Dywersja - diabli dziennik z Watykanu lat wojny  - Richard Mariacki - ebook
Wydawca: Europa Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Dywersja - diabli dziennik z Watykanu lat wojny ebook

Richard Mariacki

(0)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dywersja - diabli dziennik z Watykanu lat wojny - Richard Mariacki

Dywersja to fragment literackiego utworu, inspirowanego koncepcja historii alternatywnej: „co by było, gdyby...”
Co by było, gdyby hitlerowcy chcieli porwać papieża? Co by było, gdyby spiskowiec z Moskwy chciał zgładzić Piusa XII? Co by było, gdyby stosunek chrześcijan do żydów był w czasie wojny inny? Co by było, gdyby możliwy był proces Hitlera? Co by było, gdyby dało się czytać w myślach kardynałów, szpiegów i dyplomatów? Co by było, gdyby diabeł prowadził dziennik?
Książka powstała w Anglii, ale w ciągu ostatnich lat jej autor przebywał w Polsce kilka razy. Pseudonimem Mariacki podpisuje się człowiek, który poznał opisywane watykańskie hospicjum Świętej Marty, studiował obszernie tu cytowane dokumenty i książki, stykał się z dyplomatami, pisał uczone rozprawy, przebywał w różnych krajach. Jego literacka praca nie wymaga od czytelnika wiele, wystarczy inteligencja. Najwięcej uciechy – i niemało irytacji – może przynieść lektura tego tekstu każdemu, kto interesuje się historia Watykanu. Nie trzeba jednak być wcale oksfordzkim watykanista, znawcą drugiej wojny światowej czy mieć faustowską wyobraźnię, by móc te książkę smakować, krytykować, wyśmiewać czy uzupełniać hipotezy autora własnymi spekulacjami. Lecz kiedy już będziesz pewny, Szanowny Czytelniku, że odkryłeś wątek fikcyjny czy osobę wymyśloną przez autora, przypomnij sobie powiedzenie, że dzieją się na ziemi rzeczy, o których się filozofom nie śniło. Nie lekceważ dywersji uprawianej przez... autora i sprawdź swoje hipotezy w dobrej bibliotece.

Opinie o ebooku Dywersja - diabli dziennik z Watykanu lat wojny - Richard Mariacki

Fragment ebooka Dywersja - diabli dziennik z Watykanu lat wojny - Richard Mariacki






Richard Mariacki

Dywersja – diabli dziennik z Watykanu lat wojny

Wydawnictwo Europa

Wydanie I


Dyrektor, redaktor naczelny Wojciech Głuch


Opracowanie redakcyjne Zofia Smyk


Projekt okładki i typografia Studio MAK sp. z o.o.


Przygotowanie do druku i korekta Studio MAK sp. z o.o., tel./fax (071) 372 57 84


Wydanie I


© for the Polish edition by Wydawnictwo EUROPA and the Author 1999

Wszystkie prawa zastrzeżone, szczególnie prawo do przedruku i tłumaczeń na inne języki. Żadna z części tej książki nie może być publikowana bez Wydawnictwa. Dotyczy to również sporządzania fotokopii, mikrofilmów oraz przenoszenia danych do systemów komputerowych.


ISBN 83-85336-79-6


Wydawnictwo EUROPA 50-011 Wrocław, ul. Kościuszki 35

tel. (071) 343 28 57, tel./fax (071) 344 79 68, e-mail: europa@wroc.net


Printed and bound in Poland Druk i oprawa

Drukarnia Wydawnicza im. W. L. Anczyca S.A. w Krakowie

Konwersja: Nexto Digital Services


Marysi


Dywersja to fragment literackiego utworu, inspirowanego koncepcją historii alternatywnej: „co by było, gdyby..."


Co by było, gdyby hitlerowcy chcieli porwać papieża? Co by było, gdyby spiskowiec z Moskwy chciał zgładzić Piusa XII? Co by było, gdyby stosunek chrześcijan do Żydów był w czasie wojny inny? Co by było, gdyby możliwy był proces Hitlera? Co by było, gdyby dało się czytać w myślach kardynałów, szpiegów i dyplomatów? Co by było, gdyby diabeł prowadził dziennik?


