Duchy Inków - Jolanta Maria Kaleta - ebook
Wydawca: Psychoskok Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 467 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Duchy Inków - Jolanta Maria Kaleta

Duchy Inków to najnowsza powieść Jolanty Marii Kalety, biorąca za punkt wyjścia znaną legendę o inkaskim skarbie ukrytym na zamku w Niedzicy. Legenda głosi, że ponad dwa wieki temu w lochach zamku ukryto wywiezione z Peru złoto świątyni Coricanchy. Znalezione w 1946 roku pod kamiennym schodkiem inkaskie kipu gdzieś się zawieruszyło, poszukiwacze skarbów i służby specjalne nic nie znalazły i sprawa poszła w zapomnienie. Archeolodzy jednak bardzo dobrze znają tę sprawę. Od lat spędza ona również sen z powiek archeolożce z Wrocławia – Ince Złotnickiej, która wraz z synem, w wakacje przybywa na niedzicki zamek, by pomóc w pracach archeologicznych. Ma jednak w tym ukryty cel. Czy legendarną zagadkę pomoże odkryć jej tajemniczy i przystojny archeolog z Krakowa? Na ile Inka może się odsłonić i wyjawić rodzinne sekrety? Dlaczego tajemnicami interesują się dwaj podejrzani turyści, którzy co rusz kręcą się wokół zamku i Inki? Czy duchy zmarłych Inków czuwają nad zamkiem, chroniąc jego tajemnicę przed dostaniem się w niepowołane ręce? Tego wszystkiego można się dowiedzieć z niezwykle fascynującej i wciągającej lektury, jaką jest powieść „Duchy Inków”.

Opinie o ebooku Duchy Inków - Jolanta Maria Kaleta

Fragment ebooka Duchy Inków - Jolanta Maria Kaleta

Jolanta Maria Kaleta
"Duchy Inków"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2014
Copyright © by Jolanta Maria Kaleta, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Arkadiusz Woźniak
Projekt okładki: Anna Pereświet Sołtan, pracownia@klimaciarnia.pl

ISBN: 978-83-7900-187-3

Wydawnictwo Psychoskok
ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl
e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Jolanta Maria Kaleta

Duchy Inków


Wydawnictwo Psychoskok
Konin

SŁOWNIK POJĘĆ:

Atahualpa - w języku keczua Szczęśliwy Ptak, trzynasty władca imperium Inków. Uwięziony podstępnie przez Francisca Pizarra. Mimo dostarczenia ogromnego okupu w postaci 6 ton złota i 11 ton srebra, został postawiony przed sądem. Oskarżono go o kazirodztwo, poligamię oraz pogańskie praktyki i skazano na śmierć przez uduszenie. Wyrok wykonano w 1533 roku w Cajamarca (czyt. Kachamarka)

Chinkana (czyt. Czinkana) legendarna święta skała na Wyspie Słońca na Jeziorze Titikaka, związana z inkaską legendą narodzin boga Viracocha (czyt. Wirakocza).

Coricancha (czyt. korikancza) - w języku keczua Złota Zagroda (Dziedziniec) w Świątyni Słońca w Cuzco w Peru.

Cuzco (czyt. Kuzko) - miasto w Peru, w języku keczua Pępek Świata, stolica imperium Inków, założone przez pierwszego władcę Manco Capaca w XII wieku, zdobyte przez Pizarra w 1533 roku.

Czorsztyn wieś w województwie małopolskim, znana z ruin zamku z XIV wieku, położonego na wzgórzu nad Dunajcem.

Inti zwany także Tayta Inti, w języku keczua Ojciec Słońce, inkaski bóg Słońca, syn boga stwórcy Viracochy.

Inti Raymi - w języku keczua Święto Słońca. Najważniejsze święto religijne i państwowe w dawnym Imperium Inków, obchodzone w dniu przesilenia letniego, ku czci powrotu słońca. Ponieważ niektóre elementy obrzędu łudząco przypominały katolicki sakrament Eucharystii (władca spożywał kęs placka i dzielił się nim z rodziną i wiernymi oraz wypijał łyk piwa z kielicha), święto było zaciekle zwalczane przez Hiszpanów i kler katolicki. Mimo to kult Inti, boga Słońca, przetrwał do dnia dzisiejszego.

Jezioro Czorsztyńskie zbiornik retencyjny o powierzchni ponad 1300 hektarów powstały dzięki zbudowaniu zapory na Dunajcu w okolicach Czorsztyna i Niedzicy. Jest wykorzystywany głównie do celów przeciwpowodziowych, energetycznych i rekreacyjnych. Budowę rozpoczęto w 1976 roku, a ostatecznie całą inwestycję zakończono w 1995 roku. Na potrzeby powieści, autorka „przyśpieszyła” napełnienie zbiornika wodą o kilka lat.

Język keczua język rozpowszechniony wśród Indian andyjskich Keczua i Ajmara, był językiem urzędowym w imperium Inków. Do dziś obok hiszpańskiego, obowiązujący w Peru i Boliwii.

Kipu w języku keczua „węzeł”, rodzaj pisma trójwymiarowego, potocznie zwanego pismem węzełkowym, którym posługiwali się Indianie Ameryki Południowej w okresie prekolumbijskim. Służyło do zapamiętywania liczb. Ostatnie badania wskazują, że mogło przechowywać także inne dane.

Konkwista w języku hiszpańskim podbój, zdobycie. Wyprawy zbrojne organizowane od końca XV wieku przez Hiszpanów w celu podboju nowo odkrytych terytoriów zamorskich, głównie Ameryki.

Kondor duży ptak padlinożerny zamieszkujący Andy. Długość ciała 125–135 cm, rozpiętość skrzydeł 310 cm, waga do 17 kg.

Kontakt Operacyjny osoba zarejestrowana przez Służbę Bezpieczeństwa w okresie PRL jako osobowe źródło informacji. KO był świadomym współpracownikiem, choć nie otrzymywał na ogół wynagrodzenia pieniężnego, lecz nagrody rzeczowe np. alkohol czy kosmetyki, choć mogła być to też szynka w okresie przedświątecznym.

Mama Ocllo bogini płodności, córka boga Słońca Inti, siostra i żona pierwszego władcy Inków Manco Capaca.

Manco Capac (czyt. Manko Kapak) pierwszy legendarny władca Inków, założyciel królewskiej dynastii i pierwszej stolicy w Cuzco, według legendy był synem boga Słońca, Inti.

Niedzica wieś w województwie małopolskim, znana z XIV- wiecznego zamku Dunajecz, położonego na wysokim wzgórzu, nad zbiornikiem czorsztyńskim. Z zamkiem związana jest legenda o skarbie Inków, wywiezionym z Peru w XVIII wieku, na potrzeby powstania antyhiszpańskiego i ukrytym jakoby na terenie zamku przez inkaską księżniczkę Uminę.

Pedro Cieza de Leon hiszpański konkwistador i kronikarz, żyjący w latach 1518(20?) 1554(6?), autor dzieła „Cronica del Peru”, którego pierwszy tom wydano za jego życia w 1553 r.

Pizarro Francisco hiszpański konkwistador, dokonał podboju imperium Inków, zginął z rąk Diego El Mozo w 1541 roku.

Rewolucyjny Ruch imienia Tupaca Amaru marksistowska, terrorystyczna organizacja utworzona w Peru na początku lat osiemdziesiątych, skonfliktowana ze Świetlistym Szlakiem, zwalczająca własny rząd; dziś kojarzona z alterglobalistami.

RPZ(erpezet) ruchomy punkt zakryty, w terminologii Służby Bezpieczeństwa PRL pełnił rolę skrytki (np. samochód), w której wywiadowca dokonywał obserwacji i/lub filmowania osoby będącej w kręgu zainteresowań milicji czy SB.

Tajny Współpracownik w okresie PRL-u osoba świadomie i dobrowolnie, za wynagrodzeniem, współpracująca ze służbami specjalnymi. Często współpraca ta była jednak wymuszana poprzez szantaż i groźby.

Tiahuanaco (w języku keczua) lub Tiwanaku (w języku aymara), największy ośrodek kultury andyjskiej, położony na wysokości 3800 m n.p.m., w pobliżu Jeziora Titicaca. Nie do końca znane źródła powstania ani przyczyny upadku tego miasta. Zachowały się ruiny monumentalnych budowli, wśród których najbardziej znana jest tak zwana Brama Słońca - konstrukcja wysoka na 273 cm, wykonana z bloków andezytu grubości około pół metra. Bramę zdobi fryz, w którego centrum umieszczona jest podobizna boga Wirakoczy.

Titicaca (czyt. Titikaka) jezioro w Ameryce Południowej na terenie Peru i Boliwii, położone na wysokości ponad 3800 m n.p.m. Maksymalna głębokość 280 metrów, jest pozostałością dawnego, śródlądowego morza zwanego Lago Ballivian.

Tupac Amaru II właściwie nazywał się Jose Gabriel Condorcanqui y Noguera, przywódca powstania Indian przeciwko Hiszpanom, które wybuchło w Peru w 1780 roku. Stanął na czele 10 tysięcy zwolenników. Schwytany i skazany na śmierć. Wyrok wykonano w 1781 roku w Cuzco. Wraz z nim zamordowano jego najbliższą rodzinę. Represje hiszpańskie dotknęły inkaską szlachtę, instytucje i tradycję.

Umina jak podaje legenda związana z zamkiem Dunajecz w Niedzicy, była córką węgierskiego szlachcica Sebastiana Berzeviczy, który w XVIII wieku przybył do Peru i tam ożenił się z inkaską księżniczką. Po klęsce powstania przeciwko Hiszpanom w Peru, w 1781 roku, Berzeviczy, Umina i jej mąż Tupac Amaru III uciekli do Wenecji. Tam Tupac Amaru został zasztyletowany, a Berzeviczy wraz z Uminą i jej synkiem Antoniem skryli się w Niedzicy. Niestety i tam dosięgła ich mściwa ręka Hiszpanów. Umina została zamordowana i pochowana w srebrnej trumnie w krypcie pod kaplicą. Antonio zaś został oddany do adopcji krewnemu, Wacławowi Beneszowi. W 1946 roku jego prawnuk Andrzej Benesz odnalazł w archiwach kościelnych akt adopcji będący jednocześnie testamentem Inków. Kierując się zawartymi w nim wskazówkami, wydobył z ukrycia pod schodami ołowianą tubę zawierającą kipu. Miało ono informować o miejscu ukrycia inkaskiego skarbu. Po śmierci Andrzeja Benesza, w dość zagadkowych okolicznościach, nikt do tej sprawy nie wracał. Nikt też nie wie, gdzie podziało się odnalezione przez niego kipu.

