Drugie życie - Andrzej Sikora - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 629 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Drugie życie - Andrzej Sikora

Właściciel wielkiego koncernu, siedemdziesięciotrzyletni Michał Jurski, dowiaduje się, że choruje na nieuleczalny nowotwór. Przyjaciel chorego, profesor Edward Borek, niespodziewanie proponuje przeszczepienie mózgu pacjenta w zdrowe ciało młodego dawcy. Problem w tym, że profesor wprawdzie robił już takie operacje z powodzeniem, ale tylko na zwierzętach. Załamany przedsiębiorca, nie widząc dla siebie innej szansy, godzi się na ryzykowny eksperyment.

 

Nieustannie zajęty pomnażaniem majątku Jurski postanawia, że jeśli arcytrudne przedsięwzięcie powiedzie się, darowane mu Drugie życie poświęci dla dobra innych. Operacja odbywa się nielegalnie. Jurski staje się przystojnym, zdrowym, młodym człowiekiem, lecz od tej chwili musi udawać dawcę. Jako Julian Podhorecki rzuca się w wir pracy. Podtrzymuje stosunki rodzinne z niczego nieświadomymi rodzicami i siostrą dawcy. Zakochuje się też w jego dziewczynie. Kontynuuje studia ekonomiczne, które rozpoczął dawca. Wikła się w politykę i zostaje posłem do Parlamentu. Niestety, nadmiernie obciążony mózg zaczyna płatać mu figle.

Opinie o ebooku Drugie życie - Andrzej Sikora

Fragment ebooka Drugie życie - Andrzej Sikora

Andrzej Sikora

DRUGIE ŻYCIE

Section0001

Korytarzem ósmego piętra największej kliniki w Jokohamie szło dwóch starszych mężczyzn, wykwintnie ubranych, towarzyszących znacznie starszemu od siebie właścicielowi koncernu JURSKI GROUP, doktorowi Michałowi Jurskiemu, półleżącemu na szpitalnym wózku pchanym przez pielęgniarza. W milczeniu doszli do windy i zjechali na parter, gdzie oczekiwał młody kierowca, który natychmiast do nich podszedł i ukłonił się z japońską kurtuazją

– Wracamy do hotelu – jeden ze starszych mężczyzn zwrócił się po angielsku do młodzieńca.

Ten natychmiast się odwrócił i biegnąc w lansadach jak młody jelonek, skierował się do wyjścia z gmachu i po zaledwie paru minutach podjechał samochodem pod wejście. Dzięki temu jego pasażerowie prawie nie czekali. Kierowca bezzwłocznie wyskoczył z samochodu, chcąc pomóc pacjentowi.

– No, I’m not – powiedział jeden z mężczyzn towarzyszących choremu, równocześnie pokazując ręką, aby młodzieniec usiadł za kierownicą.

Dwaj panowie troskliwie pomogli panu Jurskiemu zejść z wózka i ulokować się w czarnej limuzynie. Za chwilę jechali ruchliwymi ulicami czteromilionowej Jokohamy.

Mężczyźni towarzyszący swojemu szefowi milczeli, nie mając odwagi o nic pytać, jedynie z twarzy pana Jurskiego mogli wyczytać, że sprawy stoją źle.

Po kilkunastu minutach dręczącej ciszy szef powiedział słabym głosem:

– Jak tylko przyjedziemy, Roman może robić, co chce, a ciebie, Edziu, muszę zabrać do siebie na rozmowę.

Podróż się przedłużała, ponieważ były korki. W końcu jakoś dojechali. Pan Jurski wyglądał na bardzo zmęczonego.

– Czy dasz radę przejść przez hol do windy? Może zorganizować jakąś pomoc? – troskliwie zapytał profesor Edward Borek, który towarzyszył prezesowi.

– Ja się tak źle nie czuję, jestem tylko wykończony psychicznie...- odparł prezes. – Ale dziękuję ci za dobre chęci. Dobrze jest mieć przy sobie przyjaciół.

Słowo „przyjaciół” wymówił w liczbie mnogiej, ale odnosiło się ono głównie do profesora, z którym znał się od około czterdziestu lat.

***

Poznali się w szpitalu. Jurski właśnie zrobił doktorat z ekonomii. Był już właścicielem dwóch dobrze prosperujących przedsiębiorstw, a do szpitala trafił z powodu ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego. Młodszy od niego o dziesięć lat Edward Borek był świeżo upieczonym lekarzem i zaczynał specjalizację na oddziale chirurgicznym.

Ktoś z przyjaciół przyszedł odwiedzić chorego i pytał na korytarzu, gdzie leży doktor Jurski. W ten sposób rozeszła się pogłoska, że Jurski jest lekarzem.

Michał Jurski nazajutrz po operacji, podtrzymując oburącz obolały brzuch, szedł korytarzem. Podszedł do niego Edward Borek i zapytał z uśmiechem:

– Panie doktorze, może panu pomóc? Daleko pan idzie? Może przyprowadzę wózek?

– Nie, nie. Dziękuję. Wszyscy mówią, że po operacji należy jak najwcześniej zacząć chodzić – odparł Michał. – A tak w ogóle to ja jestem doktorem ekonomii, a nie medycyny, za którego na pewno mnie pan bierze – dodał z uśmiechem.

– Aa! Ale to niczego nie zmienia. Może pomóc? Dzień po operacji, to musi nieźle boleć... – nalegał.

– Boli, ale chciałbym możliwie prędko stąd wyjść. Praca czeka.

– Lubi pan swoją pracę? – zagadnął lekarz.

– Lubię, bardzo lubię... A pan?

– Oczywiście. Kocham medycynę i mam wielkie plany. Oby tylko szczęście dopisało.

– Domyślam się, że zamierza pan zostać chirurgiem.

– Tak, a najbardziej interesuje mnie transplantologia.

– O, to bardzo ciekawe, ale chyba trudne?

– Trudne, ale jak się coś lubi, to wtedy jest łatwiejsze.

***

Pan Jurski przeszedł przez hol dość sprężystym krokiem, weszli do windy i pojechali na piąte piętro, gdzie mieli swoje apartamenty.

– Wiesz, Edziu, zamów coś do picia – poprosił szef, gdy wreszcie znaleźli się w pokoju. Następnie podszedł do okna, dłuższą chwilę stał nieruchomo i milcząc patrzył w dal.

– Czego chciałbyś się napić? – zapytał profesor. – Herbaty? Kawy? A może coś zjemy? Może zamówić coś smacznego? – proponował jak troskliwa mama.

– Myślę, że najlepsza, jako żywo, byłaby whisky – odparł Michał.

– Whisky...? – profesor zapytał głosem stanowiącym mieszankę lekkiej dezaprobaty i zdziwienia.

– Edziu, mnie już nic nie może zaszkodzić – wyjaśnił chory z goryczą.

Mimo że profesor wiedział, iż sytuacja przyjaciela jest tragiczna, wciąż liczył, że jednak tu, w Japonii, w kraju, gdzie medycyna stoi na znacznie wyższym poziomie niż w Polsce, da się coś zrobić. Teraz stał przed niewykonalnym zadaniem. Pocieszać? Ale jak? Przez chwilę zastanawiał się, co ma mówić, jak się zachować...

– Ale co ci ostatecznie powiedział profesor Takeshi Yasujiro? – zapytał nieswoim głosem.

– No! Edziu... Chyba nie będziemy rozmawiać o tym przy suchym gardle! – wykrzyknął z udawaną wesołością. – Zamów coś, do licha!

– W takim razie rzeczywiście zamówię whisky.

– Jeszcze przydałyby się dziewczyny! – zażartował Michał.

– Przydałyby się, ale przecież one nie dałyby nam rozmawiać – profesor podjął żartobliwy wątek, po czym westchnąwszy, wstał z fotela i podszedł do telefonu.

Kiedy zamawiał whisky, Michał poszedł do łazienki.

Gdy po paru minutach wrócił, trzymał w ręku zdjęty krawat. Podszedł do swojego fotela, krawat niedbale rzucił na tapczan i rozpinając kołnierzyk od koszuli, rozsiadł się wygodnie.

– Jednak prócz whisky zamówiłem herbatę i jakieś japońskie danie – zakomunikował Edward.

– Tak? A jakie? – zapytał Michał od niechcenia.

– Ach, sam nie wiem. Nie mogłem się z nimi dogadać.

– I dobrze, co dadzą, to dadzą – machnął ręką. – Ja i tak nic nie wezmę do gęby.

– Nie chcesz mi opowiedzieć, co mówił profesor? – Edward zapytał delikatnie, półgłosem, tak, żeby nie zabrzmiało to zbyt natarczywie.

– Edziu, obaj dobrze wiemy. Mam zaatakowane oba płuca, wątrobę i kręgosłup. Jest za późno, żeby coś z tym zrobić. Nawet w Japonii nie dokonuje się cudów. Nie ma cudów! Rozumiesz? – powiedział dobitnie i z głębokim żalem. – NIE-MA-CU-DÓW! – powtórzył, dzieląc słowa. – Moja wina! Moja wina! Moja!... – mówił dramatycznym tonem.

Profesor patrząc na zmęczoną twarz przyjaciela, która w ostatnich tygodniach bardzo się postarzała, zastanawiał się, co mógłby powiedzieć, żeby nie zabrzmiało to sztucznie.

– Parę miesięcy z tym chodziłem... – ciągnął Michał łamiącym się głosem. – Wpierw uważałem, że to grypa... później, że osłabienie po grypie... – przerwał na długą chwilę. – Zresztą wiesz dobrze... – dodał i znów machnął ręką, jakby chciał dać do zrozumienia, że nie warto już o tym mówić.

Siedzieli jakiś czas w milczeniu. Profesorowi nadal nie przychodziło do głowy nic, co można by powiedzieć w takiej sytuacji.

– Jeszcze miałem takie plany... Uważałem, że mogę bez trudu drugie tyle osiągnąć... Zwłaszcza że teraz na wszystko mnie stać... Edward! Profesorze! Ja chciałem całe miasto wybudować. Chciałem, żeby tam mieszkali ludzie, którzy dla mnie pracują. Jako żywo, chciałem im za pół ceny wynajmować mieszkania, domy... Najzdolniejszym chciałem dawać darmo... Rozumiesz? Darmo, żeby nie musieli troszczyć się o byt, żeby mogli skoncentrować się na pracy... – gdy to mówił, na jego twarzy przez chwilę widniał ten sam młodzieńczy zapał, który dawniej towarzyszył mu, kiedy snuł swoje plany. – Człowiek, który nie ma kłopotów, lepiej pracuje, robi wynalazki, ma więcej pomysłów, jest bardziej kreatywny... Takich ludzi mi potrzeba i do tego chciałem...

Rozległ się dzwonek przy drzwiach. Przywieziono zamówione napoje i potrawy.

Michał półleżał w fotelu i czekał, aż wyjdzie obsługa. Widać było, że przeszkadza mu obecność kogoś obcego, mimo że ta osoba z pewnością i tak nic nie rozumiała po polsku.

– Ja wiem, masz prawo nie wierzyć, ponieważ nie byłem dość dobry dla swoich ludzi... – wznowił przerwany wątek, gdy tylko znów zostali sami. – Ty o tym wiesz i ja to wiem. Wiemy, że dużo od nich wymagałem. Nieudolnych, leniwych wyrzucałem... Krzyczałem, zmuszałem, płaciłem nie za wiele. Niewykluczone, że Maler z tego powodu się powiesił... – przerwał i zamyślił się, jakby chciał sobie przypomnieć wszystkie swoje grzechy, które mu ciążyły. – Ale to dla dobra firmy, a co za tym idzie, dla ich dobra. Jak firma rosła, więcej ludzi miało pracę, przecież o to chodziło... – znów przerwał i myślał. – Teraz osiągnąłem ten punkt, w którym mogłem bardziej troszczyć się o nich, stwarzać im lepsze warunki! To był mój cel! Taki właśnie był mój ostateczny cel!... I patrz, jaki ten los jest perfidny! Jaki perfidny... – przestał mówić i znów się zamyślił.

– Może się napijemy? – zaproponował profesor, korzystając z przerwy.

– A pewnie, pewnie, nie pytaj, tylko lej – podchwycił Michał.

Profesor otworzył butelkę, wrzucił lód do szklanek i wlał whisky. Następnie sięgnął po półmisek z jakąś dziwną potrawą.

– Nie, nie!... Mnie tego nie dawaj! – zaprotestował Michał. – Na razie mi tego nie dawaj. Jak masz chęć, to jedz. Ja wolę się napić... A ty się nie krępuj, próbuj tych specjałów.

Powiedziawszy to, sięgnął po swoją whisky i natychmiast wypił spory łyk. Chciał odstawić szklankę, ale zmienił zamiar, przytknął ją ponownie do ust i przechylił jeszcze raz. W ten sposób połowa jej zawartości zniknęła w jego żołądku. Zrobił to wszystko tak szybko, że profesor pozostał w tyle. Kiedy Michał odstawiał już swoją whisky, profesor dopiero po nią sięgał.

– Ale się pośpieszyłeś – powiedział takim tonem, że trudno było rozpoznać, czy to przygana, czy podziw.

