Dzieci szczęścia - Waleria Marrene-Morzkowska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 266 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dzieci szczęścia - Waleria Marrene-Morzkowska

Romans z 1891 roku. Waleria Marrené-Morzkowska (1832–1903) to polska pisarka, publicystka, krytyczka literacka i feministka okresu pozytywizmu. Nauki pobierała w domu, a następnie w szkołach w Puławach oraz w Krakowie. Wiele podróżowała. Zawarła długoletnią przyjaźń z Elizą Orzeszkową. Po przeprowadzce w 1877 roku do Warszawy zajęła się pisarstwem, publicystyką i filantropią. W swoim domu prowadziła popularny salon literacki. Debiutowała powieścią „Nowy gladiator” w 1857 roku. Opublikowała ponad dwadzieścia utworów prozatorskich, głównie w typie romansu. Wiele z nich można zaliczyć do nurtu powieści tendencyjnej. Często poruszały one problematykę emancypacji kobiet. W jej dorobku znalazły się także publikowane na łamach „Przeglądu Tygodniowego” artykuły krytyczne, szkice literackie, recenzje i sprawozdania. Przełożyła „Kobietę trzydziestoletnią” Balzaka oraz wybrane dramaty Henryka Ibsena. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Dzieci szczęścia - Waleria Marrene-Morzkowska

Fragment ebooka Dzieci szczęścia - Waleria Marrene-Morzkowska

Waleria Marrené-Morzkowska

Dzieci szczęścia

 

 

Warszawa 2012

Spis treści

  1. [Dzieci szczęścia]
  2. Kolofon
Dzieci szczęścia-[Dzieci szczęścia]

[Dzieci szczęścia]

Zegar stojący na kominku wydzwonił już dawno dziesiątą godzinę, gdy panna Marcela Sawińska wyszła ze swego sypialnego pokoju. Płeć przezroczysta i delikatnie zabarwione policzki świadczyły o długim, spokojnym śnie, oczy spoglądały swobodnie i wśród jasnej twarzy błyszczały pogodą, jak dwa słońca. Czoło, skronie, powieki miały perłowe odbłyski, zdobiące niekiedy w młodości płeć jasnych blondynek.

Pomimo wczesnej godziny panna Marcela była ubraną wykwintnie. Miała na sobie bladoniebieską kaszmirową matinée, obszytą mnóstwem koronek. Był to strój, w którym przyjąć mogła poufałych gości, ale, który świadczył zarazem, że nie ciążyły na niej żadne obowiązki, przypadające zwykle pani domu, że rano nie zajmowała się ani spiżarnią, ani porządkiem domowym, ani nawet kwiatami, zapełniającymi żardinierki w buduarze, do którego weszła i w wielkim przyległym salonie.

Bo też Marcela nie potrzebowała trudzić się w podobny sposób. Dwóch lokajów od rana przyprowadzało apartament do należytego porządku, kwiaty odmieniał co tydzień ogrodnik, gospodyni miała pod swym zawiadywaniem kuchnię i spiżarnię. Marcela, co najwyżej odbywała z nią konferencje wieczorem, w czasie, gdy panna służąca układała jej na noc włosy, bo musiała przecież zawiadomić ją z góry, czy nazajutrz zaproszono parę osób na obiad, czy też miała zasiąść do niego tylko rodzina.

Te lekkie obowiązki Marcela pełniła od lat paru, kiedy straciwszy matkę, stanęła na czele ojcowskiego domu. Nie były one wcale uciążliwe, ale ponieważ Marcela była młoda, dziwiono się powszechnie, iż potrafiła utrzymać dom ojcowski na odpowiedniej stopie tak pod względem elegancji, jak powagi. Potrafiła ona więcej jeszcze – matkowała młodszej o cztery lata siostrze, która teraz właśnie pod jej okiem kończyła edukację.

Z tego powodu uważano Marcelę za osobę wyjątkową i na niej też widać było zadowolenie i pewność siebie, jaką nadaje stanowisko, przywyknienie do rozkazywania, lekceważenie pieniędzy, których ojciec dostarczał zawsze bez rachunku.

– Czy panna Jadwiga już wstała? – zapytała służącej, która przyniosła jej zapomnianą chustkę i francuską powieść czytaną wczoraj wieczorem.

– Jeszcze nie, obudziła się dopiero.

– Powiedz, żeby mi zrobiono herbaty, a jak się panna Jadwiga ubierze, niech przyjdzie pić ją ze mną do jadalnego pokoju.

– Ach! twoja herbata! wiesz, że jej nie cierpię – odezwał się za drzwiami wesoły głosik. I panna Jadwiga wbiegła do pokoju, rzucając się siostrze na szyję.

Stanowiła ona kontrast zupełny z Marcelą tak z twarzy, jak z usposobienia. Była o tyle niesforną, o ile Marcela miała układ pełen powagi. Żywa jak iskra, słowa i czyn zwykle u niej myśl wyprzedzały, ku wielkiej rozpaczy starszej siostry, która pod względem konwenansów była bardzo uważającą i nie znosiła żadnych niestosowności. Liczba tych potępionych niestosowności przerażała Jadwinię; nie mogła czy nie chciała jej spamiętać, zawsze też przeciwko niej wykraczała.

Obie siostry były blondynkami, tylko włosy starszej, podobne do promieni płynnego złota, obejmowały regularny owal twarzy; włosy młodszej, kapryśne, niesforne jak ona sama, tworzyły mnóstwo loczków, pukli, promieni, kosmyków, spadających na szyję, skronie, czoło i twarz śliczną, ale niemającą nic klasycznego, zakrywały nawet niekiedy oczy, błyszczące a modre jak dwa bławatki.

Rysy sióstr miały może rodzinne podobieństwo, ale ukształtowały się stosownie do charakteru. Nosek Jadwini lekko podnosił się w górę, różowe nozdrza drgały za każdym wzruszeniem, wargi jej z żywej purpury miały figlarne zagięcia, zapewne od śmiechu, który gościł na nich nieustannie i rysował mnóstwo ruchomych dołeczków na jej policzkach i bródce.

– Jadwiniu, Jadwiniu! – wołała Marcela, usiłując oswobodzić głowę z jej gwałtownego uścisku – ostrożnie, popsujesz moje czesanie. Matylda układała je przez godzinę.

