Don Kichot z La Manczy - Miguel De Cervantes - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1671 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Don Kichot z La Manczy - Miguel De Cervantes

Największe dzieło hiszpańskiego satyryka i poety Miguela de Cervantesa. Don Kichot z La Manczy zwany także Rycerzem Ponurego Oblicza to pięćdziesięcioletni szlachcic, który pod wpływem literatury rycerskiej postanawia zostać błędnym rycerzem. Wraz ze swym koniem Rosynantem wyrusza w drogę. Towarzyszy mu wierny giermek Sancho Pansa. Wzorem literackich bohaterów Don Kichot wybiera damę swojego serca, którą nazywa Dulcyneą.

Podczas swych podróży Don Kichot przeżywa niezwykłą ilość przygód, których zresztą wypatruje na każdym kroku. Każda z nich jest jakby osobną historią.

Sam Cervantes również miał bujne życie, które dostarczyło mu mnóstwo materiału do jego utworów. Pochodził ze zubożałej rodziny szlacheckiej. Już w wieku 22 lat musiał uciekać do Rzymu za udział w pojedynku, wkrótce zdecydował się zaciągnąć do wojska, gdzie zasłynął z brawury. Wracając do kraju, został wzięty do niewoli przez berberyjskich korsarzy, którzy sprzedali go bejowi Algieru. Wreszcie rodzinie udało się go wykupić. Cervantes ustatkował się, ożenił z dużo młodszą od siebie dziewczyną i po nieudanych próbach podjęcia pracy postanowił żyć wyłącznie z literatury. Baśniowo-rycerski świat, jaki stworzył w Don Kichocie z La Manczy, stanowi nieustannie pożywkę dla współczesnej literatury i kultury (komiksy, filmy etc.). Przypadki Błędnego Rycerza z La Manczy i jego giermka zamieszkują wciąż naszą wyobraźnię.

Ogromną siłą tej prozy jest jej dowcip i humor. Kiedy zaśmiewamy się z przygód dzielnego wojaka i jego giermka, wiemy też, że w każdej historii tkwi ziarno mądrości.

Opinie o ebooku Don Kichot z La Manczy - Miguel De Cervantes

Fragment ebooka Don Kichot z La Manczy - Miguel De Cervantes






















TOM PIERWSZY


PROLOG

Czytelniku, który masz wolną chwilę, zaufaj mi, jeśli ci powiem bez składania na to przysięgi, że chciałem, aby ta księga, jako dzieło rozumu, była najpiękniejsza, najweselsza i tak trafnie ułożona, jak sobie to tylko można wyobrazić. Nie mogłem wszakże przekroczyć prawa natury, według którego każda rzecz podobną sobie płodzi. Tak więc cóż mógł stworzyć mój umysł jałowy i źle uprawiany, jeśli nie historię mego syna bezpłodnego, o suchym i zatwardziałym przyrodzeniu, pat­rzącego wielkimi oczyma na świat, pełnego różnorodnych myśli, które się nikomu dotąd na świecie nie śniły? Wydałem go na świat w więzieniu nawiedzanym przez wszystkie niewy­gody i przykre hałasy.

Odpoczynek, ciche ustronie, łagodność pól, niebios łaska­wość, szept strumieni i błogi spokój ducha sprawiają, że najbardziej jałowe muzy płodnymi się stają, przynosząc w dani owoce napełniające świat uciechą i podziwem.

Zdarza się czasem, że ojciec ma syna brzydkiego i pozbawio­nego wdzięku, lecz miłość, którą ku niemu żywi, nakłada mu przepaskę na oczy, tak że wad jego wcale nie spostrzega, a nawet poczytuje je za powaby i przymioty, opowiadając o nich przyjaciołom jako o dowcipie i wdzięku.

Ja zaś, choć wydaję się ojcem, jestem ojczymem Don Kicho­ta, nie pójdę tutaj zwykłym torem i nie będę cię, najmilszy czytelniku, prosił ze łzami w oczach, jak to inni czynią, żebyś wyrozumiał wszelkie braki, które spostrzeżesz u mojego syna, albo żebyś udał, że ich nie spostrzegasz. Nie jesteś jego krew­niakiem ani przyjacielem; masz swoją duszę, rozum i swój sąd o rzeczach z pewnością nie najpodlejszy, a do tego jesteś panem we własnym domu, którym możesz rozporządzać niby król swymi skarbami i czuć się u siebie udzielnym władcą.

Wszystkie te rzeczy czynią cię wolnym od różnych względów i zobowiązań, tak iż możesz mówić o tej historii, co ci się żywnie podoba, nie obawiając się, że cię za sąd zły zniesławią albo za dobry odznaczą.

Chciałem dać ci tylko opowieść prostą i skromną, bez ozdób, prologu i niezliczonej ilości będących w zwyczaju sonetów, epigramatów i panegiryków, które umieszcza się zwykle na początku każdej księgi – chociaż bowiem (muszę ci to powie­dzieć) trochę trudu ułożenie tego dzieła mnie kosztowało, nic mi jednak tak ciężko nie szło, jak przedmowa teraz przez ciebie czytana.

Wiele razy chwytałem za pióro, aby ją skreślić, i zaraz odkładałem je na bok, nie wiedząc, co pisać. Pewnego razu, gdy myśląc, co mam wyrazić, siedziałem koło biurka, mając papier przed sobą, pióro za uchem, a głowę łokciem podpartą, wszedł niespodzianie mój przyjaciel, człowiek uczony i dowcipny, który widząc mnie tak zamyślonego, zapytał o przyczynę.

Odrzekłem mu, nic nie zatajając, że myślę o prologu do historii Don Kichota z La Manczy. Przedmowa tak mi się nie klei, że już czasem nawet myślę, czyby jej nie poniechać i wielkich poczynań Don Kichota wcale na światło nie wydobywać.

– Jakżebym miał się nie turbować o to, co powie starożytny prawodawca, lud, gdy po tylu latach, które imię moje po­grążyły w głuchym zapomnieniu, zjawię się nagle z ciężarem tych wszystkich lat na barkach, z legendą suchą jak badyl jałowy, bez fantazji, pełną stylistycznych usterek, ubogą w traf­ne słowa i pozbawioną erudycji i uczoności, bez uwag na marginesie i przypisów przy końcu książki. Wszystko to zawie­rają liczne książki, nawet świeckie i pełne zmyśleń, ale z senten­cjami z Arystotelesa, Platona i całej czeredy filozofów. Takie dzieła wprawiają w osłupienie czytelników, nakazując im re­spekt dla uczoności, mądrości i wymowy autorów. Trzeba ich tylko posłuchać, gdy cytują Pismo Święte! Rzekłbyś, że to święci Tomasze albo inni doktorzy Kościoła. W jednym wier­szu malują nam roztargnionego kochanka, a w drugim grzmią chrześcijańskie kazania i tym sposobem tak zręcznie zachowują przystojność, że prawdziwa rozkosz czytać ich i słuchać.

Moja księga bardzo się różni od tego wszystkiego, ponieważ nie mam nic do notowania na marginesie ani do wyjaśnienia przy końcu. Nie wiedząc także, na podobieństwo jakich auto­rów rzecz swoją prowadzę, nie mogę ich zaraz na pierwszej karcie wymieniać, jak to czynią wszyscy zaczynający z pomocą abecadła od Arystotelesa, a kończący na Xenofoncie, Ziolu i Zeuksisie, chociaż jeden z nich był potwarcą, a drugi malarzem.

Księdze braknie też wierszy, pomieszczanych na początku, przynajmniej sonetów, których składaczami są diukowie, markizowie, hrabiowie, biskupi, wysokie damy i sławni wierszopisi. Gdybym ich zażądał od moich przyjaciół artystów, wiem, że by mi je dali. A byłyby to wiersze, z którymi nie mogłyby się równać te, co największą sławą w całej Hiszpanii się cieszą. Mówiąc pokrótce, mój przyjacielu, Don Kichot musi pozostać pogrzebiony w archiwach La Manczy dotąd, aż niebo ześle kogoś, kto go ozdobi wszystkimi tymi rzeczami, których mu braknie. Ja zadaniu temu nie mógłbym sprostać dla mych niedostatków i pisarskich braków, a także i dlatego, że z przyrodzenia jestem niedbały i leniwy – nie chce mi się szukać autorów, którzy mówią to, co ja i bez nich mogę powiedzieć.

Stąd płynie ten stan niepokoju i niepewności, w którym mnie zastaliście. Przyznacie, że dosyć mam powodów, aby się turbować.

Przyjaciel mój, usłyszawszy te słowa, uderzył się dłonią w czo­ło i wybuchając głośnym śmiechem, rzekł:

– Na Boga, bracie, w tej chwili wyprowadziliście mnie z błędu, w jakim tkwiłem przez cały czas mej znajomości z wami. Poczytywałem was zawsze za człowieka rozsądnego i roztropnego we wszystkich swoich poczynaniach, ale teraz spostrzegam, żeście od rozsądku tak dalecy jak niebo od ziemi. Jakże to być może, aby rzeczy tak błahe, którym zaradzić można z całą łatwością, mogły wprowadzać w ciężkie kłopoty i turbacje umysł równie dojrzały jak wasz, przywykły do łamania większych trudności niż te oto?

Naprawdę, nie płynie to z braku bystrego pojęcia i zdolności, ale z nadmiaru lenistwa i z braku namysłu.

Czy chcecie się przekonać, że moje słowa są prawdą? Posłuchajcie mnie tedy, a w jednym mgnieniu oka wszystkie te trudności połączę i usunę przeszkody, które wam myśli mącą i nie pozwalają objawić światu historii Don Kichota – światło­ści i zwierciadła całego błędnego rycerstwa!

– Powiedzcie mi – odpowiedziałem, usłyszawszy to, co mi mówił – w jaki sposób chcecie zapełnić tę próżnię, która powoduje mą trwogę, i wyprowadzić mnie na jasność z chaosu, w jaki wprawiło mnie zmieszanie?

Na co on:

– Najpierw co się tyczy sonetów, epigramatów i panegiryków, które winny być napisane przez jakieś znaczne osoby i początek księgi waszej zdobić – łatwo temu będzie można zaradzić, jeśli sami je ułożycie i ochrzcicie później takim imieniem, jakie się wam podoba, przypisując te płody księdzu Juanowi de las Indias albo cesarzowi Trebizondy, o których wiem, że w swoim czasie byli niepoślednimi poetami. A choćby i nie byli i choćby się znalazło kilku pedantów i bakałarzy, co was będą od tyłu kąsać, szeptać i mruczeć o prawdzie, dbajcie o to tak jak o złamany szeląg. Jeśli nawet kłamstwa wam dowiodą, nikt nie utnie wam ręki, którą to napisaliście.

A jeśli chodzi o cytaty na marginesie księgi oraz autorów, z których będziecie brali słowa i sentencje, aby pomieścić je w swym dziele – to trzeba będzie trafnie przytaczać tylko te maksymy i powiedzenia łacińskie, które na pamięć znacie, albo te, które wiek zachodu i trudu z wyszukaniem ich nie przy­sparzają.

O wolności i niewoli powiecie na przykład:

Non bene pro toto libertas venditur auro.[1]

W okamgnieniu wspomnicie na marginesie Horacego albo tego, kto to powiedział. Opisując potęgę śmierci, napiszecie:

Pallida mors aequo pulsat pede pauperum tabernas

Regumque turres.[2]

Jeżeli poczniecie mówić o przyjaźni lub miłości, którą we­dług przykazania boskiego należy żywić dla wrogów swoich, możecie posiłkować się Pismem Świętym i zacytować słowa samego Stwórcy:

Ego autem dico vobis: Diligite inimicos vestros.[3]

Jeśli rozprawiacie o złych uczuciach i zamysłach, oto ewangelia, która powiada:

De corde exeunt cogitationes malae.[4]

Jeżeli o niestałości przyjaciół, oto Katon, który wam da swój dystych:

Donec eris felix, multos numerabis amicos,

Tempora si fuerint nubila solus eris.[5]

Z taką i podobną łaciną ujdziecie przynajmniej za grama­tyka, co nie jest dziś ani małym zaszczytem, ani małą korzyścią. Jeżeli zaś idzie o przypisy na końcu książki, bezpiecznie możecie postąpić w ten sposób: jeśli wymienicie w waszej książce jakiegoś olbrzyma, sprawcie, niech będzie Goliatem i przez to jedno – co was nic prawie nie kosztuje – macie już obszerny przypisek. Możecie bowiem podać: Olbrzym Golias czy Goliat był Filistynem. Zabił go pasterz Dawid z wielkiej procy w dolinie Terebinto, jak się o tym opowiada w Księdze Królów w rozdziale… który odszukacie, żeby go wypisać.

Ponadto, aby okazać się człowiekiem uczonym i biegłym w piśmie, a także i kosmografem, uczyńcie w ten sposób, aby w historii waszej była wymieniona rzeka Tag. To da wam okazję do innego sławnego przypisu:

Rzeka Tag została nazwana tym imieniem przez króla Hiszpanii. Bierze początek w pewnym miejscu, a koniec ma w morzu Oceanie. Opływa mury słynnego miasta Lizbony. Według po­wszechnego mniemania piasek tej rzeki zawiera złoto.

Jeżeli będziecie chcieli opisywać różnych łotrzyków, opo­wiem wam historię o słynnym Kakusie, którą znam na pamięć. Gdy rzecz będzie szła o rozwiązłych białogłowach, biskup de Mondonedo dostarczy wam Lamii, Lais i Flory. Przypisy te wielkiego przysporzą wam autorytetu. O okrutników, czarowników i czarownice też się nie trapcie, gdyż u Owidiusza znajdziecie Medeę, u Homera Kalipso, a Circe u Wergiliusza.

Jeżeli będzie wam szło o słynnych dowódców, Juliusz Cezar opowie wam o sobie w swoim dziele, a Plutarch dostarczy z tysiąc Aleksandrów.

Gdy będziecie chcieli mówić o miłości, wystarczy wam krztyna znajomości języka toskańskiego, aby natknąć się na Leona Hebrejczyka, który natchnie was wszelką miarą. Jeżeli jednak wzdragać się będziecie przed podróżą w cudzoziemskie kraje, to macie przecież we własnym domu dzieło Fonseci O miłości do Boga, gdzie pomieszczone jest wszystko, czego tylko w tej materii zapragnąć możecie wy albo ktoś najbystrzej­szy. Mówiąc pokrótce, cały wasz trud polegać będzie na wymienieniu tych imion i przytoczeniu historii, które wam opowiedziałem, mnie zaś pozostawcie trud wprowadzenia wy­jaśnień i wiadomości, którymi przyrzekam solennie zapełnić marginesy oraz dopisać kilka arkuszy na końcu książki.

Pomówmy teraz o cytatach z autorów, w które różne księgi obfitują, a czego waszej księdze brak. Łatwo temu złu zaradzić, gdyż musicie się tylko rozejrzeć za jakimś dziełem, które ich wszystkich od A do Z według alfabetu wymienia, aby później całe to abecadło do swojej księgi przenieść. A choć z powodu konieczności posługiwania się tym podręcznikiem kłamstwo zaraz na jaw wyjdzie – niewielka z tym bieda.

Może znajdzie się także i prostak, który pomyśli, że wasza prosta i szczera historia wiele korzyści mędrkom tym zawdzię­cza. A choćby to nie służyło niczemu innemu, to taki długi rejestr autorów posłuży od razu do nadania książce ważności. Nie znajdzie się też nikt, kto by swój interes miał w tym, aby sprawdzić, czy dobrze, czy też źle ich przytaczacie.

Tym bardziej, że jeżeli trafnie na rzeczy się rozumiem, to wasza księga nie potrzebuje tego wszystkiego, na czym, jak mówicie, jej zbywa, gdyż jest ona tylko potępieniem ksiąg rycerskich, o których Arystoteles, jako żywo, nigdy nie wspo­minał, nic o nich nie mówił święty Bazyli, nie znał ich Cycero. Pod jej fantastyczne bajki nie podpada ani ścisłe przedstawie­nie prawdy, ani obserwacja astronomiczna, ani geometryczne wyliczanie czy też retoryczna dysputa. Nie będziecie prawili nikomu kazania, mieszając materię ludzką z boską, a jest to mieszanina, w której żaden chrześcijański rozum nie może się lubować. Powinniście się posiłkować wyłącznie naśladowa­niem, a im bogatsze ono będzie, tym lepiej wypadnie to, co napiszecie. A ponieważ dzieło wasze ma tylko na celu pogrąże­nie ksiąg rycerskich i odebranie im znaczenia i wziętości, którymi się na świecie wśród ludu cieszą, tedy nie potrzebujecie żebrać u filozofów o sentencje, w Piśmie Świętym o rady, u poetów o bajki, u retoryków o oracje, a u świętych o cuda. Dbajcie jedynie o to, aby opowieść wasza toczyła się kształtownie, aby słowa były właściwe, przystojne i dobrze osadzone, a pięknobrzmiące okresy przejrzyście odbijały wasze myśli, nie zaciemniając ich ani nie wikłając.

Starajcie się też o to, aby melancholik, czytając waszą księgę, roześmiał się, aby trzpiot jeszcze bardziej poweselał, prostak się nie znudził, człowiek uczony podniósł jej intencję, człowiek stateczny nie miał jej we wzgardzie, a mędrzec mógł to i owo rzec na jej pochwałę. W końcu starajcie się zburzyć tę piekielną machinę ksiąg rycerskich, znienawidzonych przez wielu, ale i przez wielu sławionych. Jeżeli to osiągniecie, osiągniecie niemało.

Słuchałem w głębokim milczeniu słów mego przyjaciela i tak sobie jego racje do głowy wbiłem, uznając je bez sprzeciwu za dobre, że według nich ułożyłem ten prolog, w którym poznasz, miły czytelniku, rozum mego przyjaciela i z którego przekonasz się, że za wielkie szczęście poczytywać to sobie mogę, iż we właściwym czasie spotkałem takiego doradcę.

Dla twego zadowolenia napisałem tę szczerą, niezaćmioną i niezawikłaną historię dzielnego Don Kichota z La Manczy, cieszącego się wśród mieszkańców okolic Montielu sławą czystego kochanka i znamienitego rycerza, jakiego od dawna w stronach tych nie widziano.

Nie chcę zasług swych nad miarę wynosić, dając ci poznać tak zacnego i szlachetnego rycerza, pragnę tylko, abyś mi podziękował za sprezentowanie ci jego giermka, słynnego Sanczo Pansy, którego wyposażyłem we wszystkie przymioty roz­siane po całej masie pustych ksiąg rycerskich.

Z tym wszystkim niech cię Bóg w zdrowiu zachowa, a i o mnie nie zapomina. Vale!


WIERSZE DO KSIĘGI „DON KICHOT Z LA MANCZY”

AMADIS Z WALII DO DON KICHOTA Z MANCZY

Ty, któryś naśladował to żałosne życie,

Dawniej pełne wesela, dziś gorzkiej pokuty,

Co je wiódł na Ubogiej Skały stromym szczycie

Miłośnik nieszczęśliwy, tęsknotą otruty,

Ty, którego oczyma łez płynęły zdroje

(Napój bardzo obfity, zaprawny goryczą),

Ty, coś w srebrnocynową przyodziany zbroję

Szedł z krańca w kraniec świata drogą tajemniczą!

Żyć możesz upewniony, że póki rumaki

W czwartej sferze porusza bóg Apollo płowy,

Będziesz miał żywot wieczny wśród gwiezdnej krainy.

Sława nad pierwsze w świecie wzniesie cię junaki,

Ojczyznę twą wychwalą należnymi słowy,

Twój autor zaś na świecie zostanie jedyny.

DON BELIANIS Z GRECJI DO DON KICHOTA Z LA MANCZY

Rąbałem i siekałem, tłukłem i waliłem,

Bardziej niż któryś z błędnych na świecie rycerzy.

Tysiąc krzywd naprawiwszy, zniewagi pomściłem,

Ciągle sława tych czynów po świecie się szerzy.

Dałem materię sławie, co wiecznością darzy,

Byłem szczęsnym i wdzięcznie przyjętym kochankiem,

Najsroższy olbrzym był mi karłem lub barankiem,

Szpada moja łamała każdy oręż wraży.

U mych stóp rozciągnioną widziałem Fortunę.

Męstwo me, nie mierzone nigdy roztropnością,

Jaśniało, gdzie największych niebezpieczeństw krocie.

A jednak niby chmura, co przesłania Lunę,

Zaciemniłeś mnie z moją sławą i dzielnością

Przez swe wielkie przewagi, wielki Don Kichocie!

GANDALIN, GIERMEK AMADISA Z WALII DO SANCZO PANSY,
GIERMKA DON KICHOTA

Witaj mi, mężu dzielny, którego, w giermkowy

Stan Fortuna wprawiając zrządziła łaskawie,

Żeś zbytnich trudów nie czuł i w błędnej wyprawie

Nie złożyłeś nabitej przysłowiami głowy.

Już nienazbyt odraża kosa, sierp i brona

Zakon błędny. Dziś nawet w obyczaju leży

Prostactwo giermków raczej niż pycha rycerzy

Sięgających chwalbami tam, gdzie gwiazd korona.

Zazdroszczę twemu osłu i twemu imieniu,

I twym sakwom pękatym także oczywiście

(Sakwy te to przezorność twojej mądrej głowy).

Witaj mi, bracie Sanczo, o zacnym sumieniu!

Człeku dobry, którego w wawrzynowe liście

Mógłby tylko ustroić Owid narodowy.

ROLAND SZALONY DO DON KICHOTA Z LA MANCZY

Jeśliś był równy komu, to zaiste trzeba

Dobrze szukać tych równych, co sprostają tobie.

Nie ma ich tam, gdzieś stąpnął. Rycerska potrzeba,

Tobie dając zwycięstwo, ich złożyła w grobie.

Rolandem jestem, panie, co dla Angeliki

Poznał morza odległe i nieznane światy,

Niosąc na ołtarz sławny dar męstwa bogaty,

Którym dzielne się jeno szczycą wojowniki.

Nie sprostałem ci nigdy, z twoją bowiem sławą

Niczyja sława nie śmie kłaść się w paragonie;

Równi byliśmy tylko przez rozumu szwanki.

Ujarzm pysznego Maura, zhołduj niełaskawą

Cytherę, gdzie się wzbudził żar miłosny w łonie,

Wzgardzony równo od twej, jak i mej kochanki!

RYCERZ FEBA DO DON KICHOTA Z LA MANCZY

Twej szabli nie zrównała nigdy moja szpada,

O nasz wielki rycerzu i hiszpański Febie!

Gdy sława twa jak słońce błysnęła na niebie,

Moja zgasła i znikła niby jutrznia blada!

Cesarstwami wzgardziłem, królewską dzierżawę,

Którą mnie Wschód obdarzył, rzuciłem niedługo,

Pragnąc zostać Klarindy ukochanej sługą

I co dzień w jej oblicze patrzeć niełaskawie.

Była mi cudem świata. Wzgardą nakarmiony

Zstąpiłem w kręgi piekła, które przedtem drżało

Z lęku przed władczym gestem mej rycerskiej ręki.

Wielbię cię, Don Kichocie, tysiąckroć wsławiony

Przez panią Dulcyneę. Oto ziemię całą

Zhołdowała jej mądrość i osobne wdzięki!

SOLISDAN DO DON KICHOTA Z MANCZY

Chociaż, dzielny rycerzu, brednie ci się roją,

Choć wszyscy wiedzą, żeś jest obrany z rozumu,

Przecież nikt z zawistnego twojej sławie tłumu

Nie powie, że niecnota szła w ślad drogą twoją!

Dzieła twe za wzór służyć będą potomności,

Boś brał pomstę za krzywdy i prostował błędy;

Niech języki, co kłamstwa miotają powszędy,

Staną kołem, jadowiąc się w bezsilnej złości!

A jeśli Dulcynea, twa piękna władczyni,

Niewdzięcznością cię jeno okrutną karmiła,

Na strzeliste afekty patrząc niełaskawie,

Niech ulgę w twych strapieniach ta prawda uczyni,

Że nie był dobrym rządcą Sanczo Pansa, wiła

(Głupcem on, ona twardą, ty kochankiem prawie!).

WYKWINTNIŚ-POETA, PRZYRZĄDZAJĄCY PASZTETY,
DO SANCZO PANSY I DO ROSYNANTA

Jam Sanczo Pansa, koniu… (…szy)

Rycerza z Manczy Kicho…(…ta)

Błąkałem się w pustkach i głu… (…szy)

By później żyć, jak ocho… (…ta)

Zapragnie. Sam Villadie… (…go)

Osądził jako staty… (…sta)

Że żyje się oczywi… (…sta)

Najlepiej w swej pomierno… (…ści)

Według pojęcia moje… (…go)

Księga tak pełna bosko… (…ści)

Jaką jest Celesty… (…na)

Tej samej prawdy nau… (…cza)

Kiedy na ludzkość się zży… (…ma)

Jestem przesławnym Rosyn… (…antem)

Prawnukiem Cydowej Babie… (…ki)

Żem nigdy nie był końskim fran… (…tem)

Lecz raczej pozór miał kale… (…ki)

Poszedłem w służbę Don Kicho… (…ta)

Słynąłem z tego, żem był żwa… (…wy)

Rączy i śmigły jako pta… (…k)

A przysparzałem sobie stra… (…wy)

Tą modłą, co łazik z Torme… (…su)

Co ślepca przywodzi na ha… (…k)

Kiedy ten skąpił mu kare… (…su)

DO ROSYNANTA
ROZMOWA BABIEKI Z ROSYNANTEM

Babieka: Skądże, mój Rosynancie, ten kościsty pozór?

Rosynant: Bom stale przymuszony do biegu i skoku.

Babieka: A jakże tam z korcami owsa lub obroku?

Rosynant: Nawet krztyny nie zwącham…

Babieka: … Ha, twój ośli ozór

Twego pana obraża, marnym jesteś sługą!

Rosynant: Osłem się jest w kolebce, a i potem długo.

Jeśli chcesz osła ujrzeć, spójrz na Don Kichota,

Do amorów na zawsze minie cię ochota.

Babieka: Czy miłować należy?

Rosynant: Gdy głupota zmusza!…

Babieka: Metafizykiem jesteś!

Rosynant: …Nie jadłem od rana

Babieka: Skarżysz się i na giermka?

Rosynant: …Na wszystkich się żalę,

Jakże bowiem nie żalić ma się moja dusza,

Skoro giermka, marszałka i mojego pana

Po głupocie od konia nie odróżnisz wcale!


Rozdział I

Który mówi o kondycji i zajęciach słynnego hidalga
– Don Kichota z La Manczy

W prowincji La Mancza, w pewnym miasteczku, którego nazwy przypominać teraz nie chcę, żył niedawnymi czasy pewien hidalgo, z tych, co za cały dobytek mają kopię u siodła, starożytną tarczę, chudą szkapę i jednego charta. Kociołek strawy z baraniny raczej niż z wieprzowiny, potrawka z cebulą – prawie na każdą wieczerzę, soczewica w piątek, jajecznica z szynką w sobotę, a w niedzielę gołąbeczek na przydatek – pochłaniały trzy czwarte jego mienia. Reszta szła na kaftan z przedniego sukna, aksamitne, odświętne spodnie i takież sandały oraz na świtkę z doborowego samodziału, w której paradował w dni powszednie.

Trzymał w swym domu gospodynię po czterdziestce, siostrzenicę około dwudziestu lat liczącą oraz pachołka sposobnego do zajęć w polu i koło obejścia, który zarówno konia kulbaczył, jak też i drwa siekierą rąbał. Nasz hidalgo zbliżał się już do pięćdziesiątki. Kompleksji był silnej, pociągły na twarzy, kościsty w sobie, do rannego wstawania bardzo skory i wielce rozmiłowany w łowach.

Mówią, że miał przydomek Kichada czy Kesada (co do tego nie ma zgodności między dziejopisami), ale według niektórych domysłów można przypuścić, że się zwał Kichana. Nie jest to zresztą wcale ważne dla naszej opowieści; rzecz główna w tym, aby opowieść ta ani na jotę nie chybiała prawdzie. A trzeba wam wiedzieć, że gdy ów szlachcic nic nie miał do roboty (co przez większą część roku się zdarzało), zagłębiał się w czytaniu ksiąg rycerskich z takim zapałem i lubością, że nawet o łowach całkiem zapominał i o zarządzie gospodarstwem. Zaciekłość ta i ciekawość doszła do tych granic, że sprzedał kilka mórg ziemi pod pszenicę, byle tylko mieć za co kupować księgi rycerskie do czytania. Znosił do domu wszystko, co w tej materii mógł znaleźć. Z ksiąg tych najwięcej przypadły mu do smaku te, które ułożył Felicjan de Silva, ponieważ jasność jego prozy i jego zawiłe wywody wydawały mu się klejnotami sztuki pisarskiej, zwłaszcza gdy czytał piękne słowa o miłości lub dumne wyzwania na pojedynek, gdzie w wielu miejscach było tak napisane: Nierozwaga rozwagi, którą sprawujesz w mojej rozwadze, do tego stopnia moją rozwagę osłabia, że nie bez wagi żalić się muszę na waszej piękności przewagę… albo też: Wyso­kie nieba, któreboskości waszej bosko wraz z gwiazdami was umacniają, czynią was zasługującą na zasługę, na którą zasługuje wasza wielkość.

Z tych to racji biedny rycerz stracił rozsądek i głowił się niepomiernie, aby księgi rycerskie zrozumieć i uchwycić ich sens zakryty, czego by i sam Arystoteles uczynić nie zdołał, gdyby po to tylko zmartwychwstał. Nie bardzo mu się to prawdziwym widziało, aby Don Belianis mógł tyle plag i ran zadać i odebrać, gdyż choćby medycy, którzy mieli go w swej pieczy, byli najbieglejsi, nie mogliby przecież temu zaradzić, aby mu nie zostało szram na gębie i obraz na ciele. Mimo to w większym wszakże miał poważaniu autora tej księgi, który kończył ją obietnicą dalszego wątku przygody, i niejednokrotnie przychodziła mu chętka, aby schwycić za pióro i do kresu ją doprowa­dzić, zgodnie z tym, co się tam gada i obiecuje, i na pewno byłby to uczynił, gdyby inne wielkie a ustawiczne zamysły nie stanęły mu na przeszkodzie. Nie raz i nie dwa wszczynał dysputy z proboszczem ze swojej parafii (był to człowiek uczony, licencjat akademii w Siguency) w tej kwestii: kto jest najznamienitszym na świecie rycerzem: Palmerin z Anglii czy Amadis z Walii, chociaż mistrz Mikołaj, balwierz tamtejszy, utrzymy­wał z uporem, że żaden z nich nie umywa się do Rycerza Feba i jeśli ktokolwiek już może być z nim porównany, to chyba Don Galaor, brat Amadisa z Walii, jako że miał charakter bardzo zgodny i nie był takim niewieściuchem ani płaksą jak jego brat, co się zaś tyczy dzielności, to ani na krok mu nie ustępował.

Krótko mówiąc, szlachcic nasz tak się w czytaniu zapamię­tał, że nad księgami spędzał całe noce, od wieczora do rana, i całe dni, od rana do wieczora. Na skutek tego ciągłego czytania tak mu mózg wysechł, iż całkiem rozsądek utracił. Wyobraźnia jego napełniła się wszystkim tym, o czym w księ­gach czytał, a więc wyobrażeniem czarów, zwad, bitew, ran, namiętności, miłosnych wyznań, udręk, i innych niemożliwych bredni. Wbił sobie do głowy ćwieka, że wszystkie te książkowe wymysły i majaczenia są prawdą, i nie było już dla niego historii prawdziwszej ani pewniejszej na świecie.

Mówił, że Cyd Ruy Diaz był wielce sławnym rycerzem, ale że jednak do pięt nie dorósł Rycerzowi Płomiennej Szpady, który jednym zamachem miecza rozpłatał na dwoje dwóch dzikich olbrzymów o straszliwej postawie. We wszystkim zgadzał się również z Bernardem del Carpio, ponieważ ów zabił w Roncesvalles zaczarowanego Rolanda, używając podstępu Herkulesa, który udusił w swoich ramionach Anteusza, syna Ziemi. Wy­sławiał bardzo olbrzyma Morganta wywodzącego się z rodu wielkoludów, a jednak bardzo dwornego i obyczajnego, chociaż wszyscy olbrzymi są pyszni i gburowaci. Lecz nade wszyst­ko chwalił Rinalda z Montalbanu, zwłaszcza gdy ten, opuściw­szy swój zamek, łupił każdego, kogo napotkał, i gdy przeprawiwszy się przez morze, ukradł bałwana Mahometa, odlanego ze szczerego złota, jak mówi o tym historia. Zaś aby dosięgnąć zdrajcę Genelona i uraczyć go tęgim kopnięciem, poświęciłby chyba swoją gospodynię i siostrzenicę.

