Drozdy. Poslaniec śmierci - Chuck Wendig - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 361 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Drozdy. Poslaniec śmierci - Chuck Wendig

Druga część przygód niezwykłej kobiety obdarzonej niezwykłym darem.

Miriam próbuje. Naprawdę się stara, ale bezskutecznie. Życie z Luisem nie układa się tak, jak powinno. Szczerze mówiąc, w ogóle się nie układa. Od roku mieszkają na Long Beach w zaniedbanej przyczepie kampingowej. Miriam pracuje w sklepie przy plaży, a on większość czasu spędza za kierownicą ciężarówki. Nie jest dobrze. Jest wręcz fatalnie.

Dziewczyna ze wszystkich sił stara się okiełznać swoje zdolności parapsychiczne. To niełatwe, ale jakoś jej się udaje. Do czasu. W końcu nadchodzi dzień, kiedy koszmar zaczyna się od początku i wszystko wskazuje na to, że tym razem nie zakończy się happy endem.

Miriam wie, jak umrzesz.

Opinie o ebooku Drozdy. Poslaniec śmierci - Chuck Wendig

Fragment ebooka Drozdy. Poslaniec śmierci - Chuck Wendig














Chuck Wendig

DROZDY
POSŁANIEC ŚMIERCI


Tytuł oryginału: Mockingbirds

Projekt okładki: Andrzej Brzezicki

Redakcja: Marzena Cieśla

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu elektronicznego: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Górnaś, Elżbieta Jaroszuk

Copyright © Chuck Wendig 2012. All rights reserved.

For the Cover illustration

© iStockphoto

© Stockbyte

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

© for the Polish translation by Miłosz Urban

ISBN 978-83-7758-426-2

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2013

Wydanie I


CZĘŚĆ PIERWSZA
THE CAGE-TRAINED GIRL

Jest tylko ptakiem w złotej klatce,
Piękny to widok.
Wydawać się może, że jest szczęśliwa i beztroska,
Ale tak nie jest.
To smutne, gdy pomyśleć o jej zmarnowanym życiu,
Bo wiosna i jesień nie powinny być razem;
Sprzedała urodę za złoto starucha,
Jest ptakiem w złotej klatce
.

Arthur J. Lamb, Harry Von Tilzer,

Bird in a Gilded Cage (przekład tłumacza)


1

SHIP BOTTOM

Bip.

Emulsja do opalania.

Bip.

Ciasteczka orzechowe.

Bip.

Tampony, ręcznik plażowy, kilka kartek pocztowych i, niespodziewanie, puszka zielonej fasolki.

Miriam chwyta każdy przedmiot przez czarną rękawiczkę i przesuwa po kolei nad skanerem kasy. Czasem schyla głowę i spogląda wprost w czerwone światło czytnika. Nie wolno jej tego robić. Ale ona nie zwraca na to uwagi; to jedna z nielicznych form buntu, na jakie sobie pozwala w nowym życiu. Może, myśli Miriam, czerwona wiązka wypali tę część mózgu, która czyni ją tym, kim jest. Zmieni ją w tępe, ale uśmiechnięte warzywo, radośnie nieświadome, szczęśliwe w zamkniętej celi z plexiglasu.

– Proszę pani?

Niespodziewane słowa wyrywają ją ze świata wyobraźni i sadzają z powrotem przy kasie.

– Chryste, co znowu? – pyta.

– Skasuje mnie pani wreszcie?

Miriam spogląda na dłonie. Wciąż trzyma w nich puszkę zielonej fasolki. Producent Del Monte. Przez chwilę rozważa, czy nie roztrzaskać głowy kobiecie w plażowej sukience ze spranym motywem kwiatów hibiskusa. Ledwie zakrywa jej obwisłe piersi, w połowie spieczone na raka, w połowie białe jak robaki. Dwie połówki przedzielone rubikonem paskudnej opalenizny.

Rozmyśla się i przesuwa puszkę nad skanerem. Uśmiecha się uprzedzająco.

Bip.

– Ma pani coś z rękoma? – pyta kobieta. W jej głosie słychać troskę.

Miriam porusza palcem – jak gąsienica przemieszczająca się skrajem liścia. Czarna skóra rękawiczki trzeszczy i piszczy.

– A, o to chodzi? No tak, muszę je nosić. Wie pani, jak w restauracjach, nie? Tam kobiety muszą mieć czepki, żeby im włosy nie wypadały, BHP i tak dalej. A ja muszę nosić rękawiczki, jeśli w ogóle chcę tu pracować. Higiena i bezpieczeństwo pracy. Nie potrzebujemy przecież epidemii żółtaczki, dobrze mówię? Mam typ A, B, C i ten najgorszy, X.

A potem, żeby postawić kropkę nad i, unosi dłoń do przybicia piątki.

Kobieta nie korzysta z jej zaproszenia.

Widać za to, że krew odpływa jej z twarzy, a spalona na czerwono skóra robi się chorobliwie blada.

Miriam nie ma pojęcia, co by się stało, gdyby powiedziała prawdę: To nic takiego! Po prostu, kiedy dotykam ludzi gołą skórą, w głowie zaraz pojawiają mi się te zwariowane wizje i wiem, jak ten ktoś umrze. Dlatego noszę rękawiczki – żeby nie oglądać tych idiotyzmów.

Może pójść jeszcze dalej i wyjaśnić bezpośrednią przyczynę: Noszę je, bo Louis chce, żebym je miała.

Mimo że rękawiczki nie zapewniają stuprocentowej ochrony przed wizjami. Z drugiej strony, poza Louisem nikt jej nie dotyka. Nigdzie. Nawet w największe upały chodzi szczelnie okryta.

Za kobietą tworzy się kolejka, siedem, może osiem osób z zakupami. Wszyscy słyszą, co Miriam mówi. A ona nie potrafi siedzieć cicho. Dwójka klientów – pulchny mężczyzna w kolorowej jak papuga koszuli i młoda dziewczyna z niezdrowo wyglądającymi sztucznymi piersiami wielkości piłek – zostawiają swoje rzeczy na taśmie i odchodzą.

A klientka przy kasie nie chce się poddać. Robi kwaśną minę i nagle, nie wiadomo skąd, w jej dłoni pojawia się karta kredytowa. Miriam wyobraża sobie, że skrywa ją w pokrytej piaskiem pochwie. Kobieta rzuca plastikiem, jakby nagle zmienił się w wyjętego z ogniska ziemniaka.

Miriam już ma ją podnieść, kiedy na ramieniu czuje czyjąś dłoń.

Wie, kto za nią stoi.

Odwraca się i widzi Peggy, szefową sklepu Ship Bottom Sundries na Long Beach Island w New Jersey. Peggy ma nos, który musiał zostać obdarzony własną grawitacją, bo cała jej twarz zbiera się wokół niego, jakby przyciągał ją jakiś magnetyzm. Peggy, której gigantyczne ciemne okulary przywodzą na myśl modliszkę. Peggy, która farbuje siwiejące włosy na pomarańczowo i zostawia niedbale splątane.

Pieprzona Peggy.

– Byłabyś tak uprzejma i wyjaśniła, co ty w ogóle wyprawiasz? – Miriam ma wrażenie, że szefowa każdą rozmowę zaczyna w ten sam sposób. I do tego ten cholerny akcent z New Jersey. Byabyś ta upszejmaa i wyjaśniaa, co ty ogóle wyprawiaa?

– Pomagam obywatelom tego wspaniałego kraju dokonać niezbędnych sprawunków, ku chwale ojczyzny.