Różowa buzia skrzywiła się znacząco.

– Jesteś już pod bronią – zawołała z przestrachem.

– A ty Jadwiniu, do czegożeś podobna? – Jadwinia spojrzała na swój flanelowy szlafroczek i zapewne pomyślała o włosach zachwycających, ale niedotkniętych jeszcze grzebieniem i szczotką.

– Jeszcze tak rano – wyrzekła, poruszając się leniwo.

– Blisko południe; mówiłam ci tyle razy, iż panna powinna być zawsze tak ubraną, by w potrzebie każdemu pokazać się mogła.

– Bo widzisz, śpieszyłam się, ma przyjść panna Nelicka.

– Panna Nelicka? Przecież nie bierzesz już od niej lekcji.

– No, tak, niby; ale ja ją bardzo kocham i chciałam zasięgnąć niektórych wiadomości, więc prosiłam, żeby do mnie przyszła.

– Moja Jadwiniu! cóż za wyrażenia. Skądże znowu ta miłość do osoby zapewne bardzo dobrej, bardzo zacnej, lecz ostatecznie nienależącej do naszego świata. Nie jesteś już małą dziewczynką!

– Nie wiedziałam, że się będziesz gniewała; sądziłam, że nauczycielka jest zawsze dla mnie najlepszym towarzystwem, zwłaszcza taka, jak panna Nelicka. Wszyscy ją chwalą.

– To zupełnie co innego; ja chwalę ją także. Są odcienie, które powinna byś już rozumieć. A teraz chodź na herbatę.

– Ślicznie dziękuję; wiesz, że tych twoich szkaradnych ziółek nie cierpię. Wolę się pójść ubrać, zanim panna Nelicka nadejdzie.

– Ależ nie ma potrzeby, dla niej i tak będziesz dość ubraną. Zjedz śniadanie. Nie chcesz herbaty, to każ sobie dać kawy.

Jadwinia zrobiła nieokreśloną minkę zepsutych dzieci, gdy im dają to, czego nie lubią.

– Kawa, herbata: to wszystko do siebie podobne – odrzekła, prostując się z dziecinną powagą – tu i tam wchodzi jednaki pierwiastek.

Marcela omal nie parsknęła śmiechem.

– Skądże o tym wiesz?... – zawołała. Jadwinia zamiast odpowiedzi, pociągnęła siostrę do jadalnego pokoju, wołając, że jest straszliwie głodna i zapominając o tym, że nie cierpi herbaty, zasiadła do niej i wypiła dużą filiżankę.

Kończyły obie śniadanie, gdy do jadalnego pokoju wszedł bocznymi drzwiami młody człowiek. Jadwinia podskoczyła ku niemu.

– Dzień dobry, Stasiu – zawołała – cóż to się stało, że nie jesteś w biurze?

Nowo przybyły nie odpowiedział ani na uścisk, ani na pytanie; nie zdawał się odczuwać należycie jej gorących uczuć. Usunął ją z wolna na bok i nic nie mówiąc, przeszedł się raz i drugi po obszernej jadalni, nie witając się nawet z Marcelą, której oczy śledziły go z widocznym zadowoleniem.

Był to pieszczoszek i nadzieja rodziny: brat jedyny. Blondyn, jak siostry, mógł mieć zaledwie lat dwadzieścia kilka, chociaż żółta cera i oczy podkrążone sprzeczały się z młodością. Pomiędzy nim a Marcelą istniało wyraźne podobieństwo; miał on jak ona regularne rysy i spokojne, wykwintne obejście, tylko u niego spokój ten graniczył z apatią.

Stanisław czynił wrażenie człowieka, którego mało co obchodzi na świecie; często nie umiał odpowiedzieć na to, co do niego mówiono, bo choć nauczył się zwracać z wyszukaną grzecznością do osób, które z nim rozmawiały, najczęściej myśl jego była gdzie indziej, a nawet zwykle im więcej zdawał się słuchać, tym mniej uważał. Jego piękne, jasne oczy, spoglądały zwykle półsennie, jakby trudno mu było rozchylić ociężałe powieki; przesuwał białą ręką po rudawym zaroście z wyrazem najwyższego znudzenia.

W eleganckim rannym ubiorze chodził tu i tam po lśniącej posadzce, w której jego postać odbijała się jakby w zwierciadle. Wreszcie zbliżył się do stołu i zapytał:

– Nie ma herbaty?

– Jest, jest! – zawołała Marcela.

I wbrew zwyczajowi nalała mu jej sama.

On nie usiadł, sięgnął po cytrynę, wycisnął ją prawie całą w filiżankę i pił z wolna zamyślony.

W tej chwili dzwonek odezwał się w przedpokoju i za chwilę weszła do jadalni kobieta niemłoda, z twarzą inteligentną, ruchliwą, ale zmęczoną, ubrana w czarną, wełnianą suknię i czarny kapelusz, którego pióra musiały być nieraz na wilgoci i wietrze, bo rozkręciły się zupełnie.

– A! panna Nelicka – wyrzekła protekcjonalnie Marcela, nie wstając z miejsca.

Stanisław zamyślony zapomniał ukłonić się nowo przybyłej. Nie uczynił tego zapewne przez niegrzeczność, ale był zwykle roztargniony; a trudno przecie wymagać, by kto przełamywał swą naturę dla jakiejś nauczycielki, która nawet ładną być przestała. Zresztą Marcela bardzo w podobnych razach uważająca, nie przypomniała mu także należnego pannie Nelickiej powitania.

Jadwinia za to, pomimo niedawnych napomnień siostry, zerwała się z miejsca i poprowadziła przybyłą, czym prędzej do siebie.

– Nie ma ojca? – zapytał Stanisław, ciągle przechadzając się po pokoju.

– Naturalnie, jest na sądach.

– Nie wiesz, kiedy wróci?

– Nie widziałam go dzisiaj. Zapewne na obiad.

– Czy nie masz przypadkiem pięciuset rubli, Marcelko? Przeklęty bak; karta nie dopisała mi znowu wczoraj!

Mówił to naturalnie; widocznie gra była uważaną w rodzinie za dozwoloną rozrywkę, a przegrana nie robiła różnicy, bo siostra odparła z uśmiechem pobłażliwości:

– Tobie, to, Stasiu, nie dopisuje ona jakoś nigdy.

