Dolina mgieł i róż - Agnieszka Krawczyk - ebook
Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 416 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 12 godz. 33 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dolina mgieł i róż - Agnieszka Krawczyk

Historia, która brzmi jakby była z bajki ale przecież mogłaby się wydarzyć...

Pewnego jesiennego wieczoru Sabina Południewska stanęła w drzwiach pałacyku „Pod Graalem i Różą” Potrzebowała natchnienia, które pozwoli jej skończyć kolejną powieść. Gospodynią pensjonatu okazała się przemiła Mila Mossakowska, a jego gośćmi, ekscentryczna kuzynka Carmen, profesor Niewiara, wyjątkowy oryginał, oraz pułkownik Janicki, leciwy mężczyzna, który nie stracił młodzieńczego wigoru.
Sabina poddała się urokowi pięknej doliny i czarowi jej mieszkańców. Dzień po dniu otwierała się na nowe doznania, a świat stawał się piękniejszy. Zawiązała przyjaźń z Teklą Tyczyńską, hrabiną, która tworzyła oszałamiające różane kosmetyki. Spotkała przyjaciela, lekarza, wdowca, który samotnie wychowywał córeczkę,  Julinkę. Sabina znalazła więcej, niż mogła by marzyć. Ale przyszedł dzień wyboru. Czy piękna pisarka posłucha głosu serca?

Opinie o ebooku Dolina mgieł i róż - Agnieszka Krawczyk

Fragment ebooka Dolina mgieł i róż - Agnieszka Krawczyk

1

Był upalny sierpniowy wieczór, gdy Sabina Południewska zjechała z głównej szosy prowadzącej w kierunku Brzózek Wielkich na bitą gruntową drogę do Idy. „Ida, 14 kilometrów”, taki drogowskaz zobaczyła przed zjazdem, zanim posłusznie skręciła na wyboisty i pokryty kurzem trakt. Samochodem szarpało i podrzucało, gdy lawirowała w koleinach wyżłobionych przez cięższe auta i maszyny rolnicze. Pójdzie mi zawieszenie pomyślała i jakby w odpowiedzi niewielki samochodzik zakrztusił się i wyraźnie stracił na mocy. Przejechała jeszcze ze dwa kilometry, walcząc ze słabnącym silnikiem, wreszcie auto skapitulowało i zatrzymało się na środku drogi, w malowniczym zagłębieniu, najwyraźniej wydrążonym przez wodę. Spróbowała zapalić samochód, ale się nie udało. Starter chwilę rzęził, dając jej złudną nadzieję, ale po chwili zamilkł zupełnie. Wysiadła z samochodu, a jej eleganckie zamszowe buty natychmiast utonęły w kurzu. Wyciągnęła telefon brak zasięgu. Tak, w sumie, na co mogła liczyć w tej zapomnianej przez Boga głuszy? Rozejrzała się, obliczając w myślach przejechaną odległość. Nie udało jej się pokonać więcej niż dziewięć kilometrów, zatem od Idy dzieliło jeszcze pięć. Raczej wątpliwe, że ktoś tutaj znajdzie, zwłaszcza że zbliżała się noc. Jeżeli ma się jakoś stąd wydostać, musi sobie radzić sama zamknąć samochód, zabrać bagaż i ruszyć pieszo, co zajmie jej zapewne ponad godzinę. Sabina nigdy nie użalała się nad sobą, tylko natychmiast i w zdecydowany sposób rozwiązywała problem. Działała jak żołnierz, z tą jedyną różnicą, że rozkazy wydawała sobie sama.

Teraz wyciągnęła z rozmachem torbę z bagażnika i postawiła na ziemi. Walizka była bardzo ciężka, więc szanse, że będzie w stanie nieść przez pięć kilometrów żadne. Raczej nie wchodziło w grę, że pociągnie za sobą na rachitycznie wyglądających kółkach. Oczyma wyobraźni ujrzała ten obrazek siebie wlekącą w kurzu i pyle elegancką walizkę w nietypowym kolorze fuksji. wzdrygnęła się, myśląc o śmieszności tej sytuacji. Brakowałoby mi jeszcze tylko futra i już można by powiedzieć „głupia niunia” pomyślała z typowym dla siebie sarkazmem.

Należało zatem posegregować rzeczy na te pierwszej potrzeby oraz zbędne, a potem zabrać ze sobą tylko najważniejsze. Nachyliła się nad walizką i zaczęła przeglądać jej zawartość, gdy nagle coś zaszeleściło w krzakach po drugiej stronie drogi. Nie była strachliwa, ale wpatrzyła się w chaszcze z uwagą mogło to być jakieś zwierzę: wałęsający się pies nie byłby raczej niebezpieczny, podobnie jak zagubiona krowa, gorzej, gdyby z krzaków wyłonił się wilk, choć nie była pewna, czy wilki w ogóle występują w tej okolicy. Na wszelki wypadek otworzyła drzwi samochodu i postawiła nogę na progu, by szybko wskoczyć do środka, gdyby w zaroślach pojawiło się coś budzącego niepokój. Ku jej zdumieniu z krzaków wyszła dziewczynka.

Mogła liczyć dziesięć, góra jedenaście lat. Była bardzo szczupła, wręcz chuda, miała patykowate, niezgrabne nogi i ręce. Pociągła twarzyczka o bardzo regularnych rysach ginęła w burzy jasnych jak słoma włosów, wijących się w setkach sprężynkowatych loków. Patrzyła bystro ogromnymi, niebieskimi oczami, które zdawały się zajmować połowę jej twarzy. Była niezbyt ładnym dzieckiem, ale zapowiadającym się na piękną kobietę.

Odgarnęła włosy z twarzy podrapaną ręką najwyraźniej świeże siniaki i strupki były pamiątką po innych wyprawach odkrywczych zatrzymała się i spojrzała w kierunku Sabiny. Kobietę uderzyło, że nie patrzyła bezpośrednio na nią, ale gdzieś w bok, tuż nad jej ramieniem, jakby unikając kontaktu wzrokowego. Sabina nic nie mówiła, czekając, mała się do niej odezwie, powie choć „dzień dobry” sama nie miała zwyczaju zagadywania dzieci, które raczej lekceważyła.

Dziewczynka milczała. Przeniosła wzrok na Sabinę, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczami. Kobieta zmieszała się pod tym spojrzeniem, bo rzadko kiedy przyglądano się jej w tak otwarty i bezceremonialny sposób.

Dobry wieczór powiedziała więc z wahaniem, zastanawiając się, czy podejść do dziewczynki. W końcu się jednak na to nie zdecydowała. Mała dalej nie odzywała się ani słowem, spoglądając badawczo. Sabina postanowiła nic sobie z tego nie robić. Uznała, że dziewczynka to niewychowana dzikuska i przeszła nad tym do porządku dziennego. Południewską naprawdę mało co obchodziło poza nią samą.

Zepsuł mi się samochód wyjaśniła, pokazując ręką na małe autko, które, tkwiąc w koleinie, prezentowało naprawdę smutny obrazek. Czy mogłabyś mi pomóc...? Sabina znów się zawahała, bo w sumie nie wiedziała, czego oczekuje od tego dziwnego dziecka. Czy powinna poprosić o sprowadzenie odsieczy? Zawiadomienie kogoś, by po nią przyjechał? Tylko kogo? Miała wynajęty co najmniej na miesiąc pokój w znajdującym się w Idzie pensjonacie „Pod Graalem i Różą”, ale wątpiła, by właściciele przybytku o tak pretensjonalnej nazwie byli skłonni wieczorem ratować swoich gości z kłopotów. Choć na pewno powinni podsumowała w myślach z charakterystycznym dla siebie rozdrażnieniem. Było to dla niej bardzo typowe: gdy coś nie szło po jej myśli, złościła się i denerwowała, obwiniając cały świat za swoje niepowodzenie. Tymczasem dziewczynka zbliżyła się do samochodu jakimś zwierzęcym, skradającym się krokiem i niespodziewanie się odezwała:

Krzyś ci pomoże! Ale zanim Sabina zdołała o cokolwiek zapytać, na przykład kim jest ten Krzyś i czy szybko się tu zjawi, mała zniknęła w listowiu.

