Droga Królów - Brandon Sanderson - ebook
Wydawca: MAG Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Droga Królów - Brandon Sanderson

Chirurg, zmuszony do porzucenia swej sztuki i zostania żołnierzem w najbardziej brutalnej wojnie od niepamiętnuch czasów. Skrytobójca, morderca, który płacze, kiedy zabija. Oszust, młoda kobieta, skrywajaca za płaszczem z kłamstw swoją prawdziwą naturę. Arcyksiążę, wojownik, owładnięty żądzą krwi. Świat może się zmienić. Ta czwórka jest kluczem do przyszłości. Jeden z nich może przynieść zbawienie. Drugi doprowadzi do zagłady. „Książka mnie zachwyciła. Co jeszcze mógłbym powiedzieć.” Patrick Rothfuss

Opinie o ebooku Droga Królów - Brandon Sanderson

Cytaty z ebooka Droga Królów - Brandon Sanderson

– Przejdzie ci. – Jego niebieskie oczy błyszczały. – Ale postaram się sprawić, byś znów poczuła się dobrze. Czy jest coś, co lubisz? To znaczy, poza szacunkiem dla żarliwców i rysowaniem wspaniałych obrazów? – Dżem. Przechylił głowę. – Lubię go – powiedziała, wzruszając ramionami. – Pytałeś, co lubię. Dżem. – Niech i tak będzie.
grube. Pięć vorińskich królestw? Sądziła, że są cztery. Jah Keved, Alethkar, Kharbranth i Natanatan. Zjednoczone przez wspólną religię pozostawały w sojuszu od czasu Odstępstwa. Jakie było piąte królestwo?
Nie masz władzy! – krzyknął Gaz. – Nie jesteś dowódcą oddziału na polu bitwy. Jesteś mostowym, na burzę. Słyszysz mnie? Nie możesz mieć władzy bez stanowiska! Kaladin opuścił przejście. – On się myli. Syl obleciała go dookoła i zawisła przed twarzą Kaladina. Unosiła się tam, gdy szedł. Przechyliła głowę. – Władza nie pochodzi od stanowiska – stwierdził Kaladin, bawiąc się kulami w kieszeni. – To od czego? – Od ludzi, którzy ci ją dają. To jedyny sposób, by ją zdobyć.
– Bardzo go lubię – stwierdziła, unosząc palec. – Kogo? Skałę? – Tak – odparła, zakładając ręce na piersi. – Jest pełen szacunku. W przeciwieństwie do pozostałych. – Świetnie – stwierdził Kaladin, podnosząc następny kamień. – Możesz latać za nim, zamiast mnie zawracać głowę. Próbował nie okazywać niepokoju. Przyzwyczaił się do tego towarzystwa. Pociągnęła nosem. – Nie mogę za nim podążać. Jest zbyt pełen szacunku. – Przed chwilą powiedziałaś, że ci się to podoba. – Bo tak jest. I tego nie cierpię. – Powiedziała to z nieudawaną szczerością, nieświadoma sprzeczności. Westchnęła i usiadła na wozie. – Dla żartu zaprowadziłam go do sterty łajna chulla. Nawet na mnie nie nakrzyczał! Po prostu na nie patrzył, jakby próbował znaleźć w nim ukryty sens. – Skrzywiła się. – To nienormalne. – Wydaje mi się, że Rogożercy muszą oddawać cześć sprenom czy coś w tym rodzaju. – Kaladin otarł czoło.
Przymknął oczy i powróciły do niego słowa wypowiedziane przez Tukksa przed tak wielu laty, w tamten jasny słoneczny dzień, gdy po raz pierwszy dostał do ręki broń w armii Amarama: „Pierwszy krok to się przejąć. Niektórzy mówią, że w bitwie należy być pozbawionym uczuć. Cóż, pewnie to ważne, panować nad sobą. Ale nie cierpię tego uczucia, kiedy zabija się na zimno i spokojnie. Widziałem, że ci, którzy się przejmują, walczą bardziej zajadle, dłużej i lepiej od tych, którzy się nie przejmują. To różnica między najemnikami a prawdziwymi żołnierzami. To różnica między walką w obronie ojczyzny a walką na obcej ziemi. Dobrze jest przejmować się, kiedy walczysz, dopóki nie pozwolisz, by cię to pochłonęło. Nie próbuj powstrzymać się przed czuciem. Znienawidzisz tego, kim się stałeś”.
tych krótkich chwilach światła, kiedy odważył się spojrzeć, wydawało mu się, że widzi, jak stoi przed nim Syl, zwrócona twarzą w stronę wiatru, i wyciąga przed siebie drobne dłonie. Zupełnie jakby próbowała powstrzymać burzę i rozdzielić wiatry niczym kamień, który opływają wody szybkiego strumienia.