Książka powstała w Anglii, ale w ciągu ostatnich pięciu lat jej autor przebywał w Polsce kilka razy. Pseudonimem Mariacki podpisuje się człowiek, który poznał opisywane watykańskie hospicjum Świętej Marty, studiował obszernie tu cytowane dokumenty i książki, stykał się z dyplomatami, pisał uczone rozprawy, przebywał w różnych krajach. Jego literacka praca nie wymaga od czytelnika wiele, wystarczy inteligencja. Najwięcej uciechy – i niemało irytacji – może przynieść lektura tego tekstu każdemu, kto interesuje się historią Watykanu. Nie trzeba jednak być wcale oksfordzkim watykanistą, znawcą drugiej wojny światowej czy mieć faustowską wyobraźnię, by móc tę książkę smakować, krytykować, wyśmiewać czy uzupełniać hipotezy autora własnymi spekulacjami. Lecz kiedy już będziesz pewny, Szanowny Czytelniku, że odkryłeś wątek fikcyjny czy osobę wymyśloną przez autora, przypomnij sobie powiedzenie, że dzieją się na ziemi rzeczy, o których się filozofom nie śniło. Nie lekceważ dywersji uprawianej przez... autora i sprawdź swoje hipotezy w dobrej bibliotece.


14 września 1939

Firma od samego początku stawia mi niemałe wymagania, choć to tylko czeladnicza placówka. W końcu jednak dotarłam do przydzielonego mi miejsca i niezwłocznie zaczęłam rozglądać się za pierwszym obiektem. Mógł być nim każdy. Każdy, z wyjątkiem Numeru Jeden; do papieża nawet nie wolno mi się zbliżać. Wczoraj go widziałam. Zimny. Wyniosły. Władca Historii. Nie on jeden. Tylko że otchłań, nad którą stoi... Takie miejsce! Jestem szczęśliwa. Katastrofa rozwija się wspaniale. Oby tylko moje cienkie piórko uczennicy za wszystkim nadążyło. Zaczynam od najbliższej okolicy, ruszając z centrum Rzymu. Kto podąża ku bazylice z miasta, widzi po lewej stronie prowadzących do niej schodów okazałą bramę, a przy niej Szwajcarów. Kto bramę przekroczy, dostrzeże – dobre sześćdziesiąt człowieczych kroków dalej, znów po lewej stronie, za budowlą o nazwie zakrystia, lecz wcale zakrystią nie będącą – dom zakonny pod wezwaniem Świętej Marty. Od dnia zaatakowania Polski dom ten zmienił częściowo swe przeznaczenie. Mój wybór padł na Polaka i zgodnie z nakazem zabrałam się za dywersję, czyli odwracanie uwagi, kuszenie, zwodzenie, sprowadzanie na manowce, nadawanie fałszywego kierunku, mieszanie, erodowanie, podważanie... Walerian Meysztowicz początkowo mógł tylko domyślać się zmian w Santa Marta. Z pewnością było to nieoficjalne, nieokreślone; nieokreślone, a zatem normalne, pomyślał. Była to konstatacja umysłu ścisłego. Konstatacja nie pozbawiona sarkazmu. I odnosząca się do większej całości. Meysztowicz zastanawiał się nieraz, do czego może prowadzić analiza. Czy blask prawdopodobieństwa to więcej niż cień prawdy? Starał się takie myśli odpędzać od siebie. Nie bał się natomiast oceniać skutki ścisłego rozumowania. Obcował z nimi na co dzień. Właśnie tak, obcował. Chodził teraz do biura z mieszanymi uczuciami. Gdyby nie wojna, inaczej miałyby się sprawy. Nastawiał się na codzienne spotkania. Praca stawała się coraz trudniejsza. I do tego wojna, czy może – wojna przede wszystkim. Tego dnia przyszedł trochę wcześniej. Najpierw w swoim pokoju zostawił kapelusz. Potem udał się na piętro i zapukał do gabinetu. Odpowiedziała mu cisza. Papée nie wyszedł jeszcze z mieszkania, czytał gazety i pocztę przy śniadaniu, wykorzystując połączenie Ambasady i rezydencji w jednym gmachu. Meysztowicz konstatuje ostatecznie, że ambasadora nie ma w gabinecie. Czuje nagły przypływ dobrego nastroju. Wraca do siebie. Sprawdza zapiski w kalendarzu. Słyszy znajome odgłosy obecności innych pracowników. Gdyby nie wojna, można by pomyśleć, że tylko rutyna organizuje działalność placówki. Ale prace w Santa Marta, dla odmiany, nie wyglądają na rutynę watykań skiej dyplomacji. Odwracanie moje nie poszło na marne. Meysztowicz postanawia zwrócić na tę sprawę więcej uwagi. Paradoks dezinformacji w działaniu. Początkowo nie wie jeszcze, jakiej sprawie chce poświęcić więcej uwagi. I wcale nie jest pewien, czy go to w ogóle powinno interesować. Teraz jest wojna. Powinien myśleć o wydobyciu ojca. W końcu jednak odwraca jego uwagę od spraw istotnych. Myśli o Santa Marta.