Viracocha (czyt. Wirakocza) - w mitologii Inków i Ajmarów biały bóg, uznawany za stwórcę świata i ludzkości. Ojciec boga Słońca Inti i bogini Księżyca mamy Quilli.

Wyspa Słońca - wyspa na Jeziorze Titicaca, święta wyspa, na której według legendy inkaskiej narodził się biały bóg Viracocha, jego syn, bóg Słońca Inti oraz pierwsi Inkowie: Manco Capac i jego siostra, a zarazem żona, Mama Ocllo. Na wyspie zachowały się pozostałości okresu inkaskiego, z których najsłynniejsze to: kompleks Chincana ze świętym kamieniem i osada Pilko Kaino.

ZAGINIONA KRONIKA PROLOG

Rok 1552 dobiegał końca, kiedy Pedro Cieza de Leon konkwistador i kronikarz po wielu latach zamorskich podróży i krwawych podbojów, powrócił do swej rodzinnej Kastylii. Przez długi czas wraz z Pedrem de Heredi, Valdillą, a także Francisciem Pizarro i jego braćmi poszukiwał w Nowym Świecie legendarnej krainy złota El Dorado. W efekcie nie tylko stał się świadkiem i uczestnikiem podboju Kolumbii, Ekwadoru i Peru, ale także napisał wspaniałą kronikę. Przedstawił w niej zarówno wydarzenia, których był świadkiem, miejsca, w których bywał, tajemnicze i zarazem cudowne budowle, które widział, jak i fantastyczne opowieści, które usłyszał.

Pierwszy tom jego dzieła „De la cronica del Peru. Del senorio de los Incas” został wydany jeszcze za jego życia w 1553 roku. Tom drugi w 1560 roku. Natomiast tom trzeci zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach.

Publikowany poniżej fragment pochodzi właśnie z tej trzeciej, zaginionej części „Kroniki…” Odnaleziona została dopiero w drugiej połowie XX wieku, w przepastnych archiwach Watykanu, przez polskiego doktora archeologii, Kornela Zielińskiego Kapaka, znawcę nie tylko hiszpańskiego, ale również języka keczua, którym do dziś posługują się mieszkańcy Peru i Boliwii. Choć przetłumaczona przez niego na język polski, do dnia dzisiejszego nie ujrzała światła dziennego. Z bardzo prozaicznej przyczyny - z braku zgody na publikację właścicieli Kroniki, czyli Kościoła. Po zapoznaniu się z poniższym fragmentem, Czytelnik łatwo zrozumie przyczyny takiej właśnie decyzji.

„[…] Roku Pańskiego 1532, w miesiącu lipcu, wylądowaliśmy z garstką ludzi pod wodzą walecznego Francisco Pizarra u wybrzeży Nowego Świata, w Tumbes. Przez kilka dni posuwaliśmy się w kierunku wschodnim, znosząc uporczywe deszcze, wilgoć i chmary zajadłych komarów, które wciskały się do oczu, nosa i gardła. Ich nieznośne brzęczenie dniem i nocą wywoływało w nas panikę, a ukąszenia przynosiły ból i choroby. Jakby tego było mało, zostaliśmy zaatakowani przez dzikie i krwiożercze plemię indiańskie Puna. Dopiero po kilku godzinach wyczerpującej walki szlachetny Hernando de Soto zdołał przybyć nam z odsieczą. W przeciwnym razie byłoby nam sądzone zginąć od strzał, dzid i toporków tych strasznych, bezbożnych bestii.

Po tym wspaniałym zwycięstwie droga do krainy Eldorado stanęła przed nami otworem. (Nie będę teraz rozpisywał się na jej temat, bo to już uczyniłem w części pierwszej mojej kroniki). Przyszło nam wspinać się stromo pod górę, przez gęste, podmokłe lasy i bagienne puszcze. Z każdym odcinkiem drogi pokonanym z ogromnym trudem, z każdą godziną tego morderczego marszu, noce coraz bardziej kąsały nas chłodem, a dni upałem przypominały piekło. Na domiar złego, nie było dnia, aby jakiś krwiożerczy kajman nie wyskoczył z podmokłych zarośli i nie wciągnął w głębinę konia wraz z jeźdźcem. Po drodze niejednokrotnie mijaliśmy wyludnione miasta, gdzie na ulicach zalegały stosy trupów ich mieszkańców - albo poginęli w bratobójczej walce, albo pomarli na ospę. Fetor rozkładających się ciał roznosił się po całej okolicy. Życie nasze stało się nieznośne kto nie cierpiał na uporczywą dyzenterię, to wyniszczała go wysoka gorączką. I tak dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Nawet nie mieliśmy sił i męskich możliwości na miłosne igraszki z miejscowymi pięknościami, choć one były więcej niż chętne. Ku naszemu zdziwieniu w niektórych prowincjach było nie tylko dozwolone, ale nawet mile widziane, aby panny prowadziły się nieskromnie. Rozpusta, którą w naszym Starym Kraju uważa się za grzech, tutaj dawała duże szanse na zamążpójście. Dziewczęta skromne uważano za leniwe, a żona powinna być robotna.

Po pięciu miesiącach morderczej wędrówki, dnia 15 listopada Roku Pańskiego 1532 ujrzeliśmy przed sobą piękną dolinę Cajamarca. Rozłożyliśmy się obozem, bo był to akurat czas popołudniowej modlitwy. Pogoda nam nie sprzyjała. Padał rzęsisty deszcz, a chwilami grad, tak wielki jak gołębie jaja.

Nasi wywiadowcy donieśli, że król Inków, Atahualpa, przebywał w pobliżu, zażywając kąpieli w ciepłych źródłach. Francisco Pizarro nasz genialny wódz i wojownik - wysłał posła w osobie walecznego kapitana Hernando de Soto z informacją, że w dniu jutrzejszym staniemy na placu w Cajamarca i będziemy oczekiwać na spotkanie z królem.

Podczas wizyty u Atahualpy, kapitan de Soto zaprezentował Inkom umiejętności jazdy konnej. Jak już wspominałem w części pierwszej swej kroniki, ludność zamieszkująca Nowy Świat w ogóle nie znała tego zwierzęcia i wzbudzało ono wśród nich paniczny lęk. Kapitan poganiał wierzchowca ostrogami i pędzącego wstrzymał raptownie, tuż przed Inką, lecz ten nie uląkł się. Wręcz odwrotnie. Wyraz jego twarzy, pełen wzgardy i nienawiści, poraził samego de Soto i jego towarzyszy.

I tak Roku Pańskiego 1532, 16 listopada, w dniu Świętej Margerity, nasi żołnierze weszli do miasteczka Cajamarca i ukryli się za murami oraz w budynkach otaczających plac. Oczekiwaliśmy przez bardzo długi czas na przybycie Atahualpy. Nastąpiło to dopiero w godzinach popołudniowych.

Najpierw naszym oczom ukazali się zamiatacze, którzy przy pomocy mioteł czyścili drogę z pyłu i wszelakiego brudu przed kroczącym orszakiem. Na jego przedzie, w skocznych pląsach, w rytm muzyki granej na fletach - zwanych tutaj quena - szli tancerze i muzycy. Za nimi, dostojnie i powoli, jakby sunęli w powietrzu, maszerowały oddziały wojowników, ubranych w krótkie, czerwone tuniki przewiązane złotymi pasami. Każdy z nich w mocarnych dłoniach dzierżył dzidę i toporek. Ich hełmy ze szczerego złota lśniły słonecznym blaskiem. I dopiero za nimi na plac weszli dostojnicy, stąpając godnie, z dumą malującą się na twarzach. Było ich chyba kilka tysięcy, a każdy odziany bogato i strojnie. Szaty w kolorze indygo i purpury mieli lamowane złotem. Wszyscy jak jeden mąż, w przedziwnych nakryciach głowy. Pochód zamykali tragarze niosący w złotej lektyce, z powagą i czcią należną Bogu, króla Inków, Atahualpę. Przystrojony w bajecznie kolorowe pióra i szlachetne kamienie, sprawiał imponujące wrażenie.

Na ten widok wielu naszych ludzi - a było nas tylko 168 - zmoczyło pludry ze strachu, nawet tego nie czując. I tkwili tak bez ruchu, w kałużach cuchnącej uryny, wybałuszając gały na widok mrowia bogato przystrojonych dzikusów.

Kiedy postawili na środku placu lektykę, król bacznie rozejrzał się w poszukiwaniu kogoś spośród nas, z kim mógłby porozmawiać. Wówczas podszedł do niego ojciec Vincente de Veverde, dominikanin, i zaczął przemawiać. Opowiadał Atahualpie o Bogu, który nas przysłał na ziemię, aby uratować ich dusze przed ogniem piekielnym. Prawił o Papieżu, który dał prawo królom Hiszpanii zająć ziemie Inków, aby zaprowadzili na niej boską wolę, o Jezusie Chrystusie i jego męce na krzyżu. Spytany, skąd o tym wszystkim wie, wręczył Atahualpie Biblię. A ten bezbożnik obejrzał bezrozumnie, a nawet z lekceważeniem. I po chwili, z pogardą, cisnął świętą księgę w piach.

Tego było już za wiele dla naszych ubogich, lecz bogobojnych żołnierzy. Wypadli z ukrycia i otworzyli ogień do dzikusów. Przerażeni dostojnicy próbowali ratować się ucieczką. Tumult zrobił się tak okrutny, że wielu z nich zatratowało własnych wojowników i swoich towarzyszy na śmierć. Reszty dokonały nasze arkebuzy.

Atahualpa zachował co prawda życie, lecz dostał się do naszej niewoli. W zamian za uwolnienie, złożył obietnicę wypełnienia sali, w której był przetrzymywany, złotem, a dwóch innych srebrem. Pod sam sufit. Nieprzerwanie, dniem i nocą, gońcy królewscy znosili w koszach wyroby z cennego kruszcu i składali je w wyznaczonych miejscach.

