Dworzanin królewicza Jakuba - Teresa Jadwiga Papi - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 137 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dworzanin królewicza Jakuba - Teresa Jadwiga Papi

Powieść historyczna opublikowana w 1902 roku. Teresa Jadwiga Papi (1843–1906), pisząca pod pseudonimami Teresa Jadwiga, Teresa Gałęzowska, była polską powieściopisarką i nowelistką. Od 1868 roku prowadziła założoną przez siebie tajną szkółkę, a następnie pensję żeńską wraz z J. Herman-Iżycką. Działała na rzecz Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności. Organizowała pomoc dla więzionych w Cytadeli socjalistów. Współpracowała z „Przyjacielem Dzieci” i „Światem”, „Wieczorami Rodzinnymi”, „Moim Pisemkiem” i in. Pisała przede wszystkim powieści i nowele dla młodzieży, głównie dla dziewcząt. Wśród nich znalazły się utwory o tematyce współczesnej, obyczajowej: „Chwile rozrywki” (1876), „Ze świata rzeczywistości i świata fantazji” (1880), „Szlachetne marzenia” (1883), „Z różnych sfer” (1888), powieści biograficzne: „Klementyna” (1904) – o K. z Tańskich Hoffmanowej, „Gabriela” (1906) – o N. Żmichowskiej, a także ok. 30 powieści historycznych oraz cykl zbeletryzowanych dziejów Polski („Obrazki zżycia znakomitych Polaków i Polek”, 1899). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Dworzanin królewicza Jakuba - Teresa Jadwiga Papi

Fragment ebooka Dworzanin królewicza Jakuba - Teresa Jadwiga Papi





Spis treści

  1. CZĘŚĆ I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. CZĘŚĆ II
  9. ROZDZIAŁ I
  10. ROZDZIAŁ II
  11. ROZDZIAŁ III
  12. ROZDZIAŁ IV
  13. ROZDZIAŁ V
  14. ROZDZIAŁ VI
  15. ROZDZIAŁ VII
  16. ROZDZIAŁ VIII
  17. ROZDZIAŁ IX
  18. ZAKOŃCZENIE
  19. Kolofon

CZĘŚĆ I


ROZDZIAŁ I

Pod niefortunnymi auspicjami rozpoczął się rok Pański 1673. Potencja turecka znów się ruszyła, a król Michał Korybut Wiśniowiecki dogorywał. Mówiono już o tym powszechnie, to też u imci pana Golańskiego wojskiego Bełzkiego w Uhrynowie, ilekroć zebrali się łaskawi sąsiedzi, rozpoczynała się natychmiast dyskusja, kogo by obrać królem, gdy słabowity syn Jeremiego Wiśniowieckiego oczy zamknie.

Nie brakło w kraju mężów i rodów sławnych, jednakże niefortunny ostatni wybór odradzał Piasta. Grożące niebezpieczeństwo od Turków nasuwało pytanie, czy nie lepiej po zgonie dogorywającego króla, poszukać sobie potężnego sprzymierzeńca, w którym z monarchów Europy, ofiarując mu koronę.

Lecz imci pan wojski marszczył czoło chmurnie, z jego przyjaciół wymówił imię obcego księcia, jako kandydata do tronu, co gdy spostrzegli przyjaciele naglili, by przyznał się, za kim jego serce, czy rozum przemawia, odpowiedział:

– Czekam ukończenia wojny z bisurmanami; czyje skronie Mars laurem zwycięstwa ustroi, temu oddałbym rad berło i koronę.

Za Piastem był przeto... Nieszczęsny traktat Buczacki, wstydem palił jego serce, gotów był na kolana paść przed każdym, za którego sprawą potęga niewiernych byłaby złamaną i upokorzenie pomszczone.