Południewska oparła się o samochód i wpatrywała w chaszcze, licząc na to, że zobaczy jeszcze dziewczynkę. Niestety, blondynka znikła i najwyraźniej nie miała się już pojawić. Dziwna sprawa pomyślała więc Sabina i wzruszyła ramionami. Jak zwykle była zdana na siebie. Zaczęła zastanawiać się, co najlepiej zrobić. Rozsądek podpowiadał jej, że powinna zabrać kilka najpotrzebniejszych rzeczy i ruszać jak najszybciej w drogę. Z drugiej strony nieznajoma dziewczynka dała jej nadzieję, że sprowadzi pomoc. Tylko czy ów Krzyś naprawdę mógł coś zrobić? Kobieta była pewna, że to jakiś kolega tej małej, który ani nie uruchomi samochodu, ani też nie dojedzie tu swoim autem bo niby jak? Rozzłościła się na dziecko, uznając je za złośliwą istotę, która chciała z niej zakpić i szybko zaczęła wciskać do przepastnej torebki wybrane przedmioty z walizki. Po chwili nie mogła już dopiąć zamka, więc z westchnieniem odłożyła sweter i zaciągnęła suwak. Walizkę z resztą rzeczy wrzuciła do bagażnika i zamknęła samochód. Był zawalidrogą na środku traktu, ale Sabina wątpiła, żeby ktoś tu się pojawił. Skoro przez ostatnią godzinę nie przejechała tędy żywa dusza…

Ruszyła przed siebie, brnąc w kurzu i piasku pokrywającym drogę. Wiedziała, że w takim tempie może nie zdążyć do Idy przed nocą. Zapadał zmierzch. Sabina była mało wrażliwa na uroki natury, ale tym razem musiała przyznać, że jest to najładniejszy wieczór, jaki widziała. Upał zelżał już jakiś czas temu, powietrze się ochłodziło i na niebie pojawiły się szarawe chmury. Zachodzące słońce oświetliło je w ten sposób, że nabrały niezwykłego, lekko fioletowego odcienia. Niebo z kolei było całe w różowych smugach, wyglądających jak niedbałe maźnięcia temperą. Sabina nigdy nie widziała czegoś podobnego. Zatrzymała się i z uniesioną głową wpatrywała się w górę. Ależ tu pięknie! Westchnęła i była to myśl, która się jej wymknęła jakby mimochodem. Południewska wiele wymagała od innych, ale również od siebie, więc starannie cenzurowała swoje uczucia. Nie chciała doznawać wzruszeń, obce jej były „romantyczne paciajstwa”, jak to nazywała, ale teraz nagle uwolniła na chwilę swe serce i myśli. Poddała się im a może ten pomysł wydawcy z przyjazdem tutaj nie był taki zły, jak na początku myślała? Może czeka tu coś niezwykłego (ale co mogłoby to być nie wiedziała i nie chciała się nawet domyślać)? Może wszystko się odmieni? W tym momencie do głosu doszła trzeźwa natura Sabiny, która w mgnieniu oka rozprawiła się z tą uczuciową słabością.

Jedyne, co mnie może tu spotkać, na tej drodze, to że nogę sobie złamię lub wilcy mnie zjedzą powiedziała złośliwie półgłosem, nie zauważając, że już kolejny raz żartuje z siebie.

Przeszła spory kawałek, bo liliowe niebo pokryło się już mrokiem, gdy zdała sobie sprawę, że nie zabrała z samochodu latarki. Gdy zapadnie noc, trudno będzie cokolwiek dostrzec i wtedy sytuacja naprawdę zrobi się groźna. Przestraszyła się i przystanęła na skraju drogi. Już znacznie się oddaliła od samochodu i powrót do niego nie miał sensu, musiała iść naprzód. Jedyna nadzieja, że noc będzie księżycowa i pojawią się gwiazdy.

Noc istotnie była księżycowa a sam księżyc wyglądał jak wielka złota kula, lecz zamiast gwiazd pojawiło się coś innego. Sabina początkowo myślała, że widzi świetliki, ale były to zbliżające się reflektory samochodu. Stanęła z boku drogi, by pojazd nie potrącił jej po ciemku, i na wszelki wypadek zaczęła machać rękami. Auto zatrzymało się tuż przy niej i męski głos zawołał:

Pani Południewska? Przysłano mnie, żebym zawiózł panią do hotelu!

Sabina odetchnęła z ulgą i otworzyła drzwi od strony pasażera. W środku siedział mężczyzna około czterdziestki, o ogorzałej od słońca twarzy i szczerym, wesołym uśmiechu, a na tylnej kanapie tkwiła poznana dzisiaj dziewczynka. Kobieta skinęła jej głową i powiedziała niespodziewanie przyjaznym głosem:

Witaj ponownie. Dziękuję za pomoc! A gdzie jest Krzyś?

Dziwne dziecko nie odpowiedziało, tylko uśmiechnęło się tajemniczo i zapatrzyło w okno.

Mężczyzna roześmiał się.

To ja jestem Krzyś! Krzysztof Dolecki, a to moja córka Julina! Sabina wyciągnęła rękę, darując sobie uwagę na temat dorosłych mężczyzn, do których córki mówią po imieniu, i to w dodatku używając zdrobniałej formy.

Bardzo mi miło wymamrotała, bo nic sensowniejszego nie przychodziło jej do głowy.

Dolecki jednak kontynuował:

Odwieziemy panią do hotelu, musi pani trochę odpocząć. Jutro przyjadę po samochód. Proszę mi dać kluczyki. Jeżeli da się go naprawić na miejscu, zrobię to, a jeżeli awaria jest poważniejsza, doholuję go do Idy i tam naprawię.

Wspaniale powiedziała Sabina, sięgając do torebki. Pan jest mechanikiem?

Niezupełnie, madame! Krzyś się zaśmiał. Choć jednak w sumie tak, naprawiam to, co zepsute. Jestem tutejszym lekarzem!

Południewska spojrzała na niego w zdumieniu. Na końcu języka miała uwagę, że nie tak wyobrażała sobie miejscowego lekarza, ale przecież właściwie nie wiedziała, jak powinien wyglądać wiejski doktor. Gdzieś na granicach podświadomości majaczył jej obraz starszawego jegomościa ze skórzaną walizeczką, w niemodnym garniturze i kapeluszu, ale chyba wzięła go z jakiegoś dawnego filmu. Nie odezwała się zatem i tylko kątem oka spojrzała na Krzysia. Pogwizdywał wesoło i widać było, że cieszy się każdą chwilą. To głupie i niepoważne pomyślała Sabina, która uważała takie entuzjastyczne podejście do życia za podejrzane. Nie ufała zbytnio wesołym ludziom. Nie rozumiała, skąd biorą radość i zawsze sądziła, że nie mogą być szczerzy.

Proszę zobaczyć powiedział tymczasem lekarz, bo właśnie zjechali z piaszczystej drogi pomiędzy małe domki. Tam na wzgórzu widać pałac!

Spojrzała przed siebie. Z prospektu reklamowego, który pokazał jej wydawca, wiedziała, że hotel został urządzony w starym odrestaurowanym pałacu. Kolorowy folder zachwalał uroki okolicy i piękno samego budynku. Musiała przyznać, że nie były to pochwały przesadzone. Na nieodległym wzgórzu widać było solidną, ciężką bryłę budynku, zwieńczoną wysoką wieżą, świetnie widoczną na tle rozświetlonego księżycem nieba. Do pałacu prowadziła wysadzana starymi drzewami aleja oświetlona lampami solarnymi, rzucającymi lekko przytłumione srebrne światło, które nadawało całej okolicy magiczny wygląd. Sabina poddała się przez chwilę urokowi tego miejsca, mając wrażenie, że zbliża się do siedziby czarodzieja.

Właśnie mijamy Upiorną Kapliczkę! rzucił wesoło Dolecki, gdy wjechali w aleję starodrzewu. Czar niezwykłego widoku prysnął, a Sabina obejrzała się z ciekawością za siebie.

Upiorna Kapliczka? Dlaczego tak się nazywa?

Krzyś przyspieszył i się roześmiał.

Ludzie we wsi przez całe lata myśleli, że w niej straszy. Proszę sobie wyobrazić, że pojawiała się przy niej dziwna zjawa, jakby duch, i snuła się nad parkiem. Potem, gdy właściciel pałacu, Witold Mossakowski, zaczął robić remont, okazało się, że kapliczka jest połączona z budynkiem podziemnym przejściem…

Żartuje pan! Nie wierzyła.

On kiwnął głową.

Właśnie tak! W czasach przedwojennych działało tu tajne stowarzyszenie, rodzaj loży masońskiej, które spotykało się w jednym z pokoi w pałacu, tym z labiryntem na podłodze, teraz służącym jako biblioteka. Wymykali się niezauważeni właśnie tunelem prowadzącym do Upiornej Kapliczki. Witold podejrzewał, że mogli się tu też spotykać XIX-wieczni powstańcy i spiskowcy. W tunelu mieścił się szereg pomysłowych urządzeń, które emitowały efekty dźwiękowe i wizualne, zapewne by zniechęcić ciekawskich do penetrowania wnętrza kapliczki.

Niesamowite! Sabina się zdumiała, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w ciemniejący na tle nieba zarys pałacu. Nieświadomie zaczęła odczuwać coś w rodzaju zaciekawienia nowym, tajemniczym miejscem. Pojawił się też niezwykły dla niej dreszcz nadchodzącej przygody. Odprężyła się i po raz pierwszy uśmiechnęła do swego wybawiciela. Krzyś odpowiedział wesołym, łobuzerskim uśmiechem, który już od dawna czaił się w jego szarych oczach, i z fantazją zajechał przed ganek.