– Jak za dawnych lat. Nie pamiętasz, jak się piło czterdzieści lat temu? Ech! To były czasy. Człowiek miał wszystko przed sobą. A teraz? Teraz wszystko za sobą... No, nie wszystko. Jeszcze pół roku. Tak powiedział Takeshi Yasujiro. Pół roku, jak dobrze pójdzie... A ja do niedawna uważałem, że mam jeszcze ze dwadzieścia albo i trzydzieści lat.

– Musisz te pół roku dobrze wykorzystać.

– Tego nie da się dobrze wykorzystać. W życiu wszystko się planuje. A tu nie można nic planować, bo nikt nie da mi gwarancji, czy to rzeczywiście będzie pół roku i jaką część tego czasu będę zdolny do pracy. Jak widzisz, same niewiadome.

– Więc zakładaj, że to będzie dwa i pół roku, a nie pół – Michał chciał coś powiedzieć, lecz profesor nie dał sobie przerwać, mówiąc dalej. – I zmień samoocenę. Taki sposób dochodzenia do celu w historii świata przyjęły miliony innych, nie tylko ty... Oczywiście, jeśli zło jest powszechne, to z tego powodu nie staje się dobrem... Jednak ludzie już dawno zauważyli, że ta metoda to najskuteczniejszy sposób na pokonanie ludzkiej niechęci, biernego oporu, lenistwa, zawiści. Już w piętnastym wieku Nicollo Machiavelli twierdził, że cel uświęca środki. Uważał, że jeśli cel jest szlachetny, to usprawiedliwia nieetyczne metody, które stosujesz dla jego osiągnięcia...

Na chwilę przerwał i wypił łyk whisky. Michał milczał.

– Ja dodam od siebie, że zło, którym się posługujemy, nie może, ma się rozumieć, przekraczać jakichś rozsądnych granic. Rzecz jasna, nie można w ten sposób usprawiedliwiać na przykład Hitlera lub jemu podobnych, którzy po wszystkie czasy będą symbolami zła. Uważam, że ty tych granic absolutnie nie przekroczyłeś – ostatnie zdanie wypowiedział wolno i dobitnie, chcąc podkreślić jego wagę.

– Dziękuję ci za to, co mówisz... Dziękuję, że wlewasz we mnie otuchę. Dziękuję, że jesteś moim przyjacielem. Całe życie kręciło się wokół mnie mnóstwo ludzi, ale o nikim nie mogę powiedzieć tak jak o tobie, nawet o własnej żonie... – powiedział z goryczą w głosie i nagle zamilkł. W jego oczach pojawiły się łzy.

Profesor uznał, że jakiekolwiek zagadywanie w tym momencie byłoby niestosowne.

Obaj pewien czas milczeli.

– Uważam, że kontynuacja mojego dzieła nie ma sensu – Powiedział Michał po krótkiej przerwie. Teraz mówił wolniej, spokojniej, z większym namysłem. – Nie ma sensu dlatego, że to by już nie była taka praca jak dawniej, tylko nerwowa szarpanina, na którą nie mam już siły, zwłaszcza że byłaby ona ciągle przerywana pobytami w szpitalach, zabiegami i tak dalej... Nie, nie namawiaj mnie do tego. Przeżyć pół roku czy nawet rok to... Nie, mnie to nie urządza. Zwłaszcza z takim mieczem Damoklesa nad głową.

– Ja to rozumiem... Ale nic nie robić i czekać nie wiadomo na co? – powiedział profesor z pewną nutą zakłopotania.

– Nie mów tak, bo w moim przypadku to akurat dokładnie wiadomo, na co bym czekał.

– Przepraszam cię, głupio powiedziałem... Ale ty też nie bierz wszystkiego tak dosłownie.

– Nie biorę, nie, ale wszystko, co mi mówisz, już wcześniej przemyślałem... – powiedziawszy to, Michał zamilkł. Siedział chwilę bez ruchu. Następnie sięgnął po szklankę, w której lód dawno się roztopił i na jej dnie jedynie kołysała się niewielka ilość bladoherbacianego płynu. Wypił tę resztkę energicznym ruchem, jakby ze złością, i znów siedział w milczeniu.

Było widać, że o czymś myśli.

– Ja mam inny plan, ale nalej jeszcze, zanim ci go przedstawię – mówiąc to, wyciągnął do profesora dłoń z pustą szklanką.

Profesor wstał, szybko wypił resztkę swojego trunku, wziął od Michała jego szklankę i chciał nałożyć w nią lodu.

– Nie, nie! – zawołał Michał. – Jeśli chodzi o mnie, to ja wolę bez lodu.

– A, proszę pana bardzo... – powiedział profesor, udając uprzejmego kelnera – A wie pan? To ja też bez lodu – wlał alkohol do obu szklanek i usiadł z powrotem.

Michał siedział chwilę, zastanawiając się, jak zacząć. Trwało to dość długo, ale profesor go nie ponaglał.

– Na pewno wiesz o tym, że w dwudziestym wieku kilku bogatych ludzi, nieuleczalnie chorych, kazało się zamrozić, w nadziei, że w przyszłości medycyna będzie tak zaawansowana, że uda się ich odmrozić, ożywić i wyleczyć. Otóż ja też tak chcę – mimo woli powiedział to dość uroczystym tonem. – Dlatego nie chcę już tej sytuacji dłużej przeciągać... Boję się, że się pojawią następne przerzuty i w ten sposób zmaleją moje szanse.

Profesor milczał. Ten pomysł najwyraźniej go zaskoczył.

– Przecież to musi być jakaś szansa. Nie wiem jaka, ale jakaś jest – dodał Michał z nadzieją w głosie.

Profesor nadal milczał.

No, powiedz coś, profesorze – ponaglił go Michał po dość długiej przerwie.

– Tak, oczywiście, ja o tym dobrze wiem. To było gdzieś tak pod koniec dwudziestego wieku. I to nie kilku ich było, a chyba parę tysięcy. Przeznaczyli na to ogromne pieniądze...

– Chyba, do licha, moich pieniędzy wystarczy... – wtrącił Michał z lekkim oburzeniem.

– Och! W to nie wątpię... Tylko że minęło pewnie ze trzydzieści lat, a może i więcej, i ta ich szansa się nie poprawiła nawet odrobinę – nieśmiało wyjaśnił profesor.

– Ja rozumiem, ale skąd wiadomo, czy za trzysta, czy sześćset albo tysiąc lat ta szansa się nie pojawi? Czy nie rozumiesz, że łatwiej jest umierać, mając jakąś nadzieję?

– Może się pojawić. Nikt, oczywiście, nie może tego wykluczyć... Dlaczego nie... Wszystkie nauki się rozwijają... Tylko że przez tyle lat świat się bardzo zmieni. Ich pieniądze w tamtym świecie mogą nie przedstawiać żadnej wartości. Przyszłe pokolenia mogą w ogóle nie być zainteresowane ożywieniem ich. Mało tego, oni jako ludzie będą o setki lat zacofani. Zupełnie niedostosowani do życia w tamtym społeczeństwie. Będą zabytkami muzealnymi, w dodatku bardzo kłopotliwymi.

– Edwardzie, Edziu, ty mi ostatnią szansę chcesz zabrać? Czy wiesz, co to znaczy nie mieć nadziei?

– Wiem, ale muszę być w stosunku do ciebie uczciwy. Nie mogę inaczej... – starał się mówić przekonująco.

– No dobrze, jesteś uczciwy, ale, do diabła, przed chwilą powiedziałeś, że to jest jakaś szansa, ponieważ nauka się rozwija – w głosie Michała można było wyczuć ogromny żal.

Profesor siedział, nic nie mówiąc. Widać było, że ta chwila była dla niego również bardzo trudna.

– Dobrze, Michale, ja ci mogę dać sto razy większą szansę – chwilę się zastanowił i dodał: – Mówię uczciwie, według mojej oceny sto razy większą...

– Co ty masz na myśli? – Michał zapytał zaciekawiony.

– Przeszczepię ci mózg – powiedział spokojnie, powoli wymawiając każde słowo.

– Chyba zwariowałeś! Przecież ja mam zdrowy mózg! Kilka razy mi go badali, szukając przerzutów! Ostatni raz wczoraj... Nie, ja tego nie rozumiem...

– No właśnie. Dlatego, że jest zdrowy, trzeba go przeszczepić w zdrowe ciało.

– Nie rozumiem, po co mam komuś dawać swój mózg? Edziu, ja nie rozumiem, to jakaś surrealistyczna historia! – powiedział, łapiąc się za głowę.

– Michale, uspokój się. Nie proponuję ci, żebyś komuś dał swój mózg. Chodzi o to, żeby ktoś dał ci zdrowe ciało... Nie rozumiesz tego?

– Czekaj, czekaj, zaczynam rozumieć... – mówił coraz bardziej zdziwiony. – Mój mózg w innym ciele... Zamiast wymienić mi oba płuca, wątrobę i... kręgosłup... ale kręgosłupa nie da się wymienić... Edziu, ja to rozumiem, ale boję się o tym myśleć. Edziu! Mój mózg w nowym ciele! – Michał nawet nie próbował powstrzymywać zdziwienia pomieszanego ze zdenerwowaniem i ze wszystkimi innymi stanami emocjonalnymi. – I to się da zrobić?

– My to ćwiczymy. Na psach to się udaje. Znasz mojego Fido?

– No tak. Popisywałeś się kiedyś, że ma dopiero półtora roku i wszystko umie. Tak, pamiętam go.

– A wiesz, dlaczego wszystko umie? Bo ma wszczepiony mózg starego psa. Cała osobowość, wiedza, upodobania, doświadczenie, wszystko przechodzi z mózgiem dawcy...

– I ty robiłeś takie operacje? – zapytał poruszony.

– Nie sam. Przy tym pracuje kilkuosobowa ekipa. Cała klinika robi operacje rutynowe: serca, płuca, nerki i tak dalej, ale jest również ekipa, która zajmuje się badaniami i w ramach tych badań ćwiczy na zwierzętach takie operacje, których normalnie się nie robi.

– Coś podobnego... Nie wiedziałem o tym...

– Jak to nie wiedziałeś? Przecież sam kiedyś powiedziałeś, że te badania za dużo nas kosztują, i chciałeś tego zaniechać. W końcu jakoś cię przekonałem, a ty prosiłeś, żeby jeśli nie zaniechać, to przynajmniej ograniczyć... Dlatego robimy to na psach, a nie na małpach – w głosie profesora dało się zauważyć delikatną nutkę pretensji.

– Tak... To szkoda... Jak to wszystkiego nie da się przewidzieć... – powiedział to tak cicho, że można było odnieść wrażenie, że mówi sam do siebie. – Ale że przeszczepiasz mózgi, to o tym nie wiedziałem.

– Michał, wiedziałeś, przecież jako współwłaściciela kliniki informuję cię o wszystkim... Tylko ty się tym nie interesujesz.

– Tak, rzeczywiście, mówiłeś mi o tym, tylko ja jakoś nie przywiązywałem do tego takiej wagi.

– Nie gniewaj się, ale muszę ci to powiedzieć. Do tej pory interesowały cię tylko zyski i straty. Dawno ci to mówiłem, ale widać robiłem to zbyt delikatnie.

– Edziu, ja wiem, wiele rzeczy robiłem nie tak jak potrzeba i dobrze, że mi to powiedziałeś, bo zasłużyłem na to...

– Przepraszam cię, Michale, rzeczywiście niepotrzebnie cię teraz pouczam, przepraszam.

– A powiedz, jak dużo masz udanych przeszczepów mózgu?

– W ogóle siedem, w tym ostatnio trzy pod rząd.

– To i dużo, i mało... A ile z tych psów żyje?

– Pięć.

– Jak długo?

– Jeden żyje pięć lat i jest wszystko dobrze... Ale te ostatnio robione na pewno będą żyły dłużej.

– Powiedz... A gdybym ja teraz to sfinansował, to zrobiłbyś jedną operację na małpach i dopiero potem mnie...?

– Obawiam się, że za długo byś na to czekał, a tymczasem z tobą nie można zwlekać. Jeżeli się zdecydujesz, to już trzeba się do tego szykować... A tu problemy będą wielkie.

– Możesz mi to precyzyjniej przedstawić?

– Pierwszy problem to dawca. Trzeba znaleźć człowieka, który się nadaje, to znaczy: jest młody, zdrowy, spełnia pewne kryteria medyczne, od pewnego czasu pozostaje w stanie śmierci klinicznej i jest sztucznie utrzymywany przy życiu. Należy dogadać się z jego rodziną, żeby wyraziła zgodę na wykorzystanie jego ciała. Drugi problem jest psychologiczny: śmierć kliniczna, mówiąc rzecz jasna w olbrzymim uproszczeniu, to taki stan, w którym mózg jest już nieżywy, a ciało żyje dzięki aparaturze podtrzymującej życie. W takich przypadkach rodzina przeważnie ma nadzieję, że chory jednak się obudzi, więc pertraktacje mogą trwać nie wiadomo ile. Bez zgody rodziny masz związane ręce.

– A jeśli ktoś za życia się zgodzi? No wiesz, za pieniądze...

– Taką umowę chyba łatwo podpisać, ale podpiszesz i co dalej? Przecież możesz i kilkadziesiąt lat czekać, aż on umrze.

– To co? Nie ma sposobu?

– Drogą legalną nie.

– A nielegalną?

– Za duże pieniądze to chyba można jakoś coś załatwić. Na pewno są jacyś nienormalni, uciążliwi dla rodziny. Wiesz, są różne patologiczne rodziny, które chętnie za pieniądze pozbędą się brata czy syna. Wyrzucasz mu chory mózg, dajesz swój... Tylko ja nie mogę nic o tym wiedzieć...