– A tak, nie mam szczęścia – przyznał dobrodusznie.

– U kogo żeście grali? – spytała po chwili Marcela – ale może moje pytanie jest niedyskretne?

– Bynajmniej; hr. J. zaprosił nas po teatrze na partyjkę do siebie. Grali wszyscy – wyróżniać się było niepodobna.

– Naturalnie – odparła przekonana – wyróżniać się niepodobna.

– Był tam także hr. G., książęta P., pan K., baron L.

Wyliczał z widoczną przyjemnością ten szereg arystokratycznych nazwisk, których siostra z niemniejszą przyjemnością słuchała, a potem dodał:

– Jeśli masz pieniądze, daj mi; gdy przegram, lubię płacić zaraz rano.

– Masz słuszność, tak czynić należy. Ale ja tyle nie mam, mogłabym zaledwie dać ci połowę tej sumy.

– Przecież karcianego długu na raty rozkładać nie będę. Muszę iść szukać ojca. Chciałem się z nim rano zobaczyć i nie wiem, jak się to stało, zaspałem.

– Nic dziwnego, mówiono mi, że już w biały dzień powróciłeś do domu.

– Ciekaw jestem, kto ci to powiedział i kogo to obchodzić może? o której ja powracam.

Położyła mu rękę na ramieniu pieszczotliwym ruchem.

– Obchodzi tych, którzy cię kochają. Patrz, jak ty wyglądasz.

Zwróciła go do lustra, zmuszając do przejrzenia się.

– Trudno, żebym był tak rumiany, jak Jadwinia. Wiesz, że nie lubię, kiedy się kto do mnie wtrąca.

– Och, Stasiu! – zawołała z wybuchem – baw się, wydawaj, zgrywaj, tylko nie każ nam się lękać o twoje zdrowie; pamiętaj, że matka nasza na suchoty umarła.

– Moja Marcelko! Każdy miał rodziców, którzy na coś umarli. Nie jest to przyczyna, by nie używać młodości.

– Używaj, tylko nie nadużywaj – prosiła siostra. – Bawić się powinieneś – to tak naturalne, ale dbać o siebie także.

– Ależ dbam, dbam, zaręczam ci, że dbam – mówił znudzony jej troskliwością.

Uściskał ją pospiesznie i wyszedł szukać ojca. Sanki pędziły na wszystkie strony, napełniając wesołym brzękiem dzwonków powietrze.

Był to piękny dzień zimowy. Jaskrawe słońce uderzało skośnymi promieniami o szyby okien, o latarnie i odbijało się rażąco w każdym błyszczącym przedmiocie.

Białość śniegu mieniła się na dachach kolorami tęczy, lodowe stalaktyty zwieszone z nich, jak pryzmaty żyrandolu, łamały światło; trotuary zalegały tłumy. Wszędzie widać było eleganckie kapelusiki, mikroskopijne mufki, kosztowne futra, strojne okrywki i twarze ożywione, na które mróz kładł kolory zdrowia... Stanisław szedł ku Miodowej ulicy, gdzie skupia się ruch sądownictwa; wiedział, że tam był jego ojciec, jeden z najpierwszych adwokatów warszawskich; szedł przez serce miasta, koło teatru i modnych magazynów, rozdając wśród wykwintnego tłumu, różnego rodzaju ukłony – gdy zatrzymał go głos znajomy:

– Cóż to, Stasiu, nie w biurze?

Interpelował go w ten sposób kolega jeszcze ze szkolnej ławki, a dziś prawnik początkujący, Jerzy Tomilski.

– Głowa mnie boli i spać mi się chce piekielnie, a muszę poszukać ojca.

– Pewnieście gdzie znowu birbantowali do rana!

Apatyczna twarz Stanisława ożywiła się nagle.

– Trochę, trochę – odparł z uśmiechem.

– To się zdarza, ale swoje odrobić potrzeba. Ciebie coś bardzo często głowa boli.

Młody Sawiński wzruszył ramionami.

– Za głupie tysiąc rubli nie będę się przecież zabijał; bo wreszcie nie wiem, po jakiego diabła ojciec chce koniecznie, żebym w tym biurze pracował.

– Jak to! cóż byś innego robił?

– No, tak, tak; coś robić potrzeba.

– A ponieważ nie chciałeś być prawnikiem...

– Ja nie chciałem? Ja chciałem, to profesorowie nie chcieli; zawsze mnie, któryś obciął na egzaminie.

– To na jedno wychodzi. Dość, że ojciec wyrobił ci to miejsce, które dostałeś jedynie dzięki jego wpływom i na którym, zdaje mi się, trzymasz się także dzięki jego wpływom.

– Więc widzisz: czy będę regularnie, czy nie uczęszczał do biura – wyjdzie absolutnie na jedno.

– Gdybyś był innym człowiekiem, powiedziałbym ci, że od tego zależy awans, przyszła kariera...

– Ale ja innym człowiekiem nie jestem, a co do awansu...

Roześmiał się i machnął ręką znacząco.

– Wiesz przecież dobrze, iż nie zdobywa się go pracą. Gdybym pracował, jak wół od rana do nocy i od nocy do świtu, a nie był synem mego ojca – po trzech latach dostałbym zaledwie miejsce kancelisty i zdychałbym z głodu, za jakie trzysta rubli.

– Zawsze przecież na łasce ojca być nie możesz?...

– O, Jerzy! Jerzy! – odparł, przedrzeźniając go Stanisław – gdybyś był innym człowiekiem, nie zadawałbyś mi tego pytania; nie byłbyś także adwokatem bez spraw, nie kłopotałbyś się, jak związać brzeg z brzegiem i nie łatał finansów za pomocą źle płatnych artykułów dziennikarskich.

– Cóż mam robić?

– Co?...

Szli właśnie obydwaj chodnikiem ulicy Senatorskiej około Hersego, gdy przed nim zatrzymały się sanki, całe niedźwiedzim futrem wybite, zaprzężone w parę przepysznych siwków; woźnica okryty cały olbrzymim płaszczem zatrzymał konie przed sklepem, a z sanek wysiadła młoda para.

Stanisław złożył jej głęboki ukłon.

– Oto odpowiedź na twoje pytanie. Przed kilku miesiącami inżynier bez miejsca, którego widziałeś, wszedł w posiadanie tej ślicznej osóbki, a ona przyniosła mu w posagu parę milionów. Tak robią ludzie praktyczni.

