Dziękuję za wspomnienia - Cecelia Ahern - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 440 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 12 godz. 39 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziękuję za wspomnienia - Cecelia Ahern

Jak można znać kogoś, kogo nigdy się nie spotkało?

Joyce Conway pamięta rzeczy, których nie powinna. Zna małe brukowane paryskie uliczki, po których nigdy nie spacerowała. Każdej nocy śni o nieznajomej małej dziewczynce z jasnymi włosami.

Justin Hitchcock jest rozwiedziony, samotny i zniecierpliwiony. Przybywa do Dublina, aby dać wykład na temat sztuki i poznaje atrakcyjną panią doktor, która przekonuje go do oddania krwi. To pierwsza rzecz od długiego czasu, którą Justin robi spontanicznie, z serca.

Kiedy Joyce wychodzi ze szpitala po poważnym wypadku, jej życie i małżeństwo jest zrujnowane. Przeprowadza się z powrotem do swojego starego ojca. Przez cały ten czas wrażenie déja vu staje się coraz silniejsze. Joyce nie może zrozumieć, dlaczego…

W powieściach Cecelii Ahern jest dużo bajkowości.

"Glamour"

Niezwykła… wzruszająca i napełniająca optymizmem.

"Express" Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif";}

Opinie o ebooku Dziękuję za wspomnienia - Cecelia Ahern

Fragment ebooka Dziękuję za wspomnienia - Cecelia Ahern


















CECELIA AHERN

DZIĘKUJĘ
ZA WSPOMNIENIA


Tytuł oryginału: Thanks for the Memories

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Korekta: Mariola Hajnus

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Amir Kaljikovic – Fotolia.com

© Cecelia Ahern 2008

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

© for the Polish translation by Joanna Grabarek

ISBN 978-83-7758-526-9

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2013


Dziękuję moim bliskim za miłość, pomoc i wsparcie:
Davidowi, Mimmie, tacie, Georginie, Nicky, Rocco,
Jayowi, Bredzie i Neilowi. Wyrazy wdzięczności
dla Marianne za jej dotyk Midasa i zaraźliwe wizje
oraz dla Lynne Drew, Amandy Ridout, Claire Bord,
Moiry Reilly, Tony’ego Purdue, Fiony McIntosh i całego
zespołu HarperCollins. Ogromne podziękowania
jak zwykle dla Vicki Satlow i Path Lynch, oraz
dla moich przyjaciół za wsparcie i wzięcie udziału
w przygodzie. Szczególne wyrazy wdzięczności
dla boskiej Sarah. Dziękuję również Markowi
Monahanowi z Trinity College, Karen Breen
z Irlandzkiego Centrum Transfuzji i Bernice
z Viking Splash Tours.


Książkę dedykuję
z wyrazami miłości moim dziadkom,
Olive i Raphaelowi Kellym
oraz Julii i Conowi Ahernom.
Dziękuję za wspomnienia.


Prolog

Zamknij oczy i wpatrz się w ciemność.

To była rada mojego ojca, kiedy jeszcze jako mała dziewczynka nie mogłam zasnąć. Teraz nie chciałby, żebym to zrobiła, ale i tak podążam za jego radą.

Wpatruję się w niezmierzoną czerń rozciągającą się poza zamknięte powieki. Chociaż leżę nieruchomo na ziemi, czuję się zawieszona w najwyższym punkcie, w jakim mogłabym się znaleźć; trzymam się gwiazdy na nocnym niebie, zwieszając nogi nad chłodną czarną nicością. Spoglądam po raz ostatni na moje palce oplatające blask i rozwieram je. Spadam, płynę, znowu opadam, czekając na lądowanie.

Już jako dziecko walczące ze snem wiedziałam, że za delikatną zasłoną powiek rozciągają się kolory. Drażnią mnie, wabią, wzywają, żebym otworzyła oczy i nie spała. Błyski czerwieni i bursztynu, żółci i bieli wypełniają ciemność. Nie daję się wciągnąć. Buntuję się i zaciskam mocniej powieki. Zablokuję ziarenka światła, zwykłe zakłócenia, które nie pozwalają nam zasnąć – znak, że życie to więcej niż tylko egzystencja ziemska.

Ale we mnie nie ma życia. Nie czuję go, leżę u stóp schodów. Serce bije mi coraz szybciej, samotny wojownik stojący na ringu, wyrzucając triumfalnie w górę dłoń odzianą w czerwoną bokserską rękawicę. Odmawia poddania się.

To jedyna część mnie, która chce żyć, której kiedykolwiek na czymkolwiek zależało. Z wysiłkiem pompuje krew do całego ciała, żeby je wyleczyć, zastąpić to, co tracę. Czerwony płyn opuszcza jednak moje ciało tak szybko, jak dociera do jego granic, formując głęboki ciemny ocean wokół, tam gdzie upadłam.

Szybko, szybko, szybko. Zawsze gdzieś się spieszymy. Nigdy nie zostajemy w jednym miejscu, ciągle usiłujemy dostać się gdzie indziej. Powinnam stąd wyjść pięć minut temu, muszę tam być teraz. Telefon znowu dzwoni, doceniam ironię losu. Mogłam go odebrać teraz.

Teraz, nie wtedy.

Mogłam bez pośpiechu pokonać każdy z tych schodków. Ale zawsze gdzieś się spieszymy. Z wyjątkiem mojego serca, które zwalnia. Nie obchodzi mnie to już. Kładę dłoń na brzuchu. Jeżeli moje dziecko odeszło, a tak podejrzewam, dołączę do niego tam… tam, gdzie? Gdziekolwiek. Ono. Bezduszne słowo. Ona lub on, taki młody. Kim by się stał, nadal pozostaje pytaniem. Będę jego matką tam… gdziekolwiek.

Tam, nie tutaj.

Powiem mu: przykro mi, kochanie. Przepraszam, że zrujnowałam twoje szanse, moje szanse, nasze szanse na wspólne życie. A teraz zamknij oczka i wpatrz się w ciemność, tak jak to robi mamusia. Razem odnajdziemy drogę.

W pomieszczeniu rozlega się jakiś głos. Czuję czyjąś obecność.

– O Boże, Joyce. O Boże! Słyszysz mnie, kochanie? O Boże! O Boże! Nie, błagam, nie! Dobry Boże, tylko nie moja Joyce, nie odbieraj mi jej. Trzymaj się, kochanie, jestem tutaj. Tatuś jest przy tobie.

Nie chcę się trzymać i zamierzam mu o tym powiedzieć. Słyszę swój własny jęk, zwierzęcy, płaczliwy. Zdumiewa mnie i przeraża. Chcę powiedzieć tacie, że mam plan. Odejdę, bo tylko w ten sposób mogę być z moim dzieckiem.

Później, nie teraz.

Powstrzymał mnie od upadku, ale jeszcze nie wylądowałam. Zamiast tego balansuję w próżni, zawieszona do czasu podjęcia decyzji. Chcę spadać dalej, ale ojciec dzwoni po karetkę i trzyma moją dłoń z taką żarliwością, jakby chciał ocalić swoje życie. Jakby miał tylko mnie. Odgarnia mi włosy z czoła i głośno płacze. Nigdy nie słyszałam, jak płakał, nawet gdy umarła mama. Ściska moją dłoń z siłą, której nie spodziewałam się w jego starczym ciele. Przypominam sobie, że ma tylko mnie i że znowu, tak jak kiedyś, jest dla mnie całym światem. Krew nadal płynie przez moje ciało. Szybko, szybko, szybko. Zawsze się gdzieś spieszymy. Może znów to robię. Może jeszcze nie czas, żebym odeszła.

Czuję stwardniałą skórę starych dłoni na moich palcach. Intensywność uścisku i znajomy dźwięk głosu zmuszają mnie do otwarcia oczu. Wypełnia je światło i dostrzegam twarz taty. Widok, którego nigdy więcej nie chcę zobaczyć. Kurczowo uchwycony swojego dziecka. Wiem, że straciłam swoje, i nie mogę mu pozwolić na utratę jego. Podejmuję decyzję i wypełnia mnie ból i smutek. Wylądowałam. A moje serce nadal bije.

Nawet złamane, nie przestaje pracować.


Miesiąc wcześniej


1

– Transfuzja krwi – oznajmia doktor Fields z podium w sali wykładowej wydziału sztuk pięknych Trinity College. – Jest to proces przetaczania krwi lub produktów krwiopochodnych jednej osoby do układu krążenia drugiej. Transfuzje krwi mogą być sposobem na niektóre problemy medyczne, jak na przykład duża utrata krwi w następstwie urazu, operacja, szok oraz w przypadkach, w których zawodzi mechanizm produkcji czerwonych krwinek. Kilka faktów: każdego tygodnia w Irlandii potrzeba trzech tysięcy dawców. Tylko trzy procent populacji liczącej niemal cztery miliony oddaje krew. Ocenia się, że w którymś momencie życia jedna osoba na cztery będzie potrzebowała transfuzji. Rozejrzyjcie się teraz wokół.

Pięćset głów obraca się na wszystkie strony. Zmieszane chichoty przerywają ciszę.