C.d. tego samego dnia

Telegramy mają swój zwykły kolor żółtawego, jakby starego, papieru z niebieskim tekstem dalekopisu na białych papierowych paskach naklejanych na blankiecie. Na jednym z nich widnieje tego dnia siedem takich pasków:

KRZEMIENIEC 14 WRZESNIA PROSZE ZLOZYC SEKRETARZOWI STANU OSWIADCZENIE CUDZYSLOW LE GOUVERNEMENT POLONAIS EXPRIME SON GRAND REGRET QUE LE NOBLE MESSAGE DU SAINT PERE N'A PAS ENPACHER L'ALLEMAGNE DE PROCEDER LE LENDEMAIN A UNE AGRESSION BRUTALE CONTRE LE TERRITOIRE POLONAI CUDZYSLOW BECK Rząd polski wyrażał ubolewanie, że papieski apel o pokój nie powstrzymał brutalnego agresora, pocztowa francuszczyzna nie była bez zarzutu, lecz adresatem targnął napis na najwyżej pomieszczonym pasku. Mówił za wszystko. Czyta raz jeszcze i siedzi bez ruchu. Nie może wypowiedzieć słowa. Jego żona i syn od razu się domyślają, że i tym razem wiadomość nie jest dobra, lecz siedemnastoletni Henryk nigdy jeszcze nie widział swe go ojca w takim stanie: Jego Ekscelencja Ambasador Rzeczypospolitej Polskiej przy Stolicy Apostolskiej, dr Kazimierz Papée, lat pięćdziesiąt, płacze. A więc już w Krzemieńcu... wczoraj byli w Krzemieńcu..., gdzie są dzisiaj – pyta w myślach i nie może, nie chce znaleźć odpowiedzi. Czuje przypływ żarliwej miłości Ojczyzny, chęci dzielenia trudu walki, przepełnia go uczucie solidarności, poczucie bezsiły... Tak czują i takich słów używają Polacy. Jakiż to ciężar – myśli. Rozluźnia kołnierzyk. (Zwykle reaguje bardziej histerycznie.) Dwa miesiące wcześniej, kiedy składał listy uwierzytelniające, wszystko wyglądało inaczej, ale już w połowie sierpnia, rozmawiając w Sekretariacie Stanu o stosunkach niemiecko-sowieckich, miał jednak niejasne wrażenie, że watykańscy monsignorowie wiedzą coś, czego Polacy nie potrafią się domyśleć. Zastanawiał się wtedy, czy brak wyboru unieważnia moralność międzynarodową. Jak to dyplomata, myśli mętnie i nie dochodzi do żadnej konkluzji. A potem ten pierwszy dzień września i odtąd – te straszne godziny, niesamowicie długie dni i bezsenne noce wyczekiwania. Budził wtedy współczucie. Czwartego dnia wojny został wreszcie przyjęty przez Piusa XII. Zwrócił się do papieża o skierowanie listu do prymasa Hlonda. Papież zdawał się prośby nie słyszeć. Papée nie wie – i nawet takiego określenia nie pozna – że w Rzymie nie lubią małych papieży, a polscy prymasi miewali ku temu skłonności. Papée miał też projekt trzywierszowego komunikatu prasowego w innej sprawie, sprawie oczywistej, błogosławieństwa papieskiego dla narodu polskiego, lecz papież mówi tylko, że o tym pomyśli: Laissez moi réflechir. Niezwłocznie wykorzystałam te wahania i zwiększyłam swoje zainteresowanie ambasadorem. Ambasador zastanawia się, co też papieżowi przynoszą z Santa Marta. Inni dyplomaci wiedzą już, czy może tylko domyślają się czegoś.


