Drozdy. Cudowny dzień.  - Piotr Bednarski - ebook
Wydawca: Goneta Aneta Gonera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 240 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Drozdy. Cudowny dzień. - Piotr Bednarski

Książka o człowieku, jego rozterkach, przyjaźni, miłości i tym czymś, za czym wszyscy tęsknimy. Za bliskością i przyjaźnią drugiego człowieka. Nawet jeśli nigdy wcześniej go nie znaliśmy i nie zjedliśmy z nim przysłowiowej beczki soli.

Niniejsza książka składa się z dwóch zasadniczych części, mimo że same „Drozdy” podzielone zostały przez autora na dwie. Ale „Drozdy” to jedna integralna część, a „Cudowny dzień” to druga. Całość spięta jest tematycznie, ocierając się o nędzny żywot ludzki, ale jakże piękny zarazem, kiedy udaje się żyć mimo wszystko, mimo skazania na śmierć czy kalectwa. Bo bohater „Drozdów”, Piotr, to wykluczeniec ze społeczeństwa, skazaniec, który napisał niepochlebny wiersz o ówczesnym prezydencie państwa, za co skazano go na karę śmierci. Ale broniący go adwokat — sam bliski śmierci z powodu śmiertelnej choroby — wynalazł starodawny, ale nadal aktualny przepis o możliwości wypuszczenia skazańca na przepustkę przed śmiercią, żeby zobaczył się z matką. W zastaw adwokat sam dał się zamknąć w celi zamiast skazanego, a swojemu klientowi przykazał ucieczkę. Ten w pociągu zdążającym na spotkanie z matką, mieszkającą w nadgranicznej wiosce górskiej, spotyka ojca trzech córek na wydaniu, który opowiada o klątwie, jaka dotyka jego rodzinę. Nikt nie chce poślubić żadnej z jego córek, bo we wcześniejszych związkach w tej rodzinie mężczyźni przedwcześnie umierali. Podróżujący pociągiem zaproponował Piotrowi małżeństwo z jedną z jego córek, bo przecież Piotr i tak jest skazany na śmierć. Piotr zgadza się, ale pod warunkiem, że potem pojedzie do matki.

Wszystko układa się inaczej, niż miało być. Życie Piotra odmienia się, nagle chce żyć, walczy więc o swoje szczęście do końca. Tak samo jest w przypadku bohatera „Cudownego dnia”. Bohater walczy mimo kalectwa. Nie poddaje się i znajduje miłość i przywiązanie oraz szacunek innych ludzi. Te sielsko-anielskie krajobrazy i jakże swojskie klimaty wsi i małego miasteczka oraz portrety ludzi tam mieszkających przeplecione są rozmowami o sprawach poważnych w sposób prosty i zwięzły. Tak, jak to robią mądrzy życiowo ludzie bez wyższego wykształcenia.

Opinie o ebooku Drozdy. Cudowny dzień. - Piotr Bednarski

Fragment ebooka Drozdy. Cudowny dzień. - Piotr Bednarski




Od redakcji:

Piotr Bednarski urodził się na kresach — na Podolu.

Dzieciństwo spędził w ZSRR. Do Polski powrócił dopiero po śmierci Stalina. Dzieciństwo miał bogate w doświadczenia graniczne. Z natury obieżyświat. Był rolnikiem, dokerem, drwalem, rybakiem dalekomorskim i marynarzem.

Poeta i prozaik. Wydał dwanaście tomików wierszy, pięć tomów opowiadań i pięć powieści. Wiele z powieści otrzymało nagrody. „Krople soli” — Nagroda Literacka CRZZ-1977, „Czarcie nasienie” — Nagroda J. Conrada 1978 r., „Morze u wezgłowia” — Nagroda im. Marcina M. Borzymoskiego, „Lancelot” — Nagroda Funduszu Literatury 1986, „Parsifal” — Nagroda miesięcznika „Pobrzeże” i Wojewody Koszalińskiego 1989, „Błękitne śniegi” — Nagroda Fundacji Kultury 1996 (powieść została zaadaptowana na widowisko telewizyjne przez Izabelę Cywińską — emisja TVP1 i TV Polonia oraz przetłumaczona na język francuski, włoski, rumuński i niemiecki), „Rejsy po arcydzieło” — tłumaczenie na język francuski. W toku produkcyjnym trzecia część. W latach 2007-2008 wydał pięć tomików wierszy o wysokich walorach artystycznych: „Złotorunne żmijowisko”, „Syberyjski kosaciec”, „Świat-kwiat”, „Chryzantemy złociste”, „Miłość to ty”.

W 2009 roku Goneta.net wydała książkę autorstwa pana Piotra Bednarskiego pt. „Złoty list”, a w marcu 2011 ukazało się wspaniałe opowiadanie pt. „Zeus”. Dziś kolej na „Drozdy, Cudowny dzień”.