W myślach dopowiada resztę sloganu: Ship Bottom Sundries, u nas znajdziecie bułki do hot dogów, tanie tampony w dużych paczkach i piszczące plastikowe kraby dla waszych wrzeszczących bachorów.

– A ja mam wrażenie, że byłaś dla niej nieuprzejma.

Miriam zmusza się do urażonego uśmiechu.

– Naprawdę? Jeśli już, to niecelowo.

Absolutnie celowo.

– Wiesz chyba, że zatrudniłam cię, bo ktoś mnie poprosił.

– Tak, wiem. Nie mogłabym zapomnieć, bo codziennie mi o tym przypominasz.

– Bo to prawda.

– Aha. Zgadza się. Po raz kolejny udało nam się to ustalić.

Peggy mruży otoczone zmarszczkami oczy.

– Jesteś strasznie przemądrzała.

– Można by się kłócić, bo ja, na przykład, uważam, że ciągle robię jakieś głupoty.

Kolejka wydłuża się coraz bardziej. Kobieta w kwiatowej sukience plażowej tuli zieloną fasolkę do piersi, jakby puszka warzyw mogła odczarować dzień z klątwy, która została na niego rzucona. Pozostali klienci przyglądają się kłótni szeroko otwartymi oczami i pochrząkują niezadowoleni.

– Myślisz, że jesteś zabawna – mówi Peggy.

Miriam nie zwleka z odpowiedzią.

– Ależ jestem.

– Nie sądzę.

– Nie sądzisz, że jestem czy że nie jestem?

Twarz Peggy skręca się jak wyżymany ręcznik. Dopiero po chwili do Miriam dociera, że tak Peggy manifestuje radość.

– Zwalniam cię – mówi kobieta. Wykrzywione wargi i uniesione kąciki ust w żałosnej próbie naśladowania ludzkiego uśmiechu.

– Wiesz co, wal się – mówi Miriam. – Nie wyrzucisz mnie z roboty.

Dopiero poniewczasie uświadamia sobie, że słowa „wal się” nie są najlepszym sposobem na zachowanie miejsca pracy, ale co począć, poszły konie po betonie.

– Mam się walić? – powtarza Peggy. – Nie, to ty się wal. Mam z tobą same problemy. Codziennie przychodzisz nadąsana, jakby ci ktoś nasikał do vibovitu…

– Chryste, kobieto, w jakich czasach ty żyjesz? Kto jeszcze wie, co to vibovit?

– …a ja nie potrzebuję tutaj małej naburmuszonej zdziry. I tak mamy już ostatni weekend sezonu, więc nie będę żałować. Wylatujesz. Kaput. Bierz swoje rzeczy i wynoś się. Ostatnią wypłatę prześlę ci pocztą.

Ona nie żartuje, myśli Miriam.

Właśnie została zwolniona.

Dostała wypowiedzenie.

Wywalili ją na zbity pysk.

Powinna się cieszyć.

Jej serce, w końcu wolne, powinno być jak otwarta klatka z ptakami, które w końcu mogą nieskrępowane wzbić się w niebo. To powinien być ten specjalny moment tańców, hulanki, swawoli, rozkloszowanych spódnic, rozłożonych ramion i wiatru we włosach. A mimo to jedyne, co czuje, to kwas solny w żołądku i potężną pięść wściekłości zaciskającą jej się na gardle. Falę jadu przepływającą przez żyły.

Louis powtarza, żeby panowała nad sobą.

Ale ona jest już potwornie zmęczona. Ma tego dość.

Zrywa z piersi plakietkę z imieniem – ma na niej napisane „Maryann”, bo ktoś schrzanił zamówienie i nikomu nie chciało się tego naprawiać – i rzuca ją za siebie. Klientka w luźnej sukience uchyla się przed lecącą plakietką.

Potem Miriam wraca do swojego starego zwyczaju – unosi środkowy palec i trzyma go Peggy przy samym nosie – po czym wypada na zewnątrz.

Zatrzymuje się. Stoi pośrodku parkingu. Trzęsą jej się dłonie.

Czuje bryzę znad oceanu. Powietrze niesie zapach słonej wody, ryb i delikatną woń oleju kokosowego. Na asfalcie tańczą chmury piasku.

Na kawałek chleba rzuca się kilkanaście mew i zaczyna walczyć. Trzepot skrzydeł i wrzask. Pijane okruchami i zwycięstwem.

Jest gorąco. Bryza tylko trochę łagodzi upał.

Wszędzie ludzie. Klap, klap, klap, bezustanne stukanie japonek o pięty. Ryk czyjegoś dzieciaka. Harmider i śmiechy urlopowiczów przeczuwających zbliżający się koniec wakacji. Łomot basu z samochodu posuwającego się powoli zakorkowaną Long Beach Boulevard; Miriam nie może oprzeć się wrażeniu, że z głośników dudni słowo dupa-dupa-dupa-dupa. Rytm nakłada się na wściekłe bicie jej serca, które za każdym razem napiera na mostek i żebra. Z drugiej strony parkingu macha do niej Walt, chłopiec od ustawiania wózków na zakupy, choć chłopiec to niewłaściwe słowo, bo Walt jest pięćdziesięcioletnim mężczyzną, tyle że upośledzonym w rozwoju. On jeden był dla mnie miły. I, zdaje się, dla niego jednego Miriam była miła.

A, pieprzyć to, myśli.

Zdejmuje jedną rękawiczkę.

Potem drugą.

Rzuca je niedbale za siebie. Ma dziwacznie białe dłonie, znacznie bielsze niż reszta ciała. Skóra na palcach marszczy się jak po zbyt długiej kąpieli.

Gdyby Louisowi naprawdę zależało, żeby dawała sobie radę, nie zostawiłby jej samej. A zostawił.

Miriam wraca do sklepu. Po drodze wypręża palce, aż strzelają kostki.


2

WYZWOLENIE MIRIAM BLACK

Peggy zastąpiła Miriam przy drugiej kasie od końca. Miriam podchodzi do niej, klepie w ramię i podaje dłoń – udawany uścisk na zgodę: stary trik, żeby wyłudzić czyjś dotyk. Potrzebuje tylko krótkiego kontaktu gołej skóry, by przywołać wizję śmierci. Nie może się doczekać, żeby zobaczyć, jak babsztyl wykituje. Jest głodna tego widoku. Pragnie go jak narkoman narkotyku.

Miriam ma nadzieję, że Peggy zejdzie na nowotwór zadka.

– Chciałam ci tylko podziękować – kłamie, zaciskając zęby. Podziękować rakiem rzyci. – Pomyślałam, że zrobię to jak cywilizowany człowiek i uściśniemy sobie dłonie.

Ale Peggy, o nie, ona tego nie kupuje. Spogląda na dłoń Miriam, jakby nie patrzyła na ludzką kończynę, tylko na jadowitego pająka.

Podaj mi rękę, panienko!

Potrzebuję tego.

Muszę to zobaczyć.

Tyle czasu minęło. Niemal czuje świerzbienie dłoni.

Dawniej nienawidziła swojego daru.

W sumie nadal go nienawidzi. Ale mimo wszystko chce zobaczyć.

Dawaj, kurwa, rękę!

– Uciekaj stąd – mówi Peggy i cofa się odrobinę.

Wszystko na nic.

Peggy odwraca się do niej plecami. Wraca do kasowania zakupów. Bip. Bip. Bip.

– Proszę – mówi Miriam. Tym razem z naciskiem. Głos jej lekko drży. – No dalej, załatwmy to jak dorośli ludzie.

Peggy ją ignoruje. Klienci się przyglądają.