Ja, ciekaw co ma do powiedzenia władca tak bogatego kraju, razu pewnego zaszedłem do jego komnaty. Siedział dumnie wyprostowany. Zerknął na mnie zimnym wzrokiem, pełnym pychy i wzgardy. Jego głowę ozdabiało coś na kształt korony szczerozłota, szeroka obręcz, za którą wetknięto przepiękne pióra nieznanych mi ptaków. Długie czarne włosy, lśniące i gładkie, spływały mu na plecy. Odziany był w tunikę wykonaną z delikatnej tkaniny, nazywanej przez nich alpaką, przetykanej złotem. Na jego szyi i piersiach wisiały sznury korali z drogocennych kamieni, oprawnych w złoto. Na ramiona, dla ochrony przed chłodem, narzucił opończę ze skóry leoparda.

Z całej postaci emanowała niezwykła wręcz siła i pewność siebie. Kiedy zrozumiał w końcu, że jestem jedynie kronikarzem, a nie żołnierzem, zgodził się opowiedzieć o wydarzeniach, które uczyniły jego ród panami całej tej pięknej i rozległej krainy.

Oto opowieść króla Inków, Atahaualpy:

[…] Od tego ważnego wydarzenia do p’unchaw dzisiejszego minęło wiele lat. Słońce okrążyło ziemię wiele razy, 10 razy 10, razy 10, razy 10. Owego dnia, z nieba, przypłynęły wampu tak szybkie jak ptaki, ale bez żagli i sterów. Świeciły złotym blaskiem i wydawały z siebie przerażający huk i ogniste pioruny. Ziemia drżała, a po wzgórzach przetaczał się grzmot. […] Byli to Bogowie, którzy przybyli do nas, do ludzi, żeby nauczyć nas lepszego życia. A musicie wiedzieć, szlachetny Pedro Cieza, że w tym czasie ludzie żyli podobnie jakukuku[niedźwiedzie przyp. P.C.de Leona].Jedli surowe mięso, nasiona i korzenie roślin, chodzili nago i spali w jaskiniach. Nie mieli domów i narzędzi.

[…]Bogowie nauczyli nas uprawiać ziemię, dali nam nasiona sari [ kukurydzy przyp. P.C. de Leona] i ziemniaków, pokazali jak lepić i wypalać garnki, kazali tkać materiał i szyć z niego ubrania. Wkrótce mogliśmy zbudować domy i zrobić narzędzia. Lecz takich, jakie mieli Bogowie, nie umieliśmy sporządzić. Oni posiadali kamienie, w których można było zobaczyć odległe miasta i góry, rzeki i morza, potrafili porozumiewać się na odległość. A ich wampu fruwały jak ptaki, nawet nocą i nigdy nie pobłądziły.

[…] Bogowie wyglądali tak jak my, ludzie, tylko byli od nas wyżsi, mieli białą skórę, czarne włosy i ciemne oczy w kształcie migdałów. Jedno co ich odróżniało, to ilość palców u rąk i nóg. Oni mieli po sześć. Spośród ludzkich kobiet przybysze pobrali sobie żony i spłodzili nowe plemię, Inków, którzy pomagali im w sprawowaniu władzy. Ich potomkowie byli do nich bardzo podobni, tylko mieli już po pięć palców u rąk i nóg. Jedynie lewa stopa miała ich sześć. Pierwszy potomek został nazwany Manco Capac i został królem. Każdy jego następca, każdy nowy król Inków wraz z objęciem władzy otrzymywał od Bogów cztery boskie cechy:

- dar nadzwyczajnej płodności i w związku z tym prawo do wielu żon.

- moc władania deszczem, burzą i piorunami,

- dar przewidywania przyszłości,

- niszczycielską moc nad wrogami.

Kiedy nauczyli nas, jak wycina się ze skały bloki kamienia i buduje z niego domy i pałace, pokazali nam jeszcze jedną dziwną rzecz. A mianowicie, na wyprawionej skórze alpaki, białej i delikatnej, nanieśli piórem kondora umoczonym w koszenili, malutkie rysunki, jeden obok drugiego, oddzielane kreskami. Takie same namalowali na glinianym dzbanie. Powiedzieli, że to jest pismo. Pozwoli ono zachować, niezależnie od naszej pamięci, wszystko, co się zdarzyło, gdyż quipu nie zapamiętuje wydarzeń, jedynie ilości rzeczy. Nauczyli tego pisma kapłanów, którym kazali spisywać na skórze alpaki i na glinianych przedmiotach zdarzenia od p’unchaw czyli dnia, kiedy oni odejdą i powrócą do swojego domu. A był on daleko, miedzy gwiazdami, i nosił nazwę Altair.

[…] Zaprowadzili kapłanów do swego podziemnego domu i nakazali ludziom tam chronić się podczas zagrożenia. Nad wejściem do niego, polecili nam zbudować miasto Tiaquanaco, w którym królem został Manco Capac. A ja jestem jego potomkiem.[W tym momencie wysunął lewą stopę z sandała i ku mojemu przerażeniu, a także ogromnemu zdziwieniu, ujrzałem, że miała sześć palców przyp. De Leona].

Powiedzieli, że wrócą do nas, kiedy słońce okrąży ziemię 6 razy 10, razy 10 i razy 10. Aby mogli trafić, kazali nam na płaskiej górze Nasca, w tej stronie, gdzie słońce zachodzi, wykonać z usypanych kamieni tajemnicze ścieżki. […] Tylko Oni mogli je zobaczyć z wysoka, ze swoich wampu.

Kapłani liczyli wszystkie dni, które minęły i te, które przyjdą. Według nich, nasi Bogowie powrócą, kiedy w waszym kalendarzu będzie widniała liczba 21.12.2112. Będzie to wówczas czas Liwru Alqa czyli czas Księgi Psa, czas ostatecznej zagłady. Wtedy was, szlachetny Pedro Cieza, i wszystkich Hiszpanów, wypędzą z naszego kraju… […] i obejmą go we władanie.

Na tym zakończył swoją opowieść, odwrócił się do mnie plecami i sięgnął do skórzanego woreczka, który wisiał u jego przetykanego złotem pasa. Wyciągnął stamtąd liść rośliny, którą miejscowi nazywają „koka”, wsunął zielsko do ust i spokojnie zaczął przeżuwać. Ponoć jej sok pozwalał im przetrwać głód, choroby, nadludzki wysiłek i niewolę.

Znoszone w koszach złoto i srebro, szlachetny Francisco Pizarro kazał natychmiast przetapiać, zwłaszcza sprośne figurki, i od razu dzielił je na części. Każdy z nas dostał ponad czterdzieści kilogramów złota! Bieda nasza nareszcie skończyła się.

W tym czasie doszły do nas wieści o niegodziwościach, których ten ich król, Atahualpa się dopuścił. Nie tylko bezprawnie pozbawił tronu swego brata, Huascara, ale także żył w kazirodczym grzechu ze swą siostrą, z której uczynił dla siebie żonę. Nie mówiąc już o tym, że oprócz niej miał wiele innych małżonek. Czarę grzechów przepełniła odmowa przyjęcia chrztu. Ten bezbożnik śmiał twierdzić, że sam jest synem boga słońca. Czcigodny ojciec de Veverde powołał sąd, który miał rozsądzić sprawę. Dowody były tak bezsporne, że wyrok mógł być tylko jeden. Kara śmierci. Wykonano go dnia 26 lipca Roku Pańskiego 1533.

Miesiąc później dotarliśmy do owego miasta Tiahuanaco, o którym tyle opowiadał Atahualpa. Z dawnych budowli pozostały już tylko ruiny, ale i one dawały wyobrażenie o potędze tych, którzy je wznieśli wysoko nad chmurami, nad brzegiem ogromnego jeziora, które miejscowi nazywali Titicaca. Do wnętrza ruin zwanych Akapana, przez Bramę Słońca, prowadziły monumentalne schody zbudowane z sześciu stopni. Wykonano z jednego, ogromnego bloku skalnego i ozdobiono płaskorzeźbami. Przedstawiały one symbolicznie 48 wojowników w maskach kondora. W punkcie centralnym, tej zapewne świątyni, stał wykonany z kamienia posąg. Nasi przewodnicy oznajmili, przedstawia on boga Viracocha. Były tam także inne kamienne stele, przedstawiające mężczyzn o symbolicznie zarysowanych rękach i nogach. Możliwe, że pełniły niegdyś rolę filarów podtrzymujących dach.

Ruiny te przypominały inne, znane mi miasto tych Indian Qusco, które zdobyliśmy pod wodzą bohaterskiego Francisco Pizarro zaledwie kilka tygodni wcześniej. Indianie nazywali je Pępek Świata. W jego środkowej części wytyczono plac o bokach pięćset na dwieście pięćdziesiąt metrów, nie bacząc, a może właśnie dlatego, że przepływała w tym miejscu rzeka Quatanay. Z potężnych bloków skalnych Inkowie wznieśli dla swego władcy pałac. Tuż obok znajdował się klasztor dla dziewic słońca, zwany przez miejscowych Acllahausi. Jak nam opowiadano, przyjmowano tam dziewczynki od dziesiątego roku życia, wybrane według specjalnych zasad, co do urody, kształtu i mądrości.

Jednakowoż najwspanialszą była świątynia boga Słońca. Do jej wnętrza prowadziły tylko jedne drzwi, a ściany wyłożono złotymi płytkami. Na środku pysznił się wykonany ze szczerego złota słoneczny dysk. Szlachetny Pizzaro nakazał go przetransportować na nasz okręt i zawieźć w darze Papieżowi.

Niestety, zgromadzonych tam ponoć skarbów, nie odnaleźliśmy. Jedynie jakieś nędzne resztki. Tyle, co nic. Wzięci na tortury urzędnicy ich króla, Manco Inki, opowiadali o zbudowanym wokół tej świątyni ogrodzie zwanym Coricancha, czyli Złota Zagroda. Cała roślinność tego ogrodu została wykonana ze złota i srebra, także zwierzęta naturalnej wielkości: króliki, szczury, lisy, koty, motyle i ptaki na drzewach. Nawet daniele, lwy i tygrysy. Ci, którzy te skarby ukryli, już nie żyli. Sami, ponoć z ochotą, rzucali się w przepaść, aby tylko nie zdradzić nikomu miejsca, gdzie spoczął ten bajeczny skarb.

