Dwór w Haliniszkach - Emma Jeleńska-Dmochowska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 691 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dwór w Haliniszkach - Emma Jeleńska-Dmochowska

Dwór w Haliniszkach” to opublikowana w 1903 roku powieść polskiej pisarki i działaczki oświatowej związanej z Kresami. Rzecz dzieje się na Wileńszczyźnie i w Rzymie na przełomie XIX i XX wieku. Przedstawia perypetie pewnej szlacheckiej rodziny związane z wydaniem za mąż jednej z córek. Młoda dziewczyna i zdawałoby się idealny kandydat, a w tle romanse, zdrady, fałszywe opinie, niesłuszne oskarżenia i... prawdziwa miłość. Twórczość Dmochowskiej porusza problemy obyczajowe i społeczne, a jednocześnie zwraca uwagę na przywiązanie do ziemi ojczystej i dawne tradycje szlacheckie. Wśród innych utworów Emmy Dmochowskiej można wyróżnić powieści „Panienka” (1899), „Z miłości” (1903), „Obrączka” (1907), „Matka” (1922) oraz dramaty „Syn” (1904) czy „Krzywda” (1912). Autorka oprócz pisarstwa zajmowała się także organizacją kursów dla nauczycieli, pracowała w redakcji pism „Zorza Wileńska” i „Jutrzenka”. Aktywnie działała także na rzecz kobiet, czego wyrazem było założenie Związku Patriotycznego Polek. Jej prokobieca i prospołeczna działalność znajduje odbicie w jej twórczości.

Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Dwór w Haliniszkach - Emma Jeleńska-Dmochowska

Fragment ebooka Dwór w Haliniszkach - Emma Jeleńska-Dmochowska







Spis treści

  1. Prolog
  2. CZĘŚĆ I
  3. ROZDZIAŁ I
  4. ROZDZIAŁ II
  5. ROZDZIAŁ III
  6. ROZDZIAŁ IV
  7. ROZDZIAŁ V
  8. ROZDZIAŁ VI
  9. ROZDZIAŁ VII
  10. ROZDZIAŁ VIII
  11. ROZDZIAŁ IX
  12. ROZDZIAŁ X
  13. ROZDZIAŁ XI
  14. ROZDZIAŁ XII
  15. CZĘŚĆ II
  16. ROZDZIAŁ I
  17. ROZDZIAŁ II
  18. ROZDZIAŁ III
  19. ROZDZIAŁ IV
  20. ROZDZIAŁ V
  21. ROZDZIAŁ VI
  22. ROZDZIAŁ VII
  23. ROZDZIAŁ VIII
  24. ROZDZIAŁ IX
  25. ROZDZIAŁ X
  26. CZĘŚĆ III
  27. ROZDZIAŁ I
  28. ROZDZIAŁ II
  29. ROZDZIAŁ III
  30. ROZDZIAŁ IV
  31. ROZDZIAŁ V
  32. ROZDZIAŁ VI
  33. ROZDZIAŁ VII
  34. ROZDZIAŁ VIII
  35. ROZDZIAŁ IX
  36. ROZDZIAŁ X
  37. ROZDZIAŁ XI
  38. ROZDZIAŁ XII
  39. KOLOFON

Prolog

Nad Wiecznym Miastem powoli zachodziło słońce. Po niebie nie błądziła ani jedna chmurka. Było ono ogromne, szafirowe, nieruchome jak szklana kopuła. Powietrze drgało rozpalone. Od dalekich bagien za Tybrem niosły się czasem wilgotne tchnienia. Pył, wznoszący się tu i ówdzie z ulic, złocił się w powietrzu. Pod bramą San Paolo, której średniowieczne baszty i mury, zrudziałe latami, ostro rysowały się na błękicie nieba, było gwarno. Ku miastu wracały powozy odwożące turystów, wyjeżdżały dwukołowe wózki, ciągnione przez muły, na których gromadami zasiadali wieśniacy. Kilku cyklistów przemykało ostrożnie pośród tłumu. Strażacy w popielatych mundurach wiedli głośne rozmowy. Opodal szara i ciężka piramida Cestiusza, zieleniejąca u dołu plamami pleśni, wznosiła się na tle drzew protestanckiego cmentarza. Był to zakątek świeży i cichy jak oaza. Pod wiecznie bujną zielonością zapadały się powoli w ziemię groby zmarłych tu cudzoziemców. Na grobach tych bujnie rosła trawa i rozkwitały chwasty, wabiąc ku sobie pszczoły i inne owady.

Panna Teresa Leonia Halicka szła do miasta. Wracała z Bazyliki św. Pawła za murami – i czuła się już mocno zmęczona całodziennym chodzeniem. Bo też była to prawdziwa pielgrzymka – wotum uczynione na uproszenie łask Boskich i światła Ducha Świętego. Od tak dawna szukała drogi, a wszystkie były jakby zamknięte przed nią. Od tak dawna łaknęła światła, a w duszy jej była ciemność, chwiejność, dziwny jakiś zamęt. Mówiła do Boga: – Mów, Panie! Rzeknij słowo, a wszystko uczynię wedle Twojej woli. Ale dokoła panowało milczenie, słyszała tylko głos własnej duszy, niepewny i drżący. Wiedziała, że musi iść, że furta klasztorna na nią czeka, że przysięga uczyniona w latach młodości obowiązuje ją nadal. Czuła, że nie jest już z tego świata. Była gotowa iść. Lecz dokąd? Dokąd?

Przeszła pod ciemnym sklepieniem bramy. Po tamtej stronie słońce jeszcze jaśniej świeciło niezasłonięte przydrożnym murem i przed oczami roztaczała się rozległa przestrzeń. Ulice były już wytyczone, ale jeszcze nie zabudowane, na wprost wznosiło się zielone wzgórze Awentynu, uwieńczone kościółkiem Maltańskim.

Zwróciła się na lewo i szeroką, pustą ulicą szła ku rzece, widniejącej za kamiennym ocembrowaniem. Dokoła było cicho. Myślami wróciła znów do wspomnień, do chwili najważniejszej w jej życiu.

Tak, było to kilka lat temu. Była młodziutką, dojrzewającą dziewczyną, gdy zaczęła ją dręczyć choroba dziwna, nieokreślona. Przykuta do łóżka, w strasznych cierpieniach traciła powoli władzę we wszystkich członkach, traciła mowę i słuch, i tylko jej wielkie oczy, nabrzmiałe i przerażone, świadczyły, że wciąż jeszcze żyje. Ale i w oczach zaczynało się mącić i co dzień mniej widziała, co dzień ogarniała ją większa ciemność. Aż wreszcie przyszła taka noc, że zwątpiono, czy będzie żyć. Przywołany ojciec Maks stanął nad nią wymawiając słowa absolucji, ale ona go już nie widziała. Matka i kilkoro przyjaciół klęczało dokoła, czekając ostatniego tchnienia. Szmer litanii za konających rozlegał się w smutnym pokoju. Gromnica, którą dano jej do ręki, paliła się żółtym płomieniem. Ona zaś zapadała wciąż głębiej i głębiej w noc jakąś bezbrzeżną, w przepaść, w pustkę... Aż nagle poczuła, że musi powstać, że coś ją podnosi, rzuca na kolana i ręce składa do modlitwy. I zrobiła się jasność wokół niej, jasność cudowna, niebiańska, i spłynęła z góry Madonna z promienistą aureolą nad czołem. Rozkrzyżowawszy złożone na piersiach ręce wyciągnęła je do niej i rzekła słodkim głosem: – Pójdź za mną. Rozsunąwszy fałdy szaty ukazała jej serce krwawe, siedmiu mieczami przeszyte. A potem wszystko znikło i Teresa Leonia poczuła, że spada gdzieś całym swym ciężarem, że czyjeś ręce ją chwytają, że na skronie leją jej wodę. Więcej nie zapamiętała. Ale gdy nazajutrz przyszła do siebie, przyczyna choroby była usunięta, organizm rozpoczynał normalne funkcjonowanie. Życie jej zostało ocalone.

Podniosła głowę i rozejrzała się wokół siebie. Była już na placyku przed kościołem Santa Maria in Cosmedin, którego sczerniała wieżyczka przecinała niebo wąską linią. Za sobą zostawiła zielony Awentyn. Opodal ładna świątynia Słońca, jak cacko delikatne i wątłe, wznosiła swe kolumienki leciuchne i daszek na nich oparty. Po lewej stronie Tyber ujęty w kamień szumiał żółtymi wodami. Podeszła do brzegu. Była znużona chodzeniem, całodziennym postem, upałem, wrażeniami, jakich doznawała w tej pielgrzymce do siedmiu bazylik. Rada była spocząć na chwilę. A przy tym taki urok szedł od tego świętego miasta, od ruin, które widniały przed nią! Tyber płynął leniwie u jej stóp, tocząc mętne wody, zmęczone tylu wiekami wędrówki. Były ciężkie i ciemne, jakby kryły w swej głębi jakieś tajemnice i zbrodnie. Lecz dalej, ku zachodowi, w promieniach słonecznych przybierały barwy jaśniejsze, mlecznobiałe i żółtawe, rozlewały się szeroko okrążając wysepkę Świętego Bartłomieja z jej czerwonawym szpitalem Bonifratrów i poprzecinane ciemnymi liniami mostów szły pod słońce odbijając przybrzeżne domy i kościelne wieże, za którymi leżało Zatybrze z ciasnymi uliczkami i wąskimi domkami. W oddali wznosiły się zieleniejące wzgórza. A nad całym tym skupiskiem domów, kościołów, dachów, wieżyczek i murów królowała na niebie kopuła bazyliki Świętego Piotra.

Słońce coraz szybciej chowało się gdzieś za Monte Mario i na ziemi zaczynał panować zmrok fioletowy i chłodny. Ale szczyty wież, z górującą nad nimi jasną, zwycięską kopułą bazyliki, ciągle złociły się nad Wiecznym Miastem.

Tu es Petrus – szepnęła Teresa Leonia i z dumą patrzyła przed siebie. Tak, Rzym cały – to miasto o wielkich losach – był to proch i marność, pyłek nikczemny pod stopami tej świątyni. Nie Rzym tylko – świat cały czymże był wobec tej największej potęgi, tej najświętszej władzy, co od tej kopuły szła przez wieki całe, zwycięska, niezwalczona, wieczna – co brała swój początek u tronu samego Boga, a słowem Chrystusa zatwierdzona, objęła całą kulę ziemską i przyświecała jej, jak pochodnia wiodąca ku niebu...

Tu es Petrus – powtórzyła i czuła, jak jej serce wzbiera miłością i przywiązaniem, jak wchodzi w nie moc niezwyciężona, a zarazem i wielka duma, że ona – słabe dziewczę – została wybrana przez Pana i powołana ku wielkiemu celowi. Wybrana! Tak, od chwili, gdy nad jej łożem zajaśniała słodka twarz Madonny, gdy usłyszała słowa: – Pójdź za mną! – życie jej przestało do niej należeć. Czuła i rozumiała, iż jest powołana do spełnienia jakiegoś dzieła – i żyła, czekając znaku.

Pierwszą jej czynnością po dźwignięciu się z choroby, było złożyć przysięgę i ofiarować Bogu swe serce czyste, żadną ziemską miłością nie skalane, ciało dziewicze, myśli i wolę, i całą swą istotę. Była zbyt młoda i jeszcze zbyt osłabiona, aby jakiekolwiek zgromadzenie zakonne mogło ją przyjąć. Musiała czekać i przysposabiać się do życia, które miało się stać jej udziałem. Czekała więc, a tymczasem poznawała reguły różnych zakonów i w obcowaniu z mniszkami, w częstych rekolekcjach, odbywanych w rozmaitych klasztorach, starała się poznać, gdzie wola Boska chce ją mieć.

Tak minęło lat kilka – a wybór ciągle nie zapadał. Miała już lat dwadzieścia parę – dłużej zwlekać nie mogła. Głos wewnętrzny powtarzał jej wciąż: – Idź! A nie wiedziała dokąd. Więc za radą ojca Maksa udała się na pielgrzymkę do siedmiu bazylik – i teraz, gdy wszystkie siedem obeszła, wracała do Świętego Piotra dla odprawienia końcowych modlitw. – Może tam, u grobu Apostołów, znajdę światło! – westchnęła. Podniosła głowę i ruszyła dalej. Szarzało już, ale Tyber, płynący od zachodu, niósł z sobą fale barw jasnych i niebo nad nim było u góry zielone, a złote u spodu. Tylko kopuła ze złocistej zaczęła zmieniać się na lazurową i, jak zawieszona w niebie, zdawała się garnąć pod siebie całe miasto.

