Dzieci hanyski - Helena Buchner (Leonia) - ebook
Wydawca: My Book Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Dzieci hanyski ebook

Helena Buchner (Leonia)

3.77777777777778 (18)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dzieci hanyski - Helena Buchner (Leonia)

Dalsze losy Marii i jej dzieci, znanych już czytelnikowi z książki "Hanyska".
Po latach skrajnej nędzy i upokorzeń rodzinie Brunów jako tako się żyje. Jest i co do garnka włożyć, i co przyodziać. Dzieci chodzą do szkoły. Ale mimo że już nawet języka niemieckiego zapomniały, dla miejscowych są wciąż obcymi, uśpionymi wrogami, którzy zapewne tylko czekają na pojawienie się nowego Hitlera - by znów wyciągnąć rękę po polskie ziemie. Jednocześnie, mimo wielokrotnie składanych wniosków, rodzina Marii przez długi czas nie otrzymuje pozwolenia na wyjazd do Niemiec. A gdy je wreszcie dostają - okazuje się ono nie wyzwoleniem, a karą...

Opinie o ebooku Dzieci hanyski - Helena Buchner (Leonia)

Fragment ebooka Dzieci hanyski - Helena Buchner (Leonia)







© Copyright by Helena Buchner 2008

ISBN 978-83-7564-045-8

Wydawnictwo My Book

www.mybook.pl

Publikacja chroniona prawem autorskim.

Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.
virtualo.eu


Od autorki

Drodzy Czytelnicy


Pamiętacie moją Hanyskę? Napisałam dalsze dzieje Marii Brunn i jej dzieci. To czasy powojenne. To nasze czasy. To czasy moich starszych sióstr i moje.

Znów odnajdziecie w mojej książce siebie, swoje sympatie i antypatie, swoich przyjaciół i nieprzyjaciół. Powrócicie na chwilę do pięknych lat młodości, które nie zawsze były piękne, które dla nas autochtonów, Ślązaków, Niemców były trudne. Bardzo trudne. Zaś Wy, młodzi, poznacie, jak się Waszym Rodzicom wtedy żyło.

Siedzę tu, w tej mojej wsi. Tu mi się dobrze żyje i dobrze pisze. Tu mi się o ludziach z takiej wsi jak moja dobrze pisze.

Moja książka to fikcja literacka. Jednak to wszystko było kiedyś komuś opowiadane, przez kogoś zasłyszane i przeżywane. I ja to przeżyłam, i Ty też.

Jak dobrze jest pisać o tym, o czym się wie, co się czuje…

Jak dobrze jest o tym czytać i móc siebie choć w małym fragmenciku książki znaleźć.


Leonia – Helena Buchner


Jełowa, 19 października 2007


Rozdział 1

Wrzesień przyniósł ciszę, jak co roku. Coś takiego się właśnie we wrześniu dzieje. Dom przedpołudniami pustoszeje i podwórze też jest puste. Dzieci idą do szkoły. Dość tego biegania po miedzach, dość tych kąpieli w rzeczce, dość borówek i jagód zbierania. Już po odpuście na świętego Bartłomieja szykowały się dzieci do szkoły. To, co na zbieraniu jagód zarobiły, wydane zostało na zeszyty, ołówki, piórka, atrament. Na nowe tornistry i teczki nie, bo stare dobre jeszcze były. Książki dla Hanyska też były stare, bo jedno po drugim z nich się uczyło i parę lat te książki na Hanyska czekały. Tylko Liza i Peter nowe mieli, bo do nowej szkoły szli. Erika też stare podręczniki od koleżanki z wyższej klasy odkupiła. Tanio je kupiła, jedynie za to, co sama dostała za swoje.

Jeszcze przed odpustem jechała Maria ze starszymi do miasta po to, co potrzebne było. Dzieci by dużo niepotrzebnych rzeczy kupiły. Kupiłyby okładki na książki i zeszyty, a przecież można je obłożyć w zwykły papier pakowy, albo i w gazetę, kupiłyby naklejki kolorowe do podpisywania, a przecież można na okładce napisać, czyja to książka lub zeszyt. I jeszcze by piórniki kupiły, a te stare jeszcze dobre, solidne, drewniane, tylko je trochę wyszorować trzeba.

Hanysek poszedł do pierwszej klasy. Wielką tytę dostał. Inne dzieci też dostały tyty1. I te tutejsze, i te nietutejsze też. To wprawdzie niemiecki zwyczaj i początkowo napływowi się buntowali, że nie będą swoim dzieciom szwabskich obyczajów wprowadzać, ale mądrość tego obyczaju wygrała. Dziecko jest dziecko i słodkości lubi. Maria synka pierwszego dnia do szkoły prowadziła, jak wszystkie matki pierwszoklasistów. Trzymał się maminej ręki, ale poszedł potem z Antkiem Świtalą za rączkę, a Maria się do niego uśmiechnęła i kiwnęła głową zachęcająco, no to się już nie bał i śmielej poszedł z innymi dziećmi do klasy. Wcale się o niego nie niepokoiła. Umiał już czytać i trochę pisać. Przy starszych się tak wyszkolił. Liza i Peter go wszystkiego uczyli. On sobie w życiu poradzi. Tak sobie o nim myślała. Już on ostatni do szkoły pierwszy rok zaczął chodzić. I to znów do polskiej szkoły. Już się pewnie nic nie zmieni. Już jej dzieci Polakami będą, jeśli szybko nie wyjedzie. Bo ze starszymi tak się stało. Erika trzeci już rok do szkoły jeździła. Chciała nauczycielką zostać. Dobrze się uczyła, choć nieraz z płaczem do domu wracała. Te z miasta jej dokuczały. Te z internatu też. To minie, to przejdzie, mówiła jej Maria. Liza i Peter też do Opola do szkoły poszli. Liza chciała malować, ale się do szkoły plastycznej nie dostała. Poszła do zawodowej i szycia się uczyła. Peter był wprawdzie o rok od Lizy starszy, ale do szkoły poszedł później i razem z nią podstawową szkołę kończył, i teraz za elektryka się chciał wyuczyć. Tak to dzieci do szkół się rozeszły.

A ptaki się do lasu wyniosły. Co będą śpiewać bez potrzeby. Tam do lasu! Po co komu tu przy domach ich gwizdy i śpiewy? Kto ich tu teraz słuchać będzie? Tylko krowy gdzieś na łące ryczały. Do domu chciały, bo już południe dochodziło i wymiona pełne ciążyły.