Bip. Bip. Bip.

– Hej, Peggy! Mówię do ciebie! Podaj mi, cholera, rękę!

Peggy nawet się nie obraca.

– Powiedziałam już, że nie chcę cię tu widzieć!

Miriam świerzbią dłonie. Czuje ból. Jest jak głodny pies, który przygląda się, jak jego pan zjada stek – pragnienie i głód zaciskają jej szczęki, a ślina zalewa usta. Chce to zobaczyć. Tylko ten jeden raz.

– W porządku, ty nieznośna cipo, jak nie chcesz po dobroci, to zrobimy to po mojemu.

Od tej chwili nie ma już drogi odwrotu. Miriam chwyta Peggy za ramię, odwraca szarpnięciem i uderza ją…

Peggy krzyczy. Ucieka, ale potyka się o trupa na zasypanej piaskiem podłodze Ship Bottom Sundries. Trupem jest Walt, chłopiec od wózków na zakupy. Spod kobiety wylewa się coraz większa kałuża krwi – która nie jest jej – a z gardła wydobywa się krzyk przypominający paniczny pisk zwierzęcia, które widzi nóż rzeźnika zbliżający się do gardła. Ale Peggy nie krzyczy sama – cały sklep piszczy i wyje, a ludzie uciekają między półki i na zewnątrz. Chudy mężczyzna wyraźnie odstaje od pozostałych – nie pasuje do tłumu. Ma ciemne okulary, krótką koszulkę w serek i spodnie khaki, całe poplamione jedzeniem, olejem samochodowym czy Bóg wie czym. Nieznajomy unosi pistolet – kanciastego glocka – i pociąga za spust. U wylotu lufy pojawia się język ognia, a kula odłupuje kawałek czaszki Peggy, razem z jej pomarańczowymi włosami. Po chwili kolejny pocisk z siłą rozpędzonego pociągu przebija jej płuca i kobieta po raz ostatni nabiera powietrza…

…wierzchem dłoni. Głowa Peggy odskakuje, ale to nie właścicielka sklepu jest zaszokowana. Miriam stoi nieruchomo i słyszy szum krwi w żyłach i dudnienie w głowie. Robi jej się niedobrze. Świat zaczyna wirować, a ona nie może uwierzyć, że to wszystko może być prawdą, że wydarzy się to, co przed chwilą zobaczyła.

Peggy ma przed sobą trzy minuty życia.

Trzy minuty.

Tutaj. Zaraz. Teraz.

O Boże!

Otwierają się drzwi i do środka wchodzi Walt, siłując się z nieposłusznym stadkiem wózków. Mimo wysiłku jest wciąż uśmiechnięty i gwiżdże radośnie.

Peggy sapie z oburzenia.

– Wzywam policję!

Jej słowa docierają do Miriam jak echo odległego krzyku albo jakby ktoś wypowiedział je z głową pod wodą. Odwraca gwałtownie głowę i przesuwa wzrokiem po kolejce do kasy. Na samym końcu dostrzega mężczyznę. Ma na sobie ciemne ray-bany. I koszulkę w serek. I brudne szorty.

Mężczyzna z pistoletem.

Jeszcze dwie i pół minuty.

W tym momencie Miriam zauważa jakiś ruch nad głową. Na kratownicy pod sufitem siedzi kruk i kołysze się z boku na bok. Kruk ma tylko jedno oko. Drugie ktoś mu wyłupił, pozostała po nim dziura.

Ptak otwiera dziób, a Miriam słyszy w głowie czyjś głos: Witamy z powrotem, Miriam Black.

Mruga gwałtownie i ptak znika.

Peggy usiłuje ją zatrzymać. Chwyta za nadgarstek, ale Miriam nie ma czasu do stracenia. Odpycha ją. Peggy wpada na kasę i z głośnym bip! zatrzaskuje szufladę z pieniędzmi.

Dziewczyna nie ma pojęcia, co zrobić. Czuje się zagubiona. Osamotniona. I, sama nie wie dlaczego, rozszalała niepewność sprawia, że znów jest sobą.

Rusza w stronę końca kolejki. Jakby prowadził ją autopilot. Jakby siedziała w wagoniku kolejki górskiej, której nie może zatrzymać. Peggy coś krzyczy. Jej głos ledwie do niej dociera.

Klienci z kolejki patrzą zaciekawieni, ale odsuwają się, kiedy ich mija. Nie chcą zrezygnować ze swojego miejsca do kasy i jednocześnie nie chcą się znaleźć obok niej.

Zostały tylko dwie minuty. Może nawet mniej.

Staje za mordercą. Mężczyzna się nie rusza. Nie patrzy i nie mruga. Nie zwraca na nic uwagi.

Peggy wychodzi z kasy, jest zaszokowana. Krzyczy, żeby ktoś wezwał policję. Mamrocze coś o napaści. Prosi klientów o pomoc. Pomoc w zatrzymaniu Miriam. Nikt się nie kwapi, by spełnić jej prośbę. Ludzie chcą kupić, czego potrzebują, i uciec jak najdalej od tego miejsca.

Niektórzy już teraz odkładają swoje rzeczy i salwują się ucieczką. Bez sensu cokolwiek ryzykować, tak pewnie myślą. Miriam skupia się na napastniku, myśli tylko o nim, o jego broni i o śmierci.

– Masz pistolet – mówi. Kiedy się odzywa, ma zachrypnięty głos i taką suchość w ustach, że z trudem odrywa język od podniebienia.

Mężczyzna odwraca się trochę i potrząsa głową jak zaskoczony pies. Nie może uwierzyć, że usłyszał to, co usłyszał.

Walt znów ją widzi. Macha.

Mężczyzna dopiero teraz pojmuje, co do niego powiedziała.

– Chcą, żebym wszystkich zabił.

– Nie wolno ci tego zrobić – mówi. Jeszcze półtorej minuty. I zdaje sobie sprawę, że to na nic. Jej słowa niczego nie zmienią. To tak nie działa. Rok wcześniej poznała zasady, które tym rządzą, kiedy w starej latarni morskiej zastrzeliła bossa narkotykowego.

Losu nie da się zmienić.

Chyba że. Chyba że…

Chyba że zapłaci odpowiednią cenę. Zapłaci krwią. Oko za oko, ząb za ząb, życie za życie. Tylko coś równie doniosłego może zmienić bieg rzeczy. Żeby zatrzymać rzekę, potrzeba kurewsko wielkiej skały.

– Kto ci kazał ich pozabijać?

– Głosy. To nie one cię przysłały? – pyta nieznajomy.

– Nie. – Miriam potrząsa głową. Nie ma pojęcia, o kim mówi, ale patrząc na jego usta, wie, że nie wypowiedział tych słów na głos. Porusza w powietrzu palcami jak wywrócony chrabąszcz. Miriam czuje bijący od niego zapach potu i oleju do smarowania broni i wszystko jest już dla niej jasne – gość jest szurnięty. Całkowicie pokręcony, z sieczką zamiast mózgu.

Debil z przerażającą misją.

Nie zdąża dokończyć myśli, kiedy mężczyzna wyciąga broń. Glocka.

Jego dłoń porusza się bardzo szybko. Nieznajomy uderza Miriam kolbą w głowę. Dziewczyna na chwilę traci wzrok, a przed oczyma widzi tylko jaskrawe białe światło. Zatacza się i pada boleśnie na kość ogonową.

Szansa, by zrobić to, co powinna zrobić, jest coraz mniejsza, bo zamroczona nie może się podnieść z podłogi.