Zabrawszy na mocy pokoju buczackiego potężną twierdzę Kamieniec i zmusiwszy Michała Wiśniowieckiego do obietnicy płacenia haraczu, rozgospodarowali się Turcy w zdobytych nad Dniestrem ziemiach i pragnęli nowych zdobyczy, o Lwów nawet się kusząc.

Postanowiono tedy zerwać układy Buczackie. Wielki hetman koronny Jan Sobieski, pośpieszył na czele nielicznych, lecz dobranych hufców, przeciwko Osmanom.

Był dzień świąteczny cichy i pogodny; pan wojski z rodziną, którą składali żona, syn dwunastoletni i córeczka dziesięć wiosen licząca, siedział na ławie przed domem, wpatrzony w dal, zasępiony mocno, wzdychając ciężko od czasu do czasu.

– Co ci takiego, panie Janie? – zapytała go małżonka – wzdychasz, jak gdyby nieszczęście wisiało nad nami, a przecież chwała niech będzie Najwyższemu, zdrowi jesteśmy wszyscy, urodzaje zapowiadają się niezgorzej.

Golański mocniej jeszcze westchnął.

– Jak się nie frasować, kiedy nie mogę razem z drugimi pójść na Turków – odparł z nowym westchnieniem.

– Nie grzesz, Janie sarkaniem, dziękuj Bogu, że ponoć fortuna znów się ku nam zwróciła – odparła pani Hanna. – Nuda cię kusi, każ dosiąść chłopcu cisawego, niech harce na dziedzińcu wyprawia.

Wojski uśmiechnął się.

– Człek, choć stary, zawdy dzieciakowi podobny; potrzebna mu kara i nagroda – rzekł łagodnie.

– Ot, po twoich słowach pierzchł smutek.

To powiedziawszy, zwrócił się do syna.

– Jaśku! Biegnij do stajni po cisawego, a i mego przyprowadź, poharcujemy razem – dodał.

Chłopiec, który w milczeniu słuchał rozmowy rodziców, zerwał się teraz raźno i niebawem powrócił na dzielnym wierzchowcu, wiodąc za sobą drugiego.

Marysia aż w ręce klasnęła z radości.

– Zuch z naszego Jaśka – zawołała.

Ojciec pogładził jej płowe włosy, po czym wstał, by dosiąść swego karosza, gdy pani Hanna wskazała ręką na gościniec.

– Jakaś drużyna tu ciągnie – rzekła – może z wojny wracają.

Wojski dłonią oczy przysłonił.

– Nie inaczej – odparł – świecą na nich pancerze, odprowadź Jaśku konie; goście jadą, dobra nasza!

Dwór Uhrynowski wznosił się wśród pól rozległych, na które z ganku oko mogło biec swobodnie. Wojski poszedł ścieżyną wydeptaną wśród tych zielonych pól do gościńca, którym jechało w tej chwili kilkunastu jeźdźców.

– Witajcie bracia! – zawołał z dala. – Raczcie wstąpić do mego lichego domku. Czym chata bogata, tym rada. Zajedźcie choć miodkiem ochłodzić spieczone wargi.

Jeźdźcy nie dosłyszeli całej przemowy, jednak wyrazy: „witajcie bracia” głośniej wymówione, dobiegły ich uszu, więc dawszy koniom ostrogi, pośpieszyli ku przyzywającemu ich gościnnemu gospodarzowi.

– My z pocztu wielkiego hetmana, który do Warszawy śpieszy, bo miłościwy król Michał, świeć Panie nad jego duszą! Nie żyje! – rzekli.

– Wieść ta dobiegła nas na polu bitwy pod Chocimiem.

– Prędzej niż mnie w domu – odparł wojski. – Wieczne odpoczywanie racz dać Panie zmarłemu, a narodowi rozum, by godnego wybrał elekta.

– Lepiej niż ostatniego – odezwał się jeden z rycerzy.

– Nie potępiajmy umarłych, oni już przed sądem Bożym – przerwał wojski, a potem dodał: – Z oblicz waszych widzę, iż hetmanowi dobrze się wiodło na polu bitwy.