– Rozumiem, jasne. Roman to wszystko załatwi – powiedział z radością. – On wszystko potrafi załatwić... Ale... czy mogę na ciebie liczyć?

– No, cóż. Wszystko, co mam, zawdzięczam tobie. Dzięki tobie jestem współwłaścicielem olbrzymiej, dobrze prosperującej kliniki. Poza tym byłoby to olbrzymie osiągnięcie naukowe...

– Profesorze, od jutra nie jesteś współwłaścicielem, ale właścicielem.

W oczach profesora pojawiło się coś trudnego do określenia.

***

Drzwi gabinetu prezesa Jurskiego uchyliły się i ukazała się zgrabna sylwetka sekretarki.

– Panie prezesie, jest już pan magister Dworak – zakomunikowała miłym głosem.

– Dobrze, proś, niech wchodzi.

Roman Dworak pracował dla prezesa od piętnastu lat. Miał ukończone studia prawnicze. Początkowo był szefem ochrony oraz człowiekiem do specjalnych poruczeń. Pan Jurski szybko dostrzegł w nim duże zdolności i niebywałą zręczność w załatwianiu różnych spraw, prędko więc awansował go na stanowisko Dyrektora do Spraw Organizacyjno-Prawnych.

Dyrektor Dworak wszedł do gabinetu prezesa, a ten gestem dłoni zaprosił go, by usiadł.

– Nie będę robić żadnych wstępów, ponieważ dobrze zna pan moją sytuację zdrowotną.

– Oczywiście... I od powrotu z Japonii łamię głowę, jak panu pomóc, panie prezesie – odrzekł usłużnie.

– Możesz mi pomóc, Romanie. Borek wymyślił sposób. Jest on trudny do zrealizowania, ale znając twoje wybitne zdolności organizatorskie, jestem pewny, że dasz sobie radę – mówiąc to, przycisnął przycisk przywołujący sekretarkę, która natychmiast ukazała się w drzwiach. – Kawa? Herbata? – zwrócił się do Romana.

– Kaawa – powiedział trochę przeciągle.

– Daj nam dwie kawy, Halinko – powiedział prezes do sekretarki i równocześnie spojrzał w kąt gabinetu, gdzie stał mały barek na kółkach i trzy fotele. – Przenieśmy się tam – dodał, wstając.

Przeszli do barku i usiedli. Prezes wyjął dwa kieliszki i butelkę brandy. Napełnił kieliszki ciemnozłotym płynem i powiedział:

– Powiem krótko. Biorąc pod uwagę możliwości oficjalnej medycyny, jestem skazany na śmierć. Profesor Borek widzi jednak szansę ratunku. Trzeba jednak do tego wykorzystać metody niedopuszczalne z prawnego punktu widzenia.

Po tym lakonicznym wstępie przedstawił Romanowi szczegółowo cały projekt.

– Szefie, to jest genialne! – zawołał Dworak, wysłuchawszy wszystkiego. – Wymaga to jedynie równie genialnego wykonania, ale to jest do zrobienia... Trzeba szybko dokładnie opracować wszystkie szczegóły i przystąpić do realizacji... Ja nie widzę przeszkód... – starał się mówić barwnie i żywo gestykulował.

– Ale musi pan mieć ludzi, którym można zaufać – wtrącił pan Jurski.

– Cha, cha. Pamięta pan, jak parę lat temu uparłem się, żeby zorganizować grupę do zadań specjalnych? – zapytał, ale było to pytanie retoryczne, ponieważ nie czekając na odpowiedź, mówił dalej: – Pan był wtedy przeciwny. Mówił pan, że to będzie grupa darmozjadów, ale jakoś dał się pan namówić i grupa powstała... Właściwie nie grupa, a grupka, cztery osoby...

– Ale, jako żywo, czy oni mają jakieś zasługi dla firmy? – zapytał pan Jurski, przerywając oratorskie wystąpienie Dworaka.

– Aaa! Pewnie. Pamięta pan, jak pana szantażował ten, no, jak mu tam... Eeee... Górnicki. No, już myślałem, że sobie nie przypomnę. To przecież oni załatwili, żeby się go pozbyć... Albo jak pan pod Begorką chciał kupić te osiemdziesiąt hektarów, żeby magazyny budować, wtedy ten burmistrz panu utrudniał sprawę... To przecież oni przekonali go, że nie warto panu przeszkadzać... Albo jak ta dziennikarka się do pana przypięła i zaczęła mącić...

– Już dobrze, Romanie, już mnie pan przekonał. Szkoda czasu. Lepiej niech pan powie, kiedy przedstawi mi pan konkretne propozycje.

– Hm. Trzeba szybko. Do pojutrza dokładnie wszystko przemyślę i przyjdę przedstawić w miarę szczegółowy plan... Tylko jeszcze bez nazwiska dawcy...

– Nazwiska ja w ogóle nie chcę słyszeć! – szef przerwał mu dość energicznie.

– No tak, słusznie. Jasne.

***

W ustalonym terminie Roman Dworak zameldował się w sekretariacie i za chwilę został poproszony do szefa.

– Co pan powie ciekawego? – zapytał prezes, witając się z dyrektorem.

– Powiem od razu tak. Chcę załatwić sprawę kompleksowo. Tak, żeby od początku do końca wszystko było przemyślane. Żeby później nie było żadnych niespodzianek... Jest taki problem: Zastanawiałem się jak to będzie po operacji. Pana już nie będzie. Żeby nikt nie pytał, musi pan oficjalnie wszystkim ogłosić, że chce pan trochę pożyć na luzie, z dala od kłopotów dnia codziennego, i że wyjeżdża pan gdzieś daleko – na przykład do Kolumbii czy do Australii albo do Chin. Osobiście byłbym za Chinami. W rzeczywistości stanie się pan powiedzmy panem X. Jako pan X chce pan tu żyć, mieszkać, kierować swoimi przedsiębiorstwami i dysponować swoimi pieniędzmi. Uważam, że jest tylko jeden legalny sposób, aby móc w nowym wcieleniu tym wszystkim dysponować. Trzeba szybko wytypować kandydata na pana X, sporządzić akt notarialny i wszystko mu przekazać. Myślę, że będzie pan chciał jakąś część dóbr zapisać najbliższej rodzinie i przyjaciołom. Trzeba ich ująć w oddzielnym akcie. Panu X należy to zapisać tak, żeby on to podpisał, ale żeby o tym nie wiedział. Jeżeli zrobi to świadomie, to istnieje ryzyko, że w pewnym momencie uzmysłowi sobie, że stał się właścicielem ogromnej fortuny, i może przestać z nami współpracować i narobi nam kłopotu. Wtedy musiałby pan unieważniać zapis, jeszcze raz szukać nowego pana X i tak dalej, a czasu mamy mało.

– Aleś nawywijał, Dworak. Nie tak sobie to wyobrażałem, ale mów, mów dalej – wtrącił szef. – Muszę przyznać, że to jest logiczne...

– Właściwie to już prawie koniec. Mogę dodać, że plan zakłada wyszukanie kilku kandydatów. Klinika profesora musi ich zbadać i wyselekcjonować najodpowiedniejszego. To wszystko proste... Jest tylko taka sprawa, że będzie dużo wydatków, takich, za które nie będzie żadnych pokwitowań ani rachunków. Jaka to będzie kwota, tego jeszcze nie wiem, ale w najbliższym czasie przedstawię orientacyjny koszt.

– Ty wiesz, Dworak, że cały ten scenariusz brzmi jak wytwór czyjejś chorej wyobraźni?

– Wiem i uważam, że to dobrze.

– Dlaczego?

– Dlatego, że tu wchodzi w grę duże przestępstwo, więc im bardziej będzie to nieprawdopodobne, tym mniejsza szansa wykrycia. Z zewnątrz wszystko musi wyglądać dobrze: pan X był i jest. Będzie na pewno wzywany na przesłuchania, bo pana rodzina z pewnością zaniepokoi się pańskim dziwnym wyjazdem i tą ogromną darowizną. Będą pana szukać, ale przecież nikomu nie przyjdzie do głowy, że pan X to właśnie pan... – Dworak przerwał, uśmiechnął się i z zadowoleniem dodał: – Chyba żeby pan zeznawał przeciwko sobie.

– Przyznaję, że to niegłupie. Nie brałem tylko pod uwagę, że będę musiał wszystko na niego przepisać, ale właściwie to przepisuję na siebie. Innego wyjścia nie ma, bo przecież i tak wszystko stawiam na jedną kartę... – przerwał i się zamyślił. – Ale nie wyobrażam sobie, jak pan chce to zrobić, żeby on podpisał akt darowizny, nie wiedząc, co podpisuje.

– Panie prezesie, proszę się nie martwić, dzisiejsza wiedza pozwala tak manipulować ludźmi, że nie widzę żadnego problemu.

– Dobrze, więc zadzwonię do Arnolda i wstępnie się z nim umówię na spisanie tego aktu...

– Nie, nie. Lepiej, żeby to nie był pan mecenas Blumsztajn.

– Dlaczego? Przecież to mój doskonały znajomy...

– Właśnie dlatego. Lepiej, żeby to był ktoś obcy, panie prezesie. Budzi mniej podejrzeń... Poza tym gdyby coś nie wyszło, wtedy pan mecenas Blumsztajn może nas bronić.

– Dobrze. Niech tak będzie... Ty, Dworak, jednak jesteś nie z tej ziemi cwaniakiem.

***

Julian Podhorecki studiował na trzecim roku Wydziału Zarządzania i Marketingu na Uniwersytecie w Łodzi. Mieszkał z rodzicami. W wolnych chwilach dorabiał jako statysta w Wytwórni Filmowej. Był przystojnym ciemnowłosym mężczyzną o sylwetce sportowca. Gdy pewnego dnia wracał do domu po zakończeniu zdjęć, podszedł do niego zarośnięty mężczyzna ze wspaniałą propozycją:

– Czy chciałby pan wziąć udział w próbnych zdjęciach, które wyłonią kandydata do zagrania roli w filmie znanego reżysera?

– Czemu nie? – odparł bez namysłu. – Zawsze warto spróbować.

– I ja tak uważam. Bądź co bądź, to dla pana spora szansa, bo to jedna z ważniejszych ról. Jest tylko mały problem: Reżyser lubi mieć pewność, że osoby, z którymi pracuje na planie, nie będą chorować podczas kręcenia, bo to by opóźniało całą robotę...

– Wiem, przecież nikt nie chce zatrudniać chorych – wtrącił Julian.

– Niech się pan nie dziwi. Szef kiedyś zatrudnił aktorkę, super dziewczynę. Przez dwa dni szło wszystko doskonale, a trzeciego dnia okazało się, że to narkomanka... Wie pan, ile było z nią problemów? Kontrakt był podpisany, a tymczasem...

– Wiem, rozumiem... Jak mam udowodnić, że ze mną wszystko w porządku?

– No, wie pan... Musi się pan poddać badaniom, ale to nic takiego... Jeden dzień... Co ja gadam... Godzina, może trochę więcej. Dam panu adres polikliniki, z którą mamy podpisaną umowę. Tam się pan zgłosi i oni to błyskawicznie załatwią. Oczywiście, na nasz koszt...

– Dobrze, dobrze. Ja przecież rozumiem... Ale proszę pana. Jaki to film? – zapytał nieśmiało.

– Aa! Jasne. Boisz się, że to pornografia?... Nie, to jest normalny film fabularny. Broń Boże nie żadna pornografia – skwapliwie zapewnił rozmówca. – Więc jak?

– W porządku. Gdzie i kiedy mam iść na te badania?

– A czy odpowiadałoby ci pojutrze rano?

– Jestem w stanie się do pana dostosować – odparł, mimo że mu to nie pasowało.

– Doskonale, ale mów do mnie Adam – powiedział, wyciągając do niego rękę.

Wyjął portfel, wyszukał w nim wizytówkę polikliniki, na odwrocie napisał numer swojego telefonu i wręczył ją Julianowi, mówiąc:

– Z tyłu napisałem ci mój numer i poprosiłbym o twój.

Julian podyktował mu swój numer, który Adam zapisał na specjalnym kartoniku.

Rozstali się, zapewniwszy się wzajemnie, że ponowne spotkanie nastąpi niezwłocznie po uzyskaniu wyników badań.

Julian postanowił na wszelki wypadek nikomu w domu ani w dalszym otoczeniu nic na ten temat nie mówić, ponieważ wciąż nie dowierzał, że coś z tego wyjdzie, tym bardziej że zdawał sobie sprawę, iż ma u wszystkich opinię fantasty i marzyciela.

***

Do znanej kancelarii adwokackiej zadzwonił sekretarz pana Michała Jurskiego z prośbą o umówienie spotkania z właścicielem kancelarii.

– Bardzo proszę. Za tydzień może być? – zapytała grzecznie recepcjonistka.

– Nie, pan doktor Jurski absolutnie nie może tyle czekać – grzecznie odpowiedział sekretarz. – Najpóźniej pojutrze.

– Rozumiem. W takim razie dziś przekażę sprawę panu mecenasowi i natychmiast po rozmowie do pana zadzwonię. Przepraszam, że nie mogę zrobić tego w tej chwili, ale pan mecenas jest chwilowo poza kancelarią – w jej głosie wyczuwało się lekkie napięcie, ponieważ najwyraźniej zdała sobie sprawę, że potraktowania pana doktora Jurskiego jak zwykłego klienta jej przełożony na pewno nie pochwali, jeżeli się o tym dowie.