Świat dookoła zwalnia. Miriam czuje się jak komar przyklejony do kropli żywicy.

Po nosie ścieka jej strużka krwi.

Nie może zmusić nóg, by w końcu podniosły ją z ziemi.

Mężczyzna unosi broń nad głowę i pociąga za spust.

Panika. Krzyki. Chaos.

Opuszcza broń, celuje. Kolejny strzał. Frontowe drzwi rozpadają się na kawałki.

Miriam w końcu wstaje. W głowie jej huczy, a przed oczyma cały czas tańczą kolorowe rozbłyski. Jest tuż za nim. Podąża wzrokiem za jego bronią, którą wycelował w stronę Walta.

Teraz albo nigdy.

Czy losu naprawdę nie da się zmienić?

Miriam doskonale zna sklep. Zaczęła pracę jeszcze przed początkiem sezonu. Kto, grając w grę „Czego można użyć jako broni?”, nigdy się nie rozglądał po swoim miejscu pracy? No dobrze, może nikt poza nią. Może to tylko jej gra. Bo Miriam Black nie jest jak inni. Już nie.

Odwraca się. Sięga po coś z półki na samym końcu regału.

Długi widelec z dwoma zębami z błyszczącej nierdzewnej stali.

Widelec do grillowania.

Wbija go z boku w szyję mężczyzny, kiedy ten pociąga za spust.

Walt krzyczy i pada na ziemię. Wózki rozjeżdżają się na wszystkie strony.

Krew tworzy szkarłatne bąble wokół zębów widelca i tryska jak fontanna. Kapie na ramię strzelca i wsiąka w jego koszulkę.

Morderca odwraca się do Miriam. Niezdarny piruet z długim widelcem sterczącym z szyi, który wygląda jak dziwaczny włącznik. Wystarczy go nacisnąć, żeby odciąć zasilanie.

Dziewczyna mruga i patrzy prosto w wylot lufy glocka.

– Ty zawsze musisz coś namieszać – mówi mężczyzna. Ma usta czerwone od krwi. W jego słowach nie ma gniewu. Żal, może. I smutek. Na pewno dużo smutku.

Błysk wystrzału. Miriam nie słyszy huku.

Ale czuje. Jej głowa odskakuje – a po czaszce przesuwa się płonąca błyskawica, jakby Szatan zaszczycił ją swoim parzącym spojrzeniem.

Mężczyzna pada bokiem na półkę z biżuterią z muszli, zabawkowymi skrzyniami pirackich skarbów i szklanymi bańkami z wodą, w których zamiast płatków śniegu wirują ziarenka piasku. Wszystko roztrzaskuje się o podłogę.

Miriam chce coś powiedzieć.

Tyle że jej usta nie są już połączone z mózgiem.

Dla świata to może chwila wytchnienia.

Ale dla niej to coś strasznego.

Głęboka i złowroga ciemność wyciąga się w jej stronę i mocno ją oplata.


WŁAMYWACZ

Miriam siedzi na plaży wciśnięta w tanie, plastikowe białe krzesło. Dłonie trzyma na białym stoliku od kompletu, palce stóp ma zagrzebane w zimnym piasku, przez co wyglądają jak rządek ostryg.

Naprzeciwko siedzi jej były chłopak, Ben Hodges. Zamiast potylicy ma krwawy wykrot po tym, jak wiele lat temu wziął do ust lufę strzelby i pociągnął za spust. Oboje byli wtedy głupimi, napalonymi nastolatkami. Pieprzyli się. Ona zaszła w ciążę. On się zabił. A jego matka wyładowała swoje wściekłe osamotnienie na Miriam, waląc ją na oślep czerwoną szuflą do śniegu.

Tamten dzień. To właśnie tamtego dnia narodziła się Miriam. Obecna Miriam. Miriam obdarzona przekleństwem. Darem. Tym czymś, co ma.

Ben chrząka.

Dwa czarne ptaki – oba z czerwoną plamką na każdym skrzydle – dziobią jego zmasakrowany mózg, jakby szukały w nim robaków.

Fale przybijają do brzegu, fale wracają do morza, nieprzerwany szum poruszającej się wody.

– Wiedziałem, że nie wytrzymasz zbyt długo – mówi Ben.

Jednak Miriam wie, że to nie on. Kiedyś, dawno temu, powiedziałaby, że to tylko wytwór jej wyobraźni, zmora przybierająca kształty zaczerpnięte z jej umysłu – i możliwe, że tak rzeczywiście było. Jednak dziś nie dałaby za to głowy. Może wtedy też nie?

– Jestem sobą.

– Właśnie na to liczymy.

Miriam rozkłada szerzej dłonie, nachyla się i patrzy mu w oczy.

– My. To nie pierwszy raz, kiedy słyszę to słowo.

– A imię nasze Legion. Jesteśmy demonami w twojej głowie.

– Że niby to wszystko to moje zwidy? Jesteś jakimś dupkiem, którego sobie wymyśliłam?

Ben milczy. Jego oczy błyszczą rozbawieniem.

W tej samej chwili jeden z ptaków unosi głowę, a w dziobie trzyma końcówkę czegoś, co wygląda jak ścięgno. Szarpie za nie. Lewa dłoń Bena podskakuje. Kiedy ptak opuszcza głowę, ramię chłopaka opada.

Ptaki sterują nim jak lalką.

Urocze.

Nagle Miriam widzi sunącą ku niej plamę cienia. Unosi głowę. Na tle nieba szybuje balon wypełniony helem. Mija blady dysk, robiący tu za słońce, a kiedy Miriam odwraca głowę, żeby spojrzeć na Bena, chłopaka już nie ma. Zamiast niego na krześle siedzi mężczyzna z bronią. Ten, który strzelał w sklepie. Ma zakrwawione usta, a z szyi wciąż sterczy mu widelec do grilla.

– No proszę. I jak się z tym czujesz?

– Jak się z czym czuję? – odpowiada Miriam pytaniem na pytanie, chociaż wie, o co mu chodzi.

– Nie rób z siebie niewiniątka. Masz na koncie drugiego trupa. – Po raz kolejny Miriam widzi w oczach rozmówcy błysk rozbawienia. – Albo i trzeciego, jeśli policzyć martwe dziecko.

Słowa trafiają ją jak cios obuchem. Stara się tego nie okazywać, ale widać to, bo opada na oparcie, odwraca głowę i spogląda na bezmiar szarego oceanu pokreślonego spienionymi grzywami fal.

Mężczyzna wzrusza ramionami.

– Czyli dzieciaka nie będziemy liczyć.

– Musisz się jakoś nazywać – Miriam zmienia temat rozmowy. – Możesz nie mieć twarzy, ale imię powinieneś mieć.

– Co powiesz na Bena? Albo Louisa? A może mamę?

– Chyba cię popieprzyło, jeśli myślisz, że będę mówiła do ciebie „mamo”.

– Skoro już o niej mowa: kiedy ją ostatnio widziałaś?

Dziewczyna nie odpowiada. On – albo ona, albo w ogóle to coś – zna przecież odpowiedź.

– Powinnam nazywać cię Włamywaczem – mówi w końcu. – Bo dokładnie to robisz. Włamujesz się. Powinnam teraz spokojnie dryfować przez ciemność poprzedzającą moją śmierć, zrelaksowana jak kotka na słońcu, ale nie, bo ty musisz się pojawić i poprzeszkadzać. Wlazłeś z buciorami do mojego mentalnego ogródka. Dokładnie tak. Włamałeś się. Zatem jesteś Włamywaczem.

– Nie udawaj, że nie czekałaś na mnie.