Na tarasie pałacu stała jakaś postać, oświetlając podjazd dużą latarnią trzymaną w ręce. Gdy Sabina wysiadła, zobaczyła, że jest to kobieta tuż po trzydziestce, bardzo ładna i w zaawansowanej ciąży. Południewska domyśliła się w niej właścicielki hotelu, Mili Mossakowskiej, o której czytała w prospekcie reklamowym. Mila była żoną Witolda Mossakowskiego, byłego wiceministra, który kilka lat wcześniej kupił podupadający pałac i, przyjechawszy tutaj, zakochał się w tym miejscu bez pamięci. Tutaj poznał też swoją żonę wówczas sołtysa wioski Ida i miłośniczkę astronomii. Sabina musiała przyznać, że gdy czytała historię w folderze, była pewna, że jest to tani chwyt reklamowy dla przyciągnięcia spragnionych romantyzmu naiwniaków. Taki hotel na krańcu świata nie ma zapewne zbyt wielu gości, więc stara się ich zwabić ckliwą historyjką miłosną rodem z kiepskiego romansu szydziła, gdy wydawca podsunął jej prospekt przedstawiający pensjonat „Pod Graalem i Różą” i zaproponował, by dokończyła swoją najnowszą książkę właśnie tam.

Praca od dwóch miesięcy zupełnie jej nie szła, wydawca martwił się, że nie skończy w umówionym terminie, a czytelniczki już od dawna czekały na nową powieść, mocno się niecierpliwiąc. A wszystko wskazywało na to, że z powodu kryzysu twórczego Sabiny książka się nie ukaże. Wydawca, pan Arend, nauczył się w spokoju i z pokorą tolerować humory Południewskiej, która, mimo zmienna w nastrojach i momentami trudna do zniesienia, była bardzo obowiązkowa i zawsze dostarczała rękopis na czas. Teraz jednak nie potrafiła dokończyć książki. Wydawca posunął się nawet do tego, że zaproponował jej pomoc, „sekretarkę”, jak to uroczo nazwał, która pisałaby według wymyślonych przez Sabinę wątków. Ona potraktowała to jako osobistą zniewagę i wyszła z wydawnictwa trzaskając drzwiami. Trzy tygodnie zajęło Arendowi przeczekiwanie jej złego humoru wysyłał kwiaty z przeprosinami i koszyki delikatesowych specjałów. Wszystko na nic. Południewska nie odbierała przesyłek ani telefonów. Wreszcie udało mu się zastać w domu i zaprosić na kolację, podczas której opowiedział o hotelu, wręczył prospekt i zaproponował przynajmniej miesięczny „odpoczynek” w tym cudownym miejscu. Sabina zgodziła się niechętnie. Sama widziała, że coś jest nie tak. Do tej pory bez trudu produkowała jeden bestseller za drugim, wydając ich rocznie kilka. W tym roku męczyła się z jedną powieścią i wyglądało na to, że nie będzie w stanie jej skończyć. Nie miała pojęcia, co zacięło się w tak sprawnie działającej maszynerii. Zawsze szydziła z autorów przeżywających twórcze kryzysy, które uważała za wyraz lenistwa i słabości. Ona sama pisała zawsze szybko i pomysłów jej nie brakowało. A teraz proszę też to dopadło. I, jak się okazało, nie był to efekt lenistwa ani słabości. Codziennie rano siadała przed komputerem i płakała z bezsilności. Słowa, które zazwyczaj tak gładko wychodziły spod jej palców, teraz nie chciały biec. Miała pustkę w głowie, czuła tylko zmęczenie i niechęć. Wielokrotnie próbowała się przemóc, zmusić do napisania choćby kilku zdań, żeby zacząć. Nic. Frazy były tak denerwująco nieporadne, że kasowała je ze wstrętem. A potem znowu płakała, wpatrzona w pusty biały ekran edytora tekstowego, gdzie znacząco migał kursor, który powinien wyznaczać kolejne zapisane zdania, a pokazywał jedynie pustkę. A jeżeli ja już niczego więcej nie napiszę? pomyślała w panice Sabina, siedząc w eleganckiej restauracji, do której zaprosił wydawca. Miała na szczęście dosyć rozsądku, by się z tym nie zdradzać. Arend przekonywał ją, że przemęczenie łatwo będzie pokonać krótkim odpoczynkiem w jakimś inspirującym miejscu i podsunął reklamowy prospekt. Wydawnictwo, zapewnił, pokryje wszystkie koszty, jak zwykle, a ona ma się o nic nie martwić, tylko regenerować siły i pisać.

W innej sytuacji zapewne by go wyśmiała, bo niczego nie znosiła bardziej niż narzucania jej swej woli. Ale teraz była tak zgnębiona swoją niemocą i pełna czarnych myśli, że po krótkim wyszydzaniu tego pomysłu przyjęła propozycję. Wydawca był uszczęśliwiony i najwyraźniej uznał, że widmo nieszczęścia zostało zażegnane. Sabina spakowała torbę, wzięła pudło z notatkami i wyruszyła w drogę. W drogę, która zaprowadziła tutaj do niezwykłego hotelu w starym pałacu, przed którym stała kobieta w jedwabnej sukience, machając lampą. Wygląda jak postać z bajki pomyślała Południewska i przyjemne ciepło rozlało jej się po ciele. Tak, potrzebny był jej taki drogowskaz, którym mogłaby się kierować i znaleźć właściwą ścieżkę. Ale czy znajdzie tutaj? Nie była pewna…

Dojechaliśmy! Wyrwał z zadumy głos Krzysia. Mila na panią czeka, bardzo się niepokoiła o panią! Gdy Julina dotarła do wsi z wiadomością o awarii samochodu, Mila natychmiast chciała po panią jechać, ale wolałem wyręczyć!

Krzyś wyskoczył z samochodu, by otworzyć Sabinie drzwi. Ona wysiadła z wdziękiem i jeszcze raz ogarnęła wzrokiem niecodzienny widok, jakim był pałac oświetlony zimnym światłem księżyca i dziewczyna kołysząca latarnią.

Dziękuję szepnęła tylko, podając Krzysiowi rękę. On skłonił się lekko i niespodziewanie ucałował jej dłoń.

Cała przyjemność po mojej stronie zapewnił i Sabina miała wrażenie, że mówi to szczerze. Ruszyła przed siebie, by przywitać się z właścicielką, która właśnie schodziła po szerokich schodach. Przypomniała sobie jednak o czymś i wróciła do samochodu.

Do widzenia, Julinko! powiedziała ciepłym, miękkim głosem, o który sama by siebie nie podejrzewała. Dziewczynka, wyrwana z zamyślenia, odwróciła się w jej stronę i spojrzała okrągłymi oczami. Na jej twarzyczce pojawił się radosny uśmiech. Nieoczekiwanie wyskoczyła z samochodu i uścisnęła Sabinę. Ta, zupełnie zaskoczona, stała sztywno, patrząc niepewnie, z rękami bezradnie opuszczonymi wzdłuż ciała. Kątem oka dostrzegła zdumienie malujące się na twarzy Krzysia.

Och, nie duś mnie tak powiedziała z lekką przyganą w głosie, bo naprawdę nie znosiła takich sytuacji i zawsze wytrącały z równowagi nieprzewidziane zdarzenia. Julina odskoczyła od niej jak oparzona i stanęła obok ojca. Sabinie zrobiło się trochę wstyd, że tak obcesowo potraktowała dziewczynkę, która nie miała przecież złych zamiarów. Odchrząknęła więc i powiedziała raz jeszcze bezbarwnym i oficjalnym tonem: Do widzenia i dziękuję za wszystko! Potem, nie oglądając się już za siebie, ruszyła w stronę schodów. Usłyszała jeszcze trzask zamykanych drzwi i odgłos startującego silnika. Odjechali.

Pani Sabina Południewska? zapytała kobieta z latarnią, a ona skinęła tylko głową. Jestem Mila Mossakowska, cieszę się, że pani dotarła. Bardzo martwiliśmy się o panią.

Sabina z westchnieniem powiedziała jej, że niepokoi się o samochód pozostawiony bez opieki na środku drogi; przede wszystkim bała się, że unieruchomione auto może spowodować wypadek. Mossakowska rozwiała jej obawy.

Krzyś na pewno od razu tam pojedzie. Przypuszczalnie zaraz naprawi awarię, a jeśli nie, to przyholuje samochód tutaj, proszę się tym nie kłopotać!

Pojedzie teraz? W nocy? Sabina zdziwiła się ogromnie. Z dzieckiem?

Mila skinęła głową, wprowadzając do imponującego holu, z którego widać było wszystkie kondygnacje hotelu. Pałac zbudowany był w dziwny, labiryntowy sposób z głównego westybulu wchodziło się na kolejne piętra, tworzące jakby galerie, z których prowadziły wejścia do pokojów. Konstrukcja ta stwarzała niepokojące wrażenie wydrążonego pnia lub studni, z której stopniowo wychodziło się ku górze. W suficie tej niezwykłej budowli znajdowało się przeszklenie, przez które do środka zaglądał księżyc, chłodny i zagadkowy jak kula perłowego lodu. Na kredensach w holu stały lampy o mlecznych kloszach, rozpraszających przytłumione światło na ścianach i sprzętach. Cienie były wprost niesamowite i Sabina nie mogła oderwać od nich wzroku. Miała wrażenie, że trafiła do nieznanej jej opowieści, w której wszystko może się zdarzyć, a w każdym zakamarku kryje się zaskakująca tajemnica.

Umieściliśmy panią w pokoju na piętrze, nazywamy go Słonecznym. Wyrwała z zamyślenia Mila. Myślę, że będzie pani zadowolona. Jest z niego imponujący widok na dolinę, szczególnie cudowny rankiem, gdy podnoszą się mgły. Pani wydawca, pan Arend, poinformował nas, że potrzebuje pani spokoju, więc daliśmy pani najbardziej intymny pokój, żeby nie przeszkadzali pani inni goście.