Za niespełna godzinę zadzwonił sam właściciel kancelarii:

– Co mogę zrobić dla tak wielkiego koncernu? – zapytał z radosnym uniesieniem.

– Mamy bardzo nietypową sprawę. Pan prezes Michał Jurski zamierza przekazać znaczną część swojego majątku człowiekowi, który będzie od tej chwili wszystkim zarządzał.

– Rozumiem, jesteśmy do usług.

– Ale to nie wszystko. Pan prezes chciałby, żeby to się odbyło na dużej sali z obecnością ekipy filmowej... Po prostu pan prezes chce mieć pamiątkowy film z tej uroczystości.

– Rozumiem, rozumiem. Możemy to załatwić.

– Nie, nie. My to załatwimy. Wynajmiemy salę i ekipę... Panu prezesowi nie chodzi o nagranie typowego dokumentu... Pan prezes chciałby, żeby to było tak trochę podfabularyzowane.

– A, jasne, nie ma problemu. Mnie się podoba taki pomysł. Grunt to fantazja... To co? Spotkamy się w tej sprawie?

– Oczywiście, i to jak najszybciej.

***

Po kilku dniach Adam zadzwonił do Juliana z informacją, że dostał już z polikliniki wyniki badań, z których wynika, iż nie ma medycznych przeciwwskazań do wystąpienia w filmie.

– Pewnie. Ani przez chwilę w to nie wątpiłem – odpowiedział z radością. – Gorzej może być z castingiem.

– Myślę, że masz sporą szansę, ponieważ jeden z asystentów reżysera widział cię kiedyś na jakichś nagraniach i później podsunął szefowi pomysł, żeby cię obejrzał.

– Super! Cieszę się. Może mi się powiedzie.

– Też mam taką nadzieję. Musimy się teraz umówić na próbne zdjęcia.

– No to się umawiajmy.

– Dziś mamy poniedziałek. Myślę, że możemy na następny poniedziałek. Pasuje ci?

– Pewnie!

– Tylko zastrzegam, że ten termin to tak na dziewięćdziesiąt procent. Potwierdzę go pod koniec tygodnia. Może tak być?

– Jasna sprawa!

Za cztery dni Adam potwierdził wstępnie umówiony termin i ustalili, że spotkają się rano pod szkołą, skąd zabierze go samochodem. Równocześnie poprosił, żeby miał ze sobą dowód osobisty, ponieważ będą potrzebne jego personalia.

W poniedziałek rano pod uczelnią stał zielony samochód, a w nim czekał na Juliana znajomy mężczyzna, który przed paroma dniami przedstawił się jako Adam.

Za parę minut nadszedł Julian i wsiadł do auta. Po przywitaniu Adam zaproponował wypicie kawy:

– Wiesz, mamy ponad godzinę czasu. Ja specjalnie umówiłem się z tobą tyle wcześniej, ponieważ chcę ci w spokojnym miejscu udzielić kilku wskazówek.

– Super.

Od razu ruszyli. Adam szybko jechał wąskimi, krętymi uliczkami. Po paru minutach zatrzymali się pod jakimś barkiem, w którym Julian nigdy nie był. Zaparkowali pojazd i weszli do środka. Mały lokalik był urządzony w piwnicy, do której prowadziły kręte schody. Wewnątrz wyglądał dość schludnie. W samym środku salki znajdował się gruby filar podpierający strop, co sprawiało, że można było się tam czuć jak we wnętrzu jakiegoś zamku.

– Siadaj, a ja coś przyniosę, ponieważ tu jest samoobsługa – powiedział Adam i natychmiast odszedł, znikając za filarem, za którym stał niewielki bufet.

Za chwilę wrócił z dwiema filiżankami kawy, niesionymi bardzo nieudolnie. Postawił je na stole. Przy tej czynności odrobina brązowego płynu ulała się na spodeczek, ale nawet nie zwrócił na to uwagi.

– Uff – stęknął, jakby właśnie wykonał jakąś bardzo wyczerpującą czynność.

Chwilę siedział bez ruchu, niby odpoczywając.

– Zdjęcia będą kręcone w wynajętej sali w domu kultury – powiedział po dłuższym namyśle. – Na ogół parę dni wcześniej dajemy rolę do nauczenia. Dziś reżyser postanowił zrobić inaczej. To będzie typowa improwizacja. Musisz sobie wyobrazić, że jesteś biednym młodym mężczyzną i spotkało cię wielkie szczęście, mianowicie najbogatszy człowiek w Polsce postanowił zapisać ci cały majątek. Plan jest ustawiony w domu kultury. Będzie tam dwóch aktorów, jeden zagra rolę najbogatszego człowieka, drugi rolę notariusza, no i sekretarka... Tylko proszę, nie podrywaj jej, bo reżyser tego nie lubi – przestrzegł Adam.

– Rozumiem, ale co ja mam robić, jak się zachowywać?

– Reżyserowi chodzi o to, żeby zobaczyć, jak się prezentujesz na planie, jakie jest brzmienie twojego głosu, jak się poruszasz i w ogóle jak się zachowujesz i jak sobie z tym radzisz bez przygotowania... Możesz mówić i robić, co chcesz. Byle to miało związek z sytuacją. Moja rada jest taka: zachowywać się naturalnie. Wyobrazić sobie, że to się dzieje naprawdę, żeby to było wiarygodne, bez przesadnej gry. Rozumiemy się? I jeszcze jedno. Ja nie mogę zdradzać tytułu filmu, ale bierz pod uwagę, że jesteś przymierzany do jednej z ważniejszych ról, więc traktuj to poważnie.

– Oczywiście – zapewnił go Julian.

– Masz tremę?

– Mam... jak nie wiem co... – szczerze odpowiedział.

– To może dla rozluźnienia opowiedz mi coś o sobie: gdzie mieszkasz, jaką masz rodzinę, co byś chciał w przyszłości robić?

– Wiesz, to taka normalna, zwykła rodzina – zaczął niepewnie – Ojciec jest motorniczym w tramwajach, a mama księgową w fabryce... Całkiem przeciętna rodzina, ale najważniejsze, że się kochamy, szanujemy i dobrze nam razem... A, i mam jeszcze młodszą siostrę, Ankę, chodzi do liceum... No proszę, przez tę tremę bym o swojej siostrze zapomniał – widać było, że się denerwuje. – Siostra jest zdolna, dobrze się uczy... – przerwał, zastanawiając się, co by tu jeszcze powiedzieć. – I jest bardzo pracowita. Dużo się uczy, a jak ma trochę więcej czasu, to pomaga w domu. W ogóle dużo siedzi w domu... To taka typowa domatorka. Ma właściwie tylko jedną koleżankę, Małgośkę. Ona jest dwa lata starsza od Anki. W tamtym roku zdała maturę i nie dostała się na studia, więc pracuje w szpitalu. Zdawała na medycynę, a tam przecież bardzo dużo kandydatów na jedno miejsce i trudno się dostać... Małgośka jest piękna... – mówił dosyć chaotycznie. Najwyraźniej trema rzeczywiście mu przeszkadzała

– Na medycynę, mówisz... Dlaczego akurat tam? Tam nie wykorzysta urody.

– Jej mama jest lekarką, więc chyba ze względu na to...

– A ojciec?

– Ona nie ma ojca, są same... Znaczy razem... O! Wiesz, pokażę ci jej zdjęcie.

Wyjął z kieszeni portfel, chwilę w nim pogrzebał i wyjął trochę podniszczoną fotografię.

– Hu! hu! Rzeczywiście piękna – stwierdził Adam, patrząc na zdjęcie. – Tylko pozazdrościć takiej dziewczyny... Jednym słowem: dzięki siostrze masz dziewczynę, i to nie byle jaką.

– To jest... – Julian zaczął mówić, lecz przerwał.

– Co jest?

– No, nie wypada się chwalić...

– Mów śmiało, jak nie będziesz się chwalić, to do niczego w życiu nie dojdziesz – zachęcił Adam. – Tacy, którzy czekają, aż inni sami dostrzegą ich zalety i należycie ich docenią, przeważnie niewiele w życiu osiągają... Zawsze zdystansują ich ci, którzy potrafią robić wiele szumu wokół siebie. Zauważ, ile sukcesów odnoszą ci, którzy bardziej stawiają na reklamę.

– Tak mówią, ale ja tak nie potrafię – powiedział niepewnie. – Mnie uczono inaczej, że trzeba być skromnym... Pamiętam, dziadek kiedyś czytał mi jakąś starą książeczkę z wierszami dla dzieci i nauczył mnie wierszyka pod tytułem Samochwała...

– Uważam, że na pewno ci nie zaszkodzi, jak od czasu do czasu zrobisz wyjątek od tej utopijnej reguły.

– Dobrze, więc chciałem się pochwalić, że Małgorzata to moja dziewczyna...

– Cha! Cha! Skoro nosisz jej zdjęcie, to i tak wiadomo – zauważył Adam.

– Cha! Cha! Ale numer – zaśmiał się Julian. – Ale wiesz? Trochę mi minęła ta trema. Wreszcie czuję się trochę rozluźniony.

– No widzisz. To porozmawiajmy jeszcze. Powiedz, co lubisz robić w wolnym czasie.

– Grywam w ping-ponga... To doskonała gra. Wyrabia zręczność, refleks. Nawet lubię ten dźwięk: pyk, pyk, pyk, pyk, pyk. Lubię też patrzeć, jak inni grają. Lubię też w czasie czyjejś gry zamknąć oczy i słuchać tego pykania. Słuchając, wyobrażam sobie, jak przebiega gra. Dla mnie ta gra to muzyka... Często grywam z moją Małgośką. Ona też to lubi. Ma nawet w domu stół do gry... Ale może teraz ty trochę pogadaj.

– Dobrze, ale powiedz jeszcze tylko, co właściwie studiujesz...

– Zarządzanie i finanse, ale opowiedz mi, jak tam będzie. Tam, gdzie jedziemy... A w ogóle to gdzie ten dom kultury? Cha! Cha! Cha! – mówił coraz bardziej chaotycznie i głośno się śmiał.

– Nie wiesz, gdzie jest dzielnicowy dom kultury?

– Nie. Właśnie usiłuję sobie przypomnieć, ale chyba nie wiem.

– Ja ci nie wytłumaczę, bo nie wiem, jak się ta ulica nazywa. Po prostu byłem tam parę razy i wiem, jak tam trafić, ale jaki tam jest adres, naprawdę nie wiem. Jak dojedziemy, to się dowiesz.

– A jak tam będzie? Cha! Cha! Powiedz mi, jak tam będzie... – zaczął się zachowywać nienaturalnie.

– Normalnie. Kamera, reżyser, parę reflektorów, parę osób obsługi. I to wszystko. Ważne, żebyś wypadł naturalnie, bez wysilania się na przesadne aktorstwo.

– Cha! Cha! Cha! Przesadne aktorstwo! – Julian powiedział to na tyle głośno, że zza filara wyjrzała bufetowa.

– Zachowuj się ciszej. Zobacz, aż ta pani się tobą interesuje – powiedział Adam, równocześnie unosząc się trochę z krzesła.

– Ojej! – wykrzyknął Julian i wykręcił się do tyłu, chcąc zobaczyć bufetową.

Adam w tym momencie machnął ręką i wywrócił filiżankę Juliana, w której było jeszcze sporo kawy.

– Ach! – zawołał. – Przepraszam cię bardzo. Wywróciłem twoją kawę. Co za fajtłapa ze mnie. Naprawdę, przepraszam cię najmocniej.

Poderwał się z miejsca i zrobił parę kroków w stronę bufetu.

– Strasznie panią przepraszam, ale rozlałem kawę – powiedział do bufetowej, robiąc skruszoną minę.

– Nic się nie stało. Nawet filiżanka nie pękła – powiedziała bufetowa, idąc w ich kierunku.

– To moja wina, bo zamiast pić, to gadałem! – zawołał Julian, bijąc się demonstracyjnie pięścią w piersi. – Widzi pani, kolega swoją kawę wypił, to u niego nie było co rozlewać.

– Naprawdę, panowie, nic się nie stało, ja zaraz mogę nalać drugą...

– Nie, nie, dziękujemy, bo my i tak musimy już iść – zakomunikował Adam.

– Szkoda, zapraszam na przyszłość – powiedziała, robiąc porządek na stole.

– Przyjdziemy oczywiście, przyjdziemy! – zapewnił Julian, gdy już wychodzili.

– Jak ty się zachowujesz!? Jak masz się tam tak zachowywać, to lepiej w ogóle nie iść! – skarcił go Adam podniesionym głosem, gdy już byli na ulicy.

– Bardzo cię przepraszam. To chyba przez to napięcie... Jak ono mi ustąpiło, to jakby trochę mi odbiło w drugą stronę... Ja cię przepraszam. To już się nie powtórzy...

– Przepraszaj sam siebie. Jak położysz sprawę, to miej pretensję do siebie, głupcze jeden! Zaczynam żałować, że marnuję z tobą czas.

– Adam, naprawdę cię przepraszam. Nie wiem, co mi do głowy strzeliło. Ja już będę uważać, będę się kontrolować.

– To pamiętaj.