Teresa Leonia szła brzegiem rzeki. Choć zmęczona, przyśpieszyła kroku, aby za dnia móc jeszcze ukończyć pielgrzymkę. Idąc, znów rozmyślała. Przypominała sobie jedne po drugich zgromadzenia, które poznała. Więc pierwotne, ostre reguły benedyktynek, cysterek, klarysek, karmelitanek Świętej Teresy, wielkich pokutnic oddanych umartwieniu ciała, ubóstwu i kontemplacji – prawdziwe to były ofiary na ołtarzach Pańskich, baranki niewinne, przelewające dobrowolnie krew swą na odkupienie ludzkich grzechów, na przebłaganie gniewu Bożego. Ale ani jej zdrowie, ani usposobienie nie pozwalały się jej ku nim skierować – ascetyzm jej nie pociągał. Następnie reguły czynne, działające, biorące udział w życiu nieszczęśliwej ludzkości – franciszkanki, oddane maluczkim i ubogim, siostrzyczki ubogich, których szare habity znane były dobrze poddaszom i suterenom, Siostry Świętego Józefa, utrzymujące ochronki, bohaterskie Siostry Miłosierdzia, istna armia idąca wszędzie, gdzie grozi niebezpieczeństwo – i wszystkie inne zgromadzenia misyjne, które szły na koniec świata lub przenikały najniższe warstwy społeczne, głosząc naukę chrześcijańską i walcząc ze złym duchem. Były to święte dusze – pracowite, odważne, korne i cierpliwe – godne najwyższego uznania. Ale, widziane z bliska, jakże były ordynarne, pozbawione wszelkiej osobistej inicjatywy, ślepe narzędzia w ręku przełożonych, prozaicznie wykonujące pospolite czynności! Bez wychowania, bez polotu! Nie, wśród takich nie mogłaby wytrzymać. Był jeszcze cały szereg zakonów nowszych, liczących się bardziej ze współczesnymi warunkami – wizytki, sercanki, niepokalanki, nazaretanki, urszulanki, Zgromadzenie Sióstr de Santa Maria Reparatrice, Zgromadzenie des Dames de la Retraite i wiele, wiele innych jeszcze – zakony przeważnie dla osób „z towarzystwa”, dla zamożnych i wykwintnych dam, które, pomimo najgłębszej pokory, nie mogły być narażone na brutalne zetknięcia z rzeczywistością, a uprawiały pobożność w przystępniejszej formie, i taką, która licowała z ich subtelną i wyrafinowaną naturą.

W ich progi nieraz już wstępowała. Próbowała nowicjatu w Sacre Coeur; odprawiła u nazaretanek rekolekcje; zwiedziła kilka domów wizytek; wreszcie prawie się już dała uwieść urokowi przepięknych Sióstr Reparatrices, których poetyczne nabożeństwa, w kaplicy przybranej liliami, zawsze nadzwyczaj silnie na nią działały.

Wszystkiego tego już próbowała – i wszędzie doznała zawodu. Z bijącym sercem wchodziła w progi każdego nowego klasztoru, mówiąc sobie: – Tu znajdę odpoczynek i światło, a wychodziła z zawodem, z jakimś dziwnym niesmakiem. – Nie, i to nie dla mnie – powtarzała sobie, i szukała dalej. Bo wszędzie widziała jakieś braki, jakieś „ale”, coś mąciło tę harmonię, którą sobie wymarzyła. I niepokój ogarniał ją coraz dotkliwszy i boleśniejszy, bo sumienie odzywało się ostrzegając, że czas upływa, a przysięga pozostaje nie wykonana. – Boże, wybaw mnie, ratuj, wskaż drogę! – szepnęła.

Rozejrzała się wokół siebie. Wychodziła już z wąskiej uliczki na plac Św. Piotra. Zatrzymała się. Tyle razy widziała ten plac i kościół, a nigdy nie mogła na niego spoglądać bez zachwytu, zawsze, gdy wstępowała na schody krużganka, przepełniało ją uczucie dumy. Czuła się pewniejsza, śmielsza w tym wspaniałym otoczeniu, wśród tej kolumnady, co dwoma ramionami sięgała w świat, jakby go chciała objąć i rzucić do stóp ołtarza. – I teraz otucha zaczęła znowu wstępować w jej serce. Weszła do kościoła w przekonaniu, że tu ją czeka pożądana łaska.

W olbrzymiej świątyni panował już zmrok, kontury rozpływały się i ginęły w półtonach. Pod sklepieniem zalegały cienie. Gdzieś wysoko ponad głowami rozety, kasetony, barwne marmury i postacie aniołów, a niżej kolosalne figury świętych, mozaiki jaskrawe, złocenia i rzeźbione kapitele zlewały się w monotonną szarość. Oko nie dosięgało już granic tej szarości i oprzeć się nie mogło na żadnym określonym kształcie. Czuło się tylko dokoła olbrzymią przestrzeń, jakieś obszary bezgraniczne, jakieś kształty nadludzkiej miary, potęgę i wielkość wlaną w mury i w kamienie. Wśród tego ogromu spowitego w mroki paliły się z dala żółtą łuną lampki u grobu apostołów.

Gdy się znalazła w świątyni, Teresa Leonia poczuła się tak słaba, że musiała oprzeć się o ścianę, aby nie upaść. Chwilę stała z przymkniętymi oczami, w chłodzie marmurów, przejęta dreszczem oczekiwania – samotna w zapadającym zmroku. Kościół był pusty. Tylko gdzieniegdzie przemykała w oddali ku zakrystii postać posługacza w długiej sutannie albo jakiś spóźniony turysta dążył ku wyjściu. W głębi, przed posągiem św. Piotra oświetlonym płomykiem lampy, modliło się kilkoro ludzi. Czarna postać świętego siedziała na tronie, z nimbem wokół głowy, sztywna, wyprostowana i sroga, dzierżąc w ręku klucze od Królestwa Niebieskiego.

Chłód, pustka i smutek wiały z tych olbrzymich murów nie ożywionych teraz barwnym rysunkiem mozaik ani grupami świętych, ani ruchliwym i głośnym zazwyczaj tłumem cudzoziemców. Smutek ten przenikał i Teresę Leonię i serce jej się ściskało, jakby w przeczuciu czegoś tajemniczego, co się miało stać za chwilę, czegoś nieznanego, co szło ku niej z tej ciemności i z tej gdy Teresa Leonia wróciła wreszcie do domu, pani Alina Halicka zerwała się z krzesła i zawołała: – Ach, mój Boże, taka byłam niespokojna... Je craignais quelque accident... Musisz być głodna i zmęczona? Już po siódmej. – Ale spojrzawszy w twarz córki zrozumiała, że zaszło coś niezwykłego i zamilkła, patrząc na nią pytającymi oczami.

Teresa Leonia zdjęła kapelusz i powoli osunęła się na krzesło. Była blada, ciemne obwódki podkrążały jej błyszczące oczy.

– I cóż? – spytała wreszcie matka.

Ona zwróciła twarz ku matce i rzekła stanowczym, spokojnym głosem:

– Bóg objawił mi swą wolę. Zakładam nowy zakon, zakon Sióstr Bolejących, na pamiątkę siedmiu mieczów, które przeszyły serce Matki Najświętszej.

– Zakładasz nowy zakon – wyszeptała pani Alina w osłupieniu – nowy... un ordre nouveau, ale jak? Jakże to zrobisz?

– Nie wiem, nic nie wiem jeszcze. Ale to pewne, że Bóg tego chce – i tak będzie. Dotąd błądziłam w niepewności i w trwodze, bo nie widziałam drogi przed sobą. Ale dziś, gdy tylko weszłam do Świętego Piotra, uczułam, że zbliża się chwila objawienia. Straciłam przytomność... i ukazała mi się znowu Madonna, tak samo jak wtedy, i tak samo pokazała mi swoje serce.

Usłyszałam głos, który mówił wyraźnie: – Założysz nowy zakon, zakon Sióstr Bolejących.

Zamilkła, wyczerpana i bezsilna, lecz po chwili podniosła się i prędko, gorączkowo, zaczęła mówić: – O, teraz, gdy już wiem, co mam robić, nic już mnie nie wstrzyma, nic nie zatrwoży. Dość tych namysłów, dość zwlekania! Pójdę prosto przed siebie za tym głosem, który mnie woła i nikt nie ma prawa stawać mi w poprzek drogi. Niech się nikt nie waży! Niech nie próbuje, bo wszystkich złamię, zdepcę, zwyciężę! Ostatnią kroplę krwi oddam, ostatnie tchnienie, ale dzieło dokonać się musi, dzieło wielkie, święte, które mi sam Bóg w ręce włożył. Nic mnie nie zniechęci, nic nie zrazi, czuję się tak silna, tak potężna! To musi być wielki zakon, prawdziwy filar Kościoła, gwiazda na niebie katolickim, tarcza przeciwko niewierzącym, dom Boży pełen cnót i światła, i mądrości, przybytek doskonałości i wiary niepokalanej... Zakon Sióstr Bolejących prawdziwie nad grzechami świata, i nad losem naszym. Będzie to obrona dla tych, co się doń schronią... przytułek, port bezpieczny... O, ja czuję dobrze, jaki on być musi, jakim Bóg chce go mieć... Widzę, widzę teraz, co jest do zrobienia – i już nic w świecie mnie nie powstrzyma, nie wróci z drogi, nic mnie...

Gdy Teresa Leonia wróciła wreszcie do domu, pani Alina Halicka zerwała się z krzesła i zawołała: – Ach, mój Boże, taka byłam niespokojna... Je craignais quelque accident... Musisz być głodna i zmęczona? Już po siódmej. – Ale spojrzawszy w twarz córki zrozumiała, że zaszło coś niezwykłego i zamilkła, patrząc na nią pytającymi oczami.

Teresa Leonia zdjęła kapelusz i powoli osunęła się na krzesło. Była blada, ciemne obwódki podkrążały jej błyszczące oczy.

– I cóż? – spytała wreszcie matka.

Ona zwróciła twarz ku matce i rzekła stanowczym, spokojnym głosem:

– Bóg objawił mi swą wolę. Zakładam nowy zakon, zakon Sióstr Bolejących, na pamiątkę siedmiu mieczów, które przeszyły serce Matki Najświętszej.

– Zakładasz nowy zakon – wyszeptała pani Alina w osłupieniu – nowy... un ordre nouveau, ale jak? Jakże to zrobisz?

– Nie wiem, nic nie wiem jeszcze. Ale to pewne, że Bóg tego chce – i tak będzie. Dotąd błądziłam w niepewności i w trwodze, bo nie widziałam drogi przed sobą. Ale dziś, gdy tylko weszłam do Świętego Piotra, uczułam, że zbliża się chwila objawienia. Straciłam przytomność... i ukazała mi się znowu Madonna, tak samo jak wtedy, i tak samo pokazała mi swoje serce.

Usłyszałam głos, który mówił wyraźnie: – Założysz nowy zakon, zakon Sióstr Bolejących.

Zamilkła, wyczerpana i bezsilna, lecz po chwili podniosła się i prędko, gorączkowo, zaczęła mówić: – O, teraz, gdy już wiem, co mam robić, nic już mnie nie wstrzyma, nic nie zatrwoży. Dość tych namysłów, dość zwlekania! Pójdę prosto przed siebie za tym głosem, który mnie woła i nikt nie ma prawa stawać mi w poprzek drogi. Niech się nikt nie waży! Niech nie próbuje, bo wszystkich złamię, zdepcę, zwyciężę! Ostatnią kroplę krwi oddam, ostatnie tchnienie, ale dzieło dokonać się musi, dzieło wielkie, święte, które mi sam Bóg w ręce włożył. Nic mnie nie zniechęci, nic nie zrazi, czuję się tak silna, tak potężna! To musi być wielki zakon, prawdziwy filar Kościoła, gwiazda na niebie katolickim, tarcza przeciwko niewierzącym, dom Boży pełen cnót i światła, i mądrości, przybytek doskonałości i wiary niepokalanej... Zakon Sióstr Bolejących prawdziwie nad grzechami świata, i nad losem naszym. Będzie to obrona dla tych, co się doń schronią... przytułek, port bezpieczny... O, ja czuję dobrze, jaki on być musi, jakim Bóg chce go mieć... Widzę, widzę teraz, co jest do zrobienia – i już nic w świecie mnie nie powstrzyma, nie wróci z drogi, nic mnie...