Gdy wreszcie stracił z kretesem rozum, przyszła mu do głowy myśl najbardziej dziwaczna, na jaką kiedykolwiek naj­większy głupiec na świecie mógł wpaść. Ubrdał sobie, że będzie to stosowne i konieczne, tak dla zwiększenia jego sławy, jak i dla dobra ojczyzny, stać się błędnym rycerzem, wyruszyć konno i zbrojno w szeroki świat na spotkanie przygód i doko­nywać tych czynów, o których czytał, że je błędni rycerze dokonują, aby naprawiając wszystkie rodzaje krzywd oraz wystawiając się na niebezpieczeństwo i hazardy i wychodząc z nich zwycięsko, zdobyć nieśmiertelną chwałę i imię. Biedaczy­sko wyobrażał sobie, że dla dzielności jego prawicy już go co najmniej na cesarza Trebizondy ukoronowano. Zasmakowaw­szy w tych przyjemnych myślach i uwiedziony ich ponętą, jął się kwapić, aby zamysły swe wprowadzić jak najprędzej w czyn.

Pierwszą rzeczą, którą zrobił, było oczyszczenie zbroicy, jaka mu przypadła w dziedzictwie po pradziadach. Cała zardzewiała i grubą warstwą kurzu pokryta, spoczywała w kącie w głębo­kim zapomnieniu. Odświeżył ją i oporządził, jak mógł najlepiej. Ale ku wielkiemu strapieniu spostrzegł biedak, że nie do­stawało jej najważniejszej części: zamiast całego hełmu – był tylko nagłówek. Poszedł jednak po rozum do głowy i z kawał­ka tektury uczynił coś na kształt przyłbicy, która połączona z nagłówkiem czyniła wrażenie całkowitego hełmu. Co prawda, kiedy chciał wypróbować, czy szyszak jest mocny i czy się będzie mógł oprzeć próbie ciosu, i wydobywszy miecz, rąbnął nim dwa razy, już pierwsze uderzenie obróciło wniwecz pracę całego tygodnia. Nie uskarżał się na ten przypadek i aby na przyszłość ochronić się przed takim niebezpieczeństwem, jął wszystko na nowo uładzać, wstawiwszy pod tekturę dwa żelaz­ne pręty. Przekonany teraz, że ma hełm najprzedniejszego gatunku, i głęboko zadowolony z jego wytrzymałości, nie poddawał go już nowej próbie.

Wkrótce potem poszedł obejrzeć swego rumaka, który aczkolwiek miał więcej narośli na nogach, niż dukat ma groszy, i więcej skaz niż wywłoka Gonelli, qui tantum pellis et ossa fuit[6], niemniej wydało mu się, że ani Bucefał Ale­ksandra, ani Babieka Cyda nie mogłyby mu dorównać. Cztery dni strawił, głowiąc się nad wymyśleniem nazwy, gdyż był przekonany, że rumak sławnego rycerza, rumak odznaczający się tak pięknym wyglądem, nie mógł pozostawać bez od­powiedniego miana.

Szło mu koniecznie o to, aby nazwa ta mówiła jasno, jakim był ów rumak, zanim począł nosić na swym grzbiecie błędnego rycerza, i jakim stał się od tej pory. Wydawało mu się rzeczą słuszną, że skoro pan jego zmienił kondycję, to i on musiał nazwę zmienić, przyjmując inną, bardziej sławną i pięknie brzmiącą, we wszystkim zgodną z jego nowym powołaniem i stanem.

Dużo imion tworzył, przetwarzał, przekręcał i wykręcał, przedłużał i skracał, wałkował i nicował w swej wyobraźni i pamięci, aż wreszcie nazwał go Rosynantem, gdyż nazwa ta zdała mu się najbardziej świetna, mile w ucho wpadająca i oznaczająca przy tym, jakim rumakiem był ongiś, a jakim stał się teraz on, najpierwszy rumak świata.

Nadawszy już miano swemu koniowi zgodnie ze swym gustem i życzeniem, chciał również i sam jakieś imię przybrać i na rozmyślaniach nad tą kwestią strawił osiem dni. W końcu nazwał się Don Kichotem. Stąd też poszło, że niektórzy auto­rzy tej tak prawdziwej historii wnosili, że winien się był zwać Kichada, a nie Kesada, jak to znów inni utrzymywali.

Rycerz nasz przypomniał sobie, że dzielny Amadis nie zadowolił się tym, iż nazywał się po prostu Amadisem, lecz że przydał do swego imienia jeszcze nazwę swego królestwa i ojczyzny, aby ją bardziej sławną uczynić, zwąc się odtąd Amadisem z Walii.

Także i on, rycerz prawy, dodał do swego nazwiska nazwę swego kraju i począł się zwać Don Kichotem z La Manczy. Według jego mniemania nazwa ta mówiła dowodnie o jego ojczyźnie i rodzie oraz wielkiego im przyczyniała splendoru.

Oczyściwszy tedy zbroję, uczyniwszy przyłbicę, nadawszy nazwę koniowi i sobie, sądził, że teraz niczego mu już nie brak oprócz damy, w której byłby zakochany, gdyż rycerz błędny bez miłości jest jak drzewo bez liści i owocu, jak ciało bez duszy.

Mówił do siebie:

– Jeśli kiedy na moje nieszczęście, albo raczej na szczęście, przyjdzie mi się potykać z jakimś olb­rzymem (co się często przytrafia błędnym rycerzom) i gdy go złożę z konia uderzeniem kopii albo i na dwoje rozpłatam, gdy go zwyciężę i woli swojej zhołduję, czyż nie będzie miło posłać go do kogoś, aby się w moim imieniu sprezentował?

Wejdzie, rzuci się na kolana przed moją panią pełną słodyczy i rzecze głosem cichym a pokornym:

„Jam jest olbrzym Caraculiambro, pan wyspy Malindrania, zwyciężył mnie w ręcznym potykaniu rycerz Don Kichot z La Manczy, który nigdy dosyć wysławiony być nie może. Rozkazał mi, abym się przedstawił waszej wysokości i aby wasza wysokość rozporządzała mną według swej woli”.

Och, jakże się cieszył nasz rycerz, zwracając się sam do siebie z taką oracją! Radość ta zmieniła się w rozkosz prawdziwą, gdy znalazł wreszcie damę, której dał miano pani serca swego. Damą tą była według tego, co mówią, młoda córka wieśniaka z pobliskiej miejscowości, bardzo gładka. Durzył się w niej już kiedyś, lecz ona wcale nie wiedziała o tych afektach.

Dziewka ta, zowiąca się Aldonsa Lorenso, miała – według jego mniemania – wszystkie walory sprzyjające temu, aby ją uczynić damą swych myśli. A szukając dla niej miana, które by było w harmonii wdzięcznej z jego mianem, a zawierało przy tym w sobie coś wielkopańskiego i książęcego, po długich namysłach nazwał ją Dulcyneą z Toboso, bo pochodziła z Toboso. Imię to bardzo przypadło mu do smaku, jako wyszuka­ne, dźwięczne i wymowne, jak wszystkie inne, które nadał sobie i swoim rzeczom.


Rozdział II

O pierwszym wyruszeniu w świat przemyślnego hidalga Don Kichota

Ukończywszy tedy wszystkie przygotowania, nie chciał już czasu po próżnicy tracić i odkładać swoich zamysłów, sądził bowiem, że świat wielką ponosi szkodę z tej jego zwłoki, że wiele jest krzywd wymagających naprawy, błędów, które trze­ba sprostować, nieprawości wymagających usunięcia i długów, które spłacić należy.

Otóż więc nie zdradziwszy się przed nikim ze swoim zamiarem, pewnego ranka, jeszcze nim dzień się uczynił (jeden z upalnych dni lipca), wdział na siebie zbroję, dosiadł Rosynanta, opuścił źle dopasowaną przyłbicę, zarzucił na ramię tarczę, wziął do ręki kopię i niespostrzeżony przez nikogo wyjechał z podwórza przez furtkę na pole, niepo­miernie uradowany, że piękne jego życzenia tak łatwo spełniać mu się zaczynają. Ale zaledwie znalazł się wśród pól, straszna zgryzota poczęła go dręczyć, tak iż o mało co nie zawrócił do domu i całkiem nie poniechał rozpoczętego przedsięwzięcia. Przypomniał sobie, że nie był pasowany na rycerza, że zgodnie z obyczajami błędnego rycerstwa nie miał prawa potykać się z żadnym rycerzem i że choćby nawet był już pasowany, nie godzi się mu jako nowemu towarzyszowi nosić na tarczy żadnego znaku, dopóki nań osobistą dzielnością nie zasłuży. Myśli te zachwiały go w jego zamiarach, lecz jako że szaleństwo jego silniejsze było niż wszystkie racje, postanowił, że pierwszemu lepszemu czło­wiekowi każe się pasować na rycerza, naśladując innych czyniących tak samo, o czym czytał w księgach, które tak nim zawładnęły.

Co się zaś tyczy niepokalanej broni, to myślał ją tak oczyś­cić, by stała się czystsza od gronostaja.

Uspokoiwszy się tedy, jechał dalej drogą, zostawiając w tej mierze wybór swemu koniowi, mniemał bowiem, że tak naj­łatwiej trafi na szlaki przygód. Jadąc zaś, mówił sam do siebie:

– Któż ośmiela się wątpić, że w przyszłości, gdy ujawni się prawdziwa historia mych świetnych czynów, mędrzec, który ją spisze, zacznie w ten sposób opowieść o moim rannym w świat wyruszeniu:

„Zaledwie promienny Apollo na obliczu szerokiej i rozległej ziemi zaczął roztaczać złociste sploty pięknych swych kędzio­rów, zaledwie małe kolorowe ptaszyny słodką harmonią swych głosów jęły witać pojawienie się różanej jutrzenki, która opuś­ciwszy łożnicę zazdrosnego małżonka, ukazała się śmiertelnym na złocistych galeriach i krużgankach horyzontu La Manczy, gdy sławny rycerz Don Kichot z La Manczy, wzgardziwszy miękkim puchem łoża, dosiadł dzielnego swego rumaka, Rosynanta, i puścił się w cwał przez starożytne i rozgłośne równiny Montielu” (istotnie jechał teraz tamtędy).

Później dodał:

– O szczęśliwy wieku i epoko szczęśliwa, wy, które może­cie spoglądać na me sławne przedsięwzięcie, po stokroć tego godne, aby je odlewano w brązie, ryto w marmurze i malo­wano na płótnie na pamiątkę dla przyszłości! O ty, mądry czarowniku, kimkolwiek będziesz, gdy ci w udziale przypad­nie stać się kronikarzem tej rzadkiej opowieści, błagam cię, nie zapomnij o Rosynancie, nieodstępnym i wiernym towa­rzyszu moich dróg i wypraw.

Później prawił w dalszym ciągu, tak jakby naprawdę był zakochany:

– O księżniczko Dulcyneo, pani uwięzionego serca mego, okrutną mi wyrządziłaś krzywdę, wyprawiając mnie od siebie i nakazując mi z niezwykłą srogością, abym nie pokazywał się więcej przed obliczem piękności twojej. Racz, pani, wspomnieć czasem o tym sercu, które przez miłość do ciebie tyle ciężkich utrapień znosi.

Do podobnych bredni dodawał wciąż nowe, na modłę tych, których nauczyły go księgi, i silił się z wielką pilnością na­śladować ich język. I mówiąc tak, wlókł się noga za nogą, podczas gdy słońce wznosiło się szybko ku górze, prażąc tak niemiłosiernie, że na pewno mózg by mu roztopiło, gdyby go jeszcze w głowie posiadał.

Jechał już cały dzień bez mała i nie zdarzyło mu się nic godnego opowieści; o rozpacz go to przyprawiało, gdyż pałał niepohamowaną żądzą zmierzenia się natychmiast orężem z kim­kolwiek. Niektórzy historycy twierdzą, że pierwsza przygoda spotkała go w Puerto Lapice, drudzy utrzymują, że pierwsza była przygoda z wiatrakami, ja jednakże sprawdziłem w sta­rożytnych kronikach La Manczy, że przez cały ten dzień tylko jechał i jechał ciągle, aż pod wieczór zarówno on, jak i rumak ze zmęczenia i głodu już z sił opadli. Rycerz nasz oglądał się na wszystkie strony, czy nie dojrzy czasem jakiegoś zamku lub choćby szałasu pastucha, dokąd mógłby się schronić i za­żyć trochę wczasu.

Wreszcie niedaleko traktu, po którym jechał, dostrzegł ober­żę i było mu tak, jakby ujrzał gwiazdę wiodącą go nie tyle do wrót, ile do wnętrza pałacu zbawienia. Niezwłocznie skierował tam rumaka i przybył na miejsce jeszcze przed nastaniem nocy.

Przypadek chciał, że przed drzwiami oberży stały dwie młode dziewczyny z rodzaju tych, co to się zowią zawodowymi.

Udawały się one do Sewilli z mulnikami, którzy tego wieczo­ru zatrzymali się na nocleg w oberży.

Ponieważ wszystko, co nasz dzielny poszukiwacz przygód myślał, widział lub wyobrażał sobie, zdawało mu się stworzone na obraz i podobieństwo tego, co czytał, więc też gdy zoczył oberżę, natychmiast wystawił sobie, że jest to zamek z czterema wieżami i kolumnami z połyskującego srebra. Nie brak było również zwodzonego mostu i fos głębokich oraz wszystkich tych dodatków i przynależności, z jakimi zawsze podobne zamczyska się maluje. Podjechał do karczmy wydającej mu się warownią i na kilkanaście kroków od niej ściągnął cugle Rosynantowi, czekając, aż jakiś karzeł ukarze się na blankach i zadmie w róg na znak, że oto rycerz przybył do zamku.

Lecz widząc, że nikt się jakoś nie kwapi i że Rosynant wielce się niecierpliwi, czując bliskość stajni, podjechał do wrót i zobaczył dwie młode dziewczyny, które zdały mu się znakomitymi dziewicami lub damami pełnymi wdzięku, zażywającymi świeżego powietrza u wrót zamku.

W tej chwili, jakby naumyślnie, świniarczyk zganiający do kupy świnie na ściernisku (nie moja wina, na honor, że się tak nazywają) zadął w róg. Na dźwięk rogu trzoda się zebrała, a Don Kichotowi wydało się, że spełnia się jego marzenie i że jakiś karzeł zamkowy oznajmia o jego przybyciu. Niepomiernie uradowany stanął u wrót oberży przed tymi damami, które ujrzawszy człowieka tak uzbrojonego, z kopią i tarczą w ręku, bardzo zestrachane, chciały uciec do wnętrza karczmy. Wówczas Don Kichot poznawszy, że jeśli uciekają, tedy bać się muszą, uniósł swojej tekturowej przyłbicy i odsłaniając swe chude, umorusane oblicze, z wielką wytwornością i głosem przymilnym przemówił:

– Nie uchodźcie, miłościwe panie, nie obawiajcie się, aby się wam tu jakaś ujma stać miała, nie jest to bowiem zgodne z prawami galanterii i zakonu rycerskiego, do którego mam zaszczyt należeć, aby komukolwiek uwłaczać, zwłaszcza zaś dziewicom tak dostojnym, o czym wnioskować można po samym już wdzięcznym wyglądzie.

Dziewczyny wlepiły w niego oczy, chcąc dostrzec twarz, którą łatana przyłbica zasłaniała, lecz gdy usłyszały, że mianuje je dostojnymi dziewicami (rzecz tak daleka od ich zawodu), nie mogły się wstrzymać od śmiechu, tak iż wreszcie Don Kichot, pełen urazy, rzekł do nich:

– Skromność i wstrzemięźliwość piękności przystoi; nato­miast śmiech z błahego powodu zdradza tylko prostactwo i do głupoty się zbliża. Nie mówię wam tego, miłościwe panie, aby was urazić i na niełaskę waszą zasłużyć, ponieważ jedynym moim zamiarem jest ofiarować wam pokorne służby.

Mowa taka, nigdy przez nie jeszcze niesłyszana, oraz dzi­waczna postać naszego rycerza jeszcze większy śmiech w nich wzbudziły, a w nim gniew, i kat wie, jaki by obrót cała sprawa przybrała, gdyby w tej chwili nie ukazał się oberżysta, człowiek bardzo tłusty i wielce flegmatycznego przyrodzenia. Ujrzawszy tę cudacką postać, uzbrojoną w broń tak niezwykłą jak kopia, tarcza i pancerz, nie poszedł za przykładem kobiet i nie zdradził się ze śmiechem. Tęgiego mu snadź napędził stracha cały ten rynsztunek, skoro postanowił obejść się z gościem z należnym mu szacunkiem i rzekł w te słowa:

– Mości rycerzu, jeśli wasza dostojność szuka schronienia, na niczym wam w gościnie u mnie zbywać nie będzie prócz łóżka.

– Ja, mości kasztelanie, byle czym się zwykłem kontentować: „Broń jedyną moją rozrywką, a rycerskie rzemiosło odpoczynkiem”.

Karczmarz, źle dosłyszawszy, pomyślał, że nazwano go Kastylijczykiem, Kastylijczykiem z krwi i kości, podczas gdy on był Andaluzyjczykiem z wybrzeży San Lukaru, nie mniejszym łotrem niż Kakus i nie mniejszym filutem niż paź lub żak wędrowny, i odparł w te słowa:

– Zgodnie z tym, co waszmość pan mówi, twarde skały będą waszą łożnicą, a czuwanie odpoczynkiem. Jeśli tak się rzeczy mają, tedy proszę złazić z rumaka, gdyż możecie być pewni, że znajdziecie w tej chałupie sposobność do niespania nie tylko przez jedną noc, ale i przez rok cały.

Tak mówiąc, podtrzymał strzemię Don Kichotowi, który z wielkim trudem jął się gramolić z siodła, głód bowiem, potężnie doskwierający, siły mu odebrał.

Zsiadłszy z rumaka, rycerz zalecił pilnie oberżyście, aby miał należyte staranie o jego dzianeta, zaręczając mu, że na całym świecie trudno znaleźć lepsze i piękniejsze zwierzę trawożerne.

Gospodarz spojrzał na Rosynanta, ale rumak nawet w poło­wie nie wydał mu się tak dzielnym, jak o tym Don Kichot prawił. Umieściwszy konia w stajni, powrócił, aby dowiedzieć się, czego jego gość jeszcze sobie życzy, i zastał go rozdziewającego się ze zbroicy, w czym dopomagały mu owe znamienite dziewice, z którymi już się pogodził. Zdjęły mu kirys i karwasze, ale wszystkimi siłami nie mogły poradzić, aby mu się dostać do gardzieli i uwolnić go od przeklętego szyszaka podwiązanego pod brodą zielonymi wstęgami. Nie sposób było rozwikłać supłów; trzeba je było przeciąć, ale na to żadną miarą nie chciał przystać. Całą noc więc przesiedział z szysza­kiem na głowie, wyglądając jak najpocieszniejsze monstrum na świecie. Wziąwszy zaś owe nierządnice, co go rozbierały, za znakomite damy i panie tego zamku, rzekł z wyszukaną galanterią:

– Nie było na świecie rycerza,

Co jak Don Kichot od dam

Tyle by doznał dworności;

Gdy stanął u zamku bram,

Dziewice dbały o niego,

Księżniczki o jego konia…

…lub o Rosynanta, gdyż takie jest jego imię, nadobne damy, podczas gdy moje brzmi Don Kichot z La Manczy. Nie chciałem go wyjawiać aż do tej pory, gdy się samo wsławi świetnymi czynami, w służbie waszej dokonanymi. Dowiadujecie się o nim przed czasem, ponieważ obecne okoliczności nasunęły mi na pamięć starożytną romancę o Lancelocie. Nadejdzie taki dzień, gdy wy będziecie rozkazywały, ja zaś będę słuchał; dzielnością rycerskiego ramienia dowiodę, że pałam chęcią poświęcenia wam uniżonych służb moich.

Młode dziewczyny, które nie były nawykłe do podobnej krasomówności, nie odpowiedziały ani słówka, zapytały tylko, czy nie miałby ochoty czegoś zjeść.

– Oj, zjadłoby się, zjadło cośkolwiek – odparł Don Kichot. – Nie byłoby to wcale od rzeczy!

Traf chciał, że był to akurat piątek; w całej oberży można było dostać tylko garść małych dorszy, które w Kastylii zowią abadejo, w Andaluzji bacallao, w innych miejscowościach cura­dillo, a jeszcze w innych truchuela. Zapytano go, czyby nie zjadł czasem trochę tych suchych głowaczy, gdyż inną rybą uraczyć go będzie trudno.

– Jeśli tylko dużo jest tych głowaczątek – odrzekł nasz rycerz – to snadnie wystarczyć mi one mogą za jednego głowacza, gdyż na jedno to wychodzi, czy mi dają osiem razy po jednym realu, czy też osiem reali w jednej monecie. Także zważyć trzeba na to, że te małe rybki smaczniejsze są i delikatniejsze od wielkich, tak jak cielę delikatniejsze i smaczniejsze jest od wołu, a baranek od skopa. Słowem, co mają, niech dają, byleby prędko, gdyż ciężarowi zbroi i brzemieniu pracy trudno o pu­stym brzuchu podołać.

Wystawiono stół przed karczmę, aby jedząc, zażywał świeże­go powietrza; oberżysta przyniósł mu garść rybek źle przy­rządzonych, gorzej jeszcze ugotowanych i kromkę razowego chleba, tak czarnego i pokrytego pleśnią jak zbroja naszego rycerza. Można było pękać ze śmiechu, patrząc, jak zajada, ponieważ hełm miał na głowie, a ruchoma blacha ciągle mu na nos opadała. Nie mógł własnymi rękami ani kęsa strawy do ust włożyć, ktoś inny musiał mu podsuwać jadło pod nos. Jedna z dam przyszła mu z pomocą i zaczęła go karmić. Gorsza bieda była z piciem i nie byłoby sposobu go napoić, gdyby nie karczmarz, który wydrążył kawałek kija, jeden koniec do gęby mu wsadził, a w otwór drugiego lał wino. Rycerz nasz znosił wszystko cierpliwie, byleby tylko nienaruszone zostały zielone wstęgi podpinające szyszak. W czasie wieczerzy przybył do oberży rzezak knurów i zagwizdał kilka razy, co utwierdziło jeszcze bardziej Don Kichota w mniemaniu, że znajduje się w sławnym zamczysku, gdzie go przyjmują z muzyką, że rybki na wieczerzę są pstrągami, razowiec pszenną bułeczką, nierząd­nice wielkimi damami, a karczmarz kasztelanem zamku. Dob­rze sobie z tego wróżył o swym postanowieniu i wyprawie. Troskał się tylko niezmiernie o to, że nie był jeszcze pasowany na rycerza, a bez tego nie wolno mu wszak było ważyć się na żadną rycerską przygodę.


Rozdział III

Który opowiada, w jak ucieszny sposób
Don Kichot został pasowany na rycerza

Dręczony tą myślą nie dojadł nawet swej skromnej wieczerzy i zerwawszy się od stołu, zawołał na gospodarza. Później, kiedy zamknął się razem z nim w stajni, rzucił się przed nim na kolana i zaczął do niego mówić:

– Nie ruszę się ani na krok z tego miejsca, póki wasza dostojność nie wyświadczy mi łaski, o którą śmiem prosić, a której spełnienie zarówno wam zaszczytu przysporzy, jak i całej ludzkości przyniesie korzyść.

Karczmarz zdumiony, że jego gość pada przed nim na kolana i w tak górny sposób przemawia, wybałuszył oczy, nie wiedząc, co ma rzec ani jak się zachować. Silił się na próżno, aby go podźwignąć z klęczek, jednakże rycerz nasz ani drgnął, dopóki oberżysta nie przyrzekł mu dać tego, o co prosił.

– Spodziewałem się tego po wielkoduszności serca waszego, miłościwy panie – odparł Don Kichot. – Łaska, o którą was prosiłem, a którą wyświadczyć mi przyrzekliście, na tym się zasadza, abym rano, skoro świt, mógł być przez was pasowany na rycerza. Dzisiejszej nocy odbędę straż rycerską w kaplicy zamkowej, a jutro wypełni się to, czego całą duszą pragnę. Będę już mógł, jak tego powinność wymaga, udać się w cztery strony świata, szukając przygód ku pożytkowi biedaków i wy­dziedziczonych, co jest udziałem rycerstwa, do którego się zaliczam jako błędny rycerz przez ową ożywiającą mnie chęć dokonywania wielkich czynów.

Karczmarz, który – jak się rzekło – był spryciarzem, żywił już domysły, że jego gościowi brak piątej klepki, teraz zaś, usłyszawszy podobną orację, utwierdził się w swym zdaniu na dobre. Chcąc zaś mieć dzisiejszej nocy powód do śmiechu, postanowił we wszystkim mu pofolgować.

Rzekł mu tedy, że bardzo mądrze sobie poczyna, zwracając się w tą prośbą do niego, że podobne zamysły właściwe są rycerzom tak znamienitym, jak Don Kichot przez dzielną prezencję swoją znamienitym się wydaje, i że on sam także w młodzieńczych latach zaszczytnym rzemiosłem rycerskim się parał, wycierając kąty po całym świecie w poszukiwaniu przygód. A więc żerdziowe pola Malagi, wyspy Rierán, Compas Sewilli, rynki Segowii, plantacje oliwek w Walencji, rondilia Grenady, wybrzeża San Lukaru, pastewniki Kordoby, szynkownie Toleda i tysiąc innych miejscowości, gdzie dawał dowód zwinności swych łydek i zręczności swych rąk, płatając figle na wsze strony, zwodząc wdówki, bezczeszcząc dziewice, oszukując biedne sieroty, tak że imię jego stało się głośne we wszystkich trybunałach i sądach Hiszpanii. W końcu osiadł we własnym zamku, gdzie żyje ze swego dobra i z dobra cudzego, przyjmując z otwartymi ramionami wszystkich błędnych rycerzy, jakiejkolwiek byliby kondycji, z racji tego afektu, który dla nich żywi.

Powiedział, że w zamku nie ma kaplicy, gdzie by Don Kichot mógł odprawić straż rycerską, ponieważ starą kazał zburzyć, a nowej jeszcze nie postawił, ale to nie jest wcale przeszkodą, gdyż wiadomo mu, że taką noc można przepędzić, gdzie się tylko żywnie podoba, choćby na podwórzu zamczyska. Rano, z pomocą boską, odprawione zostaną uroczyste ceremonie i oto zostanie rycerzem, rycerzem na schwał, jakiemu podob­nego na całym świecie nie ma!

– A masz waszmość trochę pieniędzy przy sobie? – zapytał.

– Pieniędzy? – odparł Don Kichot. – Ani grosza, nigdym bowiem w żadnej historii nie czytał, by którykolwiek z błęd­nych rycerzy miewał je przy duszy.

Na to odpowiedział mu oberżysta, że się myli, gdyż jeśli w historiach brak o tym wzmianki, to tylko dlatego, że autorzy nie poczytywali za potrzebne rozpisywać się o rzeczach tak prostych i koniecznych w podróży jak pieniądze lub czyste koszule na zmianę. Nie można jednak stąd wnosić, że owi błędni rycerze, o których układa się grube foliały, nie mieli przy sobie dobrze naładowanej kiesy na wszelki wypadek. Także opatrzeni bywali w bieliznę i w puzdra z driakwiami na rany, które mogą odnieść, gdyż staczając straszne boje wśród puszcz i odludzi, nie zawsze mają medyków na zawołanie. Chyba że jakiś mądry czarnoksiężnik, przyjaźń im zaprzysiągłszy, wnet przybywa z pomocą, posyłając na obłoku panienkę albo karła z flaszeczką wody cudownej, której jedna kropla goi w oka­mgnieniu i bez śladu wszystkie rany i obrażenia cielesne.

Ale na podobne usługi nie zawsze można liczyć, toteż rycerze lat ubiegłych pilnie na to baczyli, aby ich giermkowie we wszystko byli opatrzeni, a więc w pieniądze, szarpie, maści i leki kordialne. A jeśliby się nawet czasem przypadkiem zdarzyło, że rycerz nie miał giermka, to sam wszystkie potrzebne rzeczy ładował w sakwy i tak zręcznie przytwierdzał je do łęku, że ich prawie nie było widać. Przyznać bowiem po prawdzie trzeba, że niezbyt wielki był to splendor z sakwami czy łubami paradować.

– Tak więc – zakończył oberżysta – nakazuję ci, mój przyszły synu rycerski, abyś nigdy nie ważył się ruszać w świat bez pieniędzy i bez innych koniecznych rzeczy, a zobaczysz, że ci się przydadzą wówczas, kiedy byś najmniej się tego spodziewał.

Don Kichot przyrzekł mu, że wypełni najdokładniej wszyst­kie jego rady; później ustanowili bez zwłoki, jaka ma być reguła tej nocy rycerskiej na dziedzińcu obok karczmy. Rycerz nasz pozbierał cały swój rynsztunek, umieścił go na krypie przy studni i włożywszy na ramię tarczę, a kopię mocno w garści ścisnąwszy, z uroczystą miną jął się przechadzać przed kory­tem, sprawując straż broni. Warta się zaczęła, gdy już mrok gęsty zapadał.

Gospodarz, pokładając się od śmiechu, opowiedział wszyst­kim zebranym w oberży o szaleństwie swego gościa, o tym, jak odprawia straż rycerską i jak gwałtem na rycerza pragnie być pasowany. Wszyscy zdumieli się tą dziwną odmianą szaleństwa i poszli, aby przypatrzyć się Don Kichotowi z daleka. Chodził tam i z powrotem przed korytem, a od czasu do czasu, wspierając się oburącz na kopii, wlepiał oczy w zbroję i długo nie mógł ich od niej oderwać. Noc zapadała coraz głębsza, lecz jasny blask miesiąca walczył zwycięsko z mrokiem, tak iż wszystko, co nasz rycerz czynił, widoczne było jak na dłoni. Tymczasem jednemu z mulników, popasających w oberży, zachciało się napoić swoje muły, ale chcąc tego dokonać, musiał zdjąć z koryta rynsztunek Don Kichota. Rycerz ujrzawszy, że ktoś się zbliża, krzyknął donośnym głosem:

– O, zuchwały rycerzu, kimkolwiek jesteś, co śmiesz dotykać zbroi najdzielniejszego z błędnych rycerzy, którzy kiedykolwiek oręż przy boku nosili, zważ, co czynisz, i idź precz od tej zbroi, jeśli nie chcesz swego zuchwalstwa gardłem przypłacić!

Mulnik niewiele zważał na pogróżki Don Kichota (wszelako lepiej by zrobił, gdyby te ostrzeżenia wziął do serca, nie potrzebowałby się bowiem później o swe zdrowie troskać) i pociągnąwszy za rzemienie, jednym zamachem odrzucił zbroję daleko od siebie. Wówczas Don Kichot podniósłszy oczy ku niebu i przywoławszy, jak się zdaje, na pamięć imię swej damy, Dulcynei, rzekł:

– Bądź mi, pani, ku pomocy w tej pierwszej potrzebie, która się nastręcza piersi niezłomnej a tobie oddanej. Niech mi nie zabraknie w tej pierwszej sprawie twej łaski i opieki.

Skończywszy tę orację, odrzucił tarczę i chwyciwszy oburącz kopię, grzmotnął nią mulnika z taką siłą przez łeb, że przewod­nik padł na ziemię jak długi i niechybnie, gdyby nasz rycerz ten cios jeszcze raz powtórzył, już by się tu i medycy na nic nie zdali. Uczyniwszy to, hidalgo pozbierał skrzętnie części swego uzbrojenia i znów jął się przechadzać tam i z powrotem, z takim spokojem jak pierwej.

Po niejakim czasie drugi mulnik, nie wiedząc nic, co się stało, gdyż tamten wciąż leżał ogłuszony na ziemi, przyszedł także w zamiarze napojenia mułów i chciał oswobodzić koryto. Don Kichot, nic już nie mówiąc i niczyjej nie przyzywając pomocy, po raz drugi uwolnił ramię od tarczy, po raz drugi za kopię chwycił i trzy razy łupnął nią przez łeb drugiego mulnika, póki kopii przy czwartym ciosie nie zdruzgotał. Na rumor stąd powstały zbiegli się wszyscy ludzie z karczmy wraz z oberżystą. Don Kichot, spojrzawszy na nich, założył tarczę na ramię, położył dłoń na rękojeści miecza i rzekł:

– Pani najcudniejszej piękności, potęgo i siło mego słabego serca, teraz sposobna chwila nadeszła, abyś z wyżyn swej wielkości zwróciła wzrok ku swemu niewolnikowi-rycerzowi, który czeka na wielką i straszliwą rozprawę.