Zaparkowali przy budynku i weszli do środka. Wszystko było gotowe. Część reflektorów już się paliła. Na środku dużej sali stało biurko, za nim siedział aktor. Łatwo można było się domyślić, że to ma być notariusz, ponieważ przeglądał jakieś papiery. Przed biurkiem stały dwa puste fotele. Wokół krzątało się parę osób stanowiących obsługę planu. Kamerzysta patrzył w kamerę. Młody reżyser, jak to na planie, rządził wszystkimi.

– A, jesteście – ucieszył się, widząc wchodzącego Adama i Juliana. – Prezes spóźni się parę minut. Przed chwilą dzwonił, że utknął w korku.

Rzeczywiście, po paru minutach za oknem ukazała się granatowa limuzyna, z której wysiadł starszy mężczyzna i wolnym krokiem szedł w kierunku wejścia. Przekroczył próg i nie zatrzymując się, podążał w stronę stołu.

– Nie! Nie! Nie tak! – zawołał reżyser. – Proszę wyjść na zewnątrz i wejść jeszcze raz, zaraz po wejściu zatrzymuje się pan i wzrokiem gospodarza rozgląda się pan dookoła, w tym momencie młody człowiek podbiega do pana i się z panem wita. Następnie idziecie w kierunku stolika, witacie się z notariuszem, siadacie i rozpoczyna się procedura.

Wznowiono nagrywanie. Zgodnie z wytycznymi reżysera Julian podbiegł do prezesa, ukłonił się z szacunkiem, ale bez zbytniego uniżenia, i z lekkim uśmiechem powiedział:

– Dzień dobry, panie prezesie. Ze skruchą muszę przyznać, że do ostatniej chwili nie wierzyłem, że pan przyjedzie i że to się dzieje naprawdę – powiedział spokojnie.

– Zapamiętaj, młody człowieku, żebyś w przyszłości nigdy nie wątpił w to, co do ciebie mówię – powiedział prezes i wyciągnął do niego dłoń.

W tym momencie reżyser zaczął machać ręką, żeby szli w kierunku stolika, ale okazało się to zbędne, ponieważ sami ruszyli.

Julian uważnie obserwował zachowanie partnera i reżysera, żeby móc na bieżąco dostosowywać się do sytuacji.

Gdy byli w połowie drogi, notariusz wstał. Doszli do stolika, zatrzymali się i stanęli twarzą w twarz. Julian rozumiał, że nie może się z niczym wyrywać. Był tak podniecony, że aż szumiało mu w głowie, ale nie odczuwał tremy. Przeciwnie, był jakoś dziwnie pewny siebie i radosny. Postanowił, że musi to zadanie wykonać dobrze, po prostu dobrze. Kamera była tak ustawiona, że prezesa i notariusza pokazywała prawie z przodu, jego zaś prawie od tyłu. Ułatwiało to Julianowi sprawę, ponieważ nie musiał pilnować swojej mimiki. Przemknęło mu przez myśl, że w tej sytuacji wystarczy koncentrować się jedynie na tym, co mówi.

Gdy o tym pomyślał, prezes zaczął się witać z notariuszem. Coś do niego powiedział, ale Julian nie zrozumiał co. Odruchowo i on przywitał się z notariuszem. Prezes nadal stojąc, zaczął mówić, ale nie do niego, lecz do kamery.

Julian uświadomił sobie, że i on będzie musiał coś powiedzieć, a to, co powie, powinno nawiązywać do wypowiedzi prezesa. Niestety, to, co mówił prezes, było jakieś niezrozumiałe i odległe. Stał nieruchomo, uśmiechał się i słuchał.

Zrozumiał tylko, że prezes przez całe życie zastanawiał się, czy znajdzie kogoś, komu będzie mógł wszystko przekazać, kogoś, kto będzie potrafił dalej poprowadzić jego dzieło... I oto szczęście mu dopisało. Oto u schyłku życia stoi przed nim młody człowiek, sprawdzony, uczciwy i zdolny, któremu bez żadnych obaw może wszystko powierzyć.

Prezes mówił dużo więcej, ale Julianowi udało się wyłuskać z tych słów jedynie kwintesencję. Teraz on musi odpowiedzieć mądrze, kwieciście i przekonująco... I w tym momencie stał się cud. Przyszły mu na myśl słowa, które wydały mu się nie tylko odpowiednie, ale także ładne. Takie, których się nie spodziewał ani nie planował.

Zaczął mówić:

– Historie ludzi obfitują w spotkania i rozstania. Lecz los jest ślepy i z tego powodu z większości spotkań nic nie wynika, a jeśli nawet, to częściej zło, podstęp i nienawiść. Nieraz idąc ulicą, zastanawiałem się, jacy są ludzie, których mijam. Niestety, nasz umysł nie potrafi przeniknąć tajemnicy drugiego człowieka. To dobrze, tak musi być... Uczył mnie kiedyś stary, dobry i mądry nauczyciel, że kiedy spotyka się dwoje ludzi, którzy mają ten sam szlachetny cel, w niebie rozbrzmiewają fanfary. Ja myślę, że kiedy miałem szczęście spotkać pana prezesa, zagrały fanfary, dlatego błagam opatrzność, aby dodała mi mądrości i sił, żebym mógł sprostać zadaniu i nigdy nie zawieść pana prezesa. Wiem, że jestem młody i niedoświadczony, ale życie zdążyło mnie już nauczyć jednej, jak myślę, ważnej rzeczy: pracy nad sobą.

Julian wypowiadał te słowa, patrząc w oczy prezesowi.

Za chwilę zabrał głos notariusz. Ktoś poprosił ich, żeby usiedli. W tym samym momencie myśli Juliana wyswobodziły się spod władzy jego umysłu i poszybowały gdzieś w nieznane rejony. Julian siedział naprzeciwko prezesa, ale nie wiedział, co się wokół dzieje. Ktoś wziął od niego dokumenty, później kazano mu coś podpisać.

Wreszcie dotarło do niego, że to już koniec. Ucieszył się. Filmowcy, zajęci ładowaniem swojego sprzętu do samochodu, nie zwracali na niego uwagi. Aktora grającego prezesa już nie było. Aktor grający notariusza podszedł do niego i składał mu gratulacje.

– Nie jestem pewien, czy dobrze wypadłem... – odrzekł Julian.

– Widać było, że jest pan trochę stremowany, ale moim zdaniem wszystko wypadło bardzo dobrze – pocieszył go.

– Myśli pan? – zapytał Julian. – Ale... – chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz właśnie podszedł do nich Adam i powiedział, że mogą już wracać.

Powiedzieli wszystkim „Do widzenia” i wyszli.

Było już południe.

– Gdzie cię zawieźć? – zapytał Adam, gdy podeszli do samochodu.

– Najlepiej pod szkołę, tam gdzie się spotkaliśmy.

– Widzę, że stres cię wykończył – zauważył Adam, kiedy odjeżdżali spod budynku.

– Okropnie, aż mam luki w pamięci.

– Tak? Ale poszło chyba dobrze. Przynajmniej ja mam takie wrażenie... To nie znaczy, że i reżyser musi tak uważać.

Adam rozmawiał z nim innym tonem niż rano. Robił wrażenie trochę zakłopotanego.

– A kiedy będzie wiadomo?

– Nie wiem. Reżyser wyjechał. Będzie w przyszłym tygodniu.

– Tak od razu? Prosto z planu?

– Nie, ten to nie reżyser. To jego zastępca. On tylko nagrywa, a nie ocenia. Tamten po powrocie obejrzy i oceni. Wtedy zadzwonię do ciebie i wszystko ci powiem.

***

Prezes Jurski wszedł do swojego sekretariatu, w którym pracowały trzy osoby: sekretarz prasowy, sekretarz do spraw kontaktów i Halinka, bardzo pracowita i zdolna młoda osoba, prowadząca wszystkie sprawy bieżące.

Powiedział zdawkowe „Dzień dobry”, przeszedł przez sekretariat i wszedł do swojego gabinetu, w którym przepracował ostatnie czternaście lat.

Rozejrzał się dokoła i usiadł za biurkiem. Chwilę posiedział, zajrzał do szuflad, w jednej trochę pogrzebał i patrząc w okno, cicho powiedział:

– Nie ma co przeciągać.

Sięgnął po telefon i zadzwonił po Halinkę. Gdy weszła, kazał jej usiąść, uśmiechnął się najpogodniej, jak umiał, po czym powiedział cichym głosem:

– Jutro wyjeżdżam na bardzo długo. Chcę ci, Halinko, podziękować za tych parę lat pracy. Niestety, mój następca jest teraz nieobecny, więc nie mogę go tu wprowadzić. To młody człowiek, Julian Podhorecki. Za kilka tygodni sam się tu do ciebie zgłosi i proszę cię, żebyś traktowała go jak swojego szefa.

Halinka była tak zaskoczona tą nagłą informacją, że nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Zdobyła się jedynie na krótkie zdanie:

– Może pan prezes na mnie liczyć...

– Zawsze na ciebie liczyłem i nigdy się nie zawiodłem, dlatego daję ci w nagrodę czek na trzy tysiące euro. Kup sobie jakiś drobiazg na pamiątkę.

Powiedziawszy to, wstał, wsunął w dłoń zaskoczonej dziewczyny czek i bez słowa wyszedł i pojechał wprost do swojej rezydencji.

Był niebywale zmęczony. Bardzo bolał go zaatakowany przez chorobę kręgosłup i spuchnięta do ogromnych rozmiarów wątroba. Kierowca powoli przejechał przez szeroko rozwartą bramę. Tuż za bramą stary ogrodnik sadził jakieś krzewy. Jeszcze pół roku temu Jurski z pewnością zainteresowałby się tym. Kazałby kierowcy zatrzymać samochód, zapytałby ogrodnika o nazwę roślin, chwilę by porozmawiał, zganiłby za jakieś niedociągnięcia – tego wymagała pozycja gospodarza. Dziś było inaczej. Zgnębiony, zniewolony przez chorobę, nie miał ochoty na takie manifestowanie swojej władzy. Chciał tylko jednego: pozałatwiać wszystkie swoje sprawy i wyjechać do Kolumbii. Spojrzał do tyłu na zamykającą się za nimi bramę. Patrzył inaczej niż dawniej. Dziś ta zamykająca się brama była czymś więcej niż dawniej, dziś ten obraz miał dla niego znaczenie symboliczne.

Podjechali pod główny pałac, wybudowany dwadzieścia lat temu, będący przedmiotem dumy prezesa, obiektem chętnie pokazywanym rozmaitym swoim gościom. Oprowadzał ich niczym kustosz po muzeum. Otwierał rozmaite drzwi, wchodził parę kroków do pomieszczenia i informował zwiedzających: „To jest kuchnia” albo: „To jest stołówka dla służby”. Spożywający posiłek po wyjściu szefa komentowali: „Pokazuje nas jak zwierzęta w ZOO”.

Wysiadł z samochodu, odprawił kierowcę i wszedł do holu. Czekała go rozmowa z żoną, synem i Anną. Anna Radwan była jego cioteczną siostrą, najważniejszą osobą w pałacu. Oczywiście po nim. Zajmowała się organizowaniem przyjęć. Nadzorowała pracę sprzątaczek, pracowników kuchni, ogrodnika, ochrony i decydowała, ile pieniędzy można wydać na różne cele, przy tym czuwała nad moralnością i dyscypliną. Anna była zadziorną ekscentryczką. Nic więc dziwnego, że była osobą stanu wolnego. W młodości miała, co prawda, paru narzeczonych, jednak żaden nie zdołał sprostać jej surowym wymaganiom i jak to określała „odchodził w odstawkę”. Nieraz kłóciła się z Michałem lub pouczała go, czego najbardziej nie lubił, albo całymi dniami wojowała z nim o coś, mimo to tolerował ją, a nawet szanował. Może dlatego, że miała odwagę robić mu wyrzuty, kiedy inni milczeli, co nieraz uchroniło go od popełnienia jakiegoś nietaktu lub większego błędu.

Z trudem wszedł na schody. Po drodze zajrzał do Anny i poprosił, żeby wraz z żoną i synem przyszła do jego gabinetu.

Anna i syn przyszli prawie natychmiast.

– Alicja powiedziała, że nie może przerwać tego, co robi, i w tej chwili nie przyjdzie... Przyjdzie za kilka minut – wyjaśniła Anna.

– Dobrze, siadajcie – wskazał dłonią wielką skórzaną kanapę. – Tymczasem utniemy sobie taką luźną pogawędkę... Martwię się o ciebie, Wiktorze – dodał, patrząc na syna.

– Ja o ciebie też – odpowiedział i energicznym machnięciem głowy odrzucił do tyłu swoje długie blond włosy.

– Bardzo ci dziękuję – odrzekł ze smutnym uśmiechem. – Ale to nie to samo. Mnie niszczy choroba, a ty niszczysz sam siebie. Ja osiągnąłem dużo, a ty, jako żywo, masz prawie czterdzieści lat i co osiągnąłeś?

Twarz Wiktora sposępniała, a jego dość ostre rysy, które odziedziczył po matce, jeszcze bardziej się zaostrzyły.

– Tato, bo żyjemy w takich czasach. Ludzie nie cenią sztuki. Wolą kupować samochody niż obrazy...