W tej chwili rozległo się ciche pukanie do drzwi. – Entrez! – zawołała pani Alina i do pokoju wszedł monsinior Żurowski.

Był to jeszcze młody, wysoki mężczyzna, o kształtach wyraźnie zaokrąglonych i bladej, niezdrowej twarzy, którą oświecała para mądrych oczu i rozjaśniał uśmiech pogodny, pełen finezji. Ubrany był w czarną sutannę, doskonale skrojoną, ożywioną fioletowymi guziczkami.

– Przepraszam, że może o niewłaściwej porze przybywam – zaczął od drzwi, ale pani Alina rada była jego przybyciu i nie dała mu skończyć. Ale cóż znowu! W samą porę przychodzi. Owszem, nigdy nie był tak pożądany jak właśnie teraz, gdy tak ważne zmiany, lak nadzwyczajne objawienia... Tylko, że Therese Leonie taka wyczerpana tymi wrażeniami – ces saintes emotions – że doprawdy...

Lecz zwróciwszy się do niej, pani Halicka urwała w pół zdania, widząc wyraz niezadowolenia na jej twarzy. Monsinior zrozumiał, że panna nie była rada z gadulstwa matki, więc chcąc dyskretnie się znaleźć i rzecz odwrócić na inne tory, zaczął:

– Ja właśnie przyszedłem w ważnej sprawie i chciałem się z paniami jak najprędzej podzielić wiadomościami...

Położył kapelusz na konsoli i usiadł przy stole. Panie też zajęły miejsca. Pani Alina, trochę speszona chłodnym zachowaniem córki, spuściła głowę i bawiła się złotą obręczą, którą nosiła na ręku. Wszyscy troje czuli jakieś skrępowanie, coś, co ich wzajemnie onieśmielało. Ksiądz wyjął z kieszeni list ze stemplem austriackim i położywszy na kopercie swe białe, bardzo ładne ręce, zwrócił się do Teresy Leonii:

– Rzecz dotyczy powołania do stanu duchownego, o którym rozmawialiśmy. Kiedyś radziła się mnie pani w tym względzie i ja rekomendowałem Zgromadzenie Niepokalanek w Galicji, tak miłe dla naszych polskich serc! Otóż, pisze mi teraz przełożona...

– Przepraszam – rzekła spokojnym głosem Teresa Leonia – ale dziś nie obchodzą mnie już wcale dawne projekty. Zakładam sama nowy zakon, Zakon Sióstr Bolejących. Taki rozkaz otrzymałam od samego Boga.

Zdumienie odmalowało się na twarzy księdza Żurowskiego, wyrwał mu się krótki okrzyk:

– A?!

Po czym nastało milczenie.

Teresa Leonia oparła zmęczoną głowę o poręcz fotela i siedziała nieruchoma, zimna, z zaciśniętymi ustami, gotowa – w razie ataku – do zaciętej obrony.

Pani Alina coraz bardziej nerwowym ruchem okręcała obręcz dokoła dłoni. Na usta cisnęły jej się tysiące słów, ale nie śmiała się odezwać. A ksiądz, w pierwszej chwili zdziwiony, powrócił do zupełnej swobody, nawet leciuchny uśmiech podniósł kąciki jego ust. Siedział nieruchomy, jakby czekając wyjaśnienia. Wreszcie Teresa Leonia odezwała się:

– Niech mama opowie... ja nie mogę...

Pani Alina poruszyła się żywo. O tak, ona opowie wszystko. Gdzieżby jej, biednej, wymęczonej myśleć o mówieniu. Ona taka wyczerpana, na wpół żywa. I powstrzymywane dotąd słowa popłynęły potokiem, a opowiadanie było barwne i przejmujące.

Monsinior słuchał uważnie, pochylony trochę do przodu. Na starannie wygolonej twarzy nie można było odczytać śladu żadnej myśli. Lekki uśmieszek znikł, a jego usta przybrały zwykły, łagodny, lecz stanowczy wyraz. Gdy pani Alina skończyła mówić, powoli podniósł głowę, a wyjęty list włożył na powrót do kieszeni.

– Skoro tak – rzekł – nie pozostaje mi nic innego, jak przeprosić raz jeszcze za niewłaściwość mych odwiedzin i pożegnać szanowne panie, życząc im wszelakich łask Boskich.

Tu zrobił ruch, jakby chciał powstać.

Zawód odbił się na twarzy pani Aliny. Czyżby o tak ważkim projekcie nie miał nic do powiedzenia? Wyciągnęła ku niemu ręce.

– O monsiniore – zawołała – zostań jeszcze z nami! W chwili tak ważnej potrzebna nam opieka i rada, oui, quelques bons conseils – ludzi świątobliwych i Bogu oddanych.

– Tak – rzekła Teresa Leonia. – Proszę o pomoc. Bóg mi objawił swą wolę i pewnie światła swego nie odmówi, ale i ludzka rada potrzebna.

Monsinior Żurowski usiadł więc i znowu przez chwilę panowało milczenie. Wszyscy troje czuli, że między nimi stanęło coś, co im odbiera swobodę wyjawienia prawdy.

Pierwsza odezwała się Teresa Leonia:

– Proszę powiedzieć mi szczerze, co monsinior myśli o tym, jakie jest jego zdanie?

– Mogę być zupełnie szczery?

– Najzupełniej.

– Otóż, jeśli tak, to naprzód zadam pytanie: jaki ma być specjalny cel owych Sióstr Bolejących?

– Jaki cel? Chwała Boga i Kościoła. Zresztą, bliższe szczegóły określimy później. Przede wszystkim ma to być polski zakon, na dowód, że duch katolicki nie zaginął wśród naszego narodu, że jesteśmy zawsze przywiązani do tronu papieskiego...

– O, proszę pani, w to nikt nie wątpi! To jest prawda, której dowodzić nie potrzeba. Ale czy ten zakon będzie należał do kontemplacyjnych, czy też do czynnych?

– Nie wiem jeszcze. Trudno tak... od razu... Powiadam monsiniorowi, że szczegóły określimy później.

Znowu leciuchny uśmiech pojawił się na twarzy księdza, ale rzeki poważnie:

– Widzę, że plan nowego zakonu nie jest jeszcze wyraźny...

– Bo jakżeby... tak zaraz... – wtrąciła pani Alina.

– A zatem skorzystam z pozwolenia i powiem szczerze swoje zdanie.

Chwilę siedział ze spuszczonymi oczami, jakby skupiając myśli, wreszcie zaczął mówić:

– Bóg w swej mądrości niezbadanej dla dobra dusz ludzkich i dla chwały Kościoła swojego od dawna świętych swoich pobudzał do fundowania zakonów. Ale każdy nowy zakon był zawsze umotywowany jakąś nową potrzebą, powstawał nie wskutek osobistych zachcianek tego lub owego, a wskutek jakiegoś ogólnego stanu ludzkości lub jakiegoś niebezpieczeństwa. Z czasem, gdy się zmieniały warunki, upadały też i niektóre zakony, co dowodzi, że odpowiadały one potrzebom realnym świata, a nie były tworem indywidualnej fantazji lub ambicji. Dziś rzeczy tak stoją, że na każdym prawie polu działalności duchowej albo społecznej stoi zakon specjalnie tej działalności poświęcony. Braków doprawdy nie widzę w tej wewnętrznej organizacji naszego Kościoła. Jest on dobrze obsługiwany przez cnotliwe, karne i czynne legie zakonników. Przy tym w tej tak mądrej ekonomii jest miejsce dla wszystkich. Wszelkie odcienie charakteru, wszelkie usposobienia, każdy stan duszy może sobie w istniejących dziś zakonach znaleźć odpowiednie miejsce. W pełnym rozwoju są zakony ascetyczne, są łagodniejsze reguły oddane pracy umysłowej, pedagogicznej, filantropijnej, są wreszcie całe zastępy misjonarzy oddane szerzeniu wiary świętej. Jest w czym wybierać. I nie myślę, aby dusza szukająca Boga i życia doskonałego nie mogła wśród istniejących reguł znaleźć takiej, która odpowiadałaby jej usposobieniu. Po cóż więc tworzyć nowe dzieła, których żadna nowa przyczyna – o ile wiem – nie powołuje do życia? Czy nie lepiej dołożyć starań, aby utrzymać to, co już istnieje, niż rozpraszać je w produkowaniu rzeczy nowych, ale czy koniecznie potrzebnych?

– My nigdy dość zakonów mieć nie możemy – rzekła Teresa Leonia.

– Przede wszystkim powinniśmy pracować na miejscu, u siebie, w kraju.

– A wola Boska? A rozkaz tak wyraźnie dany mi z nieba?

Monsinior uśmiechnął się pobłażliwie.

– Nie jestem kierownikiem sumienia pani – odrzekł – więc trudno mi osądzić, czy te objawienia i te rozkazy pochodzą rzeczywiście z nieba, czy są tworem wyobraźni. Wyobraźnia, tak zwana dziś autosugestia, nieraz płata nam figle.

– Więc monsinior wyobraża sobie! – zawołała pani Alina.

– Ja, szanowna pani, nic sobie nie wyobrażam, bo nic nie wiem. To są kwestie trudne do zbadania. Nie odważyłbym się wypowiadać swojego zdania bez długiego namysłu. Ale... jesteśmy wszyscy ludźmi, a zatem podlegamy omyłkom, błędom, fałszywej nieraz ambicji. A wróg naszego zbawienia czuwa i nie traci żadnej sposobności, aby nas wyprowadzić na manowce.

– O, monsiniore! – wybuchnęła znowu pani Alina. – Jakże można! Takie czyste, wzniosłe intencje... chcieć rzucać na nie cień... une insinuation si blessante! Przecież Therese Leonie od najmłodszych lat...

– Niech mnie mama nie broni – przerwała panna Halicka, powstając.

– Monsinior mi nie wierzy, na to nie ma rady. Wiem, że jestem istotą grzeszną i omylną, ale wiem również, że Bóg wybrał mnie na fundatorkę nowego zakonu i nic już nie może mnie zachwiać w tym przekonaniu. A ludzka krytyka! Niestety, jestem na nią przygotowana.

– Panie nie chcą mnie zrozumieć. Nie krytykuję, a jeszcze mniej wątpię w szczerość pani, ale ostrzegam. W sprawach nadprzyrodzonych nigdy nie można być dość ostrożnym. A teraz – dodał wstając i biorąc kapelusz – muszę panie pożegnać. Żałuję najmocniej, jeśli to, co powiedziałem, sprawiło im przykrość.

Po wyjściu monsiniora Żurowskiego nastała cisza. Teresa Leonia siedziała zagłębiona w fotelu. Po jej twarzy przebiegały to gniewne chmury, to odbłyski zapału. Pani Halicka zajęła się przyrządzaniem herbaty. Zamyślona także, dzwoniła łyżeczkami, ustawiała talerzyki z ciastem i zimnym mięsem, nie zauważając, że woda kipi i wylewa się z imbryczka.

– Mamo, woda już kipi – rzekła Teresa Leonia.

– Ah, mon Dieu, c’est vrai. I wylało się... Taka jestem tym wszystkim zaabsorbowana... – I zaczęła gwałtownie gasić ogień.

– Ten nowy zakon – mój Boże! A ten Giacomo nieznośny, nie przyniósł śmietanki, choć mu dwa razy przypominałam.

– Jeśli dla mnie, to nie trzeba, mamo.

– Musisz być głodna, śniadanie jadłaś tak wcześnie. Weź przynajmniej szynki. Monsinior myśli, że to wszystko imaginacja. Mój Boże, jak to ludzie sądzą niesprawiedliwie! Ty... taka rozsądna, spokojna... gdzieżbyś sobie takie rzeczy wyobrażała!

– Mogę się mylić nieraz, to pewne. Ale tym razem nie mylę się.

– Pewnie, że nic. Ach, co ja robię! Od tych wszystkich wrażeń w głowie mi się już kręci i drugi raz wrzucam cukier do herbaty. Bo wiesz, powiem ci, co mi na myśl przychodzi.