– Pod Chocimiem rozgromił dwakroć liczniejszego nieprzyjaciela – odezwał się pan Marek Matczyński. – Kiedy ujrzeliśmy olbrzymi obóz Hussyna, większość traciła ducha. Pac, Radziwiłł, Potocki radzili cofnąć się, ale Sobieski rzekł:

– Szyję mi utnijcie, jeśli ich nie wezmę!

I wziąwszy trzy kolumny piechoty, sam je powiódł, konia powierzywszy giermkowi.

– Odważnie, w imię Boga! – krzyknął na idących za nim, szablą torując sobie drogę.

Dopiero na pół strzału pistoletowego dosiadł konia, aby zdobyciem obozu Hassejnowego pokierować. Piechota przebyła szczęśliwie wały, lecz konnica turecka naraz wypadła i otoczyła ją zewsząd, wówczas na znak dany przez hetmana, ruszyła husaria i poszła naszym w pomoc. Zawrzał bój zacięty, naciśnięci przez nas Turcy tłumami poczęli uciekać na most; chcieliśmy pogonić za nimi, gdy powstrzymał nas krzyk trwogi, który straszliwym głosem wzbił się pod obłoki. Załamał się most, Dniestr porwał tysiące Muzułmanów, a my wkroczyliśmy jako zwycięzcy do obozu Hussyna. Dziesięć tysięcy Turków zginęło w tej rozprawie, 130 armat dostało się w nasze ręce. Spod Chocimia mieliśmy iść pod Cecorę, gdzie powiadano nam, że stoi Kapton basza z dwudziestu tysiącami ludzi, lecz przyszła wiadomość o śmierci miłościwego pana i rycerstwo zażądało powrotu. Teraz jedziemy do Warszawy, hetman wysłał nas przodem, aby mu nocleg przygotować gdzie wypadnie, zaczym zamawiamy go u Waszmość pana.

Golańskiemu twarz się rozpromieniła.

– Zaszczyt nie lada spotka mój domek ubożuchny – odparł – ale czy hetmanowi będzie w nim dość wygodnie; izby niewielkie.

– Pod gościnną strzechą Bóg ściany rozszerza i spichlerze napełnia – odparli rycerze. – Cóż to my o wojskim Golańskim nie słyszeli.

– Więc chodźcie za mną, wychylić tymczasem po czarze miodu i koniki napoić. Potem dwóch na spotkanie po hetmana podąży, inni pomogą rozszerzyć moje ściany – odparł wesoło wojski. I powiódł rycerzy do dworu. – Hanno! – zawołał – mamy gości, wielkich gości!

Jasiek, który zrazu, gdy ojciec kazał mu odwieść konia do stajni, zasępił się, teraz na widok rycerzy zapomniał o harcach obiecanych.

Stał z rozwartymi ustami, nie słysząc wołania ojca, lecz pani Hanna oraz Maryś posłyszały je zaraz i kazały służbie wynieść z izby stół na ganek, po czym Maryś śnieżnym obrusem go zasłała, a pani Hanna dzban z miodem postawiła i piernik przedziwny domowej roboty.

Goście ucałowali matce ręce, dziewczęciu ukłony złożyli, Maryś dygnęła zapłoniona, pani Hanna poczęła przepraszać za skromny podkurek obiecując, iż niebawem sutszy zastawi, gdy już hetman nadjedzie.

Popijając miodek, goście opowiadali o potyczkach stoczonych i przygodach z życia obozowego.

– Mikołaj Sieniawski do szczętu zniósł Tatarów Lipków – mówił z werwą chorąży Średnicki. – Turcy są tak przerażeni zwycięstwami naszego hetmana, iż uciekają na sam jego widok. Kapitan basza dowiedziawszy się, że hetman zamierza ruszyć pod Cecorę, uciekł stamtąd.