Poszła Maria po krowy i lasowi się przyglądała. Jeszcze zielony, jeszcze letni, tylko w brzózkach gdzieniegdzie już złotem błyskało. Pierwsze się brzózki na wiosnę zieleniły i pierwsze się jesieniły. Patrzyła na poplony zielone i na kartoflisko. Trzeba zacząć powoli wykopki. Nać obsychała i już kartofle nie rosły. Ale jeszcze trochę, jeszcze niech chwilę w ziemi czekają. A głowy kapusty tak wielkie były, że pękały i często się na obiad kapustę jadało. Jeszcze za wcześnie kisić, jeszcze się kapusta w beczce zamiast ukisić, zepsuje. Dopiero w listopadzie jest czas na kiszenie.

Jakiś ten rok obfity w plony. Tak wszystko porosło, jak nigdy. Wojna będzie, albo jakie nieszczęście? Ale nie, nic takiego być już nie może. Już niech tak będzie, jak jest. Już jakoś się tu żyje i niech to tak trwa.

Już się nauczyli, już poznali, jak żyje się nie całkiem u siebie, ale jednak u siebie. Na swoim, ale w obcym kraju. Tyle lat uciekło i nic prawie się nie zmieniło. Dalej czeka na wyjazd, dalej żyją w niepewnym czasie. A może właśnie tak ma zostać, może nigdy nie ma wyjechać?

Listonosz jechał na rowerze. Ten sam, ciągle ten sam. Ciągle złe wiadomości przywozi. Może dziś ma coś dobrego w tej swojej torbie? Maria szybko szła, żeby ją zastał w domu, żeby w końcu doczekać się tych dobrych papierów na wyjazd. Ciągle odmowa. Może tym razem? Puściła krowy i weszła na podwórko, bo już czekał z urzędowym listem.

– Musicie, Brunko, podpisać, bo to polecony – powiedział.

– Podpiszę, podpiszę. Byleby to dobra wiadomość była.

– Jeszcze Świerszczyk i Trybuna Opolska – listonosz wyciągał ze skórzanej torby gazety, a Maria czytała ten list.

To była kolejna odmowa, znowu nie i nie. Zgniotła pismo, rzuciła ze złością na ziemię. Listonosz wiedział, co to za złe wiadomości ludzie tutejsi dostają. Mało kto się z urzędowego listu cieszył. Mało do kogo radosna wiadomość przychodziła. Listonosz wiedział o tych tu ludziach bardzo dużo. Wiedział, kto chce wyjechać, kto papiery na wyjazd składa, kto wyjedzie, a komu odmowę jedną za drugą przysyłają. Wiedział, kto paczki dostaje, bo kartki na paczki roznosił, jak ktoś ją z Niemiec od rodziny dostał. Potem trzeba było dużo pieniędzy za tę paczkę zapłacić, że niby to cło. Często, a nawet zawsze to stare, używane rzeczy były, czasem jakaś żywność. Jak to mąka była, to rozsypana, ryż, cukier, często wszystko rozsypane, wymieszane, czekolady połamane. Czasem sam papier od czekolady… Jakiś stary, używany płaszcz z odprutą futrówką, spódniczki, spodnie z oderwanym podkładem, buty, dobre jeszcze, ale z oderwanymi obcasami i zelówkami. Od razu trzeba je było do szewca nieść.

Czego tam szukali? Ludzie mówili, że pieniędzy, zaś inni, że jakichś tajnych listów albo meldunków? Potem znów pisało się podanie o zwrot cła, bo to przecież stare, używane rzeczy. Jednak zazwyczaj zwracano tylko część tego zapłaconego cła.

Przyszedł czas, że paczka z Niemiec to był dopust boży: na cło nie było pieniędzy, a paczkę trzeba było odebrać, bo Barbel sobie pewnie sama odmawiała, żeby coś siostrze posłać – i jak tu paczki nie przyjąć, jak tu taką przykrość siostrze zrobić? Odesłaliby ją. Pewnie tak chcieli. Chcieli pokazać, że u nas tu przecież wszystko jest, że niczego tu ludziom od wroga nie trzeba. I tak to niejedna paczka wędrowała sobie dwa razy przez granicę, dwa razy kontrolowana, dwa razy z czekolady i kawy okradana.

Maria zawsze przesyłkę od Barbel odebrała. Jak nie było na cło, pożyczyła, a potem coś z tej paczki sprzedała i tak jakoś na to cło zawsze uzbierała. Paul też kiedyś paczki posyłał. Kiedyś tak, a teraz już nie. Już dawno nic od siebie nie posyłał: ani listu, ani paczki… ani żadnej wiadomości…

Nieraz sobie myślała, czy żyje. Ale chyba by ją ktoś zawiadomił. Barbel pisała, że też od niego żadnych wiadomości nie ma. Może coś wiedziała, ale nie chciała prawdy pisać. Pewnie sobie już inną kobietę znalazł, tak sobie Maria myślała. Już za nim nie tęskniła, już się samotnie nauczyła żyć. Już by z nim żyć nie umiała. Już się przyzwyczaiła: rodzina to ona i dzieci. Jeśliby nawet te papiery na wyjazd dostała, to po co tam pojedzie, jak Paul jej już nie chce, jak dzieci już prawie po niemiecku nie mówią – i nie chcą po niemiecku mówić, już chcą być Polakami. Ale jednak. Jest w nich przecież niemiecka krew, są mądre, znowu by się szybko nauczyły. Kiedyś przecież słówka po polsku nie umiały, a dziś czysto po polsku rozmawiają, że czasem nawet ona sama nie rozumie niektórych słów. Mój Boże, wzdychała czasem, co by na to Paul powiedział? Złoży jednak papiery jeszcze raz. Tak przecież Paulowi obiecała. Ale znowu straci cały dzień. Tyle tam na milicji w Opolu ludzi czeka. Trzeba swoje odstać. Nie ma rady.

Listonosz dawno już pojechał, a ona siedziała na ławce przed domem i nie wiedziała, co robić. Siły ją opuściły. Czasem tak bywało, że ją siły opuszczały. Kiedy się to wreszcie skończy, kiedy będzie mogła o nic się nie troszczyć? Kiedy wreszcie jakieś pewne jutro nastanie? Może się coś zmieni, jak ten przeklęty Stalin umarł. Ludzie mówią, że się zmieni. Inni znowu, że jeszcze gorzej będzie.

Taki ją nagle smutek ogarnął. Siedziała teraz i płakała, i do żadnej roboty się nie śpieszyła, na nic nie miała ochoty. Krowa wyszła z chlewa, jakby zdziwiona, że oto dawno z pastwiska wróciła, a tu nikt jej do żłobu nie przywiązał, nikt jej nie doi? Wstała więc Maria z tej smutnej swojej ławki, bo gdy siedziała na niej, zawsze jakiś ją smutek nachodził, do chlewa poszła Bysię wydoić bo druga krowa – Sieka – cielna była i w południe już nie była dojona.