Po owym wezwaniu zdało mu się, iż taki duch w niego wstąpił, że gdyby wszyscy mulnicy świata rzucili się na niego, on ani na krok pola by im nie ustąpił.

Towarzysze poranionych mulników, widząc ich w tak żałos­nym stanie, jęli z daleka rzucać kamieniami w Don Kichota. Zasłaniał się tarczą, jak mógł, lecz nie odchodził od koryta, bojąc się pozostawić zbroję.

Oberżysta wrzeszczał ze wszystkich sił, aby go poniechali; mówił im, iż to człowiek na umyśle pomieszany i że jako taki żadnej odpowiedzialności nie będzie ponosił, choćby ich wszys­tkich pozabijał. Don Kichot zaś grzmiał jeszcze donioślejszym głosem, wymyślając im od przewrotnych zdrajców, a pana zamku zwał przeniewiercą, nikczemnikiem i gburem, skoro pozwala, aby w ten sposób traktowano u niego błędnych rycerzy. Gdy tylko zostanie pasowany na rycerza, pokaże mu, czym taka zdrada pachnie!

– O was zaś, podła zgrajo, nie troszczę się wcale! Chodźcie tu, chodźcie, uderzcie na mnie, a żywo – zobaczycie, jaką zapłatę otrzymacie za waszą głupotę i bezczelność!

Mówił to z takim męstwem i zawziętością, że strach padł na rzesze napastników. Mulnicy posłuchali napomnień karczma­rza i przestali rzucać kamieniami. Don Kichot pozwolił wielko­dusznie zabrać rannych z pola bitwy i jął znów z całym spokojem, jakby się nic nie zdarzyło, sprawować swą straż rycerską.

Oberżyście ostatnie żarty jego gościa wydały się nadto grube; chcąc się go pozbyć jak najprędzej, postanowił pasować go zaraz na rycerza, zanim się nowe nieszczęście przytrafi. Sumitując się przeto gęsto z zuchwałego postępku (o którym nic nie wiedział) tych gburów, którzy przykładnie zostali ukarani, powiedział mu, że w zamku nie ma kaplicy, jak o tym już zresztą wspomniał, przecież dla dopełnienia obrządku nie jest ona zbytnio potrzebna, jako że przy pasowaniu główną rzeczą jest uścisk i uderzenie po ramieniu płazem miecza. Ceremoniał rycerski, który zna dobrze, powiada, że pasowania dokonać można byle gdzie, choćby i na polu. Co się zaś tyczy straży koło zbroi, to dwie godziny aż nadto wystarczą, podczas gdy on już cztery godziny na tej warcie strawił.

Don Kichot uwierzył w słowa oberżysty i rzekł, że we wszystkim będzie mu posłuszny, byleby tylko co rychlej cała rzecz została załatwiona.

Skoro już zostanie pasowany na rycerza, a nowa napaść się zdarzy, żywej duszy nie zostawi w zamku i oszczędzi tylko tych, których mu kasztelan wskaże, a to przez respekt dla niego. Kasztelan, przewidujący i zatrwożony tymi słowa­mi, przyniósł natychmiast wielką księgę, w której zapisywał, ile słomy i siana wydał mulnikom, i w towarzystwie owych dwóch dziewczyn oraz chłopca trzymającego w ręku ogarek zbliżył się do Don Kichota, rozkazawszy mu wprzód paść na kolana. Później zaś czytając z tej księgi, tak jakby pacierz odmawiał, nagle podniósł rękę do góry i wyrżnął go raz w kark, a potem płazem miecza uderzył po plecach, ani na chwilę nie przestając mruczeć przez zęby i zaglądać do księgi. Dokonawszy tego, kazał jednej z owych dam miecz mu przypasać, czego ona dopełniła z wielką gracją i ostrożno­ścią, choć się jej na śmiech zbierało. Podczas całej tej cere­monii nie raz i nie dwa chciały śmiechem parsknąć, lecz mając w pamięci czyny naszego rycerza, których były świad­kami, powstrzymywały się, jak mogły. Przypasując mu miecz do boku, zacna dama rzekła:

– Niech Bóg was szczęśliwym uczyni, rycerzu, i niech fortu­na sprzyja wam w bojach.

Don Kichot zapytał, jakie jest jej miano, wiedzieć bowiem pragnął, komu ma być zobowiązany za tak wielką łaskę i komu ma oddać połowę sławy, którą dzielnością swego ramienia zdobędzie. Odparła mu z wielką uniżonością, że się nazywa Tolosa, że jest córką łatacza skór z Toledo, który pracuje w małym kramiku Sancza Bienaya, i że odtąd zawsze, gdzie­kolwiek by się tylko znalazła, będzie się poczytywała za jego oddaną i uniżoną sługę.

– Zaklinam cię, pani, na twój afekt ku mnie – zawołał Don Kichot – dodawaj odtąd zawsze „don” do przodku nazwiska i zwij się donia Tolosa!

Dziewczyna przyrzekła mu uroczyście, że jego żądaniu uczy­ni zadość. Tymczasem druga przypięła mu ostrogi. Don Kichot rozmawiał z nią podobnie jak z pierwszą. Zapytawszy o nazwi­sko, dowiedział się, że się zwie Młynarka i że jest córką bardzo szanownego młynarza z Antekery. Ją również zobowiązał Don Kichot, aby dodała „don” do swego nazwiska i zwała się odtąd donia Młynarka, potem zaś obsypał ją podziękowaniami i przyrzeczeniami swoich służb.

Gdy więc cała ta niepraktykowana dotychczas ceremonia tak prędki obrót wzięła, Don Kichot w jednym okamgnieniu do stajni skoczył, aby co rychlej wsiąść na Rosynanta i wyru­szyć w świat na poszukiwanie przygód. Okulbaczył rumaka i z siodła uściskał gospodarza, dziękując za łaskę okazaną mu pasowaniem na rycerza; prawił przy tym takie banialuki, że konia z rzędem temu, kto by je umiał powtórzyć. Gospodarz, chcąc się go jak najprędzej z oberży pozbyć, odpowiedział mu równie kwieciście, chociaż nierównie krócej, i nie żądając ani grosza zapłaty, z całego serca życzył mu szczęśliwej drogi.


Rozdział IV

Co się przytrafiło naszemu rycerzowi
po wyjeździe z oberży

Dniało już prawie, gdy Don Kichot opuszczał oberżę tak zadowolony, tak dziarski i tak rozradowany z pasowania na rycerza, że radość ta rozpierała nawet popręgi u konia. Przypo­mniawszy sobie rady gospodarza co do opatrzenia się w nie­zbędne rzeczy, a zwłaszcza w pieniądze i koszule, postanowił powrócić do domu, aby zabrać ze sobą wszystko, co potrzeba. Umyślił, że giermkiem jego zostanie wieśniak z sąsiedniej zagrody, biedak wielki, obarczony dziećmi, ale jakby stworzo­ny na to, aby piastować urząd giermka. Zawrócił tedy z drogi ku swojej wsi, a Rosynant, jakby odgadłszy myśl swego pana, zaczął gnać jak wicher, kopytami ledwie ziemi dotykając. Nie ujechał wiele, aż zdało się rycerzowi, że słyszy jakiś jęk żałosny dobywający się z głębi lasu po prawej stronie drogi.

– Niebu niech będą dzięki – rzecze – że mi tak prędko zsyła sposobność, abym mógł wypełnić obowiązki powołania swego i zebrać owoce moich szlachetnych pragnień. Tym razem są to z pewnością jęki jakiejś istoty w srogiej opresji będącej, która na mą łaskę i pomoc czeka.

I ściągnąwszy wodze, skierował Rosynanta w głąb lasu, skąd zdawało się, że owe głosy dochodziły. Zaraz prawie na skraju boru ujrzał kobyłę uwiązaną do jednego dębu. Obok zaś wyrostek jakiś, może z piętnaście lat liczący i obnażony do pasa, stał silnie przytroczony do drugiego dębu. On to jęczał tak nielitościwie, a miał czego, gdyż jakieś barczyste i wielkie chłopisko okładało go pasem ile wlezie, do każdej plagi taką naganę i radę dodając:

– Trzymaj język za zębami, a oczy szeroko otwieraj!

Na co biedny chłopak odpowiadał:

– Już nigdy tego nie uczynię, klnę się na mękę Pańską, że już nigdy, i przyrzekam wam, panie, że odtąd trzody czujniej pilnować będę!…

Don Kichot widząc, co się dzieje, krzyknął gniewnym głosem:

– Nieobyczajny rycerzu, nie godzi się znęcać nad człowie­kiem, który się bronić nie może, siadaj co rychlej na konia, bierz do ręki kopię (przy dębie, do którego uwiązana była kobyła, stał kij), a pokażę ci, że tylko tchórze tak sobie poczynają.

Wieśniak ujrzawszy, że monstrum jakieś w zbroicę zakute najeżdża nań z impetem i kopią groźnie przed oczami potrząsa, zmartwiał ze strachu i rzekł pokornie:

– Panie rycerzu, ten wyrostek, który słuszną teraz karę ponosi, jest moim pachołkiem. Pilnuje on stada mych owiec, które się pasą w pobliżu, a tak niedbale to czyni, że mu co dzień jednej owcy brakuje. Ponieważ mu ze skóry to niedbal­stwo i figle przepędzam, więc mi w żywe oczy gada, że czynię to przez skąpstwo, aby nie płacić mu zasług, które mu winienem. Ale przysięgam wam, panie rycerzu, na Boga i na swą duszę, że łże jak najęty.

– Łże w mojej obecności, niecny gburze? – wykrzyknął Don Kichot. – Jak Bóg na niebie, tak mnie ręka świerzbi, że cię chyba tą kopią na wylot przedziurawię. Uwolnij natychmiast tego wyrostka z pęt i zapłać, co mu się należy, bez gadania albo, na honor, jeszcze w tej chwili zginiesz.

Wieśniak spuścił głowę i nie rzekłszy ani słówka, odwiązał pastucha od pnia. Don Kichot zapytał, jak długo już pan mu jego zasługi zatrzymuje. Wyrostek odparł, że należy mu się za dziewięć miesięcy, licząc za każdy miesiąc po siedem reali. Don Kichot obliczył, że wynosi to sześćdziesiąt trzy reale, i rozkazał chłopu, aby bez zwłoki z mieszka je wydobył, jeśli mu życie miłe. Chłop, na pół martwy ze strachu, szepnął, że nie chciałby złamać przysięgi w godzinie, gdy tak ciężkie nań przyszły terminy, ale że, jako żywo, tak dużo winien nie jest, ponieważ od obrachunku trzeba jeszcze odliczyć trzy pary butów, które podarował pastuchowi, oraz jednego reala za dwa puszczenia krwi, kiedy był chory.

– Wszystko to dobrze – odparł Don Kichot – ale buty i puszczenie krwi pokwitowane są już tymi plagami, któreś mu bez powodu wymierzył. Jeśli on podarł skórę na butach otrzymanych od ciebie, toś ty mu w zamian dobrze skóry na grzbiecie napsował; a jeśli mu cyrulik krew odciągał, kiedy był chory, to ty znów puściłeś mu krew, kiedy był zdrów. Dla tych racji nic ci już winien nie jest.

– Najgorsza rzecz w tym, panie rycerzu, że pieniędzy przy duszy nie mam, niechże tedy Andrzejek skoczy ze mną do domu, a wypłacę mu wszystko, jak należy, bitymi realami.

– Ja miałbym z nim pójść do domu? – rzekł chłopak. – Tego by jeszcze brakowało! A niechże mnie ręka boska broni! Gdyby mnie w swoje łapy dostał, na pewno by mnie ze skóry obłupił, jak się to zdarzyło ze świętym Bartłomiejem.

– Jako żywo, nie uczyni tego – odparł Don Kichot. – Gdy ja rozkazuję, on słuchać musi, zwłaszcza że przyrzekł mi na swoją cześć rycerską; puszczę go wolno i spokojny będę, że się z długu uiści.

– Zważcie, panie rycerzu – rzekł wyrostek – że mój pan nie jest przecież rycerzem i że na czci rycerskiej całkiem się nie wyznaje. Zwie się Jan Haldudo, bogacz z Kintanaru.

– Nic to nie szkodzi – odparł Don Kichot – gdyż rycerze mogą być i między Haldudosami, a poza tym każdy przecież jest dziecięciem dzieł swoich.

– To prawda – rzekł Andrzej – ale jakichże to dzieł dziecię­ciem jest mój chlebodawca, skoro odmawia mi wypłacenia zasług za serdeczny pot mojej pracy?

– Nie odmawiam ci tego, nie odmawiam, drogi Jędrusiu, uczyń mi tylko tę łaskę i pójdź ze mną, a przysięgam na wszystkie zakony rycerskie, jakie są na ziemi, że ci wszystko wypłacę brzęczącymi realami, i to nawet takimi, co pachnidłem wonieć będą.

– Za woniejące reale dziękuję – odparł Don Kichot. – Zado­wolę się brzęczącymi ze srebra. Bacz jednak, abyś dopełnił tego, coś obiecał, gdyż w przeciwnym razie przysięgami ci słowami tej samej przysięgi, że wrócę, aby cię spotkać i uka­rać jak należy i że cię odnajdę, choćbyś się pod ziemię zapadł. Abyś zaś wiedział, kto co rozkazuje, i abyś się czuł bardziej zobowiązany do dotrzymania tego słowa, wiedz, żem jest waleczny Don Kichot z La Manczy, mściciel krzywd i nie­prawości. Zostań z Bogiem i pamiętaj, coś obiecał i po­przysiągł!

Tak mówiąc, spiął Rosynanta ostrogą i wkrótce znikł z oczu. Wieśniak patrzył za nim długo, a upewniwszy się, że już wyjechał z lasu i że go nie widać, zwrócił się do swego parobka Andrzeja i rzekł:

– Chodź tu, synku, gdyż chcę ci zapłacić, com ci winien, jak ów mściciel krzywd mi rozkazał.

– Przysięgam wam, że dobrze uczynicie – rzekł Andrzej – wypełniając zlecenie tego szlachetnego rycerza, który niechaj tysiąc lat żyje za to, że jest tak waleczny i sprawiedliwy. Jeśli nie zapłacicie, on wnet tu powróci i sprawiedliwości dopełni.

– Ja także przysięgam – rzekł wieśniak – lecz ponieważ dobrze ci życzę, chcę więc wprzód dług zwiększyć, aby zapłata tym sowiciej wypadła.

I mówiąc to, chwycił Andrzeja za ramiona, znów go do dębu przywiązał i tak jął prać bez opamiętania, że go prawie martwym zostawił.

– Wołaj sobie teraz, wołaj zdrów, panie Andrzeju, swego naprawiacza krzywd, a obaczymy, jak tę krzywdę naprawi. Sądzę, że nie będziesz się bardzo kwapił, gdyż widzisz, że mnie chętka bierze, aby cię żywcem ze skóry obłupić, tak jakeś się tego obawiał.

W końcu uwolnił go z pęt i pozwolił pójść szukać tego sędziego, by ów mógł swój wyrok wykonać. Andrzej odszedł wielce na duchu przybity, przysięgając, że odszuka dzielnego rycerza, Don Kichota z La Manczy, i opowie mu dokładnie, co się tutaj stało, a wówczas rycerz rozkaże, aby mu wieśniak sied­miokrotnie zapłacił. Mimo tej nadziei odszedł z płaczem, podczas gdy jego pan śmiał się do rozpuku.

Oto, jak dzielny Don Kichot, bardzo zadowolony z tego, co zaszło, krzywdę tę naprawił.

Zdało mu się, że swoim czynom rycerskim dał szczęśliwy i piękny początek. Niepomiernie z siebie zadowolony jechał traktem ku swojej wsi i mówił półgłosem:

– Możesz się śmiało za najszczęśliwszą poczytywać, pośród wszystkich, które żyją na ziemi, o najpiękniejsza z pięknych Dulcyneo z Toboso, ponieważ przypadło ci w udziale, że sławny i waleczny rycerz, Don Kichot z La Manczy, woli twej i urodzie jest zhołdowany, ów Don Kichot, o którym wszyscy wiedzą, że wczoraj na rycerza pasowany został, dzisiaj zaś naprawił krzywdę najstraszliwszą, przez niespra­wiedliwość i okrucieństwo wyrządzoną. Z rąk niegodziwego oprawcy wydarł bicz, którym znęcano się nad wątłym chłopczyną.

Tak mówiąc, dojechał na rozstaje, gdzie drogi na cztery strony się rozchodziły, i tutaj zaraz przypomniał sobie, że błędni rycerze zawsze na rozstaju dłuższy czas medytowali, którą drogę wybrać. Chcąc przeto pójść za ich przykładem, wstrzymał rumaka i pomyślawszy przez chwilę, puścił wolno cugle Rosynantowi, poddając w ten sposób swoją wolę woli rumaka, który zgodnie ze swym poprzednim zamiarem wybrał drogę wiodącą do stajni.

Ujechawszy coś ze dwie mile, spostrzegł Don Kichot groma­dę ludzi. Byli to, jak się później okazało, kupcy z Toledo jadący po jedwab do Murcji. Było ich sześciu; jechali na koniach, z pięknymi parasolkami w rękach. Poczet sług składał się z czterech pachołków konnych i trzech pieszych przy mułach. Ledwie ich Don Kichot zoczył, zaraz wyobraził sobie, że nadarza się sposobność do nowej przygody; starając się z wszy­stkich sił naśladować czyny, o których czytał w księgach, powziął myśl, że przygoda w tym miejscu wcale by nie była od rzeczy.

Zdecydowany na wszystko, uroczystą przybrawszy postać, osadził się mocniej w strzemionach, tarczę do piersi zbliżył, kopię krzepko w ręku ścisnął i stanął na środku traktu, czeka­jąc, aż się ci błędni rycerze (gdyż za takich ich uważał) przybliżą. Gdy byli już tak blisko, że ich słyszeć i widzieć było można, Don Kichot podniósł głos i zuchwale zawołał:

– Niech mi tu nikt przejeżdżać się nie waży, póki wprzód nie wyzna, że na świecie całym nie masz piękniejszej dziewicy nad królowę La Manczy, nieporównaną Dulcyneę z Toboso!

Na dźwięk tych słów kupcy wstrzymali się, aby przyjrzeć się cudackiej postaci tego, co to wypowiedział. Zarówno z twarzy, jak i ze słów dorozumieli się od razu, że musi być to człowiek niespełna rozumu. Chcieli jednak się dowiedzieć, do czego ma służyć to żądane od nich oświadczenie, przeto jeden z nich, kpiarz wielki i szczwana sztuka, w ten sposób przemówił:

– Panie rycerzu, nie znamy wcale tej damy, o której nam waszmość prawi. Ukażcie nam ją co prędzej, a jeśli jest tak piękna, jak twierdzicie, tedy po dobrej woli i bez nijakiego przymusu przyznamy, że prawda jest w waszych słowach.

– Gdybym wam ją pokazał – przerwał Don Kichot – jakaż by była wasza zasługa w przyznaniu prawdy tak jawnej i oczy­wistej? W tym rzecz, abyście uwierzyli, nie widząc jej, abyście byli gotowi wyznać to, potwierdzić, poprzysiąc i swą wiarę obronić, a jeśli tego nie chcecie uczynić, tedy ze mną sprawę mieć będziecie, ludzie nieobyczajni i pyszni. Chodźcie tu ku mnie w pojedynkę, jak tego obyczaj rycerski wymaga, albo też wszyscy ławą postępujcie, jak to leży w zwyczaju takiej jak wy gawiedzi. Czekam na was tutaj nieustraszenie, pewien, że prawda jest po mojej stronie.

– Panie rycerzu – odparł kupiec – zaklinam cię w imieniu wszystkich tu obecnych książąt, nie domagaj się od nas, abyśmy obciążali sumienia swoje, przyznając, że prawdą jest to, czegośmy ani widzieli, ani słyszeli. Łacno wszak na szwank narazić byśmy mogli księżne i królowe z okolic Alkarii i Estremadury. Racz waszmość pokazać nam konterfekt tej damy, choćby tak mały jak ziarno pszenicy; z tej próbki całą już materię poznamy. Wówczas ze spokojnym sumieniem przy­znamy wszystko, czego od nas żądasz, a ty ukontentowany będziesz. Sądzę też, że już do tego stopnia w tej mierze z tobą zgodni jesteśmy, że choćby nawet konterfekt powiedział nam, że dama ta jednym okiem zezuje, a drugie ma kaprawe, gdyż jej jakaś czerwona ciecz pospołu z siarką z tego oka płynie, jeszcze byśmy ci z duszy i z serca przyznali rację, mówiąc na jej pochwałę wszystko, czego od nas żądasz.

– Nic jej nie ciecze, kanalio bezecna! – wrzasnął Don Kichot wściekłym głosem – nic jej nie ciecze z tego, coś rzekł! Raczej ambra i balsam cudowny z oczu jej płynie, a nie jest zezowata ani garbata, lecz prosta i śmigła jak wrzeciono z Guadarramy. Zapłacicie mi, hultaje, za to, żeście wielką piękność damy mego serca na osławę przy­wiedli!

I nie dokończywszy tych słów, rzucił się z całą natarczywo­ścią i z całą furią, nastawiwszy kopię na tego franta, tak iż zuchwały kupiec pewnie by z życiem z tych opałów nie uszedł, gdyby nie szczęśliwy przypadek, a mianowicie, że Rosynant potknął się i jak długi na środku drogi się wywalił. Rosynant upadł tedy, jako się rzekło, jego pan zaś śmignął przez łeb koniowi i potoczył się daleko na pole. Gramolił się, jak mógł, ale na próżno, przeszkadzała mu bowiem jego kopia, tarcza, ostrogi i szyszak, nie licząc ciężaru starej zbroicy. I podczas gdy robił te próżne wysiłki, nie mogąc nijak na nogi stanąć, krzyczał w stronę kupców:

– Nie uciekajcie, tchórze, nie uciekajcie, podłe ciury, poczekajcie; gdyż nie jest to moja wina, tylko wina konia, że teraz rozciągniony na ziemi leżę.

Jeden z pachołków będących przy mułach, nieodznaczający się wielką cierpliwością, słysząc, że ów człek, który leży na ziemi, miota takie zniewagi, nie mógł się powstrzymać, aby nie wypisać mu stosownej odprawy na skórze. Zbliżywszy się do Don Kichota, schwycił jego kopię i połamawszy ją na kawałki, zaczął naszego rycerza okładać, młócąc go niby snop zboża. Zbroja nic tu nie pomogła. Kupcy krzyczeli, aby się tak nad nim nie znęcał i aby go poniechał, lecz masztalerz, rozjuszony do żywego, nie chciał swej ofiary puścić, póki resztek swego gniewu na niej nie wywrze. Chwytał kolejno odłamki kopii i rozbijał je na drzazgi o plecy nieszczęśnika leżącego na ziemi. Rycerz nasz pod gradem tych kijów spadających na niego ani na chwilę nie zamykał gęby, grożąc niebu i ziemi, i tym łotrzykom, gdyż takimi mu się wydali.

Pachoł zostawił go wreszcie w spokoju i kupcy ruszyli w dalszą drogę, zabierając z sobą ucieszny temat do gadek o tak szpetnie obitym rycerzu.

Don Kichot spostrzegłszy, że jest sam, znów usiłował się podnieść, ale skoro diablo trudno mu to szło, gdy był zdrów i rześki, to cóż dopiero teraz, gdy był tęgo omłócony i na wszystkie boki obity! Mimo to czuł się szczęśliwy, gdyż według jego mniemania podobne nieszczęście zdarzyć się mogło tylko błędnemu rycerzowi. Całą winę zaś przypisywał swemu ko­niowi. Żadną miarą nie mógł się jednak podnieść, tak miał całe ciało umęczone.


Rozdział V

Dalszy ciąg niefortunnej przygody naszego rycerza

Widząc tedy, iż rzeczywiście ruszyć ani ręką, ani nogą nie może, uciekł się Don Kichot do zwykłego sobie lekarstwa, to jest do przywołania na pamięć jakiegoś ustępu z ksiąg, które czytał. Szaleństwo podsunęło mu nieszczęśliwy przypadek Baldwina i markiza Mantui, gdy Karol pierwszego z nich, srodze poranionego, w górach zostawił; historia ta znana dzieciom, młodym ludziom nieobca, wysławiana przez starców, a nie mniej prawdziwa jest niż historia o cudach Mahometa. Otóż wydało mu się, że historia ta ulana jest na kształt jego przygo­dy, zaczął się tedy po ziemi tarzać niby w wielkiej boleści, mówiąc słabiutkim głosem, jako i ów ranny rycerz z lasu:

– Gdzie jesteś, o moja pani,

Czy cię ma boleść nie wzrusza?

Czy nie wiesz, co duszę mą rani,

Czy fałszu jest pełna twa dusza?

Gdy wyrecytował tak całą romancę i doszedł wreszcie do wiersza:

O, ty szlachetny Mantui Markizie,

Potężny panie i wuju mój!

…traf chciał, że właśnie przechodził tamtędy wieśniak i jego sąsiad z tej samej wioski, wioząc do młyna worek żyta. Ujrzaw­szy człowieka rozciągnionego na ziemi, zbliżył się doń i zapytał, kim jest i co mu tak dolega, że w głos żałośnie lamentuje. Don Kichot pomyślał, że na pewno jest to jego wuj, markiz Mantui, nie odpowiedział więc ani słówka, tylko dalej swoją romancę ciągnął, zdając sprawę ze swego nieszczęścia i z miłości syna cesarzowego do żony, w ten sam sposób, jak o tym romanca powiada.

Chłop był zdumiony, słuchając tych bredni, później uniósł mu przyłbicy całkiem popękanej od uderzeń kijem i obtarłszy mu twarz pokrytą kurzem, poznał go dopiero i rzekł:

– Panie Kichana (gdyż tak się zwał, póki mu się rozum nie pomieszał i zanim ze statecznego hidalga przedzierzgnął się w błędnego rycerza), któż to was do tak żałosnego stanu doprowadził?

Ale Don Kichot jako jedyną swoją odpowiedź dalej romancę recytował.

Poczciwina chłop widząc, że z nim do ładu nie dojdzie, zdjął mu kirys i naramienniki, aby wymacać, czy nie ma jakiej ukrytej rany, jednak nie znalazł ani śladu krwi. Udało mu się podźwignąć go z ziemi i z wielkim trudem wsadzić na swego osła, zdało mu się bowiem, że jest to bydlę spo­kojniejsze od Rosynanta. Pozbierał skrzętnie wszystką broń, nawet odłamki kopii, i wszystko to do łęku przytwierdził, później wziął Rosynanta za cugle, osła za uzdeczkę i skierował się w stronę swej wioski, przez cały czas głowiąc się nie­pomiernie nad głupstwami, które plótł Don Kichot. Rycerz nasz, zbity na kwaśne jabłko, ledwo się mógł na ośle utrzymać, a od czasu do czasu tak żałosne wzdychania do nieba posyłał, że wieśniak zapytywał znów, co mu dolega. Zdawać by się mogło, że sam czart nasuwał mu na pamięć opowieści mające niejakie podobieństwo z jego nieszczęśliwym przypadkiem. Poniechawszy Baldwina, uczepił się Maura Abindarraeza, któ­rego pojmał wielkorządca Antekery, Rodrygo de Narvaez, i skutego w dyby jako jeńca do swego zamku przywiódł. A kiedy się go chłop zapytał, jak się teraz czuje i co go boli, odpowiedział mu tymi samymi słowami i wywodami co jeniec Abindarraez do Rodryga de Narvaez – jak o tym czytał w romansie Diana, napisanym przez Jerzego de Montemayora. Wątek tej opowieści tak kształtownie podkładał pod swój obecny stan, że chłop, słysząc mnóstwo tych bzdur, klął na czym świat stoi. Poznawszy, że jego sąsiad jest nie bardzo zdrów na umyśle, pospieszał, jak mógł, aby jak naj­prędzej przybyć do domu i uniknąć nudy wiejącej z długich oracji Don Kichota. Rycerz nasz przy końcu rzekł:

– Wiedzcie, dostojny panie Rodrygu de Narvaez, że ową piękną Charifą, o której wam mówiłem, jest teraz piękna Dulcynea z Toboso. Dla niej to dokonałem, dokonywam i dokonywać będę najbardziej sławnych czynów rycerskich, jakie kiedykolwiek świat widział, widzi i widzieć będzie.

Na to chłop odparł:

– Zważcie dobrze, panie, że ja, grzesznik niegodny, nie jestem wcale Rodrygiem de Narvaez ani markizem Mantui, tylko Piotrem Alonso, waszym sąsiadem o miedzę, wy zaś, panie, nie jesteście Baldwinem ani Abindarraezem, lecz czci­godnym szlachcicem, panem Kichana.

– Sam wiem dobrze, kim jestem – odparł Don Kichot – a mogę być nie tylko jednym z tych rycerzy, o których wspomniałem, lecz także znaczyć więcej niż dwunastu parów Francji i dziewięciu walecznych, gdyż to, czego każdy z nich w pojedynkę dokonał i czego wszyscy razem dokonali, nie może iść w porównanie z wielkimi, nawet poszczególnymi moimi czynami.

Taką bawiąc się rozmową, dotarli wreszcie do swojej wioski, kiedy już zmrok poczynał zapadać. Jednak chłop wolał po­czekać trochę, aż się zupełnie ściemni, nie chciał bowiem wystawiać na pośmiewisko tego biednego, szpetnie obitego hidalga.

Gdy więc już nastała sposobna godzina, udał się z Don Kichotem do wsi i podjechał pod jego dom, który pełen był zamieszania; proboszcz i balwierz miejscowy, wielcy przyjaciele Don Kichota, bawili tam właśnie.

Gospodyni mówiła do nich gromkim głosem:

– Jakże się wam zdaje, dobrodzieju Pedro Perez (tak się zwał ksiądz), co się stać mogło z moim panem? Od sześciu dni jak kamień w wodę on, jego rumak, kopia, tarcza i zbroja! O, ja nieszczęśliwa! Mówię wam, że jak prawdą jest, że się urodziłam na to, żeby umrzeć, to z pewnością rozum mu odjęły te przeklęte księgi rycerskie, które miał zwyczaj czytywać tak często. Teraz przypominam sobie, że słyszałam, jak nie­jednokrotnie mówił do samego siebie, że chciałby stać się błędnym rycerzem i wyruszyć w świat na spotkanie przygód. A bodajby wam czart świecił, bodajby was kaduk porwał za to, żeście popsowały i zgubiły najsubtelniejszy w całej La Manczy rozum!

Siostrzenica nie pozostała w tyle, dodając od siebie:

– Wiedzcie, mistrzu Mikołaju (gdyż tak się zwał balwierz), że często się zdarzało, iż mój wuj czytał z tych przeklętych ksiąg przez dwa dni i dwie noce bez przerwy, w końcu zaś, grzmotnąwszy księgą o ziemię, chwytał za rękojeść miecza, by szermować nim zapamiętale i rąbać po wszystkich ścianach. A gdy się już zmęczył okrutnie, mówił, że zabił czterech olbrzymów tak wielkich jak cztery wieże i że pot, który mu strumieniem po czole spływał z powodu tej fatygi, jest krwią z ran w tej rozprawie odniesionych. Później wypijał wielki dzban zimnej wody (co go zaraz uzdrawiało i uspokajało), mówiąc, iż ta woda jest bardzo cennym nektarem, który przysłał mu w podarunku wielki mędrzec i czarnoksiężnik Eskife. Całą winę ja tutaj ponoszę, gdyż nie ostrzegłam was w porę o szaleństwie wuja, abyście mogli byli znaleźć jakiś stosowny środek, dopóki jeszcze całkiem nie oszalał, i abyście spalili wszystkie te potępione księgi, które podobnie jak kacerze na stos zasługują.

– Otóż i ja tak mniemam – rzekł ksiądz – i dalibóg, zanim dzień jutrzejszy upłynie, trzeba te księgi na stos skazać, aby kogoś, kto je czytać będzie, nie przywiodły do zguby, jak się to stało z moim dobrym przyjacielem.

Wieśniak i Don Kichot wszystko to słyszeli; chłop poznał wówczas przyczynę choroby swego sąsiada, który teraz jął mówić donośnym głosem:

– Otwórzcie, panowie, otwórzcie jego miłości, panu Baldwinowi, srodze poranionemu, panu markizowi Mantui i panu Maurowi Abindarraezowi, którego waleczny Rodrygo Nar­vaez, wielkorządca Antekery, jako jeńca tutaj prowadzi.