– I zostają na łasce żony.

– Wcale nie. Za pomocą owych milionów lub kroci, kupuje się akcje i dostaje wielką posadę, w jakiej instytucji finansowej – posadę, na której pracować nie potrzeba, do której więc ja mam wszelkie prawo postawić kiedyś swoją kandydaturę.

– Kiedyż, jeśli zapytać wolno?

Stanisław zrobił niedbały ruch człowieka, pewnego siebie.

– Mam czas – wyrzekł – gdy trzydziestka zajrzy mi w oczy. Bo ostatecznie po cóż się mam śpieszyć?

Dochodzili właśnie do rogu ulicy Miodowej, kiedy spotkali Sawińskiego, idącego z młodym adwokatem Ryszardem Czerczą, który zwrócił był niedawno na siebie powszechną uwagę śmiałą rozprawą „O kodeksie napoleońskim wobec dzisiejszych idei”... Zdawali się obydwaj bardzo zajęci rozmową. Spotkanie sprowadziło dywersję; Stanisław skorzystał z niej, ażeby odciągnąć ojca na bok, a potem obydwaj, pożegnawszy towarzysza, pośpieszyli do domu.

Sawiński, załatwiwszy bez żadnej trudności interes Stanisława, zapytał o starszą córkę. Była sama w swoim buduarze. Ulubiony ten jej pokój urządzony też był wyłącznie według jej smaku. Siedziała na otomanie z nową powieścią w ręku, której karty przecinała wytwornie rzeźbionym nożem. Przez ciężkie, pluszowe draperie błękitnozielonego koloru morza, przez koronkowe firanki i wielkie liście latarni wciskało się tutaj światło dyskretne, przyćmione, miękkie, jak wszystkie sprzęty, którymi był zastawiony.

Sprzęty bez kantów, stoliki obite starożytnymi tkaninami, rozstawione na dywanie, zaścielającym cały jego obszar. Zbytek tu panujący, kierowany dobrym smakiem, wytworzył atmosferę wdzięku i harmonii. Tu Marcela poruszała się swobodnie, jak we właściwym sobie otoczeniu. Delikatna i swobodna jej piękność nie była stworzoną do otwartych przestrzeni, do słońca, mrozu, powietrza. Ona mogła tylko zakwitać w półcieniu bogatych apartamentów, w temperaturze właściwej cieplarnianym roślinom, do których była podobna. Jej kibić potrzebowała miękkich tkanin, drobne ręce, o smukłych palcach, zakończonych długimi, różowymi paznokciami, nie mogły dotykać bezkarnie przedmiotów szorstkich, ciężkich, grubych. Ręce te nie były przeznaczone do żadnej pracy, jak nóżki do stąpania po twardym bruku ulicznym. Gładkie posadzki, puszyste kobierce, żwirem wysypane aleje ogrodów, to były dla nich miejsca właściwe.

Nie dziw więc, iż w tym wykwintnym buduarze wyglądała, jak piękny obraz w odpowiednich ramach, czuła się prawdziwie u siebie. Należała ona do natur spokojnych, obdarzonych szczęśliwą równowagą władz, z których żadna nie wybujała zbytecznie i nie psuła ogólnej harmonii. Pragnienia jej nie prześcigały rzeczywistości, a błękitne migdały marzeń rosły tak blisko, iż mogła je ująć z łatwością za wyciągnięciem ręki. Gonienie ideałów, aspiracje, nielicujące z możliwością, tęsknoty nieujęte, to wszystko, co wyradza pesymizm, leżało poza granicami jej pojęć. Smutki jej miały zawsze jasno określoną, wyraźną przyczynę i ustawały wraz z jej usunięciem; a z położenia swego i osoby była zupełnie zadowoloną.

– Dzień dobry, ojcze – wyrzekła z uśmiechem, powstając na powitanie.

Sawiński mógł mieć lat około pięćdziesięciu, nie wydawał jednak tego wieku. Średniego wzrostu, z wielką, inteligentną głową i krótką szyją, wyglądał na młodszego niż był rzeczywiście z powodu żywości oczu i ruchliwości oblicza. Dzieci po matce zapewne odziedziczyły piękność i spokój, ojciec był wcieleniem energii. On sam był twórcą swego położenia, sam dźwignął się w hierarchii społecznej i strzegł jej też z niezmierną gorliwością. Lubił używać owoców swej pracy, lubił na każdym kroku pokazać drugim, jak owoce te były obfite. Marcela rozumiała go doskonale. Jeśli Stanisław był jego nadzieją, starsza córka była ukochaniem.

Na stoliku przed otomanką stał w kosztownym wazonie wielki bukiet rzadkich kwiatów. Sawiński, który może wiedział, skąd pochodził, zwrócił na niego uwagę.

– Och! – zawołała obojętnie Marcela – przysłał mi go pan Melchior.

– Pan Uścicki coś bardzo często kwiatami cię obdarza – pochwycił z uśmiechem.

A potem dodał poważnie, siadając obok niej na otomanie:

– Czy nie zastanowiłaś się nigdy nad tym?

Nie wiedziała, co sądzić o tej zmianie tonu. Ojciec nie zwykł był mówić słów próżnych.

– Jest on przyjacielem naszego domu – wyrzekła wymijająco – dawnym bardzo znajomym twoim.

Sawiński spojrzał uważnie w jej oczy.

– Mogę z tobą mówić otwarcie, Marcelo. Masz rok dwudziesty drugi; do tej pory nie brakło starających się o twą rękę; ale pomiędzy nimi nie było ani jednej partii, o której by mówić warto.

– Przecież nie myślisz ojcze o panu Melchiorze?

– Gdybyś była mniej rozsądną, nie pomyślałbym o nim z pewnością, ale ty, Marcelo, zdolna jesteś ocenić korzyść podobnego związku. Uścicki nie jest młodym, to pewna...

Zatrzymał się, jakby oczekiwał zdania córki; ona słuchała w milczeniu.

– Jest za to człowiekiem zacnym i niezmiernie bogatym.

– Czy oświadczył się o mnie?

– Oświadczył i nie oświadczył. Nie ma złudzeń, co do własnej osoby; prosił mnie, żebym cię wybadał, nie jako twój ojciec, ale jako jego przyjaciel.