15 października 1939

Papée depeszuje do polskiego ministra spraw zagranicznych we Francji: Stanowisko Watykanu jest w dalszym ciągu arcyostrożne. Przy całej szczerej sympatii dla sprawy polskiej, papież sam wstrzymuje się od enuncjacji zasadniczej. Życzliwe nam koła kościelne, jak znaczny odłam kardynałów kurialnych i szereg potężnych zakonów, pracują wraz z nami nad zmianą tego stanowiska. Tak pisze, ale wcale tego nie jest pewien. Ciekawa rzecz: Nie zastanawia się wcale nad tym, czy telegram dojdzie do adresata. I nie pisze nic o stosunku Kurii do sowieckiej ekspansji. Nie może się skoncentrować. Nie odstępuję Papéego na krok.


17 października 1939

Papée prosi papieża o interwencję w obronie aresztowanych profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego i księży profesorów seminarium warszawskiego. I nic się nie dzieje. Przynajmniej ambasador nie widzi żadnej reakcji. Nie jest w tym odosobniony. Ale to nie oznacza rzeczywistego bezruchu. Interwencje idą za pośrednictwem arystokratycznych rodzin. Zindywidualizowane, dyskretne, miękkie. Powinnam już była wcześniej odnotować, że ludzie w Santa Marta pracują z wielkim natężeniem. „Osservatore Romano" przyniosło zestawienie stanowisk papieskich w sprawie Polski – Santa Sede e Po lonia. Stolica Apostolska nawołuje do pokoju i sprawiedliwości. Ukazuje się też Encyklika Jego Świątobliwości Pana Naszego papieża z Opatrzności Bożej Piusa XII do Czcigodnych Braci Patriarchów Prymasów Arcybiskupów Biskupów i Innych Ordynariuszów Pokój i Jedność Zachowujących ze Stolicą Apostolską: Summi Pontificus... Najwyższą Papiestwa godność i doniosłe bardzo zadanie powierzył Nam Bóg tajemniczym zrządzeniem Swoim, bez żadnych zasług Naszych, w czterdziestą rocznicę dokonanego przez Poprzednika Naszego, nieśmiertelnej pamięci Leona XIII, przy końcu przeszłego wieku a wobec zbliżającego się roku Jubileuszowego ofiarowania całej ludzkości Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Takim językiem posługuje się ten papież. I nawołuje do pokoju. Wszystkich jednakowo: i napastników, i napadniętych. Papée znów chory, a papież w bezprecedensowym posunięciu przyjmuje Janikowskiego (numer dwa w Ambasadzie RP), żeby i jemu powiedzieć, jak niezwykle boleje nad losem Polski.


23 grudnia 1939

Sekretarz Stanu Luigi kardynał Maglione potwierdza otrzymanie protestu polskiego premiera Sikorskiego w sprawie bestialstw popełnionych przez Niemców na polskich terytoriach okupowanych. Moi sąsiedzi także nie zaniedbują żadnej okazji do odwracania. W orędziu na Boże Narodzenie Pius XII mówi ze współczuciem o małym narodzie cierpiącym z rąk bezbożników. Papée informuje Sekretariat Stanu o sytuacji w Polsce i znajduje współczucie, ale nikt nie pojmuje, jak odmiennie od poprzedniej ta wojna wygląda. Nikogo nie porusza wiadomość o two rzeniu gett dla Żydów, zresztą sam Papée przyjmował niektóre wiadomości jako wytwór histerii. Europejskie wyobrażenia o nowoczesnej wojnie nie przygotowały ludzi na wieści z Polski. Nadal też funkcjonuje wizerunek dawnych Niemiec. Nie wiadomo, jakie znaczenie ma w Kurii świadomość dziejów Kościoła. Świadomość historyczna ludzi oddziałuje wielokierunkowo. Na przykład, na słowo getto ludzie w Kurii reagują wspomnieniem Pawła IV, a tutejsi Polacy we wszystkim upatrują oznak swej wyjątkowej roli na tle innych narodów.


27 grudnia 1939

Papée rozmawiał z Piusem XII, który daje wyraz obawom o los ludności pod okupacją sowiecką. Potem wyraża nadzieję na odrodzenie się Wielkiej Polski. Papée uważa tę wypowiedź za coś naturalnego i – jak się zdaje – nie wiąże jej z innymi aspektami międzynarodowego działania Watykanu. Czuje się lepiej.