Pani Alina odsunęła filiżankę, i złożywszy ręce na stole, patrzyła w twarz córki.

– Mam projekt, ciekawam, co powiesz. Ily va de ma vie. Widzisz, dzisiaj ja także przez cały dzień modliłam się za ciebie, moje dziecko najdroższe, i za siebie... Wiesz dobrze, jakie ciężkie było moje życie, smutne, samotne... A cóż dopiero będzie, gdy ciebie utracę. I prosiłam Boga, aby mnie natchnął dobrą myślą. Otóż, jak wróciłaś z tym postanowieniem, od razu poczułam w sobie głos Boży, pomyślałam: pójdę i ja, wstąpię do tego nowego zakonu...

– Mama do zakonu?!...

– Tylko nie dziw się i nie zaprzeczaj tak od razu – prosiła pani Alina składając ręce – przecież nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Czemuż bym nie mogła pójść?

– Ale to będzie zakon zupełnie na serio.

– Tak, dobrze. Czy myślisz, że nie byłabym zdolna...? Starzeję się, poważnieję z każdym dniem.

– Pewnie, owszem. Ale nigdy nie myślałam, aby mama...

– Widzisz, ja sama nie wiem, skąd mi to przyszło na myśl. Ale, ostatecznie, dlaczegóż by nie? Przecież nie byłabym ci chyba przeszkodą?

– O, nie. W niczym.

– A widzisz. A mnie by tam było najlepiej. Nie uwierzysz, jak mnie już życie zmęczyło. Je suis lasse. Tak pragnę cichego zakątka klasztornego. Nie odmawiaj mi tego.

– Ależ, moja mamo, dla mnie to byłoby najlepiej. Nawet ze względów finansowych wstąpienie razem z mamą będzie bardzo korzystne.

– A prawda, masz rację. Możemy obie wnieść swoje fundusze, zawsze będzie ich więcej. Tylko, cóż ja pocznę z Zosią?

– Z Zosią? – powtórzyła Teresa Leonia.

– I z tym nieszczęsnym Białym Dworem!

Zamilkły i zamyślone wróciły do herbaty.

– Zosia powinna wyjść za mąż, jak najprędzej – rzekła po chwili Teresa Leonia. – Z Białym Dworem trzeba koniecznie coś zrobić – wydzierżawić, sprzedać, odstąpić stryjowi Józefowi, cokolwiek bądź, byle nasze części jak najprędzej spieniężyć i mieć wszystko w ręku.

– Tak, ale nim to wszystko się zrobi! – westchnęła pani Alina i posmarowała sobie bułeczkę. A Teresa Leonia rzekła:

– Ojciec Maks poradzi.

– Tak, ojciec Maks! Mówił, że przyjdzie dziś wieczorem.

Jakoż około dziewiątej ojciec Maks, przezwany przez swe penitentki il padre nero, zasiadł w jednym z foteli pod lampą i słuchał opowiadania pani Aliny. Tym razem panie nie mogły się uskarżać na chłodne przyjęcie wielkiej nowiny. Czarne oczy ojca Maksa pałały blaskiem, na jego wąskich ustach pojawiały się uśmiechy rozanielone, a ręce wznosiły się ku niebu z zachwytem.

Vous etes benie, mon enfant – vous etes predestinee – powtarzał głosem drżącym ze wzruszenia. A gdy się dowiedział, że i matka zamierza wziąć udział w budowie wielkiego dzieła, radość jego i entuzjazm nie miały granic. Mówił o potędze natchnienia Bożego, wobec którego wszelkie dążenia i cele są niczym. Mówił o duszach wybranych, które poświęceniem i ofiarą zbawiają świat i prowadzą wciąż dalej dzieło odkupienia. Mówił i miłości Bożej, która wszystko zniesie, wszystko przetrwa i w końcu zwycięży.

Potem mówiono już wspólnie o rozmaitych zakonach, o potrzebach współczesnych, o grożących Kościołowi niebezpieczeństwach, o środkach i drogach do prędkiego osiągnięcia celu. Zarysy nowego zakonu Sióstr Bolejących zaczęły przybierać coraz wyraźniejsze kształty. A kiedy już późnym wieczorem il padre nero wychodził od pań Halickich, zostawiał je pełne ufności w przyszłość i we własne siły, pełne nadziei w powodzenie zamierzonego przedsięwzięcia. A sam ojciec Maks czuł się dumny, że wykształcił takie wzniosłe dusze i powtarzał zachwycony: Quelles saintes femmes! quelles saintes femmes!


CZĘŚĆ I


ROZDZIAŁ I

Słońce wzeszło nad jeziorem. Mgły poranne uleciały w górę i rozwiały się. Zapowiadał się prawdziwie letni, skwarny dzień. Parę białych chmurek płynęło jeszcze tu i ówdzie, ale wietrzyk je rozpędzał, biegły więc skryć się za lasami. Czyste i szafirowe niebo objęło wieś litewską, oparło się z jednej strony na sosnowej ścianie lasu, z drugiej na pagórkach zieleniejących w dali i słało jej swe promienie, swą jasność, swe ciepłe podmuchy.

Dwór w Haliniszkach stał biały i jaśniejący w słońcu, oblany wodami jeziora, w których odbijał się razem z zabudowaniami folwarcznymi, starymi drzewami ogrodu, ze strzelającymi wysoko topolami. Życie powoli zaczynało się budzić. Z folwarku wyjechały w pole skrzypiące wozy, parobki i najemne robotnice wychodzili gromadami gwarząc głośno. Koło obór i stajen uwijać się zaczęli fornale i pastusi. Gruby głos ekonoma dźwięczał donośnie. W domu otworzyły się drzwi od kredensu i wyjrzał stary lokaj, a potem chłopiec z dzbanem wybiegł po wodę. Koło garderoby słychać było krzątaninę, wreszcie sama pani marszałkowa wyszła na swą codzienną gospodarską wędrówkę.

Wyszła i zatrzymała się na ganku. Była mała i bardzo zgarbiona. Ubrana w czarną kamlotową suknię i w czepeczek tiulowy bez żadnej ozdoby. Spod niego wysuwały się dwa pasma siwych, gładko przyczesanych włosów, które opasywały zmarszczkami poorane czoło i chudą zżółkła twarz o dużym orlim nosie, szarych, poważnych, rozumnych i spokojnych oczach surowo patrzących spod gęstych brwi. Podniosła twarz ku niebu, popatrzyła chwilę w jego gorący szafir, który się nad nią roztaczał, i szepnęła:

– Dziękować Bogu, będzie już ładna pogoda, żyto zwieziemy. – I powoli, stukając laską o stopnie, zaczęła zstępować z ganeczka. – Barometr od wczoraj poszedł w górę – dodała po chwili. Powolnym krokiem skierowała się ku folwarkowi. Niedaleko domu, zaraz za oficyną kuchenną, stały zabudowania gospodarskie: obory, chlewy, ptaszniki, piekarnia, mieszkania ochmistrzyni, dziewek i parobków, ale pani marszałkowa umyślnie wybierała zawsze drogę dłuższą, naokoło klombów. Idąc odmawiała pacierze. I teraz zawróciła ku krzakom jaśminowym i zaczęła półgłosem:

Kiedy ranne wstają zorze, Tobie ziemia, Tobie morze, Tobie śpiewa żywioł wszelki, bądź pochwalon...

Ale tu pieśń została przerwana. Na dębie, wznoszącym się pośród klombu, zrobiło się wielkie zamieszanie, słychać było łopot skrzydeł i klekot, szum i piski młodych bocianiątek, a z dala ukazał się w powietrzu bocian z rozpostartymi skrzydłami, niosący w dziobie jakąś grubą zdobycz. Pani marszałkowa stanęła i podniosła głowę.

– Ot, już wraca do dzieci. A jakie one już duże! Wkrótce wylecą z gniazda. Najwyraźniej widzę, jest ich czworo, a dziewczynki sprzeczały się, że tylko troje.

Na drzewie przez chwilę trwała kłótnia, odzywały się głosy i szumiały skrzydła, aż wreszcie się uciszyło i staruszka poszła dalej, rozpoczynając na nowo:

– ...Tobie śpiewa żywioł wszelki, bądź pochwalon, Boże wielki! A człowiek, który bez miary, obsypany Twymi dary...

Szła teraz obok rabatek kwiatowych, gdzie, skropione rosą poranku, podnosiły główki jaskrawe petunie, lewkonie, groszek pachnący i ciemne bratki, a rezeda bujnie rozsyłała dokoła przenikliwą woń. Gdzieniegdzie wyrastały ciemne krzaki georginii i wznosiły się wysoko cienkie i sztywne malwy, błyszcząc delikatnymi, niby z papieru wykrojonymi, kwiatami.

– ...Obsypany Twymi dary, coś go stworzył i ocalił, jakże by Ciebie nie chwalił...

Od kwiatów wionęło słodkim zapachem. Parę pszczół przyleciało z brzęczeniem i usiadło na kielichach. Staruszka zatrzymała się znowu, obie ręce oparła na lasce i przyglądała się jaskrawym barwom kwiatów, ale nie przerywała modlitwy:

Ledwie oczy przetrzeć zdołam, już do mego Pana wołam, do mego Boga na niebie i szukam Go...

– A pójdziesz! – zawołała nagle, gdy wielka wyżlica, biała w żółte plamy, wyskoczyła z bocznej ścieżki i pędziła prosto przed siebie poszczekując radośnie na widok pani.

– A pójdziesz! – powtórzyła.

Ale Dianka wiedziała bardzo dobrze, że na staruszkę skakać nie można, więc tylko przypadła jej do nóg kręcąc ogonem, skomląc radośnie i ocierając grzbiet o jej czarną suknię.

– ...I szukam Go koło siebie. Wielu snem śmierci pomarli, co się wczora spać pokładli...

Westchnienie wyrwało się z piersi staruszki.

Oj, niedługo tu już, niedługo na tym świecie przebywać! Siedemdziesiąt lat to nie żarty. Już i nogi nie służą, i sił z każdym dniem ubywa, i pamięć słabnie. Koniec się zbliża.

– ...My się jeszcze obudzili...

Wkrótce przyjdzie taki dzień, że się nie obudzi, że spocznie na wieki na cmentarzu parafialnym, w cieniu kamiennego krzyża, który już tylu bliskich osłania. Bo i czas po temu, oj, czas wielki!

– ...My się jeszcze obudzili, byśmy Cię, Boże, chwalili. Amen.

– Niechaj pani obaczy, jakiego szczupaka dał Bóg dziś złapać – odezwał się tuż obok męski głos.

Z przeciwnej strony nadchodził wysoki mężczyzna w długich butach niosąc spory ceberek z wodą. Zdjął czapkę, zaświecił w słońcu łysiną, i mówił dalej:

– Poszedł ja dziś skoro świt buczę wytrząsać. W pierwszym – same raki siedzą, w drugi płotek nalazło – paskudztwo! Wziął to, nazad w jezioro wrzucił. A w trzecim – patrzę, cości dużego siedzi. Aż ot – ten szelma był wlazłszy. Ha, zdrowy szczupak!

Pani marszałkowa pochyliła się nad ceberkiem.

– Piękna sztuka! – rzekła. – I w samą porę, toż dziś pani Antoniowa przyjeżdża.

– Aha, wiem. Ja zaraz i pomyślał, że damy jutro na obiad. A czy z niego lepiej marynatę zrobić, czy tak, do jakiego sosu?

– To zobaczymy, pomyślimy, jak dogodzić. Nie wiadomo, jaka tam za granicą moda.

– Pójdęż ja teraz, do lodowni jego zaniosę. A czy u pani klucze?

Pani marszałkowa wyjęła z kieszeni wielki pęk kluczy.

– A powiedz, Aleksandrze, niech Werusia wcześnie ogień zapali w kawiarni i niech śmietankę sparzy.

– A dobrze, powiem.

Rozeszli się. Józef pobrzękując kluczami ruszył ku dworowi. Dianka pobiegła za nim. Pani marszałkowa okrążyła kuchenną oficynę i znalazła się na folwarku. Pół wieku już minęło, jak codziennie swój gospodarski spacer odbywała. Przed pięćdziesięciu laty jako piętnastoletnią dziewczynę przywiózł ją tu, do tych samych Haliniszek mąż, oddał jej wielki pęk kluczy i rzekł:

– Anuleczko, królowo moja, w ręce twoje składam moje bogactwa. Rządź, rozkazuj, panią tu jesteś, a my wszyscy twoi słudzy.