Doktor Fields podnosi głos, przekrzykując nagły hałas.

– Przynajmniej sto pięćdziesiąt osób w tym pokoju będzie kiedyś potrzebowało krwi.

To ich ucisza. W górze pojawia się dłoń.

– Tak?

– Ile krwi potrzebuje jeden pacjent?

– Jak długa jest struna, kretynie? – rzuca ktoś z tyłu.

W głowę młodego ciekawego studenta uderza papierowa kula.

– To bardzo dobre pytanie. – Doktor Fields spogląda surowo na spowitą półmrokiem salę. Nie widzi studentów, oślepiona światłem projektora. – Kto je zadał?

– Dover – wykrzykuje ktoś z innego kąta auli.

– Jestem pewna, że pan Dover potrafi odpowiadać samodzielnie. Jak ma pan na imię?

– Ben – odpowiada zmarkotniały Dover.

Studenci wybuchają śmiechem. Doktor Fields wzdycha ciężko.

– Ben, dziękuję za pytanie. Nie ma głupich pytań. Po to właśnie mamy Tydzień Krwiodawstwa, żeby wyjaśnić wszelkie niewiadome, jakie przyjdą wam do głowy w związku z tym tematem, i dowiedzieć się jak najwięcej o transfuzjach, zanim, mam nadzieję, zdecydujecie się oddać krew. Dzisiaj, jutro i każdego dnia do końca tygodnia na terenie kampusu, a w przyszłości być może regularnie, w klinice krwiodawstwa.

Główne drzwi otwierają się i do środka wdziera się blask. Na sali pojawia się Justin Hitchcock, skoncentrowany, trzymając pod pachą wyślizgujący mu się coraz bardziej plik folderów. Poprawia je kolanem. W prawej ręce trzyma wypchaną teczkę i plastikowy kubek z kawą. Stawia kroki powoli, jakby ćwiczył tai-chi. Na jego twarzy pojawia się uśmiech, gdy równowaga zostaje przywrócona. Potem ktoś parska i wszystko zaczyna się od nowa.

Trzymaj się, Justin. Nie patrz na kubek, tylko oceń sytuację. Kobieta na podium, pięćset dzieciaków na sali, wszyscy wpatrzeni w ciebie. Powiedz coś. Najlepiej coś inteligentnego.

– Nie rozumiem, o co tu chodzi – rzuca w ciemność, w której wyczuwa bliżej niesprecyzowaną formę życia. Forma życia zaczyna trajkotać, kiedy Justin cofa się w stronę drzwi, żeby sprawdzić numer.

Nie rozlej kawy. Nie rozlej cholernej kawy.

Otwiera drzwi, wpuszczając do środka światło, które wydobywa z ciemności twarze studentów.

Ha, ha, ha. Zagubiony człowiek. Nic zabawniejszego.

Ma zajęte ręce, ale udaje mu się przytrzymać drzwi nogą. Spogląda na numer na nich, a potem na kartkę, która, jeżeli zaraz jej nie złapie, spadnie na podłogę. Próbuje ją zatrzymać. Niewłaściwa ręka. Plastikowy kubek z kawą spada na podłogę, a za nim kartka papieru.

Cholera jasna! Znowu to trajkotanie. Nie ma nic zabawniejszego niż zagubiony człowiek, który rozlał kawę i upuścił rozkład zajęć.

– Mogę w czymś pomóc? – pyta kobieta, schodząc z podium. Justin odwraca się w jej stronę, drzwi się zamykają. Znów zapada mrok.

– Tutaj… tam jest napisane, że mam w tej sali zajęcia. – Kiwa głową w kierunku nasiąkniętej kawą rozpiski.

– Zapisy dla studentów zagranicznych są w sali egzaminacyjnej.

Justin marszczy brwi.

– Nie, ja…

– Przepraszam. – Kobieta podchodzi bliżej. – Wydawało mi się, że słyszę amerykański akcent.

Podnosi kubek i wyrzuca go do kosza, nad którym widnieje napis „Nie wnosić płynów na salę”.

– Och… przepraszam.

– Starsi studenci zbierają się w sąsiedniej sali – rzuca kobieta szeptem. – Niech mi pan wierzy, nie chciałby pan dołączyć do tego tu stadka.

Justin chrząka i prostuje się, poprawiając plik dokumentów trzymanych pod pachą.

– Tak naprawdę wykładam historię sztuki i architektury.

– Wykłada pan?

– Gościnnie. Chociaż może trudno w to pani uwierzyć.

Dmuchnięciem usiłuje odsunąć włosy ze spoconego czoła.

Strzyżenie. Pamiętaj, żeby się ostrzyc. Znowu to trajkotanie. Zagubiony wykładowca, który rozlał kawę, upuścił plan zajęć, za chwilę wypadną mu spod pachy foldery, a na dodatek potrzebuje wizyty u fryzjera. Nic zabawniejszego.

– Profesor Hitchcock?

– Tak, to ja. – Czuje, że dokumenty wyślizgują mu się spod ramienia.

– Och… bardzo przepraszam – szepcze kobieta. – Nie wiedziałam. – Przytrzymuje jego folder. – Doktor Sara Fields z ICT. Powiedziano mi, że mogę porozmawiać przez pół godziny ze studentami przed pana wykładem, oczywiście jeżeli wyrazi pan zgodę.

– Cóż, nic o tym nie wiem, ale no problemo.

No problemo? Potrząsa głową nad własną głupotą i rusza w kierunku drzwi. Starbucksie, nadciągam.

– Profesorze Hitchcock?

Zatrzymuje się przy wyjściu.

– Tak?

– Może zechciałby pan do nas dołączyć?

Z całą pewnością nie. W kawiarni jest cappuccino i ciastko cynamonowe zarezerwowane specjalnie dla mnie. Nie. Po prostu powiedz nie.

– Em… nnnn-o dobrze. Oczywiście.

Trajkotanie, znów to trajkotanie. Wykładowca złapany w sieci. Zmuszony do czegoś, czego wyraźnie nie chce robić, przez atrakcyjną młodą kobietę w białym fartuchu, która twierdzi, że jest lekarzem i pracuje dla organizacji o niezbyt zrozumiałym skrócie w nazwie.

– Wspaniale. Witamy.

Kobieta poprawia folder pod jego pachą i wraca na podium, aby kontynuować wykład.

– No dobrze, proszę wszystkich o uwagę. Wróćmy do pytania o to, ile krwi może potrzebować pacjent. Ofiara wypadku samochodowego może potrzebować do trzydziestu jednostek, operacja krwawiącego wrzodu żołądka między trzy a trzydzieści jednostek. Wszczepienie by-passa tętnicy wieńcowej wymaga podania od jednej do pięciu jednostek. Ilości są różne, ale tak czy inaczej widzicie chyba, dlaczego zawsze potrzebujemy dawców.

Justin siada w pierwszym rzędzie i przysłuchuje się z przerażeniem dyskusji, do której się przyłączył.

– Czy ktoś ma pytania?

Możemy zmienić temat?

– Czy za oddanie krwi dostaje się pieniądze?

Więcej chichotów.

– Nie w naszym kraju.

– Czy krwiodawcy wiedzą, kto dostał ich krew?

– Krwiodawcy zazwyczaj zachowują anonimowość, ale bank krwi może zawsze odnaleźć dawcę po dokumentacji sporządzonej podczas pobierania, testów, oddzielania poszczególnych składników krwi, magazynowania i wreszcie podania ich biorcy.

– Czy każdy może oddać krew?

– Dobre pytanie. Mam tutaj listę przeciwwskazań. Proszę, żebyście uważnie ją przeczytali. Możecie też zrobić notatki. – Doktor Fields umieszcza folię na projektorze i jej biały fartuch odbija zamazany zarys kogoś, kto wyraźnie potrzebuje transfuzji. Odsuwa się i zdjęcie wypełnia ekran na ścianie.

Ludzie jęczą i po sali przebiega słowo „obrzydliwe”, niczym meksykańska fala, dwukrotnie zahaczając Justina. Robi mu się słabo i odwraca wzrok od ekranu.

– Och, nie ta folia – rzuca doktor Fields niewinnie i wymienia ją na obiecaną listę.

Justin czyta ją z ogromną nadzieją, że strach przed igłami i widokiem krwi pozwolą go wyeliminować jako ewentualnego dawcę. Nie ma szczęścia. Choć to i tak nie ma żadnego znaczenia. Szanse, że odda komukolwiek choćby kroplę krwi są tak małe, jak na dokonanie genialnego odkrycia nad ranem.

– Przykro mi, Dover. – Kolejna papierowa kulka uderza w głowę Bena. – Homoseksualiści nie mogą oddawać krwi.

Ben spokojnie pokazuje środkowy palec swojemu prześladowcy.

– To dyskryminacja – wykrzykuje jakaś dziewczyna.

– A przede wszystkim temat na osobną dyskusję – odpowiada doktor Fields. – Pamiętajcie, że wasze ciała w ciągu dwudziestu czterech godzin są w stanie zastąpić ubytek oddanej krwi. Jedna jednostka krwi to około pół litra. Ponieważ w naszych żyłach krąży od czterech do sześciu litrów krwi, przeciętna osoba może sobie pozwolić bez problemu na ubytek połówki.