Na ów krzyk wszyscy wybiegli przed dom, a gdy ksiądz i balwierz poznali swego przyjaciela, siostrzenica swego wuja, a gospodyni swego pana, ten jeszcze nie zsiadł z osła, ponieważ zsiąść nie mógł; rzucili się więc ku niemu, chcąc go powitać, on zaś rzekł:

– Wstrzymajcie się, ciężko jestem poraniony. Wina w tym mego konia. Niech mnie zaniosą do łożnicy i zawołają, jeśli to tylko jest możliwe, czarodziejkę Urgandę, aby mnie opatrzyła i miała staranie o moje rany.

– Masz diable kaftan! – wrzasnęła gospodyni. – Czy mi serce nie mówiło, na którą to nogę mój pan chroma? Na miłosierdzie boskie, zaklinam was, panie, pójdźcie do domu, a opatrzymy wasze rany i bez pomocy tej Urgandy. A bodaj was siarczyste pioruny, wy przeklęte księgi rycerskie, coście mego pana tak urządziły!

Zanieśli go natychmiast do łóżka, a potem szukali ran na ciele, ale ani jednej znaleźć nie mogli. Don Kichot rzekł im, iż jest tylko srodze potłuczony, jako że wraz z koniem na ziemię się obalił, gdy się potykał z dziesięcioma olbrzymami, najzuch­walszymi i największymi, jacy tylko są na ziemi.

– Ta, ta, ta – rzekł proboszcz – olbrzymy się po wsi włóczą, lecz na ów święty krzyż, który tu wisi, przysięgam, że jutro, zanim noc zapadnie, wszystkich co do jednego wytracę!

Tysiące pytań zadawali jeszcze Don Kichotowi, ale na wszystko odpowiadał tylko, żeby mu dali jeść i pozwolili się wyspać, gdyż tego mu przede wszystkim potrzeba. Tak też uczynili; ksiądz wypytywał długo wieśniaka, w jaki sposób go znalazł. Chłop opowiedział o wszystkim, powtarzając owe brednie, które nasz rycerz plótł, gdy go prowadził do domu. Proboszcz, wysłuchawszy tej opowieści, zapłonął jeszcze większą chęcią, aby uczynić to, co jutro uczynić zamierzał. Wezwał tedy swego przyjaciela, balwierza Mikołaja, na następny dzień do mieszkania Don Kichota.


Rozdział VI

O słusznym i surowym śledztwie, jakie przeprowadzili pleban z cyrulikiem w bibliotece naszego hidalga

Don Kichot ciągle jeszcze spał, gdy proboszcz poprosił siostrzenicę o klucz od tego pokoju, gdzie mieściły się księgi, sprawczynie nieszczęścia. Siostrzenica dała mu klucz z całego serca.

Weszli wszyscy do komnaty razem z gospodynią i znaleźli z górą sto wielkich woluminów pięknie oprawnych, a prócz tego dużo mniejszych tomów. Gospodyni, ujrzawszy je, z wiel­kim pośpiechem wyszła z izby, a po chwili wróciła, niosąc czareczkę wody święconej i kropidło.

– Macie, dobrodzieju licencjacie, macie, pokropcie co tchu tę izbę, żeby któryś z czarnoksiężników siedzących w tych księgach nie zaczarował nas przypadkiem za to, że chcemy ich zgładzić ze świata.

Proboszcz roześmiał się z tej prostoduszności i kazał ba­lwierzowi podawać sobie po kolei księgę za księgą, aby do­wiedzieć się, o jakiej materii traktują, ponieważ zdarzyć się też mogło, że niektóre z nich nie zasługiwały na karę ognia.

– Nie, nie, ani jednej nie darować – rzekła siostrzenica – gdyż one wszystkie do kupy wzięte sprawiły to nieszczęście. Najlepiej będzie wyrzucić je przez okno na dwór, jedne na drugie ułożyć i podpalić albo też zanieść na podwórze i tam stos uczynić, aby dymu i swędu w domu czuć nie było.

Gospodyni przyklasnęła tym słowom – taką bowiem obie pałały żądzą, aby uśmiercić niewiniątka, ale proboszcz nie przystał na to, chciał najpierw przynajmniej z tytułami się zapoznać. Pierwszą księgą, którą mu mistrz Mikołaj podał, był Amadis z Walii.

Proboszcz rzekł:

– Coś dziwnego się w tym kryje, ponieważ zgodnie ze słuchami, które mnie doszły, jest to pierwsza księga rycerska, jaka w Hiszpanii w druku się pojawiła i z której wszystkie inne swój początek wzięły. Jednak zdaje mi się, że, jako preceptora tej szkodliwej sekty, bez żadnych skrupułów na spalenie skazać ją powinniśmy.

– Nie zgadzam się z dobrodziejem – wtrącił balwierz – gdyż nieraz słyszałem, że jest to z ksiąg tego rodzaju dzieło najprzedniejsze i jedyne; trzeba mu więc, jako takiemu, łaskę okazać.

– To prawda – odparł proboszcz – i dla tych racji darujemy jej tymczasem życie. Zobaczmy, co tam obok leży!

– Są to – rzekł balwierz – Przewagi mężnego Esplandiana, rodzonego syna Amadisa z Walii.

- Prawdę rzekłszy, szlachetność ojca wcale na syna nie przeszła – rzekł proboszcz. – Otwórzcie okno, gospodyni, i wyrzućcie go na podwórze, niechaj da początek podwalinie pod stos, który rozpalić należy. – Gospodyni nie trzeba było tego dwa razy powtarzać i poczciwy Esplandian wyleciał na podwórze, aby tam czekać cierpliwie na spalenie.

– Idźmy dalej – rzekł proboszcz.

– Nadciąga teraz – rzekł balwierz – Amadis z Grecji, a wszyscy ci, których ma przy swoim boku, są, jak mniemam, jego familiantami.

– Niechże idą tedy na dziedziniec – przerwał proboszcz. – Spalić królową Pintikiniestrę i pasterza Daniela z jego sielankami, razem z diabelskimi, zawiłymi wywodami jego autora; rodzonego ojca, który mnie spłodził, oddałbym na pastwę płomieni, gdyby mi się zjawił pod postacią błędnego rycerza.

– I ja tak mniemam – rzekł cyrulik.

– I ja także, ja także – dodała siostrzenica.

– A więc – rzekła gospodyni – dajcie mi je i niech lecą na dziedziniec. – Podano jej cały stos książek, a ona, by oszczędzić sobie chodzenia po schodach, jednym zamachem wyrzuciła je przez okno.

– A ten kaducznie wielki foliał? – zapytał proboszcz.

– To – odparł balwierz – Don Olivante de Laura.

– Autor tej książki – rzekł proboszcz – to ten sam, co napisał także Ogród kwiatów, i prawdziwie nie mógłbym tego rozstrzygnąć, która z tych historii jest bardziej praw­dziwa albo mówiąc lepiej – mniej kłamliwa. Wiem tylko, że – jako pełne bredni i obłędnych uroszczeń – muszą iść na dziedziniec.

– Przybywa do nas Feliksmart z Hirkanii – rzekł balwierz.

– A więc i mospan Feliksmart jest tutaj? Mimo swych przygód fantastycznych i znacznego urodzenia odbędzie, da­libóg, tę samą drogę. Suchość i niepolerowność stylu na nic innego nie zasługuje. Wyrzućcie ich obu przez okno, ochmistrzyni!

– Och, dobrze, dobrze, dobrodzieju – rzekła, wykonując z wielką radością zlecenie księdza.

– A oto i Rycerz Platir – rzekł balwierz.

– To stary szpargał – zauważył ksiądz – i nie ma w nim nic, co by mu naszą łaskę zapewnić mogło. Niechże tamtym towarzyszy i to zaraz, bez zwłoki i bez żadnych replik.

I tak uczyniono.

Otworzyli nową księgę i przeczytali tytuł: Rycerz Krzyża.

– Dla tego świętego imienia – rzekł pleban – można by nawet niejedno głupstwo darować, gdyby nie to, że jak mówi przysłowie, diabeł często za krzyżem siada. Niech idzie w ogień!

Balwierz, biorąc nową księgę, rzekł:

– Oto Zwierciadło ry­cerstwa.

– Mam honor znać je – powiedział proboszcz. – Spotykamy tam pana Rinalda z Montalbanu wraz z jego przyjaciółmi i konfidentami, łotrzykami gorszymi niż Kakus, a także dwu­nastu parów Francji z ich prawdomównym historykiem, Turpinem. Rad bym ich skazać tylko na wieczną banicję, ponieważ sławny Mateusz Boyardo zaszczycił ich swoją inwencją i na­tchnieniem; stąd też chrześcijański poeta, Ariosto, wziął swój wątek. Jeśli go tutaj zdybię, a ujrzę, że nie swoim rodzimym językiem gada, nie będę żywił dla niego żadnego respektu. Jeśli jednak mówi po włosku, tedy go wdzięcznym sercem powitam.

– Mam jego księgi po włosku, ale ich ani trochę nie rozu­miem – rzekł balwierz.

– Nie byłoby wcale dobrze, gdybyście go zrozumieli – od­parł pleban – a i pan kapitan lepiej by uczynił, gdyby go do Hiszpanii nie sprowadzał i na Kastylijczyka nie przemieniał, siła mu bowiem odjął przyrodzonego wdzięku. Tak zawsze się zdarza, gdy ktoś przedsiębierze przemieniać w obcy ubiór księgę wierszem pisaną, gdyż choćby i starania nie żałował i we wszystkim zręczny był, nigdy już nad przyrodzoną ich piękność się nie wysadzi. Mówię, że istotnie księgę tę, jako też i inne o sprawach Francji traktujące trzeba na bok odłożyć, aby po dojrzalszym namyśle postanowić, co z nimi należy uczynić, wyjąwszy Bernarda del Carpio, który się tutaj wałęsa, i inną, mianowicie Roncesvalles. Te gdy tylko mi w ręce wpadną, zaraz do rąk gospodyni przejdą, a stamtąd w ogień, w ogień bez pardonu pójdą!

Cyrulik na wszystko się zgadzał i słowom księdza przytaki­wał, wiedząc, że proboszcz jest prawym chrześcijaninem i takim prawdy miłośnikiem, że za żadne skarby świata w niczym by jej nie uchybił. Otworzył jeszcze dwie księgi i ujrzał, że są to: Palmerin z Oliwy wraz z Palmerinem z Anglii.

– Niech ta Oliwa jasnym płomieniem strzeli – rzekł pro­boszcz – i tak się spali, aby tylko popiół pozostał. Tę zaś palmę z Anglii trzeba zachować, strzec pilnie jak oka w głowie i sporządzić jej skrzynię ozdobną, na kształt tej, którą Aleksan­der przy Dariuszu znalazł i w której dzieła poety Homera chronił. Książka ta, mój kumie, specjalnymi naszymi wzglę­dami cieszyć się winna: raz, że przewyborne smaki ma w sobie, a po wtóre, że jak chodzą słuchy, napisał ją mądry król Portugalii. Wszystkie przygody w zamku Miraguardzie pięknie i z wielkim kunsztem są przedstawione, a wywody tak wdzięcz­ne i jasne, jak przystało na tego, kto z bystrym dowcipem a umiarem rzecz swą prowadzi.

Myślę więc (chyba że wy innego zdania będziecie, mistrzu Mikołaju), że ów Palmerin z Anglii, jako i Amidis z Walii wyjęci będą spod kary ognia, wszystkie zaś inne księgi, bez różnicy i bez zbytniego spraw ich roztrząsania, na stos skazane zostaną.

– Nie, nie, kumie – odparł balwierz – gdyż oto tutaj jeszcze trzymam wielce znakomitego Don Belianisa.

– Temu znów zdałoby się dać trochę rumbarbarum, aby go przeczyściło i zbytek odciągnęło, zwłaszcza w drugiej, trzeciej i czwartej części dzieła, także odebrać mu należy historię o Zamku Sławy i inne banialuki największego kalibru. Damy mu czas do sześciu miesięcy, jeśli się poprawi, to mu pofol­gujemy, jeśli zaś nie, postąpimy z nim tak, jak tego sprawied­liwość wymaga. Tymczasem weźcie go, kumie, do swego domu, lecz nikomu czytać nie pozwalajcie.

– Moja w tym głowa – odparł cyrulik; i nie chcąc się już męczyć przeglądaniem ksiąg rycerskich, kazał gospodyni ze­brać wielkie wolumina i jednym zamachem na podwórze wy­rzucić.

Nie mówił tego do głupiej ani do głuchej. Gospodyni miała większą chęć palić, niż cienką osnowę na krosienka nakładać. Zagarnąwszy osiem foliałów, chciała je ze srogim impetem przez okno machnąć. Nie mogła jednak wszystkich w ręku utrzymać i jeden wolumen padł pod nogi cyrulika, który schyliwszy się, przeczytał: Historia sławnego rycerza, Tiranta Białego.

– Na mą duszę! – zawołał proboszcz gromkim głosem. – Macie tam Tiranta Białego? Dajcież mi go, kumie, przypomi­nam sobie, że kiedyś przyjemnie z nim czas spędzałem, znaj­dując w tej księdze niejeden skarb szczery.

– Oto Don Kirieelejson z Montalbami, waleczny rycerz, jego brat, Tomasz z Montalbanu z rycerzem Fonsekiem, oto rozprawa nieustraszonego Tiranta z brytanem, a oprócz tego wykwintność i subtelność panny Rozkosznisi, romanse i intrygi miłosne wdowy Przytulnickiej oraz strzeliste afekty cesarzowej do giermka Hipolita. Mówię wam, kumie, że dla swego stylu jest to najlepsza książka na świecie. Tutaj rycerze jedzą, śpią, umierają w swoich łożnicach, przed śmiercią piszą testament i moc owych pospolitych a prostych rzeczy czynią, o których w innych księgach nie ma ani słowa. Mówię wam jednak, że tego, który tę księgę ułożył, posłałbym na galery na resztę dni jego żywota, aby tylu głupstw z umysłu nie wyrabiał. Zanieście, kumie, tę księgę do domu, przeczytajcie ją, a zobaczycie, że prawdą jest wszystko, co rzekłem.

– Uczynię tak, lecz co poczniemy z tym drobnym hultajstwem?

– Te książki – rzekł proboszcz – nie o rycerstwie, lecz o poezji traktują.

Otworzywszy pierwszą, ujrzał, iż była to Diana Jerzego de Montemayora, i rzekł, myśląc, że wszystkie pod jednaką regułkę podciągnąć można:

– Te nie zasługują na stos jak tamte, ponieważ nie przy­czyniają ani nie będą przyczyniać tej szkody co księgi rycerskie. Są to płody bystrego rozumu, które nie narażą czytelników na szwank.

– Ach, dobrodzieju – rzekła siostrzenica – spalcie wszy­stkie bez różnicy, tak te, jak i tamte, gdyż znów z tego bieda urośnie. Jeśli mój pan wuj, wylizawszy się z choroby rycerstwa, pocznie je wertować, znów gotów zapragnąć stać się pasterzem i grając a śpiewając wdzięcznie, na łąki i w lasy wyruszyć albo – co jest znacznie gorsze – prze­dzierzgnąć się w poetę, gdyż, jak mówią, pisanie wierszy jest chorobą zaraźliwą, na którą nie ma stosownego le­karstwa.

– Ma rację dziewczyna – rzekł ksiądz – trzeba naszemu przyjacielowi usunąć to niebezpieczeństwo. A ponieważ zaczęliśmy od Diany de Montemayora, tedy radzę, aby jej nie palić, tylko pozbawić ją tych kart, gdzie się mówi o mądrej Felicji, o zaczarowanej wodzie, jak również odebrać jej wszyst­kie górne wiersze. Niech się kontentuje samą prozą oraz zaszczytem, że jest pierwsza wśród ksiąg tego rodzaju.

– Teraz – rzekł balwierz – przychodzi kolej na Dianę zwaną Dianą wtórą, napisaną przez Salamańczyka, i na inną jeszcze, tego samego imienia, której autorem jest Gil Polo.

– Niechaj to dzieło Salamańczyka – rzekł pleban – powięk­szy poczet skazańców na podwórzu, a tego Gil Pola miejcie na pieczy, jakby była napisana przez samego Apolla.

– Idźmy dalej, kumie, i pospieszajmy nieco, gdyż robi się późna pora.

– Ta książka – rzekł balwierz, otwierając następną – to Dziesięć ksiąg fortuny miłości, ułożone przez Antoniego de Lofraso, poetę z Sardynii.

– Według tego, com słyszał – rzekł pleban – to odkąd Apollo jest Apollem, muzy muzami, a poeci poetami, nie było księgi tak dowcipnej i dziwacznej, która dla wątku, co się w niej subtelnie rozwija, pierwszą jest wśród ksiąg podobnych, co światło dnia ujrzały; a ten, kto jej nie czytał, snadnie powiedzieć może, że nie czytał nigdy nic dobrego. Daj mi ją tu, kumie, gdyż bardziej z tego rad jestem, że ją znalazłem, niż gdyby mi ktoś podarował sutannę z florenckiej wełny.

Odłożył ją na bok z wielkim ukontentowaniem, balwierz zaś ciągnął dalej:

– Teraz będziemy mieli sprawę z Pasterzem iberyjskim, Nim­fami z Henares i Medykamentami zazdrości…

– Nic innego z nimi uczynić nie można, tylko powierzyć je świeckiemu ramieniu gospodyni, a nie pytajcie się o moje racje, gdyż nigdy byśmy do kresu nie doszli.

– Otóż i Pasterz Fildy - rzekł balwierz.

– Nie jest to pasterz – rzekł ksiądz – tylko bardzo zręczny dworzanin. Czuwajcie nad nim jak nad drogocennym klejnotem.

– Ten gruby wolumen zwie się Skarbcem różnych poezji.

– Gdyby nie było takiego mnóstwa wierszy na świecie, nierównie większym poważaniem by się cieszyły. Trzeba z tej księgi wytrzebić różne plugastwa, które się kryją między jej górnymi kartami. Strzeżcie jej, albowiem jej autor do moich przyjaciół się liczy.

– Teraz mam w ręku Kancjonarz Lopeza Maldonada – rzekł balwierz.

– I ów autor jest moim przyjacielem. Wiersze te w jego ustach brzmią lubo i wdzięcznie, a głos ma taki foremny, że gdy śpiewa, wszystkich wokół czaruje. Zbytnio się czasem w swych sielankach rozwodzi, lecz tego, co dobre, nigdy nie jest za wiele. Niechajże się do wybrańców liczy. Lecz cóż to za księgę macie przed sobą?…

– To Galatea Miguela de Cervantesa – rzekł balwierz.

– Już od dawna jest ten Cervantes moim przyjacielem. Człowiek to bardziej doświadczony w nieszczęściach niż w składaniu wierszy. Nie brak tej księdze pewnej inwencji. Autor coś obiecuje, ale niczego nie kończy. Trzeba nam po­czekać, aż się ukaże część druga, którą przyrzeka napisać. Może poprawiwszy się, zasłuży sobie na pobłażliwość, której teraz odmówić mu wypada. Zanim się to okaże, trzymajcie ją pod kluczem, kumie!

– Dobrze – odparł balwierz – a oto trzy księgi nierozłączne: Araukana don Alonsa z Hercylii, Austriada Jana Rufa, ławnika z Kordoby, i Montserrat Krzysztofa Vireusa, poety walenckiego.

– Te trzy księgi zawierają najlepsze wiersze bohaterskie, w języku kastylijskim napisane, które śmiało można porów­nywać z najznakomitszymi wierszami Italii. Chrońcie je jako bogatą rękojmię hiszpańskiej poezji.

Ksiądz, zmęczony okrutnie przeglądaniem tylu ksiąg, chciał resztę ich na pastwę płomieni oddać, ale balwierz trzymał już w ręku otwartą księgę, zwaną Łzami Angeliki.

– Bardzo bym sobie krzywdował – rzekł ksiądz, usłyszawszy tytuł – gdybym taką książkę spalić kazał. Jej autor był jednym z największych poetów nie tylko Hiszpanii, ale całego świata, i okazał się najszczęśliwszy w tłumaczeniu kilku bajek Owi­diusza.


Rozdział VII

O drugiej wyprawie naszego zacnego rycerza
Don Kichota z La Manczy

Kiedy tak rozprawiali, nagle Don Kichot począł krzyczeć gromkim głosem:

– Bywajcie tu, bywajcie, waleczni rycerze, ukażcie dzielność swych ramion, gdyż dworacy biorą przewagę w turnieju!

Na ten krzyk wszyscy pobiegli, poniechawszy już dalszego badania książek, tak iż wydaje się, że nie wysłuchane ani widziane, na pastwę płomieni oddane zostały: Karolea, Lew Hiszpanii wraz ze Sławnymi czynami cesarza, ułożonymi przez Don Ludwika z Awili.

Zasługiwały na to, aby je oszczędzić, i pewnie uniknęłyby srogiego wyroku, gdyby je pleban zobaczył.

Wszedłszy do pokoju Don Kichota, ujrzeli, że podniósł się ze swego łoża, wrzeszcząc i brnąc dalej w obłędne myśli. Walił na odlew i sztychem, uderzał po wszystkich ścianach, tak na dobre rozbudzony, jakby nigdy nie spał. Wzięli go pod ramiona, gwałtem zawlekli do łoża, a gdy się już trochę uspokoił, rzekł do proboszcza w taki sposób:

– Na honor, arcybiskupie Turpinie, wielki to despekt dla nas, dwunastu parów Francji, że niegodnie ustąpiwszy z pola, pozwoliliśmy odnieść zwycięstwo w turnieju rycerzom-dworakom, chociaż przez trzy dni, my, rycerze błędni, prym tam dzierżyliśmy, nagrody odnosząc.

– Cierpliwości, drogi kumie – rzekł proboszcz – jeśli Bóg zechce, fortuna się odwróci. Co dziś się traci, jutro się znajduje. Teraz tylko miejcie pieczę o swoje zdrowie, gdyż jak mi się zdaje, musicie być okrutnie zmęczeni, jeżeli nie ranni.

– Raniony nie jestem – odparł Don Kichot – a tylko dotkliwie porażony i obity, i nawet w tym sporu trzymać nie będę. Ów przeklęty bękart Don Roland usadził się na mnie, tłukąc mnie po grzbiecie pniem dębowym, a wszystko to z brzydkiej zawiści, gdyż wie, że tylko ja jego chełpliwości na wstręcie stawam. Nie byłbym jednak Rinaldem z Montalbanu, gdybym dźwignąwszy się z łożnicy, nie odpłacił mu z nawiązką, mimo wszelkich jego czarodziejskich sztuczek. A teraz dajcie mi się posilić, gdyż wcale to nie będzie od rzeczy, a myśl o zemście mnie już pozostawcie.

Spełnili jego życzenie i dali mu jeść; później sen go znów zmorzył, a oni zdumiewali się tak niesłychanemu szaleństwu. Tejże nocy gospodyni, zgarnąwszy wszystkie księgi, które leżały na podwórzu, spaliła je. Musiały też i takie spłonąć, które zasługiwały na przechowanie ich w wiecznotrwałych archi­wach. Nie miały szczęścia, a lenistwo egzaminatora okazało się dla nich zgubne. Sprawdziło się tedy przysłowie, że sprawied­liwi często cierpią za grzeszników.

Proboszcz i cyrulik uradzili, że najskuteczniejszym lekar­stwem na chorobę przyjaciela będzie zamurować drzwi do biblioteki, tak aby ich nie mógł odnaleźć, kiedy się z łoża dźwignie. Sądzili, że gdy przyczyna zniknie, skutki też bruździć przestaną. Jemu zaś rzekną, że czarnoksiężnik porwał książki, zniszczywszy komnatę i wszystko. Tak też uczynili.

Po dwóch dniach Don Kichot wstał z łoża i zaraz pierwszą jego myślą było, aby swoje księgi odwiedzić; nie mogąc żadną miarą znaleźć komnaty, w której je zostawił, szukał jej na prawo i lewo. Kręcił się w miejscu, gdzie dawniej były drzwi, macał rękoma po ścianach, bacznie na wszystkie strony śledził oczami, ani pary z gęby nie puszczając. Gdy już sporo czasu upłynęło, zapytał gospodyni, po której stronie domostwa znaj­dowałaby się izba z książkami. Gospodyni, wiedząc już, jaką ma dać odpowiedź, rzekła:

– Jakiej to izby szukacie? Nie ma już dawnej komnaty ani ksiąg w tym domu, gdyż czart wszystko porwał.

– Oj, nie czart to – przerwała siostrzenica – ale czarnoksięż­nik, który pewnego wieczoru na obłoku tu przybył rychło po wuja wyjeździe i zsiadłszy ze swego smoka, wkroczył do pokoju. Nie wiem, co się tam w środku działo! Zabawiwszy czas pewien, przez dach czmychnął, zostawiając po sobie pełno dymu w całym domu. Gdyśmy zdobyły się na odwagę, aby pójść i zobaczyć, co tam uczynił, nie było już ani ksiąg, ani pokoju. To sobie tylko dobrze – zarówno ja, jak i gospodyni – przypominamy, że ów sprośny staruch, uciekając, rzekł z fukiem, że mając ukryty gniew do pana tych ksiąg i tej komnaty, przysporzył domostwu szkody, którą później na własne oczy zobaczymy. Czarnoksiężnik ów rzekł także, że się zwie: męd­rzec Muniaton.

– Musiał rzec: Freston – rzekł Don Kichot.

– Nie wiem – odparła gospodyni – czy się zwał Freston, czy Friton, to mi tylko w pamięci utkwiło, że jego imię kończyło się na „ton”.

– Musi tak być na pewno – rzekł Don Kichot – gdyż ów Freston jest mędrcem-czarnoksiężnikiem, moim wielkim nieprzyjacielem. Zagiął ci on na mnie parol, ponieważ wie dzięki swej wiedzy a sztuce, że przyjdzie dzień, gdy bitwę w szrankach stoczę z pewnym rycerzem. Nie skąpi on mu swoich łask, ale i to wie, że nie będzie mógł zapobiec memu nad swym ulubieńcem zwycięstwu. Z tej racji czyni mi wszystkie wstręty, jakie tylko może uczynić. Ostrzegam go jednak, że wszystkie jego wysiłki spełzną na niczym, gdyż nie będzie mógł odwrócić wyroków niebieskich.

– Któż by o tym wątpił, mój wuju? – rzekła siostrzenica. – Lecz zważcie dobrze, co was ku temu pobudza, abyście się w te zwady i burdy mieszali. Czyż nie lepiej w domu siedzieć spokojnie, niż wałęsać się po świecie i szukać lepszego chleba niż chleb pszenny? Są przecież tacy, co to idą w świat wełny szukać, a wracają częstokroć postrzyżeni.

– O miła siostrzenico, ani trochę nie znasz się na tej materii! Zanimby mnie postrzygli, oskubałbym brodę tym wszystkim, którzy by mi włosek na głowie tknąć śmieli!

Gospodyni i siostrzenica nie odpowiedziały już ani słówka, aby bardziej gniewu w nim nie rozpalać.

Przez piętnaście dni pozostawał w domu spokojniuchny jak trusia, nie dając nikomu znaku, że szaleństwo swoje jeszcze raz powtórzyć pragnie. W tym czasie prowadził bardzo grzeczne rozmowy ze swymi kumami, proboszczem i cyrulikiem, twier­dząc, że najpotrzebniejszą rzeczą na świecie jest zakon rycer­stwa błędnego i że owo rycerstwo w nim teraz święci swe odrodzenie. Proboszcz czasem mu przeczył, czasem zaś udawał, że się przychyla do jego zdania, gdyby bowiem takiego wybiegu nie użył, żadną miarą nie doszedłby z nim do ładu.

Don Kichot, przebywając w domu, jednał sobie skrycie pewnego kmiotka, swego sąsiada, człowieka szlachetnego (gdyż taką nazwę można dać i biednemu), ale któremu także brakowało oleju w głowie.

Mówiąc pokrótce, tak szeroko się rozwodził, tak go za­chęcał, łudził i tyle mu obiecywał, że biedny kmiotek zgodził się pójść z nim w świat jako giermek. Don Kichot radził mu, aby doń z dobrej, nieprzymuszonej woli przystał, gdyż niejedna taka przygoda się zdarzy, że nawet ręką nie machnąwszy, zdobędzie wyspę, której wielkorządcą go uczyni. Poszedłszy na lep takich i tym podobnych obietnic, Sanczo Pansa (gdyż tak się ów wieśniak nazywał) opuścił żonę i dzieci i przystał na giermka do swego sąsiada. Don Kichot zabrał się do zdobywa­nia pieniędzy i sprzedawszy jeden dom, a drugi puściwszy w arendę za śmieszną sumę, zebrał trochę reali. Od jednego z przyjaciół pożyczył wielką tarczę i naprawiwszy, jak mógł najlepiej, połamaną przyłbicę, zawiadomił giermka o dniu i godzinie wyruszenia w drogę, polecając mu pilnie, aby zaopa­trzył się we wszystko, co mu może być potrzebne. Nade wszystko zaś kazał mu pamiętać o sakwach. Sanczo rzekł mu, że już je ma, a ponadto chce wziąć w drogę swego pięknego osła, gdyż nie przywykł chodzić długo piechotą.

Usłyszawszy o ośle, Don Kichot zastanowił się. Głowił się nad tym, czy kiedykolwiek jakiś rycerz błędny miał giermka siedzącego na ośle, ale wywietrzało mu to całkiem z pamięci.

Mimo to wyraził swą zgodę, myśląc, że gdy tylko okazja się nadarzy, podaruje Sanczowi bardziej zacnego wierzchowca, zdobytego jako łup na pierwszym lepszym rycerzu.

Zatroskał się także o koszule i inne rzeczy, stosując się do rad, których mu oberżysta udzielił.

Gdy już wszystko zostało omówione – Don Kichot nie żegnając się z siostrzenicą i gospodynią, zaś Sanczo Pansa z żoną i dziećmi – wyjechali pewnej nocy ze wsi niepostrzeżenie i puściwszy się w cwał, jechali i jechali bez opamiętania, tak iż gdy dzień nastał, byli już spokojni, bo choćby ich nie wiem jak szukano, przecieżby nie znaleziono.

Sanczo Pansa z sakwami i flaszką siedział na swym ośle niby jakiś patriarcha i mało ze skóry nie wyskoczył, chcąc co rychlej zobaczyć się wielkorządcą wyspy, którą mu Don Kichot przyrzekł. Rycerz nasz obrał tę samą drogę co poprzednim razem, wiodącą przez równiny Montielu. Teraz wydała mu się nie tak uciążliwa, ponieważ był to ranek, a promienie słońca, padając z ukosa, dokuczały mniej okrutnie.

Gdy tak jechali, Sanczo Pansa rzekł do swego pana:

– Pamiętajcie, dostojny panie błędny rycerzu, o swej obiet­nicy tyczącej się wyspy. Będę nią umiał rządzić, choćby nawet była największa.

Don Kichot odparł:

– Masz wiedzieć, przyjacielu Sanczo, że leży to w powszech­nym u rycerzy błędnych zwyczaju, że swych giermków czynią wielkorządcami wysp lub też namiestnikami królestw zdoby­tych, a ja nie tylko myślę ten chwalebny obyczaj zachować, ale szczodrość moją zwiększywszy, innych w tej mierze przewyż­szyć. Zdarzało się bowiem nieraz, że rycerze czekali, aż ich giermkowie się zestarzeją i w twardej służbie, dniem i nocą bez odetchnienia pełnionej, siły sterają, i dopiero wówczas nadawa­li im tytuł hrabiów albo co najmniej markizów w jakiejś prowincji. Ja zaś, byleby nas tylko Bóg przy życiu zachował, ani chybi w sześć dni zdobędę państwo, któremu kilka królestw będzie zhołdowanych, wówczas zaś na tronie jednego z nich ciebie osadzę. I nie myśl, aby się w tym coś nadprzyrodzonego kryło, gdyż rycerze błędni zdobywają to wszystko środkami niespodziewanymi, o których nikt nie słyszał ani ich widział, tak iż ja łatwo będę mógł przydać niejedno do tego, com obiecał.

– Tym sposobem – rzekł Sanczo – jeżeli przez jakowyś cud, jak wasza miłość powiada, ja zostanę królem, moja wierna towarzyszka, Juana Gutierrez, zostanie królową, a dzieciaki infantami.

– A któż by o tym wątpił? – odparł Don Kichot.

– Ja o tym wątpię – rzekł Sanczo Pansa – gdyż choćby Bóg całą kupę koron królewskich po ziemi rozsypał, żadna z nich dobrze by na głowie mojej Marii Gutierrez nie wyglądała. Wiedzcie o tym, panie, że jako królowa funta kłaków nawet nie byłaby warta. Już do niej lepiej tytuł hrabiny pasuje, a zresztą nich ją Bóg ma w swej opiece.