– Nic a nic.

Mężczyzna uśmiecha się. Ptak siada na sterczącym z jego szyi widelcu.

– Poza tym – kontynuuje Włamywacz, choć tak naprawdę ma nieruchome usta, a za niego mówi drozd siedzący na rączce widelca. I mówi głosem Bena. – Nie jesteś martwa. Jesteś tylko w szoku.

– Nie zginęłam?

– Nie, jeszcze nie. Może niedługo? Tak czy inaczej, masz przedtem trochę spraw do załatwienia. Nie pozwolimy ci tak łatwo odejść, maleńka. To spotkanie jest naszym sposobem, żeby ci powiedzieć, że dobrze cię widzieć z powrotem.

– W takim razie powinieneś przynieść wino i ciastka.

– Może następnym razem.


3

TO TYLKO ZADRAPANIE

Musi opowiedzieć wszystko trzem różnym gliniarzom i każdy po kolei ją pogania, żeby w końcu pofatygowała się do tej cholernej karetki.

Siedzi na krawężniku, pali jak fabryka komórek kancerogennych, a policjanci tłumaczą jej, że może mieć wstrząs mózgu. I że ranę po kuli z boku jej głowy – bo pocisk otarł się jedynie o skórę, zostawiając długie krwawiące otarcie – należałoby zdezynfekować.

Miriam odpowiada, że nie zamierza wsiadać do żadnej karetki.

A już na pewno nie pojedzie do szpitala.

Tak, dobrze się czuje.

Nie ma ubezpieczenia zdrowotnego i nie ma pieniędzy, by zapłacić za jego brak. Ostatnim razem, kiedy trafiła do szpitala, pożegnano ją rachunkiem z tyloma zerami, że wyglądał, jakby komuś zacięła się klawiatura. Swoją drogą, wyrzuciła go do pierwszego napotkanego kosza na śmieci.

Zeznania, które składa, zasadniczo nie odbiegają od prawdy. Mówi im praktycznie wszystko – nawet o tym, jak spoliczkowała Peggy – nie wyjawia jedynie swoich wizji. Ale nie dlatego, że nie chce się nimi dzielić. W przeszłości wiele razy próbowała i po prostu teraz już wie, że policjanci nieszczególnie przepadają za obroną w rodzaju „zrobiłam to, bo słyszałam głosy”.

Bez sensu wtykać kij w mrowisko.

Zamiast tłumaczyć się ze swojego daru, mówi, że zauważyła broń pod koszulką mężczyzny, a w następnej chwili nieznajomy już wymachiwał pistoletem. Nic, co by stało w sprzeczności z przebiegiem wydarzeń w sklepie.

Peggy nie chce zgłaszać pobicia. Peggy nie chce nawet jej widzieć ani z nią rozmawiać, a Miriam w to graj.

Stara się dowiedzieć czegoś więcej o napastniku, jednak nikt nic nie wie. Albo nie chce powiedzieć. Tak czy inaczej, ma wrażenie, że nikt jej nie słucha.

Godzinę później jest już wolna. Pożegnanie takie samo jak zawsze: „Proszę nie opuszczać stanu, bo możemy chcieć zadać pani jeszcze kilka pytań”.

Słyszy, co mówią. Ale w rzeczywistości nie słucha.

Musi jak najszybciej zapalić. Potrzebuje tego.

Chce do domu.

Gdyby tylko wiedziała, jak to jest mieć prawdziwy dom.


4

DOM-SROM

Ruch na moście łączącym Long Beach Island z lądem jest koszmarny; tu zawsze jest koszmarnie, bo wyspa bezustannie połyka turystów i wymiotuje nimi. Latem most zwany potocznie groblą – biały, zawieszony ponad szarobrązową breją, którą wypełniona jest zatoka Manahawkin – stoi w korkach jak tętnica zablokowana cholesterolem.

To jedyna droga prowadząca na wyspę i z powrotem na stały ląd.

Miriam nie jedzie samochodem. Dzięki temu nie musi stać w korku. Przemyka wzdłuż unieruchomionych aut na dziesięciobiegowym rowerze marki Schwinn. Rower pokrywa rdza, wpływ działania słonego morskiego powietrza. Karoserie mijanych wozów rozmazują się w kolorową plamę, a rozmowy z otwartych okien cichną, kiedy zostawia za sobą kolejne pojazdy.

Koła kręcą się z cichym szumem.

Sól z oceanu sprawia, że otwarta rana na głowie zaczyna piec.

Dziewczyna jedzie i pali papierosa, wydmuchując ustami kancerogenną chmurę dymu.

Minął już rok, od kiedy po raz pierwszy przejechała mostem na wyspę. Spieszyła się wtedy, by ocalić Louisa przed przeznaczeniem. Siedział przywiązany do krzesła na szczycie latarni morskiej. Torturowany przez potwora. Uratowała go, zanim stracił drugie oko – i mózg, bo tak miało się to skończyć. Dowiedziała się w ten sposób, że istnieje odstępstwo od zasad rządzących jej darem.

Jedynym sposobem, by ocalić kogoś przed śmiercią, jest dać losowi inne życie w zamian.

Tak właśnie zrobiła dzisiaj z zamachowcem w sklepie. Dziabnij jebanego dziabąga, ta myśl skacze po głowie Miriam jak kula w automacie do gry. Ale wcale nie jest jej bardziej do śmiechu. Wręcz przeciwnie: sprawia, że czuje się coraz gorzej, coraz bardziej obco i histerycznie.

Masz coś do załatwienia.

Mimo upału czuje zimny dreszcz.

W końcu zjeżdża z mostu. Bay Avenue przechodzi w Barnegat Road. Pośród piaszczystych pagórków wyrastają sosny. Nigdy wcześniej nie sądziła, że zobaczy te drzewa w pobliżu plaży, ale tutaj się okazało, że to normalne. Z drugiej strony, nigdy też nie podejrzewała, że najlepszym miejscem na odpady medyczne są plaże, ale cóż, witamy w New Jersey.

Skręca w Green Street, mija niewielki sklep ze sprzętem do surfingu, a potem jeszcze mniejszy sklepik wędkarski. Wszystko po to, żeby uniknąć jazdy przez ronda. To kolejny hit New Jersey. Ronda. Wszędzie ronda. Jakby nie można już było robić zwykłych skrzyżowań. Bo nie można! Teraz tylko w kółko i w kółko. Przeklęta karuzela, przez którą nawet Dante padłby w kałużę swoich rzygowin.

Jak raz się wjedzie na takie rondo, można się na nim kręcić do usranej śmierci, myśli Miriam.

Jak wir spuszczanej wody.

I trochę tak się czuje, zmierzając w stronę domu. Jakby tak właśnie było. Unosi się na powierzchni, macha rozpaczliwie nogami i czeka, co będzie pierwsze – zabraknie jej sił czy pojawią się rekiny. A może pojawi się łódź i przepływając, wciągnie ją w wir potężnej śruby napędowej?

Dom. Dom. Bleee…

Domem jest przyczepa kempingowa Airstream Trade Wind, model z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego, postawiona na osiedlu przyczep Bayview Trailer Park, zaraz przy Tuckerton. Nazwa osiedla może być trochę myląca, jednak Miriam przekonała się, że nie jest też całkowicie zmyślona: jeśli wspiąć się na dach którejś z przyczep, przeskoczyć z niej na słup podtrzymujący przewody pod napięciem i wspiąć się jeszcze wyżej, z całą pewnością ktoś z lornetką mógłby dostrzec mętne fale zatoki.