– Zwłaszcza kiedy ktoś marnuje czas na hulanki, zamiast malować. Ja nie rozumiem, jak można tak życie marnować... Nie możesz się utrzymać jako malarz, trzeba było robić coś innego. Zaangażowałem cię na próbę do pracy w firmie, ale przykładałeś się do niej tak jak do malarstwa. Nikt nie mógł na tobie polegać, nikt nie chciał z tobą współpracować... Przecież powinieneś brać pod uwagę, że ja nie jestem wieczny, że kiedyś odejdę i ktoś musi tę firmę dalej prowadzić... Jak można tak życie przebimbać, ciągle liczyć na kogoś... Normalny człowiek ma jakieś plany, jakieś ambicje, do czegoś dąży, a ty do czego dążysz? Powiedz mi, do czego ty dążysz? No powiedz, słucham!

– Tato, bo wy z mamą od dziecka mi wszystko organizowaliście, nie pozwalaliście mi na samodzielność. Ja się tak przyzwyczaiłem i już inaczej nie potrafię...

– No tak! Gdzie ta Alicja, ona powinna tu być i słuchać tego – krzyknął, wymachując ręką. – Anno, co ona właściwie robi?

– Może ja po nią pójdę? – zapytała niepewnie.

– Dobrze, idź – powiedział drżącym ze zdenerwowania głosem – ale wpierw odpowiedz mi na moje pytanie!

– Robi maseczkę – odpowiedziała niechętnie.

– No proszę. Robi maseczkę – powtórzył z rezygnacją.

– Anna wyszła i za chwilę wróciła z Alicją, na której twarzy można było zauważyć wesołość z odrobiną pretensji i resztki miodowej maseczki.

– Alicjo, mam ważne rzeczy do powiedzenia – Michał zaczął mówić spokojnie i powoli. – Cztery osoby na ciebie czekają, a ty każesz na siebie czekać.

– Hę, ja tu naliczyłam trzy osoby...

– No, patrzcie, ja już się nie liczę za osobę, ale nieważne, niech i tak będzie. Mam ważne sprawy do zakomunikowania, ale na początek dla rozluźnienia atmosfery muszę ci powiedzieć jak nasz syn odpowiedział na zarzut, że nie interesuje go praca, lecz hulanki... Proszę – zwrócił się do syna. – Powtórz sam, co powiedziałeś.

– Yy, powiedziałem, że tak mnie wychowaliście... Bo to prawda. – odrzekł z uśmiechem.

– Oj, przesadzasz, Michale... – Alicja jak zawsze zaczęła bronić syna. – Nie rozumiem, co ty od niego chcesz? Przecież on się stara. Nie widzisz tego, bo się uprzedziłeś... Nie ma takiego talentu jak ty, ale się stara.

– Nie ma talentu – powtórzył Michał. – Ludzie więcej osiągają pracą niż talentem... – dodał półgłosem, jakby mu nie zależało, żeby to usłyszano. – Zresztą, to już nieważne. Chodziło mi o to, że moje życie dobiega końca, a ja nie mogę przekazać tego interesu mojemu synowi. Ale to już wasza sprawa, trzeba było wcześnie o tym myśleć.

– Przecież możesz mu przekazać. Od wszystkiego są dyrektorzy...

– Tak, tak... Wiecie? Ręce opadają, jak człowiek czegoś takiego słucha... – pokręcił głową z dezaprobatą. – Dwoje takich dyletantów jak moja żona i syn na czele ogromnego koncernu. Tylko niedorozwinięty może coś takiego wymyślić! – ostatnie zdanie wypowiedział podniesionym głosem. – Dać dyrektorom wolną rękę i oni poprowadzą firmę! Ja nie wiem, czy tu się śmiać, czy płakać... Ale nieważne – machnął ręką z lekceważeniem.

Michał Jurski siedział chwilę w milczeniu. Jego rozmówcy nie mieli odwagi podejmować dyskusji. W pomieszczeniu słychać było brzęczenie osy, która wleciała przez otwarte okno. Obserwowali, jak owad zaczął krążyć wokół głowy pani Jurskiej, odpędzającej go machaniem ręki.

– Słuchajcie, do diabła, kiedy do was mówię, nie zajmujcie się osą! Słu-chaj-cie! – starał się mówić dobitnie. Był zdenerwowany i trochę bezradny wobec ich ignorancji, która nawet nie była ich winą – po prostu tacy byli. Nigdy za nim nie nadążali, a on był niecierpliwy. – Mnie niewiele życia już zostało. Mam wszystkiego dosyć. Mam dosyć tej firmy i was też. Jutro wyjeżdżam i nie wiem, czy wrócę. Chcę pożyć trochę jak zwykły człowiek. Wąchać zapach ciepłego wiatru, jeść owoce prosto z drzewa, słuchać śpiewu ptaków, widzieć, jak słońce zachodzi za góry, nie śpieszyć się... – mówił zamyślony. Wydawało się, że kierował te słowa nie do nich, lecz do jakiegoś odległego, niewidzialnego słuchacza. – Całe życie o tym marzyłem... Dlatego jutro wszystko zostawiam i jadę do Kolumbii.

Zapanowała cisza. Słychać było tylko osę uparcie brzęczącą wokół głowy Alicji.

– Wszystko przekazałem człowiekowi – mówił tym samym cichym i spokojnym głosem, patrząc w dal – który od tej pory będzie podejmował wszelkie decyzje. On ma prawo o wszystkim decydować. To młoda osoba, ale mądra. Proszę jej słuchać, nie utrudniać i nie robić na złość, bo to dobry człowiek...

Pan Jurski na chwilę się zamyślił. Po krótkiej przerwie znów podjął temat, ale teraz jego głos brzmiał bardziej stanowczo i oficjalnie:

– Tyle miałem wam do powiedzenia. Proszę o nic nie pytać i nie dyskutować, bo to są decyzje ostateczne i niepodlegające dyskusji... – zrobił dłuższą przerwę, zastanawiając się, czy wszystko powiedział, po czym dodał łagodniejszym tonem: – I jeszcze jedno. Gdyby on miał chęć zamieszkać w moim pokoju, bardzo proszę, żeby nikt nie robił mu trudności.

– A któż to taki ten twój namiestnik, czy możesz nam to powiedzieć? – z ironią zapytała Alicja.

– Ależ oczywiście, jako żywo, właśnie miałem taki zamiar. Jest ekonomistą, jak ja. Nazywa się Julian Podhorecki.

Wypowiedziawszy te słowa, pan Jurski uznał audiencję za zakończoną i poszedł do swego pokoju. Tam przejrzał rozmaite papiery i te, na których mu zależało, schował do pancernej szafy. Umieścił tam również sto tysięcy euro, które pobrał dziś z banku i przywiózł w małej walizeczce. Była to rezerwa na drobne wydatki. Zamknął kasę i schował klucz w sobie tylko wiadomym miejscu.

***

Był słoneczny kwietniowy poranek. Julian właśnie wychodził do szkoły. Gdy zbiegał po schodach, w jego kieszeni zadzwonił telefon. Nim się zgłosił, odruchowo spojrzał na wyświetlacz. Dzwonił Adam. Serce zabiło mu mocniej. „Może to właśnie ten najważniejszy w życiu dzień? Może mnie zakwalifikowali?” – pomyślał i jednocześnie zrobiło mu się wstyd, że tak naiwnie i dziecinnie podchodzi do życia. Zgłosił się.

– Cześć, Julku! Zakwalifikowali cię! Cieszysz się? – w telefonie odezwał się sztucznie wesoły głos Adama. Julian jednak nie zauważył tej sztuczności. – Gdzie ty jesteś, bo musimy się natychmiast spotkać...

– Jestem pod domem, właśnie miałem jechać na uczelnię...

– To nigdzie się nie ruszaj. Zaraz po ciebie przyjadę.

Minęło ledwie kilka minut i przyjechał.

– Szybko wsiadaj! – zawołał przez uchyloną szybę. – W pierwszym rzędzie wyłącz telefon, żeby nie przeszkadzał... Od tej chwili nie ma cię dla nikogo. Jasne? – zakomenderował, gdy tylko Julian znalazł się w samochodzie, i natychmiast ruszył.

– Po co taki pośpiech? – zapytał jak zawsze z uśmiechem, wyjął z kieszeni telefon i posłusznie go wyłączył.

– Reżyser chce zaraz z tobą rozmawiać, a to taki facet, któremu się wiecznie śpieszy. Mamy się spotkać w tej kawiarence, w której wtedy byliśmy.

Po kilkunastu minutach szybkiej jazdy podjechali pod znajomy lokalik.

– Jeszcze go nie ma – stwierdził Adam z wyraźną ulgą. – Samochodu nie ma, to znaczy, że jego nie ma, ale to lepiej, bo on bardzo nie lubi czekać... Natomiast absolutnie mu nie przeszkadza, jak inni na niego czekają. Chodź, wejdziemy i wypijemy po kawie, nim raczy się zjawić.

– Ja dziękuję, już w domu piłem.

– No to co, do licha, mam sam pić? – powiedział Adam z nieukrywaną złością.

Weszli i usiedli przy tym samym stoliku co poprzednio.

– Więc jak z tą twoją kawą?

– No, niech już będzie – odparł, nie chcąc robić przykrości człowiekowi, który tyle dla niego zrobił.

Adam zniknął za filarem. Za chwilę dało się słyszeć znajomy głos bufetowej i syczenie ekspresu do kawy oraz nieudolne komplementy Adama kierowane do kobiety.

Julian cały czas widział kawałek jego ramienia i łokieć wystający zza filara. Zapach kawy przyszedł prędzej, niż Adam ją przyniósł.

– Wiesz, ja nie wszystko pamiętam z tamtej sesji nagraniowej – zwierzył się Julian. – Pewnych fragmentów za nic nie mogę sobie przypomnieć... Zupełne dziury... Zwłaszcza tego aktora, co grał bogacza. Zupełnie nie pamiętam, jak wyglądał ani jak się nazywał.

– To stres. Widziałem, jaki byłeś roztrzęsiony. Nie przejmuj się... Jak chcesz, mogę ci go trochę opisać – pocieszył go i sięgnął po kawę. – Ja jego nazwiska też nie pamiętam, bo w ogóle go nie znam. Ale wygląd mogę ci opisać.

– To opisz, bo głupio będzie, jak go spotkam i nie poznam.

– Był dość niski. Ja bym go ocenił na metr siedemdziesiąt. Był w średnim wieku, myślę, że więcej jak pięćdziesiąt lat na pewno nie miał... I był dość gruby. Miał szary garnitur, ale to najmniej ważne, bo przecież następnym razem może być inaczej ubrany. Teraz, jak go spotkasz, już łatwiej będzie ci go poznać... A, i był mocno opalony.

– Na pewno trochę łatwiej... – rzekł Julian, sięgając po kawę.

Siedzieli kilka minut w milczeniu.

– Co, masz dziś nieprzewidziane wagary? – powiedział Adam, chcąc przerwać tę ciszę, ponieważ była dla niego trochę kłopotliwa.

– No właśnie... Ale na uczelni nie było w planie niczego ważnego, więc nic się z tego powodu nie stanie

– I dobrze. To chyba ważniejsze dla ciebie? – mówił cokolwiek, byle mówić, byle zachowywać pozory normalności.

– Bardzo bym chciał, żeby tak było.

– Przecież mówiłem, że cię zakwalifikowali.

– Ale to nie wszystko. Teraz jeszcze muszę się dobrze z tego wywiązać, a wiem, że to nie takie proste... Wiesz, że ja jestem amatorem, a nie zawodowym aktorem.

– Nie przejmuj się, jakby reżyser chciał zawodowca, to nie szukałby amatora.

– Poza tym nie chciałbym z tego powodu zawalić studiów. Rodzice by mi nie wybaczyli...

– I Małgośka.

– Właśnie, i Małgosia.

– A powiedz, jak ci idą te studia?

– Dosyć dobrze...

– Rozumiem, że całkiem dobrze, tylko nie chcesz się chwalić, zgodnie z tym, co mi poprzednio mówiłeś?

– W każdym razie jest tam parę osób lepszych ode mnie...

– Pewnie, wszędzie znajdą się lepsi... Ale pijmy tę kawę, bo tylko patrzeć, jak on przyjedzie – popędzając go, chwycił swoją filiżankę, żeby dać przykład.

Julian posłusznie podniósł swoją, przyłożył do ust i przechylił. Gdy postawił ją z powrotem na stoliku, Adam spojrzał i zobaczył, że jest pusta. Na jego twarzy pojawił się ledwo zauważalny wyraz zadowolenia.

Parę minut siedzieli, nie rozmawiając. W pewnym momencie Julian zaczął się głośno śmiać.

– Z czego się śmiejesz? – zapytał Adam i sięgnął po telefon.

– Bo masz taką dziwną minę – odpowiedział Julian, nadal się śmiejąc.

– Dlaczego nie przyjeżdżasz? – zapytał Adam do telefonu. Chwilę słuchał rozmówcy, wyłączył telefon i zwrócił się do Juliana: – On już dojeżdża.

– Kim jest ten on? – zapytał Julian niewyraźnym głosem.

– To główny reżyser – wyjaśnił Adam.

– Aaa! – odpowiedział Julian.

Za chwilę otworzyły się drzwi i wszedł nieznajomy mężczyzna.

– Wstawaj, Julku – powiedział Adam.

Julian posłusznie wstał.

Wychodzimy – zakomenderował i zrobił dwa kroki w stronę wyjścia.