– Poleć tę sprawę Bogu, przyjacielu Sanczo – odrzekł Don Kichot. – On ci już da, co będzie najlepsze dla ciebie. Tym­czasem zaś nie trać ducha i na byle czym nie poprzestawaj, chyba że będzie to wielkorządztwo jakiejś prowincji.

– Uczynię tak, jak mi Bóg miły – odparł Sanczo – zwłaszcza że mam takiego pana jak wasza miłość, który zapewnić mi może wszystko, co będzie dla mnie dobre i czemu będę mógł podołać.


Rozdział VIII

O wielkim powodzeniu, jakiego doznał
waleczny Don Kichot w straszliwej i niesłychanej przygodzie z wiatrakami i o innych zdarzeniach godnych pamięci

Wtem spostrzegli na polu trzydzieści czy czterdzieści wiat­raków. Skoro je Don Kichot zobaczył, rzekł do swego giermka:

– Fortuna lepiej kieruje naszymi sprawami, niżbyśmy tego chcieć mogli. Oto, przyjacielu Sanczo, ukazuje się nam srogi hufiec olbrzymów, z którymi myślę bitwę wszcząć i zgładzić ich wszystkich z tego świata. Piękny łup stanie się początkiem naszego bogactwa. Jest to sprawa słuszna, a i Panu Bogu będzie miłe, jeśli to podłe plemię zniknie z oblicza ziemi.

– Gdzie są te olbrzymy? – zapytał Sanczo.

– Widzisz ich przecie przed sobą – odparł jego pan. – Nie­którzy mają tak okrutne ramiona, że im nawet na dwie mile sięgają!

– Zważcie, wielmożny panie, że nie są to olbrzymy, lecz wiatraki. Skrzydła, które poruszane wiatrem obracają młyński kamień, wzięliście za ramiona.

– Oto widać zaraz, że w rycerskich przygodach żadnej nie masz eksperiencji. Są to olbrzymy, a jeśli strach cię obleciał, uciekaj stąd i odmawiaj modlitwę, ja zaś tymczasem wyzwę ich na nierówną i okrutną rozprawę.

I mówiąc tak, spiął swego rumaka ostrogami, puściwszy koło uszu krzyki Sancza, który starał się go jeszcze raz przeko­nać, że z wiatrakami ma do czynienia.

Tak sobie wbił do głowy, że są to olbrzymy, iż nawet stanąwszy przed wiatrakami, nie poznał grubej swej omyłki, ale przeciwnie, gromkim głosem zawołał:

– Nie uciekajcie, podli tchórze, nie uciekajcie, nikczemnicy, jeden tylko rycerz na was uderza!

Właśnie zerwał się lekki wiatr i skrzydła jęły się obracać. Ujrzawszy to, Don Kichot krzyknął:

– Zapłacicie mi za to, że z większym impetem łapami ma­chacie niż olbrzymi Briareus.

Rzekłszy to i poleciwszy się z całego serca damie swojej, Dulcynei, prosząc ją, aby go w tym wielkim hazardzie na pieczy miała, zasłonił się dobrze tarczą, zniżył kopię, z całą furią na pierwszy wiatrak się rzucił i wymierzył srogi cios w skrzydło. Ale wiatr obrócił śmigę z taką gwałtownością, że połamała ona kopię na kawałeczki, rycerza zaś wraz z koniem w nader żałosnym stanie daleko na pole odrzuciła. Sanczo Pansa, co sił w ośle, pognał na ratunek, a stanąwszy przed panem, ujrzał, że ruszać się nie może. Tak ciężkiej doznali obrazy on i Rosynant pospołu.

– Niech mnie Bóg skarze – rzekł Sanczo – jeśli nie mówiłem, aby wasza miłość dobrze zważył, co uczynić zamyśla. Dosyć było mieć oczy, aby poznać, że są to wiatraki, chyba żeby komuś inne wiatraki po głowie się snuły.

– Zamilcz, przyjacielu Sanczo – odparł Don Kichot. – Spra­wy wojenne, bardziej niż każde inne, podległe są zmienności losu. Prawda to jest oczywista, że czarownik Freston, który mi księgi ukradł i pokój zniszczył, teraz tych olbrzymów w wiat­raki przedzierzgnął, aby mi odjąć chwałę zwycięstwa nad nimi, tak wielką bowiem urazę do mnie żywi. Ale koniec końców te jego złośliwe sztuczki na niewiele się zdadzą wobec dzielności mego ramienia.

– Będzie, jak Bóg zechce – odparł Sanczo Pansa.

I pomógłszy mu dźwignąć się na nogi, wsadził go na Rosynanta, który był także srodze poturbowany. Rozmawiając dalej o tej przygodzie, skierowali się ku Puerto Lapice, gdyż Don Kichot twierdził, że gdzie tylu podróżnych przejeżdża, cała kupa przygód spotkać ich musi. Strasznie był gniewny, że stracił kopię; zwracając się do giermka, rzekł:

– Przypominam sobie, że pewien rycerz hiszpański, zwany Diego Perez de Vargas, gdy mu się w jednej potrzebie miecz złamał, wielką gałąź z pnia dębowego wyrwał, dużo nią przewag dokonał i tylu Maurów natłukł, że mu przydomek Maczuga nadano, a on i jego potomkowie zwali się odtąd Vargas y Machuca. Mówię ci o tym, gdyż mam zamiar z pierwszego dębu odłamać gałąź, równie dobrą jak tamta, i tylu nią świetnych czynów dokazać, że będziesz sobie to za wielkie szczęście poczytywał, iż możesz na nie patrzeć własnymi oczami, będąc świadkiem rzeczy, w które ledwie można uwierzyć.

– Wszystko to w ręku Boga – odrzekł Sanczo. – Wierzę w każde słóweczko waszej miłości, ale poprawcie się nieco na siodle, dostojny panie, gdyż całkiem na bok zwisacie. Musieli­ście się przy upadku srodze urazić.

– Prawdę mówisz – rzekł Don Kichot. – A jeśli nie utyskuję na ból, to tylko dlatego, że nie wolno błędnym rycerzom na swe rany się żalić, choćby im kiszki na wierzch wyłaziły.

– Kiedy tak, to ja już nie mam nic do gadania – odparł Sanczo – ale Bóg widzi, że rad byłbym z całej duszy, gdybyście, wielmożny panie, użalili się trochę przede mną, kiedy będzie wam coś doskwierać. Ja zaś dopóki nie usłyszę, że giermkowie błędnych rycerzy także na nic uskarżać się nie powinni, będę w głos lamentował z racji najmniejszej choćby dolegliwości.

Uśmiechnął się Don Kichot z prostoduszności swego gierm­ka i oznajmił mu, że może się żalić, ile tylko zechce, czy będzie miał powód, czy nie, gdyż dotychczas nie czytał w księgach rycerskich nic, co by temu było przeciwne. Sanczo przypomniał mu wówczas, że nadchodzi pora, aby się czymś posilić, ale Don Kichot odparł, że nie czuje głodu. Jednak on, Sanczo, może jeść do woli.

Otrzymawszy takie zezwolenie, Sanczo rozsiadł się wygodnie na swym ośle i wyciągnąwszy z sakwy wszystko, co tam miał, podjadał i od czasu do czasu z taką lubością pociągał z butelki, że najlepszego oberżystę z Malagi wzięłaby zazdrość. Wypiw­szy kilka łyków, zapomniał całkiem o obietnicach swego pana. Przypadło mu do smaku to nowe zajęcie, które było raczej wywczasem niż pracą. Iść na spotkanie przygód, choćby najniebezpieczniejszych, to igraszka prawdziwa!

Koniec końców noc tę spędzili pod drzewami. Z jednego z nich ułamał Don Kichot gałąź, która miała mu zastąpić potrzaskaną kopię. Na końcu jej osadził grot, co pozostał po tamtej kopii.

Rycerz nasz przez całą noc oka nie zmrużył, myśląc o pani swego serca, Dulcynei. Chciał i w tym ściśle naśladować, co w księgach rycerskich czytał. Błędni rycerze spędzali wszak bezsenne noce wśród puszcz i na odludziu, bawiąc się wspomnieniami o swoich damach.

Inaczej postąpił sobie Sanczo Pansa, który mając brzuch dobrze wypchany (a nie wodą i wiatrem), usnął tak krzepkim snem, że gdyby go jego pan wreszcie nie obudził, ani promienie słońca, na twarz mu padające, ani śpiewy ptasząt, które radoś­nie i gwarnie witały jutrzenkę nowego dnia – dokonać by tego nie mogły.

Obudziwszy się, sięgnął po bukłak, lecz wydał mu się bardziej chudy niż wczorajszego wieczoru. Zmartwił się tym wielce, gdyż wiedział, że nie od razu będzie można w drodze temu brakowi zaradzić.

Don Kichot nie chciał jeść śniadania, gdyż jak się rzekło, karmił się słodkimi i smakowitymi wspomnieniami.

Dosiadłszy wierzchowców, udali się w stronę Puerto Lapice, gdzie stanęli około trzeciej po południu.

– Tutaj – rzekł Don Kichot – będziemy mogli, bracie San­czo, unurzać ręce aż po łokcie w tym, co się nazywa przygodą. Zważ jednak, że nie wolno ci brać do ręki miecza w mojej obronie, nawet gdybyś mnie zoczył wśród największych niebez­pieczeństw, chyba że ujrzysz, iż ci, którzy na mnie następują, to hałastra i ciury podłe. Wówczas możesz mi z pomocą po­spieszać. Jeśli to jednak będą rycerze, wara ci na plac z bronią wyjeżdżać. Zabraniają ci tego prawa zakonu rycerskiego do czasu, aż na rycerza pasowany zostaniesz.

– Bardzo wam w tej mierze będę posłuszny, wielmożny panie, choćby i z tej racji, że jestem człekiem spokojnego przyrodzenia i wrogiem wszelkich burd, zwad i kłótni. Ale gdy już będzie szło o moją własną skórę, tedy nie będę się na nic oglądał, gdyż według boskich i ludzkich przykazań każdy się może bronić, kiedy na niego nastają.

– Nie przeczę ci wcale – odparł Don Kichot – lecz gdy się będę potykał z rycerzami, pamiętaj, abyś mi nie pomagał i przyrodzoną swą krewkość na wodzy dobrze trzymał.

– Możecie być, panie, spokojny, że tak uczynię – rzekł Sanczo Pansa. – Będę pilnował tego przykazania jak niedzieli, którą święcić trzeba.

Gdy tak gawędzili, ukazało się na drodze dwóch zakon­ników z klasztoru benedyktynów, jadących, jak się zdawało, na wielbłądach, gdyż muły, na których przybywali, były niewiele co mniejsze. Mieli okulary na nosach i parasole w rękach. Za nimi ukazała się kolasa otoczona przez trzech czy czterech jezdnych i dwóch pieszych mulników. W kolasie, jak się to później okazało, siedziała pewna dama biskajska jadąca do Sewilli, gdzie przebywał jej mąż, który właśnie gotował się w drogę do Indii na jakiś zaszczytny urząd. Mnisi nie należeli do jej pocztu, jechali tylko tą samą drogą.

Gdy Don Kichot spostrzegł ich, rzekł do Sancza:

– Albo się mylę, albo też będzie to najsłynniejsza przygoda, jaką kiedykolwiek oglądano. Ta czerń, co się tam gęści, są to czarnoksiężnicy, którzy uprowadzają w kolasie jakąś księż­niczkę. Aby ten gwałt ukrócić, uczynię wszystko, co w mojej mocy leży.

– To będzie gorsze niż wiatraki! – zawołał Sanczo. – Spójrz­cie dobrze, panie, są to wszak mnisi z klasztoru świętego Benedykta, a w kolasie siedzi kilku podróżnych. Zważcie na to, co mówię, opamiętajcie się, gdyż diabeł was kusi i wiedzie do złego!

– Mówiłem ci już, Sanczo, że na sprawach rycerskich wcale się nie rozumiesz. Prawdą oczywistą jest, co tu widzę, i wnet się o tym przekonasz.

Mówiąc to, wysunął się naprzód i wyjechał na środek drogi. Gdy się mnisi zbliżyli tak, że mogli już usłyszeć jego słowa, krzyknął gromkim głosem:

– Plemię diabelskie i wyrodne, precz od dostojnych księżniczek, które w tej kolasie więzicie, inaczej gotujcie się na rychłą śmierć, która będzie słuszną karą za wasze łajdactwa!

Mnisi ściągnęli cugle swym mułom, zdziwieni zarówno postacią Don Kichota, jak i jego słowami.

– Panie rycerzu – odparł jeden z nich – nie jesteśmy wcale jakimiś potępieńcami ani monstrami, lecz zakonnikami z klasztoru świętego Benedykta; jedziemy swoją drogą i wcale nie wiemy, czy w tej kolasie są jakieś księżniczki, które gwałtem zostały uprowadzone.

– Wobec mnie cukrowane słówka na nic się nie zdadzą. Znam was dobrze, wiarołomne nędzniki! – krzyknął Don Kichot i nie czekając na odpowiedź, spiął Rosynanta ostrogą i ze zniżoną kopią runął na pierwszego mnicha, pełen takiego impetu a furii, że gdyby mnich nie spadł sam z muła na ziemię, pewnie by go nasz rycerz na nią powalił ciężko rannego, a może i bez życia. Drugi mnich widząc, jak nieobyczajnie z jego towarzyszem postąpiono, uderzył krzepko po brzuchu piętami swego poczciwego muła i jak wiatr śmignął w pole.

Sanczo Pansa, ujrzawszy zakonnika na ziemi, podjechał doń, zsiadł z osła i jął przetrząsać odzież braciszka. W tej chwili przybiegli pachołkowie mnichów i zapytali go, czemu ich pana z szat obdziera. Sanczo odparł, że mu się z prawa należy brać łup po bitwie, którą wygrał Don Kichot. Pachołkowie, którzy nie rozumieli się na podobnych żartach, a na bitwach i łu­pach całkiem się nie znali, ujrzawszy, że Don Kichot już się oddalił i rozmawia z tymi, którzy siedzą w kolasie, rzucili się na Sancza, powalili go na ziemię, wymłócili kijami i wytarmosili tęgo, nie zostawiając ani jednego kłaka w brodzie. Został biedak jak półmartwy na ziemi. Mnich tymczasem zerwał się w te pędy, okrutnie zestrachany i na twarzy srodze zmieniony.

Jednym susem wskoczył na muła i pognał w stronę swego towarzysza, który zatrzymał się na stronie, chcąc się dowie­dzieć, co z tej burdy wyniknie. Wkrótce, nie czekając już końca przygody, pojechali w dalszą drogę, żegnając się co chwila znakiem krzyża świętego, jakby srogi hufiec diabelski gnał ich śladami.

Don Kichot zaś zaczął grzeczną rozmowę z damą siedzącą w kolasie:

– Możesz teraz, piękna pani, uczynić ze swą osobą, co tylko zechcesz, gdyż zuchwalstwo tych, którzy cię uprowadzili, jest już skarcone i na proch starte siłą tego niezłomnego ramienia. Abyście zaś pytać nie potrzebowali, jak brzmi imię waszego oswobodziciela, wiedzcie, że się zwę Don Kichot z La Manczy, rycerz błędny, niewolny sługa damy niezrównanej piękności, Dulcynei z Toboso. Proszę was tylko, abyście na znak wdzięczności za dobrodziejstwo ode mnie doznane powrócili do Tobo­so, w moim imieniu przed tą damą stanęli i opowiedzieli jej, co uczyniłem, by wam wolność przywrócić.

Jeden z luzaków biskajskich, towarzyszący kolasie, przysłuchiwał się pilnie słowom Don Kichota. Widząc, że ten nie tylko kolasy puścić nie chce, ale żąda nadto, aby zawracać do Toboso, ruszył ku Don Kichotowi, chwycił za jego kopię i rzekł łamanym kastylijskim i jeszcze bardziej połamanym biskajskim językiem:

– Precz stąd, rycerzu, bo jak mnie Bóg stworzył i jakem Biskajczyk, tak musisz być trup, jeśli kolemaga nie puścisz.

Don Kichot zrozumiał to bardzo dobrze i rzekł z wielką godnością:

– Gdybyś był rycerzem, tak jak nim nie jesteś, już bym ukarał twoją zuchwałość, podły ciuro!

Biskajczyk krzyknął:

– Ja nie rycerz? Łżesz jak pogan, a ja przysięgać na Boga. Jeżeli rzucić kopia i wziąć miecz, zoba­czysz buch kota do wody. Jam Biskajczyk na ziemi, hidalgo na morzu, hidalgo, do stu bisów, a ty łgać, łgać i mleć szalbierczym ozorem.

– Zaraz to zobaczysz – odparł Don Kichot i poniechawszy kopii, chwycił za miecz, zasłonił się tarczą i rzucił się na Biskajczyka, chcąc go uśmiercić. Biskajczyk widząc, że to nie przelewki, chętnie by zeskoczył z muła, na którym nie czuł się zbyt pewnie, gdyż było to bydlę z najmu, ale ledwie mu starczyło czasu na dobycie miecza. Miał szczęście, że stał blisko kolasy, gdyż mógł przynajmniej porwać z niej poduszkę i za tarczę jej użyć. Dopadli do siebie zażarcie jak dwaj śmiertelni wrogowie. Wszyscy obecni chcieli ich pogodzić, ale nawet i marzyć o tym nie można było, ponieważ zaciekły Biskajczyk niezbyt dwornymi słowy oznajmił, że jeśli mu walczyć nie dadzą, zabije swoją panią siedzącą w kolasie oraz wszystkich tych, którzy mu będą przeszkadzać. Dama osłupiała, widząc, co się dzieje, i kazała woźnicy odjechać nieco na stronę, aby z dala przypatrywać się tej wściekłej potyczce. Biskajczyk ciął okrutnie z góry Don Kichota w ramię i na pewno byłby go do samego pasa rozpłatał, gdyby się ostrze na tarczy nie za­trzymało.

Don Kichot, przejęty do głębi tym gwałtownym ciosem, zawołał:

– Pani mojej duszy, kwiecie piękności, Dulcyneo, ratuj swe­go rycerza, który chcąc stać się godnym ciebie, w tak srogie popadł terminy!

Rzekłszy to, w okamgnieniu chwycił kopię, zasłonił się tarczą i skoczył ku Biskajczykowi, chcąc jednym okrutnym pchnięciem rozstrzygnąć pojedynek.

Biskajczyk poznawszy po zadufanej minie furię jego zamys­łów, postanowił walczyć z takąż zajadłością. Zasłonił się po­duszką i czekał śmiało, nie mogąc zmusić muła do ruszenia z miejsca. Bydlę, zmęczone i do podobnych harców nienawykłe, nie chciało ani kroku postąpić.

Don Kichot natarł tedy, jak się rzekło, na przebiegłego Biskajczyka z mieczem wzniesionym do góry, chcąc go na dwoje rozciąć, Biskajczyk zaś czekał, zasłaniając się poduszką i dzierżąc miecz wysoko nad głową. Wszyscy obecni, bez tchu w piersiach, zamarli w oczekiwaniu, śledząc ostrza, które zawisły w powietrzu. Dama w karocy i jej służebne zanosiły gorące modły do wszystkich świętych Hiszpanii, aby Bóg ocalił jej luzaka i wszystkim pozwolił wyjść cało z tej opresji.

Jednak autor historii doszedłszy do tego punktu zostawia, niestety, bitwę tę bez rozstrzygnięcia, to tylko podając na swoje uniewinnienie, że nic dalej już nie wie o wielkich czynach Don Kichota. Inny autor tego dzieła, przekonany, że tak ciekawa historia nie może być zdana na pastwę zapomnienia i że obywatele La Manczy na pewno zachowali w swych archiwach i bibliotekach jakieś szpargały dotyczące naszego sławnego rycerza, nie stracił nadziei, że uda mu się dowiedzieć, jaki był koniec tej zabawnej historii. Jeśli mu niebo będzie przychylne, znajdzie ją w drugiej części dzieła.


Rozdział IX

W którym się ostatecznie kończy walka śmiałego Biskajczyka z dzielnym rycerzem z Manczy

Zostawiliśmy w pierwszej części tego dzieła dzielnego Biskajczyka i znakomitego Don Kichota z obnażonymi i wzniesionymi w górę mieczami, gdy gotowali się do zadania tak wściekłych i okrutnych ciosów, że gdyby ostrza ich mieczów spadły bez żadnego oporu, niechybnie rozpłataliby się na­wzajem od ramienia aż po pas. Jednak w tym punkcie, tak łaskocącym uwagę, autor urwał ucieszną i przyjemną opowieść, nie dając nam nawet wskazania, gdzie mamy szukać reszty, której braknie.

Bardzo mi to nie w smak poszło. Przyjemność z tej cząstki, którą przeczytałem, zamieniła się w głębokie niezadowolenie, gdym pomyślał, ile trudu trzeba będzie ponieść, aby odszukać wszystko, czego nie dostaje.

Wydało mi się rzeczą niepodobną do wiary i niesłuszną, aby owemu, tak znacznemu rycerzowi miało zbywać na jakimś mędrcu, który by podjął się spisać jego tak sławne i niepodob­ne do wiary czyny – a to tym więcej, że każdy z błędnych rycerzy miał jednego albo i dwóch dziejopisów, którzy nie tylko opowiadali o jego czynach, lecz spisywali także jego najbłahsze myśli i bzdury jego żywota dotyczące, choćby nie wiem jak były utajone. Niepodobna więc, aby znamienitemu rycerzowi naszemu miało zbywać na tym, czego rycerz Platir i jemu podobni mieli w bród. Prócz tego nie mogłem uwierzyć, aby tak dowcipna historia miała bezręką i beznogą postać, i już byłem gotów całą winę złośliwemu czasowi przypisać, który wszystko pochłania i zatraca i który albo ją gdzieś w ukryciu trzyma, albo też ją strawił. Wziąwszy zaś to pod rozwagę, że między księgami rycerza znaleziono dzieła tak niedawno napi­sane, jak Medykamenty zazdrości, Nimfy i pasterze z Henares, przyszedłem do tej myśli, że jego historia nie może być zbyt stara i że gdyby nawet jej nie spisano, nie mogła przecież wywietrzeć z pamięci mieszkańcom jego wsi i okolicznych wiosek. Myśl ta dręczyła mnie srodze i nieustannie – taką bowiem pałałem żądzą dowiedzenia się czegoś o życiu i czy­nach sławnego Hiszpana, Don Kichota, luminarza manczańskiego rycerstwa. Wszak on pierwszy, w gnuśnych czasach wieku naszego oddał się ćwiczeniu w rycerskiej zabawie. On pierwszy jął naprawiać krzywdy, nieść pomoc wdowom, bronić czci panien, które z biczykiem w ręku, w całej chwale swego dziewictwa, siedząc na paradnym rumaku, uganiały się bez­piecznie po górach i lasach, chyba że je jakiś nędzny szaleniec – gbur ważący się na wszystko albo olbrzym o straszliwym wyglądzie – sprośnie a nikczemnie splugawił.

Ale były niegdyś takie dziewice, co to ani jednej nocy pod dachem swojego domu nie przespały, lecz przeżywszy na świecie osiemdziesiąt lat bez mała, kładły się w grób nienaruszone jak ich matki, które je urodziły.

Mówię więc, że dla tych racji zacny nasz rycerz, Don Kichot z La Manczy, godzien jest wielkich i nieustannych pochwał i że mnie także nie można lekceważyć, jako że nie żałowałem pracy i starania, chcąc odnaleźć koniec tej przyjemnej historii, aczkolwiek wiem, że gdyby niebo, przypadek i fortuna nie były mi przychylne, czytelnik pozbawiony by został dwóch godzin miłego spędzenia czasu i zadowolenia, które osiągnie, gdy z uwagą będzie czytał tę księgę. Otóż odnalazłem pisma takim sposobem: gdy pewnego dnia przechadzałem się po toledańskim rynku, podszedł do mnie chłopiec, który niósł na sprzedaż handlarzowi materii jedwabnych stare papierzyska i regestry. A że mam zwyczaj czytywać wszystko, co mi w rękę wpadnie, nawet świstki walające się na ulicach, więc też wiedziony moją przyrodzoną skłonnością wziąłem jeden z regestrów i ujrzałem, że zapisany jest literami arabskimi. Chociaż rozumiem się nieco na arabskim piśmie, jednak tego pisma nie mogłem odczytać – oglądałem się przeto na wsze strony, czy nie ujrzę gdzie uczonego Maura, który by mi wszystko przełożył. Nie była to sprawa trudna, gdyż tłumacza znalazłbym i wówczas, gdyby o jakiś zacniejszy i starożytniejszy język chodziło. Wreszcie traf zdarzył mędrka. Rzekłem mu, czego pragnę, książkę do ręki wetknąłem. Otworzył ją na chybił trafił, przeczytał kilka wierszy i parsknął śmiechem. Zapytałem, dla­czego się śmiał.

– Z uwagi – odparł – którą na marginesie księgi uczyniono.

Poprosiłem, aby mi przetłumaczył, on zaś, śmiejąc się ciągle, rzekł:

– Napisano tutaj: Ta Dulcynea z Toboso, tyle razy w tej księdze wspominana, miała szczęśliwszą rękę w soleniu wiep­rzaków niż każda inna niewiasta z La Manczy.

Usłyszawszy o Dulcynei z Toboso, stanąłem jak wryty, gdyż od razu przyszło mi na myśl, że papierzyska te muszą zawierać historię Don Kichota, poprosiłem przeto pana Maura, aby mi choć sam początek przeczytał, co też on uczynił, tłumacząc natychmiast z arabskiego na kastylijski.

Była to Historia Don Kichota z La Manczy, spisana przez Cyda Hameta Benengeli, arabskiego dziejopisa.

Nie lada chytrości trzeba było użyć, aby nie dać poznać po sobie wielkiej radości, jaką uczułem, gdy tytuł tej księgi obił się o me uszy. Wydarłem z rąk chłopca wszystkie te stare szpargały przeznaczone dla handlarza jedwabiu i odkupiłem je za pół reala. Gdyby był bardziej przenikliwy i poznał, jaką żądzą pałam, byłby na pewno podniósł cenę aż do sześciu reali. Odszedłem zaraz z Maurem w kierunku klasztoru i jąłem go naciskać, aby mi przełożył na kastylijski język te wszystkie szpargały dotyczące dziejów Don Kichota, nic od siebie nie dodając ani nie ujmując. Zapłacę mu według jego woli. Zadowolił się dwiema miarami winogron i dwoma korcami żyta, przyrzekając, że przetłumaczy szybko a wiernie. Aby całą sprawę ułatwić i tak szczęśliwej zdobyczy z rąk nie wypuszczać, wziąłem Maura do swego domu, gdzie w ciągu miesiąca i dwóch tygodni całą księgę przełożył tak, jak ją tu słowo w słowo podaję. W pierwszym zaraz zeszycie był bardzo udatny obraz walki Don Kichota z Biskajczykiem, przedstawiający przeciwników w tej samej postawie, w jakiej zostawiliśmy ich poprzednio – obydwaj z mieczami wzniesiony­mi do góry, jeden zakryty tarczą, drugi poduszką. Muł Biskajczyka odmalowany był jak żywy, a tak udatnie, że na strzał z kuszy można było poznać, iż jest to bydlę z najmu pochodzące. U stóp Biskajczyka widniał napis: Don Sanczo de Azpeitia, gdyż takie, ani chybi, musiało być jego miano, a pod kopytami Rosynanta drugi, który głosił: Don Kichot. Rosynant foremnie i ślicznie był przedstawiony: długi, o sztywnym karku, zbiedzony, chudy i o tak ostrokościstym grzbiecie, że wszystko to dowodziło jawnie, iż słusznie i sprawiedliwie został nazwany Rosynantem. Tuż obok niego stał Sanczo, trzymając swego osła za uzdeczkę. U stóp giermka można było przeczytać: Sanczo Zancas. Zgodnie z konterfektem Sanczo musiał mieć brzuch ogromny, wzrost niski i kości w udach bardzo grube. Stąd też poszło, że nadano mu przydomki: Pansa (tj. brzuch) i Zancas, które się nieraz w historii tej powtarzają. Było tam jeszcze kilka szczegółów godnych uwagi, lecz nie są one ważne, gdyż nic nie wnoszą do naszej historii, która nie może być zła, będąc prawdziwa.

Jeśli można zrobić jakiś zarzut co do jej prawdomówności, to chyba ten, że autor jej był Maurem. Maurowie zaś strasznie lubią łgać. Zważywszy przecie, że są wielkimi nieprzyjaciółmi naszego narodu, trzeba się spodziewać, że składacz tej historii raczej ujmował, niż dodawał. Nie kwapił się zbytnio ze swym piórem, gdy chodziło o pochwały naszego rycerza, przeciwnie, jakby rozmyślnie je przemilczał. Złe to jest postępowanie i jeszcze gorsza intencja, gdyż historycy winni być wierni, dokładni, wszelkiej namiętności zbyci, tak aby interes własny, obawa, pretensja ani jakakolwiek afektów skłonność nie mog­ła ich sprowadzić z toru prawdy, której matką jest historia, współzawodniczka czasu, skarbnica czynów, świadek przeszło­ści, przykład i przestroga dla teraźniejszości oraz nauka dla wieków przyszłych. Jestem pewien, że jeśli o dowcipność cho­dzi, nie pozostawia ta księga nic do życzenia; jeżeli zaś jej czego dobrego brakuje, stało się to raczej z winy tego psa niewiernego – autora – niż z winy przedmiotu.

Otóż część druga zaczyna się w tłumaczeniu w taki sposób: Gdy dwaj dzielni i zawzięci przeciwnicy obnażyli miecze i wznieśli je do góry, po ich groźnych minach można było sądzić, że wyzywają niebo, ziemię i piekło. Zażarty Biskajczyk pierwszy ciął okrutnie z taką furią i siłą, że gdyby mu się miecz w ręku nie zwinął, jedno to cięcie wystarczyłoby, aby położyć kres srogiemu pojedynkowi i wszystkim przygodom naszego rycerza. Przychylna jednak fortuna, chcąc zachować Don Ki­chota dla większych rzeczy, sprawiła, że miecz spadł płazem na lewe ramię, taką tylko czyniąc mu krzywdę, że go z tego boku całkiem odsłonił, zrywając przyłbicę i odcinając połowę ucha. Przyłbica spadła na ziemię z wielkim hukiem, ale Don Kichot pozostał na siodle.

Klnę się na Boga, że nikt w tej godzinie nie byłby mocen opisać wściekłości, jaką odczuł nasz rycerz z La Manczy, widząc się tak znieważonym.

Uniósł się w strzemionach i ściskając miecz oburącz, wymierzył tak okrutny cios w poduszkę i głowę Biskajczyka, iż ten poczuł, że cała góra zwaliła się na niego, i zaraz jął krwawić z nosa, ust i uszu. Zachwiał się na siodle i z pewnością runąłby na ziemię jak długi, gdyby muła za kark nie chwycił. Nogi wypadły mu ze strzemion, wypuścił cugle z rąk. Muł, przerażo­ny tym strasznym ciosem, rzucił się kłusem w pole. Tam też dawszy kilka susów, zwalił wreszcie swego pana na ziemię.

Don Kichot przyglądał się swemu przeciwnikowi z zimną krwią. Ujrzawszy go na ziemi, zeskoczył zręcznie z konia, podbiegł doń i przyciskając ostrze do jego gardła, zażądał, aby mu się poddał, gdyż w przeciwnym razie utnie mu głowę. Biskajczyk tak był zamroczony, że nie mógł słowa wymówić i pewnie by Don Kichot cały swój gniew na nim wywarł, gdyby nie damy z kolaski, które śledząc z wielką trwogą przebieg pojedynku, przybiegły teraz błagać rycerza ze wszystkich sił o okazanie im tej łaski i darowanie życia luzakowi.

Rycerz nasz rzekł do nich z wielką powagą i wyniosłością:

– Z wielką ochotą skłaniam się do waszej prośby, piękne panie, ale to za warunek kładę, aby rycerz ten przyrzekł mi, że pójdzie do Toboso i przedstawi się w moim imieniu nieporów­nanej Dulcynei, aby nim według swego upodobania rozpo­rządzać mogła.

Damy na wpół żywe ze strachu, nie rozumiejąc nic, czego żąda, ani nie pytając, kim jest ta Dulcynea, przyrzekły, że giermek wypełni wszystkie jego zalecenia.

– A więc – rzekł Don Kichot – mając słowo pani za rękojmię, poniecham go, chociaż dobrze sobie zasłużył na karę.


