Dwa prądy - Natalia Korwin-Szymanowska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 300 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dwa prądy - Natalia Korwin-Szymanowska

Natalia Korwin-Szymanowska (1858–1922), z domu Krzyżanowska, to pisarka i tłumaczka, publikująca często pod pseudonimem Anatol Krzyżanowski. Była autorką licznych artykułów publicystycznych w prasie warszawskiej, a także tekstów dotyczących polskich wydarzeń literackich w czasopismach angielskich i francuskich. Jej twórczość literacka cieszyła się swego czasu niezwykłą popularnością, np. nowele „W więzach” czy powieści „Dwa prądy”, „Pasierby”, „Ogniwa”. Prezentowana powieść „Dwa prądy” (1890) uzyskała wyróżnienie w konkursie „Kuriera Warszawskiego”. Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Dwa prądy - Natalia Korwin-Szymanowska

Fragment ebooka Dwa prądy - Natalia Korwin-Szymanowska




Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. ROZDZIAŁ V
  6. ROZDZIAŁ VI
  7. ROZDZIAŁ VII
  8. ROZDZIAŁ VIII
  9. ROZDZIAŁ IX
  10. ROZDZIAŁ X
  11. ROZDZIAŁ XI
  12. ROZDZIAŁ XII
  13. ROZDZIAŁ XIII
  14. ROZDZIAŁ XIV
  15. ROZDZIAŁ XV
  16. ROZDZIAŁ XVI
  17. ROZDZIAŁ XVII
  18. ROZDZIAŁ XVIII
  19. PRZYPISY
  20. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

„Bogowie stworzyli wieś, a ludzie miasto”, mawiali starożytni i mieli rację. Piękną jesteś, nasza kraino, gdy cię tchnienie wiosny ożywi, gdy promień słońca, rozdarłszy szarą chmur osłonę, ziemię płaską nieraz i posępną obejmie miłosnym uściskiem, by w rosie jej tęczowymi zajaśnieć blaskami. Pięknym jest każdy twój zakątek, odrębnym rodzimym urokiem; do czyjej zaś duszy nie przemówiła nigdy poezja samotnej godziny, wśród lasów twych lub pól spędzonej, kto nie potrafił wsłuchać się w tajemne ich głosy i skąpać w ożywczej atmosferze, kto nie wzmocnił nią pragnienia prawdy i swobody, ten dobrowolnie wyrzekł się źródła najczystszych i najpodnioślejszych wrażeń, a nie znając cię nigdy dokładnie, nigdy też z zapałem ukochać nie potrafi.

Piękną jesteś, wiosno życia i wiosno przyrody. Toteż rzuciwszy hojną dłonią snopy barw i bogactwo blasków na ciche ustronie lubelskiej ziemi, potrafiłaś zamienić zielone jej łęgi w jeden kobierzec, pola zaś falujące zbożem, w łany najczystszego szmaragdu, który stopniowo dopiero miał w próbie słonecznego ognia na złoto się zamienić. Teraz, kłosy delikatne, wysmukłe, strzelały dopiero do góry, nasłuchując hejnałów i hymnów radosnych, jakie powietrzni mieszkańcy słali ku obłokom ze skraju sąsiedniego lasu. Pod kopułą zaś z niebios szafiru, na tle tej wspaniałej naturalnej świątyni, malowniczym tylko parowem od konarów puszczy oddzielona, wznosiła się druga, ręką ludzką dźwignięta o drewnianej wieżyczce, blachą krytej i błyszczącym przyozdobionej krzyżykiem. Grupy drzew dokoła, gdzieniegdzie kolorowymi sztachetkami przecięte i szare, prosto ciosane godła wiary, wskazywały, iż miejsce to spoczynku, na którym przychodzą szukać wieczystej ciszy mieszkańcy poniżej położonej wioski.

Cmentarz ten nie smucił, nie przestraszał nikogo. Przeciwnie, spokój i zieleń jego zdawały się nęcić, pociągać nawet. Czułeś, iż po życiu pracy mozolnej, lecz pogodnej i od wiru świata dalekiej, błogo musiało być legnąć, na zawsze tu wśród mogił darniowych, nad którymi jedno i dwuramienne krzyże, łączyły się jeszcze w serdecznej zgodzie, jakby na dowód, iż do poświęcanych wrót ostatniego schronienia, miał prawo każdy, kto bez względu na różnicę wierzeń, ziemię tę za matkę uważał.