I wzięła wtedy klucze w dziecinne jeszcze rączki, i dotąd je dźwiga w zestarzałej dłoni. Panią była w tym domu, ale też – jak to sama często lubiła powtarzać – i sługą wszystkich sług swoich. I nie było człeka w całym ludnym dworze, żeby nie miał do niej spraw i interesów; nie było biedy, nie było frasunku, których by dzielić z nimi nie musiała. Czy kto zachorował, czy były niesnaski w rodzinie, czy piorun chatę spalił lub zaraza bydło wygubiła, czy nie wiedziano, jak dzieckiem pokierować, czy potrzebowano rady lub zasiłku – szło się wprost do pani marszałkowej. Ona zawsze była w domu, zawsze „na służbie”. O każdej porze dnia przyjmowała, wstając od rozpoczętego listu, nie kończąc szklanki herbaty, przerywając rozmowę – wychodziła do przedpokoju i słuchała.

Nikt, choćby najbiedniejszy, nie bywał od jej drzwi odtrącony, nikt nie odchodził od nich bez pomocy lub pociechy. Była surowa, ale sprawiedliwa, a sąd jej uważany był w okolicy za najwyższą instancję, od której już nie śniło się nikomu szukać apelacji. Pierwszy mąż głowę skłaniał przed jej zdaniem:

– Anuleczko, pani moja, co rzekłaś, to święte – mówił. – Salomonem jesteś, jak mi Bóg miły.

Na to jej poważna twarz rozjaśniała się uśmiechem i groziła mu palcem, mówiąc:

– Oj, ty, ty, pochlebco!

Wyszła, mając lat piętnaście, za pięknego Stefana Halickiego, którego wykształcenie, uroda, fortuna, stosunki, a nade wszystko wdzięk w obejściu i dar ujmowania sobie ludzi czyniły pierwszą partią w powiecie. Wyszła z gorącej miłości i oddała mu się całą duszą, dumna, że jest żoną człowieka, który w całym kraju znany był ze swych cnót obywatelskich, z popularności, z gotowości do służby publicznej. Widziała w nim wielkiego człowieka i, szanując tę wielkość, poświęciła się jej pielęgnowaniu.

Mąż jeździł z zebrania na zebranie, a ona siedziała w domu, chowała dzieci, doglądała gospodarstwa, dbała o dobrobyt i powoli brała w swe ręce zarządzanie całym domem. On romantyk, poeta, filozof, rad był pozbyć się nieznośnej troski o byt, wstrętną mu życiową prozę odsunąć daleko od siebie. Więc coraz chętniej powierzał jej gospodarstwo i interesy i mieszać się nie chciał do niczego, oddany innym sprawom. A ona, skrzętna i pracowita, zapobiegliwa i roztropna, silną dłonią dzierżyła swe berło. Fortuna rosła, pieniądze się pomnażały, dostatek i obfitość panowały w Haliniszkach. Dbając o przyszłość synów dokupiła parę pobliskich wiosek, potem otrzymane w spadku poleskie dobra, Olanowicze, ogromne, ale zniszczone doszczętnie, uporządkowała i oczyściła z długów. Nawet wtedy, gdy pan Stefan, obrany marszałkiem, przeniósł się do Wilna i zaczął tam prowadzić dom otwarty, zyskując sobie coraz większą popularność i coraz liczniejsze zastępy przyjaciół, pieniędzy starczało na jego wystawne życie, nigdy nie odczuł materialnych braków.

– Gdyby nie ty, królowo moja – powtarzał nieraz – z torbami bym poszedł, jak mi Bóg miły, z torbami.

Toteż i jej znaczenie rosło i powaga w rodzinie stawała się tak wielka, że nie ustępowała w niczym mężowskiej. Dla synów każde jej słowo było rozkazem i świętością. Rośli w karności, w czci dla rodziców, prowadzeni surową, ale kochającą dłonią. Było ich pięciu: Juliusz, Stefan, Józef, Antoni i Adam, jak pięć klejnotów w koronie. Józef ożenił się i objął w posiadanie odległe Olanowicze. Marszałek z czasem wrócił do rodziny, zestarzały i złamany, szczęśliwy już tylko, że ma kąt własny, z jedynym pragnieniem: spokoju. Wdowa po Antonim, której charakter wiecznie żądny wrażeń narażał często na przykrości całą rodzinę, wyjechała za granicę ze starszą córeczką, zostawiając młodszą Zosię pod opieką dziadków i oddając Adamowi w zarząd mężowski majątek, śliczny Biały Dwór. Adam też pomyślał o ożenku. Wybrał na żonę kobietę młodą i piękną i pokochał ją gorąco. Ale szczęście mu nie dopisało, narzeczona umarła niedługo przed ślubem, a on już na zawsze pozostał samotny. Nie oddalał się odtąd z Haliniszek. Zajął się pilnie gospodarstwem, pomagał matce, zarządzał Białym Dworem, pracował i krzątał się, nie myśląc więcej o własnym szczęściu.

I życie szło naprzód zwykłą koleją. Starzy coraz bardziej chylili się ku mogile, młodzi rośli hartowani przez życie. Rozkwitały uczucia nowe, mężniały serca, dłonie wyciągały się do pracy, umysły zwracały się ku skarbom nauki. Życie, prawie wstrzymane przez chwilę, znowu zaczynało tętnić.

W Haliniszkach, pod opieką babuni, rosły dwie młode gałązki i rozwijały się prześlicznie: Zosia – zdrowa, pełna sił i wesołości – była promieniem słonecznym w rodzinie, i Ania – sierota, którą marszałkowa przygarnęła i wychowała, a która dziś płaciła za doznane dobrodziejstwa miłością, wdzięcznością, poświęceniem. Była córką pięknej Celiny Halickiej, stryjecznej siostry tutejszych Halickich, która w młodości zakochała się w jakimś pięknym oficerze i wbrew woli całej rodziny wyszła za niego. Była to ciemna historia – gdzie, jak i z czego żyli, nikt nie wiedział, dość, że po kilku latach smutnej włóczęgi Celina wróciła do kraju jako wdowa, z malutką córeczką, bez środków do życia i z początkiem suchot. Nie śmiejąc się pokazać rodzinie, osiadła w Warszawie, próbując zarabiać na swe utrzymanie. Ale szczęśliwy traf zrządził, że pan Adam przypadkowo ją spotkał, a widząc, w jakim jest położeniu, zabrał i przywiózł do Haliniszek. Wprawdzie pani marszałkowa skrzywiła się dość ostro na jej widok, bowiem w legalność ślubu Celiny nie wierzyła nigdy, i wszelkie jej życiowe przejścia traktowała zawsze pogardliwie jako skandal rodzinny. Ale teraz Celina była taka zabiedzona, a przy tym tak chora, że trzeba było zapomnieć o wstydzie, jaki przyniosła rodzinie. Została więc. Cicha, blada, złamana, dogorywała w kąciku, aż na koniec zgasła, nie robiąc nikomu kłopotu i poszła odpocząć w rodzinnym grobie po swym burzliwym i gorzkim istnieniu. Nazwiska mężowskiego na kamieniu nagrobnym nie wyryto.

Pozostała po niej sześcioletnia Ania wyglądała tak, jakby też niedługo zamierzała na tym Bożym świecie przebywać. Jej drobna twarzyczka świeciła tylko dziwnym i trochę gorączkowym ogniem olbrzymich, czarnych oczu. Jej zapadłe piersi, drobne rączki, jej krótki oddech, jej nerwowość, wrażliwość, jakaś przedwczesna uczuciowość – to wszystko nie dawało nadziei na przyszłość.

– I co my z nią zrobimy? – spytał pan Adam matki, gdy wieczorem, po pogrzebie Celiny, mała, zmęczona płaczem, zasnęła na jego kolanach.

– A cóż, kochanie moje, wychowamy – odparła pani marszałkowa.

I wychowali. Odtąd obce dziecko, zrazu nieufnie powitane, wcieliło się w ten dom. Zapomniano ojej niepewnym pochodzeniu, o przeszłości. Mała wkrótce też sama o tym zapomniała. Znalazła rodzinę, dom i najczulszą opiekę. Znalazła babunię, u której za parawanem spała w łóżeczku, a która jej czasem robiła sanki z kart albo latawce z długimi ogonami, a wkrótce też brała na kolana i w wielkiej gazecie pokazywała litery. Znalazła stryja, którego miała prawo ciągnąć za wąsy i rozwiązywać mu krawat. Miała swoją Franusię, swojego pieska Amisia na dziedzińcu i wózek mały, a z czasem i ogródek swój dostała, a w nim własne rzodkiewki, ogórki i trochę kwiatów. Wreszcie i siostrę dał jej los, zsyłając do Haliniszek Zosię. I odtąd dziewczynki nie rozstawały się wcale.

Zosia, młodsza o rok od Ani, była wyższa, silniejsza, żywa i ruchliwa jak chłopiec. Ale za to Ania, pilna w naukach, rozmiłowana w czytaniu, imponowała Zosi i rozbudzała w niej ambicję. Z latami zdrowie Ani poprawiło się cokolwiek, tylko ani gwałtownych ruchów, ani zmęczenia, ani silniejszych wrażeń nie mogła znosić bezkarnie.

Bujna młodość Zosi i wdzięczne serce Ani opromieniały stary dom i ogrzewały skołatanych życiem jego mieszkańców. Marszałek nie mógł się obejść bez rannych odwiedzin obu wnuczek, które codziennie musiały go bawić podczas picia kawy. Pan Adam na ich widok rozjaśniał chmurną zwykle twarz. Babunia wodziła wzrokiem pełnym zachwytu za Zosią, a nad Anią kiwała smutno głową, martwiąc się jej złym zdrowiem. Nawet stary służący Grzegorz i panna Borsakówna apteczkowa wstrzymywali się od gderania na panienki. Były one ukochanymi dziećmi całego dworu, młodymi gałązkami, które strzaskany pień zdobiły świeżością i zielenią.

Gdy pani marszałkowa weszła na dziedziniec folwarczny, zbliżyła się jedna z gospodyń i pocałowawszy ją w rękę, mówiła długo o jakimś własnym interesie. Obok zaś stał już stary owczarz, przybyły także z prośbą do pani.

Załatwiwszy się z nimi, poszła dalej. Na folwarku było już spokojnie. Parobki i robotnicy dawno wyszli w pole, bydło przed świtem wypędzono na pastwisko. Pani marszałkowa zajrzała do kurnika, kazała wypędzić młode indyki i pochwaliła, że się dobrze chowają; weszła do chlewu i wyznaczyła parę sztuk na podkarmienie, spytała o ranny udój i o tę krowę, co to wczorajszego dnia zakulała wracając z pastwiska. A że cielętom niosły właśnie dziewki jadło, więc zaszła do ich zagrody i, oparta na kijku, patrzyła z przyjemnością na ich ładne, białe łebki, zanurzone w korytach, na ich uszy odstające, którymi co chwila potrząsały odpędzając muchy, na tłuste ich ciała, pokryte płową sierścią.

– Jak wylizane – rzekła ochmistrzyni – a strach, jakie żarłoczne, co im nie dać, zawsze mało.

– Dziękować Bogu, tegoroczne udały się – odparła pani i zwróciła się ku wyjściu.

Z piekarni doleciał zapach świeżego chleba, więc zatrzymała się jeszcze i spytała, z jakiej ilości rozczyniono, a ochmistrzyni skorzystała ze sposobności i rozpoczęła długą skargę na pisarza, że niegodną mąkę daje, same plewy, i to niedoważa, a potem łaje sieją, że chleb kiepski, tak że ona z tej przyczyny i zdrowie straciła, i przez to ludzkie gadanie dłużej nie może wytrzymać, ale pani marszałkowa przerwała:

– Daj pokój, Marcinowo, już ja znam twoje skargi. Pisarz daje, co kazano, a ty masz niespokojny charakter.

I zawróciła ku dworowi. Ochmistrzyni została na drodze z rozpoczętym opowiadaniem i otwartymi ustami.