Sabinę zdziwił fakt, że jest tu jeszcze ktoś oprócz niej. Naprawdę była przekonana, że takiego miejsca, z dala od głównych traktów turystycznych, nikt nie odwiedza. Ponownie tego wieczoru powstrzymała się z wypowiedzeniem złośliwej uwagi, żeby nie zakłócić uroku tej magicznej chwili. Mila tymczasem trąciła dzwonek na recepcyjnym kontuarze i gdzieś z bocznych drzwi wyskoczył chłopak, a właściwie już młody mężczyzna. Był wysoki, dosyć nieporadny w ruchach, ze śmiejącymi się oczyma.

To jest Mireczek, syn naszej gospodyni przedstawiła go Mila. Pomaga nam tutaj, nosi bagaże naszych gości…

Ja nie mam bagażu powiedziała Sabina zmęczonym głosem, bo nagle zaczęła odczuwać trudy minionego dnia.

Nic nie szkodzi odpowiedział chłopak gorliwie. torebkę pani zaniosę! Panią też mogę zanieść, bo dosłownie słania się pani na nogach.

Sabina krzyknęła z przerażenia na samą myśl o tym, że jakiś nieznajomy dryblas miałby jej dotykać, gdy Mila się roześmiała i poklepała chłopaka po ramieniu.

On tylko żartuje… Mireczku, zaprowadź panią do pokoju Słonecznego.

Chłopak chwycił torebkę Sabiny, którą chwilę wcześniej położyła na ladzie recepcji, i skoczył na schody. Kobieta, chcąc nie chcąc, pospieszyła za tym samozwańczym przewodnikiem.

Proszę zejść na śniadanie koło dziewiątej! krzyknęła za nią Mila. Wszyscy goście schodzą się o tej porze do jadalni.

To się Sabinie bardzo nie podobało. Nie miała najmniejszej ochoty spotykać się z pozostałymi mieszkańcami hotelu. Będą się jej przyglądać, może zadawać jakieś pytania, wymagając, by podtrzymywała rozmowę. Już odwróciła się, by powiedzieć właścicielce, że życzy sobie śniadania do pokoju, ale nagle zrezygnowała. Nie chciała okazać się niegrzeczna. Ponad wszystkie niewygody, które tutaj będzie musiała znosić, najbardziej przerażał fakt, że ktoś mógłby uznać, nie zachowuje się jak dama. Mogła być złośliwa, pełna urazy i niechęci, ale zawsze miała doskonałe maniery. I gdy komuś dokuczyła, robiła to jak królowa, raniąc, ale nie zostawiając śladu.

Mireczek wprowadził do oświetlonego ciepłym światłem pokoju, ukłonił się, bąknął kilka niezrozumiałych słów (najwyraźniej miały to być przeprosiny) i zniknął. Sabina wzruszyła ramionami, klasyfikując go w myślach jako nieszkodliwego przygłupka. Rozejrzała się po pokoju. Był bardzo duży i jasny, a uwagę przykuwały malowidła na suficie przedstawiające słońce. Pomieszczenie miało trzy duże okna, a pod jednym z nich ustawiono szerokie łóżko o metalowych gałkach, zachęcające, by się natychmiast na nim położyć.

Sabina przez chwilę walczyła ze sobą, by jednak wziąć kąpiel, ale szybko się rozgrzeszyła. Łazienki w takich starych domach zazwyczaj okropne niefunkcjonalne i pozbawione ogrzewania. Jeszcze zdąży się nadenerwować niedociągnięciami obsługi. Rozebrała się, znalazła w torebce koszulę nocną i szybko zanurzyła się w pachnącej różanymi płatkami pościeli. Mam nadzieję, że nie mam uczulenia na to chemiczne świństwo, którym spryskują pościel dla zapachu pomyślała jeszcze i już spała.

2

Zbudził wdzierający się do pokoju świt. Przez chwilę nie rozumiała, gdzie jest i co się z nią dzieje. Poranne słońce padało wprost na jej łóżko, więc, mrużąc oczy, wstała i rozejrzała się wokół siebie. Jej wzrok padł na zapierający dech widok z okna. Cała dolina zasnuta była mgłą i wydawała się płynąć w chmurach. Sabina widziała aleję starodrzewu, którą wczoraj przywiózł doktor Dolecki, a nawet zarys Upiornej Kapliczki. Z drugiego okna, sięgającego podłogi i usytuowanego na przeciwległej ścianie, dojrzała pałacowy park, pełen sadzawek, dziwnych budowli i ruin. Wszystko to wyglądało niesamowicie w porannej mgle, snującej się po parku niczym czarodziejski dym. Przedmioty to wyłaniały się, to ginęły w opalizującej poświacie, dając wrażenie nierzeczywistości.

Gdy nasyciła się już tym tańcem mgieł, rozejrzała się wreszcie po pokoju. Nawet ona musiała przyznać, że został urządzony gustownie i ze smakiem. Wyposażony był w starannie odnowione meble z epoki, wśród których rozpoznała wiele najlepszych angielskich marek. W rogu pokoju, tuż przy drzwiach, pysznił się pękaty piec o niezwykłych różnokolorowych kaflach, na których przedstawiono jakieś historie morskie. Obok pieca stała przepastna szafa, a tuż przy łóżku małe biureczko, które zamierzała wykorzystać do pracy. Oprócz nich był tu jeszcze stolik do kawy z tekowego drewna, kilka ozdobnych krzeseł i otomana, na której wczoraj wieczorem nieuważnym gestem postawiła swoją torebkę.

Oględziny pokoju wypadły zadowalająco, ale Sabina bała się bardzo, z czym przyjdzie się jej zmierzyć w łazience. Gdy otworzyła drzwi, krzyknęła ze zdumienia. Miała przed sobą najprawdziwszy salon kąpielowy z wielką żeliwną wanną na wygiętych tygrysich łapach, fotelem, toaletką, która przypominała XIX-wieczną gotowalnię, oraz kolejną otomaną z aksamitnym obiciem. Wszystko utrzymane w dominującym kolorze prowansalskiego błękitu. Jednak prawdziwą ozdobą łazienki było podłużne wąskie okno, pod którym ustawiono toaletkę.

Uwagę Sabiny zwróciły kosmetyki leżące na brzegu wanny dziwne mydła, szampony i płyny, których wcześniej nigdzie nie spotkała. Gdy wzięła do ręki kulę mydła, poczuła niezwykły zapach rezedy, majeranku i wiosennej trawy. Podobną woń miał szampon, którego kilka kropel roztarła sobie na dłoni. Tonik z kolei pachniał dziką różą i bzem. Sabina pokręciła głową i czym prędzej umyła sobie ręce, woda była gorąca i przejrzysta, a zapach kosmetyku utrzymywał się na skórze jeszcze długo po tym, jak wytarła dłonie ręcznikiem. Ciekawe, skąd je sprowadzają pomyślała, oglądając buteleczkę szamponu. Na niezwykłej pożółkłej etykietce napisano tylko z zawijasem „Idealismus”, ale nie było nazwy wytwórni ani miejsca produkcji. Sabina wzięła więc gorącą kąpiel, obficie sypiąc do wody sól o zapachu fiołków i nieznanego jej zioła. Kąpiel nie tylko odświeżyła, lecz także dodała energii i niespodziewanego dla niej optymizmu. Poczuła się głodna i nawet bez przykrości myślała o spotkaniu z mieszkańcami pensjonatu. Zamierzała przy okazji śniadania zapytać właścicielkę o niezwykłe kosmetyki, których delikatny i nienatrętny zapach wciąż czuła na skórze.

Ubrała się prędko, złoszcząc się nieco na siebie, bo do eleganckiej jedwabnej bluzki musiała włożyć wczorajszą spódnicę. Nie lubiła dwa razy z rzędu zakładać tych samych rzeczy, ponieważ uważała, że robią tak wyłącznie osoby pozbawione gustu i klasy. Starannie oczyściła zakurzone buciki, wypakowała torebkę i po kilku minutach była gotowa do zejścia.

Jadalnia mieściła się na lewo od recepcji i miała wejście na boczny taras. Właśnie na nim, korzystając z pięknego poranka, ustawiono stół przykryty białym, silnie nakrochmalonym obrusem, na którym rozstawiono śniadaniowe specjały. Południewska jadała mało, ale poczuła ochotę na pachnącą świeżością bułkę z odrobiną masła. Wszyscy mieszkańcy hotelu byli już przy stole, wymieniając się uwagami o pogodzie, i wejście Sabiny przerwało im rozmowę. Siedząca najbliżej drzwi Mila zerwała się z krzesła, by przywitać nowego gościa.

To jest pani Sabina Południewska przedstawiła ją, a Sabina skinęła wszystkim głową. Cały ten obrazek przypominał jej herbatkę u Zwariowanego Kapelusznika z „Alicji w Krainie Czarów”. I, patrząc na obecnych, zastanawiała się, kto z nich mógłby odgrywać rolę Szaraka Bez Piątej Klepki, a kto Susła.

Mila tymczasem poprowadziła do stołu.