Hanysek tymczasem ze szkoły wrócił. Wesoły, uśmiechnięty.

– Piątkę dostałem – wołał. – I Antek też piątkę dostał – dodał po chwili.

– No i za co te piątki dostaliście?

– Ja za czytanie z elementarza i Antek też za czytanie. A inne dzieci gorzej czytały, a niektóre wcale nie umiały i dwójki dostały… – szczebiotał i szczebiotał.

– Połóż tornister, pójdziesz ze mną do roboty, a jak Liza i Peter o wpół do trzeciej przyjadą, to z nimi wrócisz, bo Erika dziś dopiero o szóstej ze szkoły przyjedzie – powiedziała do niego Maria. Jeszcze mu chleba z masłem do ręki dała i tak jak co dzień poszła na stację. Teraz, jak się wakacje skończyły i młodzież do szkół jeździć zaczęła, więcej było sprzątania, więcej śmieci leżało, ubikacje zapaskudzone, podłogi zadeptane.

Liza znowu smutna jakaś z pociągu wysiadła. Znowu płakała. Peter już dawno nie płakał, już powoli stawał się mężczyzną. Maria nie pytała Lizy, dlaczego płacze. Nie chciała tego wiedzieć. Niepotrzebny był jej nowy kłopot. Może to minie. Na początku jest zawsze ciężko. Erice też na początku w szkole dokuczali. Nie tak nauczyciele, co koleżanki.

Dwie tylko Ślązaczki do jej klasy chodziły. Trzymały się razem i jakoś się na te wyzwiska uodporniły. Powoli stały się w szkole Polkami. Nauczyły się mówić bez tej śląskiej maniery i kto nie wiedział, powiedziałby: Polki. Ale szkoła wiedziała, i one też wiedziały. Jej koleżanka, Małgorzata – Małgosia w szkole, w domu – Margotka. A Erika w szkole Eryką była. Czasem do mamy mówiła, żeby i w domu tak ją nazywać. Maria nie umiała imienia swojej córki po polsku powiedzieć, ciągle jej się zamiast Eryka, Erika mówiło. Nieraz żałowała, że takie imię dała córce. To Paul tak chciał – niemieckie imię córce nadać. Ale jej też się przecież to imię podobało.

Liza i Peter wzięli Hanyska do domu. Maria nakazała im jeszcze zjeść zupę, co w bratrurze2 ciepła była. Liza miała posprzątać kuchnię, pozmywać naczynia, a Peter krowy na łąkę zagnać i pilnować, żeby na cudze nie weszły. Ona miała dziś później wrócić, bo dużo roboty na stacji było, a Śliwa już był stary, ale im starszy był, tym gorszy. Ciągle w pobliżu się kręcił i pilnował, czy wszystko tak zrobiła, jak trzeba. Dalej się go Maria bała, że coś złego o niej powie i mogłaby robotę stracić, a wtedy dzieci nie mogłyby się uczyć i z czego by żyli.

Tak jakoś koniec z końcem wiązali.

Ale ona się myliła, bo Śliwa tylko tak wyglądał i nieraz jej bronił. Nieraz już ją z tej roboty wyrzucić mieli. Jak składała papiery na wyjazd, jak Paula za szpiegostwo sądzili, jak inni donosili, bo niejedna kobieta chętnie by taką robotę wzięła…

Śliwa zawsze stał w jej obronie i mówił, że dobrze pracuje, że czworo dzieci wychowuje, jedno cudze, sierotę, któremu rodziców Polacy zabili. Siadał sobie na peronowej ławce i obserwował ludzi wysiadających i wsiadających. To byli ludzie tutejsi. Znał już wszystkich, którzy jeździli do Opola, do Kluczborka. Do pracy, do szkoły, na zakupy, do lekarza, we wtorki i piątki na targ coś sprzedać, coś kupić. Znał wszystkie dzieci Marii. I one go znały. Hanysek często od niego cukierka po kryjomu dostawał. Często Hanysek na stacji bywał, bo był za mały, żeby sam w domu zostać, a starsze dzieci do szkoły chodziły. Znali się więc ze Śliwą dobrze i się wzajemnie lubili. Hanysek „opa Śliwa” do niego mówił, a ten się cieszył i siedzieli tak sobie czasami obok siebie na tej ławce peronowej, a Śliwa mu jakąś bajkę czytał, coś mu opowiadał, a czasem nic nie mówili, tylko tak sobie siedzieli. Stary fajkę palił. Wszyscy tutejsi starzy fajki palili. To było taniej. Tytoń każdy miał w swoim ogródku. Sam sobie go hodował, suszył, kroił, fajkę nabijał i sam sobie wtedy z przyjemnością palił. Czasem się paczuszkę markowego tytoniu kupowało i mieszało z tym swojskim, i wtedy wszystko tak ładnie pachniało. I stary Śliwa taki ogródek miał, i tytoń sobie sam hodował. W małym mieszkanku w stacyjnej kamienicy mieszkał i jak inni mieszkańcy tej kamienicy, dostał kawałek ziemi na swój ogródek, a że naczelnik czasu na uprawę nie miał, on cieszył się podwójną działką i z lubością ją uprawiał. Był sam. Kiedyś chodził do Kozła, ale jak się o coś pokłócili, już się więcej u niego nie pokazał. A Kozioł go wykorzystał. Pożyczył od niego pieniądze, a jak do oddania przyszło, powiedział, że mu tych pieniędzy nie odda, że mu się należą za to, że u jego szwagierki bywał, jak jeszcze żyła. Teraz był już na emeryturze i dobrze mu na świecie było, poza tym, że sam był. Jak każdy kolejarz, dobrze się na stacji czuje, codziennie chce słyszeć pociąg i według rozkładu jazdy żyje, choć rzadko podróżuje.

Maria często myślała: czemu ten człowiek stale na stacji przebywał? Przecież już nie musi jej pilnować, przecież już nie pracuje. Posądzała go, że ją pilnuje, i bała się go. A on chciał tylko życie zwykłych ludzi podglądać i myśleć sobie, jak by to było mieć swoją rodzinę. Kiedyś myślał o Marii ale ona go szmatą odgoniła. Była za młoda. Potem się z tą kulawą szwagierką Kozła związał. Umarła i został sam, i ciągle za czymś tęsknił. To dziecko Brunki było niezwykłym zjawiskiem. Te chwile na peronowej ławce, gdy Hanysek siadał obok i szczebiotał albo słuchał, co on mu opowiadał, albo tylko siedział i mlaskał landrynkę, którą był właśnie od opy Śliwy dostał.