Widząc przechodzącą staruszkę, kilkoro dzieci, które dotąd siedziały na ganku od piekarni, puściło się pędem za nią. Były bose, z rozwianymi lnianymi czuprynami, młodsze w koszulach tylko, a starszych parę w spodenkach i w ojcowskich czapkach. Za nimi szła siedmioletnia może dziewczynka niosąc na ręku duże dziecko i uginając się pod jego ciężarem. Spieszyła się bardzo, aby nie zostać w tyle. Dzieci zabiegły drogę pani i stanęły nieruchomo zbite w gromadę. Nic nie mówiły, tylko oczy ich, błękitne jak niezapominajki, patrzyły pytająco, jakby na coś czekały. Pani musiała dobrze znać te obyczaje, bo stanęła, chwilę także na nie patrzyła, a potem zaczęła szukać czegoś w kieszeni. Powoli wyjmowała z niej po kawałku cukru i podawała dzieciom, a one przytykały brudne buzie do jej ręki i prędko niosły cukier do ust.

– A cóż matka, chodzi już? – spytała dużego, pyzatego chłopaka.

– Jeszcze nie chodzi. Wczoraj z nogą było lepiej, ale dziś znowu haniebnie boli.

– Przyjdź do dworu po południu, to panienka znowu maści przyprawi.

Zwróciła się teraz do starszej dziewczynki, dźwigającej dziecko:

– A czemuż to jego nosisz? Czy to on chodzić nie umie?

– Kiedy płacze.

– Popłacze i przestanie. Nie wolno go nosić. No, masz. Czemuż wczoraj nie przyszłaś do panienki?

Dziewczynka spuściła głowę zawstydzona, bo musiała mieć grzech na sumieniu.

– Przyjdźże dzisiaj, taka duża, a jeszcze czytać nie umie! Fe!

Pani marszałkowa ruszyła w swoją stronę, a kilka kroków za nią szły i dzieci. Co dzień tak było i co dzień, po otrzymaniu przysmaku, odprowadzały ją aż pod kuchnię. Dalej, do pałacu, wolno było chodzić tylko w niedzielę na pacierze i to tylko starszym. Koło oficyny zatrzymał marszałkowa nadchodzący pan Adam.

– Dzień dobry mamci – rzekł schylając się do ręki staruszki, a ona pogładziła go po głowie. Był to mężczyzna ogromnego wzrostu i okazałej tuszy. Miał opaloną twarz i nierówne, twarde wąsiska opuszczone w dół melancholijnie. W ogóle wyraz jego twarzy, pomimo okrągłości i jaskrawej cery, był smutny, frasobliwy, przygnębiony, jakby martwy. Tylko szare oczy, do oczu matki podobne, patrzyły rozumnie.

– Jakże ty, kochanie moje, ze zdrowiem? – spytała matka. Marszałkowa mówiła głośno i wyraźnie, a on ucho przechylał i oczami starał się zgadywać słowa. Słuch miał tępy od dzieciństwa, a teraz, po różnych przejściach, nieszczęściach i chorobach, które przebył, pogorszył się jeszcze i ciężko było z nim rozmawiać. Był to najmłodszy z pięciu synów marszałkostwa i może najukochańszy, chociaż pani marszałkowa nigdy się do tego nie przyznawała. Ale gdy patrzyła na niego, oczy jej wilgotniały z rozrzewnienia, uśmiech ukazywał się na zapadłych ustach i wygładzał zmarszczki. Czasem wzdychała ciężko i głową kiwała nad jego dolą.

– Jakże ty, kochanie moje, ze zdrowiem! – powtórzyła głośniej.

– A nic, mamciu. Dobrze. To głupstwo! Ale ładną pogodę mamy na koniec.

– Chwała Bogu.

– Będziemy mogli żyto zwozić nareszcie.

Chwilę milczeli oboje, patrząc na zalane słońcem podwórze, na dom bielejący w głębi, na zieleń i kwiaty i na błyszczącą taflę jeziora, które leżało tam w dali błękitne i przezrocze.

– Pięknie dziś! – rzekła pani marszałkowa.

– Pięknie, mamciu. Nie ma nic na świecie nad nasze Haliniszki.

Uśmiechnęła się do syna i zauważyła:

– A ot, Antoniowej nie w guście. Woli zagranicę. On zasępił się, ściągnął brwi i rzekł krótko:

– Bo głupia.

I znowu stali milcząc obok siebie, a oczy ich z lubością oglądały otaczające przedmioty.

– A wysłałeś konie?

– A jakże, wyszły rankiem. Faeton i bryka.

– Zobaczymy, jakie to te nowe projekty Antoniowej. Może tu osiądzie?

Ale on, choć słyszał, tylko ręką machnął lekceważąco, jakby o takich rzeczach i mówić nie było warto, a spostrzegłszy opodal łowczego, ku niemu się zwrócił. Pani marszałkowa też skierowała się w swoją stronę, ku lodowni, spiżarni i apteczce, gdzie Aleksander z rondlami czekał na wydanie obiadu, a rudy Żydek na opłacenie mięsa, i gdzie ten i ów zaczął krążyć z różnymi interesami. Jeden przyszedł po pieniądze na pensję, drugiemu wypadło dać lekarstwo, ten przyniósł jaja i kurczęta do sprzedania, tamten prosił o przyjęcie dziewczynki na służbę, leśniczy przyniósł parę sztuk zwierzyny, a prosił o sok dla chorej żony, ekonomowa z drugiego folwarku przysyłała ogórki, a ekonom skarżył się na pachciarza; ogrodnikowa przychodziła pytać, ile truskawek zebrać na konfitury, a przy tym donosiła, że chłopaki ze wsi plądrowali w nocy po ogrodzie, wkradłszy się przez dziurę w płocie. Nagle przybiegł chłopak kredensowy z oznajmieniem, że Marcela kuchenna wylała sobie na nogę cały garnek gorącego mleka, a teraz jęczy i krzyczy wniebogłosy.

Pani marszałkowa od jednego do drugiego szła spokojnie, miarowym krokiem. Tu weszła do garderoby i wydała jakiś rozkaz, tu wróciła do biurka i zapisała coś do księgi, z apteczki coś wydała, tego wysłuchała, tamtemu zrobiła wymówkę, temu wypłaciła należność. To się schyliła do szafki z lekarstwami, to wyciągnęła z szuflady rejestry gospodarskie, obrachowała coś, uporządkowała to i owo. I jak czółenko w krosnach, tak krążyła tam i na powrót, od swego gabinetu do przedpokoju, od garderoby do spiżarki, nie spiesząc się ani niecierpliwiąc, zawsze ta sama, spokojna i drugim na usługi oddana.

I tak było co dzień, przez długie lata.


ROZDZIAŁ II

Panienki jeszcze spały. W ich pokoiku, na górze, cicho było zupełnie, przez nie zasłonięte okna dzień wpadał swobodnie. Nawet przez dzikie wino, które dom pokrywało, wdarł się promień słoneczny i kładł drgające blaski na bielonych ścianach i na podłodze. A panny wciąż spały.

Zosia, biała i pełna, leżała w gęstwinie swych złotych włosów, wyciągnięta na stale za krótkim łóżku. Głowę, wspartą na ramieniu, odrzuciła w tył, zsunęła na bok kapę, którą była okryta, i bose jej stopy wyglądały spod długiej koszuli. Spała twardo, nieruchoma jak posąg złożony na puszystym sienniku i jak posąg biała w swych płóciennych draperiach, bezduszna i nieświadoma. Tylko fałdy na jej piersiach podnosiły się równo, tylko włosy jej rozsypane na poduszce falowały i lśniły, a przez jej młode i zdrowe ciało przepływała fala gorącej krwi, która różowiła jej okrągłe policzki i wydęte podczas snu usteczka.

Pod przeciwległą ścianą stało drugie żelazne łóżeczko. Na nim, wtulona w poduszki, czerniała chuda i drobna twarz Ani. Jej ciemne rzęsy rzucały cień na policzki, na ustach pojawił się wyraz cierpienia, chorobliwe jakieś skrzywienie, które mógł rozwiać uśmiech, a które uwydatniało się teraz boleśnie na tej tak młodej jeszcze twarzy. Przez rozchylone nieco usta przedzierał się nierówny, przyspieszony oddech. Czasem lekkie drżenie przebiegało po całym ciele Ani, poruszała się niespokojnie i westchnienie jej się wyrywało, jakby skarga.

Promień słońca, wdarłszy się przez liście dzikiego wina, błądził po pokoju, rozświecał kąty, dobywał blaski ze zwierciadła, ze srebrnych lichtarzy, wreszcie położył się wielką smugą na łóżku Zosi. Naprzód połechtał jej stopy, potem ozłocił fałdy jej koszuli, okrągłą linią światła zarysował jej biodra, wspiął się ku szyi, która odbiła się różowym blaskiem od białości płótna, rozsypał tysiące iskier w jej warkoczu i zaczął całować jej usta. Zosia poruszyła się leniwie, odwróciła do ściany i próbowała zasnąć. Chwilę leżała spokojnie i już, już zapadała w twardy, młodzieńczy sen, gdy nagle zerwała się.

– Wszak to dziś mama przyjeżdża! – zawołała. – Ach, Boże, a ja śpię sobie, jak gdyby nigdy nic. Aniu, wstawajmy!

Na drugim łóżku, pod kołdrą, poruszyła się wątła postać.

– Co? Co się stało? Ach, to ty...

– Mama dziś przyjeżdża – powtórzyła Zosia.

– Zaraz, zaraz, poczekaj... Ja tak chcę spać...

– Ej, nie można, trzeba wstawać. Tyle jeszcze roboty!

Ale Ania nie słyszała. Znowu oczy zamknęła i głowę oparła o poduszki. Zosia przeciągnęła się, ziewnęła szeroko i usiadła na łóżku.

– Ciekawa jestem, jaka dziś pogoda – szepnęła.

Podniosła się żywo i boso pobiegła ku oknu. Otworzyła je szeroko i słońce całym potokiem wlało się do białego pokoiku, a z nim tchnienie letniego dnia, zapachy pól i rozgrzanej ziemi, odgłosy ludzi, szczekanie psa w oddali.

– Ach, jak ładnie – myślała Zosia i wzrok jej pobiegł w dal... – Dobrze być w domu! Jakie śliczne to jezioro w słońcu! Ciepło! Miło! Dobrze będzie wykąpać się dzisiaj. Ale tymczasem nie o kąpieli i nie o rozrywkach, ale o robocie wypada pomyśleć. Mama ma przyjechać nad wieczorem i babunia kazała przygotować jej pokoje. A te właśnie wyklejano nowym obiciem i wszystko się zabrudziło, więc trzeba będzie na nowo zapastować i wyfroterować posadzki, zawiesić świeże firanki, bo przecież musi być elegancko na przyjazd mamy i Tereni, za granicą przywykły do pięknego mieszkania i do wygód. I kwiatów trzeba narwać i porobić bukiety. O, teraz właśnie kwitną niezapominajki, a mama je tak lubi! Tam, za Pasznią, na łące, jest ich mnóstwo. Gdyby tak jeszcze przed obiadem zdążyć i pojechać z Anią! Więc nie trzeba tracić czasu.

Zosia jednak nie odchodziła od okna i patrzyła przed siebie zamyślona. Więc to dziś miała przyjechać mama, ta mama taka śliczna i pobożna, i doskonała, i Terenia, Terenia, którą wszyscy tak szanowali jak świętą. I doprawdy musiała być trochę święta, jeśli od najmłodszych lat myślała tylko o zakonie. Już trzy lata, jak ich nie widziała. Wtedy była jeszcze dzieckiem, mój Boże, dzieckiem w krótkiej sukience. Więc ocenić ani zrozumieć nie mogła mamy i Tereni. Ale teraz ma lat osiemnaście, skończyła wychowanie, była przez cały rok w Warszawie. Teraz to zupełnie co innego, teraz potrafi pojąć te natury tak wzniosłe, tak wyjątkowe, te dusze tak święte. To są pobożne i gorliwe katoliczki, i chociaż z daleka, ale bardzo kochają swój kraj i wszystko, co polskie. Więc cóż łatwiejszego, jak się porozumieć i połączyć wszystkie myśli i dążenia.