Obok mnie siedzi pan pułkownik Janicki, który przyjechał specjalnie z Anglii odwiedzić rodzinne strony. Pułkownik wstał od stołu, by po wojskowemu stuknąć obcasami. Sabina przyjrzała mu się był to leciwy mężczyzna, który nie stracił młodzieńczego wigoru, tak charakterystycznego dla byłych wojskowych. Miał w sobie siłę i sprężystość, wynikające z dobrego wytrenowania, i gdyby nie siwe, starannie zaczesane do góry włosy i twarz poorana zmarszczkami, Południewska dałaby mu góra pięćdziesiąt lat. Zapewne miał ich o dwie dziesiątki więcej. Obok pułkownika siedziała kobieta o południowym typie urody, z burzą ciemnych loków, która, rozmawiając, gwałtownie gestykulowała i pobrzękiwała srebrnymi bransoletkami na obydwu nadgarstkach.

Moja szwagierka, Carmen Rojas przedstawiła Mila, a egzotyczna dama odezwała się natychmiast do Sabiny dość osobliwą polszczyzną:

Nareszcie przyjechała do nas jakaś niewiasta! Zdechnąć można wśród tych nudnych pryków!

Południewska osłupiała, wpatrując się w cudzoziemkę zdziwionym spojrzeniem. Carmen Rojas klasnęła w dłonie i zerwała się z kanapy, by uściskać.

Cieszę się niepomiernie, że będziesz tu gościć! wykrzyknęła, całując z dubeltówki Sabinę, która, jak zawsze w takich niespodziewanych sytuacjach, cała zesztywniała z odrazy. Myślę, że staniemy się najlepszymi przyjaciółkami od serca dodała jeszcze, przewracając oczami i kładąc wymownie dłoń na obfitej piersi. Sabina szczerze wątpiła, że byłaby się w stanie zaprzyjaźnić z osobą, która robiła na niej wrażenie z lekka pomylonej.

Mila, jakby w odpowiedzi na niezbyt przychylne spojrzenie, którym Południewska obrzuciła jej latynoską krewniaczkę, wznowiła przedstawianie mieszkańców pensjonatu. Sabina jednak nie mogła się otrząsnąć z wrażenia, jakie wywarła na niej Carmen.

Czy z pani szwagierką jest wszystko w porządku? rzuciła szeptem, aby nikt jej nie usłyszał.

Mila machnęła lekceważąco ręką.

Proszę się na nią nie gniewać. Carmen postanowiła nauczyć się samodzielnie polskiego. Robi to, czytając romanse w stylu „Trędowatej” i oglądając z naszym nauczycielem mecze piłki nożnej! Takie połączenie musi dać efekt co najmniej piorunujący, sama pani to przyzna!

Sabina skinęła głową i o nic już więcej nie pytała. Z prawej strony zwariowanej cudzoziemki siedział chuderlawy mężczyzna około pięćdziesiątki, który pochylał się nad talerzem, jakby usiłując z wysiłkiem dostrzec, co na nim ma. Gdy podniósł głowę, by uprzejmie powitać nowo przybyłą, ta zauważyła, że nosi grube okulary o podwójnych soczewkach. Najwyraźniej zmagał się z poważną wadą wzroku. Mila zaprezentowała go jako profesora Niewiarę, który w pensjonacie porządkował materiały do swej pracy naukowej o historii najnowszej.

Do książki sprostował profesor, ponownie schylając się nad talerzem tak nisko, że prawie dotykał nosem jego powierzchni. Sabinie wydało się to nieodparcie zabawne, bo naukowiec przypominał jej bociana z pewnej bajeczki dla dzieci, bezskutecznie usiłującego jeść swym długim dziobem z płaskiego talerza.

Ostatnim biesiadnikiem był młody mężczyzna o jasnych nieuczesanych włosach, którego Mossakowska przedstawiła jako miejscowego nauczyciela przedmiotów humanistycznych, Alberta.

Proszę siadać koło mnie powiedział nauczyciel, machając do Sabiny ręką. Lepiej żeby nie siadała pani przy tych nudziarzach, pułkownik uśpi panią szczegółami z dziedziny wojskowości, a profesor historycznymi gawędami.

Sabina uśmiechnęła się lekko i zajęła wskazane miejsce, oczywiście wyjaśniając przy okazji, że przepada zarówno za wojskowością, jak i za historią.

Tylko tak pani mówi przez grzeczność sprzeciwił się krnąbrny Albert. Nie chce pani zrobić przykrości naszym panom, niestety dosyć wąsko wyspecjalizowanym w konwersacji. Ale gwarantuję, że gdybyśmy zostawili panią na ich pastwę, zasnęłaby pani jak ta śpiąca królewna…

Ale pan Albert oczywiście panią wybawi odezwał się tubalnym głosem pułkownik, wołając jednocześnie w kierunku drzwi do jadalni o dodatkową porcję jajecznicy. Pojawiła się gospodyni, zażywna jejmość w starannie nakrochmalonym fartuchu, i zapytała Sabinę, na co ma ochotę.

Polecam jajko na miękko odezwał się profesor, ponownie wpatrując się w talerz. Pisarka skinęła głową, nie chcąc robić gospodyni przykrości. Zanim jednak otrzymała zamówione śniadanie, na taras wszedł, a właściwie wpadł, doktor Dolecki.

Naprawiłem pani samochód! wykrzyknął jeszcze ze schodów, skinąwszy tylko na powitanie wszystkim zgromadzonym przy stole. Sabina nie posiadała się z radości, zwłaszcza gdy dowiedziała się, że auto stoi już pod bramą pałacu, a Mireczek właśnie przenosi bagaże do jej pokoju.

Czy to było coś poważnego? zapytała uprzejmie, choć tak dalece nie znała się na samochodach i ich awariach, że mógłby jej powiedzieć cokolwiek.

Właśnie nie! Bardzo dziwna sprawa powiedział Krzyś, siadając przy stole na wolnym miejscu obok pułkownika i nalewając sobie kawy do filiżanki. Ktoś musiał czyścić silnik i proszę sobie wyobrazić, że szmata, którą to robiono, zaklinowała się w środku. Po prostu ostrożnie wyciągnąłem voilà samochód jak nowy.

Sabina wyjaśniła mu, że kupiła to używane auto parę tygodni temu i być może ktoś przeprowadzał jakieś naprawy lub czyszczenie, ale ona o tym nic nie wiedziała.

To wiele tłumaczy stwierdził Krzyś, smarując sobie obficie bułkę masłem. Takie praktyki częste dla komisów z samochodami, ale żeby szmatę zostawili w silniku, patałachy! Niepojęte.

Oczywiście Albert wtrącił się złośliwie do rozmowy, wskazując przykład nieudolnych lekarzy, zostawiających w ciałach pacjentów nie tylko chusty chirurgiczne, ale i metalowe narzędzia, lecz Krzyś nie dał się sprowokować.

Nie wiem, do czego pijesz! powiedział. W życiu nie zostawiłem w ciele żadnego mojego pacjenta nie tylko nożyczek, ale nawet najmniejszej igiełki. dla mnie po prostu zbyt cenne.

Możliwe upierał się Albert. Ale przyznaj sam, po operacjach niektórych konowałów pacjenta należałoby zbadać wykrywaczem metalu…

To mi przypomina pewną sprawę z mojego pułku wtrącił się Janicki. Podczas ćwiczeń jeden żołnierz oberwał przez przypadek odłamkiem, głupi był i pchał się, gdzie nie trzeba. No i felczer zszył mu, proszę ja ciebie, to jest proszę państwa, tak pięknie pośladek, że, za przeproszeniem obecnych tu dam, szeregowiec nie mógł przez tydzień siadać na dupie. Zrobili mu prześwietlenie w szpitalu, a tam tkwi kawał blachy z pocisku, cud, że nie dostał zakażenia. Pytają felczera, czemu spartolił robotę, a ten mówi, że nie jest saperem, wykrywacza metalu nie ma… Straszny pijak był ten felczer, ale nikogo na tamten świat nie wyprawił…

Pułkownik rad by jeszcze kontynuować te opowieści, ale przerwała mu Mila, zwracając się do Sabiny:

A pani przyjechała do nas odpocząć czy pracuje pani nad czymś?

Piszę książkę przyznała niechętnie Południewska, a wszyscy się ożywili.

Tak? A o czym? Niewiara się zainteresował, bo najwyraźniej zobaczył w Sabinie pokrewną duszę.

To taka beletryzowana biografia Jane Austen wyjaśniła szybko, a oni skinęli głowami.

Nie wiedzieliśmy, że wydawnictwo „Driada” publikuje takie pozycje powiedziała Mila, nalewając sobie herbaty.

Tak sarknął Albert. Ono zasłynęło raczej z gniotowatych romansideł pani Laury Rossy. Sabina skrzywiła się, a nauczyciel, widząc, że znalazł sojusznika w krytykowaniu tego typu literatury, ciągnął: Zastanawiam się od dawna w czym tkwi fenomen tych żałosnych opowieści! Ta Rossa potrafi jedynie cynicznie grać na uczuciach, ale prawdy w tym nie ma za grosz. Ona po prostu jest nieszczera, wyczuła koniunkturę i eksploatuje bez litości…

Wcale nie uważam, że jest żałosna powiedział cicho Krzyś. Podobało mi się Królestwo morskich fal, to niezła książka i moim zdaniem bardzo prawdziwa…

Nie rozśmieszaj mnie skrzywił się Albert. W życiu bym nie podejrzewał, że czytałeś jakąś jej powieść!