„Drozdy, Cudowny dzień” — kolejna cudowna książka o człowieku, jego rozterkach, przyjaźni, miłości i tym czymś, za czym wszyscy tęsknimy. Za bliskością i przyjaźnią drugiego człowieka. Nawet jeśli nigdy wcześniej go nie znaliśmy i nie zjedliśmy z nim przysłowiowej beczki soli.

Niniejsza książka składa się z dwóch zasadniczych części, mimo że same „Drozdy” podzielone zostały przez autora na dwie. Ale „Drozdy” to jedna integralna część, a „Cudowny dzień” to druga. Całość spięta jest tematycznie, ocierając się o nędzny żywot ludzki, ale jakże piękny zarazem, kiedy udaje się żyć mimo wszystko, mimo skazania na śmierć czy kalectwa. Bo bohater „Drozdów”, Piotr, to wykluczeniec ze społeczeństwa, skazaniec, który napisał niepochlebny wiersz o ówczesnym prezydencie państwa, za który skazano go na karę śmierci. Ale broniący go adwokat — sam bliski śmierci z powodu śmiertelnej choroby — wynalazł starodawny, ale nadal aktualny przepis o możliwości wypuszczenia skazańca na przepustkę przed śmiercią, żeby zobaczył się z matką. W zastaw adwokat sam dał się zamknąć w celi zamiast skazanego, a swojemu klientowi przykazał ucieczkę. Ten w pociągu, którym zdąża na spotkanie z matką, mieszkającą w nadgranicznej wiosce górskiej, spotyka ojca trzech córek na wydaniu, który opowiada o klątwie, jaka dotyka jego rodzinę. Nikt nie chce poślubić żadnej z jego córek, bo we wcześniejszych związkach w tej rodzinie mężczyźni przedwcześnie umierali. Podróżujący pociągiem zaproponował Piotrowi małżeństwo z jedną z jego córek, bo przecież Piotr i tak jest skazany na śmierć. Piotr zgadza się, ale pod warunkiem, że potem pojedzie do matki. Wszystko układa się inaczej, niż miało być. Życie Piotra odmienia się, nagle chce żyć, walczy więc o swoje szczęście do końca.

Tak samo jest w przypadku bohatera „Cudownego dnia”. Bohater walczy mimo kalectwa. Nie poddaje się i znajduje miłość i przywiązanie oraz szacunek innych ludzi.

Te sielsko-anielskie krajobrazy i jakże swojskie klimaty wsi i małego miasteczka oraz portrety ludzi tam mieszkających przeplecione są rozmowami o sprawach poważnych w sposób prosty i zwięzły. Tak, jak to robią mądrzy życiowo ludzie bez wyższego wykształcenia.

Klimat całej książki jest bliski wielu z nas. Któż z nas nie rozmyślał o pięknie przyrody, nie szukał przyjaźni wśród ludzi, reprezentujących tę zdrową i jakże prostą filozofię życiową.

Przed Wami taki właśnie spokojny i wyważony opis życia i walki o nie bez wielkomiejskiego, przesiąkniętego sztucznością blichtru.


DROZDY — CZĘŚĆ PIERWSZA

Zostałem skazany na śmierć. Przez myśl mi nie przeszło, że mogę otrzymać najwyższy wymiar kary. Poprosiłem o ponowne odczytanie wyroku.

— Zdaje mi się, że się przesłyszałem — powiedziałem.

Sędzia odebrał to jako sarkazm i odmówił. Sala była pusta, więc w drodze wyjątku podano mi kopię wyroku. Całość przeczytałem raz, a uzasadnienie trzykrotnie i ogarnęła mnie rozpacz, a potem wstyd i zażenowanie. Wykreśliłem siebie. Mnie już prawie nie było. Ale istniał świat. I właśnie wobec niego popełniono grubiaństwo. Zagryzłem wargi. Spostrzegłem to, kiedy poczułem smak krwi. Otrząsnąłem się i spokojnie oddałem kopię dokumentu stojącemu obok mnie osobnikowi w todze. Sędzia uśmiechnął się i zakończył rozprawę. Odwieziono mnie z powrotem do więzienia. W celi czekał już adwokat. Stary, z siwo-rudawą bródką, z niezdrowymi białymi cętkami w błękitnych oczach. Siedział na jedynym taborecie i stukał nerwowo palcami w blat sosnowego stołu.

— Zrobiłem, co mogłem — odezwał się, gdy usiadłem naprzeciwko, na brzeżku żelaznego łóżka.

— Wiem.

— Istnieje jeszcze prawo łaski.

— Jak dotąd nikogo nie objęło.

Skinął głową.

— Nie traćmy nadziei. Jestem obrońcą z urzędu, więc muszę złożyć odwołanie. To mój obowiązek. Taka jest procedura.

— To już koniec, prawda? Pozostało tylko ostatnie życzenie.

— Tak — odrzekł.

Oparł twarz na dłoni i zamyślił się. Milczałem i ja.