Osiedle przyczep kempingowych przyciąga standardową mieszaninę wykolejeńców i wariatów. Po jednej stronie para miłych staruszków z fetyszem w postaci kolorowych hawajskich koszul, które wyszły z mody wiele lat wcześniej: najbardziej gadatliwi ludzie, jakich kiedykolwiek poznała. Po drugiej dwóch gości, którzy po wyrzuceniu z college’u zajmują się sprzedażą słabej trawki innym wyrzuconym z college’ów. Na końcu osiedla jeszcze bardziej odpychające towarzystwo: mężczyzna, który w zaciszu swojej przyczepy produkuje metamfetaminę albo konstruuje bomby, a może robi obie rzeczy naraz?, zbieracz, który zamiast przedmiotów kolekcjonuje psy jack russell terrier – szczekanie, człowieku, ten jazgot! – i facet w średnim wieku, rozwodnik, który nawet w największe upały nosi flanelowe koszule. Miriam jest pewna, że to obleśny pedofil.

Doborowe towarzystwo.

Zbieranina wyrzutków bez korzeni, którzy nigdzie indziej nie pasują. Miriam zdaje sobie z tego sprawę. Nie jest zachwycona, ale nie ma innego wyjścia.

Macha na powitanie parze staruszków. Nazywają się Moon. Nie zatrzyma się przy nich, bo wie, że gdyby znalazła się w zasięgu, tryby ich gadatliwości wciągnęłyby jej ramię. Żeby się uwolnić, musiałaby odciąć je sobie czymś ostrym.

Chwyta się za krocze, mijając dwójkę dealerów marihuany – Scuddera i Nilsa. Pierwszy przypomina chuderlawą, surfującą wersję Ichaboda Crane’a, a drugi to beczkowaty mężczyzna o niedojrzałej twarzy z hipsterską brodą i okularami w czarnych grubych oprawkach. Machają na powitanie i uśmiechają się głupio. Taka tradycja.

I już jest. Dom.

A właściwie „dom”.

To coś…

Z koślawego ceglanego kwietnika przed wejściem sterczą uschnięte nagietki. Obok stoi ceramiczny krasnoludek z obtłuczonym nosem i dziurą w czole – otworem, który Miriam wybiła własnoręcznie kijem do minigolfa, znalezionym za przyczepą. Używa tego kija do różnych celów: wchodzi z nim na dach i strzela stamtąd kamieniami, drapie się po plecach, grozi narkomanom i innym szumowinom.

Kij leży niedaleko, rzucony w poprzerastaną chwastami trawę.

Za każdym razem, kiedy przekracza próg airstreama, czuje skurcz żołądka.

– Skazani do cel – mówi szeptem.

Wprost do trzewi srebrnego wieloryba.

Blaszane ściany. Morska kolorystyka: pastele, drewniane panele i sprzęt z lat osiemdziesiątych. Sama niczego nie tknęła tu palcem. Jedynym jej wkładem w wystrój przyczepy było powieszenie szkieletu ptaka nad zlewem. Zakłada, że to kruk. Truchło znalazła przed trzema miesiącami, w większości zjedzone już przez mrówki. Tylko kilka piór trzymało się jeszcze kości.

Gdyby zrobiła cokolwiek więcej poza powieszeniem tej jednej ozdoby, poczułaby się jak właścicielka. Jak ktoś, kto tu rzeczywiście mieszka.

W sumie przecież mieszkała, fakt, jednak nigdy nie była osobą mocno osadzoną w rzeczywistości.

– Hullo, ptaszku – wita się głosem pana Snuffleupagusa z Ulicy Sezamkowej. Puka palcem w szkielet, który przymocowała do patyczka po lodach żyłką i drucikami do zamykania woreczków śniadaniowych. Martwe ptaszysko kołysze się leniwie w popołudniowym słońcu.

Louis twierdził, że szkielet jest odrażający i w ogóle nie powinien się znaleźć w przyczepie, a już w żadnym razie nie nad kuchennym zlewem, w którym się przecież zmywa naczynia.

Wyjaśniła mu, że to jedyna rzecz, jakiej chce w tym miejscu; jedyna, jaką naprawdę posiada, i jeśli spróbuje usunąć szkielet z przyczepy, poczeka, aż zaśnie, usiądzie mu na klatce piersiowej i dziadkiem do orzechów pogruchocze mu orzeszki. Jego orzeszki. Następnie poważnym głosem wyjaśniła, że na wszelki wypadek już zaopatrzyła się w dziadka do orzechów, więc powinien uważać. I to bardzo.

Krótko mówiąc, Miriam i Louis nie potrafili się dogadać.

Przez jakiś czas byli kochankami. Louis był delikatny i czuły. Przekonał ją, żeby została w New Jersey. Z zaoszczędzonych pieniędzy opłacił przyczepę kempingową, w której mogli zamieszkać. Ponieważ rozwoził towar po całym Wschodnim Wybrzeżu, nieczęsto bywał na miejscu, ona zaś z początku nie mogła znaleźć pracy, więc miała sporo czasu, żeby się zaaklimatyzować, bla, bla, bla, bla… normalność…

Miriam nie chce więcej o tym myśleć.

Rana na głowie mocno świerzbi. Przesuwa wzdłuż niej palcami. Lepka. Nabrzmiała. Na opuszkach zostaje nie czerwony, ale różowy płyn.

Nie może przestać zastanawiać się nad tym wszystkim. Tak samo, jak nie może się powstrzymać od dotykania rany.

Kiedyś, przez moment, wierzyła, że jest nadzieja i że może im wyjść z Louisem. Ale nadzieja zmieniła się w urazę i dość szybko airstream z domu przekształcił się w blaszany grobowiec.

Dziś są już tylko współlokatorami. I przyjaciółmi. I wrogami. Jednocześnie co rusz Miriam nie może powstrzymać pragnień, które w niej siedzą, i wspina się na niego jak mała dziewczynka na konia, i ofiarują sobie seks z litości. Seks z litości dla niego. Seks z litości dla niej.

Na każde trzy tygodnie Louis dwa spędza gdzieś w drodze.

Dziś przypada jeden z tych tygodni, kiedy go nie ma. Ale niedługo wróci. Na dobrą sprawę, w każdej chwili może pojawić się w domu. Miriam wciąga nosem powietrze: nie pachnie ani starym old spice’em, ani nowym. Nowy old spice cuchnie jak wkładka pisuaru w ukraińskiej łaźni.

Im dłużej nie ma go na miejscu, tym bardziej ten zapach wietrzeje.

Kiedy znika całkowicie, nadchodzi czas, by wrócił.

Wychodzi na zewnątrz i zapala papierosa.

W domu się nie pali, tak jej powiedział.

To nie jest dom, odparła.

A jednak dom, zaprotestował.

Zareagowała na to odgłosem wymiotowania i palcem wciśniętym w gardło.


5

ĆPUN

Miriam siedzi obok rabaty z martwymi nagietkami i pali papierosa za papierosem. Ma nadzieję, że właśnie ten kolejny zdejmie ciężar z jej piersi i pozwoli swobodnie oddychać. Popiół strzepuje do obtłuczonej głowy krasnala.

Mijają kolejne godziny.

Nadchodzi wieczór. Robi się coraz ciemniej. Cykady ustępują pola świerszczom. Bryza znad oceanu osusza pot.

Krótko potem nadchodzi pora żerowania padlinożerców. Pojawia się obleśny pies dingo, odrażający kojot, i zaczyna się rozglądać. To jeden z jej sąsiadów. Jeszcze się nie poznali.