A ty? odgryzł się Krzyś. Myślałem, że interesujesz się wyłącznie krwawymi kryminałami!

Oczywiście, że wolę kryminały! Albert zaczął machać ręką w takt wypowiadanych słów. Mieszkając w tej dziurze potrzebuję odrobiny emocji, której romansidła nie mi w stanie dostarczyć…

Czytałem tylko jedną jej książkę powiedział zniecierpliwionym głosem Krzyś. Ale zrobiłem to bez przykrości!

Bez przykrości! powtórzył Albert pełnym przygany tonem, dając jednocześnie do zrozumienia, jak nisko ceni tego rodzaju literaturę.

A pani zna jej powieści? zapytała szybko Mila, jakby chciała nie dopuścić do dalszej wymiany zdań między doktorem a nauczycielem. W końcu mają panie tego samego wydawcę!

Nie przepadam za romansami stwierdziła Południewska, odwracając się w kierunku Alberta. dla mnie po prostu sztuczne. Nie rozumiem, jak ktoś może coś takiego pisać, udawać, że wczuwa się w problemy innych ludzi, opisywać zdrady i rozstania. Przyznaję, że Rossa rzeczywiście robi to świetnie, potrafi udawać każdego, co rodzi podejrzenia, że sama jest nikim, nie ma żadnego życia, kobieta-kameleon…

Miażdżąca krytyka przyznał Krzyś, a Albert podskoczył na swoim krześle.

Świetnie powiedziane! Ona w ogóle jest cała taka fałszywa, ze swoimi przemyśleniami i morałami. Powinna się Barbarossa nazywać…

À propos wtrącił się pułkownik, którego cała ta rozmowa najwyraźniej nudziła. Czy ja już państwu opowiadałem o kulisach planu Barbarossa? Nie? To bardzo ciekawa operacja i chętnie przybliżę…

Pułkowniku, bez obrazy, ale naprawdę opowiedział pan nam już wszystkie swoje historie z pięćdziesiąt razy! wypalił Albert. Niech się pan zlituje nad panią Sabiną i przestanie, bo pani nam stąd ucieknie, a to zepsuje interes Mossakowskim.

Pisarka uśmiechnęła się lekko, a pułkownik zaczął przekonywać, że wcale nie wzruszają go złośliwości Alberta i doskonale wie, że jego opowieści pasjonujące.

Południewska dokończyła swe skromne śniadanie, pożegnała wszystkich skinieniem głowy i opuściła taras. W holu spotkała Krzysia, który także dopił swoją kawę i najwyraźniej spieszył się do pilnych zajęć.

Dziękuję za naprawienie samochodu powiedziała, a on odwrócił się w jej kierunku. Zauważyła przy tym, że gdy doktor odgarniał sobie jasne, rozwichrzone włosy z czoła, robił to z wdziękiem małego rozbrykanego chłopca. Miał w sobie zresztą łobuzerski urok, ujmujący szczerością i radością życia.

Drobiazg! odparł z uśmiechem Dolecki. To była taka malutka szarada, dużo prostsza niż w przypadku większości moich pacjentów.

Traktuje pan diagnozy jako szarady? zdziwiła się, a on kiwnął głową.

Wyłącznie. Czasami nawet jak fabuły sensacyjne, bo pacjenci dokładają wiele starań, by mnie wprowadzić w błąd pomijają ważne symptomy, wymyślają inne… Pani samochód przynajmniej nie był mnie w stanie oszukać… Gdybym miał samych takich pacjentów, moje życie byłoby bajką!

Sabina nie mogła się nie roześmiać.

Chciałabym się jakoś panu zrewanżować, nie znam się kompletnie na samochodach, ale wydaje mi się, że wbrew temu, co pan mówi, naprawa nie była prosta…

Była, była, zapewniam panią! Ale oczywiście rewanż przyjmę z ochotą, na pewno coś wymyślę może gra pani w brydża lub w scrabble? Tu zawsze brakuje nam partnerów do gry!

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo do holu wpadł Albert, który także najwyraźniej się spieszył.

Muszę jechać na zebranie komitetu do spraw edukacji westchnął. Fascynujące gremium. Średnia wieku sięga siedemdziesiątki i ja stanowczo zaniżam statystykę, dwóch panów cały czas śpi, a pani robi na drutach. Dzisiaj ma nas nawiedzić dyrektor wydziału edukacji, więc będę musiał chyba założyć krawat…

Nie radzę odezwał się Krzyś. Krawatem możesz się przypadkowo udusić, a to byłaby niepowetowana strata…

Tylko wówczas, gdyby ktoś zacisnął mi zdradziecko pętlę odparł wesoło Albert. Ale nie martw się jeszcze parę zebrań tego szacownego komitetu i sam się powieszę z największą rozkoszą. Nie wiem, czy interesuje się pani historią starożytną zwrócił się do Sabiny ale w Grecji mieli taką radę starców, zwanych archontami, każdy z nich zajmował się jakąś inną ważną dziedziną. Podczas naszych spotkań mam zawsze wrażenie, że brakuje nam archonta od zegara! Po prostu nikt nie pilnuje czasu!

Sabina roześmiała się szczerze.

Jadę! krzyknął Albert. Życzcie mi szczęścia!

– Oczywiście! odpowiedziała. Może pan na nas liczyć…

Pani Sabina mówi oczywiście za siebie sprostował Krzyś. Na mnie na pewno nie licz!

Wiedziałem, wiedziałem rzucił jeszcze nauczyciel i dziarsko pobiegł po schodach, przeskakując po dwa stopnie; przed głównym wejściem stał zaparkowany jego samochód, niemiłosiernie obdrapana i powgniatana terenówka.

Julina pytała mnie, czy może przyjść do pani jutro i oprowadzić panią po okolicy zwrócił się do Południewskiej Krzyś, a ona z entuzjazmem, o który się nie podejrzewała, skinęła głową.

Bardzo chętnie! Sama jestem przekonana, że potrzebuję przewodnika!

No to świetnie! ucieszył się. Przyślę około południa, wszystko pani pokaże. A na razie żegnam się, bo muszę wracać do moich pacjentów. Kluczyki od samochodu zostawiłem Mireczkowi, żeby wypakował pani bagaże.

Zniknął za drzwiami, a Sabina z przyjemnością pomyślała o odzyskanych właśnie rzeczach. Choć na dobrą sprawę wspomnienie pudła z rozpoczętą książką wcale nie należało do przyjemnych. Westchnęła i miała właśnie ruszyć schodami do góry, gdy powstrzymał głos Mili.

Czy przysłać pani na górę herbatę i ciasteczka na drugie śniadanie? A może woli pani kanapki?

Sabina odwróciła się.

Bardzo poproszę o kawę, a za ciastka dziękuję! Nie jadam słodyczy!

Oczywiście. Mila się uśmiechnęła. Słyszałam, że umówiła się pani z Juliną. To bardzo dobra dziewczyna i polubiła panią, pokaże pani wszystkie tutejsze atrakcje, a zapewniam, że Ida ma ich bardzo wiele!

Tak odparła Sabina. Rzeczywiście miłe dziecko, tylko takie trochę… dziwne powiedziała z pewnym wahaniem, bo nie bardzo potrafiła określić, co w Julinie tak niepokoi: małomówność, pewien rodzaj nieobecności czy ignorowanie niektórych sytuacji.

Jest dziwna, to prawda. Ma kłopoty z dostosowaniem się do innych. To jedno z zaburzeń związanych z funkcjonowaniem w społeczeństwie, Zespół Aspergera…

Zespół Aspergera? powtórzyła pytająco Południewska. Czy to coś poważnego?

Mila pokręciła głową.

I tak, i nie. Julina jest całkowicie sprawna umysłowo, jej inteligencja znacznie przewyższa średnią, ale z trudem radzi sobie wśród ludzi. Nie do końca potrafi zrozumieć innych, na przykład nie odczytuje ironii, nie rozumie żartów. Przyjmuje świat bardzo wprost, umykają jej pewne komplikacje natury ludzkiej, nie pojmuje finezyjności niektórych społecznych odniesień. Społecznie jest na poziomie małego dziecka i wszystkiego się boi.

Rozumiem powiedziała Sabina, dumając nad jej słowami. Czy powinnam na coś zwrócić uwagę? Zachowywać się w jakiś określony sposób?

Nie, proszę po prostu być sobą. Julina właśnie taką panią polubiła. Proszę tylko przy niej nie żartować, zwłaszcza na jej temat, bo nie zrozumie tego.

Ja nigdy nie żartuję powiedziała ponuro pisarka. A rodzice prowadzą z nią jakąś terapię? zainteresowała się jeszcze. Mało wiem o tego typu zaburzeniach, ale słyszałam, że wymagają intensywnej pracy…

Mila ponownie skinęła głową.