— Postaram się coś zrobić dla ciebie — odezwał się po dłuższej chwili głębokiej zadumy. Wstał i z przejęcia zaczął przemierzać celę, dwa kroki do drzwi, dwa do ściany z okienkiem pod sufitem. — Istnieje stare prawo zezwalające skazańcowi na odwiedzenie matki, jeśli wyrazi takie życzenie. Ustanowił je któryś z naszych pobożnych królów, fanatyk kultu Matki Boskiej. Pomimo przewrotów ustrojowych nigdy go nie anulowano. Spróbujmy wskrzesić ten zabytek. Życz mi złamania nogi — poprosił, wychodząc.

Czułem do niego sympatię, więc powiedziałem:

— Złam kark!

Wrócił po pięciu dniach, radosny, w skowronkach.

— Wygraliśmy — rzekł podniecony i przycisnął do piersi jak syna. — Pomogli korespondenci zagraniczni, których zawiadomiłem o twoim życzeniu. Nawet nasza prasa i radio dały się nabrać. Zawrzało, rozdzwoniły się telefony i — zniżył głos — zgodnie z prawem pojedziesz do matki. Zostanę w celi jako zakładnik, to też zgodnie z prawem. Co ty na to?

— W imię czego pan to robi? — zapytałem. — Znam dobrze ludzi pana profesji, budzą we mnie podejrzenia.

— Nie obawiaj się — odrzekł skwapliwie. — Ufaj jak ojcu. Robię to z wewnętrznej potrzeby. Tyle lat służyłem tym świniom — szepnął z wyrzutem, wręcz z odrazą — wbrew sobie, prośbom rodziców... tylko dlatego, że kochałem kobietę, która w końcu okazała się dziwką. Przez to znienawidziłem siebie. Pomagasz mi wyjść z piekła. Jedź i nie wracaj, postaraj się uciec za granicę. Matka mieszka w górach, a góry należą do Boga. Umierając za ciebie, poczuję się rozgrzeszony.

— Mam to przyjąć za prawdę?

— Mówię jak na spowiedzi. Znasz pobudki duchowe, a teraz przedstawię ci jeszcze cielesne. Toczy mnie rak płuc, pozostało mi najwyżej pół roku życia. Nie miej oporów. A teraz w drogę. — Zastukał w metalowe drzwi.

Usłyszałem kroki, a po chwili zgrzytnął klucz. W drzwiach stanął strażnik.

— Do naczelnika z nim!

Strażnik skinął głową i wyprowadził mnie z celi.

To jest Sokrates

Oddano mi cały depozyt, wręczono przepustkę na trzy doby i zawieziono na dworzec. Tak kara śmierci, jak i zezwolenie na odwiedzenie matki były kompletnym zaskoczeniem, czymś tylko na wpół realnym. Ale po wodzie też można chodzić. Stało się. Matki nie widziałem pięć lat. Brakowało czasu, możliwości, środków. Pisałem też tylko raz do roku, kartkę na Boże Narodzenie lub Wielkanoc. Bo o czym miałem pisać? O tym, że na przemian zamykają mnie lub wypuszczają z aresztu? Wstydziłem się, teraz też. „Co powiem?” — tak rozmyślając wyszedłem przed dworzec. Do przyjazdu pociągu pozostała jeszcze godzina. Usiadłem na ławce i zapatrzyłem się na twierdzę, górującą nad miastem niczym przekleństwo. Po chwili przysiadł się włóczęga. Wygrzebał z kieszeni niedopałek, przypalił i zaciągnął się chciwie. Wyjąłem z kieszeni banknot.

— Żyję ze śmietników — rzekł i odsunął rękę, zerknąwszy na mnie spod nastroszonych brwi i jeszcze raz głęboko zaciągnął się. — Skąd taka hojność? — zaciekawił się.

— Żegnam się ze światem — powiedziałem. — Wypuszczono mnie na trzy dni. Jestem skazany na śmierć.

— Bajki pleciesz, jak ja to mówię — rzucił i wyciągnął nowy niedopałek. — Dinozaury nie znają miłosierdzia, nie stać ich na taki gest — pożegnać matkę... nie wierzę!

I wtedy opowiedziałem o starym prawie, ustanowionym przez pobożnego króla, a także o adwokacie, który pozostał w celi jako zakładnik.

— Jeśli nie łżesz, toś szczęściarz. A za co skazano cię na stryczek?

— Napisałem wiersz, który uraził naszego prezydenta. Od tego się zaczęło. Dodano jeszcze działalność wywrotową itede, itepe.

— Jak Sokrates — uśmiechnął się włóczęga. — A ja myślałem, że już nie ma ludzi, że żyją tylko pterozaury i brontozaury, a tu, patrzcie państwo, jak ja to mówię, Sokrates wśród nas. I na śmierć skazany. Poczęstuj papierosem, od ciebie zapalę.

Włóczęga palił i mówił, tokował jak turkawka. Kończył zdania tym swoim cudacznym: „jak ja to mówię” i zacierał ręce. Nawijał na wskazujący palec włosy ryżawej brody, wpatrywał się we mnie jak w obraz i oblizując spękane wargi, wykrzykiwał z emfazą, że miał powyżej uszu tej codziennej malarycznej rzeczywistości, chciał skończyć ze sobą: skoczyć do rzeki lub jutro w południe oblać się benzyną i spalić przed ratuszem, jak to czynią buddyjscy mnisi. Ale już tego nie zrobi.