Jest szczupły, wysoki i zabawnie podryguje, jakby poruszał się w rytm muzyki, której nikt inny nie słyszy. Długie brązowe włosy ciasno związane w koński ogon.

Miriam widzi na jego ramionach rozdrapane strupy. Szuka wzrokiem jego zębów – jeszcze wszystkie ma, ale sądząc po ich kolorze i przerwach między nimi, niedługo zaczną wypadać jak odłamujące się sople lodu.

Trudno też nie zauważyć smrodu kocich sików.

To jeden z tutejszych ćpunów. Nie widziała go wcześniej, ale nie jest zaskoczona – na osiedlu przyczep kempingowych panuje spora rotacja narkomanów.

– Cze – mówi, idąc w jej kierunku.

Pewnie wymyślił sobie, że puknie tanią zdzirę z baraków. Albo ktoś mu powiedział, co z niej za numer, i postanowił zdobyć niezdobytą. Możliwe też, że stał się obiektem okrutnego żartu i ktoś mu poradził, żeby do niej uderzył, bo jest łatwa. Pewnie siedzą teraz gdzieś między drzewami i czekają, co się wydarzy. Żartownisie.

– Ahoj – odpowiada.

– Ładna jesteś. – Niemal miła rzecz na początek rozmowy. Ale Miriam widzi jego spojrzenie, nieskierowane na nią, tylko gdzieś w dal, jakby w ogóle na nią nie patrzył.

– Za to ty wyglądasz jak kupa pryszczy posklejana w kształt człowieka.

– Oj, to nie było ładne.

– Znowu użyłeś tego słowa. Ładne. Widać, że mnie w ogóle nie znasz.

Zbliża się. Łączy palce obu rąk.

– Chętnie cię poznam.

– Stary, trafiłeś na bardzo niedobry czas – mówi Miriam. – Nie wiem, co ci naopowiadali twoi tępi koledzy, ale naucz się, że grzeczne dziewczynki nie dają takim jak ty.

– Pieprz się, suko! – W jego oczach pojawia się wściekłość.

Idzie w jej kierunku i zaciska rozdygotane pięści.

Wygląda na to, że nie mam wyboru, myśli.

Ćpun skacze.

Pająkowatymi palcami chwyta ją za nadgarstek…

Igła przebija skórę na ramieniu, które wygląda jak ramię staruszka. Trafia dokładnie w centrum tatuażu w kształcie pajęczyny, pośród niezliczonych śladów wcześniejszych wkłuć. Pokryte strupami przedramię wygląda jak zryta kraterami powierzchnia Księżyca. Nie wyjmuje igły. Zostawia ją tam, tuż poniżej podwiniętego rękawa pomarańczowego więziennego kombinezonu. Oczy uciekają w głąb czaszki, przechyla głowę, aż szare włosy opadają na ramiona, otwiera usta, a spomiędzy bezzębnych szczęk wydobywa się westchnienie szczęścia. Żyłami pędzi w kierunku serca rozszalały tabun koni, dociera w końcu do mózgu i kopyta narkotycznej bestii rozdeptują szarą masę, zmieniając ją w płaski naleśnik. A potem są już tylko konwulsje, wymioty i ostatnie szarpnięcie głową. Umiera, gdzie siedział, nie zmieniając pozycji.

…ale Miriam nie ma problemu, żeby się uwolnić. Odskakuje na bok.

Mężczyzna skacze znowu, żeby ją złapać, jednak ona zwinnie się uchyla.

– A teraz uważaj: zdechniesz w pierdlu – mówi, dysząc. Cholera, całkiem wyszła z formy. – Dasz w żyłę, przesadzisz i zejdziesz.

Ćpun kopie, ale daleko mu do ruchów karateki. Raczej jak gruby dzieciak usiłujący kopnąć worek treningowy.

– Pierdolisz! Ja nie bio… – jęczy – nie biorę w żyłę!

– Jeszcze nie. Ale zaczniesz.

Uderza nieporadnie pięścią. Miriam chwyta go za rękę i wykręca na plecy. Ćpun krzyczy z wściekłości, bo bólu raczej nie czuje.

– Co ciekawe, w chwili śmierci będziesz wyglądał, jakbyś miał sześćdziesiąt czy sześćdziesiąt pięć lat. Tymczasem, mój drogi, odwalisz kitę za piętnaście lat, rozumiesz? Metamfetamina to nie mleko, nie służy organizmowi jak nabiał.

Nie docenia go i, niestety, pozwala sobie na rozbawienie. A to błąd, bo narkoman dostrzega i wykorzystuje okazję. Gnojek jest gibki jak wąż – wąż nawalony jak stodoła metamfetaminą. Wali łokciem na oślep i trafia ją w głowę, dokładnie w miejsce, gdzie zraniła ją kula.

Świeża krew momentalnie zalewa jej oko.

Ćpun ją popycha. Mocno. Przewraca ją.

Miriam upada na plecy. Piasek pod łokciami. Trawa łaskocze ją w szyję. Krew szczypie w oko. Narkoman zaczyna się śmiać. Usiłuje splunąć na nią, ale nie daje rady i większość śliny ścieka mu po dolnej wardze i zwisa z brody. Poirytowany kopie w jej stronę piaskiem.

Potem chwyta ją za kostki. Miriam już nawet nie kopie. Jakaś jej część myśli: To może być już Wszystko. Mój ostatni dzień tutaj. Koniec końców, nie ma przecież pojęcia. Może się dowiedzieć, jak będą wyglądały ostatnie chwile każdej osoby, ale własna śmierć pozostaje tajemnicą – tajemnicą, która nie daje jej spokoju.

Przed kilkoma godzinami niemal padła ofiarą szaleńca z pistoletem. Teraz napatoczył się ten ćpun.

Jednak jest jeden problem: nie ma najmniejszego zamiaru odchodzić w ten sposób.

– Zabiłam dzisiaj człowieka – syczy przez zaciśnięte zęby.

Ćpun nieruchomieje z zaskoczenia. Palce dziewczyny natrafiają w trawie niedaleko martwych nagietków na coś twardego i zaciskają się na tym.

– Chrzanisz, nie wyglądasz na taką – odpowiada w końcu mężczyzna, szczerząc zęby.

Miriam bierze zamach kijem do minigolfa. Trafia napastnika w przedramię – ten wrzeszczy i cofa rękę – ale ona jeszcze nie skończyła. Zrywa się z ziemi, bierze zamach i drugi raz uderza, ponownie w to samo miejsce. Mężczyzna już nawet nie krzyczy. Jęczy jedynie jak małe dziecko przerażone krążącymi wokół szerszeniami. Cofa się i zahacza stopą o jakąś nierówność – o co nietrudno, bo tutaj wszystko składa się z nierówności, wystających korzeni i plam piasku.

Odwraca się. Upada.

– Odpieprz się ode mnie – mówi, śmiejąc się głupkowato.

– Nie wyglądam na taką? – powtarza jego słowa, bijąc kijem. – A na jaką wyglądam, co? Na jaką? Nie wiesz, prawda? Bo nie możesz wiedzieć!

Unosi wysoko broń: Miriam, karzące ramię przeznaczenia. Widziała przecież jego śmierć: przedawkowanie heroiny. Ale posiada moc, by to zmienić. Posłać takiego do piachu to przysługa dla świata: jednego naćpanego gwałciciela mniej. Ludzkość powinna być jej za to wdzięczna.

Mężczyzna zaczyna krzyczeć. Pod nosem rośnie mu bańka ze smarków.

Kij wysuwa się jej z dłoni.

– Wynocha – mówi szeptem i szturcha go nogą.

