DOKTOR JEKYLL I PAN HYDE - Robert Louis Stevenson - ebook
Wydawca: Vesper Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 110 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka DOKTOR JEKYLL I PAN HYDE - Robert Louis Stevenson

Fascynująca opowieść szkockiego neoromantyka i autora wielu książek przygodowych o

dwoistości ludzkiej natury. Ceniony londyński lekarz Henry Jekyll uważa, że każdy

nosi w sobie dwa przeciwstawne charaktery: jawną prawość i dobroć oraz skrywane zło,

agresję i dążenie do destrukcji. Prowadzi doświadczenia chemiczne, które mają na celu

wynalezienie eliksiru, radykalnie zmieniającego osobowość. Pod osłoną nocy doktor

Jekyll zamienia się w okrutnego pana Hyde’a, który jest ucieleśnieniem zła. Jekyll,

nie mogąc się pogodzić z czynami dokonywanym przez siebie pod postacią Hyde’a,

popełnia samobójstwo.

Powieść Stevensona uznawana jest za portret psychopatologicznej podwójnej osobowości.

DOKTOR JEKYLL I PAN HYDE szybko odniósł ogromny sukces i stał się jednym z

bestsellerów R.L. Stevensona. Pierwsze adaptacje sceniczne książki pojawiły się rok

po jej publikacji, a nowela stała się kanwą wielu filmów.

Opinie o ebooku DOKTOR JEKYLL I PAN HYDE - Robert Louis Stevenson

Fragment ebooka DOKTOR JEKYLL I PAN HYDE - Robert Louis Stevenson




Rozdział 1
OPOWIEŚĆ O PEWNYCH DRZWIACH

 

Pan Utterson, prawnik, odznaczał się twarzą surową, której nigdy nie rozjaśniał uśmiech. Chłodny był przy tym i oschły, oględny w słowach, oszczędny w uczuciach; chudy i długi, ponury i raczej bezbarwny, był mimo to jakoś tam ujmujący. Gdy w towarzystwie smakowało mu wino, jego oczy zdradzały arcyludzką życzliwość, niewyczuwalną w słowach, ale bijącą poniekąd z wymownie milczącej twarzy, częściej jednak i bardziej dobitnie ujawniającą się w jego trybie życia. Nie miał zwyczaju sobie pobłażać: samotnie pił jedynie dżin – tylko tyle, ile uznał za konieczne; nadto, choć lubił teatry, nie przekraczał ich progów od dwudziestu już lat. Co się zaś tyczy bliźnich, jego wyrozumiałość nie znała granic; czasem nawet ogarniał go podziw oraz swoista zawiść na myśl o namiętnościach, pchających innych do niecnych postępków; zawsze też bardziej był skory do pomocy niż do upominania i karcenia. „Wszyscy jesteśmy dziećmi Kaina – mawiał. – Niech każdy na swój sposób skazuje na potępienie swą duszę”. Nierzadko zatem okazywało się, że jest on ostatnim szanowanym człowiekiem, który obcuje z ludźmi upadłymi i który jako ostatni próbuje z upadku ich dźwignąć. Kiedy zwracali się doń osobnicy tego pokroju, traktował ich tak samo jak innych.

Pan Utterson nie musiał w tym celu wielce się wysilać, nie był bowiem nazbyt wylewny, by ująć rzecz najłagodniej. Nawet krąg jego znajomych, jak się może wydawać, odzwierciedlał to dobrodusznie tolerancyjne usposobienie. Jednostki skromne przyjmują z rąk losu wszelkich przyjaciół, jakich los raczy im zesłać; tak też było z naszym prawnikiem. Zażyłe stosunki utrzymywał z krewnymi i z ludźmi, których po prostu znał najdłużej. Przypominał w tym bluszcz, który obrasta ten czy ów przedmiot, nie dbając o jego charakter, byle miał na to dość czasu. Nic więc dziwnego, że zżył się z imć panem Richardem Enfieldem, swym dalekim krewniakiem, człekiem dość dobrze znanym w naszym mieście. Niejeden zachodził w głowę, co też tych dwóch dżentelmenów może mieć ze sobą wspólnego, o czym mogą ze sobą gawędzić. Ci, co widzieli ich w trakcie niedzielnych spacerów, ręczyli, że obaj panowie nie odzywają się do siebie, wyglądają na śmiertelnie znudzonych i z nieskrywaną radością i ulgą witają każdą znajomą twarz. A jednak te wspólne przechadzki były dla obu sprawą niezmiernej wagi, stanowiły bez mała ukoronowanie mijającego tygodnia. Żadne rozkosze tego świata, ba, nawet naglące sprawy zawodowe, nie miały prawa pozbawić ich tej przyjemności czy choćby tylko ją zakłócić.