Nagle usłyszeliśmy gwizd pociągu, więc pobiegliśmy na peron. Włóczęga wskoczył pierwszy, jeszcze w biegu i zajął miejsce, choć nie było takiej potrzeby, bo tak peron, jak i wagony były prawie puste. Kiedy wszedłem, otworzył drzwi do przedziału, w którym siedziało trzech mężczyzn i, wskazując na mnie głową, powiedział:

— To nasz Sokrates. I tak jak tamten został skazany na śmierć.

Aby udowodnić, że to, co mówi, jest prawdą, uciął końcówkę mojego paska.

— To na szczęście — dodał, uśmiechnął się szeroko i pobiegł do drzwi, bo pociąg był już w ruchu.

Mam swój spryt

Włóczęga wyskoczył w biegu. Pomachałem mu przez otwarte okno. Pociąg zgrzytał na zakrętach, gwizdał, przyśpieszał, a ja tak stałem i patrzyłem, patrzyłem i patrzyłem. Z początku na oddalające się domy, potem na łąki, pola, lasy, samotne zagrody, wsie i przysiółki. Trzy lata nie było mnie w pędzie, więc radowałem się szybkością, a kiedy nasyciłem się już uciekającą przestrzenią, zapaliłem papierosa. Korytarz był pusty, tylko tuż obok mnie na otwieranym krzesełku siedziała smagła dziewczyna. Oczy też miała czarne, duże, pełne cierpienia. Przy niej, pół siedząc, pół klęcząc, oparty głową o jej kolana, spał młody mężczyzna. Kiedy spojrzałem na niego, ten otworzył oczy.

— Poczułem dym i natychmiast się obudziłem — powiedział do dziewczyny i przytulił jej ręce do ust. Wstał i wyciągnął papierosa. — Czy mogę prosić o ogień? — zwrócił się do mnie. — Czy pan był za granicą? — zapytał, oddając zapalniczkę.

— Tak, byłem — odrzekłem zgodnie z prawdą, zaskoczony tym pytaniem.

— A można wiedzieć, gdzie?

— W Paryżu.

— I jak tam jest?

— Dużo artystów, a reszta jak wszędzie.

— A młodzi ludzie mają gdzie mieszkać?

Skinąłem głową:

— Myślę, że tak.

— A ją, widzi pan — wskazał na dziewczynę — ojciec wygnał z domu. Zaszła w ciążę. Kochamy się. Jestem z domu dziecka i jak ją wygnali, to zostaliśmy na lodzie. Nie mam nikogo na świecie. I nikt nas nie chce. Jedziemy do jej ciotki, ale też nas nie przyjmie, to pewne jak amen w pacierzu. Ale trzeba coś robić, ślepej kurze trafia się czasem ziarnko. A mówią, że młodzież to taka czy owaka. Co z tego, że mam ojczyznę, jeśli nie mam dachu nad głową? Co to za ojczyzna, w której kobieta nie może urodzić po ludzku? A panu jak się wiedzie? — zapytał zaczepnie.

Dziewczyna szarpnęła go za ramię, a kiedy się pochylił, coś mu szeptem przekazała. Zrobił wielkie oczy i przyjrzał mi się ciekawie, aż gwizdnął z podziwu.

— Czy to prawda? Kara śmierci?!

Skinąłem głową, sam nie wiem dlaczego. Mogłem zaprzeczyć, powiedzieć, że włóczęga był pijany i plótł trzy po trzy.

— Trwoży się pan?

— Jak pomyślę, to ściska w dołku.

— Ciekawi mnie to, bo jak pan wie, jestem wychowany w domu dziecka i mam swój spryt, ale kto wie, co mnie czeka. Jestem sprytniejszy od tych w mundurach, ale każdemu może powinąć się noga.

— Nie ruszaj polityki — poprosiła dziewczyna i popatrzyła na mnie swoimi pięknie wykrojonymi i jeszcze piękniej osadzonymi oczyma. — Jak mu ciężko, to zaraz złorzeczy. Ale to dobry człowiek. Zło wyczuwam na odległość, od urodzenia. Zawsze bałam się ojca, i widzi pan, wygonił!

— Złoczyńców wysłać na księżyc — rzekł twardo chłopiec. — Niech tam sobie żyją, swój ze swoim. Niech duszą się we własnym sosie.

— Pomysł niezły, ale niemożliwy do zrealizowania.

— Wiem, lecz człowiek zawsze marzy — odparł, odpalając papierosa od papierosa, niedopałek wrzucił do popielniczki, z pasją, z siłą. — Tak niewiele człowiekowi trzeba, a nawet tego żałują. Dobra przed sobą nie widzę. Za granicą jest lepiej, co?

A ja na to:

— Tylko Francja to jeszcze ludzki kraj.