Studenci śmieją się dziecinnie, dostrzegając w jej słowach aluzję do alkoholu.

– Kochani, spokój. – Doktor Fields klaszcze w dłonie, desperacko usiłując przyciągnąć ich uwagę. – Tydzień Krwiodawstwa to nie tylko okazja do ofiarowania krwi, ale także czas na uświadomienie ludzi. Możemy sobie żartować do woli, ale byłoby dobrze, gdybyście mieli świadomość, że w tej chwili czyjeś życie, kobiety, dziecka, mężczyzny, może zależeć od was.

W sali zapada nagle cisza. Nawet Justin przestaje mówić do siebie w myślach.


2

– Profesorze Hitchcock? – Doktor Fields podchodzi do Justina, który układa notatki na pulpicie podczas pięciominutowej przerwy dla studentów.

– Proszę mi mówić Justin.

– W takim razie proszę mi mówić Sara. – Wyciąga dłoń.

– Miło mi, Saro. – Bardzo mi miło.

– Chciałam się tylko upewnić, że zobaczymy się później.

– Później?

– Tak, później. To znaczy… po wykładzie. – Uśmiecha się.

Flirtuje ze mną? Minęło już tyle czasu… skąd mam wiedzieć? Powiedz coś, Justin. Dalej, mów.

– Doskonale. Świetnie. Jesteśmy umówieni.

Sara ściąga usta, żeby powstrzymać uśmiech.

– Znakomicie. Będę czekała przed głównym wejściem o szóstej i sama cię zaprowadzę.

– Zaprowadzę dokąd?

– Do ruchomego punktu poboru krwi w kampusie. Stoi obok boiska do rugby, ale wolę cię tam sama odprowadzić.

– Ruchomy punkt poboru krwi… – Natychmiast ogarnia go przerażenie. – Em… nie sądzę, że…

– A po wszystkim może wyskoczymy na drinka?

– Wiesz co? Niedawno miałem grypę, więc chyba chwilowo nie kwalifikuję się na dawcę. – Rozkłada ręce i wzrusza ramionami.

– Bierzesz antybiotyki?

– Nie, ale może powinienem… – Chwyta się znacząco za gardło.

Doktor Fields uśmiecha się szeroko.

– Och, myślę, że sobie poradzisz.

– Nie, widzisz, ostatnio stykałem się z wieloma zakaźnymi chorobami. Malaria, ospa i tym podobne. Byłem w bardzo tropikalnym kraju. – Przypomina sobie usilnie listę przeciwwskazań. – A mój brat Al jest trędowaty. – Beznadziejne, cholernie beznadziejne wytłumaczenie.

– Naprawdę? – Fields unosi brew i chociaż Justin usiłuje zachować powagę, w końcu się uśmiecha. – Jak dawno temu wyjechałeś ze Stanów?

Myśl, człowieku. To może być podchwytliwe pytanie.

– Przeprowadziłem się do Londynu trzy miesiące temu – odpowiada wreszcie zgodnie z prawdą.

– Och, masz szczęście. Gdyby to były dwa miesiące, nie mógłbyś oddać krwi.

– Nie, zaraz, chwileczkę, niech pomyślę… – Skrobie się po brodzie zamyślony, mamrocząc pod nosem przypadkowo wybrane nazwy miesięcy. – Może jednak dwa miesiące temu. Jeżeli policzyć od dnia, w którym przyjechałem… – Zaczyna liczyć na palcach, z widoczną na twarzy koncentracją, wpatrując się w przestrzeń.

– Boi się pan, profesorze Hitchcock? – Fields uśmiecha się do niego.

– Czy się boję? Skądże! – Odrzuca głowę i parska śmiechem. – Czy wspominałem, że mam malarię? – Wzdycha, widząc, że Fields nie bierze jego słów poważnie. – Zabrakło mi już pomysłów.

– W takim razie do zobaczenia przed wejściem, o szóstej. Ach, i nie zapomnij czegoś przedtem zjeść.

– Oczywiście, bo przecież dostanę wilczego apetytu przed randką z wielką igłą zabójczynią – mamrocze, przyglądając się wychodzącej pani doktor.

Studenci wypełniają powoli aulę i Justin, zadowolony, usiłuje ukryć, nie wiedzieć czemu, uśmiech. Wreszcie to miejsce należy do niego.

No dobrze, moi roztrajkotani przyjaciele. Przyszedł czas zemsty.

Zaczyna, zanim jeszcze dobrze usadowią się na miejscach.

– Sztuka – anonsuje. Słyszy szelest wyciąganych z toreb notatników i ołówków, głośny świst i szczęk rozpinanych suwaków i klamerek, stukotanie ołówków, wszystko nowiutkie pierwszego dnia studiów. Czyściutkie, nieskazitelne, pachnące świeżością. Szkoda, że nie można tego samego powiedzieć o studentach. – Produkt ludzkiej kreatywności. – Nie daje im czasu na zaczęcie notowania. Przyszedł czas na zabawę. Przyspiesza. – Tworzenie pięknych i ważnych rzeczy – mówi, spacerując. Ciągle słyszy stukotanie ołówków i odgłosy rozpinanych suwaków.

– Proszę pana, czy mógłby pan to jeszcze raz pow…

– Nie – ucina. – Inżynieria. – Rusza dalej. – Praktyczne zastosowanie nauki w komercji lub przemyśle. – Na sali zapada kompletna cisza.

– Kreatywność i praktyczność. Owocem połączenia tych dwóch jest architektura.

Szybciej, Justin, szybciej!

– Architekturajestprzetworzeniemideiwrzeczywistośćfizyczną.Kompleksowastrukturauważniezaprojektowanazwłaszczazewzględunaspecyficznyokres.Abyzrozumiećarchitekturęmusimyzgłębićzwiązekpomiędzytechnologiąnaukąispołeczeństwem.

– Proszę pana, czy może…

– Nie. – Mimo to zwalnia. – Badamy, jak w ciągu stuleci architektura była i nadal jest kształtowana przez społeczeństwo, ale również jak sama na nie wpływa. – Przerywa, spoglądając na młode twarze, wpatrzone w niego oczy. Widzi ich umysły, puste naczynia czekające na wypełnienie.

Tyle nauki i tak mało czasu, tak niewiele w nich pasji dla prawdziwego zrozumienia. To jego zadanie, aby natchnąć ich tym zapałem, podzielić się z nimi swoim doświadczeniem, wspomnieniami z podróży, wiedzą o wszystkich arcydziełach stworzonych stulecia temu. Przeniesie ich z dusznej auli prestiżowego dublińskiego college’u do sal Luwru, usłyszy echo ich kroków, gdy razem będą przemierzać nawę katedry St-Denis i dalej, St-Germain-des-Prés aż do St-Pierre de Montmartre. Poznają nie tylko daty i statystyki, ale również zapach farb Picassa, fakturę barokowego marmuru. Dźwięk dzwonów katedry Notre Dame. Doświadczą tego wszystkiego tutaj, w tym pomieszczeniu. On im to zapewni.

Wpatrują się w ciebie, Justin. Powiedz coś.

Chrząka.

– Ten kurs nauczy was, jak analizować dzieła sztuki i jak rozpoznawać ich wartość historyczną. Pozwoli wam rozwinąć w sobie świadomość otoczenia, a jednocześnie pogłębi waszą wrażliwość na kulturę i ideały innych narodowości. Będziemy omawiać szerokie spektrum zagadnień: historię malarstwa, rzeźby i architektury od starożytnej Grecji do czasów współczesnych, wczesną sztukę irlandzką, malarzy renesansu włoskiego, wielkie gotyckie katedry Europy, architektoniczny splendor epoki georgiańskiej i artystyczne osiągnięcia dwudziestego wieku.

Pozwala, żeby salę znów wypełniła cisza.

Czy żałują, że dowiedzieli się, czego będą się uczyć przez następne cztery lata swojego życia? A może ich serca biją szaleńczo z podniecenia na myśl o tym, co ich czeka? Nawet po tylu latach Justin czuje ten sam entuzjazm i uwielbienie dla budynków, obrazów i rzeźb całego świata. Euforia często pozbawia go tchu podczas wykładów. Musi pamiętać, żeby zwolnić tempo, nie powiedzieć im wszystkiego od razu, chociaż bardzo by chciał, żeby dowiedzieli się teraz, natychmiast!

Spogląda znowu na ich twarze i doznaje oświecenia.

Masz ich! Spijają słowa z twoich ust, chcą usłyszeć więcej. Udało ci się! Są pod twoim urokiem.

Ktoś puszcza bąka i cała sala wybucha śmiechem.

Justin wzdycha, nagle pozbawiony złudzeń.