– Rozumiem – uśmiechnęła się Marcela – jeśli go odrzucę, przyjaciel zatai to przed ojcem...

– Nie chcę wpływać w niczym na twoją decyzję, rozumiem jednak aż nadto znaczenie majątku, ażeby nie zwrócić twojej uwagi na tę potęgę, na tę dźwignię naszego wieku...

Gdy to mówił, wzrok mu zabłysnął.

– Dziś pieniądz: to ród, zdolność, sława, cnota, rozum... on daje wszystko, wszystko bez wyjątku; bo czymże jest człowiek, który ich nie posiada?

– Och! ja nie jestem wcale chciwa, mój ojcze, to, co mam, wystarcza mi.

Mówiła to w dobrej wierze, nie domyślając się nawet, iż słowa te zakrawać mogły na ironię. Jeśli bowiem nie była bogata, posiadała wszystko, co pieniądz dać może.

– A przy tym – dodała po chwili – nie byłabym nigdy zdolna poślubić pana Melchiora.

– Czy chodzi ci o wiek jego? Jest on zaledwie starszy o lat dziesiątek od prezesa Olbrowicza.

Było rzeczą znaną powszechnie, iż wszystkie kobiety za prezesem szalały.

– Ach! cóż za różnica! – zawołała zarumieniona Marcela. – Pan Melchior może być najlepszym z ludzi, może być bogatym, jak Krezus, ale ma w sobie coś tak gminnego...

Twarz jej przybrała wyraz niesmaku.

– Zaklinam cię – pochwyciła z uśmiechem – nie mów nic memu bratu o tej propozycji, niech nie dowie się o niej nigdy...

– Jak chcesz – odparł nieco chmurno – myślałem, że będziesz rozsądniejszą, nie mówmy więc o tym.

– Ja jestem rozsądną, mój ojcze, tylko małżeństwo to uczyniło by mnie nieszczęśliwą; a wszak ty tego nie chcesz.

– A więc nie mówmy o tym nigdy.

Była chwila milczenia. Marcela obrywała bezmyślnie listki kwiatów; Sawiński nie odchodził, spoglądał na córkę.

– Doprawdy, ojcze – rzekła po chwili, podnosząc wzrok na niego – zdaje mi się, że zrobiłam ci przykrość.

– Nie, nie, moje dziecię; jesteś trudną, masz do tego prawo – ty, tak piękna, dobra, rozumna, wykształcona...

Chciała mu przerwać, ale mówił dalej.

– Wobec tego jednak nie mam prawie odwagi, mówić ci o drugiej propozycji.

– A... więc jest i druga?

– Człowiek bez majątku, ale zdolny, młody, energiczny... Jednym słowem...

– Ryszard Czercza – dokończyła.

– Wiedziałaś o tym.

– Inaczej byłabym bardzo niedomyślną.

– Ryszard Czercza – to za mało dla ciebie...

Patrzyła na ojca zagadkowymi oczyma, w których teraz zagrały jakieś blaski nagłe.

– Posłuchaj, ojcze – rzekła – jak ja tę rzecz uważam.

Usiadła wygodniej na otomanie, oparła głowę na ręku i mówiła:

– Jak sam powiedziałeś, mam rok dwudziesty drugi i dotąd nie zdarzyła mi się partia właściwa; jest to fakt smutny, ale prawdziwy. Czercza ma przyszłość przed sobą, a przy twojej pomocy... Wszak żałowałeś nieraz, iż Staś prawnikiem nie został; mówiłeś, że potrzebujesz pomocy, że twojej klienteli wystarczyć nie jesteś w stanie...

– Jak ty to pamiętasz... proszę, proszę...

– Otóż, gdyby pan Ryszard był twoim synem...

Umilkła zarumieniona, a ojciec mówił znowu, może trochę smutnie.

– A więc, jak widzę, ułożyliście to już pomiędzy sobą. Biedny Melchior, nie mógł mieć szansy żadnej; powiem mu, że propozycja jego przyszła nie w porę; była spóźnioną, to może zmniejszy przykrość odmowy.

Marcela zapomniała już o starym zalotniku, myśl jej biegała gdzie indziej; zdawała się zapominać o tym, co ją otaczało, nawet zapominać o obecności ojca.

– Powiedz – wyrzekł znowu Sawiński przyciszonym głosem, bo pojmował snadź niedyskrecję swego pytania – więc ty go kochasz?

Zarumieniła się zrazu, jak szesnastoletnia dzieweczka i zamiast odpowiedzi spuściła głowę, ale po chwili podniosła ją i rzekła z pewną stanowczością:

– Gdybyś uważał to małżeństwo za niestosowne, zrzekłabym się go bez wahania; ale wszakże jedyna to możliwa partia, jaka mi się zdarzyła, bo pana Melchiora nie liczę. Czercza nie zadawala mojej miłości własnej, marzyłam, o czym innym, przyznaję, ale czuję, iż będę z nim szczęśliwą.

Nie było to wyznanie namiętnej kochanki, lecz kobiety, która obrachowała wszystko, co za i przeciw powiedzieć można, a na szalę kładła też i własną skłonność. Być może, iż czuła się upokorzoną tym, że nie zdobyła sobie człowieka, co by jej mógł ofiarować los wyjątkowy. Chciała, więc przynajmniej pokryć swą porażkę miłością, którą Ryszard wzbudzić miał prawo. Być może, iż rok lub dwa przedtem byłaby go odrzuciła. Dziś trafił na stosowną chwilę.

Wiadomość o małżeństwie swej córki, Sawiński urzędownie zakomunikował kolegom i znajomym. Nie był jednak z samego faktu zbyt zadowolony; można to było poznać z objaśnień, które czuł się w obowiązku każdemu po szczególe udzielać, a wynosił w nich pod niebiosa zdolności i charakter przyszłego zięcia. W końcu zaś dodawał z właściwym sobie uśmiechem: „umiał się podobać” – jakby tym słowem zamykał usta wszelkim przedstawieniom.

Przedstawień nikt nie robił; małżeństwo to obchodziło tylko wielbicieli Marceli, bliższych przyjaciół Sawińskich lub Czerczy. Do tych ostatnich należał Tomilski, który znał dobrze Ryszarda. Razem chodzili na prawo, razem je ukończyli. Znał zamiary, położenie swego kolegi i wieść o jego małżeństwie przejęła go zdziwieniem. Nie chciał jej wierzyć.