— Uczyłem się trochę historii. — Schylił się, pocałował dziewczynę i uśmiechnął się do mnie, jak dziecko. — A u nas źle, chamy rządzą.

— Proszę, uspokój się — szepnęła dziewczyna i szarpnęła go za rękaw.

— Jak będę stary, to będę milczał. — Przykląkł i ucałował jej dłonie. — Teraz mam serce jak dzwon, więc nie muszę się bać zawału. Złorzeczę, bo nędza przed nami.

— Bóg da, ułoży się.

— Bóg nam nic nie da. To co dał światu, zagarnęli cwaniacy.

Dziewczyna uśmiechnęła się smutno i spojrzała w okno, patrzyła i marszczyła brwi, nagle wstała.

— Przecież my już dojeżdżamy. — Jej twarz rozjaśnił uśmiech. — Tamte domy to Podkamienna, a dalej Janów. Zaczesz się, masz zrobić dobre wrażenie.

— Mam swój spryt — odrzekł. — Zrobię królewskie wrażenie, zobaczysz. — A do mnie: — Czuję przez skórę, że wylądujemy na dworcu i będę musiał kraść.

— Nie kracz, myśl pozytywnie.

— Myślę i myślę, i nic wymyślić nie mogę.

Pomachałem ręką na pożegnanie. Kiedy już był na peronie, rzuciłem za nim:

— Gdy będziesz na krawędzi, krzycz: „król jest nagi!”.

Jestem człowiekiem religijnym

Wszedłem do przedziału. Rozmowa nagle się urwała. Usiadłem przy drzwiach. Każdy z trzech mężczyzn popatrzył na mnie po swojemu. Jeden spod brwi, drugi przekrzywiając głowę jak ptak, trzeci uniósł brwi, jakby dostrzegł coś nadzwyczajnego. I właśnie on uśmiechnął się. Miał czerstwą twarz, głębokie zmarszczki na czole, a włosy srebrne i bujne jak wiosenne chwasty.

— Im już opowiedziałem — zaczął, wskazując głową na współtowarzyszy podróży — więc i panu się pochwalę. Posiadam pięćdziesiąt hektarów dobrej ziemi, dwa traktory z osprzętem, dwadzieścia krów i pięknego konia, gniadosza, półkrwi anglika. Jeżdżę na nim co drugi dzień, a przynajmniej dwa razy w tygodniu, po swoich włościach. I mam jeszcze psa, charta, który mi towarzyszy w przejażdżce. Można by powiedzieć, że żyję jak książę z bajki. Z jednej strony tak, a z drugiej...

— Albo szczęście, albo mamona — powiedział dziadek i popatrzył na mnie pytająco.

Miał malutką, szczuplutką twarz, woskową skórę i przypominał mi mnie. Nie doczekawszy się odpowiedzi, znowu oparł twarz na dłoniach, spoczywających na główce trzcinowej laski i dodał:

— Albo jedno, albo drugie...

Pociąg był znowu w ruchu. Na stacji wsiadło parę osób, skrzypiały drzwi do przedziałów. Do naszego wszedł młodzieniec o czerwonej, ponurej twarzy, skinął głową i usiadł naprzeciw mnie. Na nogach miał buty co najmniej o dwa numery za duże, które sprawiały mu radość, bo nieustannie zerkał na nie.

— Jestem człowiekiem religijnym — podjął znowu srebrzystowłosy. — Czytam Pismo Święte, nie rozstaję się z nim nawet w podróży. I wiem, że nie jestem taki, jaki powinienem być. Może dlatego nieustannie urąga mi sumienie. Nie rozdaję tego, co mam, tylko ciągle siew i żniwa, pole i zagroda. A trzeba żyć inaczej.

— Nie chodził pan do seminarium duchownego? — zapytał chłopiec, nie odrywając wzroku od swoich zbyt dużych butów.

— Skąd ci to przyszło do głowy? — zdziwił się srebrnowłosy.

— Bo mówi pan jak ksiądz, jak wiejski proboszcz.

— To prawda — potwierdziłem.

— Miło to słyszeć — mruknął i uśmiechnął się do mnie. — Jestem tylko rolnikiem i nie zawsze moja wiara była taka głęboka, inaczej bym się nie ożenił. Teraz jestem wdowcem. I właśnie do tego zmierzałem. Mam trzy córki, wykształcone, piękne jak gracje. Nawet obraz o takim tytule kupiłem i powiesiłem w bawialnym pokoju.

— Trzy córki to o dwie za dużo — chrypliwym głosem rzekł dziadek, nie odrywając brody od laski. — Ja też mam trzy, a tylko jedna dobra, jak w teatrze. Widziałem taką sztukę w telewizji, o wygnanym królu.

— U mnie nie tak — kiwając głową, ciągnął srebrnowłosy. — Za moim rodem wlecze się zły omen. Wszystkie moje siostry, siostry ojca i dziadka po roku owdowiały. Ludzie to zauważyli i dlatego moje córki są starymi pannami. Chłopcy boją się zbliżyć do moich córek. Cóż, każdy chce żyć. A chciałbym mieć wnuka... Może ty, młody człowieku? — zwrócił się do chłopca, wpatrującego się w swoje traperskie buty. — Może miałbyś ochotę zapoznać się z którąś z nich?