– Nazywam się Justin Hitchcock – ciągnie znudzonym tonem. – Na moich wykładach gościnnych wprowadzę was w malarstwo europejskie, takie jak renesans włoski i francuski impresjonizm. Nauka będzie obejmowała krytyczną analizę obrazów, ikonografii i zrozumienie wielu technik używanych przez artystów od czasu Księgi z Kell[1] po dzień dzisiejszy. Usłyszycie również wstęp do architektury europejskiej: świątynie greckie do czasów współczesnych i tak dalej. A teraz proszę o dwóch ochotników do pomocy. Ręce w górę.

I tak zaczął się kolejny rok. Nie w domu, w Chicago. Przyjechał do Londynu, żeby mieszkać w pobliżu byłej żony i córki. Kursował co jakiś czas do Dublina na gościnne wykłady. Inny kraj, ale ten sam temat, co zwykle. Tacy sami ludzie. Świeżo upieczeni studenci, roztrzepani, rozbawieni. Kolejna grupa przejawiająca niedojrzały brak zrozumienia dla jego pasji; z rozmysłem odwracająca się plecami do możliwości – nie, nie możliwości, do pewności – że nauczą się czegoś cudownego i wspaniałego.

Nie ma znaczenia, co teraz powiesz. Od tej chwili jedyną rzeczą, którą zapamiętają po tej lekcji, będzie pierdnięcie.


3

– O co chodzi z tymi żartami o prukaniu, Bea?

– O! Cześć, tato.

– Co to za przywitanie?

– O rany, kurczę, tato, super, że dzwonisz. Minęło już… matko jedyna, całe trzy godziny od ostatniej rozmowy.

– W porządku, nie musisz być taka sarkastyczna. Czy twoja ukochana matka wróciła już do domu po wypadzie na miasto z okazji rozpoczęcia nowego życia?

– Tak, jest w domu.

– Czy przyprowadziła ze sobą cudownego Laurence’a? – Nie potrafi powstrzymać się od sarkazmu. Nienawidzi się za to, ale jednocześnie nie chce się wycofać, nie potrafi przeprosić i w efekcie robi to, co zwykle, czyli drąży problem, zaogniając sytuację. – Laurence – powtarza z przesadnym akcentem. – Laurence z… em… przepukliną pachwinową.

– Ale z ciebie palant, tato. Musisz cały czas gadać o jego przydatkach? – Bea wzdycha znudzona.

Justin zrzuca z siebie gryzący koc z taniego dublińskiego hotelu, w którym się zatrzymał.

– Daję słowo, Bea. Kiedy się pojawi następnym razem, sama sprawdź. Nosi zdecydowanie za ciasne spodnie na to, co usiłuje w nich schować. Powinni wymyślić jakąś specjalną nazwę. Coś-tam-itis – Jądritis. – W tej dziurze są tylko cztery programy telewizyjne, w tym jeden w języku, którego kompletnie nie rozumiem. Brzmi to, jakby ciągle chrząkali i przygotowywali się do splunięcia po spożyciu obrzydliwego coq-au-vin produkcji twojej matki. W moim cudownym domu w Chicago miałem dwieście kanałów telewizyjnych – Penisitis. Fjutitis. Ha!

– Z których nigdy nie korzystałeś.

– Ale miałem przynajmniej wybór. Mogłem postanowić, że nie będę oglądał żadnego z programów o majsterkowaniu, muzyce albo nagich kobietach tańczących na stołach.

– Rozumiem, że to ogromny wstrząs, tato. Iście traumatyczne przeżycie dla ciebie, podobno dorosłego człowieka, podczas gdy ja, w wieku szesnastu lat, musiałam sama przyzwyczaić się do rozwodu moich rodziców i przeprowadzki z Chicago do Londynu.

– Masz teraz dwa domy i dostajesz dodatkowe prezenty. Tak ci źle? – marudzi Justin. – Poza tym to był twój pomysł.

– Ja chciałam tylko pójść do szkoły baletowej w Londynie, a nie, żebyście się rozwiedli!

– Och, szkoła baletowa? Popatrz, nie wiedziałem. Moja wina. Myślisz, że powinniśmy do siebie wrócić i przeprowadzić się z powrotem do Chicago?

– Nie. – Słyszy uśmiech w jej głosie i wie, że wszystko jest w porządku.

– Myślałaś, że zostanę w Chicago, kiedy ty będziesz po drugiej stronie świata?

– I to wszystko z ust człowieka, który dzwoni do mnie z innego kraju. – Roześmiała się.

– Irlandia to tylko podróż służbowa. Będę z powrotem w Londynie za kilka dni. Daję słowo, Bea, że nie chciałbym być nigdzie indziej – dodaje. Chociaż nie obraziłbym się za pokój w Czterech Porach Roku.

– Myślę o przeprowadzeniu się do Petera – rzuca Bea zdawkowo.

– No więc? O co chodzi z tym pierdzeniem na lekcjach? – ignoruje ją. – Co jest takiego śmiesznego w dźwięku uchodzącego powietrza, że potrafi powstrzymać ludzi od zainteresowania się najbardziej niezwykłymi arcydziełami sztuki?

– Rozumiem, że nie chcesz rozmawiać na temat mojej przeprowadzki do Petera?

– Jesteś jeszcze dzieckiem. Możecie co najwyżej wprowadzić się do domku-zabawki, który powinienem nadal mieć w składzie. Rozłożę go dla was w dużym pokoju. Będzie wam tam miło i wygodnie.

– Mam osiemnaście lat. Nie jestem już dzieckiem. Mieszkam sama, z dala od domu, od dwóch lat.

– Tylko od roku. Twoja matka zostawiła mnie samego w drugim roku, żeby dołączyć do ciebie.

– Poznaliście się z mamą, kiedy byliście w moim wieku.

– I, niestety, nie żyliśmy długo i szczęśliwie. Przestań nas naśladować i napisz swoją własną bajkę.

– Zrobiłabym to, gdyby mój nadopiekuńczy ojciec nie wtrącał się nieustannie ze swoim własnym zakończeniem historii. – Bea wzdycha i zmienia temat na bezpieczniejszy. – Dlaczego twoi studenci śmieją się z bąków? Myślałam, że miałeś dać jeden wykład dla magistrantów, którzy zdecydowali się uczyć twojej nudnej specjalizacji, chociaż nie mam pojęcia, dlaczego ktokolwiek by tego chciał. Twoje wykłady na temat Petera są wystarczająco nudne, a przecież jego kocham.

Miłość! Zignoruj to. Na pewno zapomni, co powiedziała.

– Zrozumiałabyś, gdybyś mnie naprawdę słuchała. Oprócz magistrantów poproszono mnie jeszcze o poprowadzenie wykładów dla studentów pierwszego roku. Prawdopodobnie gorzko pożałuję, że się zgodziłem, ale to nieważne. Wracając do mojej pełnoetatowej pracy i znacznie ważniejszych spraw, planuję zorganizować w Galerii wystawę siedemnastowiecznego malarstwa holenderskiego. Powinnaś ją zwiedzić.

– Nie, dziękuję.

– Cóż, może moi magistranci za kilka miesięcy bardziej docenią moją ekspertyzę.

– Wiesz, może i twoi studenci śmiali się z tego, że ktoś puścił bąka, ale założę się, że przynajmniej jedna czwarta oddała krew.

– Tylko dlatego, że obiecano im w nagrodę darmowy batonik czekoladowy – nabzdycza się Justin, grzebiąc w słabo zaopatrzonym minibarku. – Jesteś na mnie zła za to, że nie oddałem krwi?

– Myślę, że jesteś kompletnym dupkiem, skoro wystawiłeś tę kobietę do wiatru.

– Nie używaj słowa „dupek”, Bea. Poza tym, kto ci powiedział, że ją wystawiłem do wiatru?

– Wujek Al.

– Wujek Al jest dupkiem. I wiesz co, kochanie? Wiesz, co dobra pani doktor powiedziała dzisiaj na temat krwiodawstwa? – Siłuje się z paczką pringlesów.

– Co? – Bea ziewa.

– Że krwiodawcy pozostają anonimowi dla biorcy. Słyszysz? Anonimowi. Po co ratować komuś życie, skoro ten człowiek nie wie nawet, że to ty go ocaliłeś?

– Tato!

– Słucham? Daj spokój, Bea. Okłam mnie w żywe oczy i powiedz, że nie chciałabyś dostać bukietu kwiatów w podzięce za uratowanie czyjegoś życia? – Bea protestuje, ale Justin ciągnie niezrażony: – Albo koszyka ciepłych słodkich bułeczek z tym tam… kokosem…

– Cynamonem. – Śmieje się.

– Właśnie. Mały koszyczek pełen bułeczek cynamonowych przed twoimi drzwiami, z karteczką głoszącą: „Droga Beo, dziękuję za ocalenie mi życia. Jeżeli kiedykolwiek będziesz potrzebowała pomocy, na przykład w odebraniu rzeczy z pralni, albo zapragniesz codziennej dostawy gazet i świeżej kawy do domu, samochodu z szoferem do osobistego użytku, najlepszych miejsc w operze…”, och, lista mogłaby się ciągnąć w nieskończoność. – Porzuca próby oderwania folii na wieczku i zamiast tego przedziurawia ją korkociągiem. – Mogłoby być tak, jak w chińskiej tradycji. Ktoś ratuje ci życie i od tej chwili jesteś jego dłużnikiem na wieki. Byłoby miło, gdyby ktoś chodził za tobą co dzień, ratował przed wypadającymi przez okno fortepianami i tym podobne.