Przed śmierciosprenami stała mała świetlista figurka. Nie przezroczysta, jak się wydawała wcześniej, ale z czystego białego światła. Ta delikatna kobieca twarz wydawała się teraz szlachetniejsza, bardziej kanciasta, jak wojownik z zapomnianych czasów. Wcale nie dziecinna. Stała na straży na jego piersi, trzymając miecz ze światła. Ten blask był taki czysty, taki słodki. Wydawał się blaskiem życia. Jeśli któryś ze śmierciosprenów zbytnio się zbliżył, ruszała do ataku, unosząc świetliste ostrze. Światło je odpychało. Ale śmierciosprenów było dużo. Coraz więcej za każdym razem, kiedy odzyskiwał świadomość. „Silne halucynacje wywołane urazem głowy. Obserwować pacjenta. Nie pozwalać na spożycie alkoholu. Zmusić do odpoczynku. Podawać głębikorę, żeby zmniejszyć nacisk wewnątrz czaszki. W skrajnych przypadkach można wykorzystać ogniomech, ale ostrożnie, by pacjent nie popadł w nałóg. Jeśli leki nie wystarczą, niezbędna może być trepanacja czaszki, by zmniejszyć ciśnienie. Zazwyczaj śmiertelne”.
Z początku zwyczajni ciemnoocy czuli dreszczyk nowości. Większość z nich nie mogła sobie pozwolić na niewolnika, a parshmeni byli jeszcze cenniejsi. Dlatego możliwość wydawania poleceń komuś takiemu jak Szeth była sporą atrakcją. Mył podłogi, piłował drewno, pomagał na roli i dźwigał ciężary. Niektórzy traktowali go dobrze, inni nie. Ale zawsze się go pozbywali. Może wyczuwali prawdę, że był zdolny zrobić o wiele więcej niż to, do czego odważyli się go wykorzystywać. Posiadanie niewolnika to jedno. Ale kiedy ten niewolnik mówił jak jasnoocy i wiedział o wiele więcej od swojego właściciela? Czuli się niezręcznie.
– Mam obowiązek powiedzieć ci – odezwał się cicho Szeth – że trzymasz mój Kamień Przysięgi. Dopóki pozostaje w twoim posiadaniu, jesteś moim panem. – Co to takiego? – odezwał się jeden z rzezimieszków, wstając. Pierwszy zacisnął dłoń na kamieniu i posłał innym nieufne spojrzenie. Znów popatrzył na Szetha. – Twoim panem? Co to dokładnie oznacza, ze szczegółami i w ogóle? – Muszę być ci posłuszny – odparł Szeth. – We wszystkim, choć nie wypełnię rozkazu, by się zabić. Nie mógł również wypełnić rozkazu oddania Ostrza, ale o tym w tej chwili nie musiał wspominać.
Jeśli ktoś zdobędzie na polu bitwy Ostrze Odprysku, jego oczy stają się jasne. Chłopcy pokiwali głowami. Wszyscy mieli oczy w ciemnych kolorach – brązowe, czarne albo inne. Zdobycie Ostrza Odprysku było głównym powodem, dla którego mężczyźni z pospólstwa szli na wojnę. W vorińskich królestwach każdy miał szansę na awans. Jak by to powiedział jego ojciec: to była fundamentalna zasada ich społeczeństwa. – Ano – odezwał się niecierpliwie Naget. – Ale słyszałeś, żeby kiedykolwiek do tego doszło? To znaczy nie w opowieściach. Czy to się dzieje naprawdę? – Pewnie – odparł Kal. – Musi tak być. Inaczej, dlaczego tak wielu mężczyzn szłoby na wojnę?
Ale to demony, ojcze. Usłyszałem to od żarliwca, który nauczał nas poprzedniej wiosny. – Mówił o Świetlistych – odezwał się ostro Lirin. – Znów ich mylisz. Kal westchnął. – Heroldowie zostali przysłani, by nauczać ludzkość – wyjaśnił Lirin. – Poprowadzili nas przeciwko Pustkowcom, kiedy zostaliśmy zrzuceni z niebios. Świetliści to zakony rycerskie, które stworzyli. – Byli demonami. – Zdradzili nas, kiedy Heroldowie odeszli. – Lirin uniósł palec. – Nie byli demonami, jedynie ludźmi, którzy mieli zbyt wielką moc, a zbyt mało rozumu. Tak czy inaczej, masz zawsze myć ręce. Na własne oczy możesz zobaczyć, jak to działa na zgniłospreny, nawet jeśli śmierciosprenów nie da się zobaczyć.