– Hm! Hm! Ciekawa rzecz, kogo też na elekcji wybierzemy? – odezwał się Golański. – Powiedźcie jakiego kandydata forujecie? – zapytał go nagle jeden z towarzyszy.

– Zdania nie zmieniłem, bom nie chorągiewką na dachu – odparł Golański. – Głosowałem i głosuję za Piastami; temu oddałbym koronę, kto zwycięstwem rad Turczynom zetrze wstyd pokoju Buczackiego.

Tak gawędzili, a Jasiek słuchał zrazu potem wysunął się cichaczem z ganku; ojciec spostrzegłszy po chwili syna nieobecność, pewien był, iż pobiegł do stajni pieścić źrebięta, lub figle wyprawiać z fornalami.

Tymczasem słońce poczęło się chylić ku zachodowi.

– Hetman powinien nadciągnąć niebawem – rzekł jeden.

– Pono już ciągnie, słyszę tętent – odparł Golański i pierwszy podniósł się – nie inaczej, już jadą gościńcem – dodał.

Chorąży i rotmistrz pośpieszyli na gościniec, a inni za gospodarzom na czele z kielichami w dłoniach i dzbanami miodu zwolna posunęli się do bramy. Hufiec ciągnął gościńcem, Średnicki i Golański już się z nim spotkali.

– Toć mój Jasiek jedzie przy hetmanie, dalibóg, to on! – wykrzyknął naraz Golański, wyciągnąwszy rękę przed siebie.

W istocie, Jasiek usłyszawszy, że hetman wysłał podjazd, by mu nocleg przygotował, sam naprzeciw bohatera konno pośpieszył; dotarłszy do lasu, czekać postanowił, a gdy ujrzał poczet, wystąpił naprzód, zeskoczył z konia i zdjąwszy czapkę pochylił się nisko przed hetmanem.

– Raczcie pozwolić, miłościwy wodzu, że poprowadzę was do naszego domu, ojciec mój czeka już z wieczerzą i noclegiem – rzekł.

Podobała się śmiałość chłopca Sobieskiemu, zatrzymał konia, pogłaskał jego płową główkę i rzekł:

– Prowadź!

A gdy nadjechał Średnicki z Golańskim, hetman zawołał do nich:

– Mości Średnicki, pominiemy snadź wybraną przez was gościnę, a damy się zawieść owemu pacholęciu, które bardzo mi do serca przypadło.

– To pacholę wiedzie was, miłościwy hetmanie, do tego samego domu – odparł wesoło Średnicki. W tym gaju hufiec wygodnie się rozłoży, a wy, jeśli wola przyjmiecie gościnę imć pana Golańskiego, dziedzica Uhrynowa, ojca owego pacholęcia.

– Zgoda! – wykrzyknął hetman, potem zwrócił się do chłopaka, który trzymał się go blisko, spełniając rolę przewodnika.

– Jak ci na imię?

– Jan Golański – odparł śmiało chłopiec.

– A czemu twój ojciec nie był z nami na wojnie?

– Rycerzem był za króla Jana Kazimierza, ale mu Szwedzi prawą rękę zabrali, więc teraz jest wojskim – rzekł Janek.

Gdy dostojny gość zwrócił się w aleję, wiodącą z gościńca do dworu, wojski wyszedł na spotkanie. – Niech żyje bohater  spod Chocimia – zawołał.

I napełniwszy roztruchan złoty, podał go hetmanowi.

– A czy masz, panie bracie, drugi? – zapytał go Sobieski.

Jeden z towarzyszy, którzy z imci panem Gdańskim tu podeszli, podał mu natychmiast swój kielich.

– Napełnij go i wychyl – rzekł hetman.

A gdy dziedzic Uhrynowa spełnił jego życzenie i na jego cześć miód wysączył, kazał mu powtórnie napełnić kielich, podniósł swój w górę i zawołał:

– Cześć rycerzom!