Bea się uspokaja.

– Mam nadzieję, że żartujesz.

– No oczywiście, że żartuję! – Justin się krzywi. – Fortepian z pewnością zabiłby tę osobę, gdyby spróbowała go złapać. Nie byłoby to zbyt sprawiedliwe. – Wreszcie udaje mu się otworzyć pudełko pringlesów. Rzuca korkociąg, który uderza w szklany wierzch minibaru i rozbija go.

– Co to było?

– Sprzątaczka – kłamie. – Uważasz, że jestem egoistą, tak?

– Tato, porzuciłeś wygodne życie, zrezygnowałeś ze świetnej pracy, fantastycznego mieszkania i przemierzyłeś tysiące kilometrów po to tylko, żeby być blisko mnie w obcym kraju. Oczywiście, że nie jesteś egoistą.

Justin uśmiecha się i wrzuca chipsa do ust.

– Jeżeli jednak nie żartowałeś na temat koszyka z bułeczkami, to zdecydowanie jesteś samolubem. Gdyby w moim college’u zorganizowano Tydzień Krwiodawstwa, na pewno wzięłabym w nim udział. Ty masz okazję zrekompensować tej kobiecie zawód, jaki jej sprawiłeś.

– Czuję się, jakby ktoś mnie zmuszał do oddania krwi. Chciałem jutro pójść do fryzjera, a nie do ciężarówki, w której ludzie będą kłuli moje żyły.

– Jeżeli nie chcesz, nie oddawaj krwi, nie obchodzi mnie to. Pamiętaj tylko, że mała igiełka cię nie zabije. Właściwie to może być odwrotnie. Może ocalisz kogoś i, kto wie, może ta osoba będzie podążała za tobą do końca życia, będzie zostawiała na twoim progu koszyki z bułeczkami cynamonowymi i łapała latające fortepiany, zanim spadną ci na głowę. Czy to nie byłoby miłe?


4

W ruchomym punkcie krwiodawstwa ustawionym przy boisku do rugby w Trinity College Justin usiłuje ukryć przed Sarą drżenie rąk. Wręcza jej pisemną zgodę na pobranie krwi i kwestionariusz medyczny, który, jego zdaniem, zawiera znacznie więcej informacji osobistych, niż chciałby ujawnić na pierwszej randce. Doktor Fields uśmiecha się pokrzepiająco i opisuje procedurę, jakby oddawanie krwi było najnormalniejszą czynnością na świecie.

– A teraz muszę zadać ci kilka pytań. Czy przeczytałeś, zrozumiałeś i wypełniłeś kwestionariusz medyczny?

Justin kiwa głową, niezdolny do wydania dźwięku z wyschniętego gardła.

– Czy informacje, które w nim podałeś, są prawdziwe?

– Czemu pytasz? – chrypi. – Nie wygląda to na prawdę? Skoro tak, zawsze mogę wyjść i wrócić kiedy indziej.

Sara uśmiecha się. Spogląda na niego tak samo, jak jego matka, kiedy układała go do snu i gasiła światło w pokoju.

– W porządku, jest wszystko. Teraz muszę już tylko zrobić test hemoglobinowy – wyjaśnia.

– Czy to test na obecność chorób? – Justin rozgląda się nerwowo po ciężarówce. Proszę, tylko bez chorób. To byłoby zbyt żenujące. Chociaż nieprawdopodobne. Czy ty w ogóle pamiętasz, kiedy ostatnio uprawiałeś seks?

– Nie, sprawdza tylko poziom żelaza we krwi. – Nakłuwa jego palec i pobiera kropelkę krwi. – Dopiero potem krew testuje się na obecność chorób zakaźnych i wenerycznych.

– Przydatne, kiedy chcesz sprawdzić swoich narzeczonych – żartuje, czując kropelkę potu nad górną wargą. Przygląda się nakłutemu palcowi.

Sara cichnie, robiąc szybki test.

Justin kładzie się na miękkiej leżance i wyciąga lewe ramię. Sara zakłada mu opaskę zaciskową, żeby uwidocznić lepiej żyły, i przemywa skórę alkoholem.

Nie patrz na igłę, tylko nie patrz na igłę.

Spogląda na igłę i świat nagle wiruje wokół niego. Gardło zaciska się boleśnie.

– Będzie bolało? – Przełyka głośno. Koszula przywiera mu do spoconych pleców.

– Tylko lekkie ukłucie – mówi Sara z śmiechem i zbliża się z kaniulą trzymaną w ręku.

Justin czuje słodki zapach jej perfum i na chwilę przestaje myśleć o strachu. Kiedy Sara pochyla się nad nim, zagląda jej w dekolt. Czarny koronkowy stanik.

– Chwyć to w dłoń i zacznij zaciskać i rozluźniać.

– Co? – Śmieje się nerwowo.

– Gumową kulkę.

– Och. – Bierze do ręki przedmiot. – Po co to? – pyta drżącym głosem.

– Żeby przyspieszyć cały proces.

Pompuje kulkę najszybciej jak może. Sara chichocze.

– Jeszcze nie teraz. I nie tak szybko, Justin.

Czuje, jak po plecach ścieka mu pot. Włosy przylegają do wilgotnego czoła. Powinieneś pójść do fryzjera, Justin. Co za głupi pomysł…

– Auć!

– Chyba nie było tak źle, co? – pyta Sara łagodnie, jakby mówiła do dziecka.

Serce Justina wali jak młotem. On zaś zaciska dłoń na piłce w rytm uderzeń. Wyobraża sobie, jak jego serce przepycha krew płynącą w żyłach. Widzi, jak czerwony płyn dociera do igły, a potem do rurki. Czeka na osłabienie, które jednak nie nadchodzi, więc przygląda się, jak krew spływa do torebki umieszczonej zmyślnie pod łóżkiem.

– Dostanę po wszystkim batonik?

Sara śmieje się w głos.

– Oczywiście.

– A potem pójdziemy na drinka czy wykorzystujesz mnie tylko dla mojego ciała?

– W porządku, pójdziemy na drinka, ale muszę cię ostrzec, że nie powinieneś dzisiaj robić niczego, co wymaga dużego wysiłku. Potrzebujesz czasu na regenerację.

Justin spogląda na wystający spod jej swetra fragment koronkowego stanika. Jasne, oczywiście.

Piętnaście minut później patrzy z dumą na pół litra własnej krwi. Nie chce, żeby dostał ją ktoś obcy, niemal pragnie sam zanieść torebkę do szpitala, przyjrzeć się pacjentom i wręczyć ją komuś niezwykłemu, komuś, komu na tym zależy. To pierwsza rzecz od długiego czasu, którą zrobił prosto z serca.


Dzisiaj


5

Otwieram powoli oczy.

Wypełnia je białe światło. Zaczynam widzieć przedmioty i blask przygasa. Jest teraz pomarańczoworóżowy. Rozglądam się. Jestem w szpitalu. Na ścianie zamontowano telewizor. Jego ekran wypełnia zieleń. Wytężam wzrok. Konie. Skaczące i ścigające się. Tata musi tu być. Spoglądam niżej i dostrzegam go, siedzącego w fotelu, tyłem do mnie. Uderza lekko pięściami w podłokietniki. Jego tweedowa czapka wynurza się co rusz zza oparcia, kiedy podskakuje z podniecenia. Sprężyny w siedzeniu jęczą pod jego ciężarem.

Wyścigi konne odbywają się w milczeniu. Tata również milczy. Zupełnie jakbym oglądała niemy film. Obserwuję go. Zastanawiam się, czy nie ogłuchłam. Tata podskakuje teraz szybciej niż kiedykolwiek w mojej obecności i wyrzuca pięść w kierunku telewizora, w ciszy zachęcając swojego konia do przyspieszenia.

Telewizor gaśnie. Pięści taty rozwierają się, kiedy unosi ramiona w górę, spogląda na sufit i błaga niebiosa o zlitowanie. Wkłada dłonie do kieszeni brązowych spodni i wywraca je na drugą stronę. Puste. Klepie kieszeń na piersi, szukając drobnych. Sprawdza kieszonkę w brązowej kamizelce i mruczy coś do siebie. Czyli moje uszy są w porządku.

Odwraca się, żeby sprawdzić leżący obok mnie płaszcz. Zamykam szybko oczy.

Nie jestem jeszcze gotowa. Aż usłyszę, nic się nie stało. Ostatnia noc pozostanie koszmarem, aż zapewnią mnie, że wszystko to prawda. Im dłużej trzymam zamknięte oczy, tym dłużej wszystko jest takie, jak zwykle. Błoga nieświadomość.

Słyszę, jak tata przeszukuje kieszenie płaszcza, znajduje brzęczące monety i wrzuca je do licznika przy telewizorze. Ostrożnie otwieram oczy i widzę go, jak znów podskakuje w fotelu i wymachuje pięściami.