28 grudnia 1939

Jak to dobrze, że siedzi we mnie dobra uczennica. Sprawozdania będą pełniejsze. Swoją drogą, szybko nawiązała kontakty z sąsiadami zatrudnionymi w otoczeniu N-1. Będą z Ciebie diabli.


21 stycznia 1940

Polski ambasador mówi sekretarzowi stanu o milczeniu, z jakim Stolica Apostolska, w szczególności „Osservatore Romano", traktuje okrucieństwa niemieckie w Polsce, a kardynał Maglione opowiada o działaniach Watykanu na rzecz uwolnienia profesorów krakowskich i warszaw skich. Maglione myśli przy tym, że gdyby to on był papieżem, dałby Polakom jakiś znak, tym samym dałby znak Niemcom. O Niemcach nie może myśleć spokojnie. Niemcy odegrali rolę zasadniczą. Woleli Pacellego. Ale gdyby woleli byli Maglionego, to czy rzeczywiście chciałby jako papież dawać teraz znak Polakom, odważnie zadaje sobie pytanie Maglione. I odpowiada na nie przecząco. Czuje się teraz umocniony w lojalności. To go podnosi na duchu. Mnie daje to materiał do jego teczki. Nie po raz pierwszy konstatuję, jakie to ważne, żeby wiedza o obiekcie była adekwatna. Naturalnie, nasza poprawność w gromadzeniu, przetwarzaniu i analizowaniu danych nie zaprzecza naszemu ojcostwu kłamstwa. Na wielkie kłamstwo składają się małe prawdy.


29 stycznia 1940

Radio Watykańskie mówi o prześladowaniach niemieckich w Polsce. Nie jest jasne, czy to wpływ osobisty papieża. Może to tylko presja materiału z Santa Marta. Analitycy pracują. Niestety, nie miałam ostatnio dostępu do ludzi w Santa Marta. To wyjątkowo trudny materiał. Z jednym wyjątkiem, ale trzeba wyjaśnić, czy on nie podlega naszym służbom. W tej sprawie wystąpię do Centrali (dano mi prywatnie do zrozumienia, że określenie „Firma" nie jest teraz dobrze widziane).


23 marca 1940

Rano bibliotekarz watykański, kardynał Mercati, wyraża polskiemu ambasadorowi swoje zaniepokojenie losem członków Polskiej Akademii Umiejętności, której sam jest zagranicznym członkiem. Nie ma w Kurii człowieka, który nie zdawałby sobie sprawy, że Polska cierpi. Niejeden myśli przy tym, że Polska cierpi, lecz Polska była uparta. Myśli, lecz nie mówi. Około południa Pius XII przyjmuje ambasadora Papéego z małżonką. Słucha i – milczy w sprawie zasadniczej. Stosunek do Polski jest częścią szerszej polityki. Ambasador usiłuje zrozumieć tę politykę. Bezskutecznie. Ale nie zastanawia się, czy Polska miała szczęśliwą rękę przy wyborze swych dyplomatów. W tym czasie dużo nad nim pracowałam. Nadałam mu co nie miara.


31 marca 1940

Papée spotyka kardynała Tisseranta, prefekta kongregacji ds. Wschodu, który mówi mu po raz tysięczny, że jest zwolennikiem federacji Polski z przyszłą Ukrainą, federacji opartej przede wszystkim o wielkie połacie Ukrainy sowieckiej. W ten sposób Rosja cofnie się ku Azji. On stale przekonuje Ukraińców, że Ukraina oznacza tylko kresową część Rzeczypospolitej Polskiej, natomiast właściwą treść państwu ukraińskiemu nadałaby nazwa: Ruś, Ruthenia, ale duchowni grecko-katoliccy słuchają tylko i kiwają głowami. Ambasador chce z tych wywodów wyłowić choćby słowo o wojnie, ale niczego o wojnie nie słyszy. Zaczyna rozumieć sytuację swego rozmówcy, nadal nie rozumie przyczyn swojego położenia. Choć może jedna zaczyna się w jego świadomości krystalizować. Ambasador boi się tę myśl dalej rozwijać. Odruchowo naciąga rękawy swej koszuli, ozdobione banalnymi spinkami.