Julian lekko się zataczając, posłusznie poszedł za nim.

***

Przywieziono go do jakiegoś szpitala. Adam chciał mu pomóc wyjść z samochodu.

– Dziękuję, ja sam... – wymamrotał niewyraźnie.

– Jak chce, to niech idzie sam – powiedział główny reżyser. – Nawet jeszcze lepiej.

Szedł z nimi korytarzem, lekko się zataczając. Z przeciwka śpieszyły w ich kierunku dwie osoby ze szpitalnym wózkiem. W pewnym momencie nachylił się i zaczął wymiotować.

– Ej! Tego nie było w scenariuszu – zawołał reżyser.

– Niech pan nie ma do niego pretensji – powiedziała pielęgniarka, chwytając go pod rękę. – Przecież on jest chory... A w ogóle idźcie, panowie, już stąd. My sobie damy radę bez panów – zwróciła się do Adama i reżysera.

Położyli go na wózku i pojechali korytarzami.

Wjechali do jakiejś sali. Natychmiast przyszły jeszcze dwie osoby.

– Musimy pana zbadać – powiedziała jakaś kobieta ubrana na zielono.

– Ekstra. Lubię, jak mnie badają – wymamrotał Julian i znów zaczął wymiotować.

– O! Bardzo dobrze, niech mu się żołądek oczyści – powiedział mężczyzna ubrany na biało. – I podłączcie mu kroplówkę.

Po kilku minutach Julianowi zachciało się bardzo spać.

Słyszał, jak jakiś męski głos mówi: „Szykujcie go powoli do operacji... Na jutro rano ma być gotowy. Rano zaczynają...”.

Julian chciał im wyjaśnić, że to pomyłka, ponieważ on tylko miał się spotkać z reżyserem, ale chęć snu była tak silna, że zasnął, nic nie powiedziawszy.

***

Słyszał przez sen jakieś nieokreślone dźwięki. Po pewnym czasie zorientował się, że to ludzka mowa. Nie rozumiał słów, ponieważ nie był w stanie wyselekcjonować ich spośród innych bodźców akustycznych, które atakowały go z rozmaitym natężeniem. Męczyło go to, drażniło, ale był wobec tego zupełnie bezradny. Uchylił powieki, żeby się zorientować, co się dzieje, ale nie mógł patrzeć, gdyż jasność była tak ogromna, że aż sprawiała ból. Nagle tuż koło siebie usłyszał całkiem wyraźny kobiecy głos:

– Zobacz, Jolu, on się budzi.

Głos wydał mu się ostry i nieprzyjemny. Najchętniej zatkałby sobie uszy, ale nie miał dość sił, żeby to zrobić. Jedyna obrona przed atakującymi go bodźcami ograniczyła się do zamknięcia oczu. Głos jednak nie dawał za wygraną i zaczął go dotykać, a w dodatku tuż przy jego głowie powiedział:

– Panie Julianie, jak się pan miewa?

W tym samym momencie drugi głos powiedział:

– Ja już dzwonię – głos numer dwa był na szczęście cichszy i odleglejszy.

Ostrożnie ponowił próbę otwarcia oczu, ale światło nadal było za silne.

– Światło mnie razi – wystękał.

– Już, panie Julianie, zasłaniamy – odpowiedział natychmiast głos numer jeden.

– Ja nie jestem żaden Julian – znów wystękał.

– Jak to nie? Przecież mam tu pana kartę, na której jest napisane: Julian Podhorecki. Ale nieważne. Zaraz zasłonię żaluzje i będzie mógł pan otworzyć oczy.

Za chwilę głos uprzejmie zakomunikował, iż jest już ciemniej. Rzeczywiście, nawet przez zamknięte powieki można było to zauważyć, ale pacjent po wypowiedzeniu kilku wyrazów był już tak bardzo zmęczony, że zrezygnował nie tylko z otwarcia oczu, ale i przestał się odzywać.

Głosy kobiece były na tyle uprzejme i miłe, że również zamilkły.

Profesor Edward Borek przyszedł nad podziw prędko. Podszedł do chorego w milczeniu i przez chwilę go obserwował, nic nie mówiąc. Następnie zwrócił się do damskich głosów z propozycją, żeby poszły wypić kawę. Gdy wyszły, poprosił pacjenta, żeby poruszył palcami prawej dłoni, a następnie lewej.

– O! Świetnie – pochwalił z zadowoleniem. – Doskonale. A jak się pan nazywa?

– Michał Jurski – wymamrotał bardzo niewyraźnie.

– Wyśmienicie – znów pochwalił profesor. – Ja już pana nie będę męczyć. Niech pan wypoczywa i nabiera sił, a za parę godzin znów się zobaczymy, i to na dłużej.

Przed odejściem nakazał młodej lekarce, która prawie bez przerwy przebywała przy jego łóżku, aby nikt pacjenta nie męczył i nie rozmawiał z nim. To „nikt”, dotyczyło w zasadzie tylko owej lekarki i pielęgniarki, ponieważ żaden z pozostałych pracowników kliniki nie był wpuszczany do sali.

Pacjent w oczekiwaniu na ponowne przyjście profesora usiłował zrozumieć, jak właściwie znalazł się w szpitalu, i ani rusz nie mógł sobie przypomnieć niczego, co by tę sytuację wyjaśniało. Nazwisko Podhorecki, które wymieniła lekarka, wydawało mu się znajome, ale nie wiedział, gdzie i kiedy je słyszał.

Wysiłek myślowy męczył go tak samo jak fizyczny. Znów zapadł w sen.

Wczesnym popołudniem zgodnie z obietnicą przyszedł profesor i widząc, że pacjent śpi, zaczął rozmawiać z lekarką. Sen okazał się dość płytki, ponieważ pacjent po chwili otworzył oczy. Patrzył na rozmawiających i słuchał.

– Edwardzie... – powiedział dość wyraźnie i lekko uniósł głowę.

Lekarka zapytała, czy będzie potrzebna, a gdy profesor pokręcił przecząco głową, natychmiast wyszła.

Słysząc lekarkę, pacjent zorientował się, że był to głos numer dwa.

– Cieszę się, że widzę cię w dobrej formie – powiedział Edward. – Ale czy ty wiesz, co tu robisz?

Już po minie pacjenta można było poznać, że nie za bardzo, więc nie czekając na odpowiedź, profesor mówił dalej:

– Uciekłeś przed śmiertelnie ciężką chorobą i żeby ona cię nie dopadła, zmieniliśmy ci nazwisko. Teraz nazywasz się Julian Podhorecki... Jak ci się to podoba?

– Więc jednak się udało... – powiedział bardzo cicho. – Ostatnio żyłem tylko tą nadzieją, więc trochę to pamiętam, ale wielu innych rzeczy – nie.

– To dobrze, bo teraz jesteś inną osobą i wszystko, co pamiętasz, musisz trzymać dla siebie. Teraz będziesz kontynuować życie tamtego człowieka.

– Boże, jako żywo, nic o nim nie wiem...

– Nie przejmuj się. Jesteś wykształcony i inteligentny, dasz sobie radę... Zwłaszcza że jesteś młody i masz drugie życie przed sobą.

Julian leżał i nic nie mówił.

– Tylko pamiętaj. Nazywasz się Julian Podhorecki i masz dwadzieścia cztery lata. Jesteś studentem. Pan Michał Jurski zapisał ci cały majątek i wyjechał do Kolumbii.

– Julian Podhorecki... – powtórzył. Chwilę się zastanawiał i zapytał: – Jak długo tu leżę?

– Dwa tygodnie. Cały czas byłeś w śpiączce, do dzisiaj.

– Wiesz? Ja mało pamiętam z ostatnich miesięcy... Tak jakby to były odległe lata... I bardzo razi mnie mój głos. Jest zupełnie inny.

– Cały jesteś inny. Ale jestem pewien, że szybko się do tego przyzwyczaisz. Stopniowo powinno ci się wszystko przypominać, ale myślę, że to będzie ci tylko przeszkadzać we wciągnięciu się w nową rolę.

– Jak ja wyglądam?

– Jesteś przystojnym młodzieńcem, aż ci zazdroszczę...

Jeszcze pół godziny temu twarz Juliana była blada, mizerna i zmęczona. Teraz pod wpływem emocji przybrała bardziej naturalną barwę, pozostało jedynie trochę zmęczenia.

– Chcesz się zobaczyć? – zapytał profesor, choć wiedział, że to niepotrzebna dodatkowa emocja.

– Tak.

– Ale musisz wiedzieć, że jeszcze prawie nie masz włosów na głowie i masz bardzo wymęczoną twarz.

– To nic... Grunt, że żyję.

– Dobrze, zaraz pójdę i poszukam jakiegoś lustra, ale pamiętaj, gdybyś z kimkolwiek rozmawiał, mów, że nic nie pamiętasz. Miałeś jakiś wypadek i teraz nic nie pamiętasz. Wiesz tylko, że się nazywasz... No, jak się nazywasz?

– Julian Podhorecki – odpowiedział z kwaśnym uśmiechem.

Profesor wyszedł, a na jego miejsce przyszła ta sama młoda lekarka.

– O, widzę, że nabiera pan formy – stwierdziła, spojrzawszy na niego.

– Tak, lepiej się czuję.

– Właśnie, dużo lepiej pan wygląda.

– Świetnie. W takim razie mam nadzieję, że długo tu nie zabawię.

– Wszystko zależy od profesora. Może w tym tygodniu pana puści, a jak nie, to w następnym.

– Ładna perspektywa...

– Wiem. Każdy chce uciekać, zwłaszcza młodzi.

Czuł się nieswojo, kiedy nazywała go młodym. Przypomniało mu się, jak w młodości niektórzy go lekceważyli właśnie dlatego, że był młody. Dopiero gdy zrobił doktorat, ludzie zaczęli się z nim liczyć. „A teraz?” – pomyślał. – „Teraz pewnie nawet studiów nie mam... Dobrze, że mam pieniądze. Dzięki pieniądzom muszę się liczyć”.

Mimo że wciąż nie mógł uwierzyć, że to dzieje się naprawdę, zaczął myśleć, jak to teraz będzie.

Lekarka widząc, że pacjent nie podtrzymuje rozmowy, przestała się odzywać.

Profesor wrócił bez lusterka.

– Przepraszam cię, ale nie mam pojęcia, gdzie można znaleźć lusterko – powiedział, rozkładając bezradnie ręce. – Jak się lepiej poczujesz, to się zobaczysz, będąc w toalecie.

– Panie profesorze – wtrąciła się lekarka. – Przecież każda kobieta ma w szatni lusterko. To najważniejszy sprzęt. Ja zaraz przyniosę.

– No tak, a ja już myślałem, że będzie okazja wstać – powiedział Julian z żalem.

– Tylko dziś i jutro nie waż się wstawać, pamiętaj. Kategorycznie zabraniam – powiedział profesor ostrym głosem. – Nawet gdybyś się nie wiem jak dobrze czuł... Jutro rano przyjdzie Dworak i przedstawi ci plan, jaki dla ciebie opracował. Nie będzie ci się nudziło. Poza tym zawiozą cię na rozmaite badania. Tymczasem leż, odpoczywaj i nabieraj sił.

– Co to za plan?

– Plan twojego zachowania i w ogóle postępowania. Trzeba teraz to wszystko bardzo mądrze rozgrywać, żeby się nie wydało. Chodzi o to, żeby z czymś się nie... – profesorowi nie udało się dokończyć, ponieważ weszła lekarka z lusterkiem. Przybliżyła je do twarzy pacjenta.

Oglądał się w milczeniu, z wielkim zainteresowaniem. Trwało to długo, jakby chciał zapamiętać wszystkie szczegóły, jakby chciał się nauczyć na pamięć swego wyglądu, jak malarz portrecista, który później będzie musiał z pamięci zrobić portret. Kiedy wreszcie uznał, że już wszystko obejrzał, zamknął oczy i leżał jakiś czas bez ruchu.

Lekarka wzięła lusterko i wyszła.

Dopiero wtedy profesor zapytał:

– No jak?

W tym „No jak?” zawarła się cała gama przeżyć, które towarzyszyły temu ponuremu i jednocześnie wielkiemu i trudnemu przedsięwzięciu.

– Boję się.

– Czego?

– To wszystko jest zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe... Boję się, jako żywo, że nadal jestem chory, a to jest tylko wytwór chorego mózgu...

– No, ale powinieneś pamiętać, że właśnie mózg miałeś zdrowy.

– Pamiętam, to właśnie pamiętam, ale może oni się mylili?

– Właśnie z tym się nie mylili...

– Boję się, że coś jest źle, bo boli mnie głowa... Jak się obudziłem, to mnie nie bolała.

– Nie bój się, Michale. Jesteś dwa tygodnie po operacji. Myśmy specjalnie cię trzymali w śpiączce, żeby się wszystko pozrastało. Robiliśmy ci rozmaite badania i wiemy, że wszystko jest dobrze. Głowa cię boli, ponieważ na dziś masz już za dużo stresu. Ja teraz wychodzę, a na ból głowy zaraz coś wymyślimy.

Profesor wyszedł. Za parę minut przyszła lekarka i dodała czegoś do kroplówki, pod którą był cały czas podłączony. Zaczęła z nim rozmawiać, ale po kilku minutach pacjenta zaczął ogarniać sen i wkrótce zasnął.