Rozdział X

O wdzięcznej rozmowie między Don Kichotem
a jego giermkiem Sanczo Pansą

Tymczasem Sanczo, poturbowany nieco przez mniszych pachołków, podniósł się z ziemi i z wielką uwagą jął się przyglądać walce, którą toczył jego pan, Don Kichot, prosząc Boga o zwycięstwo dla niego i o zdobycie w tej rozprawie jakiejś wyspy, której wielkorządcą według obietnicy by został. Ujrzawszy, że bój skończony i że jego pan chce dosiąść Rosynanta, zbliżył się, aby podtrzymać mu strzemię; nim Don Kichot zdołał wskoczyć na siodło, padł przed nim na kolana i całując go po rękach, przemówił:

– Niech wasza dostojność raczy mi oddać wielkorządztwo wyspy, którą zdobył w tym okrutnym spotkaniu, gdyż choćby to była największa wyspa, czuję się na siłach lepiej nad nią rządy sprawować niż jakikolwiek inny gubernator wysp na świecie.

Don Kichot odparł:

– Zważ, bracie Sanczo, że ta przygoda, jako też i inne jej podobne nie są przygodami wyspiarskimi, tylko zdarzeniami z dróg rozstajnych. Nie tylko się w nich nic nie wygrywa, ale wychodzi się z nich z nadszczerbionym łbem i bez jednego ucha. Miej jednak cierpliwość! Zdarzą się nam jeszcze takie okazje, że wnet będę cię mógł uczynić nie tylko gubernatorem, ale i kimś znaczniejszym jeszcze.

Sanczo złożył mu dzięki z całego serca i ucałowawszy rękę oraz kraj pancerza, pomógł mu dosiąść Rosynanta, sam zaś na osła się wgramolił i pojechał w ślad za swym panem. Don Kichot nie rozmawiał już z damami z kolaski ani nie żegnał się z nimi, lecz pocwałował w stronę pobliskiego lasu.

Sanczo zdążał za swym panem, ile sił w ośle, ale Rosynant kłusował tak zapamiętale, że giermek, zostawszy kawał w tyle, jął wołać na pana, aby się zatrzymał. Don Kichot ściągnął cugle, osadził rumaka na miejscu i czekał, aż się zmęczony giermek przybliży.

– Wydaje mi się, panie – rzekł zziajany Sanczo – że nie byłoby źle schronić się do jakiegoś kościoła, gdyż tego by jeszcze tylko brakowało, aby ów rycerz, tak kaducznie obity, dał o wszystkim znać do Świętej Hermandady. Wzięto by nas w dyby, a zanim wyszlibyśmy z więzienia, musielibyśmy ze siedem koszul przepocić.

– Zamilcz – rzekł Don Kichot – czyż widziałeś, aby kiedykolwiek jakiś rycerz błędny przed sądem stawał za mord, który popełnił?

– Nie znam się na mordach, gdyż nigdy w życiu nie dybałem na nikogo, ale wiem, że Święta Hermandada ma baczne oko na tych, co po gościńcach harcują, i też w nic nie chcę się mieszać.

– Nie obawiaj się, przyjacielu Sanczo, gdyż wyrwałbym się nawet z łap Filistynów, nie tylko z rąk Świętej Hermandady. Ale powiedz mi, czyś widział kiedy waleczniejszego i bardziej całemu światu znanego rycerza? Czy czytałeś o tym w histo­riach, aby ktoś z większym animuszem nacierał, z większą wytrwałością ciosy znosił, udatniej je zadawał i z większym kunsztem o ziemię powalał niż ja?

– Prawda to oczywista – odparł Sanczo – że nigdy żadnej historii nie czytałem, jako że czytać nie umiem, ale to przysiąc mogę, że bardziej mężnemu panu nigdy nie służyłem. Oby Bóg dał, aby te zuchwalstwa nie spełzły na niczym i owoc jakiś przedni wydały. Teraz zaś proszę was, panie, abyście się zezwolili opatrzyć, gdyż krew wam ciurkiem z tego ucha płynie, ja zaś mam w sakwach szarpie i maść białą.

– Obeszłoby się łatwo bez tego wszystkiego – rzekł Don Kichot – gdybym był nie zapomniał przyrządzić sobie flaszeczki balsamu Fierabras, którego jedna kropelka wszystkie zabiegi koło ran i medykamenty zbędnymi czyni.

– Jakaż to flaszeczka i jaki balsam? – spytał Sanczo Pansa.

– Jest to balsam, którego sposób robienia na pamięć znam. Posiadając go, nie trzeba się śmierci lękać ani myśleć, że się z ran zginąć może. Gdy go przyrządzę i tobie do rąk oddam, ty zaś zobaczysz, że w jakiejś bitwie rozpłatali mnie na dwoje, co się często zdarza rycerzom, tedy nic ci innego nie będzie wypadało zrobić, jak zebrać prędko leżące na ziemi rozcięte części i nim krew stężeje, dopasować je subtelnie a kształtownie do tej części ciała, która jeszcze na siodle siedzi. Później dawszy mi dwa łyki tego balsamu, ujrzysz, że jestem zdrów i rześki jak ryba.

– Jeśli tak jest – rzekł Sanczo – to już się nawet zrzeknę gubernatorstwa na obiecanej mi wyspie, prosząc tylko, abyście w nagrodę licznych a znacznych moich usług wyjawili mi sekret, jak się ten lek wyśmienity przyrządza, gdyż jedną uncję będę mógł sprzedawać za dwa reale wszędzie, gdziekolwiek tylko się znajdę. Aż nadto mi to wystarczy na wygodne i spokojne życie. Ważną teraz jest tylko sprawą, ile kosztuje sporządzenie takiego balsamu.

– Za mniej niż trzy reale można zrobić trzy kwarty – odparł Don Kichot.

– A, do kroćset! – ryknął Sanczo. – Czemu wasza dostojność jeszcze zwleka z nauczeniem mnie tego?

– Uspokój się, przyjacielu Sanczo, gdyż myślę ci jeszcze większy sekret wyjawić i większymi dobrodziejstwami obsypać, ale tymczasem opatrz mi ucho, gdyż mi kaducznie dolega.

Sanczo wydobył z sakiew szarpie i maść, lecz gdy Doń Kichot ujrzał, że ma hełm strzaskany, zdało się, że go krew zaleje; położył dłoń na rękojeści szpady, wzniósł oczy do nieba i rzekł:

– Przysięgam na Stwórcę wszystkich rzeczy i na czterech świętych, o których w ewangelii wiele się pisze, że póki nie zemszczę się na tym, który mi taką zniewagę wyrządził, będę wiódł taki żywot jak ów wielki markiz mantuański. Ślubował ci on, że do czasu pomszczenia śmierci synowca swego, Baldwina, nie zje nawet kromki chleba u stołu ani nie legnie ze swą małżonką, a także i tysiąc innych niewygód znosić będzie, których choć nie pamiętam, ale przysięgą je teraz obejmuję.

Sanczo, wysłuchawszy tej przysięgi, rzekł:

– Zważcie, panie, że jeżeli rycerz ten wypełni, coście mu polecili, i stanie przed panią Dulcyneą z Toboso, tedy będzie z obowiązku swego zwolniony, a nam nie wolno będzie nastawać na niego, chyba żeby jakąś nową niecnotę popełnił.

– Prawdę gadasz – odparł Don Kichot – odwołuję tedy moją przysięgę co do zemsty nad nim, ale potwierdzam i gruntuję me słowa, że będę wiódł takie życie, póki nie zdobędę orężem na jakimś rycerzu hełmu tak zacnego jak ten oto. I nie myśl, Sanczo, że na wiatr rzucam moje słowa, gdyż piękne mam wzory do naśladowania. Podobnie miała się sprawa z hełmem Mambrina, który tak drogo kosztował Sakripanta.

– Do kata z takimi tam przysięgami! One tylko niszczą zdrowie i umysł tumanią. Cóż poczniemy, wielmożny panie, jeśli nieprędko zjawi się nam jakiś człek uzbrojony, z hełmem na głowie? Czyż trzeba będzie dotrzymać przysięgi mimo wszystkich niewczasów, spać, nie rozbierając się, nie spędzać nigdy nocy w ludzkich sadybach i znosić tysiąc innych utra­pień, o których mówi przysięga starego szaleńca, markiza mantuańskiego? Zważcie, panie, jeśli już tę przysięgę potwier­dzić pragniecie, że po tych gościńcach nie jeżdżą wcale ludzie zbrojni, jeno mulnicy i woźnice, którzy nie tylko że hełmów nie noszą, ale jako żywo, nigdy o nich w życiu nie słyszeli.

– Grubo się mylisz – odparł Don Kichot – dwóch godzin na tych rozstajach nie będziemy, a ujrzymy więcej kup zbrojnych, niż było ich pod Albraką, kiedy piękną Angelikę oblegano.

– Niechaj już tak będzie i niech Bóg zezwoli, aby się to wszystko ku naszemu dobru sprowadziło. Chciałbym, abyśmy co rychlej tę wyspę zdobyli, która mnie tyle zgryzot kosztuje, a później niechże umieram z radości.

– Mówiłem ci już, przyjacielu Sanczo, abyś się tą wyspą zbytnio nie trapił, gdyż jeśli wyspy zabraknie, mam w zanad­rzu królestwo Danii albo i Sobradisy. Gładko ci z nimi pójdzie, tak jakbyś pierścień na palec wsunął, a jeszcze bardziej rad będziesz, gdy na stałym lądzie nogę postawisz. Ale zostawmy tę materię do chwili, gdy stosowna pora nastanie, teraz zaś zobacz, czy nie masz w sakwach czegoś do zjedzenia, abyśmy, pokrzepiwszy się nieco, ruszyli obejrzeć się za jakimś zamkiem, gdzie by na nocleg zatrzymać się było można i przyrządzić ów balsam, gdyż dalibóg, ucho paskudnie mi doskwiera.

– Mam tu trochę cebuli, ser i kilka kromek chleba – rzekł Sanczo – ale nie są to stosowne specjały dla tak zacnego rycerza jak wasza miłość.

– Gadasz od rzeczy – odparł Don Kichot. – Trzeba ci wiedzieć, że wielki to honor dla błędnych rycerzy choćby nawet przez miesiąc ni kęska strawy do ust nie brać albo też jeść, cokolwiek im do rąk wpadnie. Gdybyś czytał tyle historyj, ile ja czytałem, byłbyś to wiedział. Zaręczam, że jeszcze nigdy w historiach tego nie spotkałem, aby rycerze błędni mieli jeść umyślnie; zawsze jedzą tylko przypadkiem lub też kiedy znajdują się na wspaniałych ucztach wydanych na ich cześć przez książąt i królów. Resztę dni spędzają, karmiąc się tylko myślami swoimi. A że niepodobna wierzyć, aby się bez posiłku i bez innych potrzeb życiowych obejść mogli, będąc ludźmi z krwi i ciała, jako i my, tedy przypuścić należy, że zostawszy w kniejach i ostępach bez kucharzy, mieli się kontentować potrawami prostymi, podobnymi do tych, który ty mi teraz ofiarowujesz. Tak więc nie smuć się z tego, z czego ja się cieszę, i nie chciej nowych zaprowadzać obyczajów ani rycerstwa błędnego z naznaczonego mu kresu wyprowadzać.

– Wybaczcie mi, panie – odparł Sanczo – gdyż nie umiejąc czytać i pisać, reguł profesji rycerskiej poznać nie mogłem, ale odtąd będę już sakwy zawsze napychał suchą strawą, przeznaczoną dla was, jako dla rycerza, dla siebie zaś, ponieważ rycerzem nie jestem, będę ładował drób i wszystkie inne pożyw­niejsze substancje.

– Nie mówię ja – rzekł Don Kichot – aby było obowiązkiem rycerzy błędnych samą tylko grubą strawą się karmić, choć jest to ich pospolity posiłek, do którego dochodzą jeszcze różne zioła znajdowane na polach. Doskonale oni znali się na nich, tak jak i ja jestem ich świadomy.

– Ważna to bardzo umiejętność znać się na roślinach – od­parł Sanczo – gdyż tak mi się coś zdaje, że przyjdzie dzień, gdy znajomości tej bardzo będziemy potrzebowali.

Mówiąc tak, wyciągnął z sakiew jedzenie i częstował nim Don Kichota. Jęli pożywać pospołu, smaczno, lecz z pośpie­chem, chcieli bowiem na tę noc jakiś odpowiedni schron sobie zapewnić. Skończywszy więc swoją skromną suchą wieczerzę, dosiedli wierzchowców i ruszyli szukać noclegu, aby zanim mrok nastanie, do jakiejś mieściny się dostać. Ale słońce zaszło i nadzieja ich zawiodła, tak iż postanowili spędzić noc w szała­sach pastuszych napotkanych po drodze. Sanczo ubolewał, że nie dostał się na nocleg pod dach jakiegoś zajazdu, Don Kichot natomiast cieszył się, że spędzi noc pod odkrytym niebem. Ilekroć mu się to zdarzało, wyobrażał sobie, że bierze w posia­dłość niezmierzone obszary i składa dowody nowych zasług rycerskich.


Rozdział XI

Co się przytrafiło Don Kichotowi z pasterzami

Pasterze przyjęli Don Kichota uprzejmie; Sanczo, pomieściwszy Rosynanta i osła, jak tylko mógł najlepiej, pobiegł w tę stronę, skąd go dochodziła woń koziny pieczonej w kociołku nad ogniem. Chciał się upewnić, czy mięsiwo jest już tak dalece upieczone, aby z kociołka prosto do brzucha mógł je przeprowadzić; musiał jednak powstrzymać swoje zapędy, gdyż dwóch pasterzy zdjęło kozinę z ognia, rozesłało na ziemi skóry baranie i tak ów swój wiejski stół szybko urządziwszy, zaprosili obydwóch wędrowców na to, co mieli do jedzenia.

Sześciu pasterzy, zamieszkujących szałas, legło na ziemi wokół skór, zapraszając z prostacką ceremonialnością Don Kichota, aby siadł na wywróconym korycie. Don Kichot spoczął, Sanczo zaś stanął tuż za nim, aby mu usługiwać i podawać napój z rogowego kubka.

Jego pan, widząc go stojącego, rzekł:

– Pragnąc, abyś się przekonał, przyjacielu Sanczo, ile dobrego zasady błędnego rycerstwa w sobie zawierają i jak ludzie profesję tę sprawujący winni być na świecie poważani, pozwalam ci, abyś zasiadł tutaj obok mnie, w towarzystwie tych poczciwców; aby aczkolwiek jestem twoim panem, nie było między nami nijakiej różnicy, będziesz jadł z tej samej misy i pił z tej samej czary, co ja, gdyż o rycerstwie błędnym można powiedzieć to samo, co się mówi o miłości, że wszystkie rzeczy równa.

– Najmocniej dziękuję waszej łaskawości – odparł Sanczo – ale chciałem rzec, że gdy mam już coś do jedzenia, tedy mogę jeść równie dobrze i jeszcze lepiej, stojąc na nogach i będąc sam, niż gdybym po prawicy cesarza zasiadał. A nawet, prawdę rzekłszy, bardziej mi smakuje kromka razowca z cebulą zjedzo­na w kącie bez zbytnich ceregieli i przymusów niż najpyszniejsze koguty indyjskie u stołu, za którym siedząc, musiałbym żuć bardzo powoli, pić mało, co chwila gębę obcierać, nie kichać, nie chrząkać i innych rzeczy, kiedy mi przyjdzie ochota, nie czynić; łatwiej folgować mogę wszystkim potrzebom, gdy jes­tem sam i swobodny. Raczcie tedy te zaszczyty i łaski, jakimi mnie obdarzacie jako sługę i towarzysza błędnego rycerza, zamienić na rzeczy, które mi więcej profitu przyniosą, tamtych zaś, już otrzymanych, zrzekam się od dziś aż do końca świata.

– Mimo to – rzekł Don Kichot – trzeba, żebyś zasiadł dlatego, że kto się korzy, tego Bóg wywyższa. – I pociągnąwszy go za ramię, zmusił, żeby usiadł tuż koło niego.

Pasterze, nie rozumiejąc nic z tego rycerskiego szwargotu, jedli w milczeniu i patrzyli spod oka na swych gości, którzy z wielkim apetytem łykali kawały mięsa tak duże jak pięści.

Gdy już mięsne danie zostało zjedzone, pasterze położyli na skórach baranich na wety kupę słodkich żołędzi i pomieszali je z serem tak twardym jak kamień. Róg tymczasem nie od­poczywał, krążąc dokoła raz pełny, raz znów pusty, tak iż zdało się, że jeden z dwóch bukłaków z koźlich skór, winem napełnionych, wkrótce zostanie opróżniony.

Don Kichot, dobrze swój brzuch naładowawszy, wziął w garść pełno żołędzi i przyglądając im się pilnie, zaczął mówić w te słowa:

– Szczęśliwa epoko i wieku szczęśliwy, któremu starożytni miano złotego nadali nie dla tej racji, aby złoto (które w na­szym wieku tak znaczną cieszy się estymą) można było zdo­bywać bez trudu, lecz przeto, że ci, którzy wówczas żyli, nie znali, co znaczą te dwa słowa: mojetwoje. W tych świętych czasach wszystkie dobra były wspólne. Człowiek nie troszczył się o środki do życia, dość było rękę wyciągnąć ku rozłożystym gałęziom, które dobrotliwie zapraszały, aby zrywać z nich słodkie i soczyste owoce. Jasne źródła i rwące rzeki dostarczały wielkiej obfitości smacznych i przezroczych wód. W szczelinach skał i dziuplach drzew pracowite a za­pobiegliwe pszczółki zakładały swoje rzeczpospolite, ofiarując każdemu piękne zbiory swego słodkiego owocu. Dzielne drze­wa korkowe zrzucały uprzejmie na ziemię kawałki lekkiej i szerokiej kory, którą zaczęto pokrywać domy stojące na palach. Schrony te zabezpieczać miały tylko od niebios niełaskawości. Wszystko, ach, wszystko tchnęło wówczas spokojem, przyjaźnią i zgodą. Jeszcze ciężki lemiesz pługa nie śmiał krajać świętych wnętrzności matki naszej, ziemi, która bez nijakiego przymusu ze swego bujnego i szerokiego łona wywodziła płody służące do utrzymania i nakarmienia jej ówczesnych dzieci. W on czas niewinne i piękne pastereczki biegały po dolinach i górach, mając wstęgi we włosy wplecione i tyle tylko ciała kryjąc odzieniem, ile tego przyzwoitość i statek wymagał. Ozdoby ich inne były niż czasów dzisiejszych stroje, które piękne i wspaniałe się wydają przez one tyryjskie purpury a jedwabie strzępione i na tysiąc sposobów układane. W li­ściach łopianu i bluszczu girlandach równie wspaniale i pięknie wyglądały jak nasze dzisiejsze dworki, hołdujące wymyślnym i dziwacznym wynalazkom, które próżniactwo na myśl przy­wodzi. Tkliwe duszy uczucia prosto a szczerze się wyrażały w formie, w jakiej na świat przyszły, nie szukając w zmyślo­nych słówkach ozdoby dla siebie. Oszustwo, złość i obłuda nie bruździły niewinności i prawdzie. Sprawiedliwość nie wycho­dziła ze swych granic, nie wiodły jej na szwank fortele i sztuczki ku prywatnym profitom i względom nakłonione, które dziś tak ją prześladują i w tak niskiej cenie ją mają. Prawo własnego „widzimisię” nie wrosło w umysł sędziego, gdyż nie było wówczas ani sędziego, ani sądzonego.

Młode, niewinne dziewczątka biegały, jak już o tym rzekłem, wszędzie same, będąc paniami swej woli i nie lękając się, aby czyjaś rozkiełznana swawola albo rozpusta miała uszczerbek ich dziewictwu zadać.

Nikt na nie nie dybał, a ich zguba jeno wówczas się rodziła, gdy własnej ochocie folgować chciały. Teraz zaś, w tych czasach zepsutych, ani jedna bezpieczna być nie może, choćby ją nawet zamknięto do labiryntu, jak ów labirynt Krety, gdyż przez szpary i szczeliny wciska się zaraza rozpusty prosto z powietrza, spiesząc gwałtownie pastwić się nad ich panieństwem i przystojnością. A gdy zdrożności i szkaradzieństwa wciąż na siłach wzrastały, ustanowiono z biegiem czasu zakon rycerstwa błędnego, aby bronić czci dziewic, nieść pomoc wdowom, ochraniać sieroty i nieszczęśliwych. Trzeba wam wiedzieć, moi bracia-pasterze, że ja do tego zakonu należę. Dziękuję wam, żeście mnie i memu giermkowi tak serdeczną gościnę zgotowali, choć bowiem z prawa przyrodzonego to wynika, że każdy człowiek winien mieć rycerzy błędnych w na­leżytej czci i zachowaniu – wy o tej powinności wcale nie wiedząc, przyjęliście mnie jednak otwartym sercem. Słuszną więc jest rzeczą, że z najlepszą wolą, na jaką mnie tylko stać, wdzięcznością moją za uprzejmość waszą zapłacę.

Nasz rycerz wypowiedział tę orację jednym tchem, patrząc na żołędzie, które mu podano, a które mu na pamięć wiek złoty przywiodły. Niezbyt potrzebną tę przemowę, dając folgę swojej fantazji, obrócił do pasterzy, którzy nie pisnąwszy ani słówka, słuchali z rozdziawionymi gębami. Sanczo także się nie ode­zwał, tylko gryzł żołędzie i co raz zaglądał do zawieszonego na gałęzi bukłaka, w którym się wino chłodziło.

Don Kichot mówił i mówił przez cały ciąg wieczerzy, przy której końcu jeden z pasterzy rzekł:

– Abyście, panie rycerzu, naprawdę rzec mogli, że przyjęli­śmy was tak godnie, jak to tylko w naszej mocy leżało, chcemy wam teraz sprawić ukontentowanie i rozweselić trochę. Jeden z towarzyszy, który tutaj wkrótce przybędzie, uraczy was swoim śpiewem. Jest to młody pasterz, bardzo uczony i bardzo zakochany; umie on czytać i pisać, a na gęśli tak pięknie gra, że prawdziwa rozkosz go słuchać.

Wkrótce nadszedł grajek, młody chłopak około dwudziestu lat liczący, bardzo wdzięczny. Towarzysze zapytali go, czy już wieczerzał; gdy odpowiedział, że tak, ów pasterz, który rozmawiał przed chwilą z Don Kichotem, rzekł:

– A więc teraz, mój Antosiu, musisz nam sprawić uciechę i zaśpiewać trochę, aby nasz pan gość wiedział, że w górach i lasach także na muzyce się znają. Opowiadaliśmy mu o two­ich zaletach i obiecaliśmy, że sam je mu wyrazisz, aby nas snadnie za łgarzy nie wziął. Proszę cię usilnie, abyś zaśpiewał nam romancę o twej miłości, ułożoną przez twego wuja-księdza, ową romancę, co to w całej wsi tak się podobała.

– Zaśpiewam chętnie – odparł młody pastuszek i nie dając się zbytnio prosić, usiadł na pniu dębowym, naciągnął strunę i po chwili z wielkim wdziękiem zanucił:

Ja wiem, Olallo, że mnie ubóstwiasz,

Chociaż mi o tym nie powiedziałaś,

Nie powiedziałaś nawet oczyma,

Niemymi usty miłości twej.

Wiem, że nie zbywa ci na mądrości,

Wiem także o tym, że kochasz mnie.

Miłość, co żar swój wyrazić zdoła,

Nigdy nieszczęsną nie jest miłością.

I chociaż nieraz, moja Olallo,

Jawnie dawałaś mi do poznania,

Że dusza twoja jak brąz jest twarda,

A twoje białe łono jak skała,

To jednak mimo twojej odmowy,

Którą dziewczęca skromność dyktuje,

Nieraz nadzieja mi odsłaniała

Rąbek swej szaty, zielonej wiecznie.

Na moje wargi cisną się słowa

Wiary, co jeszcze nie przywołana,

Zginąć nie mogła, choć też nie może

Kwitnąć, gdy brak jej zachęty słowa.

Jeśli miłości prawa są dworne,

To z twej miłości wnosić wypada,

Że me pragnienia dojdą do kresu

W myśli od dawna upragnionego.

Jeśli usługi, starania tkliwe

Mogą zjednywać serca łaskawość -

Każda z tych usług, które oddałem,

Musiała zwiększyć nadzieję moją.

Gdybyś patrzyła z większą uwagą,

Nieraz, Olallo, już byś spostrzegła,

Że w poniedziałek chodzę ubrany

W najlepsze swoje szaty niedzielne.

Ponieważ miłość i strój ozdobny

Zwykłe są kroczyć tą samą drogą,

Więc też pragnąłem, by w twoich oczach

Pięknym i dwornym wydać się wielce.

Dla ciebie, miła, rzuciłem taniec,

Wzgardziłem śpiewem przy lutni drżącej,

Którą słyszałaś o późnej porze

Lub wśród rannego kogutów piania.

Nie będę liczył hołdów i pochwał,

Piękności twojej składanych w darze,

Które choć samą prawdę mówiły,

Srogi gniew dziewcząt ściągnęły na mnie.

Raz mi Teresa Berrocal rzekła,

Będąc obecna, gdym sławił cię:

„Ten sobie myśli, że czci anioła,

A jeno brzydką małpę uwielbia.

Ślicznie dziękuję za takie fiołki,

Fałszywe kosy i róż na twarzy,

Za wszystkie sztuczki rzekomej piękności,

Co samą miłość oszukać mogą”.

Zadałem kłamstwo oszczerczym słowom,

Wówczas jej gaszek wstawił się za nią,

Wyzwał mnie… później, wiesz, co się stało,

Com ja uczynił i co on zrobił.

Miłość w mym sercu nie jest oszustwem,

Nie chcę twej cnoty wieść na osławę

Ani cię moją czynić kochanką -

Bardziej są prawe moje zamysły.

Kościół ma świętych więzów ogniwa,

Więzów tak gładkich jak nić jedwabiu;

Pod słodkie jarzmo poddaj swą głowę,

Ujrzysz, że chętnie ja poddam swoją.

Jeśli nie zechcesz – przysięgam tobie

Na Najświętszego ze wszystkich świętych -

Że chyba po to z tych stron odbiegnę,

By włożyć na się suknię zakonną.

Gdy pastuszek skończył, Don Kichot poprosił go, aby jeszcze coś zaśpiewał, ale Sanczo, który miał większą ochotę spać, niż słuchać piosenek, sprzeciwił się temu, mówiąc do swego pana:

– Czas byłby już najwyższy gdzieś się na nocleg przytulić i stosowne miejsce sobie upatrzyć, gdyż ci ludzie, cały dzień ciężko pracujący, nie mogą przecie nocy na śpiewie trawić.

– Rozumiem cię, mój Sanczo – odparł Don Kichot. – Tak tęgo łykałeś sobie z bukłaka, że teraz bardziej snu niż muzyki ci potrzeba.

– Chwała Bogu, proszę pana, wszyscyśmy łykali i nikt się nie wzdragał – rzekł Sanczo.

– Nie będę w tym z tobą sporu trzymał – odparł Don Kichot. – A teraz legnij sobie, gdzie chcesz, ja zaś czuwać będę, gdyż ludziom takim jak ja czuwanie bardziej niż sen przystoi. Ale wprzód opatrz mi ucho, gdyż dalibóg, więcej mi dokucza, niż myślałem.

Sanczo chciał spełnić polecenie, ale jeden z pasterzy, spojrzawszy na ranę, rzekł do Don Kichota, by się o nią nie turbował, gdyż ją zaraz zagoi. Nazbierał trochę liści rozmarynowych, których w tym miejscu była wielka obfitość, posiekał je, domieszał do nich trochę soli i przyłożył do ucha, upew­niając, że innego plastra rycerz już nie będzie potrzebować – jakoż całkiem się to sprawdziło.


Rozdział XII

O tym, co koziarz opowiadał pasterzom i Don Kichotowi

W tym czasie przybył chłopak, który przynosił pasterzom żywność ze wsi, i spytał:

– Czy wiecie, bracia, co się stało we wsi?

– A skądże mamy wiedzieć? – odparł któryś.

– Dzisiejszego ranka wyzionął ducha ów sławetny student-pasterz, Chryzostom. Chodzą gadki, że umarł z nie­szczęśliwej miłości do tej przeklętej dziewczyny, Marceli, córki bogacza Wilhelma, która w przebraniu pasterki ob­chodziła te okolice.

– Z miłości do Marceli, rzekłeś? – zapytał jeden z pasterzy.

– Tak – odparł chłopak. – I wyobraźcie sobie, że Chryzo­stom zlecił w swym testamencie, aby go pochowano, niby Maura, na polu, u stóp skały, gdzie bije źródło. Według tego co mówią, miał tam ujrzeć Marcelę po raz pierwszy. Nakazał także przed śmiercią wiele innych rzeczy, ale księża ze wsi powiadają, że ich nie trzeba wypełniać, podobne są bowiem do pogańskich obyczajów i wiele niecnotliwości się w nich kryje. Jednakoż student Ambroży, wielki przyjaciel Chryzostoma, który wraz z nim ubiór pasterza przybrał, twierdzi, że woli nieboszczyka nie godzi się stawać na wstręcie i że wszystkie postanowienia co do joty należy wypełnić. Cała wieś tylko o tym gada, ale zdaje się, że Ambroży i inni przyjaciele zmarłego w końcu na swoim postawią i pochowają Chryzo­stoma z wielką okazałością w tym miejscu, o którym rzekłem. Mniemam, że nie od rzeczy byłoby tę ceremonię zobaczyć. Ja przynajmniej pójść tam nie omieszkam, zwłaszcza że jutro do wsi wracać nie potrzebuję.

– Wszyscy pójdziemy! – zawołali pasterze chórem. – Będziemy ciągnęli losy, który ma tutaj pozostać, aby pilnować kóz.

– Dobrze mówisz, Piotrze – rzekł jeden z pasterzy – a nie potrzeba nawet losów ciągnąć, gdyż ja pozostanę. Nie sądźcie jednak, abym się wam chciał przysłużyć albo nie był ciekawy, tylko że przed kilku dniami drzazga mi w nogę weszła, tak iż nie mogę chodzić.

– Tak czy owak, podziękować ci wypada – odparł Piotr.

Don Kichot poprosił pasterza, aby powiedział mu, kim był ów nieboszczyk i jego pasterka.

Pasterz Piotr rzekł, że nieboszczyk był bogatym hidalgiem wywodzącym się z pewnej miejscowości w tych górach. Studiował kilka lat na uniwersytecie w Salamance i wrócił do wsi rodzinnej jako człowiek mądry i w różnych naukach sławny. Gadano, że znał się bardzo na gwiazdach i wiedział, co słońce i księżyc na niebie czynią, umiał bowiem bardzo prawdziwie eklizy słońca i księżyca przepowiedzieć.

– Gdy te dwa wielkie światła mierzchną, nazywa się to eklipsą, a nie eklizą, mój przyjacielu – zauważył Don Kichot.

Piotr, nie zwracając uwagi na te dzieciństwa, ciągnął dalej:

– Odgadywał także, czy rok będzie nieurodzajny, czy rodzajny.

– Chcieliście pewnie powiedzieć: urodzajny, mój przyjacielu – rzekł Don Kichot.

– Rodzajny czy urodzajny – odparł Piotr – to już bez różnicy. Jego ojciec i przyjaciele, którzy wierzyli w każde jego słóweczko, słuchając jego rad, do wielkich majętności doszli. „Siejcie w tym roku owies, a nie pszenicę” – mówił. Innym razem znów: „Siejcie groch, a nie jęczmień. Rok, który nad­chodzi, da wam wielką obfitość oliwy, a przez trzy następne lata ani kropli jej nie będzie”.

– Ta nauka nazywa się astrologią – wtrącił Don Kichot.

– Nie wiem, jak się ona nazywa – odparł Piotr – to tylko mi wiadomo, że umiał wszystko, a może jeszcze i więcej.

Kilka miesięcy po powrocie z Salamanki zrzucił długą suknię, którą nosił jako student, i ukazał się wszystkim jako pasterz, w koszulce, w skórach i z laską pasterską w dłoni. W tym samym czasie przebrał się też za pasterza jego towa­rzysz ze szkolnej ławy, Ambroży. Zapomniałem wam rzec, że nieboszczyk Chryzostom miał specjalne talenta w składaniu kolęd na Boże Narodzenie i autosów, które w dniu Bożego Ciała chłopcy z naszej wioski bardzo udatnie przedstawiali. Każdy mówił, że te piosenki są wyśmienite.