Tak, Krzyś nieustannie z nią ćwiczy, konfrontuje z różnymi sytuacjami życiowymi, uczy zachowań w społeczeństwie. Problem polega jednak na tym, że Julina niechętnie wchodzi w relacje z innymi ludźmi poza nim. Zawsze jest sama. Bawi się osobno, znika na całe godziny, w szkole także trzyma się zawsze na uboczu. Pani jest pierwszą osobą tutaj, z którą nawiązała jakiś kontakt…

A jej matka? zapytała, zdumiona historią dziewczynki, którą w pierwszej chwili oceniła jako niegrzeczną i pozbawioną kultury. Bardzo się myliła.

Matka nie żyje powiedziała szybko Mila. Krzyś mówi, że objawy u Juliny nasiliły się wraz z jej śmiercią. Zmarła na raka dwa lata temu. Mimo że to niewskazane w przypadku osób z Aspergerem, Krzyś postanowił całkowicie zmienić Julinie środowisko i przyjechał z nią tutaj, przyjął posadę wiejskiego lekarza, by córka zapomniała o miejscach kojarzących się jej z chorobą i śmiercią matki… Nazywa to TT, „terapia terytorialna”, cokolwiek może to znaczyć…

Ach, więc to dlatego wyrwało się Sabinie, ale w porę ugryzła się w język.

Co dlatego? podchwyciła Mila, ale Południewska machnęła tylko ręką. Przyślę pani kawę około południa powiedziała więc właścicielka, odwracając się w stronę kontuaru, na którym właśnie rozdzwonił się telefon.

Sabina weszła do swego zalanego światłem słonecznym pokoju. Miała mętlik w głowie. Krzyś, Julina, goście pensjonatu i sam dziwny pałac przerobiony na elegancki hotel wszystko to zaczynało wyglądać inaczej, niż się spodziewała. Wymykało się z rąk. Już nie potrafiła ocenić, porządkować, wydarzenia zaskakiwały ją, mieszały w głowie. Na każdym kroku czekało coś innego, dziwnego i trudnego do zaklasyfikowania według zwykłych reguł. To dlatego zwrócił uwagę na „Królestwo morskich fal” pomyślała, siadając przy biurku, na którym czekało pudło z notatkami i laptop. Bo tam też kobieta umiera na raka. Wszyscy najbardziej lubią „Spojrzenie na góry”, najlepiej się sprzedawało, film też był niezły, ale ja uważam, że „Królestwo morskich fal” to moja najlepsza powieść.

Zmarszczyła brwi, wspominając niedawną dyskusję w jadalni. Albert miał rację. Sama od jakiegoś czasu podejrzewała, że z jej książkami jest coś nie tak. Jeszcze do niedawna pisała je łatwo i szybko, ale miała wrażenie, że narasta rozdźwięk pomiędzy jej własnymi uczuciami i doświadczeniami a tym, co opisuje. Była nieautentyczna, nieszczera. Sabina uważała, że oczywiście nie musi mieć raka, by opisywać cierpienia ludzi dotkniętych chorobą, ale przedstawić skomplikowanych uczuć osób na granicy życia i śmierci, ich lęków, radości, niepokoju i smutku ich bliskich już nie potrafiła. Z zażenowaniem przypomniała sobie opisaną Spojrzeniu na góry śmierć dziecka. Co mogła wiedzieć o cierpieniu matki? Ona, która nie tylko nigdy nie miała dziecka, ale nawet nie troszczyła się o nikogo na tyle, by drżeć o jego los?

Albert ma rację powiedziała do siebie, włączając komputer. Do tej pory potrafiłam jedynie przedstawić ładnymi słowami wielką pustkę. Zawsze tak dbałam o język, starannie dobierałam słowa, by brzmiały pięknie i czarowały swym urokiem. Tylko że za piękną fasadą nic się nie kryło!

Rozbolało serce. To, do czego doszła, wcale nie było przyjemne. Miała wrażenie, że lata jej pracy, sukces, jaki odniosła, nie nic warte. Bo tak naprawdę nie miała ludziom nic do powiedzenia.

Zapatrzyła się w rozpoczętą powieść, zatytułowaną „W dolinie mgieł”. Zawsze pisanie książki zaczynała od tytułu, to była taka jej mała sztuczka, przyzwyczajenie, z którego nie zamierzała zrezygnować. Być może nic już więcej nie napiszę! pomyślała i sama się zdziwiła, że nie czuje rozpaczy. Sabina Południewska nienawidziła bowiem Laury Rossy. Przybrała ten pseudonim, wydając pierwszą książkę, ponieważ była wówczas zbyt nieśmiała i wrażliwa na krytykę, by publikować pod własnym nazwiskiem. Powieść ta, zatytułowana W sercu jezior, odniosła gigantyczny sukces, czytelnicy byli spragnieni takich historii prostych, chwytających za serce, przemawiających do każdego. Sabina otrzymywała setki listów od czytelników, którzy odnaleźli w opisywanych zdarzeniach i ludziach siebie. Nie mogła uwierzyć w swój sukces. W sercu jezior napisała dlatego, że szukała jakiegoś sposobu na życie, a pisanie wydawało jej się tak samo dobre jak inne formy zarobkowania. Od tej pory wydawała przynajmniej trzy takie książki rocznie. Każda z nich powiększała okrągłą sumę na koncie, umożliwiając jej wygodne życie, i jednocześnie sprawiała, że Sabina coraz bardziej nienawidziła siebie. To znaczy Laury Rossy. Już od pewnego czasu żyła w jakimś dziwnym rozdwojeniu. Nikt poza wydawcą nie znał prawdziwej tożsamości bestsellerowej pisarki. Laura Rossa udzielała wywiadów wyłącznie przez e-mail, jej zdjęcie na okładce książki tak upozowano, że nie widać było twarzy. Fakt, że autorka jest tak tajemnicza, tylko podbijał sprzedaż. Od lat trwało śledztwo, kim jest kasowa pisarka. Gazety gubiły się w spekulacjach: to mężczyzna, znany zresztą pisarz głównego nurtu, który poczytnymi romansami dorabia do pensji, to eksperyment grupy twórców, piszących pod pseudonimem, wreszcie zagraniczny autor, którego wydawnictwo tylko tłumaczy, dostosowując wydarzenia opisane w książkach do polskich realiów.

Nie trzeba dodawać, że „Driadę” cieszył szum, jaki podnoszono wokół jej sztandarowego produktu. Gdy pierwsza książka została sfilmowana, sensację wzbudziło pojawienie się na planie asystentki, która wyrażała uwagi w imieniu autorki, nieustannie wypowiadając podobną kwestię: „Pani Laura Rossa życzy sobie, żeby…” lub „Pani Laura Rossa nie życzy sobie, aby…”. Nie było tygodnia, żeby Sabina nie przeczytała w internecie enuncjacji na temat swojej tożsamości. Laurą Rossą byli już chyba wszyscy znani polscy pisarze. Jeden z nich, przy okazji popularny publicysta, od razu opublikował w pewnym tygodniku zabawny felieton „Być jak Laura Rossa”, ubolewając w nim, że niestety nie posiadł umiejętności swej bohaterki do pisania romansów i robienia pieniędzy.

Południewska doskonale się tym wszystkim bawiła. Starannie oddzielała siebie-Sabinę od siebie-Laury. Gdy czytała miażdżące recenzje swoich książek (a pojawiały się bardzo często, zwłaszcza gdy nakłady jej powieści zaczęto liczyć w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy), po prostu wzruszała ramionami i za swym wydawcą powtarzała: „psy szczekają, karawana idzie dalej”. Wreszcie ugruntowała się opinia, że Rossa to doskonała autorka, dysponująca wspaniałym stylem i finezyjnym językiem, pisząca o niczym. Cynicznie produkująca jeden bestseller za drugim na zamówienie swoich rozmiłowanych w ckliwych historiach czytelników. Przez długi czas Sabinie to zupełnie nie przeszkadzało. Była to prawda taki sobie znalazła sposób na życie i zarabiała na tym, co umiała najlepiej. W końcu robiła to samo, co lekarz, adwokat czy nauczyciel, tylko w innej branży. Próbowała jedynie sumiennie wykonywać swój zawód. A że ludzie chcieli romansów? Dawała im je. Gdyby chcieli poezji, zapewne zaczęłaby pisać wiersze.

Południewska zawsze oceniała się bardzo krytycznie. Problemem było jednak samo istnienie tego drugiego wcielenia do tej pory potrafiła oddzielić role, jakie pełniła: Laura Rossa była cyniczna, bez zastanowienia wykorzystywała uczucia innych. Sabina z kolei nie akceptowała takiego sposobu widzenia świata. Teraz wszystko się pomieszało Laura prawie całkowicie zdominowała osobowość Sabiny, która miała wrażenie, że zaczyna po trochu od tego wariować. Stała się jeszcze bardziej zgorzkniała i przewrażliwiona. Dodatkowo miała trudności z napisaniem kolejnej książki. Odebrała to jako słuszną karę za podwójne życie. Z drugiej strony obawiała się o dalszą karierę Laury Rossy. Teraz była popularna, ale gdy nie wyda żadnej książki przez kilka lat, ludzie o niej zapomną…

Sabina odnosiła wrażenie, że sama złapała się w pułapkę. Co więcej, nie widziała z niej wyjścia. Poza jednym oczywiście musi zwalczyć kryzys, odrzucić te dziwne wahania i zabrać się do pracy, która zapewnia jej dostatnie życie. To był oczywiście głos Laury, zawsze bezkompromisowej i nieuznającej słabości. Jednakże spod niego, nieśmiało i z dużymi oporami, przedzierał się głos pełnej wątpliwości Sabiny. Był nieznany i jeszcze ciągle słaby, ale Południewska słuchała go ze zdumieniem.