— Po tym, co pan powiedział, to za Chiny — odrzekł. — Gdyby pan o tym nie mówił, to może bym i pojechał. Mam dziewczynę, owszem, ale to jeszcze nie to, czego szukam.

— Jestem człowiekiem religijnym, więc nie chcę kłamać ani niczego ukrywać. Uczciwość nade wszystko.

— Z taką uczciwością daleko pan nie zajedzie — powiedział z uśmiechem chłopiec.

— Trudno, czegoś trzeba się trzymać — odparł rolnik i zwrócił się do mnie: — Stryczek? To fakt?

Potwierdziłem, skinąwszy głową, a on kontynuował:

— Jak to usłyszałem, od razu pomyślałem, że jesteś najodpowiedniejszym kandydatem na mojego zięcia. Oczywiście jeśli nie jesteś żonaty.

— Szalony pomysł — powiedziałem i roześmiałem się.

— Zdrowe szaleństwo — odrzekł srebrnowłosy z powagą, niezbity z tropu moim uśmiechem. — Chrystusa też uważali za szaleńca.

— Fakt — potwierdziłem.

— To jak? Umowa stoi? — zapytał już z uśmiechem, wichrząc czuprynę. — Masz przed sobą trzy dni, a za trzy doby można zrobić więcej niż w ciągu trzydziestu lat. Sądzę, że masz tyle lat. A dokąd jedziesz?

Wymieniłem miejscowość, a gość niezrażony niczym tokował dalej:

— To w górach, prawda? Kawał drogi, ale przecież nie koniec świata. Odwiozę cię, już moja w tym głowa. No, rzeknij słowo, powiedz: tak!

Zgodziłem się, skinąłem głową, nie miałem sumienia odmówić.

— Przysiądź się bliżej — zachęcił mój przyszły teść, a kiedy spełniłem życzenie, położył dużą dłoń na mojej ręce i spojrzał w oczy. — Za co cię ukrzyżują?

— Za prawdę — i zacząłem rozwijać odyseję. Kończąc, zacytowałem wiersz, za który skazano mnie na golgotę pod tytułem „A ty jesteś rzeźnikiem”.

— Porządny z ciebie człowiek, zuch — szepnął srebrnowłosy i przedstawił się: — Antoni jestem. Tak zwracaj się do mnie. Zbieramy się, za chwilę wysiadamy. — Złapał podróżną torbę i wskazał na drzwi. — Jak ci na imię?

— Piotr — odrzekłem.

— Gościem weselnym mogę być — powiedział chłopiec, odrywając wzrok od swoich traperskich butów.

— Zięć mi potrzebny, nie gość weselny — odrzekł Antoni. — Lubię orłów. — I poszliśmy w kierunku wyjścia.

Tak mało jest rzeczy subtelnych

Z pociągu przesiedliśmy się do autobusu, który stał opodal dworca i po dziesięciu minutach ruszyliśmy w dalszą drogę. Autobus był wypełniony robotnikami wracającymi z fabryk i kobietami z pustymi, wiklinowymi koszami. Twarze tak mężczyzn, jak i kobiet nasycone były smutnym liryzmem, było w nich i cierpienie, i zaciętość, i ufność. Tu i ówdzie rozmawiano półgłosem. Tylko jeden pasażer z rudawym zarostem i lekko siwą czupryną, w cynobrowej koszuli, zapewne po paru dobrych kieliszkach, nieustannie mamrotał, że nie ma nic wiecznego. Jak coś się urodzi, to wiadomo, że musi umrzeć.

Autobus zatrzymywał się, ludzi ubywało, rozmowa nabierała impetu, to znowu urywała się. Nie chwytałem już sensu, zapewne drzemałem, momentami widziałem podwójnie, ale oczy miałem otwarte jak zając. Tego nauczyłem się w więzieniu. Na którymś przystanku ktoś usiadł w fotelu za nami. Był to ktoś bliski, wtajemniczony w sprawy rodzinne.

— Witaj, Antoni — usłyszałem kobiecy głos. — Jakie wieści?

— Dobre — odrzekł.

Kącikiem oka dostrzegłem, że oglądnął się, mrugnął i uśmiechnął.

— A teraz słuchaj — zniżył głos i jego dłoń spoczęła na moim ramieniu. — Obudź się.

Odwróciłem się.

— To moja siostra, Hania.

Skinęła głową, uśmiechnęła się i nic nie powiedziała.

— Nie chcę się rozwodzić, powiem tylko, że wieczorem odbędzie się ślub. Któraś z dziewczyn zostanie jego żoną.

— Jakże to tak, bez zapowiedzi?

— Nie pytluj — rzekł twardo Antoni. — Wiesz jak się sprawy mają. Poza tym są, jak to się mówi, sytuacje graniczne — dziś albo nigdy. Rozumiesz?