Dziś siedział sam na peronowej ławce. Hanyska starsze dzieci Brunki zabrały. Już chodzi do szkoły i musi się uczyć, tak mu powiedział. Tak sobie myślał i uśmiechał się pod wąsem.

– Słuchajcie, panie Śliwa, już muszę iść, ale o coś was poproszę – powiedziała Maria i usiadła obok na ławce.

– Co mam zrobić? – burknął pod nosem.

– Erika przyjedzie o szóstej, to powiedzcie jej, żeby zaraz do domu przyszła, bo się coś smykać zaczęła. Coś mi się zdaje, że za późno do domu przychodzi. Ostatnio to tak było, że pociąg już dawno a dawno przejechał, a mojej Ericzki nie ma i nie ma. Późno przychodzi, potem się uczyć musi i nic mi już w domu nie pomaga. Gdyby nie Peter i Liza, to już bym sobie nie poradziła – tak narzekała Maria. Wstała i szybkim krokiem do domu poszła.

Jeszcze był ładny dzień. Jeszcze słońce wysoko było. Jeszcze mogła coś w polu zrobić. Jeszcze ze trzy koszyki kartofli ukopać. Peter jej pomoże, jest silny, umie już sam kosz z kartoflami podnieść na ramię i tak nieść. Miał wprawdzie krowy wygnać na łąkę i pilnować ich, ale krów może Liza z Hanyskiem pilnować, a Peter jej pomoże przy kartoflach.

Liza siedziała w kuchni przy stole i dziurki wyszywała. Było posprzątane, talerze pomyte, podłoga zamieciona. Nisko się pochylała i szyła.

– Lizko, idź teraz ty do krów, a Peter mi kartofle kopać pomoże – powiedziała do niej Maria. Liza wstała, odłożyła szmatkę z obrabianą dziurką, spojrzała na mamę. Miała zapłakane oczy. Maria udawała, że tego nie widzi. Nie chciała widzieć. Nie wiedziała, jak pomóc, jak pocieszyć. Liza była skrytym dzieckiem i nic sama nie mówiła, ale Maria wiedziała, skąd ten płacz, wiedziała, że kolejne dziecko jest w szkole hanyską, szwabką. Tą gorszą. W tej szkole nie była jednak sama. Połowa klasy była tutejsza, Ślązaków, druga połowa – to byli Polacy. Tak było w szkołach zawodowych. Szkoły zawodowe były dla Ślązaków. Oni mieli być robotnikami, oni mieli tworzyć bazę rąk do pracy w przemyśle i w rolnictwie. Oni nie mogli zostać inteligentami, artystami, urzędnikami, nie mówiąc o lekarzach, prawnikach, nauczycielach. Ślązacy byli ślusarzami, stolarzami, kierowcami, mechanikami, a dziewczyny kucharkami, krawcowymi, pielęgniarkami, kelnerkami. Najlepiej gdyby pozostały na etapie siedmioklasowej szkoły podstawowej i siedziały na swojej wsi, co najwyżej zatrudniły się jako salowa w szpitalu, sprzątaczka w biurze, pakowaczka w fabryce cukierków albo ekspedientka w byle jakim sklepie. A Liza chciała być artystką. Nie chciała tych dziurek obrabiać, nie chciała szyć.

Za to Peter był chłopcem szczęśliwym. Nigdy się Marii nie sprzeciwiał. Choć wiedział, że nie jest jego matką, nie wyobrażał sobie innej, lepszej i bardzo ją kochał. Sam sobie tę szkołę wybrał i chętnie się uczył, chętnie też pomagał Marii. Cieszył się, że mógł z Lizą do Opola jeździć. Liza była tą siostrą ukochaną. Trzymali się razem, od kiedy się w tej rodzinie znalazł. Nie wyobrażał sobie, że kiedyś mogłoby być inaczej.

Z Eriką się nie kłócił, ale jej nie lubił. Nieraz mu przypominała, że nie jest jej bratem, że nie jest z ich rodziny, że jest sierotą, znajdą. Mówiła mu tak tylko wtedy, gdy mama nie słyszała. On się nie skarżył. Nieraz Liza na Erikę mamie poskarżyła, że znowu do Petra „znajda” mówiła. Wtedy musiała go Erika przepraszać.

Wydarzyły się Marii te dzieci. Wszystkie mądre były i wszystkie chciały się uczyć. Jako tako zdrowe. Z Eriki taka piękna dziewczyna wyrosła, że aż się Maria dziwiła.

Wysoka, z burzą ciemnych, lekko kręconych włosów, splecionych w warkocze, zwracała na siebie uwagę. W spojrzeniu jej ciemnoniebieskich oczu był jakiś smutek, żal jakiś, nie wiadomo do kogo, jakaś może tajemnica przed wszystkimi skrywana i tylko w oczach odbita. Tak jakoś znienacka z dziecka panną się stała. Jeszcze nie całkiem dorosła, ale już nie dziecko. Już wiedziała, że jest ładna, już się prosto trzymała i za siebie się nie oglądała. Już widziała, że za nią się oglądają.

Jakoś jej się udało w tej szkole trwać, przechodzić z klasy do klasy, choć zawsze tylko trójki miała na świadectwie. Była solidna i dużo się uczyła. Ładnie już na akordeonie grała i ładnie śpiewała, i była mistrzynią szkoły w biegu na czterysta metrów.

Lubiła biegać, a nauczyciel WF i kółka sportowego był jej przychylny. Wszyscy uczniowie musieli do czegoś tam należeć. Były to różne kółka lub organizacje. Sport to było coś, co ją pociągało. Biegi, rywalizacja i wygrywanie – to właśnie lubiła. Tylko tu mogła być lepsza, a co najmniej równa innym. Tylko tu liczyło się prawdziwe osiągnięcie, wynik sportowy, uzyskany czas.

Wysiadła z pociągu zmęczona, głodna, zła. Znów dwóję z języka rosyjskiego dostała. Mówiła po rosyjsku nawet dobrze, tylko akcent źle stawiała. Teoretycznie wiedziała wszystko o akcencie, ale jakoś jej się po polsku, a może po śląsku te rosyjskie bukwy akcentowało.

– Udarienie, udarienie! Kiedy ty się tego chamskiego, szwabskiego akcentu pozbędziesz – krzyczał Kazurin, profesor rusycysta, powszechnie przez uczniów Saszka nazywany.

– Siadaj, Brun. Niedostateczny – powiedział już trochę ciszej i Erika usiadła. Nie płakała. Już dawno nie płakała, choć wiedziała, że u Saszki jest mile widziane, gdy się płacze, gdy się prosi o lepszą ocenę.

– Eriko, masz iść zaraz do domu, twoja mama tak kazała – zawołał Śliwa i przerwał te złe myśli.