– Czy to prawda, Ryszardzie? – zapytał, spotkawszy go w izbie obrończej i odciągając na bok.

Mógł nie pytać; odpowiedź leżała na wyrazistej twarzy młodego prawnika, w uśmiechu tryumfu, który okalał mu usta, w blasku, który promieniał mu z oka. Sama jego powierzchowność starczyła za usprawiedliwienie Marceli. Czercza nie był pierwszym lepszym, znać to było z pierwszego wejrzenia. Naczelnym rysem jego postaci była energia. Czoło szerokie, rozwinięte, świadczyło o bogactwie inteligencji, czarne włosy, krótko przystrzyżone, uwydatniała szlachetny kontur głowy. Ponad nosem prostym, silnie osadzonym, zbiegały się brwi ciemną linią, nadając ostry wyraz całej fizjonomii w chwilach, gdy nie rozjaśniał ich uśmiech. Oczy były bystre, śmiałe, przenikliwe, grały w nich barwy różne, w ciemności źrenice te świeciły, jak oczy wilka, w promieniach dnia nabierały oranżowych odcieni. Oczy te wydawały się większymi, niż były w istocie, z powodu koloru powiek, jakby spalonych żarem pragnień, znużonych natężeniem myśli. Odpowiadały im skronie wydatne, nabiegłe wyraźnymi żyłkami, ciemniejsze od białego czoła i matowej twarzy, której ogólny wyraz świadczył o skupieniu władz duszy.

Patrząc na tego człowieka, można było przysiąc, iż wiedział, czego chciał i celu z oka nie spuszczał nigdy, że bezpiecznie było oprzeć się na jego ramieniu, a źle stanąć na jego drodze.

Marcela trafem, czy rozmysłem, dobrze wybrała przyszłego towarzysza życia. Było to narzędzie ludzkie, wybornie urobione do walki. Jakiej zaś miał poświęcić się sprawie, na zagadkę tę, dotąd nierozwiązaną, odpowiedź dać mogło jedynie życie.

– Czy to prawda, Ryszardzie? – powtarzał, spoglądając na niego – ty żenisz się z panną Sawińską?

– Alboż cię to dziwi? czy może nie znajdujesz jej dość piękną, lub nie uważasz, by rodzina Sawińskich godną była połączyć się z moją wielmożnością? – odparł żartobliwie.

– Choćbyś miał przygnieść mnie twoim szyderstwem, powiem, że tak jest. Panna Marcela należy do tych kobiet, których życie – to jedynie pasmo uciech i zbytków. Ty wiesz o tym dobrze.

– Przynosi mi też w posagu część klienteli Sawińskiego, jego wpływy i poparcie; byłbym bardzo niedołężnym, gdybym z tego nie wysnuł dla niej złocistych kobierców i nie usłał nim jej drogi.

– Ha! więc to, dlatego...

Ryszard milczał i spoglądał na niego uśmiechnięty, promieniejący. Jak wszyscy prawie ludzie czynu, zwierzać się nie lubił.

– Przed kilku dniami – zawołał Jerzy rozdrażniony – twój przyszły szwagier wskazywał mi bogate ożenienie jako jedyny punkt wyjścia; ty, jak widzę, czynisz to samo. Więc już nie pozostaje wam innej drogi na świecie, jak uczepić się kobiecego fartuszka. W takim razie winszuję, winszuję...

– Ja i Stanisław nie jesteśmy do siebie podobni – odparł Czercza. – Ja, ubogi i nieznany, znajdę w Sawińskim ten punkt oparcia, o który wołał Archimedes, ażeby świat dźwignąć z posad; dowiodę, iż Marcela, powierzając mi swą przyszłość, nie robi złego interesu; pokażę, czym stanie się ten biedak, którego zaślubia. Otoczę ją bogactwem, zbytkiem, szczęściem; będzie przedmiotem zazdrości.

– A ty, Ryszardzie?

– A ja?... ja...

Przez chwilę zdawał się wahać, w oczach śmiały mu się złote blaski. Potem nachylił się do towarzysza i rzucił mu w ucho to jedno słowo:

– Ja ją kocham.

Kochali się oboje więcej, niż to przyznać chcieli. Dwie te natury dopełniały się wzajem.

– Tym gorzej – zawołał, wcale nierozbrojony Tomilski. – Ty i Marcela! Ty szermierz życia, znający jego zasadzki, bagna, rozdroża; ona – istota cieplarniana.

– Kocham ją taką, jaką jest, z jej przymiotami, przywarami, z czym chcesz wreszcie. Miłość moja nie jest dogmatycznie wyrozumowana, jest może nierozumną, wszystko mi jedno. Los czyni ją możliwą, sprzeczać się z nim przecież nie będę. Za kilka dni nasze zaręczyny. Jesteś zaproszony.

– I ja i pół Warszawy co najmniej.

– Sawiński daje tym sposobem dowód znajomości ludzi. Zięć, zaprezentowany wśród świetnego balu, inaczej wygląda, niż ten, któremu się córkę przyrzeka, jakby w tajemnicy, w szczupłym kółku rodzinnym. Zapewne marzył on dla Marceli o innym małżeństwie, ale skoro te marzenia się nie spełniły, chce podnieść rzeczywistość do ich wysokości.

– I ty, Ryszardzie, miałbyś tego potrzebować?

– W twoich oczach nie, ale świat nie wie nawet o moim istnieniu; cyfry nieznane nie mogą mieć żadnego znaczenia, dopóki jakim bądź sposobem nie staną się widzialnymi. Sawiński ułatwi mi drogę; rozumie, że dziś jest to nasz wspólny interes. Bądź pewny, że jeśli człowiek dochodzi szybko do zamierzonego celu, czy to będzie majątek, sława, zaszczyty – może mieć zdolności, ale niewątpliwie łączy do nich zręczność, która im pole otwiera.