— A ksiądz się zgodzi? Takiego wypadku jeszcze u nas nie było, nawet w czasie wojny.

— Jeśli nie było, to będzie. A zgodzić się musi. — I popatrzył na mnie.

— Myślę, że nie odmówi — kiwnęła głową. — A co z weselem?

— Właśnie! Zbierz kobiety i przyjdź. Zaprosimy tylko najbliższych.

Autobus wjechał na niewielki placyk, zrobił pętlę i zatrzymał się. Byliśmy na miejscu. Antoni przekazał torbę podróżną Hani, głową wskazał kierunek i ruszył przed siebie.

— Idziemy do księdza Tadeusza, to najważniejsze.

Przecięliśmy placyk i weszliśmy w boczną uliczkę. Przechodząc koło kościoła spostrzegliśmy, że drzwi są uchylone. Weszliśmy do środka. Ogarnął nas półmrok. Antoni usadowił mnie w ławce, a sam poszedł w kierunku zakrystii. Po chwili mój wzrok przywykł do nowych warunków i dojrzałem w całej okazałości krzyż górujący nad ołtarzem. Męka Pańska ukazana była z takim artyzmem, że natychmiast poczułem kłucie serca. Nie krwawiące dłonie, stopy czy bok, ale twarz, jakby żywa, mówiła o tym, co było, jest i będzie, a szczególnie, co mnie czeka. Dawno nie byłem w kościele, jeszcze kiedy byłem na wolności. Wtedy przyjaźń z Jezusem czyniła moje życie znośniejszym. Był poetą, rewolucjonistą i pochodził z ościennego kraju. I to mi wystarczyło, aby robić właśnie to, co nakazywało sumienie i zdrowy rozsądek. Kiedy tak patrzyłem na tego Żyda, Syna Bożego, który wziął na siebie podłość i brud tej ziemi, srebrnowłosy Antoni, leżący krzyżem przed ołtarzem, tak jak to czynią zakonnicy przed przyjęciem święceń, wstał, przeżegnał się i kiwnął na mnie głową.

— Podziękowałem Bogu za dar, jaki otrzymałem. Idziemy do kancelarii.

Chodnikiem, wysypanym grubym szutrem i obsadzonym po obu stronach kanadyjskimi świerkami, weszliśmy na podwórko plebanii. Do kancelarii wprowadziła nas kobieta o smagłej cerze, do której Antoni zwracał się po imieniu. Po chwili wszedł ksiądz proboszcz. Usiedliśmy i Antoni, nie owijając niczego w bawełnę, wyjaśnił cel wizyty.

— Sprawa niezwykle skomplikowana — szepnął ksiądz, zagryzając górną wargę.

— Tak mało jest rzeczy subtelnych na tym świecie — powiedziałem do siebie.

— Otóż to — rzekł Antoni.

— Przysięgasz na krzyż, że jesteś ochrzczony i nieżonaty? — zwrócił się do mnie ksiądz.

Uśmiechnąłem się i podniosłem rękę

— Antoni, szykuj wesele, przyjdę napić się wina — odpowiedział na to ksiądz.

Wyszliśmy. Proboszcz odprowadził nas do furtki. Przecięliśmy na skos placyk, weszliśmy w boczną uliczkę, utwardzoną szutrem, prawie pustą, nie licząc psów, które nas nie oszczekały, kotów nie zwracających na nas uwagi i paru białych młodziutkich kóz, buszujących w rowach.

— Teraz czeka nas wielka próba — odezwał się Antoni. — Jak to rozegrać, aby wilk był syty i owca cała? Kto kogo ma wybierać? — Popatrzył na mnie, a potem wzniósł oczy do nieba.

Wybrałem Karolinę

Zatrzymaliśmy się na obszernym drewnianym ganku, nieoszklonym, częściowo porośniętym winoroślą.

— Jesteś po podróży, odśwież się — zaproponował Antoni i wskazał zlew. — Za chwilę wrócę.

Umyłem się do pasa. Woda była jeszcze chłodna, niedawno wydobyta ze studni. Poczułem się rześki, lżejszy i młodszy. Przypomniałem sobie słowa dziewczyny z pociągu: „Masz zrobić dobre wrażenie”. Uśmiechnąłem się, zmoczyłem włosy i doprowadziłem moją niesforną czuprynę do porządku. Po chwili wrócił Antoni, też odświeżony, a za nim Hania z patelnią pełną jajecznicy.

— Boże, pobłogosław dary, które przygotowaliśmy do spożycia — rzekł Antoni z powagą, przeżegnał się i usiadł w wiklinowym fotelu.

Kiedy opróżniłem talerz, Hania wniosła karafkę bursztynowego płynu. Antoni napełnił kieliszki. Szkło zadzwoniło na szczęście. Hania też wypiła z nami. Napój był mocny, co pochwaliłem.