Zasłona po prawej stronie jest zaciągnięta, ale wiem, że dzielę pokój z innymi pacjentami. Ciekawe z iloma? Jest cicho. I duszno. Pachnie starym potem. Ogromne okna zajmujące całą ścianę po lewej stronie są zamknięte. Światło jest tak jaskrawe, że nic nie widzę. Pozwalam moim oczom przyzwyczaić się do niego i wreszcie dostrzegam krajobraz na zewnątrz. Po przeciwnej stronie ulicy zatrzymuje się autobus. Na przystanku czeka kobieta z siatkami u stóp. Trzyma na rękach dziecko wymachujące pulchnymi nóżkami w letnim słońcu. Natychmiast odwracam wzrok. Tata przygląda mi się. Wychyla się zza oparcia fotela, wykręcając głowę do tyłu jak dziecko w wózku.

– Witaj, kochanie.

– Hej. – Sądzę, że nie odzywałam się od długiego czasu i oczekuję, że mój głos będzie schrypnięty. Ale nie jest. Rozbrzmiewa czysto i przejrzyście, wylewa się z moich ust niczym miód. Jakby nic się nie stało. Bo przecież nic się nie stało. Jeszcze nie, dopóki mi nie powiedzą.

Tata podpiera się dłońmi o podłokietnik i dźwiga się do góry. Podchodzi do łóżka, poruszając się jak na huśtawce. W górę i w dół, w dół i w górę. Urodził się z lewą nogą dłuższą i mimo specjalnych butów, które przepisano mu lata temu, nadal porusza się z chybotem wyuczonym w dzieciństwie. Nienawidzi obuwia ortopedycznego i, pomimo ostrzeżeń lekarzy oraz bólu kręgosłupa, nie używa ich. Jestem przyzwyczajona do widoku jego ciała kolebiącego się w górę i w dół, w dół i w górę. Pamiętam, kiedy w dzieciństwie chodziłam z nim na spacery, trzymając go za rękę, moje ramię poruszało się w idealnie sprzężonym rytmie z jego ciałem, pociągane w górę, kiedy stąpał prawą nogą, i popychane w dół, gdy przestępował na lewą.

Zawsze był taki silny, taki sprawny. Umiał wszystko naprawić, załatać, udźwignąć. Zawsze ze śrubokrętem w dłoni, rozkładał rzeczy na części i składał je ponownie: piloty do telewizora, radia, budziki, wtyczki. Złota rączka znana na całej ulicy. Miał nierówne nogi, ale za to silne i sprawne dłonie.

Zdejmuje czapkę, zbliżając się do mojego łóżka, chwyta ją obiema rękami i porusza niczym kierownicą. Przygląda mi się z troską. Przestępuje na prawą nogę i opada w dół. Ugina lewe kolano. Pozycja spoczynku.

– Czy… em… powiedzieli mi, że… eh – chrząka. – Powiedzieli mi, żebym… – Przełyka głośno i porusza wykręconym od reumatyzmu palcem, usiłując sobie przypomnieć. – Zrobili ci transfuzję krwi, więc… em… wszystko jest w porządku z twoimi płynami.

Dolna warga nadal mi się trzęsie. Dłonie odruchowo wędrują do mojego brzucha, nadal jeszcze spuchniętego pod kocem. Spoglądam na tatę z nadzieją, zdając sobie sprawę, jak wielką mam nadzieję, jak bardzo przekonałam siebie samą, że ten okropny pobyt na porodówce był tylko sennym koszmarem. Może wyobraziłam sobie milczenie mojego dziecka, milczenie, które wypełniło salę w tamtym ostatecznym momencie. Może dziecko płakało, a ja po prostu tego nie słyszałam. Oczywiście wszystko to możliwe. Miałam już wtedy tak mało energii, że odpływałam. Może po prostu nie usłyszałam pierwszego cudownego oddechu życia, którego świadkiem byli wszyscy inni.

Tata potrząsa głową smutno. Nie. To ja krzyczałam w tamtym pokoju.

Warga drży mi jeszcze bardziej, podskakuje w górę i w dół. Nie potrafię jej zatrzymać. Całe ciało trzęsie się potwornie i jego też nie potrafię powstrzymać. Łzy napływają mi do oczu, ale powstrzymuję je przed ucieczką. Jeżeli teraz zacznę płakać, nigdy nie przestanę.

Wydaję z siebie odgłos. Niezwykły odgłos, którego nigdy przedtem nie słyszałam. Jęk, stęknięcie, kombinację obydwu. Tata chwyta mnie za rękę i ściska mocno. Dotyk jego skóry przenosi mnie we wspomnieniach do ostatniej nocy, kiedy leżałam u dołu schodów. Tata nie mówi ani słowa, ale co można w takiej chwili powiedzieć? Nie mam pojęcia.

Zapadam w niespokojną krótką drzemkę. Budzę się i przypominam sobie rozmowę z lekarzem. Zastanawiam się, czy to tylko sen. Straciłaś dziecko, Joyce. Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy… transfuzja krwi… Kto potrzebuje pamiętać coś takiego? Nikt. Nie ja.

Kiedy znów się budzę, zasłona z boku jest odsłonięta. Po sali biega trójka dzieci, a ich ojciec, jak zakładam, woła, żeby się uspokoiły. Mówi w języku, którego nie rozumiem. Matka trójki pociech leży w łóżku. Wygląda na zmęczoną. Spoglądamy na siebie i uśmiechamy się.

Wiem, jak się czujesz, mówią jej smutne oczy. Wiem, jak się czujesz.

Co teraz poczniemy? – pyta mój uśmiech.

Nie wiem, odpowiadają jej oczy. Nie wiem.

Czy będzie z nami lepiej?

Odwraca głowę. Uśmiech znika z jej twarzy.

– Skąd jesteście? – pyta mój tata.

– Słucham? – dziwi się mąż kobiety.

– Pytałem, skąd jesteście – powtarza tata. – Bo raczej nie stąd.

Jego głos jest radosny i miły. Nie chce nikogo obrazić. Nigdy nikogo nie chciał obrazić.

– Z Nigerii – odpowiada mężczyzna.

– Nigeria. A gdzie to jest? – pyta tata.

– W Afryce.

Ton mężczyzny jest również uprzejmy. Traktuje tatę jak starszego człowieka, który potrzebuje z kimś porozmawiać. Stara się być miły.

– Ach, Afryka. Nigdy tam nie byłem. Chyba jest tam gorąco, prawda? Tak sobie myślę. Cieplej niż tutaj. Można się dobrze opalić. Nie żeby pan tego potrzebował – dodaje ze śmiechem. – Marzniecie tu?

– Marzniecie? – Afrykanin uśmiecha się z niezrozumieniem.

– Tak, no wie pan. – Tata obejmuje się ramionami i udaje, że się trzęsie. – Zimno?

– Tak. – Mężczyzna się śmieje. – Czasem.

– Tak myślałem. Ja też marznę, a jestem z tych stron – wyjaśnia tata. – Przemarzam do kości. Ale upał też niezbyt lubię. Słońce zaraz mi przypala skórę. Moja córka, Joyce, z kolei opala się na brązowo. To ona.

Wskazuje na mnie. Zamykam szybko oczy.

– Bardzo ładna – odpowiada mężczyzna uprzejmie.

– Owszem. – Zapada cisza. Pewnie teraz mi się przyglądają. – Kilka miesięcy temu pojechała na jakąś hiszpańską wyspę i wróciła czarna, mówię panu. Oczywiście nie tak bardzo jak pan, ale była nieźle opalona. Niestety, już jej zeszło. Panu pewnie nie schodzi skóra od opalenizny?

Mężczyzna śmieje się uprzejmie. Cały tata. Nigdy nie ma na myśli niczego złego, ale przez całe życie nie ruszył się z kraju. Powstrzymuje go strach przed lataniem, przynajmniej tak twierdzi.

– W każdym razie mam nadzieję, że pana żona wkrótce lepiej się poczuje. To niezbyt miłe zachorować podczas wakacji.

Na te słowa otwieram oczy.

– Ach, witaj z powrotem, kochanie. Właśnie gawędziłem sobie z twoimi miłymi sąsiadami. – Znów podchodzi do mnie, huśtając się w górę i w dół, z czapką w dłoniach. Staje na prawej nodze, opada w dół, ugina lewą. – Wiesz, myślę, że jesteśmy jedynymi Irlandczykami w tym szpitalu. Chwilę temu była tu pielęgniarka. Jest z jakiegoś Sing-Sing czy jakoś tak.

– Singapuru, tato. – Uśmiecham się.

– O właśnie. – Unosi brwi. – Widziałaś ją już? Wszyscy jednak rozmawiają po angielsku, ci zagraniczniacy. Lepsze to niż wyjechać na wakacje za granicę i porozumiewać się za pomocą gestów. – Kładzie czapkę na łóżku i wykręca palce.

– Nigdy nie byłeś na wakacjach za granicą, tato.

– Czy przypadkiem nie słyszałem, jak chłopcy rozmawiali o tym na poniedziałkowym spotkaniu? Frank był w zeszłym tygodniu w tym miejscu… no, jak ono tam. – Zamyka oczy i myśli intensywnie. – W miejscu, gdzie robią czekoladę?