Przez wiele tygodni, płynąc na statku Santo Antonio do Kastylii i pisząc trzecią część swojej kroniki, rozmyślałem o słowach króla Inków, Atahualpy. Przy pomocy kapitana statku, Miguela Alarcona obliczyliśmy czas, kiedy to jakoby - Bogowie owi przybyli do krainy Indian. Wyszło nam, że było to ponad dziesięć tysięcy lat temu! A więc na długo, bardzo długo przed narodzeniem Jezusa Chrystusa, Pana Naszego… Przecież nawet Biblia, według uczonych teologów, powstała pięć tysięcy lat przed Chrystusem! Uznaliśmy zatem opowieści Atahualpy za bajdurzenia. Pewno zbyt dużo liści koki spożył owego dnia. Przecież cały czas miał u swego boku woreczek z tajemniczą rośliną.

Jako kronikarz miałem jednak obowiązek spisać zasłyszane słowa, co niniejszym uczyniłem, a wielebny Carlos Luiz Fernandez Benitez, biskup Kastylii otrzyma w dniu Świętego Jana, czyli jutro, rzeczony rękopis, aby mógł zadecydować o jego dalszych losach. […]”

Jak można łatwo przewidzieć, wielebny biskup Carlos Luis Fernandez Benitez po obfitym śniadaniu spożytym w jadalni wspaniałego pałacu w Salamance, czytając opisane rewelacje, dostał wypieków na swojej okrągłej niczym księżyc i rumianej jak jabłuszko twarzy, a jego niskie czoło pokryły drobne kropelki potu. I dzień był gorący, i przeczytana treść niosła dużą dawkę emocji. Z furią i obrzydzeniem, jakby to były notatki sporządzone pazurem samego Belzebuba, cisnął zapiski do najgłębszej szuflady w komodzie stojącej w jego sypialni i sięgnął do szafeczki po butelkę wybornego, czerwonego wina, aby ukoić wzburzone nerwy. Wszelkie prośby kronikarza dotyczące zgody na wydrukowanie trzeciej części kroniki, zbywał półsłówkami, obietnicami, a w końcu groźbami.

Dwa lata później, czyli po śmierci Pedra Ciezo de Leona, biskup Benitez przekazał rękopis podejrzanej kroniki jego świątobliwości Pawłowi IV. Być może jej losy potoczyłyby się zupełnie inaczej, gdyby nie fakt, że Giovanni Pietro Carafa, zanim został papieżem, pełnił funkcję Generalnego Inkwizytora. Święta Inkwizycja, którą kierował, miała za zadanie strzec czystości wiary, głównie poprzez ograniczenie wolności słowa. Dlatego też, po przeczytaniu kroniki, nakazał swojemu sekretarzowi wpisać dzieło na tworzoną właśnie listę ksiąg zakazanych, a rękopis schować pomiędzy inne, uznane za bezbożne i jako takie, skazane na zapomnienie.

ZAMEK DUNAJECZ

Czerwony fiat 125p, potocznie zwany dużym fiatem, dla odróżnienia od tego małego, oznakowanego jako 126p, a nazywanego „maluchem”, zgrabnie omijał co większe dziury w wysłużonym asfalcie i zwinnie wyprzedzał drogowych maruderów. Jego nowoczesny silnik o pojemności 1500 mililitrów, cichutko mruczący pod maską, produkowany na Żeraniu według włoskiej licencji, pozwalał prowadzącemu auto kierowcy na rozwinięcie prędkości nawet do stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. W teorii. Bo w praktyce, aby osiągnąć ową wymarzoną szybkość, ze świecą by szukać odpowiedniej szosy bez dziur, ograniczeń prędkości i sunących wolno, koło za kołem, traktorów i ciężarówek. Kto poza tym posiadał takie ilości benzyny, aby marnotrawić na niebezpieczne eksperymenty? W Polsce od lat brakowało przecież paliwa. Problemu nie rozwiązał nawet system kartkowy. Kto był bardziej obrotny, miał koleżków na stacji CPN lub jakiś chodliwy towar na wymianę, niedostatku benzyny tak bardzo nie odczuwał.

Siedząca za kierownicą owego dużego fiata młoda i szczupła kobieta, mamrocząc pod nosem niewybredne przekleństwa, nerwowo trąbiła klaksonem na jadące środkiem jezdni kombajny. Pierdziały silnikami diesla, smrodząc obrzydliwie spalinami. Nie dawały się ominąć ani z lewej, ani, co oczywiste, z prawej strony. Z niedowierzaniem, że można być tak złośliwym, kobieta potrząsała głową, jej czarne, proste włosy, sięgające zaledwie ramion, majtały na boki, jakby targał nimi wiatr. Czas żniw, jak co roku, dawał kierowcom popalić. Potężne maszyny rolnicze skutecznie tarasowały całą szerokość jezdni, sunąc wolniutko jej środkiem, jakby nie docierały do nich klaksony ciągnących się z tyłu za nimi w ślimaczym tempie aut. Widać dla nich powtarzane co dnia w dzienniku telewizyjny słowa „kampania żniwna”, znaczyły tyle samo co „kampania wojenna”, dając im nieograniczone niczym prawa, w tym prawo do okupacji jezdni.

Kobieta siedząca za kierownicą czerwonego fiata nerwowym ruchem odgarniała grzywkę zasłaniającą czoło i cienkie, czarne brwi. Marszczyła je gniewnie za każdym razem, gdy tuż przed maską jej auta wyrastała potężna sylwetka kombajnu lub pojawiał się drogowy zator. Fiołkowe oczy, w kształcie migdałów, rzucały spojrzenia pełne nienawiści jadącym zbyt wolno kierowcom. Nikt jednak nie zwracał na nią uwagi, każdy zajęty własnymi problemami i przeszkodą na drodze w postaci traktora, kombajnu czy długiej kolumny ciężarówek. A nawet gdyby ktoś chciał wziąć sobie do serca jej pogróżki, to i tak niektórzy nie mogli lub nie umieli jechać szybciej. Nozdrza jej małego, garbatego noska poruszały się niecierpliwie jak u wyścigowego wierzchowca, który rwie się do startu. Na przemian gwałtownie wciskała to gaz, to hamulec. Czujna jak kot szykujący się do skoku na swoją ofiarę, gdy tylko dostrzegła sprzyjający moment, błyskawicznie dodawała gazu, samochód z piskiem opon wyrywał się do przodu, wyprzedzała marudera i gnała dalej. Do następnego zatoru. Nerwowej atmosfery nie były w stanie rozładować nawet płynące z głośników samochodowego radia „kolorowe jarmarki i blaszane zegarki”. Brunetka za kierownicą nuciła pod nosem znane sobie szlagiery, ale przynosiły ukojenie nerwów tylko na krótko.

Płynący z nieba żar sierpniowego słońca wlewał się do wnętrza auta i wyciskał z niej siódme poty. Kobieta już od kilku godzin miała wrażenie, jakby ktoś wsadził do piekarnika i włączył grzanie. Grube płótno granatowych dżinsów przylepiło się do wilgotnej skóry pośladków, a spocone dłonie ślizgały się po rozprażonej kierownicy, jakby ktoś złośliwie nasmarował gliceryną. Co jakiś czas zwilżała językiem wyschnięte wargi. Jak na złość, szosa za Katowicami pełna zakrętów momentami pięła się stromo pod górę. Te wszystkie syrenki, wartburgi czy „maluchy” sunęły przed siebie w ślimaczym tempie czterdziestu kilometrów na godzinę, dodatkowo spowolniane przez wyładowane do granic możliwości ciężarówki. Czerwony fiat tej ładnej brunetki, nie mając żadnych szans na wykorzystanie pełnej mocy swego silnika, z wolna turlał się wraz z innymi. Jakby tego wszystkiego było mało, z rur wydechowych pyrkających przed nim syrenek czy trabantów, pieszczotliwie nazywanych „mydelniczkami”, wydobywały się kłęby czarnego dymu, a smród wciskający się wszystkimi otworami do wnętrza fiata, przypominał odór palących się opon i gotowanej smoły - niczym w piekle. O podziwianiu rozciągających się za oknami auta widoków w takich warunkach nie mogło być mowy. Zresztą one też w większości pozostawiały wiele do życzenia. Za wyjątkiem, gdy droga wiodła przez las.

- W takim tempie, nawet do nocy nie zajedziemy do tej Niedzicy oznajmiła cierpko, zerkając w lusterko wsteczne.

Na tylnej kanapie, wygodnie rozparty, z nogami podwiniętymi pod siebie, siedział chłopiec, może dziesięcioletni, bardzo z wyglądu do niej podobny. Zapewne syn. Ciemne, dawno niestrzyżone włosy, niesfornie sterczące na wszystkie strony, smagła cera, orli nosek, tylko oczy miał czarne jak dwa węgielki, a nie niebieskie. W ręku trzymał walkmana, a na uszy nacisnął słuchawki. Nie gustował widocznie w tych samych przebojach, co jego matka. Różnica pokoleniowa jak zwykle dawała o sobie znać.

- Zajedziemy na kolację… odparł z przekonaniem. Nie denerwuj się, mamanczik… uspokajał matkę, kiwając się w rytm słuchanej melodii.

Kiedy czerwony fiat wtoczył się w końcu do Nowego Targu, ich oczom, daleko na horyzoncie, ukazał się długi łańcuch ostro zakończonych szczytów i grani - zarys majestatycznych Tatr spowitych delikatną, tajemniczą mgłą. W głębokich żlebach, nawet z tak daleka, błyskały bielą łachy śniegu. A przecież nastał już sierpień i nadeszła właśnie kolejna fala upałów. Ku zaskoczeniu kobiety i jej dziecka tutejsze powietrze okazało się nad wyraz rześkie i wpadając z szumem przez uchylone okna, studziło przyjemnie wygrzane wnętrze auta.

- Obiecaj, że wejdziemy na Kasprowy poprosił chłopiec, zapatrzony w dalekie góry.