To, co zrobiliście, było jednocześnie zgodne z prawem i właściwe, w ścisłym znaczeniu tych słów – powiedziała dziewczyna. – Ale nie było moralne, a już z pewnością nie etyczne. – Czyli moralność i legalność są odrębne? – Niemal wszystkie filozofie zgadzają się w tej kwestii. – Ale co ty uważasz? Shallan zawahała się. – Tak. Można być moralnym, nie przestrzegając prawa, i można być niemoralnym, przestrzegając prawa. – Powiedziałaś jednak również, że to, co zrobiłam, było „właściwe”, ale nie „moralne”. Rozróżnienie między tymi dwoma wydaje się trudniejsze do zdefiniowania. – Działanie może być właściwe – wyjaśniła Shallan. – To po prostu coś, co zostało zrobione, nie biorąc pod uwagę intencji. Zabicie czterech mężczyzn w samoobronie jest właściwe. – Ale nie moralne? – Moralność odnosi się do waszych zamiarów i szerszego kontekstu sytuacji. Wyszukanie ludzi, by ich zabić, jest działaniem niemoralnym, Jasnah, niezależnie od ostatecznego rezultatu.
Jasnah. Shallan zamrugała. – Filozofia? A do czego się to przyda? – Czy to nie sztuka mówienia o niczym przy użyciu jak największej liczby słów? – Filozofia to ważna dziedzina nauki – powiedziała surowo Jasnah. – Szczególnie jeśli masz zamiar zaangażować się w dworskie intrygi. Należy rozważyć naturę moralności, najlepiej, zanim znajdziesz się w sytuacji, w której będziesz musiała podjąć decyzję o naturze moralnej. – Tak, jasności. Choć nadal nie umiem pojąć, jak filozofia może być bardziej „praktyczna” od historii. – Historii, z samej jej definicji, nie daje się bezpośrednio doświadczyć. Jeśli coś się dzieje, to jest to teraźniejszość, dziedzina filozofii. – To jedynie kwestia definicji. – Owszem
Czy pozwoliłbym mu umrzeć? – zastanawiał się Kaladin. Może nawet przekręciłbym ten nóż, żeby szybciej wysłać go w drogę? Roshone od chwili przybycia był plagą, ale czy to usprawiedliwiało zabicie go? Nie. Przecięcie tej tętnicy nie byłoby usprawiedliwione. Ale czy Kaladin był zobowiązany mu pomóc? Nieudzielenie pomocy nie było tym samym co zabicie. Po prostu nie było. Kaladin przemyślał to wielokrotnie, rozważając słowa ojca. To, co odkrył, wstrząsnęło nim. Naprawdę pozwoliłby Roshone’owi umrzeć na tym stole. Tak by było lepiej dla rodziny Kaladina i dla całego miasteczka. Ojciec niegdyś wyśmiewał jego pragnienie, by pójść na wojnę. I w rzeczy samej, kiedy Kaladin z własnej woli zadecydował, że zostanie chirurgiem, jego wcześniejsze myśli i czyny wydawały mu się dziecinne. Ale Lirin sądził, że chłopak jest niezdolny do zabijania. „Robi ci się przykro, nawet jeśli nadepniesz na kremlika, synu”, powiedział. „Wbicie włóczni w człowieka nie będzie wcale takie łatwe, jak ci się wydaje”. Ale ojciec się mylił. Odkrycie było oszałamiające i przerażające. To nie była próżna fantazja ani marzenie o chwale bitwy, lecz prawda. W tej właśnie chwili Kaladin wiedział, że mógł zabijać, jeśli to było konieczne. Niektórych ludzi po prostu należało usunąć, jak zakażony palec albo zmiażdżoną nogę.
