż ma metalowiec czy szewc, jego aprobata staje się tykaniem zegara, czyli warunkiem istnienia.
Za główny cel walki – dlaczego walki? z kim walki? – podaje się „stworzenie nowego człowieka”. Z odezwy można się też dowiedzieć, jaki ma to być człowiek. A więc ma być „kulturalny i światły”. Światły na ile woltów, watów i amperów, tego Malenkow i jego gang nie precyzują. Ale my wiemy. Ma on płakać nad powieścią Daleko od Moskwy , czuć dumę z filmu Donieccy górnicy , weselić się muzyką Dunajewskiego i głęboko wierzyć, że okrzyk na cześć Malenkowa jest wolną dyskusją.
Dziś cały dzień słychać stuk młotków na korytarzu. To przejawy pracy społecznej, którą uchwalono wczoraj: przed końcem zebrania wystąpił taki jeden, co zgasił Olka i powiedział, że w ramach pracy społecznej trzeba zreperować wszystko, co nie działa. Dawniej od takich reperacji byli ślusarze i hydraulicy, dzisiaj my wspomagamy w ten sposób socjalizm. W związku z czym niejaki Kiwerski, mieszka o trzy numery ode mnie w moim korytarzu, prawnik i radca prawny jednego z ministerstw, którego zadaniem było naprawić zamek w klozecie, zatrzasnął się tamże, nie można go było w ogóle stamtąd wydobyć, wobec czego wyważono drzwi i teraz klozet nie ma ani zamka, ani drzwi i korzystają zeń wyłącznie osobnicy zdegenerowani, których alkohol wyzuł z resztki wstydu.
a nawet trzeba, restaurować stare z pieczołowitą troską i wzruszeniem, to nigdy nie zawiedzie pod warunkiem wierności pierwowzorom i niesilenia się na stylizację. Sukces Starego Miasta dowodzi tego najlepiej: jego dekoracyjność być może nas tu i ówdzie przytłacza, a przecież nie wzbudza protestu, kontynuacja autentyzmu jest tam faktem dokonanym, mimo że nienaturalnym. Zaś stworzenie nowego, które ma wyglądać jak stare, skazane jest z góry na parodię i kicz, jest kardynalnym niezrozumieniem prawa, na mocy, którego piękno miast nawarstwia się, a nie kreuje poprzez jednorazowy i jednolity wysiłek.
Budować trzeba zawsze tak, jak dziś się buduje. Natomiast wolno, a nawet trzeba, restaurować stare z pieczołowitą troską i wzruszeniem, to nigdy nie zawiedzie pod warunkiem wierności pierwowzorom i niesilenia się na stylizację. Sukces Starego Miasta dowodzi tego najlepiej: jego dekoracyjność być może nas tu i ówdzie przytłacza, a przecież nie wzbudza protestu, kontynuacja autentyzmu jest tam faktem dokonanym, mimo że nienaturalnym. Zaś stworzenie nowego, które ma wyglądać jak stare, skazane jest z góry na parodię i kicz, jest kardynalnym niezrozumieniem prawa, na mocy, którego piękno miast nawarstwia się, a nie kreuje poprzez jednorazowy i jednolity wysiłek.
Natomiast po wojnie, gdy komuniści mieli w głowie tylko polityczną rozgrywkę i władzę, sławny architekt polski Maciej Nowicki – współtwórca gmachu ONZ w Nowym Jorku – i Le Corbusier postanowili rozpisać konkurs na międzynarodową odbudowę Warszawy i zaprosić wszystkich Niemeyerów, Aalto, Saarinenów do współpracy. Urbaniści rozprawiali o jedynej okazji w dziejach, o rekompensacie za kataklizm, o największym w historii uzbrojonym terytorium miejskim pod całościowe planowanie, o odwróceniu Warszawy frontem do Wisły, o najpiękniejszym mieście świata, jakie powstanie w wyniku takiego przedsięwzięcia.
A w chwilę potem upadek Pragi i już zaraz ów pożar, w którym wszystko spłonęło. Wszystko? Może nie. Z owych właśnie pierwocin zostało jakieś znaczenie przynależności, silniejsze niż strach, nędza i zmęczenie. Jakaś cywilizacyjna tożsamość, potężniejsza od prześladowań i załamań. Ta melodia, banalna i gładka, to nie tylko płaczliwe i bezsilne sentymenty. Dla mnie to pobudka, apel, dziwny, może śmieszny sukurs dla słabnących sił. Jest w niej jakaś przewaga nad wszystkimi Koźniewskimi świata, nad ich wyborem. Jest w niej mój wybór, może powierzchowny i błahy, ale taki, co się gdzieś jakoś liczy, i który sprawia, że jedna mizerna książczyna i parę artykułów jakoś przenosi pamięć o mnie w ludziach mojego kraju i czasu, o czym wiem.
Nawet gdybym połknął ową witkacowską kapsułkę zgody na socjalizm, światopoglądową pigułkę Murti Binga, coś by się jeszcze stało, co sprowadziłoby moje zgnojenie. Wielkość Witkacego polega na tym, że odkrył, jak zasada proszku od bólu głowy zastosowana do ideologicznych ujarzmień, potrafi dać pewność, zaś pewność z kolei jest anektacją na własność prawa do pozytywnego życia. Jakież proste, nie? Wszelkie problemy istnienia sprowadzają się do trybu biernego być ustawionym, komunistycznego neologizmu, o którym Witkacy wiedzieć nie mógł z autopsji, lecz który genialnie przewidział. Żyć w komunizmie znaczy ustawić się, znany od dawna polskiej mowie, a jakże nowy czasownik.