- Obiecuję, ale na pewno nie będzie to dziś czy jutro zbyła go szybko, rozglądając się nerwowo za drogowskazem na Niedzicę; nigdzie nie mogła go dostrzec. Najpierw muszę dojechać, a później zorientować się, czy dużo będę miała pracy.

Jedynym wskazanym kierunkiem, który widniał na drogowskazie, była Szczawnica, więc bez zbędnego namyślania się, skręciła w lewo. Ruch na szosie był duży i niezdecydowane sterczenie na środku jezdni było zbyt ryzykowne. Co bardziej krewcy kierowcy zaraz pogoniliby fiata, trąbiąc klaksonami, a jakiś gamoń mógł nawet wjechać mu w zadek, co już raz się tej brunetce przytrafiło. Droga prowadziła między góralskimi domami zbudowanymi ze świerkowych płazów, o spadzistych dachach, krytych gontem lub blachą pomalowaną na jasny, zielony kolor. Poczerniałe ze starości drewno przywodziło na myśl baśniową chatkę z piernika i czekolady, w której urzędowała Baba Jaga. Do ust kobiety napłynęła ślinka i naszła ochota, aby uszczknąć kawałeczek. Poza krówkami, pierniki w czekoladzie należały do jej ulubionych łakoci, ale kupno zarówno jednych, jak i drugich graniczyło z cudem. Na ogół sklepowe półki zapełniały wyroby czekoladopodobne dostępne na kartki. Jednak tablice informujące o wolnych pokojach do wynajęcia, którymi obwieszono chałupy, przeganiały te rozkoszne i smakowite skojarzenia. Na przydrożnych, szmaragdowych łąkach od czasu do czasu pojawiały się niewielkie stada bialutkich owiec, dzwoniących metalicznie miedzianymi dzwoneczkami, zawieszonymi na świeżo ostrzyżonych szyjach. Donośne beee, beee, beee, beee przyniosło pierwszy smak Spiszu i Podhala. Wraz z nim zapachniało owczym nawozem i oscypkami wędzonymi w bacówkach. Kiedy przed oczyma kobiety mignęła tabliczka z napisem Łopuszna, nabrała pewności, że wybrała właściwą drogę i uspokojona, odetchnęła z ulgą. Tego by jeszcze brakowało, aby pobłądziła.

Za Harklową nadal pilnie śledziła drogę, aby skręcić w prawo, na Frydman. Jeśli nie przegapi rozwidlenia dróg, to tak, jakby już była u celu. Nie przegapiła i zadowolona z siebie docisnęła pedał gazu. Samochód posłusznie wyrwał do przodu, podskakując radośnie na nierównościach drogi. Ale gdy po dwóch kilometrach jazdy ujrzała rozpościerający się przed oczyma krajobraz, zwolniła bezwiednie. Po lewej stronie drogi, niespodziewanie, pojawiła się lśniąca w pełnym słońcu tafla Jeziora Czorsztyńskiego. Rozległe, otoczone dalekimi górami, z ciemną, granatową tonią, przypominało artystyczne fotografie z jakiegoś albumu krajoznawczego. Białe żagle łodzi przecinały gładkie lustro wody, a na drugim brzegu, rozsiane jak muchomory na łące, błyszczały w słońcu czerwone i zielone dachy góralskich domów. Całość zapierała dech w piersi. Widok psuły ryczące gdzieniegdzie silnikami koparki, hałdy rozkopanej ziemi i uwijający się przy budowie olbrzymiej inwestycji robotnicy.

- Mamanczik! krzyknął chłopiec. Jak pięknie!

- Aha mruknęła, nie odrywając oczu od dalekiego krajobrazu.

Zafascynowana widokiem jak syn, nie potrafiła jednak znaleźć właściwych słów, aby oddać swoje uczucia, choćby wykrzyknąć w zachwycie jak on. Wypowiadała je w myślach, rozpamiętywała, a po jakimś czasie spychała gdzieś głęboko, na samo dno zakamarków duszy. W milczeniu zerkała co chwilę znad kierownicy na lewą stronę drogi, za którą roztaczał się czarowny krajobraz. Kilka minut później, gdy przydrożne zabudowania przysłoniły jezioro, utkwiła wzrok na dziurawej szosie i ponownie docisnęła pedał gazu. Rześki wiaterek wdarł się do wnętrza samochodu i ostudził jej emocje.

Dopiero, gdy minęli Falsztyn, zamykające horyzont Trzy Korony swoim charakterystycznym kształtem, białą wapienną skałą porosłą na wierzchołkach ciemną, zieloną roślinnością, na nowo wzbudziły w niej milczący zachwyt, a w chłopcu gwałtowne okrzyki podziwu dla tego cudu przyrody. Za miasteczkiem droga na powrót wiodła wzdłuż brzegu jeziora. Nagle, w oddali, po drugiej stronie, na wysokim wzgórzu, przed ich oczyma pojawiły się majestatyczne ruiny zamku.

- To tam jedziemy? chłopiec wskazał widoczną z daleka średniowieczną budowlę, ściągnął słuchawki z uszu i nachylił się do matki.

- Nie pokręciła stanowczo głową, czarne włosy zamajtały na boki. To ruiny zamku Czorsztyn, a my jedziemy do Niedzicy wyjaśniła, uważnie śledząc szosę przed sobą.

Zbliżała się do celu podróży i musiała zachować czujność, aby nie skręcić w niewłaściwą drogę. W okolicy roiło się od przeróżnych wiosek i przysiółków, do których wiodły drożyny niewiele różniące się od tej, po której jechała. A drogowskazów jak na lekarstwo.

- To w tym zamku prapradziadek bronił się przed wojskami rosyjskimi? wypytywał nadal, spoglądając ciekawie w stronę ruin.

W jego oczach zapaliły się bojowe iskierki, jakby to on, osobiście, przy pomocy szabelki, powalił jakiegoś dragona albo nawet dwóch.

- W tym, Filipie. Zapamiętałeś… pochwaliła syna i uśmiech zadowolenia zagościł na twarzy kobiety.

- No przytaknął. Lubiłem te rodzinne opowieści.

- A pamiętasz, co stało się z nim po klęsce Konfederacji Barskiej? zadawała pytania jak nauczycielka w szkole i zerkała przy tym co chwilę w lusterko wsteczne; widniała w nim jego skupiona, smagła twarzyczka.

Chłopiec oparty rączkami o przedni fotel, popisywał się swoją znajomością rodzinnych dziejów. Nie zmyślał, że je polubił.

- Uciekł do Ameryki? Tak?

- Dobrze! Brawo! pochwaliła syna po raz kolejny, zadowolona jak każda matka, gdy dziecko pilnie odrobiło lekcję.

- A tam ożenił się z Koją Rokką, księżniczką inkaską… opowiadał z nieskrywaną przyjemnością.

- Bardzo ładnie! pochwaliła raz jeszcze i twarz pokraśniała jej z dumy, że ma takie mądre dziecko. Tylko pamiętaj ostrzegła po chwili, marszcząc surowo cienkie brwi nie opowiadaj tego nikomu, bo będą się z ciebie śmiali.

- Dlaczego? zdziwił się.

- Przecież księżniczki tylko w bajkach z uśmiechem zerknęła we wsteczne lusterko. I to w tych dla dziewczynek.

Chłopiec momentalnie naburmuszył się i cisnął na oparcie siedzenia.

- Ale dziadek Gabriel zawsze mówił… usiłował zaprotestować.

- Dziadek Gabriel przerwała dość kategorycznie opowiadał legendy, w które z czasem sam uwierzył. Niestety, niewiele miały wspólnego z rzeczywistością.

Na wspomnienie ojca fiołkowe oczy kobiety napełniły się łzami, a wyobraźnia przywołała jego postać, jakby zasiadł tuż obok, na przednim siedzeniu. Widziała go przez chwilę, niewyraźnie jak przez mgłę, lecz dostrzegła ten jego uśmiech, który pokrywał skórę wokół oczu siateczką zmarszczek, a w niej zawsze wywoływał poczucie bezpieczeństwa i spokoju. I ten ogień zapalający się w spojrzeniu ojca, kiedy mówił o ich pochodzeniu. Taki sam pojawiał się od jakiegoś czasu w oczach jej syna. Tego, że w jej oczach płonął również, jeszcze nie dostrzegła.

Po chwili, zapatrzona przed siebie, zawołała do chłopca:

- Spójrz na prawo! wskazała kierunek ręką, na moment oderwaną od kierownicy. Te wieże, to właśnie zamek Niedzica. Tam jedziemy.

Nad wsią, na wysokim wzgórzu stromo opadającym ku brzegom jeziora, królowała średniowieczna budowla. Z wieloma basztami, spadzistymi daszkami, otoczona murami obronnymi, zwieńczonymi attykami, przypominała zaczarowany zamek żywcem wyjęty z rysunkowego filmu Walta Disneya. Brakowało jedynie złej królowej, wyglądającej przez okno najwyższej, kwadratowej wieży. Ta charakterystyczna część zamku dawniej zwanego Dunajecz po chwili gdzieś zniknęła, przysłonięta przydrożnymi zabudowaniami i wysokimi drzewami. Ostatnie metry dzielące ich od celu matka i syn pokonali w milczeniu. Do jej świadomości zapukała niespokojna myśl: „Robię to samo, co oni. Obym nie zapłaciła takiej samej ceny…”

Zaparkowała samochód na placyku, tuż przy podjeździe wiodącym do zamku. Spojrzała na zegarek. „Cholera jasna! Dziewięć godzin jazdy… Tyłek mam całkiem ścierpnięty…” pomyślała z pretensją nie wiadomo do kogo i zgasiła silnik.