Mogę się mylić, ale jeśli mam rację, to Parshendi mogą okazać się kluczem do tego, jak zmienić zwyczajnych parshmenów w żołnierzy. I musimy to zrobić, zanim zrobi to ktoś inny i wykorzysta przeciwko nam – dodała ponuro. – Ktoś inny? – spytała Shallan, czując ukłucie paniki. – Ktoś inny jeszcze tego szuka? – Oczywiście, że tak. A jak myślisz, kto zadał sobie tyle trudu, by spróbować mnie zamordować? – Sięgnęła do sterty papierów na biurku. – Niewiele o nich wiem. O ile mi wiadomo, wiele grup próbuje odkryć te tajemnice. O istnieniu jednej z nich wiem jednak z całą pewnością. Nazywają siebie Duchokrwistymi. – Wyciągnęła arkusz. – Twój przyjaciel Kabsal był jednym z nich. Znaleźliśmy ten symbol wytatuowany po wewnętrznej stronie jego ręki. Położyła arkusz, na którym znajdował się symbol przedstawiający trzy połączone romby. Ten sam symbol pokazał jej przed wieloma tygodniami Nan Balat. Nosił go Luesh, zarządca jej ojca, mężczyzna, który wiedział, jak korzystać z Dusznika. Nosili mężczyźni żądający od jej rodziny zwrotu fabriala. Mężczyźni, którzy finansowali dążenie jej ojca do zostania arcyksięciem. – O Wszechmocny – wyszeptała Shallan. Podniosła wzrok. – Jasnah, sądzę... sądzę, że mój ojciec mógł należeć do tej grupy. 54305326fa79ce269a000581
– Czuję wszystko z tego, o czym wspominasz, Sadeasie – powiedział Dalinar, patrząc przed siebie. – Ale nie zawsze je uwalniam. Uczucia są tym, co definiuje człowieka, a panowanie nad nimi jest oznaką prawdziwej siły. Brak uczuć oznacza śmierć, ale działanie pod wpływem każdego uczucia oznacza bycie dzieckiem. – To mi trąca cytatem, Dalinarze. Z książeczki cnót Gavilara, jak mniemam? – Tak. – Wcale cię nie dręczy, że Świetliści nas zdradzili? – Legendy. Odstępstwo jest wydarzeniem tak dawnym, że równie dobrze mogło nastąpić w cieniodniach. Co tak naprawdę zrobili Świetliści? Dlaczego to zrobili? Nie wiemy.
Walczyliśmy przeciw nim – mówiła kobieta. – Walczyliśmy tak często, że ludzie zaczęli mówić o nich metaforycznie. Setka bitew, dziesięć dziesiątek... „Płomień i węgiel. Skóra tak straszliwa. Oczy jak czarne jamy. Muzyka, kiedy zabijają”. – Pokonaliśmy ich... – powiedziała Jasnah. Shallan przeszedł dreszcz. – ...ale legendy w jednej kwestii mówią nieprawdę – kontynuowała. – Twierdzą, że wygnaliśmy Pustkowców z powierzchni Rosharu lub ich zniszczyliśmy. Ale ludzie tak nie działają. Nie wyrzucamy czegoś, co możemy wykorzystać. Shallan wstała, podeszła do krawędzi balkonu i spojrzała na windę, powoli opuszczaną przez dwóch tragarzy. Parshmeni. Ze swoją czerwoną i czarną skórą. – Ojcze Burz... – wyszeptała Shallan z przerażeniem. – Nie zniszczyliśmy Pustkowców – odezwała się z tyłu Jasnah, a jej głos był udręczony. – Zniewoliliśmy
Bzdura – wtrącił Teft. – Tradycja... – Tradycja to ślepy świadek, którego wykorzystują, by nas skazać, Teft – powiedział Kaladin. – To śliczne pudełko, w które pakują swoje kłamstwa. Sprawia, że im służymy. Teft zacisnął zęby.
– To, co powiedziałaś wcześniej, jest prawdą. Ludzie są niegodni zaufania w wielu kwestiach. Ale ich chciwość jest czymś, na co zawsze można liczyć. To była gorzka myśl. Ale też i dzień był gorzki. Pełen nadziei jasny początek i krwawy zachód słońca. Jak każdego dnia. 54305326fa79ce269a000581
Ale wszyscy ludzie mają ten sam ostateczny cel. Czy znajdziemy nasz koniec w otoczonym czcią grobowcu, czy w rowie z innymi biedakami, wszyscy poza Heroldami muszą zjeść kolację ze Strażniczką Nocy. A wobec tego, czy liczy się cel? Czy też droga, jaką wybierzemy? Twierdzę, że żadne osiągnięcie nie ma tak wielkiej wagi jak droga, która do niego doprowadziła.