DMiR-EB-3

3

Następnego dnia obudziła się wcześnie i godziny pozostające do śniadania postanowiła poświęcić pracy. Nic jednak jej nie wychodziło i praktycznie cały czas spędziła pogrążając się w rozpaczy. Chyba ze trzydzieści razy układała pierwsze zdanie swojej powieści i żadne jej się nie podobało. Wzorem wielu pisarzy była przekonana, że pierwsze zdanie jest najistotniejsze, bo decyduje o całej atmosferze książki. Nadaje ton opowieści, jest takim „wielkim otwarciem”, ważnym jak pierwszy ruch w szachach. Teraz jednak nie mogła nic wymyślić.

Odchyliła się na krześle, jeszcze raz spojrzała na pusty ekran i westchnęła. Ogarnęło ją niezwykłe dla niej uczucie lęku, a właściwie paniki. Czas uciekał. Miała w głowie wyłącznie pustkę, a poza tym straciła serce do pisania. Może to dziwne, ale litery i słowa zawsze w jej umyśle układały się w przyjazne i kolorowe kształty. Kiedy zasypiała, widziała całe tańce zapisanych słów – jedne wynikały z drugich, rozszczepiały się, tworząc zupełnie nowe treści. Litery również widziała na kolorowo – nie cierpiała na przykład litery E, która dla niej była czarna i włochata jak nogi pająka. W ogóle ta litera była jakaś pajęcza i odpychająca. Dlatego też żadna z bohaterek Sabiny nie nosiła imienia rozpoczynającego się od E. Co innego O – lekkie i przeźroczyste jak bańka mydlana o lekko fioletowym zabarwieniu.

Kiedyś, będąc małą dziewczynką, opowiedziała matce o kolorach liter, ale ta wyśmiała ją i skarciła za fantazjowanie. Sabinie zrobiło się przykro i już nigdy więcej nikomu o tym nie opowiedziała. A potem jako szesnastolatka przeczytała sonet Arthura Rimbaud Samogłoski[1]. I już wiedziała, że na świecie są inni ludzie tacy jak ona, którzy widzą w literach nie tylko graficzne znaki, ukrywające znaczenie słów, ale całe misterne obrazki. Pełne kolorów i kształtów. Ale do tego było potrzebne doskonałe pierwsze zdanie, które jak furtka otwierało dalszą drogę.

Ukryła twarz w dłoniach. Nie płakała, bo wyczerpały się w niej pokłady bezsilności, ale zmęczona próbowała zebrać myśli. Straciłam dar – pomyślała ze smutkiem. Przez jedną szaloną chwilę zastanawiała się, czy nie powinna była przyjąć pomocy wydawcy i nie zatrudnić „sekretarki”, która pisałaby za nią. Nie, to by się nie udało, co najwyżej odwlekło nieuchronne. A nieuniknione było przyznanie się do prawdy – jest skończona jako pisarka, bo nie potrafi już stworzyć żadnej opowieści: mądrej czy głupiej; po prostu żadnej. Słowa ją opuściły, litery przestały do niej przemawiać. Wszystko umilkło.

Zamknęła komputer i schowała go do pudła. Wyciągnęła za to książki Jane Austen, które przywiozła tu jako przykrywkę dla swej prawdziwej pracy, i zatopiła się w lekturze. Nie zeszła nawet na śniadanie i zaniepokojona Mila przysłała do jej pokoju panią Kowalową z tacą.

– Nic panienka nie je – gderała gospodyni, nakrywając jeden z niewielkich stolików pod oknem. – Chudziutka panienka jest jak niedożywione kocię, za przeproszeniem. Za dużo panienka pracuje, moim zdaniem.

Sabina skrzywiła się nad swoją książką. Akurat! Za dużo pracuje! Chciałaby móc pracować… Gospodyni zrozumiała to po swojemu, bo stanęła nad Sabiną, podpierając się pod boki. Wygląda jak ta „Kaśka Kariatyda” z powieści Zapolskiej – pomyślała z rozbawieniem Południewska i nieświadomie się uśmiechnęła. Kowalową to ośmieliło, bo odchrząknęła i powiedziała niepewnym głosem:

– Niech się panna Sabina nie gniewa, ale ja swoje wiem! Pani zdenerwowana jest, jak to mówią – zestresowana. A ja, proszę pani, widywałam ludzi zestresowanych tylko jedną rzeczą – pracą! Odpoczynek jakoś nikogo nie stresuje, prawda?

Sabina z uśmiechem skinęła głową.

– To prawda, pani Gertrudo!

– No właśnie! Ja widzę, że pani tu nawiozła tych wszystkich książek. – Gospodyni zatoczyła ręką koło, wskazując na pudło oraz to, co Sabinie udało się już z niego wypakować. – Terminy panią gonią i się pani denerwuje! Powinna pani to zostawić i wypocząć trochę. Ja nie wiem – pójść na spacer, kwiatów nazbierać albo do spółdzielni się wybrać i czegoś nowego się nauczyć!

– Do spółdzielni? – zainteresowała się Sabina.

– Ano tak – odpowiedziała gospodyni. – Mamy tu taką spółdzielnię wiejską, wie pani – rękodzieło, przetwory domowego wyrobu i inne takie… Żona naszego popa kieruje spółdzielnią, warto pójść, zobaczyć.

Południewska zmarszczyła czoło. Nie interesowały ją przetwory ani rękodzieło, ale w sumie – dlaczego nie? Warto przecież doświadczyć czegoś nowego, posmakować innego życia. Od razu też przypomniały się jej niezwykłe kosmetyki, które zastała w łazience.

– A te kosmetyki? Też spółdzielnia wytwarza? – Ruchem głowy wskazała drzwi łazienki.

Pani Kowalowa zaprzeczyła:

– Nie. Te rzeczy to wyrabia pani hrabina. Wie panienka, dawna właścicielka tego majątku. Ona mieszka tu niedaleko, na granicy parku, i ma w domu całą wytwórnię perfum i innych takich.

– Niesamowite… – Sabina pokręciła głową. – Robi to wszystko w domu?

– Tak, pani Sabinko, z miejscowych surowców, dwie dziewczyny jej pomagają, w tym moja chrześnica, Alinka. Cudowne te mydła są, jak one pachną! Pani Mila to prawie wszystko w Niemczech sprzedaje, ale część bierze dla hotelu, żeby gościom zrobić przyjemność. No, pani Sabino, zagadałyśmy się, a pani dalej nic nie zjadła!

Południewska posłusznie, jak mała dziewczynka, zamknęła książkę i siadła do stołu.

– Czy tę hrabinę można odwiedzić? – zapytała jeszcze, smarując sobie bułkę masłem.

Gospodyni przyświadczyła.

– Oczywiście! Ona bardzo lubi gości! To starsza dama, Mila mówi, że jest bardzo tetryczna, ale ja nie widzę tego u niej. Wręcz przeciwnie, żadnego stetryczenia, wprost kipi energią.

– Ekscentryczna – powiedziała Sabina znad kanapki. – Chyba to miała na myśli Mila… Wspaniałe jedzenie, pani Gertrudo!

– No ja myślę – huknęła od drzwi gospodyni. – Jeszcze mi się żaden gość nie skarżył i da Bóg, że się nie poskarży! Muszę iść, panno Sabino, bo trzeba szykować obiad, a potem kolację. Niech pani nie zapomni o posiłkach.

I zniknęła, zamykając delikatnie drzwi. Południewska, zamyślona, dokończyła śniadanie. Musiała spotkać się z hrabiną. Nie tylko dlatego, że zachwyciły ją produkowane tu kosmetyki. Miała przeczucie, że to spotkanie będzie dla niej ważne, otworzy jakieś nowe drzwi. Czuję się tu, jakbym wchodziła w mgłę – pomyślała, starannie składając talerze. – Sama nie wiem, co czai się za srebrzystą zasłoną. Na pewno nic złego!

Rzuciła jeszcze okiem na pokój, w którym bardzo starannie poukładała swoje rzeczy i wyszła do łazienki się przebrać. Dochodziło południe, jeżeli Julina dotrzyma słowa i przyjdzie, chętnie skorzysta z jej towarzystwa na spacerze, jeżeli się nie zjawi – Sabina wybierze się sama. Nie zawiodła się jednak. Po niedługim czasie rozległo się pukanie do drzwi i w progu stanęła Julinka. Tym razem miała starannie związane włosy i czyste ubranie: długie spodnie i lekką bluzę.

– Witaj, czekałam na ciebie – przywitała ją Sabina, zarzucając na ramiona szal, który chwilę wcześniej przewiesiła przez oparcie fotela.

– Jest dwunasta – powiedziała Julina z urazą. – Niepotrzebnie czekałaś, ja się nigdy nie spóźniam.

Pisarka w lot pojęła, co miała na myśli Mila, mówiąc, że Julina każde słowo pojmuje dosłownie, nie dostrzegając przenośni.

– Idziemy? – zapytała więc, a dziewczynka skinęła głową.