Traf chciał, że podczas jednej z owych przechadzek kroczyli właśnie pewną boczną uliczką w dosyć ruchliwej części Londynu, uliczką spokojną i cichą, która jednakże w pozostałe dni tygodnia ożywiała się niebywale za sprawą kwitnącego tam handlu. Interesy szły znakomicie, ale że zawsze może być lepiej, sklepikarze prezentowali przed witrynami nadwyżkę towarów, które kokieteryjnie zapraszały do środka, niczym szpaler uśmiechniętych przekupek. Nawet w niedzielę, mniej barwna, mniej urokliwa i raczej pustawa uliczka ta wyróżniała się korzystnie na tle niewesołej okolicy, lśniła niby ognisko w lesie. Wszystkie te świeżo pomalowane żaluzje, połyskujące kraty, ogólna czystość i pogodny charakter cieszyły oko przechodnia.

Za drugim domem, po lewej stronie, jeśli patrzeć od narożnika w kierunku wschodnim, znajdowało się wejście na podwórze, a tuż za nim stał posępny piętrowy budynek bez okien. Na dole widniały jedynie drzwi, a część jego wyższą skrywała ślepa odbarwiona ściana. Całość sprawiała wrażenie zaniedbanej, wręcz zapuszczonej od lat. Wspomniane drzwi, bez dzwonka czy choćby kołatki, zdążyły wyblaknąć i popękać. We wnęce kulili się czasem włóczędzy, niszczący framugę pocieraniem zapałek, na schodkach często urzędowały dzieci, a jakiś urwis raczył zostawić ślady noża na okalających drzwi ornamentach. Wydawać się mogło, że od całego już pokolenia nikt nie przepędzał niechcianych gości i nie naprawiał po nich szkód.

Obaj panowie szli drugą stroną uliczki. Gdy jednak znaleźli się na wysokości tych drzwi, pan Enfield uniósł laskę i, wskazując nią, rzekł:

– Zwrócił pan może kiedy uwagę na te oto drzwi? – Kiedy pan Utterson odpowiedział twierdząco, dodał: – Przywodzą mi na myśl pewną nader osobliwą historię.

– Doprawdy? – odparł jego towarzysz nieco zmienionym głosem. – A cóż to za historia?