Wygląda na to, że narkoman nie potrafi zrozumieć, że ma szansę na ułaskawienie.

Dziewczyna kopie, obsypując go piaskiem.

– Wypierdalaj!

Ćpun skowyczy, wycofuje się na plecach, a kiedy uznaje, że jest już bezpiecznie daleko, wstaje i czym prędzej znika między dwiema podwójnymi przyczepami.

Miriam wraca do środka. Zapala kolejnego papierosa. W głowie słyszy głos Louisa – krytykuje ją – ale akurat teraz nie bardzo ją to rusza. Niezależnie, jak bardzo chciałaby go posłuchać, nie potrafi potraktować jego słów poważnie.

Nie zwracając uwagi na to, co robi, wchodzi do łazienki – to znaczy do pomieszczenia, które miało za nią służyć. Jest tu tak ciasno, że ledwie może się obrócić. Drzwi nie są prawdziwymi drzwiami, tylko plastikową harmonijką, rozciąganą w razie potrzeby. Pod stopami wykładzina w kolorze sraczki. Jeśli ktoś chce mieć dywan w łazience, sraczkowaty kolor ma wymiar praktyczny.

Łokieć pokrywa lepka krew. Jak rozbawiony kociak zaczyna rozwijać papier toaletowy, aż na podłodze tworzy się biały stosik. Urywa. Ostrożnie osusza ranę na głowie, oglądając w lustrze czerwone i czarne grudki krwi na włosach.

Dawniej farbowała je niemal codziennie, w zależności od nastroju. Niebieski, fioletowy, blond, zielony, jakikolwiek. Czarny Drozd. Czerwony Wampir.

Teraz po prostu orzech. Jej naturalny kolor.

Przycięte z jednego boku przez kulę z pistoletu.

Nagle czuje, że dusi się między ścianami. Jest ciaśniej niż zazwyczaj. Z trudem łapie oddech, więc w umywalce gasi papierosa.

– Pieprzyć to – mówi do szkieletu ptaka. Głos jej drży jak cienka blacha, na którą pada deszcz. Ma spocone dłonie. Zbiera jej się na wymioty. – Mam dość.

Wychodzi i pakuje torbę.


6

W PRAWO, W LEWO I BUM W DRZEWO

Jest gorąco jak w piekle – tu, to znaczy na drodze siedemdzisiątej drugiej, Barnegat Road w New Jersey. Przejrzyste płomienie gorąca liżą szary asfalt, a żółte linie rozdzielające pasy topią się jak kawałki masła na rozgrzanej patelni.

Po jednym pasie w każdą stronę. Pędzą kolejne samochody. Niektórzy gnają na plażę. Inni już wracają. Rodzinne minivany. Nadęci żelboje taksujący okolicę z otwartych dżipów. Łomot tandetnej muzyki. Ktoś na rowerze, opięty elastyczną lycrą upstrzoną kolorowymi logo firm, jakby był sponsorowanym zawodowcem, a nie żałosnym, pretensjonalnym ćwokiem.

Miriam dostrzega pierwszy rower i myśli: okej, racja, rower. Też powinnam była popedałować. Ale potem przypomina sobie, że nie, nie taki był plan. Rusza w świat jak dawniej. Wraca do tamtego życia. Jedzie normalnie. Jak Miriam Black.

Do podróży wystarczy jej uniesiony kciuk.

Czas się pożegnać. Czas odciąć kotwicę, którą jest Louis i życie, jakie prowadziła przez ostatni rok, i znów ruszyć wydeptaną przez lata ścieżką. Stać się wolnym ptakiem niesionym pulsującym życiem systemem arterii drogowych Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Tyle że z jakiegoś powodu cały czas jeszcze nie wystawia kciuka.

Idzie. Po prostu.

– Gdzieś dalej złapię okazję – mówi do siebie, bo nikt jej nie słyszy. Może poza czarnymi przecinkami sępów na niebie, unoszonych gorącym oddechem gorącej nawierzchni. Pewnie krążą nad nią, mając nadzieję, że wkrótce padnie z wycieńczenia. A wtedy zjawią się przy jej truchle, ledwie zdąży się przewrócić.

Nie ma zamiaru dać im tej satysfakcji. Paskudne ptaszyska. Łyse, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by zagłębić łby z zakrzywionymi dziobami w gnijącym mięsie padliny. Ja też kiedyś byłam sępem, myśli. I znowu będę.

Pot ścieka jej po czole. Kapie do oczu. Szczypie.

Po lewej i prawej stronie drzewa. Większość to sosny. Słabowite. Z rzadkimi igłami. Wystają z piasku, czasem tylko szumią głaskane wiatrem. Nad głową linie wysokiego napięcia jak paski żelków z lukrecji. Z rzadka mija domy – niewielkie chałupki, czasem rudery. Kilka kroków i znów jest między sosnami, w ich cieniu.

Wieczorny półmrok wylewa się wzdłuż drogi jak krew nocy. Słońce znika za horyzontem, na niebo wychodzi księżyc. Przy drodze pojawia się nowy gatunek sosny – sosna smołowa. Wysokie drzewa o powyginanych gałęziach rosnące na martwej i nieurodzajnej ziemi. Żyje mimo sezonowych pożarów: ogień przemyka dołem, niszcząc wszystkie niższe rośliny, a one rosną dalej, pozbawione konkurencji.

Sosny smołowe oznaczają, że dotarła do Pine Barrens – długiego pasa zarośniętej pustki z dziwacznymi mieszkańcami – prymitywnymi lokalsami, którzy wzięli te zarośnięte nieużytki w posiadanie. Domu mitycznego diabła z Jersey, chupacabry z głową osła, skrzydłami nietoperza i starej wiedźmy – jeśli oczywiście wierzyć w takie historie.

Jako że nie dało się nie zauważyć nocy, biorącej świat w królowanie, a z drogi zniknęły samochody, Miriam zastanawia się, czy nie zboczyć po prostu w las, gdzie mogłaby paść ofiarą Diabła albo lokalsów.

Decyduje, że lepiej iść dalej.

Rok wcześniej została porwana, zamknięta w niewielkim domku pośrodku tego pasa dziczy i torturowana.

Bolą ją nogi. Ma sucho w ustach. Palą podeszwy stóp. Czuje, że odciski znów dają o sobie znać.

Ma ze sobą butelkę wody. Odkręca i upija łyk. Potem następny. Po chwili butelka jest pusta.

Ile łyków już wypiła?

Cholera.

W końcu stwierdza, że może nadszedł właściwy czas: czas złapać stopa. Czas powrócić do starego życia. Jak wtedy, gdy nic nie musiała i niczego nie żałowała. Zdaje sobie sprawę, że większość mijających samochodów zawiozłaby ją najpewniej na wyspę. Cóż za ironia. To trochę jak grzęznąć w ruchomych piaskach, próbując się z nich uwolnić.

Mimo wszystko, na widok świateł reflektorów zza pleców unosi dłoń i wysuwa kciuk. Nieważne, kto to. Ważne, żeby się zatrzymał. Niech przeznaczenie też ma coś do roboty. Miła babcia za kierownicą? Upalone licealistki? Jack Torrance z Lśnienia?

Los ma dziwne poczucie humoru. Pokręcone jak karłowate sosenki.

Szum silnika wydaje jej się naraz niepokojąco znajomy. Odwraca się: duże, jasne reflektory – dwa pędzące w jej kierunku słońca.

Hamowanie. Syk układu hydraulicznego.

W głębi duszy krzyczy przeciągle: nie, nie, nie, nie, NIE!

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.