– Idę przecież do domu, gdzie bym iść miała? – odpowiedziała niegrzecznie. Wszyscy dorośli chcieli ją wychowywać, wszyscy ją pouczali: w domu mama, no dobrze, to jest przecież mama, w szkole wychowawczyni i dyrektor, i teraz jeszcze ten stary. A ojca nie było, a papy nie było. Nie skarżyła się, ale w chwilach bezradności okrutnie go brakowało. Ta wieczna tęsknota za ojcem już na stałe w niej zamieszkała. Nie było dnia, żeby o nim nie myślała, budząc się rankiem i zasypiając wieczorem. Mama pilnowała wieczornego pacierza, ale ona wtedy nie z Bogiem, a z ojcem rozmawiała. Był już tak daleki i jak Bóg niewiadomy i odległy.


Rozdział 2

Bardzo liczna klasa szkoły zawodowej. Czterdzieści uczennic. Same dziewczyny uczyły się krawiectwa lekkiego. Chłopcy byli w równoległej klasie i to było krawiectwo ciężkie.

Pani Nowak – nauczycielka zawodu – weszła do klasy zaraz po dzwonku. Była to piękna kobieta. Poruszała się z gracją, wysoka, trzymała się prosto, zawsze skromnie, ale nienagannie ubrana. Widać było, że sama szyła sobie ubrania. Mydłem zawsze pachniała.

– Pokażcie wasze prace domowe – powiedziała do dziewcząt zdecydowanym niskim głosem. – Brun, co było zadane?

Liza wstała.

– Sześć dziurek – powiedziała cicho.

– Jeszcze raz, głośniej, no proszę, Brun.

– Mielimy…

– Co to znaczy „mielimy”? Mieliśmy… a właściwie miałyśmy, bo tu są przecież same dziewczyny…

– Miałyśmy sześć dziurek obrobić – poprawiła się Liza.

– No, pokażcie swoje prace. A ty, Brun, siadaj i zacznij wreszcie mówić po polsku – powiedziała nauczycielka i Liza usiadła, spocona, czerwona i ze łzami w oczach. Wyciągnęła swoje szmatki z obszytymi dziurkami, ale pani była już znowu przy niej i wzięła do ręki właśnie tę szmatkę, której widzieć nie powinna. Ta dziurka była najpiękniej obszyta, ale ozdabiał ją jeszcze haft dodatkowy: na końcach dziurki były kwiatuszki i listki, i łodyżka łańcuszkowym ściegiem wyszyta. Wyszywała to Liza już na końcu, dla siebie chciała coś ładnego zrobić.

– A ty cóż znowu za dzieło sztuki stworzyłaś? – powiedziała pani Nowak, podnosząc tę artystyczną szmatkę tak, by wszyscy ją mogli zobaczyć, a klasa parsknęła śmiechem.

– Cisza! – wrzasnęła nauczycielka.

– Kiedy ty wreszcie, Brun, zrozumiesz, że masz się w tej szkole krawiectwa uczyć, masz się nauczyć szycia, masz być szwaczką, krawcową, nie artystką. Zrozumiałaś? – Liza kiwnęła głową, że zrozumiała.

To zdarzenie tak wszystkich rozbawiło, że już pani innym tej pracy domowej nie sprawdzała. Jakieś szkice na tablicy rysowała i obliczenia tłumaczyła. Dziewczyny to w swoich zeszytach również rysowały i notowały. I Liza, tak jak wszystkie dziewczyny. Cieszyła się, gdy dzwonek zadzwonił i skończyła się ta lekcja z nią w roli głównej. Ale na przerwie również ona grać miała rolę główną w smutnym i żałosnym przedstawieniu.

Gdy zbierała swój zeszyt i te nieszczęsne szmatki z dziurkami, podeszła jedna z dziewczyn – Halinka Jaszczuk i sprytnie wyrwała jej materiał. Liza chciała zabrać jej szmatkę, ale ta podniosła ją do góry i trzęsła nią.

– Kto kupi dzieło znanej artystki? – wołała i biegła między ławkami, a Liza za nią.

– Kto da więcej za dzieło znanej niemieckiej artystki Elizabet Brun? – biegła dalej i trzęsła szmatką nad głową. Duża grupa dziewczyn śmiała się i cieszyła, biła brawo. Ale nie wszystkie. Nie wszystkie bawiły żarty Halinki. Liza już miała ją dogonić, ale jedna z dziewczyn wyciągnęła nogę, Liza się potknęła, upadła i leżała między ławkami. Zrobiło się cicho.

– Wstawaj! – powiedziała zielona ze strachu Halina do Lizy. Pochylała się nad nią i szarpała ją za ramię. Liza się nie ruszała.

– Liza, wstań, proszę, wstań – mówiła przerażona Halina.

Liza wstała. Miała olbrzymiego guza na czole, była blada i krew z nosa się jej sączyła. Przyszła pani Nowak. To Hilda poszła po panią, dziewczyna, z którą Liza w jednej ławce siedziała i nawet się przyjaźnić zaczęły. Pani zaprowadziła Lizę do sanitariuszki. W gabinecie położono ją na kozetce z okładem na czole. Dostała też kropli walerianowych.

Halinka wyjaśniła pani, że sobie żartowały, biegały i Liza upadła i się uderzyła.

Około godziny leżała Liza na tej kozetce. Spała. Dopiero wychowawczyni ją zbudziła. Usiadła i już miała wstać i sobie iść, ale pani gestem kazała jej siedzieć.

– Jak się czujesz? – spytała.

– Dobrze, tylko głowa mnie trochę boli – powiedziała cicho Liza.

– Będziesz mogła sama jechać do domu?

– Tak.

– Jeszcze masz dwie lekcje. Jesteś zwolniona. Hilda to twoja przyjaciółka? – Liza nie wiedziała, czy Hilda jest jej przyjaciółką. Od niedawna się znały. Pierwszego dnia obok siebie usiadły. Tym samym pociągiem do szkoły jeździły, tylko Hilda wysiadała dwie stacje wcześniej, a jak do szkoły jechały, Liza wyglądała z okna i już dalej razem jechały, potem razem szły i w jednej ławce siedziały. Chyba jest moją przyjaciółką, pomyślała Liza.

– Tak. Hilda to moja przyjaciółka – powiedziała zdecydowanie.

– Ona też może wcześniej iść i razem pójdziecie na dworzec. Ale czy ty na pewno dobrze się czujesz?

– Tak, czuję się dobrze – i Liza wstała. Pielęgniarka przykleiła na jej czoło duży plaster i zaraz przyszła Hilda z jej teczką.