– W Szwajcarii.

– Nie.

– Belgii.

– Nie – powtarza sfrustrowany. – Tam, gdzie robią te kulki z chrupiącym środkiem. Czasem można kupić białe, ale ja wolę oryginalne, z normalną czekoladą.

– Maltesers? – Śmieję się w głos, ale czuję ból i zaraz przestaję.

– Właśnie. Pojechał do Maltesers.

– Tato, nie do Maltesers, tylko na Maltę.

– No tak. Na Maltę. – Milknie. – Czy oni tam robią maltesersy?

– Nie wiem. Może. Co się wydarzyło Frankowi na Malcie?

Zamyka oczy i myśli intensywnie.

– Nie pamiętam, co chciałem powiedzieć.

Milczenie. Tata nienawidzi zapominać. Kiedyś pamiętał wszystko.

– Wygrałeś coś w zakładach konnych? – pytam.

– Kilka groszy. Wystarczy na parę kufli dziś wieczór w naszym Klubie Poniedziałkowym,

– Ale dzisiaj jest wtorek.

– Spotykamy się we wtorek z powodu poniedziałkowego święta – wyjaśnia, okrążając rozchybotanym krokiem łóżko, żeby usiąść z drugiej strony.

Nie mogę się śmiać. Jestem zbyt obolała, poza tym wygląda na to, że wraz z dzieckiem odebrano mi część poczucia humoru.

– Nie będzie ci przeszkadzać, jeżeli pójdę do klubu, Joyce? Jeżeli chcesz, to zostanę, naprawdę. Tamto jest nieważne.

– Oczywiście, że jest ważne. Nie opuściłeś poniedziałkowych spotkań od dwudziestu lat.

– Z wyjątkiem świąt państwowych. – Unosi wykrzywiony palec i wywraca oczami.

– Z wyjątkiem świąt państwowych. – Uśmiecham się i chwytam go za rękę. Odwzajemnia uścisk.

– Ale ty jesteś ważniejsza niż kilka kufli piwa i plotki.

– Co ja bym bez ciebie zrobiła, tato. – Łzy napływają mi do oczu.

– Poradziłabyś sobie, kochanie. Poza tym – spogląda na mnie ostrożnie – masz Conora.

Puszczam jego dłoń i spoglądam w bok. A jeśli ja już nie chcę Conora?

– Wczoraj wieczorem usiłowałem do niego zadzwonić na ręczny telefon, ale nikt nie odbierał. Może coś mi się pomyliło z numerem – dodaje szybko. – Tyle tam cyfr, w tych numerach ręcznych telefonów.

– Komórek, tato – poprawiam go automatycznie.

– Ach, no tak, komórek. Dzwonił, kiedy spałaś. Zamierza wrócić do domu najbliższym wolnym lotem. Bardzo się martwi.

– To miło z jego strony. Będziemy mogli spędzić kolejne dziesięć lat naszego małżeńskiego życia, starając się spłodzić potomka. – Powrót do rzeczywistości. Mała przyjemna rozrywka nadająca naszemu związkowi jakieś znaczenie.

– Ależ kochanie…

To pierwszy dzień reszty mojego życia, a ja nie jestem pewna, czy chcę być tutaj. Wiem, że powinnam za to komuś podziękować, ale naprawdę nie mam na to ochoty. Wolałabym, żeby się tak nie starali.


6

Obserwuję trójkę dzieci bawiących się zgodnie na podłodze szpitalnego pokoju. Małe paluszki i stópki, pulchne policzki i pełne usteczka. Rysy ich rodziców skopiowane na małych twarzyczkach. Żołądek skręca mi się boleśnie, łzy napływają do oczu i muszę uciec wzrokiem w bok.

– Mogę się poczęstować winogronem? – pyta tata.

Jest niczym kanarek w klatce u mojego boku.

– Oczywiście, że tak. Tato, powinieneś pójść do domu, zjeść coś porządnego. Potrzebujesz energii.

Chwyta banana.

– Potas. – Uśmiecha się i porusza sztywno ramionami. – Dziś wieczorem pobiegnę do domu.

– Jak się tu dostałeś?

Nagle przychodzi mi do głowy, że tata nie pojawiał się w mieście od wieków. Wszystko tutaj działo się zbyt szybko, budynki wyrastały nagle tam, gdzie przedtem było pustkowie, pojawiały się kolejne drogi, a na nich mnóstwo samochodów. Ze smutkiem sprzedał swój wóz. Za bardzo zepsuł mu się wzrok, żeby mógł jeździć bezpiecznie po okolicy, a tym bardziej wozić rodzinę. Siedemdziesiąt pięć lat, żona nie żyła od dziesięciu. Teraz miał swoje własne przyzwyczajenia, wolał nigdzie się nie ruszać, rozmawiał z sąsiadami, chodził do kościoła w niedziele i środy, w poniedziałek spotykał się ze znajomymi z klubu (z wyjątkiem świąt państwowych, wtedy przesuwali spotkanie na wtorek), we wtorek odwiedzał rzeźnika, miał swoje krzyżówki, łamigłówki i telewizję, a w przerwach ogród.

– Fran, moja sąsiadka, mnie przywiozła. – Odkłada banana, nadal śmiejąc się do siebie z żartu o bieganiu. Wkłada do ust kolejne winogrono. – Niemal mnie nie zabiła dwa czy trzy razy. To wystarczy, żebym się przekonał, że Bóg istnieje, gdybym kiedyś miał w to zwątpić. Prosiłem o winogrona bez pestek. Te są z pestkami.

Marszczy czoło. Odkłada kiść na szafkę. Dłonie ma usiane brązowymi plamami wątrobowymi. Wypluwa pestki z ust na rękę i rozgląda się w poszukiwaniu kosza na śmieci.

– Nadal wierzysz w Boga, tato? – moje pytanie brzmi okrutniej, niż zamierzałam, ale gniew jest niemal nieznośny.

– Tak, wierzę, Joyce. – Jak zwykle się nie obraża. Zawija pestki w chusteczkę i wkłada ją z powrotem do kieszeni. – Niezbadane są wyroki Opatrzności. Często nie potrafimy ich zrozumieć ani wyjaśnić, tolerować czy znosić. Rozumiem, że możesz teraz podawać w wątpliwość jego istnienie. Wszyscy to czasami robią. Kiedy umarła twoja matka… – Nie kończy, jak zwykle. Im bardziej dotyka kwestii nielojalności wobec Boga, tym bardziej wdaje się w dyskusje na temat swojej żony. – Ale tym razem Bóg wysłuchał moich próśb. Usłyszał moje wołanie ostatniej nocy. Powiedział mi – przerzuca się na mocny akcent z Cavan[2] który nabył jako dziecko przed przeprowadzeniem się do Dublina. – „Wszystko w porządku, Henry. Słyszę cię głośno i wyraźnie. Wszystko jest pod kontrolą, więc niczym się nie martw. Zrobię to dla ciebie, nie ma sprawy”. Ocalił cię. Pozwolił mojej córeczce pozostać przy życiu i za to będę mu dozgonnie wdzięczny, mimo żalu nad odejściem innych.

Nie mam na to odpowiedzi, ale serce mi mięknie. Tata przysuwa krzesło bliżej łóżka z głośnym skrobaniem metalowych nóg po podłodze.

– Poza tym wierzę w życie po życiu – dodaje ciszej. – Wierzę. I w raj w niebie, wysoko, tam, nad chmurami, i w to, że wszyscy ludzie trafiają tam z naszej ziemi. Nawet grzesznicy, bo Bóg jest miłosierny. Wszystkim wybacza. W to wierzę.

– Wszystkim? – Walczę z łzami. Nie chcę, żeby zaczęły płynąć, bo wtedy nigdy nie przestaną. – Co z moim dzieckiem, tato? Czy ono też tam jest?

Spogląda na mnie z bólem. Nie rozmawialiśmy zbyt wiele o mojej ciąży. Było jeszcze wcześnie i wszyscy się martwiliśmy, a tata najbardziej. Zaledwie kilka dni temu pokłóciliśmy się trochę, ponieważ poprosiłam go, żeby przechował nasze zapasowe łóżko w swoim garażu. Zaczęłam szykować pokój dla dziecka… Och, pokój dla dziecka. Łóżko i pozostałe śmieci wyniesione, łóżeczko dziecinne zakupione, żółta farba na ścianach. „Kaczeńce”, tak się nazywała. Ze szlaczkiem w małe kaczuszki.

Jeszcze pięć miesięcy. Niektórzy ludzie, włączając w to mojego tatę, uważają, że szykowanie pokoju dziecinnego w czwartym miesiącu ciąży jest przedwczesne, ale czekaliśmy na potomka sześć długich lat. Nie było w tym nic przedwczesnego.

– Ach, kochanie, nie wiem…

– Zamierzałam je nazwać Sean, jeżeli okazałoby się chłopcem. – Słyszę, jak wypowiadam te słowa na głos. Powtarzałam je w mojej głowie przez cały dzień, bez przerwy, a teraz wreszcie wylały się ze mnie zamiast łez.