Rzeczywiście Sawiński rozumiał położenie. Skoro raz zdecydował się oddać córkę początkującemu prawnikowi, bez nazwiska i znaczenia, nie chciał, by to małżeństwo wyglądało na porażkę; przeciwnie, chciał pokazać, iż odkrył człowieka, który mu zaszczyt przyniesie, pysznił się nim zawczasu. Chciał, by uroczystość zaręczynowa zaćmiła świetnością wszystkie inne, by wspominano ją długo. Było w tym wyrachowanie, ale dogadzało ono także jego miłości własnej. Sawiński, sam twórca swego położenia, był dumny ze środków, jakie mu ono dawało. Urządzenie domu, służba, przyjęcie, stwierdzały je w oczach świata, były niejako materialnym dowodem zdolności. Dlatego też lubił rzeczy wyszukane, nie dla ich piękności samej, ale wprost z powodu, iż były dla wielu niedostępne.

Pieniądz grał tak wielką rolę w jego życiu, iż nauczył się cenić go nade wszystko, ludzi według niego szacować i pokazywać go wszędzie.

Przed zaręczynowym balem, który wypadł właśnie na początku karnawału, odbywał on nieustanne narady z Marcelą. Wszystko, co najkosztowniejszego posiadała Warszawa, musiało być w dniu tym na jego stole, lub służyć do przybrania apartamentu. Czego nie posiadała, sprowadzono z zagranicy.

Sawiński był wprawdzie czynnym członkiem Towarzystwa Popierania Przemysłu Krajowego, ale w tych okolicznościach trudno było wymagać, by zadowolił się tym, co kraj dać może. To dobre dla zwykłych biedaków, rachujących się z każdym groszem; on tego czynić nie potrzebował – on, któremu nieraz jedna wygrana sprawa przynosiła krocie.

Nie dziw więc, iż w dzień uroczysty cały apartament przedstawiał czarujący widok. Z oświetlenia salonu wykluczono lampy. Gorzał on mnóstwem świec, osadzonych w olbrzymi żyrandol ze szkła weneckiego, w takież świeczniki, gęsto przybite do ścian, a wielkie starożytne brązowe kandelabry, ustawione w rogach salonu wśród klombów zieleni, dźwigały w górę całe snopy światła. Zębate wachlarze palm, wąskie pierzaste cykasy, kwadratowe wycięte liście filodendronów, mieszały się z lśniącą zielenią kwitnących kamelii i odbijały ostro na białych tapetach. Przejmująca woń hiacyntów i fiołków unosiła się w powietrzu, snopy światła słały na posadzkę, łamały w szklanych liściach żyrandolów, odbijały w zwierciadłach. Salon, jak zaczarowany pałac dobrej wieszczki, zdawał się oczekiwać strojnego tłumu, który miał go za chwilę zapełnić.

Czasem tylko jeden z licznego zastępu lokajów we fraku i białym krawacie przesunął się do dalszych pokoi, poprawił lub przyniósł coś jeszcze.

Przez drzwi otwarte na oścież, widać było buduar Marceli, obwieszony błękitnozielonawymi draperiami, z takimiż lampami, które, ukryte wśród kwiatów, czyniły go podobnym do tajemniczego przybytku ondyn, oblanego blaskiem księżyca.

Ruch cały skupiał się w dalszych pokojach. W jadalni kończono strojenie stołu, zastawionego w podkowę. Po rogach, w starych francuskich majolikach, stały olbrzymie bukiety żywych kwiatów. Piramidy z kryształu i srebra dźwigały najwyszukańsze owoce i cukry. W rżniętych pryzmatach szkieł czeskich łamało się światło i rzucało tęczowe promienie na misterne desenie obrusu. Brązy i srebra, umiejętnie rozstawione, połyskiwały na kształt starożytnych zwierciadeł, odbijając globy płonących lamp. Kolorowe kieliszki do win rozmaitych, dodawały do tej wesołej harmonii nutę poważną, przypominały kolorem szyby świątyń gotyckich i kładły gdzieniegdzie wśród tęcz pryzmatycznych na śnieżnej białości obrusu, na talerzach z saskiej porcelany, malowanych w kwiaty i amorki, swe bursztynowe i rubinowe barwy.

Bohaterka dnia, Marcela, w bladoróżowej sukni, naszytej dżetowymi perłami, mieniącymi się w różne kolory, przywodziła na myśl zorzę poranną. Jasnozłote włosy, bez żadnej przymieszki pudru, upięte wysoko, odsłaniały klasyczne zarysy szyi i drobne ucho, w którym rzucały ognie wielkie brylanty kolczyków. Blade róże, wpięte we włosy, zwieszały swe pączki i liście na ramiona, podobne do lekko zabarwionego alabastru, mieniącego się odbłyskami muszli perłowej. Zarówno, jak włosy, twarz miała wolną od pudru, który mógł tylko skazić jej białość. Piękność jej nie potrzebowała dodatków żadnych, jak nie lękała się światła. Spokojna, uśmiechnięta, podobną była do wieszczki, królującej w zaczarowanej krainie woni i zbytku.

Ubrana zupełnie już o w pół do dziesiątej, pomimo wczesnej godziny, wchodziła do pokoju siostry. Jadwinia miała wprawdzie ufryzowaną głowę, miała nóżki obute w różowe jedwabne pończoszki i różowe pantofelki, miała nawet na sobie z jedwabnej gazy spódniczkę, tylko, zamiast stanika, narzucony był na ramiona batystowy kaftanik.

– Cóż się to stało? – zawołała zdziwiona Marcela.

– Widzisz, Marcelko, stanik był za ciasny, posłałam go do magazynu.

– Można go było włożyć – wtrąciła panna Matylda, która z powagą swego urzędu prezydowała w ubieralni – ale panna Jadwiga nie chciała pozwolić przysznurować gorsetu.

– Marcelko, ja nie mogę być ściśnięta; nie miałabym żadnej przyjemności – tłumaczyła się Jadwinia. – Ja się tak będę bawiła!

– Trzeba było wcześniej o tym staniku pomyśleć. Pamiętaj, że w domu własnym panna spóźnić się nie może.

– Och, jeśli tylko o to idzie, pozwól mi włożyć niebieską sukienkę, a wnet będę gotowa... Świeżuteńka!

– Suknia wełniana! Co też tobie do głowy przychodzi! – rzekła zgorszona tą samą myślą Marcela. – Któż widział na bal kłaść suknię wełnianą!

– Zaręczam ci, tańczyłabym w niej tak samo. Pozwól tylko, a zobaczysz.

– Moja Jadwiniu, czyż nie rozumiesz, co strój znaczy dla kobiety?...

– A te, co nie mają, za co stroić się?