Zdążyły na pociąg o drugiej z Opola. Siedziały przy oknie. Liza nie chciała, by ją ktoś zobaczył, wcisnęła się więc w kąt i tak czekała niecierpliwie, aż wreszcie pociąg ruszy. Peronem szła grupka chłopców i Peter był wśród nich. Przeszedł, ale zawrócił bo mu się wydawało, że Liza siedzi w pociągu, a miała dziś później wracać. Wszedł do wagonu i zbladł.

– Lizka, co-co-co ci się stało? – spytał i znów się jąkał. Zawsze tak było, jak się wzruszył albo zdenerwował, zaraz się w nim coś zacinało.

– Nic, nic mi się nie stało, przewróciłam się i taka gula mi na czole wyskoczyła – powiedziała szybko Liza, bo nie chciała, żeby się jąkał, i chwyciła go za rękę. To czasem pomagało.

– Wcale tak nie było. To Magda jej nogę podstawiła… – Hilda powiedziała prawdę, ale nie dokończyła, bo Liza ją kopnęła, żeby cicho była. Peter usiadł obok Lizy i oglądał tego guza na czole. Ale już go tam nie było, tylko czerwony ślad, i Peter zerwał plaster.

– Peter, nic nie mów mamie, bo poleci zaraz do szkoły i będzie jeszcze gorzej – prosiła Liza.

W pociągu po śląsku rozmawiali, no bo większość ze wsi była, a tam czy Ślązak czy wschodniak, to się rozumieli i już się prawie z siebie nie wyśmiewali. Co innego ci z miasta. Wszyscy z miasta byli Polakami, wszyscy po polsku mówili. Czy ze wschodu zza Bu-ga, czy z Polski centralnej, czy z Ukrainy – wszyscy po polsku, choć z różnymi akcentami.

Hilda wysiadła. Peter jej nie lubił. Dobrze, że Lizka miała jakąś koleżankę, ale dla Petra była głupia i robiła do niego maślane oczy, czerwieniła się, gdy na nią spojrzał. Była ładna, ale zawsze z otwartą buzią i jak mówiła, śliniła się i ta ślina zostawała w kącikach ust. Ale dla Lizki była dobra i dobrą koleżanką była.

– Peter, nie mów mamie, jak to się stało. Powiem, że się przewróciłam – prosiła dalej Liza, gdy wysiadali z pociągu.

– Jak chcesz – powiedział Peter i poszli do domu.

Nie pierwszy raz się zdarzyło, że nie mówił mamie wszystkiego i Liza też wszystkiego w domu nie mówiła, ale oboje zawsze w swojej obronie stawali. Zdarzyło się, że Maria została do szkoły wezwana z powodu bójki, jaką był Peter zaczął. To było jeszcze w podstawowej szkole, jakoś jesienią. W siódmej klasie wtedy byli. Na lekcji sportu dziewczynki grały w dwa ognie i ta gra jeszcze na przerwę się przedłużyła, i chłopcy wyszli na podwórko po lekcji prac ręcznych. Na boisku zostały jeszcze tylko dwie dziewczyny: Liza i Usia. Zawsze najdłużej biegały i nie dawały się zbić. Chłopcy stanęli wzdłuż boiska i wołali: Liza, Usia, Liza, Usia.

Tylko jeden wyrostek zaczął wołać po swojemu. Był dużo starszy od innych, bo słabo się uczył i powtarzał klasy po dwa razy.

– Liza-koza, Usia-bysia, Liza-koza, Usia-bysia – wołał.

Coraz więcej chłopców wołało za nim: Liza-koza, Usia-bysia. Ten wyrostek, Józuś mu było na imię, ledwo czytać umiał, do dziesięciu z trudem policzył, ale miał dar wymyślania przezwisk, wyśmiewania się z innych, robienia brzydkich kawałów. Wielu się to podobało, ale tylko wtedy, jak ich to nie dotyczyło. Dla Petra ten Józuś był podłym głupkiem. Siedział ten Józuś za nim i zawsze mu dokuczał. To, co się na lekcjach mówiło, czytało, Józusia w ogóle nie interesowało. Nudził się i wymyślał sobie przeróżne rozrywki. Petrowi prawie codziennie kartkę z jakimś głupim napisem na plecach przyczepił. Jak Peter musiał do tablicy iść, to cała klasa miała zabawę. Jednak wkrótce się ciągle te same żarty Józusia znudziły, a klasa zaczęła stawać po stronie Petra. To znów inną zabawę Józuś wymyślił. Wyciął w swetrze Petra dziurkę i wypruwał wełnę. Robił to tak, że Peter nic nie czuł, a na przerwie Liza dopiero mu o tej dziurze powiedziała. To była spora dziura. Józuś się ze swojego żartu śmiał i kilku chłopców też, ale większość nie skomentowała tego psikusa. Wszyscy mieli dość Józusiowych żartów. Liza obiecała, że mamie nie powie, jak to było. Zaczepił o gwóźdź i wyrwał dziurę w swetrze. Ale swetra było szkoda.

To była najlepsza rzecz, jaką miał. Mama mu ten sweter na drutach zrobiła. A wełna była prawdziwa, owcza, z Bobka. Tak barana nazywali, który parę lat wełnę na swetry i skarpety dawał. Maria sama go strzygła, wełnę prała, potem wszyscy ją skubali i gręplowali. Wreszcie Maria ją na kołowrotku przędła. Dziewczyny też umiały prząść. Erika przędła wolno i dokładnie. Jej włóczka była cieniutka i równiutka. Liza znów szybciej przędła i jej włóczka była nierówna. Maria też, tak jak Liza, szybko przędła, bo zawsze miała jeszcze coś ważniejszego do zrobienia.

Jeszcze długo na strychu worki z surową wełną wisiały, choć barana Bobka już dawno nie było. Raz tak Hanyska pobódł, że Maria powiedziała: dość, pójdziesz, Bobku, na kiełbasę. Przed Godami świnię zabili, to i Bobka też. Masarz tyle kiełbasy narobił. I jaka dobra była. Tylko Lizie nie smakowała. Jak był chleb z tą kiełbasą na wieczerzę, to kotek już siedział pod stołem i czekał na to, co mu Liza pod stół po kryjomu rzucała.

Tak to Bobek pożytecznym był stworzeniem, a ten sweter Petra ostatnią ładną rzeczą z jego wełny. Maria zacerowała dziurę w swetrze i Peter dalej go nosił, potem już tylko po domu, aż go w końcu Liza spruła i skarpety na drutach zrobiła, aż trzy pary: dla Petra, dla Hanyska i dla siebie; dla Eriki nie, bo powiedziała, że w nich i tak chodzić nie będzie, bo tylko wsiochy w takich skarpetach chodzą.