– Bardzo ładne imię, Sean.

– Grace, gdyby było dziewczynką. Po mamie. Ucieszyłaby się.

Zaciska szczęki i spogląda w bok. Ktoś, kto go nie zna, mógłby pomyśleć, że się rozgniewał. Ja wiem, że wcale tak nie jest. Zdaję sobie sprawę, że wzbierają w nim teraz emocje, które powstrzymuje, zaciskając zęby. Czekają na uwolnienie w jednej z tych rzadkich chwil, gdy będzie to absolutnie konieczne, kiedy susza w nim wywoła konieczność rozbicia tamy, zalania uczuciami duszy.

– Z jakiegoś powodu sądziłam, że to będzie chłopiec. Nie wiem dlaczego, po prostu tak czułam. Mogłam się mylić. Zamierzałam go nazwać Sean – powtarzam.

Tata kiwa głową.

– Tak, to bardzo dobre imię.

– Często do niego mówiłam. Śpiewałam mu. Ciekawe, czy mnie słyszał. – Mój głos dociera jakby z daleka. Czuję się, jakbym wołała do kogoś z wielkiej dziupli w drzewie, gdzie się schowałam.

Zapada cisza, kiedy wyobrażam sobie przyszłość, która nigdy nie nastąpi. Przyszłość z wymyślonym Seanem. Śpiewanie mu kołysanek na dobranoc, widok delikatnej skórki, chlapanie wodą podczas kąpieli. Kopiące nóżki, jazdę na pierwszym rowerku. Zamki z piasku i zagorzałe kłótnie na temat piłki nożnej. Gniew na to, co mnie ominęło – nie, gorzej, na stracone życie – wypełnia mnie po brzegi, zagłuszając myśli.

– Zastanawiam się, czy w ogóle wiedział.

– Co wiedział, kochanie?

– Co się dzieje. Że go nie będzie. Czy pomyślał, że to ja go odsyłam w jakieś inne miejsce? Mam nadzieję, że mnie nie wini. Miał tylko mnie, a… – Przerywam. Chwilowy koniec tortur. Czuję, że dzieli mnie zaledwie kilka sekund od wydania z siebie krzyku tak potwornego, że natychmiast muszę zamilknąć.

– Gdzie on teraz jest, tato? – pytam. – Jak można umrzeć, kiedy się jeszcze nie urodziło?

– Kochanie… – Chwyta moją dłoń i ściska ją.

– Powiedz mi.

Tym razem zastanawia się nad odpowiedzią. Długo i intensywnie. Gładzi moje włosy, palcami odgarnia kosmyki z twarzy i wkłada za uszy. Nie robił tego, od kiedy byłam mała.

– Myślę, że jest w niebie, kochanie. Nie, nie myślę, ja to wiem. Jest tam, na górze, z twoją mamą, o tak. Siedzi u niej na kolanach, kiedy ona gra w remika z Pauline, ogrywa ją jak chce i chichocze radośnie. O tak, ona tam jest. – Spogląda w górę i unosi palec wskazujący. – Gracie, słońce, zadbaj o małego Seana, dobrze? Opowie mu o tobie, kochanie, wszystko, od czasu gdy byłaś niemowlakiem, poprzez dzień, kiedy postawiłaś pierwszy krok i kiedy wyrżnął ci się pierwszy ząb. Opisze mu twój pierwszy i ostatni dzień w szkole, i wszystkie dni pomiędzy. Sean będzie wiedział o tobie wszystko i kiedy przekroczysz bramy raju jako stara kobieta, o wiele starsza niż ja teraz, spojrzy na ciebie znad remika i powie „Ach, oto ona, moja mamusia”. Będzie wiedział od razu.

Gula w moim gardle jest tak wielka, że z trudem przełykam. Nie potrafię niczego powiedzieć, podziękować, ale tata chyba widzi to w moich oczach, bo tylko kiwa głową i spogląda w telewizor, kiedy ja zwracam się w stronę nicości za oknem.

– Mają tu przyjemną kaplicę, wiesz, kochanie? Może powinnaś tam wstąpić, kiedy już się lepiej poczujesz. Nie musisz nic mówić. Panu Bogu to nie przeszkadza. Po prostu usiądź sobie tam i pomyśl. Mnie to zawsze pomaga.

To chyba ostatnie miejsce na tej ziemi, w którym chciałabym się znaleźć.

– To bardzo dobre miejsce – dodaje tata, jakby czytając w moich myślach. Przygląda mi się i niemal słyszę, jak modli się o to, żebym wyskoczyła z łóżka i chwyciła różaniec, który położył na szafce przy łóżku.

– To rokokowy budynek, wiesz? – rzucam nagle, nie mając pojęcia, o czym mówię.

– Jaki budynek? – Tata marszczy brwi. Jego oczy znikają pod nimi niczym dwa ślimaki chowające się w muszlach. – Szpital?

Zastanawiam się.

– O czym rozmawialiśmy?

– O maltesersach. Nie! – Milknie na chwilę, a potem zaczyna odpowiadać, jakby startował w konkursie szybkiego zgadywania. – Banany! Nie. Niebo! Nie. Kaplica! Rozmawialiśmy o kaplicy. – Uśmiecha się szeroko, szczęśliwy, ponieważ przypomniał sobie naszą konwersację zaledwie sprzed minuty. – A potem powiedziałaś, że to rozklekotany budynek. Chociaż, szczerze powiedziawszy, wydaje mi się w porządku. Może i jest trochę stary i rozklekotany, ale nie ma w tym nic złego. – Puszcza do mnie oczko.

– Kaplica jest rokokowa, a nie rozklekotana – poprawiam go, czując się jak nauczycielka. – Znana z drobiazgowej skomplikowanej dekoracji architektonicznej sufitu, wykonanej przez francuskiego sztukatora Barthelemy’ego Cramilliona.

– Naprawdę? Kiedy on to zrobił? – Tata przysuwa krzesło bliżej do łóżka. Niczego bardziej nie lubi niż stare dobre scéal[3].

– W 1762 roku. – Precyzyjne, przypadkowe, naturalne. Nie mam pojęcia, skąd to wiem.

– Tak dawno temu? Nie wiedziałem, że ten szpital jest taki stary.

– Zbudowano go w 1757 roku – odpowiadam i marszczę brwi. Skąd, do diabła, ja to wszystko wiem? Nie potrafię się jednak powstrzymać, zupełnie jakby moje usta były zdalnie sterowane, kompletnie odłączone od mózgu. – Został zaprojektowany przez tego samego architekta, który zbudował Leinster House. Nazywał się Richard Cassels. Jeden z najsławniejszych architektów swoich czasów.

– Słyszałem coś o nim – kłamie tata. – Gdybyś powiedziała Dick, od razu bym skojarzył – chichocze.

– Był to pomysł Bartholomew Mosse’a – wyjaśniam, nie wiedząc, skąd się we mnie biorą te słowa, ta wiedza.

Doznaję déja vu: znam to uczucie, te słowa, chociaż nigdy ich nie słyszałam ani nie wypowiadałam wcześniej w tym szpitalu. Przez chwilę wydaje mi się, że może zmyślam, ale mam głębokie przekonanie, że te informacje są poprawne. Fala ciepła oblewa moje ciało.

– W 1745 roku kupił mały teatr zwany New Booth i przekształcił go w pierwszy szpital położniczy w Dublinie.

– Stał w tym miejscu? Teatr?

– Nie, na George’s Lane. Tutaj były tylko pola. W końcu jednak oryginalny budynek zrobił się za mały i Mosse kupił ten teren. Porozumiał się z Richardem Casselsem i w 1757 roku Lord Namiestnik otworzył nowy szpital położniczy, znany pod nazwą Rotunda. Było to ósmego grudnia, jeśli pamiętam.

Tata był wyraźnie zaskoczony.

– Nie wiedziałem, że interesujesz się takimi rzeczami, Joyce. Skąd ty to wszystko wiesz?

Marszczę brwi. Nie mam pojęcia. Nagle ogarnia mnie poczucie ogromnej frustracji. Potrząsam gwałtownie głową.

– Chcę pójść do fryzjera – rzucam gniewnie, zdmuchując grzywkę z czoła. – Chcę stąd wyjść.

– Dobrze kochanie – uspokaja mnie cicho tata. – Jeszcze tylko parę dni.


7

Idźże wreszcie do fryzjera!

Justin zdmuchuje grzywkę z oczu i spogląda z niechęcią na swoje odbicie w lustrze.

Zanim zobaczył, jak wygląda, pakował się przed powrotem do Londynu, gwiżdżąc radosną melodyjkę. Świeżo rozwiedziony mężczyzna, który dopiero co przespał się z pierwszą kobietą od czasów małżeństwa. No dobrze, to był drugi raz w tym roku, ale pierwszy, który będzie przypominał sobie z pewną dozą dumy. Teraz, gdy stoi przed wielkim lustrem, wyobrażenie, iż jest Fabiem[4], znika niczym sen złoty.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.