Wieśniacy ujrzawszy, że ci dwaj studenci tak nagle w pas­terzy się przedzierzgnęli, zdziwili się bardzo i jęli w głowę zachodzić, co za przyczyna przywiodła ich do tego.

W tym czasie umarł ojciec Chryzostoma i nasz pasterz stał się panem wielkiego majątku tak we włościach, jak i w gotowiźnie, wielkiej ilości różnych trzód a także ogrom­nej kupy grosza. Prawdę rzekłszy, Chryzostom zasłużył sobie na to, gdyż był człekiem bardzo litościwym, przy­jacielem ludzi szlachetnych, zacnym towarzyszem; twarz miał do tego jak anioł. Później wyszło na jaw, że Chry­zostom przybrał strój pasterski tylko dlatego, aby pójść w góry i lasy za pasterką Marcelą, w której na zabój się rozmiłował.

Teraz zaś chcę wam powiedzieć, panie rycerzu, kto jest ta młódka, gdyż może być, a raczej na pewno, nie słyszeliście w życiu nigdy o czymś podobnym i nie usłyszycie, choćbyście dłużej na świecie żyli niż sarna.

– Mówcie „Sara” – odparł Don Kichot, który nie mógł już ścierpieć ustawicznego przekręcania słów.

– Dość czasu żyła już sarna – odparł Piotr – a jeśli, panie, za każde słóweczko będziecie mnie strofować, tedy i przez rok mojej opowieści nie skończę.

– Wybacz mi, przyjacielu – rzekł Don Kichot – gdyż rzek­łem to jedynie z powodu tej wielkiej różnicy, jaka między sarną a Sarą zachodzi. Teraz zaś zmierzaj prosto do końca, gdyż i to racja, że sarna zawsze dłuższy żywot mieć będzie niż Sara. Już ci nawet replikować nie będę.

– Wspomniałem wam, panie, że we wsi naszej był rolnik jeszcze bogatszy niż ojciec Chryzostoma, a który zwał się Wilhelm. Żona umarła mu, wydając na świat córeczkę. A była to tak zacna niewiasta, że drugiej takiej w całej okolicy nie znaleźć: zawołana gospodyni i wielka opiekunka biedaków. Patrząc na nią, rzekłbyś, że z jednej strony urodziwemu jej obliczu przydaje blasku słońce, z drugiej zaś księżyc. Mnie­mam, że dusza jej cieszy się teraz boską chwałą w niebio­sach. Z żalu po stracie tak dobrej żony zmarł także Wilhelm, zostawiając córkę, Marcelę, małą dziedziczkę dóbr niezmie­rzonych, pod opieką jej wuja – księdza, dobroczyńcy wsi naszej.

Młoda dziewczyna rosła z każdym dniem cudniejsza, tak iż uroda jej przypominała urodę matki, którą natura tak hojnie obdarzyła. Powszechnie mniemano, że piękność Marceli za­ćmi piękność nieboszczki, i tak się też stało. Gdy do czterna­stego czy piętnastego roku życia doszła, człek, który ją ujrzał, błogosławił Boga, że stworzył tak wdzięczną istotę – a dużo mężczyzn całkiem dla niej głowę straciło. Wuj pod surowym chował ją dozorem i strzegł pilnie niby źrenicy oka, mimo to sława jej piękności rozeszła się szeroko po świecie. Mnóstwo zalotników tak z naszej wioski, jak i ze wsi okolicznych, młodzieńców z najlepszych rodzin i urodziwych bardzo, powodując się bądź to miłością do niej, bądź też względami na jej bogactwa, ubiegało się o jej rękę, prosząc, błagając i molestując wuja, aby im ją dał za żonę. Jednak on, dobry chrześcijanin, chociaż widział, że dziewczyna już może wyjść za mąż i choć rad by był jak najprędzej oddać ją w stadło, przecież bez jej woli a zezwolenia uczynić tego nie chciał. Nie godzi się też sądzić, aby ociągając się z wydaniem jej za mąż, miał na widoku jakieś korzyści i intraty płynące z dozoru nad mieniem synowicy. Tę sprawiedliwość oddawano księdzu na naszych we wsi zgromadzeniach. Chciałbym, abyście się dowiedzieli, panie rycerzu, że po wsiach o wszystkim się gada i wszystko się rozważa. I bądźcie, panie błędny rycerzu, pewni, tak jak i ja pewny jestem, że jeśli parafianie dobrze o księdzu mówią, tedy ten ksiądz musi być bardzo zacnym człowiekiem..

– To prawda – odparł Don Kichot – ale opowiadajcie dalej, gdyż gadka jest bardzo piękna, a wy, Piotrze, bardzo pięknie umiecie rzecz swoją prowadzić.

– Mówi się, jak było. Otóż, żebyście wiedzieli, jeżeli wuj – pleban przedstawiał Marceli, jakie przymioty posiada każdy z zalotników, prosząc ją, aby wybrała kogoś wedle swej woli i gustu, młódka odpowiadała, że jeszcze do zamęścia się nie kwapi, gdyż bardzo młodą będąc, czuje, że nie mogłaby jarzmu małżeńskiemu podołać. Wykręty te na pierwszy rzut oka wyglądały na bardzo słuszne racje i wuj przestał ją nagabywać, czekając, aż będzie starsza i nieprzymuszenie męża sobie wybierze; twierdził bowiem słusznie, że rodzice w tej mierze woli swych dzieciątek gwałcić nie powinni. Lecz oto pewnego dnia, niespodzianie dla wszystkich, piękna i dumna Marcela stała się pasterką. Wuj i wszyscy mieszkań­cy wsi daremnie starali się odwieść ją od tego zamiaru. Poszła w pole wraz z innymi młódkami, aby trzódki swej dozorować.

Gdy ukazała się tedy na świecie w całym blasku swej urody, zaraz mnóstwo bogatych młodzieńców, tak szlachci­ców, jak i kmieci, włożyło te same co Chryzostom szaty i ruszyło w sielskie do niej zaloty. Jednym z tej rzeszy, jak się już mówiło, był nasz nieboszczyk, o którym mówiono, że nie tylko kochał ją, ale i ubóstwiał. Niechajże jednak nikt nie sądzi, że Marcela, obrawszy sobie tak swobodny a nieprzymu­szony tryb życia, miała choćby o włos mniejsze baczenie da­wać na przystojność swoją panieńską – przeciwnie, nad czcią swą i godnością tak surową i pilną straż sprawiała, że żaden z tych, którzy się o jej łaskę ubiegali, nie mógł się pochwalić, aby mu dała jakąś poznakę, że jego pragnienia mogą kiedyś dojść do lubego kresu. Nie stroniła od pasterzy, towarzy­stwem ich nie gardziła, owszem, przestawała z nimi po przy­jacielsku, lecz gdy ktoś się tylko zdradził ze swą miłosną intencją z zacnym i prawym zamiarem pojęcia jej w stadło małżeńskie, zaraz zostawał odrzucony niby kamień z procy. Tak tedy przez owo swoje dziwne przyrodzenie więcej ta młódka szkody w naszych stronach wyrządziła niż morowa zaraza. Jej wdzięk i uroda sprawiały, że wszystkie męskie serca lgnęły do niej, lecz znów jej chłód i wzgarda do rozpa­czy serca te przywodziła.

Nie wiedzieli już, co mają innego robić, więc zwali ją w głos okrutnicą i niewdzięczną i szereg innych nazw jej nadawali, na które zasłużyła. Gdybyście pobyli tu, panie rycerzu, przez czas pewien, usłyszelibyście, że góry i doliny rozbrzmiewają żalami iskargami wzgardzonych miłośników.

W pewnym miejscu, niedaleko stąd, wznosi się ze trzydzieści buków; ani jednego tam nie znajdziesz, na którym nie byłoby wyrżniętego imienia Marceli. Nad imieniem znajduje się cza­sem korona. Nieborak kochanek chciał dać do poznania, że Marcela godna jest korony ludzkiej piękności.

Tutaj wzdycha jeden pasterz, tam się drugi użala, stąd płyną pieśni miłosne, stamtąd znów żałobne i rozpaczne skargi. Są i tacy, co całą noc spędzają, siedząc pod dębem albo u stóp skały i tak w myślach swoich pogrążeni nie zamykają ani na chwilę oczu zapłakanych, aż do chwili gdy słońce na widnokręgu się ukaże. Inni, nie dając odpoczynku wzdychaniom, w naj­gorętsze lata południe leżą rozciągnięci na rozpalonym piasku i posyłają swe skargi do litosnego nieba. Ale ani o tych, ani o tamtych nie dba wcale piękna Marcela i wszystkich karmi równą wzgardą. My, co ją znamy, czekamy tylko, kiedy nadejdzie kres jej nieznośnej pychy i kto będzie tym szczęśliw­cem, co Marcelę ugłaska i będzie rozkoszował się tak niezwyk­łą urodą. Wszystko, com powiedział, jest prawdą najdowodniejszą i nie ma żadnej wątpliwości, że nasz pasterz słuszną podał przyczynę śmierci Chryzostoma.

Radzę wam, panie rycerzu, abyście udali się jutro na jego pogrzeb. Będzie tam na co popatrzeć, gdyż nieboszczyk miał dużo przyjaciół. Miejsce, gdzie kazał się pochować, jest nieda­leko stąd, nie będzie i mili.

– Udam się niezawodnie – odparł Don Kichot. – Wam zaś dziękuję za opowieść, która mi tyle prawdziwego ukonten­towania sprawiła.

– O, nie wiem – odrzekł pasterz – i połowy różnych przygód, które się kochankom Marceli wydarzyły, ale bardzo być może, że jutro spotkamy na drodze jakiegoś pasterza, który wam reszty dopowie. A teraz, panie rycerzu, dobrze by było, abyście pomyśleli o spoczynku gdzieś pod dachem, gdyż chłód nocny mógłby waszej ranie zaszkodzić, chociaż i to prawda, że teraz, gdym ją opatrzył, nie ma się czego obawiać.

Sanczo, który już sto razy przeklął Piotra za jego długie bajanie, nastawał gwałtem na pana, by udał się na spoczynek do szałasu. Don Kichot dał się wreszcie namówić i spędził całą noc na rozmyślaniach o swej damie, Dulcynei, aby w niczym nie ustąpić kochankom Marceli. Sanczo Pansa wyciągnął się na słomie między Rosynantem i osłem i zachrapał nie jak kochanek wzgardzony, ale jak człowiek tęgo wymłócony po grzbiecie.


Rozdział XIII

W którym kończy się historia Marceli
i następują inne zdarzenia

Zaledwie jutrzenka wychyliła się na świat z okna wschodu, gdy pięciu pasterzy podniosło się, aby obudzić Don Kichota i zapytać go, czy jeszcze trwa w zamiarze udania się na uroczysty pogrzeb Chryzostoma, gdyż w tym wypadku gotowi byliby mu towarzyszyć. Don Kichotowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, zerwał się na równe nogi i rozkazał Sanczowi, aby natychmiast okulbaczył konia. Sanczo prędko się zwinął i wkrótce wszyscy ruszyli w drogę.

Nie przebyli jeszcze ćwierci mili, gdy na ścieżce polnej, w bok od gościńca wiodącej, ujrzeli sześciu pasterzy ubranych w czar­ne skóry, z cyprysowymi wieńcami na głowach. Każdy z nich niósł w ręku wiechę ostrokrzewu. Za nimi jechało konno dobrze do podróży opatrzonych dwóch szlachciców, z którymi szło trzech hajduków. Zbliżywszy się do naszych pasterzy, Don Kichota i Sancza, pozdrowili ich dwornie i jęli pytać o cel podróży; a skoro dowiedzieli się, że dążą na pogrzeb, przyłą­czyli się do pocztu. Jeden ze szlachciców, siedzący na koniu, rzekł do swego towarzysza:

– Wydaje mi się, mości Vivaldo, że nie będziemy żałowali czasu poświęconego na oglądanie tej uroczystej ceremonii. Wedle tego, co mówią ci pasterze o zmarłym Chryzostomie i jego morderczyni-kochance, pogrzeb ten musi wypaść okazale.

– O, i ja pewien jestem – odparł Vivaldo – i nie krzywduję sobie, że jeden dzień stracę, gdyż aby tę ceremonię zobaczyć, nawet cztery dni z chęcią bym poświęcił.

Don Kichot zapytał ich, co słyszeli o Marceli i Chryzo­stomie. Szlachcic odpowiedział, że dzisiejszego ranka spotkali tych pasterzy, a widząc ich w żałobnych strojach, zapytali, jaka była tego przyczyna. Wówczas jeden z pasterzy opowiedział historię o urodziwej pasterce, zwanej Marcelą, o afektach, które wielu do niej żywiło, i o śmierci Chryzostoma, na którego pogrzeb teraz dążą. Szlachcic powtórzył zatem dokładnie to, co opowiedział pasterz Piotr, później zaś przerwał swoje opowiada­nie i zapytał, dlaczego to Don Kichot jeździ po spokojniuchnym kraju tak srodze uzbrojony. Na co odpowiedział Don Kichot:

– Stan mój i powołanie nie pozwalają inaczej się pokazywać. Wymyślne przysmaczki, huczne biesiady i gnuśne wczasy dla zniewieściałych dworaków stworzone zostały, ale trudy, znoje, hazardy i szermowanie orężem to udział tych, których świat błędnymi rycerzami zowie. Wśród nich ja, niegodny, niezbyt poczesne miejsce zajmuję.

Zaledwie szlachcice usłyszeli te słowa, nabrali przeświadczenia, że mają do czynienia z szaleńcem. Vivaldo, chcąc się przekonać, jaki to rodzaj obłędu, poprosił, aby mu wyjaśnił, co to są błędni rycerze.

– Widzę, mości panowie – rzekł Don Kichot – że nie czytaliście angielskich kronik i historii mówiących o sławnych poczynaniach króla Artura. Ze starej tradycji, całemu króle­stwu Wielkiej Brytanii wspólnej, wiemy, że król wciąż jeszcze żyje i że tylko sztuczką czarnoksięską w kruka przemieniony został. Kiedy pewien czas upłynie, wróci on na swój stolec królewski, swoje sceptrum i państwo odzyska. Dla tej to racji żaden Angielczyk nigdy kruka zabić się nie poważy. Owóż za czasów tego króla sławny zakon Rycerzy Okrągłego Stołu ustanowiony został, a po szerokim świecie rozeszła się sława miłości pana Lancelota z Jeziora do królowej Ginewry. Orę­downiczką zaś i powiernicą tych afektów była wielce czcigodna dama Kintaniona – o przedmiocie tym mówi sławna romanca, po całej ziemi kastylijskiej śpiewana:

Dam usługami tkliwymi

Nikt nie był tak uraczony.

Jak pan Lancelot, gdy w dom swój

Z bretańskiej powracał ziemi…

romanca, która foremnie i bardzo wdzięcznie dalej rzecz pro­wadzi o pana Lancelota miłości i jego głośnych czynach. Odtąd zakon rycerski zaczął się powoli na ziemi rozszerzać, aby zasłynąć w różnych częściach świata. Wielką sławą okryli się: Amadis z Walii ze wszystkimi swymi dziećmi i wnukami, aż do piątego pokolenia sięgając, dzielny Feliksmart z Hirkanii i Tirant Biały, który nigdy dostatecznie wysławiony być nie może. Za naszych już prawie czasów zajaśniał nieustraszony Don Belianis z Grecji. Oto, co znaczy mości panowie, być błędnym rycerzem. Zakon tego błędnego rycerstwa jest taki, jak rzek­łem. I ja, niegodny, należę do niego, przestrzegając surowo wszystkich reguł, tak jak rycerze, o których tu wspomniałem, przestrzegali ich. Jeżdżę po tych głuszach i ostępach, szukając przygód, abym gdy mi los najstraszliwszą okazję zdarzy, mógł ofiarować ramię swe i życie, narażając je za sprawę słabych inieszczęśliwych.

Usłyszawszy te wywody, podróżni ugruntowali się już w swym mniemaniu, że Don Kichotowi piątej klepki brakuje. Dziwowali się bardzo temu rodzajowi szaleństwa, jak i wszyscy ci, których los wcześniej z naszym rycerzem zetknął.

Vivaldo, człowiek bardzo sprytny i dowcipnego usposobie­nia, chcąc, aby reszta drogi, którą mieli jeszcze do przebycia, wesoło im zbiegła, postanowił przywieść Don Kichota ku temu, aby jeszcze bardziej pofolgował swemu szaleństwu. Rzekł tedy:

– Wydaje mi się, panie rycerzu błędny, że waść wybrał sobie najuciążliwsze i najsurowsze powołanie, jakie tylko jest na świecie, tak iż nawet surowość braciszków kartuzów nie jest taka.

– Bardzo to możliwe, że profesja ta dorównywa jej w suro­wości, ale nie wolno tego w wątpliwość podawać, że nie jest tak samo potrzebna światu. Prawdę rzekłszy, żołnierz, który wyko­nywa zlecenie swego dowódcy-kapitana, nie czyni mniej niż kapitan wydający rozkazy. Chcę przez to powiedzieć, że gdy księża i mnisi modlą się cicho i pokornie do Boga o szczęście dla ziemi, to my, żołnierze i brać rycerska, w widomy kształt ich życzenia a prośby zmieniamy, zapewniając ludziom pomyślność i sprawiedliwość siłą swego ramienia i ostrzami mieczów naszych. A nie czynimy tego gdzieś w bezpiecznym ukryciu, lecz pod niebem otwartym, wystawiając się latem na piekące słońca promienie, zimą zaś trzaskające mrozy znosząc. Jeste­śmy więc namiestnikami Boga na ziemi i ramieniem Jego sprawiedliwości. A jako że wojna i wszystkie sprawy do niej przynależne wiele mozołu, trudu i serdecznego potu wymagają – tedy ci, którzy stanowi rycerskiemu się poświęcają, większej pracy zaznać muszą niż księża i mnisi w błogim spokoju modlący się do Boga.

Nie chcę wcale powiedzieć ani tego nie myślę, aby stan błędnego rycerza miał być równie święty jako stan zakonny, mogę tylko wnosić z tych utrapień i mizeryj, co je znoszę, że bez wątpienia jest to powołanie, które wypełniać należy wśród głodu, pragnienia, nędzy i niewczasu, chodząc w łachmanach i z wszami na ciele. Nie należy sądzić, aby rycerze błędni za dawnych czasów w ciągu całego swego życia nędzy nie za­znawali. A jeśli który z nich dzielnością swego ramienia tego dostąpił, że go cesarzem obwołano, trzeba wierzyć, że darmo mu to nie przyszło, że suto krwią i potem swym za ów splendor zapłacił. Gdyby mu zaś brakło przyjaznych mędrców i czarno­księżników, nigdy by się na ów stopień nie wspiął, lecz ujrzał raczej, że zamysły jego są pogrzebione, a nadzieja oszukana.

– Ja takież mam zdanie o rycerzach błędnych – rzekł Vivaldo – ale wśród wielu innych i ten skrupuł mnie dręczy: dlaczego to, na ten przykład, ważąc się na jakąś wielką i niebezpieczną przygodę, w której życie utracić mogą, nie uciekają się do pomocy i opieki boskiej, jak to każdy prawy chrześcijanin czynić w podobnych okazjach powinien, lecz polecają się swym damom i kochankom z takim nabożeństwem i zapałem, jakby one ich bogiem były? Wydaje mi się, że tkwi w tym coś pogańskiego.

– A, mój panie – odparł Don Kichot – inaczej być nie może, gdyż rycerz błędny, który by innym trybem sobie poczynał, na śmiech ludzki i szyderstwa by się naraził. Jest to starożytny obyczaj błędnego rycerstwa, który żąda, aby rycerz, dokonując czynów sławnych w obecności swej damy, obracał ku niej wzrok pełen miłości i słodyczy i prosił, aby go w swej opiece miała i ratowała ze złej toni. A jeśli go nikt nie słyszy, winien jest mówić po cichu, mrucząc przez zęby niektóre słowa na znak, że z całego serca jej się oddaje. Tysiączne przykłady tego mamy w dziejach. Acz przez to nie można rozumieć, aby rycerz błędny nie miał się i Bogu polecać. Czas jest na wszystko i nawet w samym zgiełku bitewnym upatrzeć na to można chwilę stosowną.

– Jeszcze mam jedną trudność – rzekł podróżny. – Czytałem nieraz, że rycerze błędni, rozmawiając z sobą, łatwo od słów do zwady przychodzą i gniewem się zapalają, później zaś zato­czywszy końmi, aby większy plac mieć do rozpędu, rzucają się na siebie z całym impetem i w pełnym biegu damom swym się przypominają. W takim spotkaniu zawsze prawie się zdarza, że jeden z harcowników z konia na ziemię leci, kopią na wylot przeszyty, co by i drugiemu o maluczki włos mogło się przy­trafić, gdyby się grzywy końskiej nie przytrzymywał. Otóż nie rozumiem, jak ów, który żywot postradał, mógł znaleźć czas na polecenie się Bogu, gdy rozprawa tak szybki obrót wzięła. Słuszniej i zacniej byłoby, aby słowa, z którymi do swej damy się zwraca, na modlitwę do Boga zamienił, gdyż taki jest obowiązek każdego prawego chrześcijanina. Poza tym wątpię, aby wszyscy rycerze błędni mieli damy, których opiece by się polecali, gdyż nie wszyscy przecież są zakochani.

– Nie może to być! – zawołał Don Kichot. – Nie ma bowiem rycerza błędnego bez kochanki, jak nie ma nieba bez gwiazd. Jeszcze nikt takiej historii nie widział ani nie czytał, gdzie by rycerz błędny bez miłości miał być wystawiony. A gdyby się taki i zdarzył, tedy wiedzcie, panie, że nie za prawego rycerza trzymać byśmy go musieli, ale za bękarta, który wszedł do twierdzy rycerstwa naszego nie drzwiami, lecz dostał się do niej, przesadziwszy skokiem mury, niby jakiś hultaj a złodziej.

– Mimo to – rzekł szlachcic – czytałem, że Don Galaor, brat sławnego Amadisa z Walii, nigdy nie miał damy, w której by się ustawicznie kochał i o łaski osobne ją błagał, a przecież nie mniejszym przez to cieszył się szacunkiem jako dzielny i wa­leczny kawaler.

– Jedna jaskółka nie czyni wiosny – odparł Don Kichot – wiem to z pewnego źródła, że rycerz ten w głębi duszy był srodze zakochany, prócz tego zaś zalecał się do wszystkich dam, które mu w oko urodą swoją wpadły, gdyż przyrodzonej swej skłonności na wodzy utrzymać nie mógł. Ale za pewne to kładę, że jedną miał tylko panią swojej woli – damę, której się często i tajemnie polecał, ponieważ, jak się wydaje, był człowiekiem bardzo skrytym.

– Dobrze więc – odparł Vivaldo – lecz jeśli miłość jest rzeczą od stanu rycerskiego nieodłączną, mniemać wypada, że i wy, skoro rycerską profesją się paracie, zakochani być musicie. A ponieważ nie wyglądacie na tak skrytego jak Don Galaor, więc proszę was usilnie w swoim imieniu i w imieniu całej naszej kompanii, abyście nam wyjawić imię waszej kochanki raczyli. Radzi byśmy się też dowiedzieć, skąd ona swój ród wywodzi, jakie ma przymioty i wdzięki. Na pewno zaszczytna to dla niej rzecz będzie, gdy cały świat się dowie, że taki rycerz, jak wy, jest jej zhołdowany.

Tutaj Don Kichot wydał głębokie westchnienie i rzekł:

– Nie mogę ręczyć, czy ta słodka nieprzyjaciółka moja cieszyć się będzie, gdy świat się dowie o pokornych mych służbach dla niej, lecz to powiedzieć mogę (aby dać odpowiedź na pytania zadawane z tak wielką uprzejmością), że imię jej jest Dulcynea, a ojczyzną Toboso, wieś w prowincji La Manczy. Stan jej winien być co najmniej książęcy, jako że jest moją królową i panią. Piękności jej ludzką miarą mierzyć nie można. Wszyst­ko, co tylko poeci damom swym w fantastycznych a niepodob­nych do wiary chwalbach przypisywali, zeszło się w jej urodzie. Jej włosy – to złoto szczere, jej lica – obraz Pól Elizejskich, brwi – to tęcze niebieskie, oczy – dwa słońca, na jagodach – róże prawdziwe, wargi – to koral, zęby – najbielsze perły, a do tego szyja z alabastru, piersi z marmuru, ręce ze słoniowej kości. Białość śniegu niknie przy jej białości, co się zaś reszty tyczy, co przystojność przed oczami śmiertelników kryje, to mniemam, że wdzięki te można wysławiać sobie, ale ich z niczym porów­nywać się nie da, gdyż są bez ceny.

– Chcielibyśmy się także dowiedzieć coś o jej urodzie i paranteli – przerwał Vivaldo. Don Kichot odparł:

– Nie wiedzie swego rodu z dawnych rzymskich Kurcjuszów, Kajusów czy Scypionów, nie pochodzi też od nowoczes­nych Kolonów i Ursynów ani od Monkadów i Rekesenów z Katalonii. Nie liczy wśród swych antenatów Rebellów i Vi­llanowów walenckich, Palafoksów, Nuzów, Rocabertisów, Cerellasów, Lunasów, Alagonasów, Urreasów, Focesów i Querrasów aragońskich, Cerdasów, Manriguesów, Mendocesów i Guzmanów kastylijskich, ani Alencastrosów, Pachlesów i Menenesów portugalskich, lecz należy do rodu Tobosów z La Manczy. Ród ten, nie będąc zbyt starożytny, może stać się w przy­szłości szczepem familii najznakomitszych. A niech mi nikt w tej materii przeczyć się nie waży, jeśli nie chce narazić się na groźbę, którą Zerbin wypisał pod trofeami złożonymi z Orlandowego rynsztunku:

…Kto dotknąć się ich ośmieli,

Pozna Rolanda gniew zapamiętały.

– Aczkolwiek wywodzę się z samych Cachopinesów z Loredo – odparł szlachcic – nie poważyłbym się jednak równać mego rodu z rodem Tobosów z Manczy, choć prawdę rzekłszy, nigdy mi się to nazwisko o uszy nie obiło.

– A, to rzecz niepodobna do wiary! – wykrzyknął Don Kichot.

Wszyscy obecni przysłuchiwali się pilnie tej rozmowie. Na­wet pasterze i koziarze poznali w końcu, że Don Kichot jest człowiekiem na umyśle pomieszanym. Jeden tylko Sanczo wierzył we wszystko, co jego pan mówił, gdyż znał go od dzieciństwa i wiedział, że to człowiek niepospolity. Żywił tylko niejaką wątpliwość co do Dulcynei z Toboso, gdyż choć mieszkał niedaleko od tej wsi, nigdy, jako żywo, nie słyszał o księżniczce podobne imię noszącej.

Jadąc i gawędząc w ten sposób, spostrzegli nagle w wąwozie, między dwiema górami, około dwudziestu pasterzy przybra­nych w czarne skóry, z wieńcami lipowymi i cyprysowymi na głowach. Sześciu z nich niosło trumnę obsypaną kwiatami i przybraną zielenią. Jeden z pasterzy, spostrzegłszy orszak, rzekł:

– Niosą ciało Chryzostoma. Kazał się pochować w tym miejscu, u stóp góry.

Przyspieszyli więc kroku; a czas był już najwyższy, gdyż pasterze zdjęli trumnę z barków i postawili ją na ziemi. Czterech z nich zaczęło żelaznymi drągami i motykami kopać rów u stóp twardej skały. Pasterze powitali się wzajem uprzejmie. Reszta towarzystwa wraz z Don Kichotem jęła się przyglądać trumnie. Spoczywał w niej młodzian trzydzieści lat liczący, w ubraniu pasterskim, cały kwiatami pokryty. Śmierć nie zatarła jeszcze na obliczu śladów urody. Widać było, iż za życia musiał być piękny i kształtnej postaci. Obok niego leżało w trumnie kilka książek i dużo zapisanych papierów. Ci, którzy dół kopali, jak też i ci, którzy patrzyli, zachowywali uroczyste milczenie. Po chwili dopiero jeden z tych, co trumnę na barkach nieśli, rzekł do drugiego:

– Rozejrzyj się dobrze, Ambroży, czy tu jest owo miejsce, gdzie Chryzostom chciał być pochowany, gdyż ani na włos nie chcielibyśmy uchybić jego ostatniej woli.

– Tak, to tutaj – odparł Ambroży. – Mój nieszczęśliwy przyjaciel w tym właśnie miejscu opowiadał mi kilkakrotnie swoją smutną historię. Tutaj ujrzał po raz pierwszy nieubłaga­ną nieprzyjaciółkę rodu męskiego i wyznał jej szlachetną miłość swoją, tutaj też Marcela po raz ostatni nim wzgardziła, tak iż postanowił położyć kres swemu smutnemu życiu. Na wieczną tylu cierpień pamiątkę chciał właśnie, aby go pochowano w tym miejscu.

Ambroży, zwracając się do Don Kichota i wszystkich obec­nych, mówił dalej:

– Śmiertelne te szczątki, na które litosnym okiem teraz spoglądacie, skrywały w sobie duszę uposażoną od Boga najhojniejszymi darami. Oto ciało Chryzostoma, człowieka, który nie miał sobie równego w niepospolitej zacności, dworności i w wielkich umysłu przymiotach. Stały i wierny był w przyjaźni, wspaniałomyślny bez granic, poważny bez zarozumiałości, wesoły przystojną wesołością, jednym słowem, młodzian pierwszy we wszystkim, co szlachetne i dobre, a nie ostatni także w nieszczęściu.

Kochał – a był znienawidzony, ubóstwiał – a wzgardy doznał, błagając okrutnicę – chciał marmur wzruszyć, gonił za chimerą – a żale i jęki słał w pustkę. Służył niewdzięcznicy i oto ma nagrodę: nieubłagana śmierć skosiła go w najpiękniejszej porze życia. Winę jego zgonu ponosi pasterka, którą pragnął unieśmiertelnić, tak aby w pamięci ludzkiej żyła wiecznie. Świadkami prawdy słów moich mogłyby być te papiery, gdyby mi nie polecił oddać ich na pastwę płomieni, skoro ciało jego zostanie już ziemi powierzone.

– Postąpilibyście wobec nich z jeszcze większą surowością i okrucieństwem niż ich pan – rzekł Vivaldo – gdyż nie godzi się wypełniać poleceń zdrowemu rozsądkowi przeciwnych. Cezar August nie byłby przy zdrowych zmysłach, gdyby wykonał to, o co boski mantuańczyk w swym testamencie prosił. Oddajcie tedy, panie Ambroży, ostatnią posługę swe­mu przyjacielowi, ale jego pisma ocalcie od niepamięci, gdyż jeśli w rozżaleniu i gniewie zniszczyć je polecił, to wam tego spełniać nie wolno. Zachowajcie te papiery. Niech okrucień­stwo Marceli zawsze żywe będzie, aby ów przykład kazał innym mieć się na baczności i strzec się przed podobną zgubą. Wszyscy tu obecni, którzy słyszeli historię o waszym nieszczęśliwie zakochanym przyjacielu, znają przyczynę jego śmierci, wiedzą o przyjaźni, jaka was łączyła, i o poleceniach, które dał w ostatniej chwili swego życia; z tego też łatwo osądzić mogą, jak wielkie było okrucieństwo Marceli, jak wielka miłość pasterza i jaki koniec czeka tych, którzy popuściwszy zbytnio wodze swojej skłonności, gonią za złudami szalonego kochania. Dowiedzieliśmy się wczoraj o śmierci Chryzostoma i o tym, że tutaj ma być pochowany; wiedzeni ciekawością i współczuciem nadłożyliśmy drogi, aby tu przy­być i na własne oczy zobaczyć to, co nam tyle boleści sprawi­ło, gdyśmy żałosnej historii słuchali. Ze względu przeto na naszą życzliwość i na pragnienie ożywiające nas (gdyż jeśliby w naszej mocy leżało nieść ratunek, niechybnie byśmy się od tej powinności nie uchylili), proszę was, Ambroży, abyście nie palili tych papierów, lecz do rąk mych je oddali.

I nie czekając na odpowiedź Ambrożego, wyciągnął rękę i schwycił kilka papierów leżących koło Chryzostoma. Am­broży, ujrzawszy to, rzekł:

– Przez uprzejmość zezwalam, panie, abyście zatrzymali te, które już w ręku macie, ale nie proście mnie daremnie, bym reszty nie spalił.

Vivaldo pragnął dowiedzieć się, co zawierają karty, które pochwycił, rzucił na nie okiem i przeczytał tytuł: Pieśń rozpaczy.