Na tym boisku wtedy, jak to jeszcze tylko Liza i Usia w grze zostały, a Józuś z innymi chłopakami wrzeszczał i Lizie dokuczał, taka złość Petra naszła, że zaczął ściskać nóż, ogrodniczy, z zakrzywionym ostrzem. Zawsze go miał w kieszeni. Pamiętał, jak jego prawdziwi rodzice zginęli, gdzie był jego rodzinny dom, poszedł tam kiedyś na pogorzelisko i grzebał. Tylko ten nóż znalazł. Najpierw tylko Liza o nim wiedziała. Potem i Maria pytała, skąd go ma, więc się przyznał. To był przydatny nożyk, składany jak scyzoryk i będąc sobie w kieszeni nie mógł nikomu krzywdy zrobić.

Podszedł wreszcie Peter do Józusia.

– Ciiicho bądź, Sroooka – powiedział do Józusia, bo Józuś Sroka się nazywał.

– Bo-bo-bo co mi zrobisz? – przedrzeźniał Petra Józuś i popchnął go, aż się Peter przewrócił. Wszyscy przerwali grę i zrobiło się cicho. Stanęli naprzeciw siebie: Józuś duży, silny, Peter jeszcze dziecko. Józuś złapał go za koszulę i rzucił ponownie na ziemię, wtedy Peter wyciągnął swój nóż, otworzył go i ciął Józusia w rękę. Ten tak się rozzłościł, że byłby Petra zabił. Kopał go leżącego i Peter nie mógł już wstać. Pani przyszła, wezwana przez jedną z dziewczyn. Zakończyli bójkę. Peter wstał z ziemi, brudny od czarnej ziemi z boiska i krwią umazany, bo sam się tym zakrzywionym nożykiem pokaleczył. I Peter, i Józuś zostali do pana kierownika wezwani. Bójka jak bójka, między chłopcami się zdarza, ale żeby na kolegę z nożem? Tak pan kierownik powiedział. Józuś Sroka został zwolniony. Peter został zamknięty w kancelarii, aż przyjdzie mama. Liza po mamę poszła. No i Maria zostawiła wszystko i poszła na tę rozmowę. Nic nie mówiła, tylko wysłuchała, jakiego to bandytę wychowała, że z nożem się na kolegów rzuca.

– Czy to wasz syn? – spytał wtedy pan kierownik.

– Tak, to mój syn. On jest dobry, panie kierowniku, nie wiem, co mu się stało? – Maria go tłumaczyła i patrzyła na tego swojego syna, który jej synem nie był. A on spojrzał na Marię z tą swoją wdzięcznością, której nie potrafił się pozbyć, bo znów ta jego mama, choć jego mamą nie była, stanęła w jego obronie.

Szedł teraz za Lizą, niósł jej torbę i co chwilę pytał, czy ją głowa boli. Lizę głowa bolała, ale mówiła, że nie, że nic jej nie jest, że to przejdzie.

A Śliwa siedział na peronowej ławce, jak co dzień. Dużo młodzieży wysiadło, ale szybko się do domów rozeszli i stary został na peronie sam. Może czekał na Marię, może na Hanyska, żeby znów przy nim usiadł, bo miał dla niego cukierka w kieszeni.


Rozdział 3

Na zachodzie tak się wszystko układało, że Paul stracił nadzieję, by kiedyś się na Marię i na dzieci doczekać. Już dawno listu z Polski nie dostał, już dawno listu do Polski nie pisał. Już zapominał, już tamci bliscy stawali się dalecy i coraz bardziej obcy. Dawno u szwagierki nie był i dziś chciał ją odwiedzić. Może coś wie, Barbel jest mądra, może coś mu poradzi, może mu powie, jak ma dalej żyć? Wtedy mu pomogła, wtedy wiedziała, co ma z nim zrobić, kiedy obdarty, chory do jej drzwi zapukał. W dodatku nie był sam. I Manfred, i ten lekarz Kalina, co wtedy z nimi uciekał, znaleźli pomoc u Barbel. Przesiedzieli potem jakiś czas w obozie. Kalina pracował w szpitalu obozowym, Paul długo się w tym szpitalu leczył, tylko Manfred szybko opuścił obóz i przeniósł się do radzieckiej strefy okupacyjnej. Choć poznał był w niewoli, co to jest ten komunizm, choć widział, że ze sprawiedliwością, równością i wolnością nie ma nic wspólnego, tkwiła w nim ta filozofia bardzo głęboko. Poznał kobietę – antyfaszystkę i jej filozofia mu się spodobała. Była tak jak on przez wojnę okaleczona. Przeżyła kacet, wszystkich bliskich straciła i nikomu nie ufała. Ale jemu, Manfredowi, zaufała i pobrali się. Ona miała już wysokie stanowisko w partii i dobrze im się żyło. I on znów uwierzył, że socjalizm jest jedyną drogą do jakiejś równości i sprawiedliwości, i też do tej partii się zapisał.

Paul długo nie miał z nim kontaktu, żadnej wiadomości. Zniknął i nie odzywał się, a Paul nie mógł go szukać, a było mu wszystko jedno. Chorował długo i ciężko. Gruźlica wyrządziła w jego płucach duże szkody i już nigdy nie miał być w pełni zdrowy. Dostał rentę jako chory, niezdolny do pracy i jako były więzień sowieckiej niewoli i obozu pracy. Opisał wspomnienia z tego czasu i te jego opowieści opublikowano w odcinkach w jednej z gazet. Nie podał swojego nazwiska, jeszcze się bał. To, co napisał, publikował pod pseudonimem Walter B. Ale Manfred Wilde wiedział, kto jest autorem tych wspomnień, wiedział, bo te zdarzenia przeżył i pamiętał. Znalazł Paula w strefie amerykańskiej w jego małym pokoiku w piwnicy i odtąd częściej się spotykali. Czasem go i Paul odwiedzał.

Nie mógł zrozumieć tej odmiany Manfreda i w głębi duszy uważał go za zdrajcę.

– Jak mogłeś tym sowietom uwierzyć, po tym, co tam przeszliśmy? – pytał z wyrzutem.

– Ludzie popełniają błędy. Ty też na wojnie byłeś i za Hitlera walczyłeś.

– To co innego, to był rozkaz i żołnierz za ojczyznę walczyć musi, czy tego chce, czy nie.

– Ja nie dla sowietów, ja dla nas, dla Niemców. Ja chcę dla Niemców demokracji i wolności, nie chcę, by się to, co było, mogło jeszcze kiedyś powtórzyć.

– Czy ty w to wszystko wierzysz?

– Moja Lora, moja żona mi to wszystko pomogła zrozumieć.