– Te – odparła z wyrazem litosnego ubolewania Marcela – bądź pewna, że zawsze przyćmione zostaną.

– To cóż mi po piękności, którą zawdzięczam modniarce, a wreszcie pieniądzom, jakie wydać mogę? Ja chcę się podobać sama przez się, chociażby w brzydkiej sukni.

Marcela uśmiechnęła się, jak matka uśmiecha się z dziwactwa dziecka.

– Nawet Kopciuszek – wyrzekła – zdobyła sobie królewicza, kiedy dobra wieszczka, dotknięciem laski czarodziejskiej ubrała ją w pyszną toaletę, a do tego dodała elegancki ekwipaż.

– To i cóż? bajka dobrą jest dla małych dziewczynek, które marzą o królewiczach, ale ja...

– O czymże ty marzysz Jadwiniu?

Zagadniona wahała się chwilę, a potem wyrzekła z nagłą determinacją:

– O uczciwym chłopcu, który by mnie kochał strojną, czy nie, bogatą, czy ubogą, z którym pracowalibyśmy razem.

– Ciekawa jestem bardzo, jakbyś ty pracowała? – wyrzekła Marcela, przyglądając się jej z najwyższym zdziwieniem.

– W czasie, gdy on byłby w fabryce...

– W fabryce! myślisz iść za robotnika?

Twarz Jadwini przybrała nagle kolor piwonii.

– Przecież w fabrykach są nie tylko robotnicy. Łapiesz mnie za słówka; mówiłam w fabryce, jakbym powiedziała: na sądach, albo w biurze; ja wówczas malowałabym na porcelanie, albo robiła koronki, albo cokolwiek innego, co przynosiło by mi wiele pieniędzy. Wiesz – jak w tej komedii „O własnej sile”, którą doskonale pamiętam.

Marcela nie przypominała sobie komedii tak dobrze, jak siostra. Zresztą o to nie chodziło.

– Ależ ty tego wszystkiego nie umiesz! – zawołała.

– Wielka rzecz! nauczyć się mogę. Przy tym doglądałabym porządku domowego – obiadu: kupiłam sobie nawet książkę kucharską.

– Widzę, iż nie żartem myślisz swoje zamiary w czyn wprowadzić – rzekła z pobłażliwym uśmiechem. – Nie wątpię nawet, że masz gotowego bohatera tej pięknej sielanki.

Nie wiadomo, co Jadwinia byłaby odpowiedziała na tak wyraźną interpelację, bo w tej chwili wniesiono stanik i naturalnie, wobec toalety, wszystkie inne kwestię poszły na bok.

O dziesiątej stawił się narzeczony, poprzedzony przepysznym bukietem, przystosowanym do koloru sukni Marceli, bo składały go same różowe kwiaty. Potem przybyło kilku poufalszych, lepiej znajomych, ciekawszych, a po jedenastej goście napływać zaczęli zbitą falą.

Dzwonek odzywał się co minuta, następnie słychać było w przedpokoju szelest sukien, mniej więcej długo przyprowadzanych do porządku i ukazywały się młode kobiety, małżeństwa, rodziny całe. Czarne fraki zwykle zostawały przy wejściu, w czasie gdy gospodarz domu, jego córka i syn przeprowadzali kobiety do miejsc właściwych na kanapach i fotelach, ustawionych wkoło ścian wielkiego salonu. Panie, usiadłszy, przypatrywały się jedna drugiej, robiąc przegląd strojów i twarzy. Mężczyźni znów wchodzili po jednym, po dwóch, składali głęboki ukłon Marceli, czasem ściskali jej rękę, witali się z panem domu, ze Stanisławem i skupiali przy drzwiach, coraz zbitszym zastępem.

Marcela czyniła honory domu z właściwym sobie wdziękiem. Było rzeczą widoczną, iż była mistrzynią w tej sztuce. Zapanowała nad rozmarzeniem, które przebaczono by narzeczonej; dla każdego miała uprzejme słówko lub uśmiech, nawet dla pana Melchiora, który stawił się, choć sztywny i cierpki, ażeby nie dać poznać swej porażki. Jadwinia kręciła się jak chochlik po salonie, udzielając gościom swej wesołości.

Męska część rodziny znajdowała się także na swoim stanowisku. Sawiński był uprzedzająco grzecznym; Ryszard, nie narzucając się zbytecznie, zabierał powoli swe miejsce w domu przyszłego teścia, a Stanisław – gładki, poprawny w obejściu jak w stroju bez zarzutu, żółtoblady, jak zwykle, z oczyma też jak zwykle, przygasłymi i lekko podsiniałymi, spełniał obowiązki wicegospodarza wzorowo; dość było jednak spojrzeć na niego, by zrozumieć, iż nie bawił się wcale, że czynił tylko ustępstwo konwenansom, w duchu może posyłając do diabła całe towarzystwo.

Gości przybywało ciągle. Roznoszono herbatę dla formy, gdyż każdy prawie odsuwał podawaną sobie filiżankę. Tłum różnobarwnych kobiet zasiadł wszystkie miejsca, a czarny zastęp mężczyzn posuwał się z wolna ku środkowi salonu na kształt wzbierającej fali. Ci, co nadchodzili teraz, sprawiali pewne zamieszanie. Dla przybywających pań przynoszono krzesła, które znów wysuwały się coraz bardziej, zajmując przestrzeń, przeznaczoną na arenę tańca; inne przechodziły do dalszych pokoi. Panny po dwie, po trzy razem wysuwały się do buduaru. Niektóre kobiety, spóźniające się z umysłu, wprost tam dążyły.

W buduarze bawiono się swobodnie. W salonie, z rzadka tylko jaka postać męska śmielsza lub bardziej niecierpliwa, z szapoklakiem pod pachą, nie czekając chwili rozpoczęcia tańca, wysuwała się z szeregów, zalegających drzwi wejściowe, przekraczała dzielącą ją od pań przestrzeń, składała ukłon, zamieniała słów parę i cofała się na powrót, niby dawni rycerze, rozpoczynający harce przed bitwą.

Do buduaru mężczyźni mieli przystęp przez gabinet pana domu i tu już zajmowali miejsca pomiędzy damami na taboretach, krzesłach, jakie w potrzebie przynosili sobie sami i umieszczali przy tych, z którymi rozmawiać pragnęli.