– Teraz już pewnie będę zawsze razem z mamą. Terenia może wstąpi do klasztoru, ale my pewnie tu zostaniemy, może w Białym Dworze. I pewnie kiedyś pojadę gdzieś za granicę, do Włoch. O, gdyby tak pojechać do Włoch! Zobaczyć Rzym i Koloseum, i te wszystkie ruiny, i miejsca święte, i samego papieża! Boże, jak to musi być przyjemnie. Ale jeśli nie za granicę, to może i tak gdzie pojadę, na karnawał do Warszawy, bo i mama o tym w listach wspomina i stryjcio ciągle powtarza, że pannę trzeba pobawić trochę i świat jej pokazać, i za mąż wydać. Już to na zamążpójście dość będzie jeszcze czasu, ale pobawić się byłoby bardzo przyjemnie. Bywać na balach, mieć suknie jedwabne, czesać się modnie, jeździć karetą z wizytami i tańcować, tańcować, tańcować! A potem, kiedyś, wyjść za mąż. Ale to jeszcze nieprędko, tak, może za pięć lat, ale nie prędzej. I to tylko z miłości, bo inaczej – za nic w świecie.

– Ale tak czy inaczej, jak to będzie miło być już ciągle z mamą. Wszystkie panienki w Warszawie miały swoje mamy, a tylko ona i Ania nie miały. No, Ania, to nic dziwnego, bo sierota, biedna Ania! Ale jak się naprawdę ma mamę, to już trzeba być razem. Dobrze, że już teraz będą razem.

I Zosia przeciągnęła się w słońcu, ziewnęła raz jeszcze i zaczęła się ubierać. Ania też się nareszcie obudziła, ale leżała cicho patrząc na krzątającą się Zosię.

– Aniu, wiesz – rzekła Zosia, stając przed nią z wysoko podniesionymi rękami, gdyż upinała sobie włosy do mycia – wiesz, zaraz po śniadaniu założymy kuce i pojedziemy do Paszni po niezapominajki dla mamy.

– Dobrze.

– A ty dzisiaj będziesz zdrowa?

– O tak. Nic mnie nie boli.

– Siądziesz sobie spokojnie w sadzie, pod tą dużą gruszą, możesz nawet wziąć książkę, a ja pobiegnę na łąkę, tam, wiesz, gdzie olchy, tam ich pełno rośnie. A tymczasem trzeba jeszcze pokoje urządzić, bo pewnie ta wrona – Julka – palcem nie kiwnie bez nas.

– Mówiła wczoraj, że wszystkiego dopilnuje.

– Et, już jej dopilnowanie! A teraz, Aniu, nie patrz w moją stronę, bo będę się myć.

Rozmowa się urwała, ale za to w jednym końcu pokoju rozległo się zawzięte pluskanie, mydlenie, szorowanie szczoteczką, potem chwila ciszy i znowu energiczne wycieranie się ręcznikiem.

Tymczasem Ania podniosła się na łóżku i zabrała się do wielkiej i męczącej czynności ubierania się. A widocznie czynność ta była dla niej ciężka, bo co chwila musiała odpoczywać. Pomimo że jej zdrowie znacznie się poprawiło, sił ciągle jej brakowało i każdy ruch ją męczył. Była „niedołęgą”, jak sama mówiła, a wątłość ta raziła tym bardziej że obok rozkwitała jak kwiat w słońcu hoża i silna postać Zosi.

Zosia skończyła swe ablucje i różowa od chłodnego dotknięcia wody, z mokrymi jeszcze kosmykami włosów nad czołem, stanęła przed lustrem i zabierała się do czesania.

– Już babunia siedzi przy herbacie – rzekła – bo widziałam, jak nieśli masło z lodowni. A dziś świeże sucharki pieką...

– Wszak miałaś upięć sama na przyjazd cioci?

– Tak, ale cóż, kiedy nie miałam czasu. Przecież wczoraj przez cały dzień smażyłam agrest i wiśnie. Ale wiesz, Aniu, co ci powiem – tu Zosia z grzebieniem w ręku zwróciła się do Ani – pamiętasz naszą przysięgę, że będziemy pożyteczne? Otóż największym pożytkiem teraz byłoby osiąść w Białym Dworze i tam coś robić wkoło siebie, tak jak babunia w Haliniszkach. Bo jednak to grzech tak opuścić ten nasz Biały Dwór!

– Skąd ci to przyszło na myśl?

– To, widzisz, tak było: wczoraj przyjechała stamtąd Bartłomiejowa i zaczęłam z nią rozmawiać i pytać o wszystko i o tę Katarzynę, co to jej się niedawno urodziło dziecko. Otóż wiesz – dziecko urodziło się bardzo słabe i nikogo rozsądnego przy tym nie było, więc zanim się wybrali z nim do kościoła, dziecko umarło. I wiesz, Aniu, bez chrztu umarło.

– Ach, mój Boże! Czemuż go nie ochrzcił ktokolwiek?

– Czemu, właśnie dlatego, że tam nie ma nikogo takiego, co by myślał.

Oni tam wszyscy żyją bardzo źle. A jak napadłam na Bartłomiejową, że ona powinna by takich rzeczy pilnować, powiedziała mi na to: a jej, panienko, tam taki drenny naród, oni i Boga nie znają, i do kościoła nie chodzą, a z dzieci we dworze to żadne nie umie pacierzy.

Zosia zamilkła. I stały naprzeciw siebie obie dziewczynki ze zgorszeniem na twarzach. Wreszcie Ania zaczęła:

– Może by teraz ciocia...

– I ja tak myślę – dokończyła Zosia – i to by było najlepiej. Przecie można wyjechać czasem na krótko czy do Warszawy, czy za granicę – ja bym nawet bardzo chciała, szczególnie do Rzymu, ale mieszkać trzeba w Białym Dworze. I tak naprawdę, to doskonale można by tam się urządzić, dom trochę zrujnowany, ale to łatwo można naprawić.

– Ale czy ty myślisz, że twoja mama chciałaby tu zostać? – spytała Ania niedowierzająco.

– Czy ja wiem! Chociaż... może... Pisze, że ma jakieś nowe projekty, a zresztą i pieniędzy za mało na te ciągłe jazdy. Stryj mówił...

– Zobaczymy.

– Zobaczymy.

I Ania westchnęła, a Zosia usłyszała smutną nutę w jej głosie i zawołała:

– Tylko ty się nie smuć, mój Niuczku drogi! Bo co by się stało, my zawsze będziemy razem. Rozumiesz, robaczku, rozumiesz?

I obejmowała ją ramieniem, i pochylała nad nią głowę, macierzyńskim trochę ruchem gładząc jej włosy. Ale Ania uśmiechnęła się i odparła:

– Dajże pokój, ja się nie smucę. Ale to, co mówisz, że zawsze będziemy razem, to tylko ładne marzenie, a naprawdę będzie zupełnie inaczej. Ty pójdziesz gdzieś w świat i pewnie zaraz wyjdziesz za mąż, a ja...

– Ach, kiedy to będzie! Ja teraz nie chcę wychodzić za mąż. Kiedyś może, ale nie teraz. A może zostanę starą panną. Kto wie?

Zaśmiały się obie.

– Starą panną! Ty!

I Ania patrzyła z uwielbieniem na Zosię. Dla niej nie było piękniejszej, lepszej, doskonalszej na świecie. Pewna była, że równego ideału dotąd natura nie wydała – i w myśli jej nigdy nie powstało porównywać się do niej, a tym bardziej być o nią zazdrosną.

– Ciebie zaraz ktoś porwie – rzekła.

– I mnie, i ciebie, i każdą. Wiadoma rzecz: każda wrona znaleźć musi swojego gawrona – zaśmiała się wesoło Zosia.

– Nie, ja nie. Nigdy...

– Ale dlaczego?

– Dla wielu różnych powodów, a między innymi i dlatego, że jak się jest biedną, brzydką i wiecznie cherlającą, to lepiej o zamążpójściu nie myśleć.

– Ot, Aniu, gadasz! A ja ci mówię, że masz cudne oczy i jesteś bardzo interesująca. I gdybym ja była chłopcem...

Miała ochotę coś dalej mówić, ale w tej chwili doleciał z podwórza stary, piskliwy głos, a także tak głośne szczekanie i ujadanie psów, że Zosia pobiegła do okna, aby zobaczyć, co się dzieje.

– Aniu, zobacz! Toż Kostucha, naprawdę Kostucha, a mówili, że ona umarła, ach, jak to dobrze! Poczciwa moja – kochana...

– Prawda, Kostucha. A ja za nią już dziesięć razy zmówiłam Wieczne Odpoczywanie.

– O, to jej się przyda na drugi raz. Ale musiała chorować, bo widzisz, jak się postarzała, i torbę już ledwie dźwiga. Ach, jaka jestem rada! Zaraz lecę ją przywitać! A te psiska jakby jej nie znały, szczekają jak na obcą żebraczkę.

– Cicho, pieski! – Zosia wychyliła się przez okno – a do nogi, leżeć mi zaraz, nie znacie Kostuchy, czy co! – Jak się masz Kostucho! To ty nie umarłaś? – krzyczała dalej przez okno kończąc zapinać stanik – dawno nie byłaś...

Jakieś niewyraźne mruczenie doszło z podwórza i Zosia odbiegła od okna.

– Aniu, pożycz mi kilka groszy, bo ja nie mam, a przecie trzeba jej coś zanieść.

I wziąwszy miedziaki, wybiegła z pokoju, zostawiając otwarte drzwi. Ale zatrzymał ją głos Ani:

– Zosiu, Zosiu, a pacierze? Zapomniałaś?

– Ach, prawda, zapomniałam. Ot, głowa! – I wróciwszy pośpiesznie, uklękła przy łóżku i półgłosem zaczęła: Ojcze nasz, któryś jest w niebie. Oczy przymykała, marszczyła brwi i ręce mocno ściskała, aby skupić uwagę i myśli. Ale zanadto było słońca dokoła i zapachów, i szmerów w powietrzu, i krew młoda zanadto jakoś kipiała, i życie wołało, a myśli, jak gromada motyli, fruwały po świecie. I nie szła modlitwa, i nie mogło się serce oderwać od tej ziemi, gdzie mu tak dobrze było. Więc tylko usta trzepały jedną po drugiej codzienne modlitwy, a myśli były daleko, daleko...

...Jak było na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen. Boże, bądź miłościw Boże, bądź miłościw Boże, bądź miłościw.

Trzy razy uderzyła się w piersi, przeżegnała się prędko i wstała.

– No, skończyłam. A Kostucha pewnie już poszła.

Ale nie. Żebraczka stała jeszcze przed gankiem, więc Zosia uspokojona pobiegła na dół. Ania zaś kończyła ubieranie, a potem również uklękła przed obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej. Ale jej nie przeszkadzały odgłosy z podwórza ani myśli nie rwały się na zewnątrz. Z głową opartą na splecionych dłoniach modliła się długo i z całej duszy, a słowa wyuczonych pacierzy przeplatała westchnieniami i prośbami, których w żadnej książce nie wyczytała.

Tymczasem Zosia już się rozgadała z Kostuchą, dowiedziała się szczegółów jej choroby i wyprosiła dla niej u panny Borsakówny kieliszek wina. Spotkawszy się ze stryjem Adamem, uwiesiła mu się na ramieniu i z nim razem weszła do stołowego pokoju.

Pani marszałkowa siedziała przy samowarze, popijając herbatę, a stary Grzegorz stał za jej krzesłem i opowiadał o wszystkim, co się wydarzyło. To był odwieczny jego przywilej, zdobyty kilkudziesięcioletnią służbą u marszałka i wiernym przywiązaniem. Co rano powtarzała się ta pogawędka, zaczynająca się od stereotypowych słów:

– A cóż tam, Grzegorzu, słychać?

– A nic, jaśnie pani. Tak żeby co słychać było, to nie można powiedzieć, może jak dla kogo, ale, że ja plotek nie ciekawy... Za tą służbą człowiek czasu nie ma ni zjeść, ni wyspać się – a to jeszcze plotki zbieraj!

Następowała chwila milczenia, po czym Grzegorz zaczynał:

– A jaśnie pani wic, że stary Kwaksza umierający, testament, mówili, pisze. On kiedyś na służbie nieźle sobie zarobił... ma teraz co rozpisywać...

– I tak dalej szły opowiadania. Pani marszałkowa słuchała, niewiele do nich wagi przywiązując.

– At, plotkarz stary! – mówiła o Grzegorzu. Ale jednak do tych plotek jego tak przywykła przez tyle lat, że może nawet bawiły ją trochę.