Filip, jak zwykle nie pytając o zgodę, wyskoczył z samochodu i puścił się pędem wprost do zamkowej bramy. Kobieta podciągnęła obcisłe dżinsy, które podczas jazdy zsunęły się cokolwiek z jej szczupłych bioder i wsunęła do spodni biały, bawełniany podkoszulek. W ciągu tych kilku godzin podróży wymknął się zza paska i mokry od potu przykleił nieprzyjemnie do pleców. Odgarnęła włosy za uszy i pozbierała zabawki dziecka z tylnej kanapy oraz walające się po całym samochodzie papierki po krówkach. Pożarli obydwoje podczas jazdy całą paczkę. Wytargała z bagażnika torby podróżne i uginając się pod ich ciężarem, podążyła stromym, arkadowym podjazdem, wyłożonym kostką brukową, w ślad za synem. I znowu z zakamarków szarych komórek wychynęła złowieszcza myśl: „Dwa lata temu ojciec też tędy szedł. Po śmierć…”

Potężna brama zaopatrzona była w wewnętrzne, zdobione drzwi. Jakby one były winne wszystkiemu złu, które młodą kobietę spotkało, pchnęła je z całej siły swych drobnych ramion, otwierając szeroko. Zawiasy zapiszczały złowieszczo, chcąc widocznie wystraszyć i przegonić z tego miejsca. Ona jednak nie zwróciła na to uwagi. Przez małą, chłodną sień dostała się wprost na zamkowy dziedziniec w połowie zalany promieniami palącego słońca, a z drugiej strony, pod arkadami, trzymający przyjemny cień. Wyłożony kamiennymi płytami, nieregularny w kształcie, nie porażał wielkością, ale urzekał urodą i tajemniczym klimatem minionych wieków. Po prawej stronie dziedzińca biegła weranda traktu mieszkalnego, na murze której czyjaś gospodarna ręka ustawiła drewniane skrzynki z kwitnącymi czerwono pelargoniami. Pod arkadami walały się jakieś deski, worki z cementem i puszki z farbą. Zwinięte na ogromnych, drewnianych szpulach przewody elektryczne, przywodziły na myśl nici krawieckie wielkoluda. Tuż obok nich żółcił się solidny kopiec piasku, nieco już rozgrzebany, i wysoka pryzma czerwonych cegieł. Pomiędzy tym wszystkim brylowała, cała upaprana zaprawą cementową, betoniarka. Niezaprzeczalny znak prowadzonego właśnie remontu.

Kilka kroków dalej kamienne schody wiodły do zamku średniego. I właśnie na nich pojawił się jakiś mężczyzna w roboczych, powalanych farbą spodniach na szelkach i podkoszulku na ramiączkach, który zapewne w przeszłości był biały, lecz obecnie nie można było tak o nim powiedzieć. Czarno-siwe kudły obficie wychylały się spod jego głębokiego wycięcia na klatce piersiowej. Na głowę nasunął zawadiacko granatowy beret z antenką, zasłaniający czoło, po krzaczaste brwi.

- Pani do kogo? spytał z rękoma w kieszeniach portek, nie wyjmując z ust prawie całkiem wypalonego papierosa.

Unosząca się w górę smużka dymu drażniła mężczyznę w oko, mrużył je więc i wykrzywiał przy tym pół twarzy, co dodawało mu prostackiego wyglądu cwaniaczka. Kobieta z ulgą postawiła torby na ziemi i podniosła dłoń do oczu, zasłaniając je przed jaskrawymi promieniami słońca. Zachodząc, świeciło tuż za plecami mężczyzny i raziło niemiłosiernie, a ona nie miała pojęcia, gdzie wcisnęła w ferworze pakowania swoje okulary przeciwsłoneczne.

- Jestem Inka Złotnicka, archeolog wyjaśniła zwięźle. Przyjechałam do pracy.

- A, to pani burknął lekceważąco pod nosem. Kierownik już czeka. Zaraz go zawołam. Oznajmił znudzonym głosem i poczłapał po kamiennych schodkach gdzieś do górnych pomieszczeń zabytkowej budowli.

Złotnicka, czekając na zapowiedzianego kierownika, rozglądała się ciekawie po dziedzińcu i oceniała wzrokiem stan zaawansowania robót. Pierwsze piętro sprawiało wrażenie wyremontowanego założono nowe okna, a z dachu, wzdłuż muru, biegły nowe rury spustowe. Na parterze urządzano już kawiarnię i restaurację, kończąc malowanie ścian. Zarządzające zamkiem ministerstwo kultury, korzystając z odnawiania części mieszkalnej, gdzie swoją siedzibę miało stowarzyszenie historyków i muzeum, postanowiło przeprowadzić także kolejne prace badawczo-archeologiczne. Gdy na Uniwersytet Wrocławski, gdzie pracowała Złotnicka, przysłali pismo, czy zechciałaby zatrudnić się na umowę-zlecenie, choć na miesiąc, nie zastanawiała się nawet pięciu minut i zgodziła się momentalnie. Taka okazja mogła się już nigdy nie powtórzyć, a przyjeżdżanie do Niedzicy z wycieczką, mijało się z celem. Gdzieś z górnej części zamku dobiegły do niej dalekie odgłosy rozmowy. Tam też zapewne prowadzono remont lub badania archeologiczne.

Po chwili na schodach pojawił się ponownie mężczyzna w podkoszulku, a zaraz za nim drugi. Młodszy, pod czterdziestkę, ubrany w ciemne drelichowe spodnie i biały, ochronny fartuch, kojarzący się z lekarzem albo ekspedientką w sklepie. Choć był wysoki i chudy, to podwinięte wysoko rękawy fartucha odsłaniały dobrze umięśnione, szerokie ramiona. Czarne, lekko kręcone włosy, dawno nieobcinane, związane gumką z tyłu głowy dodawały mu młodzieńczego, studenckiego uroku. Jego smagłe policzki pokrywał kilkudniowy, ciemny zarost. „Ale ponurak…” oceniła błyskawicznie.

Gdy tylko ujrzał Inkę, raptownie zatrzymał się, jakby zobaczył zjawę czy kogoś, o kim mówiono, że już nie żyje. Choć trwało to ułamek sekundy, ona to jednak zauważyła. Podszedł do niej z uśmiechem, który choć trochę rozjaśnił jego pochmurną twarz. Ponure, czarne oczy zatopił badawczo w kobiecie i dziecku, jakby chciał prześwietlić ich obydwoje na wylot.

- Witam, panią! zawołał jednak wesoło i beztrosko, na przekór spojrzeniu. Przywiozła nam pani pogodę! Przez ostatni tydzień lało jak z cebra, a w Tatrach ponoć spadł śnieg.

- To prawda potwierdziła skwapliwie. Widzieliśmy z daleka białe łachy w żlebach dodała, bezwiednie popisując się znajomością górskiej terminologii i wyciągnęła do niego rękę na powitanie. Jestem Inka Złotnicka.

- Kornel Zieliński-Kapak odwzajemnił mocno uścisk jej dłoni. Jestem tutaj kierownikiem ekipy archeologów wyjaśnił szczegóły, bo przecież jego nazwisko nic jej nie mogło powiedzieć.

Ona jednak drgnęła na jego dźwięk, lecz niczego nie dała po sobie poznać. Przez lata pracy na uczelni nauczyła się panować nad mimiką i emocjami, choć nie do końca się to udawało. Czasami ponosiły nerwy i porządnie wkurzona potrafiła cisnąć książką czy szklanką o ścianę, a w chwilach wzburzonych emocji klęła jak szewc. Skóra na dłoni Zielińskiego, jak na archeologa, który przecież nie rozstaje się z łopatą i grzebie w ziemi niczym kura łapą, wydawała się wyjątkowo delikatna i gładka. Przyjemna w dotyku, ciepła i sucha. Puściła z żalem. Złotnicka nie znosiła ludzi o zimnych, wilgotnych dłoniach. Miała niejasne podejrzenia, że coś ukrywają i kojarzyli się z płazami. Rysy jego twarzy wydawały się jej znajome. Odniosła wrażenie, jakby ich drogi już kiedyś się przecięły, tylko nie mogła sobie przypomnieć okoliczności. Jakby był kimś z bardzo dalekiej przeszłości, ale przecież ona nie była jeszcze stara. „Z pewnością nigdy z nim nie rozmawiałam, nie słyszałam tego głosu. Może jest do kogoś podobny?” rozpamiętywała gorączkowo. „Nazwisko może być zbiegiem okoliczności”.

Od razu zwróciła uwagę na jego niezwykle bystry wzrok, kiedy wpatrywał się w nią, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół jej twarzy. Nie było to jednak spojrzenie nachalne. Raczej pomyślała o nim badawcze. Miało w sobie jakąś dziwną siłę, która zmusiła do opuszczenia oczu, choć do skromnych panienek z zakładu Urszulanek się nie zaliczała. Idąc za nim wąskim korytarzem, który prowadził do pokoi gościnnych, podziwiała lekkość jego kroków. Szedł nieomal bezszelestnie, a bagaże w jego rękach jakby utraciły swój ciężar i nie podlegały prawu przyciągania ziemskiego. „Nic dziwnego, jak ma się takie bary…” pomyślała, patrząc z uznaniem na jego szerokie ramiona.


Nieznany

OPERACJA KONDOR

 

Od godziny piętnastej w gabinecie dyrektora Departamentu Drugiego MSW na pierwszym piętrze, przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie, trwało spotkanie szefa „dwójki”, pułkownika Władysława Paliwody z oficerem łącznikowym, majorem Sergiejem Iwanowiczem Dubanowem z Moskwy. Rosjanin siedział wygodnie i nonszalancko rozparty w fotelu obitym ciemną, prawie czarną skórą, tuż przy szeroko otwartym oknie. Z zewnątrz do gabinetu dolatywał uliczny gwar i delikatny, chłodny zefirek przemieszany z zapachem samochodowych spalin. Major swobodnie założył nogę na nogę i rozpiął jasną, płócienną marynarkę. Obcisła, biała koszula uwypuklała umięśniony tors i płaski brzuch. W szczupłych, niecierpliwych palcach z gracją arystokraty trzymał papierosa, którego delikatny, błękitny dym o aromatycznym, miętowym zapachu leniwie wędrował po całym pomieszczeniu, aby na koniec ujść przez okno. Zimne, stalowe oczy oficera łącznikowego z uwagą oraz z odrobiną kpiny obserwowały nerwowe poczynania pułkownika Paliwody, wciśniętego w drugi fotel. Sporych rozmiarów brzuch nie ułatwiał mu siedzenia w nazbyt głębokim i miękkim meblu. Pułkownik miał dziwne wrażenie, jakby zapadł się pośladkami w jego wnętrze prawie do samej podłogi, a kolanami dotykał brody. Obrośnięte tłuszczem jelita nieprzyjemnie uciskały przeponę, utrudniając prawidłowe oddychanie. Toteż wiercił się nieustannie, szukając w miarę wygodnej pozycji, lecz bez rezultatu. Rozpiął już mundur i guzik od koszuli, ten pod samą szyją, ale to na niewiele się zdało. Czuł niejasno, że lada moment zabraknie mu tlenu i udusi się jak ten karp wyciągnięty z wody i wrzucony bezdusznie do foliowej torby dzień przed Wigilią. Miał dziką ochotę poluzować pasek od spodni, ale przecież nie wypadało - Siergiej Iwanowicz Dubanow przybył na oficjalną rozmowę. Pułkownik rzucił zazdrosnym okiem na szczupłą sylwetkę swego gościa i z miejsca pożałował, że zjadł na obiad tak dużo klusek śląskich i młodej kapusty. Na dodatek popił wszystko dużym kuflem piwa. Decyzję o odchudzaniu przekładał z poniedziałku na poniedziałek. I zawsze coś pokrzyżowało jego plany. A to żona ugotowała jakieś pyszności i Paliwoda nie był w stanie sobie odmówić, a to bankiet w ministerstwie i nie wypadało nie wziąć udziału albo czyjeś imieniny. I tak w kółko Macieju… A sadła przybywało… Co chwilę dolewał sobie wody mineralnej do szklanki i popijając małymi łyczkami, starał się wysłuchać uważnie wszystkich argumentów oficera łącznikowego z Moskwy. Jak zwykle brzmiały pokrętnie i nieszczerze.