***

Krótko po śniadaniu przyszedł Roman Dworak. Był jak zwykle elokwentny i wesoły.

– Dzień dobry, panie prezesie. Nawet nie pytam, jak pan się czuje, bo widzę, że doskonale... – zaczął, jak zawsze, od pochlebstwa. Wygląda pan wspaniale... Gdybym nie wiedział, to nigdy by mi nie przyszło do głowy, że to pan – dokończył szeptem, nachylony nad nim.

– Dzień dobry. Widzę, że i panu nic nie brakuje... Zwłaszcza humoru... Niech pan sobie weźmie krzesło i siada, bo nie lubię, jak ktoś stoi nade mną... Pierwszy, najtrudniejszy etap mamy za sobą – powiedział, gdy tylko gość usiadł. – Ale profesor sygnalizował mi, że pan opracował całą strategię.

– A oczywiście. Niczego nie zaniedbałem.

– Mam nadzieję. Więc niech pan przechodzi do konkretów.

Dworak przysunął krzesło do samego łóżka, łokieć oparł o jego brzeg, nachylił się i zaczął mówić:

– Wiemy o pana przeszłości tyle: Ma pan dwadzieścia cztery lata. Jest pan studentem trzeciego roku Wyższej Szkoły Zarządzania i Marketingu przy Uniwersytecie Łódzkim. Myślę, że dobrze by było, gdyby pan ukończył te studia. – Dworak mówił szybko, zupełnie jak uczeń dobrze wyuczoną lekcję. – Zważywszy, że ma pan w tej dziedzinie doktorat, powinno pójść łatwo. Pana ojciec jest motorniczym w tramwajach, matka jest księgową, ma pan młodszą siostrę, Annę, i dziewczynę, Małgorzatę. Żeby pomóc rodzicom, dorabia pan trochę jako statysta w wytwórni filmowej...

– Zaraz, Dworak, tak pan to recytuje, że nie nadążam.

– To nic. Ja tylko tak ogólnie. Wszystko wypisałem na kartce i jak pan będzie gotów, to panu dam... Pan zdecyduje, kiedy mam to panu dać, bo nie wiem, czy dzisiaj, czy jak będzie pan wychodzić... Mam to przy sobie, tylko czy ma pan gdzie to trzymać, bo przecież gdyby się to dostało w niepowołane ręce, to mógłby być bardzo duży problem. Powinien się pan wybrać do rodziców. Powiedzieć, że został pan potrącony przez samochód i półtora miesiąca leżał pan nieprzytomny w szpitalu, że stracił pan pamięć i dopiero teraz trochę pan ją odzyskuje... Wtedy oni panu naopowiadają całą masę różnych rzeczy i tak stopniowo będzie pan odzyskiwać pamięć...

– Ale się wpakowałem. Nie wiem, czy jestem aż takim dobrym aktorem... – powiedział półżartem.

– Pan nie musi grać. Przecież pan rzeczywiście niczego nie pamięta ze swojej przeszłości... Musi też pan ćwiczyć jego podpis, żeby nikt nigdy nie zakwestionował jego oryginalności. Nie wiadomo przecież, czy kiedyś komuś nie wpadną w ręce jakieś dokumenty podpisywane dawniej i teraz. Grafolog może by rozpoznał, ale jeżeli one na oko będą takie same, to nigdy nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby dawać do grafologa... Na akcie notarialnym jest jego oryginalny podpis, więc trzeba go traktować jako wzór.

– Jednym słowem: masa zajęć mnie czeka...

– Tak, ale ma pan przed sobą nowe pięćdziesiąt lat... Co ja mówię, na pewno dużo więcej. Warto pod to wybudować dobre fundamenty – w głosie Dworaka można było wyczuć ledwo dostrzegalną zazdrość.

– Tak. I to wszystko?

– Nie mamy żadnych jego dokumentów. Nasz człowiek nie dopilnował, żeby zabrał je z domu. Początkowo miałem do niego wielką pretensję, ale później doszedłem do wniosku, że to bardzo dobrze... Trzeba brać pod uwagę, że rodzice będą pana wypytywać, dlaczego przez tyle czasu nikt ich nie zawiadomił o wypadku. I tu brak dokumentów rozwiązuje tę sprawę: Nie miał pan przy sobie dokumentów i był pan nieprzytomny, więc szpital nie wiedział, kogo ma zawiadomić... To bardzo sprzyjająca okoliczność.

– Widzę, że głęboko pan wszystko przemyślał...

– Panie szefie, przecież gdybym się do takich spraw nie nadawał, to by mnie pan nie zatrudniał... Prawda?

Szef nic nie odpowiedział, jedynie skwitował to uśmiechem.

– Tak. A dlaczego dopiero za półtora miesiąca mam się tam wybrać?

– Bo profesor powiedział, że nie ma mowy, żeby pana wypuścił szybciej jak za dwa miesiące... Ale niech się pan nie martwi, już dwa tygodnie panu przeleciały. Zostało jeszcze półtora miesiąca... Jeszcze jedna sprawa. Muszę pana uprzedzić, że telefon pana Jurskiego dałem mojemu znajomemu, który wyjechał do Brazylii. On do pana parę razy zadzwoni z tamtego telefonu, a później go zlikwiduje... W zamian za tamten daję panu nowy, który jest zarejestrowany już na pana.

– A po co to?

– Po to, żeby był jakiś dowód, że pan Jurski tam wyjechał... W razie czego na podstawie bilingów można to próbować udowodnić... Słaby to dowód, ale zawsze coś – wyjaśnił Dworak.

Właściwie tylko Roman Dworak był łącznikiem między tym i dawnym światem Juliana. Oczywiście, nie licząc profesora, który wykonał celująco swoją część roboty i nie należało go już angażować w jakiekolwiek problemy z tym związane.

***

Im bliższy był dzień wyjścia z kliniki, tym bardziej szczegółowo Julian obmyślał wszystkie problemy z tym związane. Pierwszym problemem był brak odpowiedniego ubrania. Miał co prawda w szpitalu spodnie i sweter, w których tu trafił, ale co pasowało Julianowi, nie pasowało Julianowi numer dwa. Był wprawdzie beneficjentem olbrzymiego majątku, ale praktyczne przejęcie wszystkiego wymagało jeszcze załatwienia wielu formalności. Musiał więc przez pewien czas pozostawać na łasce Dworaka, co bardzo mu nie odpowiadało.

Ostatniego dnia pobytu zadzwonił więc do niego i poprosił, żeby natychmiast przyjechał.

Znając niecierpliwość swojego dotychczasowego szefa, stawił się szybciej niż natychmiast.

– Jestem, panie prezesie – zameldował się po niecałej godzinie. – Szybciej nie dałem rady, bo straszne korki.

– Jutro wychodzę. Potrzebuję więc pana pomocy.

– Oczywiście, panie prezesie.

– Dlaczego: „panie prezesie”? – odrzekł Julian. – Mówił pan zawsze: „panie Michale”...

– Tak jest, panie Julianie.

– O! O to właśnie chodzi.

– Panie Julianie, brak mi słów zachwytu, jak pan wspaniale doszedł do siebie.

– Muszę, jako żywo, przyznać, że czuję się znakomicie, jakbym był o pięćdziesiąt lat młodszy... Ale mam dla pana jeszcze jedno zadanie. Potrzebuję na jutro samochód i przydałaby mi się jakaś gotówka. Muszę od razu kupić odpowiednie ubranie. Nie wyobraża pan sobie chyba, że będę chodzić w starych teksasach i swetrze...

– Oczywiście, jutro wszystko będzie. Proszę tylko powiedzieć, na którą godzinę... Ale czy mogę jeszcze coś doradzić?

– Proszę bardzo, śmiało.

– Chciałem tylko zaproponować, żeby się pan nie pozbywał ubrania Juliana... To jest dowód, że pan, to pan.

– Asekurant z pana.

– To nic nie kosztuje... I bardzo bym doradzał, żeby się pan ubrał w te stare ciuchy, jak będzie pan jechać do rodziców. Pan tylko z wyglądu jest tamtym człowiekiem, a zachowanie, sposób rozmowy, sposób myślenia, sposób poruszania się, cała reszta jest inna. Chodzi o to, żeby nie wzbudzić w nich żadnych wątpliwości, bo w razie czego oni są najważniejszymi świadkami, że pan to pan.

– Pan coś podejrzewa? – zapytał Julian, patrząc wnikliwie na Dworaka.

– Panie Julianie. Tajemnica jest dobra jedynie wtedy, gdy wie o niej tylko jedna osoba. W tym wypadku, nie licząc nas trzech, bo profesor, pan i ja jesteśmy jednakowo zainteresowani, ponieważ wszyscy trzej mamy nieczyste sumienie, ale jest jeszcze parę osób u profesora i u mnie, które nie znają wprawdzie sprawy całościowo, ale wiedzą, że coś jest nie w porządku. Dlatego trzeba się na wszystkie strony zabezpieczać.

– No tak, a co z prezesem Jurskim? – zapytał Julian niepewnym tonem.

– Prezes Jurski wyjechał do Kolumbii i nie ma możliwości, żeby ktoś go odnalazł. To jest najbardziej pewne ogniwo.

***

Nazajutrz Julian wstał wcześniej niż zazwyczaj, ogolił się i włożył swoje dawne ubranie. W ten sposób stał się stuprocentowym Julianem. Zaledwie trzycentymetrowe, ale bardzo gęste, dość ciemne włosy, doskonale zakrywały blizny na głowie. Nawet przy czesaniu trudno było je zauważyć. Przez okres rekonwalescencji jego twarz nabrała młodego, zdrowego wyglądu.

Zaraz po śniadaniu przyszedł po niego profesor i zabrał go do swojego gabinetu.

– Jesteś moim największym osiągnięciem – powiedział, podczas picia kawy. – Niestety, musi ono na zawsze pozostać w tajemnicy.

– Wiesz, zauważyłem coś, czego się nie spodziewałem, mianowicie bardzo, ale to bardzo poprawiła mi się pamięć.

– Uważam, że to nie powinno być zaskoczeniem. Przecież młody organizm ma lepszą gospodarkę, lepszą równowagę hormonalną, więc i mózg powinien lepiej pracować.

– Bardzo dobrze, ponieważ czekają mnie dnie pełne pracy i stresu. Mam teraz mnóstwo spraw urzędowych i osobistych do załatwienia. Odetchnę, dopiero jak będę mieć to wszystko za sobą.

Wkrótce przyjechał kierowca. Gdy tylko Julian wsiadł do samochodu, kierowca wręczył mu dość grubą zaklejoną kopertę. Po drodze wstąpili do kilku sklepów, gdzie kupił niedużą torbę podróżną i ubranie, które już w sklepie włożył na siebie. Stary strój włożył do torby i pojechali do rezydencji Michała Jurskiego.

Pomimo wieloletniego doświadczenia czuł się bardzo nieswojo, gdy wchodził do własnego domu po prawie dwumiesięcznej nieobecności, w dodatku jako ktoś obcy. Wiedział, że ma przewagę nad osobami, które tam spotka, ponieważ doskonale je zna, gdy tymczasem one nic o nim nie wiedzą.

Dom był jak wymarły. Nikt go nie zaczepiał, nikt o nic nie pytał. Postanowił na początku odwiedzić Annę. Udał się więc wprost do jej pokoju, ale na schodach natknął się na syna. Zdał sobie sprawę, że Wiktor jest od niego kilkanaście lat starszy. Rozbawiło go to, więc uśmiechnął się nieco ironicznie i przedstawił mu się:

– Dzień dobry, jestem Julian Podhorecki. Szukam pani Anny.

– Spodziewaliśmy się pana, ojciec nas uprzedzał – odparł obojętnie. – Wie pan może, co się z nim dzieje?

– Oczywiście, odprowadzałem go na lotnisko, jak odlatywał do Kolumbii – odparł bez najmniejszego wahania.

– On się w ogóle nie odzywa...

– Tak? Do mnie dzwonił miesiąc temu.

Syn zrobił niezadowoloną minę, chwilę patrzył bezmyślnie na nieznajomego, następnie machnął ręką, pokazując, w jakim kierunku trzeba iść do Anny, i powiedział:

– Anna jest tam, w swoim pokoju.

Julian skierował się w tamtą stronę, doszedł do drzwi i zapukał. Za moment usłyszał jej głos:

– Jestem, jestem.

Przyjął to jako zaproszenie do wejścia. Zajrzał do środka i spojrzał na Annę. Siedziała w fotelu i czytała książkę. Ucieszył się, że ją widzi. Uśmiechnął się. Ona też odpowiedziała uśmiechem. Powiedział „Dzień dobry” i przedstawił się.

– A, to pan. Pan ma tu rządzić? Nie mylę się?

– Tak, to ja... – odpowiedział i szeroko się uśmiechnął.

– To dobrze. Lepiej, żeby jedna osoba to robiła... Jak Michała nie ma, to jest zupełne bezkrólewie, wszyscy rządzą – powiedziała niby żartem, ale widać było, że to prawda.

– Wszyscy, to znaczy kto?

– To znaczy dokładnie to, co powiedziałam.

– Ale pani Anno. Ja mam kierować firmą, a nie domem. Tutaj pani zawsze rządziła i ja nie mam zamiaru tego zmieniać, tym bardziej że prezes bardzo, ale to bardzo pozytywnie się o pani wyrażał.

Popatrzyła na Juliana badawczo, chwilę się zawahała i powiedziała: