Drugi brzeg - Michał Gołkowski - ebook
Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Przeczytaj fragment w darmowej aplikacji Legimi na:

Liczba stron: 435 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 11 godz. 52 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Drugi brzeg - Michał Gołkowski

Kontynuacja przebojowego Ołowianego Świtu

Prypeć – wymarłe, modelowe miasto-antychryst w idealnym socjalistycznym raju bez Boga

Wyścig z czasem w świecie po katastrofie. Stalker Miszka przechodzi na prawy brzeg rzeki – nigdy wcześniej tak daleko nie zabrnął.

Podróż do Serca Zony: Martwe Miasto, Oko Moskwy i czarnobylskie cmentarzysko statków w otoczeniu lasów i bagien.

Naprawdę samotny jesteś tylko w ciemności - wejdź do Zony i poczuj się elementem uniwersum S.T.A.L.K.E.R..

Przed nami wyprawa w nieznane. Przed nami Drugi brzeg.

Opinie o ebooku Drugi brzeg - Michał Gołkowski

Cytaty z ebooka Drugi brzeg - Michał Gołkowski

śmieszne pomarańczowe łaziki naukowców, którzy niczym młoda dziewczyna na pierwszym w życiu balu krążą wokół Zony, jednocześnie pałając dziewiczym rumieńcem fascynacji i nie śmiejąc podejść ani kroku bliżej.
Nikt – w sensie nikt ze stalkerów – nie wie, jak wygląda RU Straholisja od środka, ale nietrudno się domyślić... pewnie jak baza dzielnych kosmicznych marines na nieznanej planecie, połączenie garnizonu, laboratorium i kaplicy, bo Zona sprzyja porywom religijności.
Chcę już ruszyć dalej, podciągam bliżej wlokący się za mną na pasku wyładowany kontenerami na artefakty plecak, gdy na dłoni przysiada mi motyl. Piękny, absolutnie przepiękny rusałka pawik, najczęściej zwany mylnie paziem królowej – niby najzwyklejszy, do wyrzygania popularny motyl, a jednak tak cholernie śliczny... Zamieram, nie ośmielając się drgnąć, żeby nie spłoszyć tego cudu natury; on siedzi chwilę, rozkłada i składa rudobrązowe skrzydełka, coś tam sobie robi przednimi nóżkami, a potem tak samo, jak się zjawił, bez ostrzeżenia, podrywa się do nierównego lotu, trzepocze chwilę nade mną i znika w bezkresie łąki. Ja jeszcze moment wstrzymuję oddech, jakby w nadziei, że zatrzymam ulotną chwilę, potem tylko uśmiecham się sam do siebie i pełznę dalej, ku ciemnej ścianie zbawczego lasu.
Nie chcę ja cudzej wiedzy. Nie chcę i koniec. Zona nie toleruje brania takich rzeczy na krechę, nie przyjmuje tego, że można coś dostać ot tak, za darmo, nie płacąc. Wiedza jest... jest... no, jak buty jest. Jeśli sam buty kupisz, to ułożą się do twojej nogi; a weźmiesz czyjeś, niby w tym samym rozmiarze – i już niewygodnie będzie.
Brakowałoby jeszcze tylko aromatu sosny i świerku... Ale zamiast tego czuć tu butwiejące liście i wilgotną ziemię o zapachu przywodzącym na myśl cmentarz po deszczu. Na chwilę dominującą nutą wybija się lekko mdławy odór śmierci: gdzieś tu musi leżeć jakaś padlina.
Poza tym jest w stu procentach normalny – lekko przy kości, uśmiechnięty facet, pomocny, sympatyczny, nie chojraczy, nie przeklina. Raz w życiu wypuścił parę i w zupełności mu wystarczyło... Sam bym tak chciał, a zamiast tego gotuję się w środku i tylko pokrywka mi lata.
Podnoszę do ramienia Zbawiciela , naciskam przycisk latarki. Żarnik wycina z mroku krąg oślepiającego światła, w którym widzę Patyka. Zamarłego w pół kroku, znieruchomiałego, z odwróconą do mnie twarzą zastygłą w wyrazie idiotycznego przerażenia. Jak siedzący nocą na środku szosy zajączek w światłach osiemnastokołowej ciężarówki.
Serce wali mi jak oszalałe, ręce się trzęsą niczym liście osiki. Spałem większą część nocy, ale czuję się, jakbym nawet oka nie zmrużył. Coraz dłuższe te koszmary, coraz bardziej rzeczywiste... Coraz trudniej się obudzić, coraz dłużej muszę sam siebie przekonywać, który świat jest prawdziwy, a który tylko rezonuje echem odbitych w mojej głowie martwych myśli.
zegnane tutaj i po prostu zostawione, jak wierny pies stróżujący, którego właściciele pewnego dnia wywożą w las i przywiązują do suchej sosny, a on do ostatnich uderzeń słabnącego serca czeka, kiedy po niego wrócą...
ziemi. Serce pompuje adrenalinę, oddech płytki i przyspieszony, wyostrzony wzrok i słuch... czuję nosem zbliżającą się walkę, mimo wszystko uśmiecham się – ot, atawistyczny odruch pokazania zębów w reakcji na pobudzenie.
Każda noc jest koszmarem powracających do mnie sal zabiegowych i pustych twarzy, każde przebudzenie w dzień – powrotem do cierpienia i pustki istnienia bez celu. Nie ma dla mnie spokoju, nie ma odpoczynku. Ledwo się poruszam, ale z bólu nie mogę leżeć; nie jestem głodny, a trawi mnie głód; nie chcę pić, a odczuwam pragnienie. Nie chcę zadawać cierpienia, ale nic innego już nie potrafię.
Wygląda zupełnie jak wycięty i wklejony z innej fotografii – nieobecna twarz bez wyrazu, ściągnięta grymasem wąska blizna ust i wielkie okulary w rogowej oprawce; widać, że gardzi tymi ludźmi i tym zdjęciem, nawet patrzy nieco w bok, jakby już teraz chciał odejść do ważniejszych spraw i bardziej istotnych kwestii.
Prostokątne okna wyglądają jak wyłupane przez neandertalczyków w betonowych ścianach, socrealistyczna konstrukcja przeraża i przytłacza prymitywizmem nie tylko zamysłu, ale i samego wykonania – byle jak spasowane cegły, grube na dwa palce spoiny, krzywe węgły.
Nie ma mnie, przestałem być. Zamiast mnie jest tylko jednolita, kojąca ciemność, spowijająca miłosiernym całunem świat dokoła i moje rozedrgane resztki. Chyba przestałem czuć ból, a może to ból przestał czuć mnie. Być może minąłem jakąś granicę odczuwania, poza którą przychodzi już tylko otępienie. Nie wiem. Nie jestem pewien. Resztki wspomnień i odczuć wirują wokół głowy, ale nie jestem pewien czyjej. Jakieś urwane strzępki i obrazy, twarze i dźwięki. Jak kolorowe czasopismo pocięte na konfetti.
Każdy ruch to cierpienie, każdy oddech to tortura, krzyk wibruje bólem pod czaszką. Torsje skręcają wnętrzności, wywracając żołądek na lewą stronę, żółć leci mi po brodzie, ale nie jestem w stanie się poruszyć. Widzę odbicie własnej okaleczonej i zniekształconej twarzy w lustrze, po którego drugiej stronie wyczuwam obecność oprawców.
Zawsze jak czytam coś takiego, to pozwalam na krótką chwilę uwieść się sowieckiej propagandzie, wierząc, że wszystko w tamtych czasach było takie proste i piękne, jak u kota Leopolda – riebiata, dawajcie żyć drużna ! ... A potem rozglądam się dokoła i widzę, dokąd ta uśmiechnięta propaganda nas wszystkich doprowadziła.
Mam ochotę sobie powrzeszczeć i popłakać, ale wrzask usłyszą mutanty, a płacz Zona – tutaj, jak na Bagnach Rozpaczy, świat żywi się i nadziejami, i beznadzieją. Trzeba iść na automacie, na chłodno. Łatwo mówić, nie?
Mimo że przejście przez Prypeć dało mi się we znaki, to zaczynam już chyba odzyskiwać rezon – złapałem znowu rytm równego, stalkerskiego kroku, idealnego do omijania anomalii i zmutowanych roślin, nie za szybkiego, nie za wolnego, takiego sobie akurat, dającego czas na myślenie i improwizację, czyli dwie najważniejsze w naszej egzystencji rzeczy.
Wyraźnie czuję wilgoć w powietrzu, które pachnie tu zatęchłą piwnicą i czymś jeszcze... nie potrafię określić tej nutki, ale wiem, że mi się nie podoba. Kojarzycie, jak pachnie stara padlina? Nie taka gnijąca, ale taka, która swoje już przeszła i teraz po prostu... jest. Takie wspomnienie śmierci.
Większość z tego pozostała co prawda tylko na papierze, w formie rozmyślań i teorii. Może to i lepiej – w końcu wystarczy rozejrzeć się po Zonie i od razu widać, do czego potrafi doprowadzić próba praktycznego wdrożenia pozornie genialnych pomysłów teoretycznych.