Rosjanin monotonnym głosem informował szefa polskiego kontrwywiadu Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych o konieczności udzielenia wsparcia i wszechstronnej pomocy w realizacji misji, jaką mają zamiar przeprowadzić w Polsce wysłannicy, a może emisariusze - nikt nie wiedział, jak ich właściwie nazywać - działającego od niedawana w Peru marksistowskiego Ruchu Rewolucyjnego imienia Tupaka Amaru. Mówiono o nich, po prostu, towarzysze peruwiańscy. „Tupakamaryści” – z trudem przechodziło przez usta, zwłaszcza po kilku głębszych, nawet nawykłym do dużej ilości wódki Rosjanom.

Rewolucjoniści cieszyli się cichym poparciem Związku Radzieckiego, chociażby z tego względu, że ich organizacja była konkurencyjna wobec maoistowskiego Świetlistego Szlaku. Choć jedni i drudzy szermowali ochoczo hasłami socjalistycznymi, to jednak popieranie maoistów nie wchodziło w grę. Rozumiało się to samo przez się. Tupakamaryści zapowiadali wprowadzenie rządów socjalistycznych w swoim kraju, zaraz po zwycięstwie ich rewolucji. Podpisanie umowy o przyjaźni i współpracy z ZSRR w takim przypadku wydawało się więcej niż pewne. W sytuacji kryzysu, który rysował się w całym obozie „demoludów”, jak potocznie mówiono na kraje Układu Warszawskiego, powstanie nowego państwa o ideologii marksistowskiej rządzonego przez robotników, i to tuż pod bokiem USA, przyniosłoby niewątpliwie wiele korzyści politycznych. Byłoby namacalnym dowodem, że pozycja Związku Radzieckiego jako mocarstwa światowego nadal jest niekwestionowana, a Gorbaczow posiada niezachwiane zdolności do rządzenia państwem. Ględzenie o słabości komunistycznego imperium należałoby między bajki włożyć. Dlatego też major Dubanow, gasząc energicznie niedopałek papierosa w kryształowej popielniczce, z chytrą miną na swojej nieco szczurzej twarzy, naciskał:

- Towarzyszu Paliwoda, to dla waszego departamentu bardzo proste zadanie. Dacie temu całemu Komandante Eduardo ze dwóch waszych oficerów, a może wystarczy nawet jeden, byle rozgarnięty, i niech jadą do tego zamku po to swoje złoto.

- Ja to wszystko wiem i rozumiem, towarzyszu – potakiwał usłużnie pułkownik Paliwoda, przenosząc ciężar ciała z lewego półdupka na prawy – ale jak my wytłumaczymy naszemu społeczeństwu, że jacyś Indianie wywożą od nas złoto, całe tony złota, w sytuacji, gdy rząd wprowadził kartki na podstawowe artykuły spożywcze? Meble, pralki i telewizory są na talony, na mieszkanie czeka się 20 lat, znacznie spadła podaż mięsa i jego przetworów i…

- Wy mi tutaj, towarzyszu Paliwoda, nie zasłaniajcie się społeczeństwem i jakimś „gniewem ludu” – warknął złowrogo Dubanow i posłał pułkownikowi wymowne spojrzenie. – Wy już dobrze wiecie, jak takie sprawy się załatwia, a my, jakby co, zawsze możemy przyjść z bratnią pomocą.

- Znaju, znaju – spolegliwie przytaknął Paliwoda. – Na razie nie ma takiej potrzeby. Stan wojenny okazał się strzałem w dziesiątkę i póki co, mamy spokój. Więc, czego właściwie oni mają zamiar szukać? I gdzie? – spytał po chwili, rezygnując z dalszego, bezsensownego oporu.

Prośba towarzysza z Moskwy była przecież rozkazem. I to nie od dziś. Tym bardziej, że wojsko za zgodą generała Jaruzelskiego szukało całkiem innego złota, w innym rejonie kraju, gdzieś na Dolnym Śląsku. Widać na to legendarne, już dawno machnęli ręką. Szkoda czasu i atłasu.

Oficer łącznikowy nawet nie usiłował ukryć uśmieszku zadowolenia, który wypełzł na jego wąskie jak szparki usta. On już dobrze wiedział, że słowa „bratnia pomoc” odniosą właściwy skutek. Przecież sam Paliwoda brał udział w jej organizowaniu w 1968 roku, kiedy w potrzebie znalazła się Czechosłowacja. Zapamiętał więc sobie raz na zawsze, że ona przychodziła bez względu na to czy się o nią prosiło, czy nie. Wystarczyło, że w Moskwie doszli do wniosku, że „bratni kraj” był w potrzebie i cały obóz socjalistyczny taką pomoc organizował, a wojsko przywoziło ją czołgami.

Dubanow ze stoickim spokojem zapalił więc kolejnego papierosa, założył swobodnym ruchem światowca nogę na nogę i protekcjonalnym tonem wychwalał bezprzykładną odwagę i brawurę Augusto Bastidasa, zwanego Komandante Eduardo, który sprawnie kierował Tupakamarystami. Potrafili nie tylko zorganizować ratunek dla więzionego Victora Polaya, dla którego towarzysze wykopali dwustumetrowy tunel, którym wydostał się na wolność, ale także porywali grupki prywatnych przedsiębiorców i więzili ich w sobie tylko znanych miejscach. Rząd Peru często gęsto uginał się pod taką presją i wypuszczał rewolucjonistów, których przetrzymywał w więzieniu. Policja łapała ich przy innej okazji i znowu wsadzała do pierdla.

Paliwodzie głupio przyszło do głowy, że chyba temu radzieckiemu oficerowi łącznikowemu zamarzyło się, aby polscy komuniści także porywali przedsiębiorców, kopali dwustumetrowe tunele, aby uwalniać więźniów, i napadali na ambasady. Tylko skąd w socjalistycznej gospodarce wziąć prywatnych właścicieli fabryk? Po co kopać tunele, skoro w więzieniach to akurat gniła opozycja, która walczyła z komunizmem? A napaść na ambasadę nie mieściła się w niczyich, nawet pijackich, wyobrażeniach. Chyba, że byłaby to ambasada radziecka, a tej z całą pewnością oficer łącznikowy nie miał na myśli. Wolał jednak nie dzielić się swoimi wątpliwościami z towarzyszem Siergiejem Iwanowiczem Dubanowem. Zbytnia szczerość i otwartość nigdy i nigdzie nie popłacała. Tego Paliwoda nauczył się już dawno, kiedy jeszcze biegał w krótkich portkach, a nos wycierał rękawem.

Kiedy w końcu oficer łącznikowy opuścił gabinet dyrektora „dwójki”, otrzymując solenne zapewnienie, że wsparcie w operacji zostanie towarzyszom peruwiańskim udzielone, pułkownik Paliwoda rozpiął z ulgą pasek od spodni i puszczając głośno bąka, sięgnął po słuchawkę telefonu.

- Przynieście do mnie z archiwum teczkę operacji „Kondor” - wymamrotał zrezygnowanym tonem do słuchawki, gdy po drugiej stronie usłyszał piskliwy głosik sekretarki. – Aha! I przyślijcie kapitana Sobola… – dodał jeszcze bardziej zrezygnowany.

Nie minęło nawet dziesięć minut, gdy wspomniana teczka wylądowała przed nim na biurku. Z czerwoną pieczątką „Ściśle Tajne”, ze starannie wykaligrafowanymi numerami: Dep. II/KK/2531/NT/1946/76. Pod nimi widniał napis: Sprawa Operacyjnego Rozpracowania, kryptonim „Kondor”. Zanim Paliwoda ją otworzył, sięgnął po raz kolejny do szuflady biurka, z której wyciągnął papierową torebeczkę z białym proszkiem – sodą oczyszczoną. Wsypał łyżeczkę sodki do szklanki, zalał wodą i energicznie zamieszał. Kiedy się solidnie zapieniła, wypił duszkiem i beknął z ulgą. Pułkownik nie znał lepszego lekarstwa na zgagę, a ilekroć na rozmowę przychodził major Dubanow albo jakiś inny towarzysz radziecki, u Paliwody pojawiała się w przełyku ognista kula. I nie miało znaczenia, czy był akurat przed obiadem, czy już po.

Pułkownik Paliwoda nie znał dokładnie tej całej operacji „Kondor”. Kiedy on przyszedł do „dwójki”, teczka SOR spoczywała już na półce w archiwum, pokrywając się wstydliwe kurzem zapomnienia. Jeszcze jakieś głupie i niedorzeczne plotki opowiadano sobie w trakcie nudnych posiedzeń albo podczas suto zakrapianych spotkań towarzyskich. W sumie, Paliwoda już wówczas, przed laty, skwitował ją słowami: To było dawno i gówno prawda.