17 kwietnia 1940

Papée czyta, nadesłaną mu z polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych we francuskim Angers, obszerną instrukcję o współdziałaniu z niepodległościowym ruchem narodów kaukaskich. MSZ zawiadamia ambasadora, że ludy kaukaskie spragnione są polskiego przewodnictwa. Szczególnie – Inguszecja. Bazy mają być instalowane w Czeczenii przez żyjących tam potomków kapitana Szaniawskiego, twórcy artylerii Szamila Wielkiego podczas antycarskiego powstania czeczeńskiego w latach 1823–1853. Papée czyta i zastanawia się, czy to daty ścisłe. Tylko tyle. Nie wie, że wśród Czeczeńców przetrwała tradycja wiernej służby Polaków. Współdziałanie ma być poufne, a to z powodu naiwnego stosunku Francji i Anglii do Sowietów. Nie może wiedzieć o operacjach niemieckich na Wschodzie i nie wie też, z kim w rzeczywistości zamierza się współpracować. Wiadomo natomiast, że martwi się niemieckimi doniesieniami prasowymi o rzekomo polskich pogromach Żydów. To absorbuje go najbardziej. Znów stan podgorączkowy.


13 maja 1940

Papée ostatnio wielokrotnie rozmawiał z monsignorem Montinim. Utwierdza się co do jego wielkiej mądrości, wrażliwości i życzliwości dla Polaków. Montini, niegdyś pomocnik arcybiskupa Lauriego w nuncjaturze warszawskiej, zna polską literaturę, czuje sprawy polskie. Polak nie wie, że poprzedni ambasador – Władysław Skrzyński – uważał Montiniego za przyszłego papieża. Montini stale dodaje Polakowi sił: nil violentum durabile. Powstanie wielka, katolicka Polska, żeby inne kraje mogły istnieć na Wschodzie. Montini nie ma powodu informować polskiego ambasadora o poufnych rozmowach watykańskich z innymi dyplomatami czy nieoficjalnymi wysłannikami. Papée nie ma powodu, żeby informować watykańskiego dyplomatę o tym, co naprawdę bada Walerian Meysztowicz. Wydaje się też, że ani razu nie rozmawiali o marcowej wizycie Ribbentropa u papieża.


31 maja 1940

Podczas kolejnej audiencji, Papée znów swoje o Polsce. Pius XII okazuje współczucie, lecz brakuje z jego strony zapowiedzi jakiegoś zasadniczego kroku. Zacznie się jednak akcja charytatywna papieża na rzecz Polaków: paczki dla jeńców wojennych i uchodźców. W Kurii wyczuwa się oczekiwanie na rozwój sytuacji na zachodzie Europy. Do swego raportu włączyłam następujący passus, tu w pierwszej redakcji: Ośmielam się jednak zauważyć, że N-1 okazuje ostatnio większą samodzielność. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z trudności oddziaływania. I wiem, że to robota nie dla czeladnika. Byłabym jednak wdzięczna za informacje o generalnym kierunku naszej dywersji w tym zakresie. Chodzi o jeszcze lepszą koordynację. Watykan to wiele światów. Każdy ambasador chce objąć jak najwięcej z nich. N-1 jest dla dyplomatów najważniejszy, ale najważniejsze sprawy nie zawsze się od niego zaczynają i nie zawsze na nim kończą. Natomiast w zakresie mego zadania zasadniczego pozwalam sobie stwierdzić, że nadałam wszystko zgodnie z instrukcją. Świadoma jestem faktu, że nie zdołałam opętać tego ambasadora. Niby jest człowie kiem słabym, lecz jednocześnie – enigmatycznym i nie wiem jeszcze, czy to jego metoda, czy tylko natura. Jedno jest pewne: Słusznie zaliczyliśmy go do Rolników. Co innego Meysztowicz, to chyba Myśliwy, lecz o nim także za wcześnie sądzić. Przystojny. Wie o moim zainteresowaniu jego osobą. Wyniki, jak zwykle, nie odpowiadają twoim zainteresowaniom, lecz – niech mi wolno będzie zauważyć – nie są małe i są wszędzie widoczne. I na tym nie koniec. Mam niepłonną nadzieję, że wszystko, co nadałam, przyniesie owoce, prędzej czy później.


3 czerwca 1940

Zgodnie z instrukcją, postępowałam z najwyższą ostrożnością. Monsignor Kaas nie ma łatwego życia. Środki są skromne, potrzeby – kolosalne. Monsignor jest dobrym administratorem. Jako sekretarz kongregacji nadzorującej utrzymanie Bazyliki św. Piotra – kongregacji jakby nadprogramowej, ale bardzo realnej – ma do czynienia z włoskimi instytucjami i przedsiębiorstwami. Monsignor Kaas nie ma dobrego zdania o ich działaniu; tak naprawdę, to myśląc o nich wystrzega się nawet pojęcia „działanie". Musi przy tym uważać, żeby swej opinii nie uzewnętrznić. Włosi to drażliwe plemię. A Kuria to przede wszystkim Włosi. Prałat Ludwig Kaas jest Niemcem. Dobrym Niemcem. Ludzie rządzący Niemcami także są Niemcami i uważają się za dobrych Niemców, lecz Kaas nie zgadza się z nimi, nie tylko co do definicji dobrego Niemca. Głównym źródłem frustracji Kaasa nie jest ani szczupłość budżetu kongregacji, ani nawet rozbrajająca niesolidność Włochów. Kaas nie może sobie darować swojej naiwności. Zmusił swoich ludzi do głosowania o pełnomocnictwach dla Hitlera. Jako przywódca niemieckiej partii Centrum – przegrał. Zaszła różnica co do rozumienia moralności w polityce. Pogrążył się jako polityk, z tym jednak Kaas nie może się pogodzić. Politykiem nie przestaje się być tylko dlatego, że ktoś inny tego pragnie, politykiem przestaje się być na mocy decyzji własnej, ale czy polityk może chcieć przestać być politykiem, oto jak rozumuje Kaas. Prowadzi teraz swoją życiową grę. To typ Myśliwego. I wie, że wszystko stanie się dla niego trudniejsze, mimo fantastycznego sukcesu kampanii polskiej, może właśnie z powodu tego sukcesu Wehrmachtu. W takim stanie ducha zastał go Mueller. Początkowo nie przywiązywałam do tego znaczenia. Trzeba będzie dokonać rekapitulacji, żeby ogarnąć całość. Josef Mueller pojawił się w Rzymie tuż po inwazji na Polskę. Przyjechał jako oficer Abwehry. Wykonywał swoje czynności w porozumieniu z rezydentem wywiadu i ku tego ostatniego pełnej satysfakcji. Mueller dbał o dobre stosunki z rezydentem, lecz tak naprawdę liczył się tylko pułkownik Koestner w Berlinie. To właśnie on zwerbował Bawarczyka i powiedział mu, że jego rzeczywistym zadaniem będzie utrzymywanie poufnego kanału komunikacji Niemcy – Watykan. Wiadomo, o jakie Niemcy miało chodzić. Dla przykrywki Mueller miał obserwować włoskich defetystów oraz stosunki Włoch z państwami demokratycznymi. O stosunkach Niemcy-Watykan miał meldować osobiście Koestnerowi. Zadanie Muellera miało bowiem polegać na pośredniczeniu między wojskową opozycją niemiecką przeciw Hitlerowi a pa pieżem. Koestner wiedział, komu to powierza. Z ojcem Muellera byli przyjaciółmi ani stary, ani młody Mueller, nie byli narodowymi socjalistami, wręcz przeciwnie – gardzili nazistowskim motłochem. Jeszcze w początkach listopada Mueller powiedział Kaasowi, który nie miał jasnego wyobrażenia o roli Bawarczyka, że szuka protekcji dla swego krewnego, który ubiega się o kanoniczne anulowanie małżeństwa. Początkowo odwracałam, jak to się u nas mawia, nadając mu sprawy łatwe, szczególnie wykorzystując jego intymne przyzwyczajenia. Kaas zareagował bardzo przyjaźnie. Rozważali najlepszą strategię, aż wreszcie Kaas sam – tak mu się przynajmniej zdawało – wpadł na pomysł zetknięcia Muellera z Leuterem. Mueller uznał, że Kaas jest w porządku. Leuter przyjął Muellera niezwłocznie. Ten powiedział, że w wojsku niemieckim istnieje opozycja przeciw Hitlerowi. Opozycjoniści szukają kontaktu z dyplomatami brytyjskimi i innymi, a Watykan uważają za najbezpieczniejsze do tego miejsce, jeżeli Jego Świątobliwość nie ma nic przeciwko temu. Jeżeli Leuter nie zaoponuje, Mueller będzie uważał, że kontakty mają miejsce za wiedzą Jego Świątobliwości – tego już właściwie nie musiał mówić. Leuter odpowiedział, że każdy może szukać kontaktów z dyplomatami akredytowanymi przy Stolicy Apostolskiej. Pomyślał przy tym, że sprawa opozycji nie wymaga jeszcze referowania papieżowi. Ale Leuter był nie tylko sekretarzem Piusa XII, Leuter był przede wszystkim jezuitą. I natychmiast poinformował o wszystkim generała zakonu. Włodzimierz Ledóchowski przyjął te rewelacje z niepokojem. Jezuici nie są antyreformatorami, nie są polityczną policją papieża. A tu Leuter mówi, że wie o czymś politycznym. Sprawa pochodzi z zewnątrz, dobre i to, ale jezuici są w opozycji do narodowego socjalizmu i utrzymywanie kontaktu instytucjonalnego (jezuita nie jest osobą prywatną) z przeciwnikiem byłoby ryzykowne. Szczęśliwie, rozmowy nie zaszły daleko. Rzecz nie była groźna. Nie była groźna, lecz problem istniał. Ledóchowski patrzył na Leutera swym jasnym spojrzeniem, a ten nie po raz pierwszy miał wrażenie, że generał wie wszystko. Dwa dni później Mueller zjawił się ponownie. Tym razem powiedział Leuterowi, że opozycja wiąże swe nadzieje z autorytetem Jego Świątobliwości i prosi Piusa XII, aby powiedział posłowi brytyjskiemu o istnieniu opozycji i jej chęci poznania brytyjskich warunków zawarcia pokoju z nowym rządem niemieckim. Bo będzie nowy rząd. Bez Hitlera. Jego Świątobliwość miałby zagwarantować niektóre postanowienia porozumienia i to jeszcze przed obaleniem Hitlera, żeby taką zmianę rządu ułatwić. Leuterowi stanął przed oczyma Ledóchowski. To była sprawa do papieża. Taką sprawę należało niezwłocznie przedłożyć papieżowi. Ale Leuter pojmował, że jest wciągany w intrygę. I że ma pomóc wciągnąć papieża w intrygę. Ci ludzie wciągają papieża w wewnątrzniemiecką walkę o władzę! Ci ludzie to byli Niemcy. Widziałam, w jaką stronę sprawy idą, lecz nie powiodło mi się trwałe związanie z sekretarzem. Leuter także jest Niemcem. Dobrym Niemcem. I uważa, że Niemcy zasłużyły na lepszy los. Cały ten Schicklgruber czy Hiedler, czy jak mu tam, to bezbożny awanturnik. Polskę opanowała spółka dwóch bezbożników. Kościół znajduje się w defensywie. Jezuici zawsze bronili wiary. Jezuici bronią papieża. Nad zwyczajne okoliczności wymagają nadzwyczajnych posunięć. Lecz to nie on, Leuter, powołany jest do wyrokowania. Ojciec generał będzie wiedział, co zrobić. Tymczasem Mueller dostrzegł zakłopotanie Leutera i przyszło mu do głowy, że może wyraził się nazbyt drastycznie. Powiedział więc, że Jego Świątobliwość z pewnością pamięta Muellerów z Bawarii. Twarz Leutera jaśniała, gdy zapewniał swego rozmówcę, że papież ma pamięć niezwykłą. Rzeczywiście, Pius XII pamiętał starego Muellera, pamiętał i młodego. Jako nuncjusz był kiedyś w ich wiejskiej rezydencji. Ta rodzina adwokatów monachijskich z dziada pradziada obsługiwała miejscową kurię archidiecezjalną. Ale było coś innego, o czym nawet Leuter nie pomyślał. Oto bowiem papież dowiadywał się, że jacyś generałowie niemieccy chcą obalić prawowitą władzę państwową i oczekują jego pomocy. Zwierzchnik Świętego Kościoła Powszechnego miałby obalać prawowitą władzę, która od Boga pochodzi! Święty Klemens przewraca się w grobie! A co z neutralnością. Nie, ci ludzie stanowczo czegoś nie rozumieją. Ale to jednak dobrze, że tacy ludzie istnieją, myśli nagle papież i natychmiast marszczy czoło, jakby niezadowolony z siebie. Skoro już istnieją, głos Rzymu będzie lepiej słyszalny, myśli. Papież nie zamierzał odpowiadać Leuterowi, w każdym razie nie tak od razu. Rozmyślał i mierzył się z pokusą.


10 czerwca 1940

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com