– Cześć! Cześć! – zawołali inni i wyciągnęli ręce z kielichami do Golańskiego.

Wojskiemu oczy łzami zaświeciły.

– Teraz mój dom, raczcie hetmanie nawiedzić – rzekł, i konia za uzdę ująwszy, powiódł go razem do dworu.

Tymczasem pod dozorem pani Hanny nakryto wielki stół w głównej komnacie i wytoczono beczkę przedniego wina.

Nieśmiała, ale gościnna woszczyna, załatwiwszy się z obowiązkami gospodyni, wyszła na ganeczek z córuchną i czekały razem gości, a gdy hetman zsiadłszy z konia, podszedł ku nim i piękną, lubo trochę puszystą mową, począł przepraszać za najazd, pani Hanna oczy spuściwszy odparła:

– Gość w dom, Bóg w dom.

Czy cud anielski jak u Rzepichy, rozmnożył w domu imci pana Golańskiego jadło, czy gospodarność jego żony, o to goście nie pytali, tylko ochoczo zasiedli do stołu, na którym piętrzyły się półmiski zastawione pieczystym z ptactwa domowego, baraniną i wędliną, oraz kosze pełne przysmaków. Janek roznosił biesiadującym szklanice pełne rubinowego płynu, Marysia owoce i pierniki, pani Hanna raz wraz znikała do spiżarni i kuchni.

– Gdy żołądek przestał wołać: „głodny jestem”, powiem wam, panie bracie, jaki projekt powstał w mej głowie, co do syna waszego – odezwał się naraz hetman zwróciwszy się do Golańskiego. – Powierzcie mi go, a żołnierzykiem prawym zostanie... Mam syna, chłopca tych lat, co wasz, matka, jak wiecie, Francuska rodem, nie po naszemu go trochę chowa; chłopak mi jeszcze, broń Boże, zniewieścieje; wasz zuch udał mi się.

– Pod okiem bohatera spod Chocimia wyrośnie mi syn na rycerza – rzekł Golański.

– Ot, dwojgu uciechę sprawiłem, uciecha ta głaszcze mi serce – odezwał się po chwili Sobieski – ale udał mi się ten chłopak!

W ten pani Hanna ukazała się na progu; objęła jednym spojrzeniem męża, syna i hetmana.

– A tutaj co się stało? – zapytała. Janek zerwał się z kolan i do matki pobiegł.

– Matuchno raiła, toć i ty pozwolisz? – zapytał – ojciec dał już błogosławieństwo swoje.

– Na co? – odparła pani Hanna zdumiona.

– Pan hetman bierze mnie do siebie, na żołnierza wykieruje – rzekł Janek prędko.

Pani Hanna pobladła.

– Na wojnę cię powiedzie? – szepnęła.

– Uspokój się, matko; na wojnę dla waszego chłopca jeszcze czas – odezwał się hetman.

I powstawszy, podszedł ku stroskanej niewieście.

– Ot projekt rzuciłem – dodał – zechcecie, podziękuję, odmówicie, odjadę bez urazy.

I powtórzył to, co już Grolańskiemu powiedział. Pani Hanna i Marysia słuchały go w milczeniu, gdy skończył, matka rzekła: – Wielka to łaska dla nas, ale i wielki smutek, jednego mamy syna w domu; wiedziałam, że czeka mnie rozstanie, ale myślałam, że jeszcze lat kilka nacieszę się nim spokojnie

Miękkie serce hetmana zrozumiało matkę.

– Toć jastrzębiem nic jestem, pisklęcia zdradnie nie porwę – rzekł łagodnie – pomówimy jeszcze o tym; nie dziś, bo dziś śpieszę do Warszawy, ale po elekcji postaram się tak sprawę ułożyć, aby wilk był syty i owca cała.

To powiedziawszy, ucałował pani Hannie rękę.