— Okowita z winogron — poinformował Antoni. — Specjalnej receptury. Dziadek nauczył mojego ojca, ojciec zaś mnie. Koniak mojej rodziny. A dziewczyny nie wiedzą, co mają ze sobą zrobić — zmienił temat. — Mają tremę niczym aktorki przed premierą sztuki. Są odrobinę nadąsane, bo to prawie dwudziesty pierwszy wiek, a tu taki feudalny incydent. Ale jak mówi Kohelet: „To, co jest już było i co nastąpi, dawno przeminęło”.

Wypiliśmy „na drugą nogę”, jak powiedział Antoni i weszliśmy do bawialni. Usiedliśmy obok siebie w skórzanych fotelach. Stół odsunięto pod ścianę.

— A teraz zamknij oczy — usłyszałem.

Kiedy polecił mi je otworzyć, ujrzałem przed sobą trzy dziewczyny.

Zarumieniłem się i spojrzałem na Antoniego. Dziewczęta, uśmiechając się, wymieniły swoje imiona. Były to prawdziwe gracje, wszystkie trzy podobały mi się. Musiały się podobać. Przecież dwa lata siedziałem w więzieniu, ale wybrałem Karolinę. Może dlatego, że miała rudą czuprynę i wesołe chochliki w nieco skośnych oczach. Ukląkłem przed nią i poprosiłem o rękę. Całując jej dłoń czułem żar. Nie wiedziałem czy to ja, czy też ona płonie. Antoni pobłogosławił nas. Ująłem w dłonie twarz dziewczyny i dojrzałem w jej oczach szczęście. Dotknąłem miękkich ust i poczułem smak poziomek, zbieranych w dzieciństwie na górskich polanach.

— A teraz zostańcie na chwilę sami, poznajcie się bliżej, porozmawiajcie. Sprawdź, czy serce nie zawiodło, w odwodzie jest jeszcze Kaśka i Kalina — rzekł Antoni, po czym dodał jeszcze: — Szczęść Boże. — I wyszedł z pozostałymi córkami.

Zostaliśmy sami, niczym Adam i Ewa. Ogarnęło mnie dziwne uczucie. Nie było to zażenowanie czy wstyd, ale jakby odkrycie nowego świata. Tak zapewne czuł się Kolumb, ujrzawszy ląd na horyzoncie.

— Akceptujesz mnie?

Skinęła głową, a jej szmaragdowe oczy zajaśniały. Uśmiechnęła się.

— Jestem dumna, że mnie wybrałeś. — Usiedliśmy na kanapie. — Nie wiem, dlaczego, ale czuję się niezwykle wyróżniona. Jakby mnie wpuszczono do raju.

— Mówisz jak wróżka. Czy ojciec lub Hania powiedzieli coś o mnie?

— Nie i nie jest mi to potrzebne. Mam nadzieję, że ojciec przekazał ci wszystkie informacje o naszej rodzinie. Byłam dość długo w zakonie. Wystąpiłam tuż przed złożeniem ślubów wieczystych. A wiesz, dlaczego to zrobiłam? Bo przez miesiąc, może dłużej, śnił mi się Hamlet, siedzący na progu tego domu. Tak, wiedziałam, że to on. I oto zjawiłeś się ty, a dalej będzie inaczej niż u Szekspira. Wiem tylko, że jesteś na przepustce i jutro odjedziesz.

Patrzyliśmy na siebie. Patrzyłem i byłem coraz bliżej i bliżej. Karolina przylgnęła do mnie, szepcąc coś o Hamlecie. Nagle spostrzegłem, że płacze.

— To ze szczęścia — szepnęła, łapiąc moje spojrzenie. — A teraz idziemy, trzeba przygotować się do ślubu.

Wyszedłem na ganek, postałem chwilę i napiłem się „antonówki”. Pies leżący pod schodami podniósł się i warknął. Nie na mnie, lecz na człowieka stojącego przy furtce, który patrzył w moją stronę. Wziąłem butelkę wraz z kieliszkami i wyszedłem mu na spotkanie. Był to żebrak. Liczył sobie lat pięćdziesiąt lub sto. Jego skóra wyglądała jak szary, czerstwy chleb, tylko oczy miał płonące i chabrowe.

— Napijesz się? — Podałem mu kieliszek.

Uśmiechnął się, patrząc na mnie, a potem zadowolony lustrował wzrokiem lejący się koniak. Ręce mu nie drżały. Kiedy wypiliśmy, zapytałem:

— Chodzisz po prośbie jak Łazarz?

Wyciągnąłem banknot i podałem go żebrakowi. Potwierdził ruchem powiek.

— Bogatyś — powiedział z uśmiechem. Z niedowierzaniem patrzył na nominał. — Nikt mi jeszcze tyle nie dał.

— Jestem biedniejszy od ciebie.

— Poszczęściło się?

— Też nie. — I napełniłem kieliszki, a kiedy wypiliśmy, zapytałem: — Czy można się tu gdzieś wykąpać?

— Tak, za tymi drzewami płynie rzeczka, zaprowadzę.

— Masz dom? — spytałem, idąc za nim ścieżką.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com