Lora nie wtrącała się w tę rozmowę. To był jej sposób zjednywania sobie ludzi. Spojrzała na męża z wdzięcznością. Widać było, że tych dwoje ludzi łączy przyjaźń, a może miłość? Paul przestał mówić. Pochwalił ciasto i kawę. Ten poczęstunek był wyśmienity: prawdziwa kawa, ciasto drożdżowe. „Skąd oni to wszystko mają”, pomyślał.

Siedzieli w miękkich fotelach, w małym, ale pięknym, czystym mieszkaniu. „Ale im się dobrze powodzi, nie to co mnie”, pomyślał Paul, ale im nie zazdrościł.

Siedział teraz przy oknie w S-Bahn i patrzył na Berlin. Jeszcze w gruzach, ale miasto się powoli z tych gruzów otrząsało. I ludzie też. Wychodzili z piwnic do nowych domów, do nowych mieszkań. Miasto już żyło, razem z obcym wojskiem, ale żyło. Już nie dziwiły go coraz gęściejsze druty między dwoma niemieckimi państwami. Czuł napięcie. Tak, wszyscy to czuli. O tym się mówiło w radiu, o tym się w gazetach czytało. Wszyscy czekali i bali się wojny. Bał się wojny, nie chciał wojny. Nie wiedziałby, po której stanąć stronie: i Amerykanie, i Rosjanie byli jego wrogami, a armii niemieckiej nie było. Chciałby uciec z tego miasta. Co go tu trzyma?

Ta nowa kobieta. To ona go w Berlinie zatrzymała. Chciał przecież wyjechać. Tam, gdzie się w wojnę z Marią odnaleźli, tam w małym mieście mógłby spokojnie żyć i na Marię czekać, bo w końcu kiedyś musi przyjechać i przywieźć jego dzieci, i w końcu muszą znów być razem. Ale ta kobieta zmieniła jego życie. Poznał ją wtedy, w czasie tego strajku głodowego. Byłby zginął. Wracał od Manfreda i sam nie wiedział, jak się w tym tłumie znalazł, sam nie znał przyczyn tego zgromadzenia biedoty Berlina. Dopiero hasła przez ten tłum krzyczane: „chleba, wolności” uświadomiły go. Chciał się wtedy z tego tłumu wyrwać, ale wojsko rosyjskie było wszędzie. Dalej bał się śmierci, nie chciał jeszcze umierać, bo znów czuł się lepiej. I wtedy ta kobieta obok się znalazła i wzięła go jak dziecko za rękę. Była piękna. Już nie taka młoda, ale miała jeszcze w sobie coś z młodości: entuzjazm. Wykrzykiwała te hasła wraz z wszystkimi. Pociągnął ją do bramy i uciekli. Chciała zostać z wszystkimi. Wierzyła, że walczy o wolność i demokrację, ale Paul trzymał mocno jej rękę. Już pierwszego dnia tak się sobą zachwycili, że w jej pokoiku, w jej łóżku się znaleźli i od tej pory coraz częściej u niej bywał. Nie wiedział, kim była, nie znał jej przeszłości i nie chciał znać. Cieszył się każdą chwilą obok niej i z nią. Od kiedy ją znał, przestał tęsknić za Marią i dziećmi. To z nią, z Marliz chciał być, bez względu na to, kim była i co robiła. I on jej o sobie nic nie opowiadał. Myślał, że mają tylko przyszłość przed sobą, a przeszłość nie była ważna. Ale to nie takie łatwe żyć bez przeszłości.

Jechał do Barbel, może ona go usprawiedliwi, może ona potrafi zrozumieć i mu powie, że jeśli się dwoje ludzi znalazło, jeśli się choćby tylko sobą zachwyciło, powinni to wykorzystać, dopóki tego chcą, dopóki ze sobą mogą być. Tak, Barbel mu powie, ona jest mądra, ona mu powie, co robić.

Dzwonek u drzwi Kellerów zadzwonił i obudził Barbel. Spała po nocnym dyżurze. Rzadko w niedzielne popołudnie ktoś do nich przychodził. Powoli podeszła do drzwi, spojrzała przez wizjer i zobaczyła Paula. Otworzyła i nastawiła wodę.

– Mam trochę kawy, napijesz się? – zawołała z kącika, który nazywali kuchnią.

– Tak, chętnie się napiję.

– Jak się cieszę, że przyszedłeś. Co teraz robisz? Tak dawno cię nie było. Już myśleliśmy, że nie żyjesz, że do Polski pojechałeś, ale dostałam od Mariki list i nic o tobie nie pisze – Barbel mówiła i mówiła. Po chwili przyniosła kawę w dzbanku i dwie obtłuczone filiżanki. Postawiła na stole nakrytym piękną serwetą. Usiadła przy stole i przyglądała się Paulowi.

– Nie wyglądasz najlepiej. Jak się czujesz? – spytała.

– Wiesz, że już zdrowy nie będę. Ale nieźle się czuję. Przyjechałem do ciebie, bo coś chcę w moim życiu zmienić. Myślę, że Maria już do mnie nie przyjedzie. Właściwie to myślę, że nigdy nie chciała przyjechać, że tam na swoim chce żyć. A choćby chciała, to jej już teraz nie wypuszczą. Ruscy znów uszczelniają granicę.

– Paul, masz jakąś kobietę – Barbel przerwała mu ten wywód.

– Tak, mam. To już tyle lat jak tu sam siedzę i czekam, i czekam, i nigdy się na Marię nie doczekam. Moje dzieci już mnie pewnie nie pamiętają. Może Erika?

Najbardziej za nią tęsknił i zawsze, gdy o niej myślał, szkliły się jego oczy.

Barbel go słuchała i była zła. Po co jej to wszystko mówi? Przecież Maria jest jej siostrą i czuła się, jakby przeciw niej spiskowała, bo uznała rację Paula. Zawsze uważała, że są niedobraną parą: ona – prosta, niewykształcona chłopka, do swojej ziemi przywiązana, on – mądry i oczytany, nie pasował do wsi. Ale się starał, kochał dzieci i może Marikę na swój sposób też tam jakoś kochał. Ale czas sprzyja zapomnieniu. Ona też to wiedziała. Wiedziała, że i miłość umiera.

– Paul, zrób, jak uważasz – powiedziała po chwili milczenia. – I ja myślę, że Marika już nie przyjedzie, nie dostanie pozwolenia. Dobrze więc, ułóż sobie życie. Co to za kobieta? – spytała jeszcze i z aprobatą się do Paula uśmiechnęła.

– Jest komunistką i mieszka w rosyjskiej strefie. Trochę się boję Rosjan.

– Gdzie ją poznałeś?

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com