Po ukazaniu się pana Adama i Zosi Grzegorz znikł zaraz. Zosia, po przywitaniu się z babunią, zabrała się do gotowania kawy. Był to jej stały obowiązek. Marszałek innej kawy pić nie chciał, tylko zrobioną i przyniesioną przez Zosię. Toteż, co dzień z rana musiała mu Zosia zanosić śniadanie do kancelarii i bawić go, zanim się posilił. Ustawiła więc porządnie na tacy garnuszek prażonej śmietanki, filiżankę, nasmarowaną masłem bułeczkę i dwa sucharki, zwykłą codzienną porcję, i szła pod drzwi kancelarii.

– Dzień dobry dziadziuniowi – wołała. – Czy można wejść?

– Dzień dobry, promyczku, chodź, chodź! – odzywał się z wnętrza głos stary. Marszałek przed obiadem nie wychodził z kancelarii. Szlafrokował sobie, jak mówił. Szlafrokowanie to jednak było bardzo eleganckie – ogolony od rana, umyty, wyperfumowany, przechadzał się po pokoju w jedwabnym kitlu i w czapeczce na głowie, przeglądał ogromne stosy gazet, palił cygara, czytał i odpoczywał. Odpoczywał po całym życiu, po trudach i nadziejach, zawodach i bólach. I niczego już nie pragnął, niczego się nie spodziewał, o niczym nie marzył, tylko o odpoczynku. Chciał zapomnieć. Za młodu poświęcił wszystko, nie żałował siebie, ale teraz, w złamanym starcu egoizm wziął górę, i choć na dnie duszy pozostała krwawa rana, on bał się wszystkiego, co mogłoby tę ranę podrażnić.

– Dajcie mi pokój – mówił czasem, gdy ktoś zaczynał mu opowiadać jakiś ciekawy fakt, de publicis – i słyszeć nie chcę, i widzieć nie chcę. Ja swoje zrobiłem. Po co wy mi to opowiadacie! Ja nic nie chcę wiedzieć – nic, nic. Ja już leżę w grobie, rozumiecie, w grobie. Swoje zrobiłem.

Czasami jednak, gdy jakiś smutny fakt doszedł przypadkiem do jego uszu, wpadał w rozpacz. Rany serca otwierały mu się z szalonym bólem i z całą młodzieńcza, siła cierpiał i miotał się, i zaciskał pięści... Takie napady były straszne... Więc, jak przy chorym, wystrzegano się poruszania kwestii poważnych, a mówiono o fraszkach codziennych, żartowano, zabawiano go opowiadaniami. Najmilsze były mu panienki. Odpoczywał przy nich naprawdę.

– Ja zawsze lubiłem panienki – mówił podkręcając wąsa – i panienki mnie lubiły. Jak mi Bóg miły, nie przechwalam się, Anuleczko, pani moja, nie gniewaj się i nie bądź zazdrosna – dodawał zwracając się do żony – wszakże wiesz dobrze, żeś ty mi była pierwsza przez całe życie, nie pierwsza nawet – jedyna!

I pani marszałkowa uśmiechała się trochę łzawo do starego małżonka, a czasem gładziła go po twarzy.

Obie dziewczyny musiały mu więc dotrzymywać towarzystwa, zabawiać go, czytać mu czasem, grać z nim w domino lub w warcaby. A chociaż nie zawsze to je bawiło, nie uchylały się od tych obowiązków, bo bardzo kochały swojego dziadunia i, nauczone od dzieciństwa, uważały go zawsze za wielkiego człowieka.

Tego ranka jednak Zosia, wchodząc z tacą w rękach do pokoju dziadunia, rzekła od razu:

– A wie dziadunio, że ja dziś niedługo posiedzę. Proszę prędko zabierać się do śniadania, bo ja nie mam czasu.

– O, patrzcie państwo! A gdzież to, promyczku, wybierasz się, co? Zosia postawiła tacę na stoliczku pod oknem i objęła staruszka za szyję.

– Wybieram się w świat – mówiła i przylgnęła różową buzią do jego twarzy – daleko, daleko – i znowu go pocałowała – niech dziaduś zgadnie dokąd?

– A nie zgadnę.

– To ja powiem. Naprzód, po śniadaniu, pójdę do błękitnego pokoju i będę czyścić, szorować, zamiatać, bo dziś mama przyjeżdża i trzeba, żeby tam było pięknie. A potem pojedziemy z Anią do Paszni i tam nazbieram na łące niezapominajek i porobię bukiety.

– Fiu, fiu, jaka z ciebie gospodyni!

– A tak, dziaduniu. Ja strasznie lubię gospodarować. Ale teraz niech dziaduś siada, o, tu, pod oknem, i niech prędziutko pije kawę, a ja dziadunia zabawię.

I Zosia prowadziła staruszka do stolika, nalewała kawę do filiżanki, sypała cukier, dolewała śmietanki i, usiadłszy przy nim, patrzyła, jak dziaduś śniadanie spożywał, a tymczasem bawiła go gawędą. On odpowiadał, uśmiechał się do niej, przekomarzał się z nią, gdy nadeszła Ania i też się do rozmowy wmieszała. Siedziały razem na małej kanapce i obejmowały się ramionami. Złota czupryna Zosi mieszała się z ciemnymi włosami Ani, obie twarze, jak dwa różne kwiaty, pochylały się ku dziaduniowej, obie się uśmiechały, biło od nich ciepło wiosny i budzącego się życia.

– No, dziadunio już skończył, więc pójdziemy sobie – rzekła Zosia wstając.

– Poczekajcie jeszcze, niech cygaro zapalę.

– A prawda, cygaro! Gdzież są zapałki, popielniczka?

Przebiegła przez pokój szukając, ale Ania już miała zapałki i podawała dziaduniowi cygaro.

– O, teraz dziaduś ma wszystko, proszę sobie siedzieć tu wygodnie i palić, a my pójdziemy.

– Już?

– Już trzeba. A może okno otworzyć?

– Otwórzcie.

– I gazetę podać?

– Podajcie.

– To już wszystko...

– A pocałować?

– O, tak! Trzeba dziadunia pocałować.

I obie razem zarzuciły mu ramiona na szyję i całowały jego pomarszczoną twarz. A staruszek mrugał oczami z zadowoleniem, bo mu dobrze było w ich objęciach.

Gdy panienki wróciły do jadalnego pokoju, zastały tam pana Adama i pana Szrotta kończących śniadanie.

Pan Napoleon Tulima Szrott był to tłuściutki człowieczek lat około czterdziestu, niezmiernie ruchliwy i gadatliwy. Niegdyś pan niezłej szlacheckiej fortunki, dzisiaj metr muzyki, jak to każdemu, zaraz po przedstawieniu się, lubił meldować. Do Haliniszek przybył przed dwoma laty, a że właśnie wówczas rada rodzinna, złożona z marszałka, pana Adama i pani marszałkowej, dostrzegła u Zosi wielki talent do muzyki, więc zatrzymano go dla niej na rok. Ale rok minął, dziewczynki oddano do Warszawy dla dokończenia wychowania, a pan Szrott został. Dwieście rubli rocznej pensji za naukę muzyki też zostały, chociaż lekcje odbywały się tylko podczas lata, i to coraz rzadziej.

– Odliczać mu przecie nie będziemy – zdecydował pan Adam. – Biedny człowiek, niech sobie siedzi.

Siedział więc i coraz bardziej wrastał w grunt Haliniszek, ale i wymagania jego wzrastały z każdym dniem. Już innych papierosów nie mógł palić, jak tylko najlepsze, wino pił co dzień i to dobre, nie byle jaką lurę. W jedzeniu przy marszałkowej nie śmiał wybrzydzać, ale gdy jej nie było przy stole, zaczynał opowiadać o kucharzach, jakich dawniej miewał u siebie, i z pogardą patrzył na podawane potrawy, co mu jednak nie przeszkadzało zajadać je z apetytem. Pannie Borsakównie robił wymówki, że mu nie dość cienkie daje prześcieradła, a gdy raz odważyła się posłać mu perkalową poszewkę, zrobił jej prawdziwą scenę. Podobało mu się bardzo krótkie futerko pana Adama, a że nie miał swego, zdjął je z wieszaka, przymierzył, uznał, że nieźle wygląda i odtąd stale je nosił. Pan Adam, zrazu trochę zdziwiony, nie protestował jednak, ręką machnął i zaśmiał się. Mimo to jednak pan Szrott umiał zachować pewną miarę, tak że na otwartą wymówkę nie naraził się nigdy. Nawet, ze względu na tę przeszłość, o której tak pięknie mówił, szanowano go i starano się mu dogodzić. Marszałka bawiła jego blaga i chociaż mówił o nim:

– Ot, łgarz, jak mi Bóg miły! – lubił go szczerze.

– A wie pan – rzekła Zosia, podając mu rękę – że dziś nie będzie lekcji. Nie mam czasu, muszę przygotować wszystko dla mamy.

– Ależ, panno Zofio, doprawdy, tak nie można. Przecież darmo jeść chleba nie będę.

– Cóż ja zrobię, kiedy nie mam czasu. Przecież to wakacje.

I usiadłszy obok babuni, Zosia wypijała co prędzej herbatę i zjadała bułki, a zarazem mówiła o niezapominajkach i o spacerze, i o pokoju mamy, i o firankach. Marszałkowa słuchała z zaciekawieniem, czasem spytała o coś, zrobiła uwagę.

A tymczasem pan Adam, po przywitaniu się z Anią, wziął obie jej ręce w swoje i uważnie na nią patrzył.

– No cóż, jakże spałaś?

– Dobrze, stryjciu.

– A nie kasłałaś?

– Tylko trochę.

– A głowa nie boli?

– Nie, stryjciu.

– Bierzesz proszki?

– Biorę, stryjciu.

– No, pamiętaj, żebyś mi dziś pięknie wyglądała, ciocia Antoniowa przyjeżdża, żebyś nam nie zrobiła wstydu przed nią.

Ania uśmiechnęła się.

– Dobrze stryjciu. Wieczorem uróżuję sobie twarz, żeby stryjowi dogodzić.

Tu wdał się w rozmowę pan Szrott.

– A czemu nie! Toż ja, panie, znałem za dawnych czasów księżnę Andrzejową z Kołynicz. Blada była z natury, ot, tak trochę podobna do panny Anny, to z rana, póki nie ubrana, nic, ale do obiadu, panie, regularnie co dzień uróżuje sobie twarz, i taka ładna, że padam do nóg! Więc mówię do niej: czemu księżna od rana nie chce...

Ale tu Zosia przerwała opowiadanie pana Szrotta:

– Stryjciu, a stryj chciałby pojechać do Włoch?

– Nie.

– O, czemu nie? Tam tak ślicznie! A ja bym chciała...

– Winszuję.

– I jeśli mama kiedy znowu pojedzie, to poproszę, aby i mnie zabrała.

– I cóż tam we Włoszech zobaczysz?

– Wszystko: i papieża, i Rzym, i Forum, no i wszystko.

– I wyjdziesz za mąż za jakiegoś Włocha.

– O, to to nie! Nigdy za żadnego obcego nie pójdę.

– Obcego! – zaśmiał się pan Szrott. – Cha, cha, paradne, obcego, cha, cha, cha, to dobre, panie!

– A pewnie, nigdy bym nie poszła. Ale tylko tak pojechać, zobaczyć, to bym chciała – nie na długo.

– At, nie potrzeba – rzekł pan Adam dopijając kawę i zapalając papierosa – siedź, grzybie, póki cię nie zdybie tu jaki chłopiec.

– Ej, stryjciu, kiedy ja nie chcę żadnego chłopca, stryjcio zawsze z tymi chłopcami...

Stryj zaśmiał się głośno, a pan Szrott mu zawtórował. Wtem weszła pokojowa Werusia i, stanąwszy przy drzwiach, oznajmiła: – Jakaści baba jest przyszedłszy z Czykiszek i chce panią widzieć. – Marszałkowa natychmiast wstała i powolnym krokiem ruszyła ku wyjściu. Zosia zerwała się:

– Babuniu, więc możemy pojechać do Paszni?

– Czymże wy, kochanie moje, myślicie jechać?

– Kucami, babuniu, i kałamaszką.

– A czy to Ani nie zmęczy?

– Nie, babuniu – rzekła Ania – mnie dziś zupełnie dobrze.

– A pokoje dla mamy i dla Tereni gotowe?

– Zaraz wszystko tam zrobię.

– No to jedźcie. Tylko uważajcie na moście, jakoby dziurawy.

– Ja wiem, babuniu, nic strasznego. Wczoraj przejeżdżałyśmy.