Cmentarz też, usiany nagrobkami staczał się po pochyłości wzgórza łagodnie ku wiosce, która rozłożywszy się malowniczo u jego podnóża, biegła długim sznurem chat białych, zalotnie wśród zieleni błyskających, by ostatnimi domkami dosięgnąć czworoboku z topoli, kryjącego widocznie zabudowania dworskie. Wielki ogród, a po za nim srebrną wstęgą rzeki przecięty obszerny widnokrąg łąk i pól kończył dopiero ten zwykły, pełen prostoty i sielskiego uroku obrazek. Złocące go promienie słońca, zalewając przestrzeń całą, od owego kościołka, aż do siedziby dziedzica, nad nurtami Bugu wzniesionej, odbijały się równocześnie w dubeltówkach trzech jeźdźców, którzy w tej chwili na skraju lasu stanęli. Rasowe ich wierzchowce rzucały się rączo; podążający z tyłu strzelec wiózł przymocowanych do torby kilka ptaszków, niewinna zaś i barwna kraska, umieszczona na czele zdobyczy, wskazywała najlepiej, iż byli to myśliwi, którzy nie zwierzyny, lecz zabicia czasu szukali jedynie.

Ma foi, tu wcale nie brzydko! – zawołał najmłodszy z nich, rozglądając się ciekawie po okolicy. Ma to nawet cechę swojską.

– Przypuszczam, że nie może mieć cudzej – wtrącił żartobliwie drugi towarzysz.

Maurycy sądził widocznie, iż za lasem znajdzie wybrzeże morza i Ostendę, stąd ta nędzna wioska swojskością taki zachwyt w nim budzi.

– Nie, ale to naprawdę śliczniutka sielanka. Jaki Corot lub Millet zrobiłby z niej miniaturowe arcydzieło. Przypomina mi rodzinną moją wieś w Galicji.

– W Galicji? – podchwycił ten sam, co wpierw jeździec. – Zdawało mi się, iż wspominałeś ostatnim razem, że to było w Poznańskiem.

Młodzieniec zmieszał się lekko.

– Nie znęcaj się nad nim, panie Eustachy – wtrącił po francusku trzeci towarzysz o pięknych, lecz silnie wschodni typ przypominających rysach. – Powiedz nam lepiej, jak się miejscowość ta nazywa?

Hrabia Morski wzruszył lekceważąco ramionami.

– Alboż ja wiem? – rzucił niedbale. – Wola, Wolica, Wólka, coś w tym rodzaju pewno. Un de ces noms barbares, qu’on ne trouve que’ chez nous. Jak wiecie, nie byłem tu od lat kilku, a co prawda, dawniej te rzeczy też mnie niewiele obchodziły.

– Widzę, iż nie pozujesz nawet na wzorowego obywatela – zaśmiał się baron lekko.

Je m’en fiche, tego by tylko brakło. Na cóż by mi się zdały majątek i stanowisko, gdybym przy nich miał się zakopać tutaj?

– O zakopaniu nie ma mowy. Lordowie angielscy jednak, których tak lubisz hrabio, znajdują wśród tysiącznych zajęć czas na wszystko, od zabawy, i parlamentu aż do czynnego zajmowania się administracją własnych majątków.

– Naiwni! Zatruwają sobie dobrowolnie życie. Zresztą może w tamtejszych warunkach łatwiej to przychodzi.

– Sądzę, że gdybyśmy naszych tak nie zaniedbywali, zawiadywanie nimi także łatwiej by przyszło...

– Pan baron w postaci moralizatora! Na Jowisza, to nowa zupełnie rola! – zawołał Maurycy Korybut wesoło. – Można by sądzić, iż sam należy do najczynniejszych agronomów.

– Jak pan wiesz, jestem tylko finansistą i przemysłowcem, majątki ziemskie przypadły bratu memu w udziale. Jeżeli jednak nieobcym mi jest, co robi każdy z kancelistów w moich biurach, sądzę, iż obarczony własnością rolną, taką samą rozwinąłbym w niej działalność. Dlatego też zdziwiło mnie, że hrabia Morski nie wie nawet nazwiska tej wioski...

– Ale za to wie – przerwał hrabia Eustachy – gdzie największe stada kaczek znajdziemy. Kłusem, panowie, wzdłuż parowu, a później w dziesięć minut staniemy nad rzeką, gdzie już trzeba będzie konie porzucić. Spróbujmy wytrzymałości moich wierzchowców, którym przecież nie znajdziesz baronie nie do zarzucenia?