Ambroży rzekł:

– To ostatni utwór, który zmarły napisał. Żebyście się, panie, mogli przekonać, do czego go nieszczęście przywiodło, przeczytajcie to pismo głośno; nim grób wykopią, jeszcze sporo czasu upłynie.

– Z wielką ochotą to uczynię – odparł Vivaldo. Wszyscy obecni otoczyli go kołem, on zaś czytał im jasnym głosem, co następuje:


Rozdział XIV

Który przynosi rozpaczliwe wiersze zmarłego pasterza i opowiada o wielu niespodzianych rzeczach

PIEŚŃ CHRYZOSTOMA

Ponieważ chcesz, okrutna, aby ludzka mowa

W każdym świata zakątku jawnie mogła głosić,

Że nieużyte serce w piersiach twoich żywię,

Niech do jęków podobne staną się me słowa,

Niech mi Furia użyczy swej wielkiej wściekłości,

Aby głos mój się zmącił i brzmiał przeraźliwie,

Nim na mego cierpienia tak wydajnej niwie

Z męki i krwi posiewu bujne wzejdą plony,

A głos, co twoje czyny podaje na jaśnię,

Przejdzie w szloch lub na ustach skona bezhałaśnie,

Nim tedy u stóp twoich padnę umęczony,

Nakłoń ucha i słuchaj, miast wdzięcznej piosenki,

Tych skarg bijących w niebo jak piekielne jęki,

Skarg dobytych z mej piersi, przybytku goryczy,

Przez spazm bólu, wieszczących o mym płonnym trudzie,

I o krzywdach doznanych, których nikt nie zliczy.

Ryczenie lwów i dzikich wilków straszne wycie,

Jadowity syk węża, co łuskę odmienia,

Przeraźne głosy bestyj, monstrów i potworów,

Wieszcze kruków krakanie na niebios błękicie,

Huraganów skowyty, wichrów zawodzenia

Lecące skroś wzburzonych nad ziemią przestworów,

Gniew byka ranionego szpadą matadorów,

Owdowiałych gołębi tęskliwe gruchanie,

Śmiech zwiastuna nieszczęścia, smutnego puszczyka,

Jęk skargi, co Tenary ciemne wskroś przenika,

Gdzie orszak potępieńców wieczne ma mieszkanie -

Wszystkie te ryki, wycia, skargi i lamenty

Na dnie duszy się wiążą w jakiś hymn przeklęty,

Który zmysły przeraża i krew w żyłach ścina.

Niech męka ma okrutna światu się objawi,

W nowych słowach, jak nowa boleści kraina.

Tych hymnów potępieńczych nie niosą w świat fale

Ni złote piaski Tagu; echem im nie wtórzą

W słynnym gaiku Betis oliwkowe drzewa.

Na szczytach skał samotne rozbrzmiewają żale

Lub też w głębi abisów, gdzie słów moich burzą

Martwy język czeredy potępieńców śpiewa.

…W jarach, gdzie mrok na słońce ustawnie się gniewa,

W pustyniach nie deptanych nigdy stopą ludzi,

Wśród jadowitych bestyj, które piją wody

Z bagnistych łożysk Nilu… Wśród martwej przyrody,

Co się nigdy na słońca promień nie obudzi -

Rozgłosi się ma boleść niesiona przez echa

I tylko ta w cierpieniu będzie mi pociecha,

Że niezwykłą okrutność twą na całym świecie

Poznają… Niech przynajmniej to w zysku odniosę,

Nim mnie śmierć nieuchronna z tego świata zmiecie.

Wzgarda duszę zabija, cierpliwość znachodzi

Kres, kiedy podejrzenie w duszę się zakrada;

Z większą siłą niż wzgardą zazdrość nas uśmierca.

Jakże ciężko dzień za dniem w tęsknocie przechodzi,

Jakże resztka nadziei walczy na dnie serca

Z przeznaczeniem, któremu na imię zagłada.

Pewna, nieunikniona jest tylko śmierć blada,

A przecież ja, o dziwo, ciągle jeszcze żywię,

Poniechany, samotny, zrozpaczon, wzgardzony,

Wiedząc, że przeciw śmierci nie znajdę obrony,

Że serce wzgardą tylko karmisz litościwie.

Wśród tych wszystkich udręczeń wzrok mój ani razu

Nie ujrzał nigdy w mrokach nadziei obrazu

I już nawet, zrozpaczon, nie staram się o to,

By ścigać te mamidła. Gdy u kresu stanę,

Przysięgam, że nadzieję pożegnam z ochotą.

Czyliż nam wolno wierzyć i drżeć jednocześnie

Przed nieszczęściem?… Wszak bardziej na miejscu jest trwoga

Niż nadzieja!… Czyż mogę, gdy zazdrość straszliwa

Przed wzrokiem moim staje, zamknąć oczy we śnie,

By nie patrzeć, choć każda duszy rana sroga

Na ten widok się jątrzy, pali i rozrywa?

Któż oczu nie otworzy, gdy nielitościwa

Fortuna gorzką zmianę przynosi mu w darze?

Ach, wówczas jasna prawda kłamstwem się nazywa,

Kłamstwo prawdą się staje, a szczęścia ogniwa

Targają brzydkie złości, kłamstwa i potwarze.

O zazdrości, tyranko w Amora krainie,

Skuj te ręce łańcuchem! Niech mi wzgarda minie

Mocny stryczek ukręci i rzuci na szyję.

Lecz oto nawet pamięć zazdrości i wzgardy

Zatarł ból, wśród którego ustawicznie żyję.

Dzisiaj umieram trwając w niepoprawnym błędzie

I nie czekam, aż pierzchną fantazji mamidła,

Aż uderzy mnie szczęścia radosna nowina.

„Do celu dojdzie każdy, kto przed się iść będzie,

Wolną stanie się dusza, której pęta skrzydła

Amor i pod swe jarzmo niezbłagane zgina”.

Mówię, że jej niepamięć jest to moja wina,

Że nad duszą i ciałem sprawiedliwie rządzi

Nieprzyjaciółka moja i tyranka sroga,

Że próżno o swe krzywdy winię tego boga,

Który, władzę sprawując, nigdy nie pobłądzi.

Żywiąc takie mniemania, wezmę stryk do ręki,

By przyspieszyć kres bólu i doczesnej męki,

Przez pasterkę sprawionej sercu nielitośnie.

Zginę, nie myśląc o tym, czy na moim grobie

Laur lub palma pamięci kiedykolwiek wzrośnie.

Obłędne myśli twoje wiodą do zatraty,

Wyrok twój jawny dla mnie: mam zejść w śmierci ciemnie,

Udręczony tym życiem, co karmi goryczą.

Spójrz, jak rany otwarte, jak krwi mej szkarłaty

Płomienią się radością, co powstała we mnie

Na myśl, że wkrótce śmierci staną się zdobyczą.

Jeżeli w tę wyroczną chwilę tajemniczą

Zasłużę, by twych oczu promieniste nieba

Powlokły się mgłą żalu i smutkiem schmurzyły,

Nie czyń tak! Obojętnie zejdę do mogiły.

Kłamliwej twej litości wcale mi nie trzeba!

Przeciwnie, niech twój uśmiech jawnie światu głosi,

Że się cieszysz, gdy dla cię ktoś dziś śmierć ponosi.

Lecz prawda… niepotrzebne daję napomnienia,

Wszak całe szczęście twoje na tym się zasadza,

By ujrzeć jak najprędzej kres mego istnienia.

Czas już wielki! Niech z głębi piekła się wychynie

Tantal ze swoją siecią, niech Syzyf przybywa

Obarczony ciężarem olbrzymich kamieni,

Tytyos zjawi się z sępem, Iksjon w tej godzinie

Niech dalej toczy koło, a Parka straszliwa

Na chwilę w swej ustawnej pracy się nie leni.

Niech wszyscy tchną mi w serce żar swoich płomieni

I głosem przyciszonym smutne nucą pienia:

Hymn należny nieszczęsnym, którym nawet truchła

Odmówiono na ciało!… Niech ta pieśń ogłuchła

Jękiem bije o piekieł posępne sklepienia!

Groźny strażnik podziemi o potrójnej twarzy

W kręgu monstrów, wypełzłych z piekieł korytarzy,

Zaśpiewa pieśń boleści.. Kochanek bez duszy

O żaden pogrzebowy obrzęd me poprosi,

Żadnym bardziej od pieśni owej się nie wzruszy.

Nie trap się, biedna pieśni, że sama na świecie

Zostajesz po mej śmierci, jak sieroce dziecię.

Jeśli zaś z mym nieszczęściem jej szczęśliwość wzrośnie,

Wiecznie smutek zachowaj, aby nawet w grobie

Jęk twej skargi i bólu rozbrzmiewał żałośnie.

Wiersze te wydały się słuchaczom dosyć dobre, chociaż ów, który je czytał, rzekł, że nie bardzo się to wszystko zgadza z tym, co słyszał o przystojności i piękności Marceli. Chryzostom uskarża się w tej pieśni na podejrzenia zazdrości, co przecież przyczynić by mogło uszczerbku dobrej sławie Marceli.

Na to Ambroży, który znał najskrytsze myśli swego przyja­ciela, odparł:

– Abyście, panie, w błędne nie popadli mniemanie, wiedzcie, że gdy nieszczęśnik ową pieśń układał, oddalił się dobrowolnie od Marceli, aby doświadczyć, czy rozłąka zwykłe wrażenie na nim sprawi. A ponieważ zakochanego, gdy tylko od przed­miotu miłości swej się oddali, wszystko udręcza i trwogą napawa, tak tedy i Chryzostomem owładnęła zazdrość na niczym nieoparta i niesłuszne podejrzenia poczęły go trapić. Przyjmijcie więc, panie, za prawdę to, co powszechnie mówią o dobroci Marceli. Jest ona okrutna, wzgardliwa i pyszna nieco, ale nawet zawiść na cnocie jej żadnych skaz się nie doszuka.

Wywody Ambrożego zadowoliły Vivalda, który sięgał już po drugi zwitek papieru ocalony od ognia, aby go przeczytać, gdy nagle wstrzymał się, ujrzawszy czarowne zjawisko. Na szczycie skały, u której stóp kopano grób, ukazała się pasterka Mar­cela, tak piękna, że jej piękność nawet sławę piękności przewyż­szała. Ci, którzy jej dotychczas nie widzieli, patrzyli na nią w milczeniu i z osłupieniem, ludzie zaś już z jej widokiem oswojeni nie mniej od tamtych zdumieni byli.

Zaledwie Ambroży ją ujrzał, zawołał popędliwie gniewnym głosem:

– Czego tu szukasz, okrutny bazyliszku tych gór? Pewnie chcesz obaczyć, czy rany tego nieszczęśliwego, który przez twe okrucieństwo życie postradał, nową krwią w twej obecności spłyną? A może przybywasz, aby chełpić się przed nami z przerażających skutków swego postępku? Może chcesz patrzeć z góry, jak patrzył nieludzki okrutnik, Neron, obejmując spojrzeniem swój płonący Rzym? Pragniesz trącić nogą tego trupa, jak to uczyniła z ojcem niewdzięczna córka Tarkwina? Mów nam, po coś tu przyszła i czego jeszcze żądasz? Wiedząc, że Chryzostom zawsze ci był posłuszny, teraz kiedy jego nie stało, postaram się o to, aby ci wszyscy, którzy jego przyjaciół­mi się mienią, nadal posłuszeństwo ci okazywali.

– Nie przybyłam tutaj, Ambroży, dla żadnego z tych wzglę­dów, któreście wymienili, ale dla swojej obrony, aby wszyscy, którzy mnie krzywd swoich sprawczynią mienią i o śmierć Chryzostoma mnie obwiniają, poznali, że są w błędzie. I dlate­go też proszę wszystkich tu obecnych, aby mi trochę uwagi swej użyczyli. Nie zabiorę dużo czasu ani się nie będę zbytnio nad tym przedmiotem rozwodzić, chcąc ludziom mądrym całą prawdę przedłożyć.

Mówicie, że niebo łaskawe tyle przydało mi urody, iż nie można na mnie spojrzeć, aby nie być przynaglonym do miłości, i że tej konieczności obronić się nie można. Ja zaś winna jestem pokochać was za to, że mi miłość swoją oświadczacie. Rozu­miem przez rozsądek, którym Bóg mnie obdarzył, że wszystko, co piękne, wielką przyjemność sprawia, nie pojmuję jednak, dlaczego ten, co jest kochany, musi zaraz wzajemnością od­płacać temu, który kocha. Może się łatwo przytrafić, że ów wielbiciel piękności szpetnym człowiekiem się okaże, a przez to raczej wzgardy godnym. Czyżbyście mu słuszność przyznali, gdyby rzekł: „Kocham cię, ponieważ jesteś piękna, ty zaś musisz mnie także miłować, chociaż szpetny jestem”? A choćby i piękność z obu stron była jednaka, wcale to nie przesądza, żeby skłonności jednakowe być miały. Najcudniejsze wdzięki, które oczy radują, jeszcze serca w niewolę nie biorą i miłością natchnąć go nie mogą. Jeżeliby każda piękność miłość powo­dowała, hołdując ludzkie serca, cóż by to było na świecie, jak dziwne pomieszanie pragnień, które by z granic swoich wyszły, nie wiedząc, gdzie i kiedy mają się zatrzymać! A ponieważ liczba pięknych rzeczy jest nieskończona, pragnienia też nie­skończone by były. I jeżeli prawdą jest, co słyszałam, że miłość winna być niepodzielna, z wolnego wyboru płynąca i od wszelkiego przymusu wolna, czy można wymagać, abym swoją wolę nagięła, nie mając ku temu innych powodów jak ten, że wy darzycie mnie swym afektem?

Powiedzcie mi, proszę, czy słusznie mogłabym się żalić na brak waszej miłości, gdyby niebo, miast piękną, brzydką mnie uczyniło? A poza tym jeżeli mam cokolwiek urody, zaliż ją sama sobie wybierałam, czy też odebrałam ją tylko z niebios łaskawości? Trudno winić żmiję za ów jad, który dało jej przyrodzenie i którym zabija, trudno także przeklinać mnie za moją piękność. Uroda kobiety, co swej przystojności strzeże, jest jak ogień płonący w oddali albo jak ostrze szpady. Ogień parzy, a szpada rani dopiero wówczas, kiedy się do niej ktoś przybliży. Cześć i cnota to ducha ozdoby, bez których ciało, choćby i piękne było, wydawać się takim nie może. Jeżeli tedy przystojność jest jedną z tych cnót ozdobnych dla ciała i duszy, przeczże miałaby ją tracić ta, co dla swojej piękności jest miłowana, aby zadośćuczynić pragnieniom człowieka, który wszystkich wysiłków i wybiegów używa, chcąc ją przystojności pozbawić?

Urodziłam się wolna, chcąc żyć na osobności, wybrałam ustronia tych gór. Góry i drzewa są mymi towarzyszami. Przezroczyste wody tych strumyczków za zwierciadła mi służą. Lasom i wodom powierzam myśli i piękność im swoją oddaję.

Jestem dalekim ogniem i szpadą, która ciosu nie zada. Tych, którzy na mój widok potracili głowy i zakochali się we mnie, wywiodłam z błędu mymi słowami, a jeśli jeszcze pragnienia ich próżną nadzieją się sycą, to zważywszy na to, że ani cienia przychylności żadnemu z nich nie okazałam, powiedzieć moż­na, iż to raczej upór ich zabija aniżeli moje okrucieństwo. Jeśli staracie się mnie przekonać, że zamiary ich na poczciwości były ugruntowane i że winnam im była wzajemnością odpowiedzieć, to rzeknę wam, że gdy Chryzostom w tym samym miejscu, gdzie teraz grób grzebią, odkrył mi swoją wolę, ja mu odpar­łam, że postanowiłam żyć w wiecznej samotności i oddać naturze wszystko, com od niej otrzymała, gdy już szczątki moje doczesne piękności ziemi powierzone zostaną.

Jeżeli mimo tego ostrzeżenia trwał przy swoim i chciał się na tę nawałność puszczać bez nadziei, zaliż można się dziwić, że zatonął w odmęcie swego szaleństwa? Gdybym go zwodziła pięknymi słówkami, postępek mój zasługiwałby na srogą naga­nę; gdybym go jednak ukontentowała, postąpiłabym wbrew moim dojrzałym postanowieniom i intencjom. Upierał się, chociaż go przestrzegałam, rozpaczał, chociażem go nie niena­widziła. Powiedzcież teraz, czy jest przyczyna, aby mnie winę jego nieszczęścia przypisać? Niech się uskarża ten, który został oszukany, niechże rozpacza człowiek nadzieją omylony – niech ten, którego wybrałam i przygarnęłam, ufność we mnie pokła­da i że szczęścia się swego chełpi, ale niechże nie mówią, że kogokolwiek chciałam zwieść. Wara nazywać mnie okrutnicą i morderczynią! Dotychczas, dzięki niebu, przeznaczenie moje nie chciało, abym pokochała, próżno też oczekiwać, że ta miłość z wyboru się zrodzi. Niechże ta przestroga posłuży wszystkim tym, którzy ubiegają się o moje względy, chcąc mnie dla siebie zdobyć, i niech wiedzą, że jeśli kto śladem Chryzostoma zejdzie z tego świata, nie zazdrość i nie nie­szczęście go zabiją. Kto nie kocha, nie może niczyjej zazdrości powodować, a rozczarowań swych nie wolno nazywać od­niesioną wzgardą.

Ci, którzy zowią mnie bazyliszkiem i dziką bestią, niech uciekają ode mnie jak od niebezpiecznego zła. Kto mnie za niewdzięcznicę poczytuje, niechaj mi nie służy, kto za dziwacz­kę, niechaj mnie nie zna, kto za okrutnicę, niech w moją drogę nie wchodzi, gdyż ta dzika bestia, ten bazyliszek, ta okrutnica i niewdzięcznica nie chce nikogo znać, nikomu służyć ani w niczyje tropy wchodzić. Jeżeli Chryzostoma do śmierci jego pragnienia i niecierpliwości przynagliły, dlaczego oskarżać mnie za moją wstrzemięźliwość, przystojność i dojrzałe po­stanowienie? Tutaj, w otoczeniu przyrody, zachowuję moją czystość i spokojność. Mamże się jej wyzbywać dlatego, że ktoś chce, abym żyła w towarzystwie ludzi? Posiadam, jak wiecie, swoje własne bogactwa i nie pożądam bogactw innych. Stan mój jest wolny; nie chcę iść pod jarzmo, nie chcę kochać ani nienawidzić nikogo. Nikogo nie oszukuję, za nikim się nie ubiegam, z nikogo się nie wyśmiewam, z nikim nie przestaję.

Przystojna rozmowa z pasterkami pochodzącymi z okolicz­nych wiosek i starania o trzodę czas mi wypełniają. Pragnienia moje nie przechodzą granic tych gór, a jeśli myśl dalej wybieży, to tylko po to, aby piękność nieba podziwiać. Jest to krok, który stawia dusza, dążąc do swojej pierwotnej siedziby.

Rzekłszy to, nie chciała już czekać na odpowiedź, tylko obróciła się plecami i zaszyła w gęsty bór, który rósł w pobliżu, zostawiając wszystkich w głębokim podziwie nad jej rozsąd­kiem i pięknością. Kilku kochanków, ranionych strzałą jej promienistego spojrzenia, chciało biec za nią, nie zważając na oświadczenie, które przed chwilą słyszeli.

Gdy Don Kichot to ujrzał, zdało mu się, że nadarza się szczęśliwa sposobność do okazania obowiązków rycerskich, które polegają także na obronie dziewic; położył przeto dłoń na rękojeści miecza i zawołał mocnym, donośnym głosem:

– Niech nikt, jakiejkolwiek byłby kondycji i stanu, nie waży się podążać za piękną Marcelą, jeżeli nie chce się narazić na furię mego gniewu. Dowiodła jasną i wystarczającą relacją, że nie ponosi żadnej winy za śmierć Chryzostoma, i oznajmiła, że daleka jest od okazania przychylności zamiarom kochanków. Zamiast uganiać się za nią i prześladować ją, mieć ją trzeba w należytej czci i zachowaniu, gdyż może ona jedna tylko w tak czystych chęciach na świecie żyje.

Bądź to na skutek pogróżek Don Kichota, bądź też dlatego, że Ambroży prosił pasterzy, aby dokończyli ostatniej przysługi względem jego przyjaciela, dość że nikt się z miejsca nie ruszył, dopóki nie spalono papierów i przy oznakach ogólnej żałości ciała do grobu nie złożono. Przywalono grób ogromnym kamieniem, ale tylko czasowo, gdyż Ambroży oświadczył, że każe przygotować płytę grobową, na której takie epitafium będzie wyryte:

Leżą tu prochy i kości

Kochanka – pasterza owiec.

Drogą nieszczęsnej miłości

Zbłądził na śmierci manowiec.

Umarł odtrącon ze wzgardą

Przez miłą mu okrutnicę.

Tak wszystko władzą swą twardą

Amor przywodzi na nice!

Później zasypano grób mnóstwem kwiatów i przybrano go zielonymi gałęziami. Pasterze, wyraziwszy Ambrożemu słowa ubolewania, pożegnali się z nim. Vivaldo i jego towarzysz także pożegnali Ambrożego. Don Kichot oświadczył wiele grzeczno­ści pasterzom i podróżnym, którzy namawiali go, aby udał się z nimi do Sewilli, gdyż tam na każdej ulicy i w każdym kącie można spotkać przygód co niemiara.

Don Kichot podziękował im za rady i chęci, które miały jego dobro na względzie, i odparł, że teraz nie chce, a nawet nie może jechać do Sewilli, gdyż musi przedtem oczyścić te góry z różnych łotrzyków i rabusiów, od których się tu, jak słyszał, roi.

Podróżni, widząc stałość jego postanowienia, nie chcieli już o nic natrętnie nalegać, pożegnali się z nim przeto i ruszyli w dalszą drogę, w czasie której mogli się do woli zabawiać rozmową o Marceli, Chryzostomie i o szaleństwach Don Kichota.

Rycerz nasz umyślił odszukać pasterkę, aby ofiarować jej wszystkie swoje usługi. Ale rzeczy wzięły obrót całkiem inny, niż myślał, jak o tym ta prawdziwa historia powiada, której część wtóra w tym miejscu koniec swój znajduje.


Rozdział XV

O przykrej przygodzie, jaką zgotował sobie Don Kichot, rzuciwszy się na niecnych mulników Yanguesów

Uczony Cyd Hamet Benengeli opowiada, że Don Kichot pożegnawszy się z pasterzami i wszystkimi, którzy byli obecni na pogrzebie Chryzostoma, ruszył wraz ze swym giermkiem w głąb lasu, gdzie widział znikającą pasterkę Marcelę. Naszukawszy jej się daremnie przez dwie godziny, stanął na łące pełnej zielonej i soczystej trawy. Opodal szemrał cicho ożywczy strumień. Piękne to miejsce zwabiło do wypoczynku pana i sługę podczas godzin najskwarniejszego południa. Zsiedli z wierzchowców i puściwszy Rosynanta i osła luzem na zieloną trawkę, otworzyli sakwy, aby bez zbytnich ceregieli pożywać w przykładnej zgodzie.

Sanczo nie pomyślał o tym, aby spętać Rosynanta, wiedział bowiem, iż jest to bydlę spokojnego przyrodzenia i tak wstrzemięźliwe, że wszystkie najpiękniejsze klacze z pastwisk kordobańskich nie mogłyby uczynić na nim najmniejszego wrażenia. Jednak traf czy też szatan, który nigdy nie śpi, sprawił, że akurat w pobliżu pasło się stado świerzop galicyjskich, należących do podwodników Yanguesów. Leży to w ich obyczaju, że w skwarne południa zatrzymują się na popas w okolicach, gdzie jest pod dostatkiem trawy i wody, a miejsce, które Don Kichot obrał sobie na spoczynek, bardzo im wpadło w oko. Rosynant umyślił pohasać sobie trochę z paniami-kobyłami węszącymi na wszystkie strony. Sprzeniewierzył się swej statecznej naturze i nie pożegnawszy się nawet ze swym panem, dziarskim truchcikiem pocwałował, aby kobyłom swo­ją chęć oznajmić. Ale one, mające, jak się okazało, większy apetyt na paszę niż na miłosne igraszki, przyjęły gacha niezbyt dwornie, zębami i kopytami. Zerwały mu popręgi i ogołociły z siodła. Mulnicy widząc, że ich kobyłom gwałt się dzieje, przybiegli z kijami i wygrzmocili zalotnika tak, że w bardzo żałosnym stanie upadł na ziemię. Don Kichot i Sanczo ujrzaw­szy, jak wytłuczono Rosynanta, pobiegli mu na ratunek ile tchu w piersiach. Rycerz nasz rzekł do giermka:

– Jak widzę, przyjacielu Sanczo, nie są to rycerze, lecz ludzie z gminu i chamy nikczemne. Mówię ci to dlatego, że możesz dopomóc mi, gdy będę brał pomstę za krzywdę, którą w naszej obecności wyrządzono Rosynantowi.

– Do diabła z pomstą – odparł Sanczo – skoro ich jest z górą dwudziestu, a nas dwóch, a może nawet tylko półtora.

– Ja za stu znaczę! – krzyknął Don Kichot i bez zbytnich słów, dobywszy miecza, runął na Yanguesów. Sanczo Pansa, zagrzany przykładem męstwa, ruszył w ślad za swym panem.

Don Kichot za pierwszym zamachem rąbnął mieczem tak okrutnie, że pierwszemu z brzegu mulnikowi przeciął łosi kaftan i odwalił kawał ramienia. Yanguesi spostrzegłszy, że tylko dwóch ludzi na nich nastaje, podczas gdy znaczna przewaga jest po ich stronie, schwycili za swe wielkie drągi i otoczywszy napastników kołem, zaczęli ich młócić co się zmieści. Za drugim omłotem Sanczo padł na ziemię jak długi.

I Don Kichotowi na niewiele się zdał animusz rycerski i zręcz­ność; podzielił los swego giermka i runął pod kopyta Rosynan­ta, który jeszcze nie zdążył się podnieść. Z tego przypadku łatwo można zobaczyć, z jakim impetem pracują kije w rękach osiłków, gdy w gniew wpadną.

Yanguesi ujrzawszy, jakiego spustoszenia dokonali, okulbaczyli kobyły z największym pośpiechem i ruszyli w dalszą drogę, pozostawiając dwóch miłośników przygód w stanie godnym litości.

Pierwszy ocknął się Sanczo Pansa i przyczołgawszy się do swego pana, rzekł głosem cichym i żałosnym:

– Panie Don Kichocie, och, dostojny panie Don Kichocie!

– Czego chcesz, bracie Sanczo? – jęknął nasz rycerz równie żałośnie.

– Chciałbym, jeśli to możliwe, abyście mi dali choćby ze dwa łyki tego nektaru Feo Blas, gdyż ani chybi równie jest on skuteczny na pogruchotane kości, jak i na odniesione rany.

– Ach, gdybym go miał tutaj, nieszczęsny! Czegóż by nam jeszcze było potrzeba – odparł Don Kichot. – Ale przysięgam ci, Sanczo, i daję parol błędnego rycerza, że jeśli fortuna wspak nam nie stanie, będę go miał w swych rękach, nim dwa dni upłyną.

– A jak się panu zdaje, za ile dni będziemy mogli nogą ruszyć? – spytał Sanczo Pansa.

– Prawda – rzekł srodze poturbowany rycerz – że nie umiał­bym tego dnia dokładnie oznaczyć. Sam swojej biedzie jestem winien, gdyż nie godziło mi się imać oręża przeciwko ludziom, którzy rycerzami nie są. Bóg wojny ukarał mnie za przekrocze­nie praw rycerskich. Zważ bacznie, bracie Sanczo, na to, co teraz mówić będę, gdyż jest to rzecz dla naszego wspólnego dobra ważna wielce. Gdy ujrzysz, że podobny hultaj czy ciura nas znieważa, nie oczekuj po próżnicy, abym się brał do oręża, chwytaj natomiast miecz i rozprawiaj się z napastnikami do woli. Jeżeli kilku rycerzy w pomoc im ruszy, będę cię umiał obronić i osłonić całą moją potęgą, gdyż już z różnych do­świadczeń poznałeś, jak daleko sięga dzielność mego strasz­liwego ramienia. (W taką pychę wbił się nasz biedny rycerz, zwyciężywszy dzielnego Biskajczyka).

Sanczowi nie bardzo jakoś w smak poszły te nauki pana, nie pozostawił ich więc bez odpowiedzi.

– Dostojny panie – rzekł – ja jestem usposobiony pokojowo, łagodny i cichy. Umiem jakoś krzywdy w niepamięć puszczać, gdyż mam przecież żonę i potomstwo do wyżywienia. Wiedzcie zatem, dostojny panie, że w żadnym wypadku oręża do ręki nie wezmę, ani przeciwko chłopu, ani przeciwko rycerzowi. Przysięgam tutaj na Boga, że wybaczę wszystkie krzywdy, które mi uczynili albo w przyszłości czynić będą, nie wchodząc już w to zbytnio, czy krzywdzicielem moim będzie człek znaczny czy mały, wielkiego czy chudopacholskiego stanu, słowem, bez różnicy rodu i kondycji.

Don Kichot, usłyszawszy to, rzekł:

– Chciałbym, aby ból, który w boku czuję, trochę mi pofolgował i abym dech w piersiach odzyskał, gdyż wówczas z wiel­kiego błędu bym cię wyprowadził. Słuchaj mnie pilnie, hultaju! Jeżeli fortuna, dotąd tak nam przeciwna, obróci się na naszą korzyść, dmąc w żagle naszego pragnienia, bez żadnych prze­ciwności zawiniemy do portu na jednej z tych wysp, które ci obiecałem. Cóż będzie, powiedz, ciemięgo, jeżeli wyspę tę zdobywszy, sprawowanie rządów nad nią tobie poruczę, ty zaś okażesz się niezdatny do rządzenia, jako że nie jesteś rycerzem ani nie dbasz o to, aby się nim stać, i wcale tego zamiaru nie żywisz, aby mścić się za krzywdy i bronić ziem swego państwa? Zważ także na to, że w krajach i królestwach świeżo zdobytych serca i umysły mieszkańców nigdy nie są zbytnio nakłonione ku nowemu władcy. Nie obejdzie się bez tego, aby nie mieli jakichś spisków knować, spokoju zakłócać i kusić, jak się to mówi, fortunę, pragnąc utraconą wolność odzyskać. Konieczne prze­to jest, by nowy władca miał specjalne przymioty potrzebne do rządzenia i męstwo, aby bronić się w różnych przypadkach.

– W tej przygodzie, która nam się zdarzyła, lepiej by było, abym miał rozum i męstwo, o którym wasza wielmożność powiada. Ręczę jednak słowem biedaka, że bardziej plastrów mi trzeba niż rozmów. Spróbujcie, panie, czy będziecie mogli się podnieść; później dopomożemy dźwignąć się Rosynantowi, choć, jako żywo, na staranie nasze nie zasługuje, gdyż to on był przyczyną tego pobicia. Doprawdy, nigdy bym się tego po Rosynancie nie spodziewał; poczytywałem go za stworzenie spokojne i skromne jak ja sam. Racja to, że nim się kogo pozna, trzeba z nim zjeść beczkę soli i że nie ma nic pewnego pod słońcem. Któż by to pomyślał, że zwyciężywszy tak wspaniałymi sztychami miecza tamtego rycerza, wpadniemy później pod grad kijów, które posypały się na nasze plecy!

– Twoje plecy nawykłe są do podobnych smarowideł – rzekł Don Kichot – ale moje, które wychowane zostały w lnianych i holenderskich płótnach, jeszcze większy ból odczuwają. I jeśli­by, jak sobie to tuszę (co mówię: tuszę – raczej myślę z całą pewnością!), te wszystkie mizerie, nieszczęścia a niewczasy nie były nieodłączne od rycerskiego stanu, umarłbym tutaj pewnie z samej zgryzoty.

Na to odparł giermek:

– Jeżeli wszystkie te niepomyślności sprzęgły się już tak z rycerską profesją, powiedzcie mi tedy, panie, czy one się często zdarzają, czy też mają jakąś porę sobie naznaczoną, jeżeli bowiem z dwóch żniw taki plon otrzymaliśmy, nie zdołamy wytrzymać trzeciego, jeżeli Bóg w niezmierzonej swo­jej dobroci z pomocą nam nie przyjdzie.

– Wiedzcie, przyjacielu Sanczo, że życie błędnych rycerzy, tysiącom niebezpieczeństw i niepowodzeń podlegając, jednak tę moc ma w sobie, że do cesarskich i królewskich godności zdolne jest doprowadzić, jak o tym mówi historia.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.