Jedyne co lud powinien, to być barwny i zajmujący, albowiem nigdy nie jest kolebką nauk i praw, zaś czasem staje się kolebką sztuk. Lud bawi typowością, zaś typowość nie jest niczym mądrym ani szlachetnym, ale przykuwa uwagę, zaciekawia, rodzi sentymenty, wzruszenia, wesołość, uśmiechy, wzbogacające skojarzenia. Nikt nie rozumiał tego lepiej w kinie niż René Clair, jego filmy są katechizmem sympatii dla ludu, ogólnoświatowym renesansem proludowości. Reszty dokonały lunaparki i music-halle , XX-wieczna inwazja masowej rozrywki, środków przekazu, skażony przez komercjalizm folklor, który stał się nową, odrębną wartością. Ja tam jestem jak najbardziej za tym wszystkim. Uwielbiam parówki, fasolę i piwo, łowickie pasiaki i Tyrolczyków, kiermasze i wesołe miasteczka, wielkomiejskie bazary i wiejskie świątki, śledzia, schaboszczaka i wódkę, podwórzowe ballady i bar „Kujawiak”. Typowy valse-java z Porte de la Villette przejmuje mnie zawsze dreszczykiem zrozumienia, zaś nowoorleański blues,
„Oświadczałeś to ze dwadzieścia razy. I co? Ja zaś nigdy niczego takiego nie powiedziałam…” Nie dokończyła, może nawet nie miała na myśli żadnego ultimatum, ale trafiła w samą bolesno-cierpką dziesiątkę męskiej samowiedzy, w samą pachwinę męskiej pseudosiły. Ona, gdy raz oświadczy, będzie to wyrok bez apelacji rozumu, sumienia, litości, splątanych uczuć, winy i kary.
Mówił o Ślązakach opolskich, którzy przez 700 lat trzymali się kurczowo polskości gnieceni przez niemieckość. Trwali przy mowie i obyczaju i niemieckość nie mogła ich zgnieść. Zmógł ich komunizm, czyli ostatnie 7 lat. Są, według Z., doszczętnie zgermanizowani, w kościołach modlą się po niemiecku, ich forma protestu i oporu.
Jedyne co lud powinien, to być barwny i zajmujący, albowiem nigdy nie jest kolebką nauk i praw, zaś czasem staje się kolebką sztuk. Lud bawi typowością, zaś typowość nie jest niczym mądrym ani szlachetnym, ale przykuwa uwagę, zaciekawia, rodzi sentymenty, wzruszenia, wesołość, uśmiechy, wzbogacające skojarzenia. Nikt nie rozumiał tego lepiej w kinie niż René Clair, jego filmy są katechizmem sympatii dla ludu, ogólnoświatowym renesansem proludowości. Reszty dokonały lunaparki i music-halle , XX-wieczna inwazja masowej rozrywki, środków przekazu, skażony przez komercjalizm folklor, który stał się nową, odrębną wartością. Ja tam jestem jak najbardziej za tym wszystkim. Uwielbiam parówki, fasolę i piwo, łowickie pasiaki i Tyrolczyków, kiermasze i wesołe miasteczka, wielkomiejskie bazary i wiejskie świątki, śledzia, schaboszczaka i wódkę, podwórzowe ballady i bar „Kujawiak”. Typowy valse-java z Porte de la Villette przejmuje mnie zawsze dreszczykiem zrozumienia, zaś nowoorleański blues, bolesna skarga ludu, której doskonałość i bogactwo przeskoczyło już z folkloru w sztukę i styl, wydaje mi się najlepszym przykładem gatunku.
Ale byt Kałużyńskich w komunizmie jest, jeśli nie kruchy, to upokarzający; w gruncie rzeczy opiera się na prawie, według którego w podręcznikach nie ma wzmianki o Trockim przez cały przebieg rewolucji październikowej, zaś trockizm zjawia się deus ex machina w latach trzydziestych w ramach procesów moskiewskich. Nigdy w życiu nie słyszałem o uczniu, który spytałby, skąd to słowo. Gówno to uczniów obchodzi, skoro jest, widocznie ma być. Boję się, że cała nasza cywilizacja zasadza się na niepytaniu o nic: gdyby zamiast „Trocki” było „makagigi”, równie dziś niedostępna autopsji nastolatka rzecz, też nikt by nie spytał, co to znaczy.
Co to jest poeta? To ktoś, kto mówi o nas za nas. Nie musi od razu mówić wszystko, może powiedzieć coś, ale tylko, gdy ktoś nań zareaguje, drgnie, zrozumie go – poeta jest poeta. Mówienie o sobie bez tknięcia nas nie czyni z poety poety.

Fragment ebooka Dziennik 1954 - Leopold Tyrmand





PRZEDMOWA

Fakty są następujące:

– prowadziłem ten dziennik przez trzy wstępne miesiące 1954 roku;

– przez lat dwanaście zapisane bruliony leżały na dnie rzadko otwieranych szuflad;

– w roku 1956 – wiadomo kiedy – „Tygodnik Powszechny” opublikował fragment dziennika, jedyny, jaki ukazał się drukiem w Polsce;

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.