– Pańskie laury wyścigowe niejednokrotnie wprawiały mnie w zazdrość – przyznał finansista grzecznie, dotykając z lekka konia szpicrózgą.

– O tak, Mylord, to cudowne stworzenie! Hep, hep! – przynaglał hrabia Morski czarną jak kruk Kometę i wśród wesołych sportowych wspomnień, pomknęli rączo wzdłuż parowu.

W tym Kometa, zestrzygłszy uszami, gwałtownie w bok się rzuciła.

Morski, o mało niewysadzony z siodła, szarpnął za cugle i na miejscu konia osadził.

Powód przestrachu łatwo było zrozumieć. Z niewidzialnego dla nich, a tuż nad głowami wśród drzew ukrytego kościołka, rozległ się nagle dzwon poważny, donośny. Metaliczne dźwięki jego płynęły na falach powietrza i pełne, majestatyczne, jak hymn podniosły, rozbrzmiewały wśród doliny, biegnąc daleko, hen, hen, za rzekę, gdzie echo ich, wśród tych chat i dworków maleńkich, zdawało się nieść nie tylko cześć Panu, ale i pozdrowienie ludziom dobrej woli.

– Niedołęgi z dzwonieniem! – oburzył się hrabia Morski. – Klacz przestraszona mogła, rzuciwszy się w tak wąskim przesmyku, z łatwością nogę złamać.

Wtem, z głosem dzwonów złączył się śpiew prosty, serdeczny, z tysiąca może wypływający piersi, a tak głęboką tchnący wiarą, iż, pomimo nieartystycznej formy, musiał na każdym wstrząsające uczynić wrażenie. „Święty Boże, święty mocny, święty a nieśmiertelny!” z gorącym błaganiem na skrzydłach modlitwy biegło ku nieba.

– Co to takiego? – pytał baron Kruzenberg zdumiony.

– Nie rozumiem, chyba pogrzeb jaki – objaśnił Eustachy Morski – objeżdżamy bowiem kościół, położony na górze. Popędźmy prędzej, a przekonamy się naocznie.

Przez usta strzelca przebiegł uśmiech lekką za prawny goryczą.

Dziwiło go, iż panowie ci nie są w stanie odróżnić pieśni religijnych od żałobnych. Przyuczony jednak do milczenia, pokłusował dalej.

W tejże chwili konie, wypadłszy z tumanem kurzu z parowu, zdyszane, jak gdyby jęk dzwonów gnał je coraz szybciej, uderzyły nieomal o płynącą wzdłuż drogi falę ludu w świątecznych strojach.

Na czele, pod ubogim, lecz czystym baldachimem, przez starych włościan niesionym, szedł ksiądz siwowłosy z monstrancją w ręku, a dalej, szeroką wstęgą rozciągał się tłum, niosący ołtarze, chorągwie i światła jarzące; tłum, z którego piersi wzbijał się pod niebiosy hymn tchnący pokorą i rozrzewnieniem, modlitwa wskazująca pełną prostoty i poezji, głęboką wiarę maluczkich.

Sapristi! – mruknął hrabia. – A tośmy się wybrali! Ani rusz przejechać dalej.

A zwracając się do strzelca, dodał:

– Janie, co to za obchód?

Służący, który od dawna zerwał czapkę z głowy i, wzruszony głosem z piersi setek płynącym, wiódł oczyma za tą żywą falą, rzucił mimo woli oburzone na chlebodawcę swego wejrzenie.

– Procesja Bożego Ciała – odparł.

Ah, la féte Dieu – powtórzył hrabia. – Zapomniałem.

„Święty a nieśmiertelny! Zmiłuj się nad nami!” rozbrzmiewało w powietrzu.

– Eustachy, trzeba zsiąść z koni – szepnął równocześnie Moryś Korybut – Patrz, jak ci ludzie przyglądają nam się groźnie.

– Racja, ale cóż się stanie z wycieczką na kaczki? Nie chciałbym zresztą narażać barona na podobne intermezzo.

Au contraire, c’est trés curieux – zadecydował finansista i zeskoczywszy pierwszy z siodła pochylił się wraz z całą falą przed monstrancją, zakreślającą w tej chwili krzyż święty w powietrzu; po czym wyprostowawszy się, przeżegnał z miną człowieka dobrze wychowanego, który umie się zastosować do otoczenia i robi to zazwyczaj, co w danym razie uczynić wypada.

Hrabia postąpił tak samo, a ułagodziwszy w ten sposób oburzenie ludu, który mierzył groźnym okiem pyszałków, wpadających konno tam, gdzie sam Bóg szedł na czele maluczkich, Eustachy Morski spostrzegł teraz dopiero, iż błyszczące dubeltówki na ramieniu, tu, wśród tłumów rozmodlonych, śmiesznie wydać się mogą. Odjechać wszakże nie było sposobu, procesja bowiem zajmowała całą drogę wijącą się nad parowem, innego zaś stąd wyjścia nie było. W tym pan hrabia dojrzał jednego z oficjalistów swych, który z żoną i córkami postępował za kapłanem.

– Panie Koterski – przywołał półgłosem – proszę cię, potrzymaj nasze dubeltówki.

Po ogorzałym obliczu ekonoma rumieniec upokorzenia przebiegł.

Chciał powiedzieć, że nie jego to rola, że tu wobec Boga nie ma sługi i pana, spojrzenie jednak rzucone na rodzinę, kazało mu powstrzymać słowa cisnące się na usta. Hrabia tak rzadko przyjeżdżał, iż miał prawo od rządców swych lokajskich nawet posług wymagać. Oburzone spojrzenia kilku najbliżej stojących zdradziły jedynie zgorszenie, wywołane nieposzanowaniem miejsc świętych. „Hrabia z Orłowa! Hrabia z Orłowa!” szepnięto w kilku punktach, po czym: „Abyś nam winy nasze przebaczyć raczył, prosimy cię Panie” jednym znów zabrzmiało echem i fala popłynęła dalej, a za nią szli trzej nasi myśliwi, z których jeden bankier tylko, rzucając bystre spojrzenie dokoła, zdawał się studiować ciekawie ten nieznany sobie obrazek. Nagle zielonkawe oczy Eustachego Morskiego błysnęły, ręka szarpiąca niecierpliwie rude bakenbardy trąciła mimo woli towarzysza.

Na końcu długiej procesji, której początek wraz z kapłanem na czele zniknął już w drzwiach świątyni, szła samotna, skromnie, lecz z wytworną prostotą ubrana kobieta. Wysmukła jej kibić jak trzcina zdawała się delikatną i giętką, prosto ścięty nosek i prześliczny regularny profil, greckie przypominał posągi; z koralu wycięte usta pociągały wyrazem słodyczy; wielkie zaś długimi rzęsami ocienione oczy, jaśniały wdziękiem inteligencji i młodości, zdumiewały blaskiem swym i czarną, niezbadaną głębią. Zasłuchana w pienia nabożne, które ducha jej w lepszą musiały unieść krainę, szła z wolna za tłumem, a czując się tu snadź u siebie wśród tego zastępu wieśniaków, któremu królować się zdawała, zdjęła kapelusz i niosąc go w ręku, odsłoniła bogactwo kruczych splotów, które wieńcząc czoło matowo białe, jakby wykute z najczystszej carrary, falą krwi ożywionej, spadały w dwóch grubych warkoczach, wijąc się swobodnie wzdłuż lekkiej sukni.

Oczy Eustachego Morskiego o mało z orbit nie wyszły.

– Patrz, patrz, baronie – szeptał – cudo! Posąg greckiej Wenery w nowożytnych szatach. Skąd ona się tu wzięła? Co za przepyszne rysy! Nawet czoło, wbrew dzisiejszym grzywkom, odsłonięte.

Kruzenberg zdawał się być również zdumiony.

Des yeux d’une beauté éblouissante – przyznał głosem zniżonym.

Nieznajoma zniknęła równocześnie w progu kościołka, z którego odgłos śpiewów i dym kadzideł szeroką płynęły falą.

– Kto to być może? – pytał hrabia Morski ciekawie.

– Widzisz, panie Eustachy, jak to źle nie znać swojej okolicy – żartował młody bankier z lekką ironią. – Wpierw nie wiedziałeś nazwiska wsi, teraz nie masz pojęcia, kim jest ta prześliczna istota, najpiękniejsza może kobieta, jaką w życiu spotkałem. Nasze stolice nie posiadają już podobnych cudów; trzeba ich widocznie wśród głębokiej szukać prowincji.

– Nie wiecie, kto ona? – wtrącił Maurycy Korybut, Morysiem najczęściej zwany. – Ależ to tak łatwo odgadnąć. Sama jedna, bez służby, bez opieki – wyliczał – zmieszana wśród chłopstwa, żadnego ekwipażu, przyszła widać piechotą, najprędzej więc guwernantka z pobliskiego dworu.

– Racja – zawyrokował Morski. – Brawo Morysiu! Doprawdy sprytny z ciebie chłopak. Skoro tak, jedźmy dalej; naszą nieznajomą łatwo przyjdzie odszukać.

– Tylko już nie na kaczki, lecz po prostu dla zwiedzenia okolicy – zaprotestował bankier i dosiadłszy koni pogalopowali żywo. Po rysach oficjalisty hrabiego, który im oddał z ukłonem dubeltówki, ponury jakiś przebiegł wyraz.

– Nawet Pan Bóg i kościół nie zasługują na ich uwagę – przez zaciśnięte mruknął zęby. – Panowie przewodnicy, piękny dajecie ludowi przykład; gdybyśmy chcieli go naśladować, trzeba by najpierw was samych z równym potraktować lekceważeniem.

Wesoła trójka, przeciąwszy tymczasem pola i dotarłszy do rzeki, wracała w godzinę później wśród łanów zielonymi falujących kłosami. Wąska drożyna, którą wybrali, prowadząc na przeciwny koniec wioski, dotykała prawie dworskiego ogrodu, a rzadko snadź używana, oddzieloną była od głównej topolowej alei ciężkimi, prostymi wrotami. Nagle hrabia uniósł się w strzemionach; przed nimi dosięgając już kołowrotu, szła ta sama wysmukła postać niewieścia, w popielatej sukni i wyraźnie odbijających od niej czarnych warkoczach. Pomimo zapadającego lekkiego zmroku, Morski poznał ją natychmiast.

– Nasza guwernantka! – zawołał i dotknąwszy konia ostrogą, znalazł się równocześnie obok młodej kobiety, która drobnymi w popielatych rękawiczkach opiętymi rączkami, próbowała ciężkie unieść wrota.

Hrabia rzucił cugle Komety, strzelcowi, a sam stanął przy niej.

Pardon – wyrzekł uchylając kapelusza, praca to nie na takie malutkie dłonie; niech mi wolno będzie dopomóc pani.

Dziewczę skinąwszy w milczeniu głową, usunęła się na bok nieco.

– Wszak pani pozwoli wyręczyć się? – pytał z ręką, wspartą na wrotach, pochylając ku niej zalotnie twarz, rudawymi zdobną faworytami.

– I owszem, wdzięczną będę za tę drobną przysługę – brzmiała zimna odpowiedź.

– Cudowny wieczór, nieprawdaż? – ciągnął hrabia. – A co za poetyczne otoczenie! Stworzone do marzeń dla pięknej kobiety. Nie znalem dotąd okolicy tej; dziś wszakże niebo chciało snadź obraz jej wyryć w myśli mej na zawsze, skoro mi pozwoliło na tle zachodu ujrzeć wspaniale wschodzącą gwiazdę.

– Racz mi pan pozwolić przejść – zabrzmiał zimny głos nieznajomej.

Hrabia lekko uniósł i popchnął wrota.

– Szczęśliwym będę odprowadzając panią – mówił najsłodszym swym głosem.

– Dziękuję, ale jestem u siebie w domu prawie.

– Piękna kobieta sama o tej porze, wśród pól i zmroku? Za kogoż nas pani masz, skoro sądzisz, że pozwolimy na to? Królowe stworzenia mają prawo do honorowej straży przybocznej.

Wyniosłym zmierzyła go wzrokiem.

Proszę, pozwól mi pan przejść – powtórzyła.

Hrabia usunął się mimo woli pod siłą karcącego tego wejrzenia, zaledwie jednak dziewczę minąwszy wrota, znalazło się wśród wiodącej do dworu alei, Morski ponownie stanął przy niej:

– Gwiazdom pierwszorzędnej wielkości towarzyszą zwykle satelity – mówił z przesadną galanterią. – Niechże i mnie ta sama rola przypadnie w udziale; a może piękna moja gwiazda z blasku swych oczu, choć jeden łaskawy rzuci mi promyk.

Od wioski ukazała się w tej chwili wysoka postać starca, w długą szarą kapotę ubrana. Książka w ręku zdradzała, iż wracał także z kościoła.

– Panie Kotwicz! – zawołała kobieta donośnie. Siwy jak gołąb starzec poskoczył do niej żywo.

– Panie Kotwicz, bądź łaskaw odprowadzić mnie do domu; cicha bowiem nasza wioska przestała być bezpieczną dla swych mieszkanek – wyrzekła.

A oparłszy drobną rączkę o szarą siermięgę białowłosego wieśniaka i lekko do ramienia jego przytulona, wyprostowała się, podnosząc zaś ruchem królewskiego majestatu kształtną swą główkę, zawołała dumnie:

– Panowie! Zapomnieliście, że wiejskie zacisze to nie miejsce popisu dla Don Juanów. Hrabio Eustachy Morski, dziękuję ci, iż zaniedbawszy przez lat tyle opiekę nad powierzonymi sobie sierotami, dziś po raz pierwszy czynnie w przynależnej wystąpiłeś roli; dziękuję, że zawitawszy po długoletniej niebytności na ziemię twych krewnych, raczyłeś rozpocząć działalność kochającego wuja i sumiennego opiekuna, rzucając siostrzenicy i pupilce zarazem dotkliwą na powitanie zniewagę! Żal mi, panie hrabio, rycerskich, wspólnych naszych przodków, którym postępowaniem takim wstyd przynosisz! – Nozdrza jej drżały lekko, oczy pałały. Odwróciwszy się wzgardliwie, pociągnęła starca za sobą i wraz z nim zniknęła za furtką ogrodową.

Morski stał osłupiały, jakby w ziemię wryty. Wymuskane jego rysy zdradzały, iż zbity z toru, zgłupiał na razie.

Szyderczy, niepohamowany śmiech oprzytomnił go dopiero.

Sapristi! – wykrzyknął gniewnie. Czyżbym taką popełnił pomyłkę? Janie, jak się ta wieś nazywa?

– Opole, proszę jaśnie hrabiego.

– Terenia Opolska, moja pupilka! I ja ją wziąłem za jakąś guwernantkę! A któż mógł przeczuć, że ta mała poczwarka na boginię wyrosła!

***

– Ha, haha! Ha, haha! To paradne było – śmiał się z całego gardła baron Kruzenberg, siedząc w godzinę później na tarasie wielkiego pałacu w Orłowie, gdzie służba wznosiła właśnie stolik z przyborami do herbaty,

– Ha, ha, ha, to paradne! Takiej miny, hrabio, nigdy jeszcze u ciebie nie widziałem. Stanowiliście istne tableau, scenę, z komedii wyjętą!

Hrabia Morski, słynny znawca ludzi i salonowiec, zaczepia bliską swą krewną, własnej pupilce mówi komplementy podejrzanej wartości.

I rozbawiony bankier poruszał w takt śmiechu wytwornym fotelem na biegunach.

– Wina Morysia, czemu dowodził, że to pewno jaka guwernantka – rzucił hrabia kwaśno.

– Dajże pokój. Spełniając swą rolę starał ci się dogodzić. Il fiairait une auefiture, et voila tout.

– Nie przypuszczałem, że masz równie piękne pupilki, Eustachy – tłumaczył się Korybut, który, jako jeden z tych zagadkowych okazów złotej młodzieży, co to obdarzona dobrami na księżycu nie orze, nie sieje, a jednak bez pracy i trudu żyje, lawirując między pańskimi klamkami, spędzał pół życia na rezydencji u Morskiego i nieraz gorzkim to musiał opłacać upokorzeniem.

– W rzeczy samej ukrywa się tu jakaś tajemnica, wyjaśnijże ją teraz, hrabio – nalegał Emil Kruzenberg żartobliwie.

– Ależ nie ma żadnej tajemnicy; po prostu sam zapomniałem o całej tej sprawie. Stryjeczna siostra moja, hrabianka Morska, poszła przed dwudziestu paru laty za...

– Nie wiedziałem, że już wtedy mieli tytuł hrabiowski – mruknął baron przez zęby.

– Poszła – ciągnął Morski, nie dosłyszawszy uwagi – za mąż, za najbliższego naszego sąsiada, pana Opolskiego. Ponieważ wychowywała się prawie w domu moich rodziców, stosunek więc i po ślubie bardzo pozostał zażyłym, niesłusznie jednak, bo hrabianka Morska powinna była pod względem majątkowym świetniejszą zrobić partię. Otóż przed dziesięciu laty, gdy stary hrabia dogorywał, a ja, zawezwany z zagranicy, po raz pierwszy dłuższy tu czas bawiłem, szwagierek mój Opolski umiera nagle, pozostawiając interesy w nader powikłanym etanie. Wpierw jednakże przysyła list, błagający stryja o opiekę nad dwojgiem swych dzieci. Wieść ta pogorszyła tylko stan mego ojca, który widząc się bliskim śmierci, sam opieki nie przyjął, lecz, przywoławszy mnie, polecił uroczyście, abym starał się obowiązek ten za niego spełnić. Sądziłem na razie, iż Opolscy odmówią, nigdy bowiem nie byłem u nich en odeur de sainieté, pomimo tego wszakże musiałem na żądanie mego ojca zaraz w nowej roli do Opola pojechać.

– No i cóż, jakże cię tam przyjęto?

Hrabia skrzywił się gorzko.

– Z wylaniem, godnym biblijnych czasów.

Przedstawiono mi moich pupilów, czternastoletniego może wyrostka i tę samą dziesięcioletnią ówcześnie Terenię, którym kazano, aby mi za przyszłą opiekę z góry dziękowali.

Pani Opolska płakała, mąż jej umierał, w domu zamęt.

Przestraszony uciekłem, w parę zaś dni później ojciec mój także zakończył życie. Dotknięty stratą tak bolesną, wyjechałem na czas żałoby do Paryża, skąd już przez lat parę nie wróciłem do kraju.

– No, a cóż się stało z opieką? – podjął baron ciekawie.

– Och, wyjeżdżając poleciłem ją wraz z innymi interesami rządcy.

– I jakżeż się wywiązał z zadania?

– Co prawda, nie pytałem go o to – przyznał hrabia Morski szczerze.

W rysach barona odbiło się mimowolne zdumienie.

– Wiecie przecież – ciągnął gospodarz domu niedbale – iż przebywam tu nader rzadko i to wtedy jedynie, gdy rachunki administracji potrzebują nieodzownie mej obecności.

– A raczej, gdy ty, panie Eustachy, potrzebujesz pieniędzy – wtrącił baron złośliwie.

– Nie przeczę, i tak kochany baronie, kłopoty moje finansowe tobie najlepiej są znane. Otoż, gdy niedołężna administracja zostawia mnie á sec, dowodząc, że nie ma z czego dalszych czerpać dochodów, wtedy rad nie rad wpadam tu na krótko; zajęty wszakże własnymi interesami, nie miałem w takich chwilach czasu do myślenia o jakiejś tam narzuconej mi opiece.

Czarne oczy bankiera śmiały się ironicznie.

– Brawo! – zawołał. – I ludzie mają czoło utrzymywać, że stare tradycje giną u nas. Ależ ty, hrabio, uosabiasz je wszystkie; można by cię, jako typowy okaz Polaka, posłać na wystawę etnograficzną.

Morski, zrozumiawszy ukrytą ironię, uczuł się nią draśnięty nieco.

– Sądzisz, panie baronie, że zbyt lekko potraktowałem obowiązek; otóż przekonam cię, iż rozkaz raz wydany wiernie spełniony został. Morscy umieją być dżentelmenami.

– I owszem, jestem przekonany – wtrącił Moryś Korybut – że opieka przez cudze sprawowana ręce, stokroć cię drożej kosztowała. Pewno tam administracja sążniste na ten temat smarowała rachunki.

Hrabia Eustachy nie zaszczycił obrony swego rezydenta bliższą uwagą, zadzwoniwszy zaś, kazał przywołać natychmiast głównego rządcę.

Po kwadransie na tarasie stanął wysoki, młody jeszcze mężczyzna. Morski powitał go uprzejmie, nie myśląc jednak przedstawić towarzyszom, zaprosił gestem do zajęcia miejsca przy stole. Przybyły podziękował i jakby na dowód, iż nie pragnie przedłużać rozmowy, którą uważał za obowiązek tylko, stanął z ręką o poręcz krzesła wspartą.

– Panie Gorzelski, chciałem cię prosić o objaśnienie, jak stoi sprawa opieki nad nieletnimi Opolskimi? – pytał, przesuwając przez palce czerwonawe bokobrody.

– Jaka sprawa, panie hrabio?