Teraz ta teczka, otwarta, leżała przed nim na biurku. Dokumenty poukładano w sposób chronologiczny. Na samym wierzchu znajdował się ten pierwszy, najstarszy, a pod nim kolejne, powstające podczas prowadzenia działań operacyjnych. Gdy jakąś akcję uznano za zakończoną, prowadzący ją oficer miał obowiązek w taki właśnie sposób uporządkować wytworzone w jej trakcie dokumenty, aby na samym spodzie spoczywał ostatni, najmłodszy świstek papieru, zamykający całą sprawę.

Paliwoda wziął do ręki ten z wierzchu – fotokopię dokumentu wykonaną w 1946 roku w krakowskim urzędzie bezpieki. Natomiast sam dokument był to napisany po łacinie i opatrzony stosownymi podpisami i pieczęcią akt adopcji i jednocześnie testament. Spisano go – tak wynikało z załączonego tłumaczenia dokonanego przez przysięgłego tłumacza sądowego – na zamku w Niedzicy w 1797 roku. Oryginał dokumentu gdzieś się zawieruszył, bo nawet jego właściciel dysponował jedynie odpisem.

Treść owego pisma wprowadziła Paliwodę w stan całkowitego osłupienia zaprawionego odrobiną niedowierzania. Z tego, co wyczytał, wynikało niezbicie, że jakiś szlachcic o nazwisku Filip Brzozowski, oddał swego wnuka Andreasa Tupaka Amaru do adopcji niejakiemu Stefanowi Gaborowi, swemu dalekiemu krewnemu. Ten zaś zobowiązał się wyjawić owemu chłopcu jego indiańskie pochodzenie dopiero w dniu osiągnięcia przez niego pełnoletności.

- To „indiańskie pochodzenie” jeszcze da się od biedy wytłumaczyć… – mamrotał pod nosem, przecierając spocony kark chusteczką w czerwoną kratkę. – Ot, po prostu, sporządzający akt klecha mógł być lekko zamroczony winem mszalnym i coś pokręcił. Pewno chodziło o pochodzenie szlacheckie.

Ale słowa o przysiędze zachowania w tajemnicy testamentu, sporządzonego na dodatek w języku węzełkowym - o którym Paliwoda nigdy nie słyszał, jak żył 50 lat na tym świecie - i ukrytego pod ostatnim stopniem pierwszej bramy zamku górnego w Niedzicy, wkurzyły go niczym brak nagrody na koniec roku. Szybkim ruchem dolał do szklanki wody mineralnej, aż chlusnęła na biurko, i wypił duszkiem.

W swojej dalszej części dokument informował, że ten adoptowany smarkacz – jak pułkownik nazwał w myślach owego chłopca - miał odziedziczyć złoto, ukryte w jakimś bliżej nieokreślonym „titicaca”- cokolwiek miałoby to oznaczać – oraz sumę pieniędzy, także bliżej nieokreśloną, pozostawioną owemu Gaborowi lub ukrytą na zamku. W tym właśnie fragmencie pismo było sporządzone wyjątkowo pokrętnie i Paliwoda się nie rozeznał. Gdyby dokument dotyczył wrogiej działalności wobec ludowego państwa polskiego, to co innego. Na tym się znał. Ale jakaś „titicaca”? Trąciło dziecięcą rymowanką w stylu ene due rike fake.

Ponownie otarł chusteczką pot z czoła i mamrocząc pod nosem przekleństwa, sięgnął po kolejny, gęsto zapisany papier. Tym razem był to oryginał dokumentu. Datowany na 1946 rok i sporządzony w Urzędzie Miasta Krakowa. Było to sprawozdanie z prac odkrywczych przeprowadzonych na zamku w Niedzicy w lipcu tegoż roku. Z jego treści wynikało ni mniej, ni więcej, że powołujący się na poprzedni dokument, obywatel Janusz Gabor wyciągnął spod kamiennego stopnia na zamku ołowianą tubę. W obecności świadków, którzy swoimi podpisami na dokumencie ręczyli za prawdziwość wydarzeń. W tubie znajdował się pęk powiązanych w supły rzemieni, obficie pokrytych pleśnią, na końcach których dyndały trzy szczerozłote blaszki z napisami: Dunajecz, Titicaca i Vigo. Paliwoda przetarł całkiem wilgotną już chusteczką tłusty, wysoko podgolony kark i jęknął płaczliwie:

- O co tu, kurka wodna, chodzi?

Zadawał sobie to pytanie co parę chwil, ale kolejne dokumenty nie przynosiły wyjaśnienia, wręcz przeciwnie. Na fotografiach widniały jak byk owe rzemienie i jeszcze, jakby komuś nie dość było tych zagadek, to na odwrocie dopisał: kipu – pismo węzełkowe. Do teczki włożono też zdjęcie trzech złotych blaszek. Samych blaszek Paliwoda w niej nie znalazł, choć przeszukał dokładnie.

- Ciekawe, gdzie się podziały? – zamruczał pod nosem. – Pewno się komuś przykleiły do rąk – dodał kąśliwie i wypił łakomie resztę wody ze szklanki.

Z pozostałych akt wynikało, że po wojnie, chylący się ku ruinie zamek dokładnie przetrząsnęli żołnierze i agenci urzędu bezpieczeństwa . Nic jednak nie znaleźli.

- Albo się nie przyznali – przemknęło Paliwodzie przez myśl. Kto jak kto, ale on doskonale wiedział, że nie trzeba zaraz wszystkiego wypaplać przed maluczkimi; przed przełożonymi też niekoniecznie.

Niestety, nie obyło się bez nieszczęśliwych wypadków. Podczas próby eksploracji zamkowej studni, głębokiej na 90 metrów, jeden z żołnierzy został wyciągnięty na powierzchnię już martwy. Lekarz prowadzący sekcję zwłok nie potrafił ustalić przyczyny zgonu. Z jego zeznań wynikało, że teoretycznie ten nieszczęśnik powinien być żywy. Praktyka pokazywała zgoła coś innego.

Ostatnim etapem poszukiwań były trzy kolejne wyprawy płetwonurków przeszukujących wody Dunajca tuż u podnóża zamku, ale i one nie przyniosły rozwiązania. Doszło natomiast do kolejnej ofiary śmiertelnej. A mianowicie, jeden z płetwonurków nagle stracił przytomność. Zanim wyciągnięto go na powierzchnię, już nie żył. Podobnie, jak poprzednim razem, przyczyny zgonu nie udało się określić. Na marginesie ktoś (nie wiadomo kto, bo nie postawił parafki) dopisał, że w grę wchodziła klątwa kapłanów inkaskich. W tym momencie Paliwoda parsknął śmiechem, aż drobiny śliny prysnęły na leżące przed nim papierzyska i bardzo cicho, nieomal w myślach wymamrotał:

- Ale kogoś popieprzyło…

Po tym wypadku operację zamknięto i dokumenty przekazano do archiwum, ale do sprawy wrócono jeszcze raz na początku lat siedemdziesiątych, gdy przystąpiono do budowy zapory na Dunajcu. Po wysiedleniu części ludności z okolicznych wsi, przeszukano dokładnie, z wykrywaczami metalu, cały teren. Bez rezultatu.

Ostatni dokument, który pułkownik wziął do ręki, to leżący na samym dnie teczki, sporządzony w 1976 roku odpis aktu zgonu Janusza Gabora, człowieka, który wydobył ołowianą tubę spod kamiennego stopnia, tym samym zapoczątkowując całą lawinę tych dziwnych, nieprzystających do socjalistycznej rzeczywistości, zdarzeń. Z treści notatki sporządzonej przez oficera prowadzącego operację „Kondor” wynikało, że ów Gabor, jadąc swoim samochodem, na prostym odcinku jezdni, walnął w drzewo, jedyne które stało przy drodze. Samochód był sprawny technicznie, a kierujący pojazdem nie znajdował się pod wpływem alkoholu ani nie chorował na serce.

Paliwoda z ulgą zamknął teczkę i czekając na kapitana Sobola, przemierzał swój gabinet wszerz i wzdłuż, z rękoma wciśniętymi głęboko w kieszenie spodni. Zaczynał pomału dostrzegać wątki łączące przybyłego towarzysza peruwiańskiego z dawno zamkniętą operacją „Kondor”. Dziwaczne nazwisko Tupac Amaru występowało w obydwu przypadkach. W obu mowa też była o znacznej ilości złota. No i na koniec, zarówno towarzysz Eduardo jak i Brzozowski, mieli związek z Peru.

- Jacy oni marksiści – spekulował Paliwoda, kiwając z politowaniem głową – skoro wierzą w jakieś bajania o skarbach, księżniczkach i klątwach kapłanów.

Gdy jednak dobrze się nad tym problemem zastanowił, uznał, że towarzysze peruwiańscy nie odbiegali daleko od polskich standardów.

- No, tak. To właściwie jest możliwe… – przyznał z nutą goryczy w głosie, wsadzając do ust kawałek pierniczka w czekoladzie; miał ich w szufladzie biurka spory zapas. – Nasi obywatele, przecież od tylu już lat edukowani w świeckich szkołach, a jeśli trafi się zaciek na brudnej szybie lub kominie jakiejś wiejskiej chałupy, to zaraz ujrzą w nim Matkę Boską i miejsce kolejnego kultu gotowe.

Religijno-filozoficzne rozmyślania pułkownika przerwało energiczne pukanie do drzwi. Gdy tylko pułkownik huknął gromko „proszę”, do gabinetu wkroczył wysoki, dobrze zbudowany, trzydziestoparoletni mężczyzna w stalowym garniturze. Włosy koloru określanego jako świński blond, bardzo krótko obcięte, zaczesał z przedziałkiem na bok i starannie przygładził. Zapewne tuż przed chwilą. Nad mięsistymi, różowymi ustami, a poniżej bokserskiego, wydatnego nosa, biegła ledwie widoczna, choć szeroka linia blond wąsika, starannie i równiutko przyciętego. Elegancka marynarka leżała na nim nienagannie, a błękit koszuli lśnił jak pogodne niebo. Wyraziste oczy w tym samym kolorze dyskretnie spenetrowały gabinet i spoczęły wyczekująco na bladej i obrzękłej nieco twarzy siedzącego za biurkiem Paliwody.