– Opieki nad mymi kuzynami, Opolskimi? Nie raczyłeś pan ani razu zdać mi z niej bliższej relacji lub rachunków.

– Rachunków? Ależ ja pierwszy raz słyszę o niej?

Morski zerwał się gwałtownie.

– Jak to! Czyż pieczy nad nią nie zaleciłem panu najusilniej, zaraz po śmierci mego ojca?

Po ustach plenipotenta przewinął się uśmiech lekki.

– Pan hrabia zapomina, że od śmierci śp. jego ojca upłynęło już lat z górą dziesięć, ja zaś obowiązki moje od półtora roku sprawuję zaledwie.

– Pański poprzednik jednak, zdając zajęcia, powinien był...

– Moi poprzednicy, bo przez lata ostatnie było ich kilku, nie mieli również, o ile wiem, nic z interesami młodych Opolskich wspólnego.

Eustachy Morski poczerwieniał z gniewu.

Któż się więc nimi zajmuje? – rzucił porywczo.

– Jeżeli się nie mylę, stary Kotwicz. Ten sam, który za życia nieboszczyka hrabiego zarządzał przez czas długi Orłowem. Zarówno ojciec pański, jak pan Opolski, mieli podobno nieograniczone do niego zaufanie; stąd też Kotwicz, uważając opiekę za przywiązaną do swojej osoby, zatrzymał ją i faktycznie do tej chwili sprawuje, nie żałując ani kosztu, ani pracy, by ostatecznie uregulować interesy kuzynów pańskich, których fortunę w znacznej już części uratował.

– Któż to jest ów Kotwicz? – zapytał młody bankier półgłosem.

– Dawny sługa mego ojca, prosty chłop. Spotkaliśmy go dziś nawet. Ten sam starzec, który odprowadził pannę Opolską do domu – dodał hrabia po francusku, sądząc snadź, iż język tak dystyngowany nie jest dla plebsu dostępnym.

– Typ bardzo oryginalny i nader w okolicy całej poważany – uzupełnił młody rządca z najczystszym nadsekwańskim akcentem. – Mało się udziela i pokazuje, w Opolu jednak czczą go jak istnego dobroczyńcę, jak ojca prawie.

Fala krwi znów ostrzej uwydatniła żółte bokobrody pryncypała.

– Trochę się pan za silnie wyrażasz – zawołał porywczo. – Pani Opolska jest hrabianką Morską z domu, nikt zaś z naszej rodziny nie zwykł dotąd bratać się z chłopami.

– Tak, dotąd, panie hrabio, dziś jednak czasy się zmieniły, pani Opolska zaś, jakkolwiek hrabianka Morska z domu, nie może zapomnieć, iż w chwili gdy hrabiowie i właśni krewni opuścili ją zupełnie, chłop Kotwicz uratował mienie i zapewnił przyszłość jej dzieci.

– Straszne to, panie Eustachy, ale prawdziwe – wtrącił baron szyderczo. – Herb przestał być monopolem na szlachetne czyny. Tradycja ich tak mu wystarcza, iż w oczekiwaniu lepszych czasów, odpoczywa po trudach praojców. Zresztą, czego się kochany hrabio irytujesz? Powinien byś raczej podziękować Kotwiczowi, że ci taką cudowną wychował pupilkę. Wszak przychodzisz do gotowego; wraz zaś z godnością opiekuna, nie zrzekłeś się bynajmniej praw wuja i to wuja najpiękniejszej pod słońcem siostrzenicy.

– Prawa te nie zapewnią mi...

– Wdzięczności? – podchwycił bankier – na pewno, że nie, ale w każdym razie otworzą wstęp do Opola, a to ci wystarczy.

– Pamięć tej opieki... – zaczął hrabia z wahaniem.

– Cóż znowu, mój Eustachy – tłumaczył Moryś Korybut – nieobecność twoja i pobyt zagranicą usprawiedliwia wszystko. Nie mogłeś przecież siedzieć w domu dla cudzych interesów.

Rysy Morskiego rozpogodziły się.

– Tak, masz rację. Trudno mi było całe życie przekształcać z powodu narzuconej nad obcymi dziećmi opieki.

– To dobro dla zwykłych śmiertelników – zakończył baron z dwuznaczną powagą. – Takie rody, jak Morscy, inne mają żądania i wyższe w świecie obowiązki do spełniania; nie wolno im drobiazgami się krępować.