– Było to tak – zaczął pan Enfield. – Pewnej ciemnej zimowej nocy, koło trzeciej nad ranem, wracałem do domu z dalekiej wyprawy. Przemierzałem dzielnice, w których nie dawało się dojrzeć nic prócz latarni. Wszyscy mieszkańcy już spali, a każda ulica była rozświetlona jak na procesję i pusta niby kościelna kaplica. W końcu popadłem w stan, w którym człowiek już tylko bacznie nasłuchuje i z utęsknieniem wypatruje policjanta. Wtem dostrzegłem dwie postacie: niewysokiego mężczyznę, który stawiając pośpiesznie wielkie kroki, zmierzał w kierunku wschodnim, oraz ośmio-, może dziesięcioletnią dziewczynkę, która biegła co tchu prostopadłą do tej ulicą. Tak, mój panie, oboje zderzyli się na rogu, ale najgorsze miało dopiero nastąpić. Mężczyzna ów bowiem niemal zadeptał dziewczynkę i dalej szedł w swoją stronę, nie zważając na wrzask leżącego dziecka. Łatwo się o tym mówi, lecz widok to był potworny, jak gdyby nie człowiek, tylko diabelski powóz stratował to biedne stworzenie. Krzyknąłem co sił w płucach, dopadłem jegomościa i doprowadziłem go na powrót do rozpłakanej dziewczynki, przy której skupiła się już gromadka ludzi. Był zupełnie spokojny i nie stawiał oporu, lecz spojrzał na mnie raz wzrokiem tak okrutnym, że nagle cały oblałem się potem. Okazało się, że przy dziewczynce zgromadziła się jej rodzina, do której niebawem dołączył lekarz, ponieważ ktoś zdążył już posłać po niego. Stwierdził on, że dziewczynka nie doznała żadnego uszczerbku na zdrowiu, była jedynie bardzo wystraszona. I na tym rzecz mogła się skończyć, gdyby nie pewna niezwykła okoliczność. O ile bowiem już od pierwszego wejrzenia znienawidziłem mojego dżentelmena i takim samym uczuciem zapałała doń rodzina dziewczynki, o tyle zdumiała mnie postawa lekarza. Był to najzwyczajniejszy medyk, w wieku nieokreślonym, o twarzy nijakiej, mówiący z silnym edynburskim akcentem i o niezbyt emocjonalnej naturze. Tak, mój panie, najdziwniejsze jest to, że teraz nie różnił się on od nas ni trochę: spoglądając na mego więźnia, lekarz bielał na twarzy, żądny rychłego rozlewu krwi. Wiedziałem, co mu chodzi po głowie, jak i on wiedział, co roi się mnie. Zabić człowieka nie mogliśmy wprawdzie, ale coś jednak zrobić się dało. Oznajmiliśmy mu mianowicie, że rozdmuchamy tę sprawę do rozmiarów wielkiego skandalu, tak iż fetor wokół jego nazwiska rozejdzie się po całym Londynie. Straci przyjaciół, zamkną mu kredyt, już my się o to postaramy. Gdyśmy go tak sztorcowali, staraliśmy się zarazem odgrodzić go od kobiet, rozwścieczonych jak harpie, patrzących nań z nienawiścią, jakiej nigdym w życiu nie widział. Tymczasem nasz dżentelmen stał pośrodku, ponury i, by tak rzec, szyderczo spokojny; bał się też bez wątpienia, ale na swój szatański sposób świetnie to ukrywał. „Jeśli pragniecie panowie zbić kapitał na tym wypadku – powiedział – to naturalnie nic tu nie wskóram. Każdy dżentelmen woli uniknąć skandalu. Podajcie żądaną sumę”. Wycisnęliśmy z niego sto funtów na rzecz rodziny poszkodowanej. Widać było jak na dłoni, że chciałby się potargować, lecz nasze groźby brzmiały poważnie, on to wyczuł i zgodził się w końcu. Trzeba było przekazać pieniądze. I, zgadnij pan, dokąd osobnik ów nas potem zawiódł? Do tego oto domu z tymi oto drzwiami! Przekręcił klucz w zamku, wszedł do środka i po chwili wyłonił się z sumą dziesięciu funtów w złotych monetach i czekiem na okaziciela z banku Coutts. Nazwisko wystawcy czeku wolałbym tutaj przemilczeć, chociaż odgrywa w tej opowieści nader doniosłą rolę; powiem tylko, że jest to nazwisko szeroko znane i często widzi się je w druku. Gotówki było niewiele, ale podpis na czeku, jeśli prawdziwy, dawał rękojmię uiszczenia całej zapłaty. Pozwoliłem sobie na głos zauważyć, że sprawa wygląda podejrzanie, że zazwyczaj człowiek nie wchodzi do suteryny o czwartej nad ranem, by tuż potem wyjść z czekiem opiewającym na niemal sto funtów, a podpisanym przez kogoś innego. Mój dżentelmen przyjął to z zimną krwią i spoglądając na mnie drwiąco, odrzekł: „Niechże się pan nie niepokoi. Zostanę z państwem aż do otwarcia banków i sam ten czek zrealizuję”. Paru z nas zatem – lekarz, ojciec dziewczynki, złoczyńca i ja – udało się na krótki spoczynek w moich skromnych progach, nazajutrz zaś, po śniadaniu, poszliśmy wszyscy do banku. Czek wręczyłem osobiście, nadmieniwszy, że wedle mej wiedzy podpis jest sfałszowany. Nic podobnego. Okazał się autentyczny.

– Ech – westchnął pan Utterson.

– Rozumiesz pan chyba, jak się z tym czuję – podjął pan
Enfield. – Tak, tak, niemiła historia. Był to zaiste typ spod ciemnej gwiazdy, istny potępieniec. No a pod czekiem podpisał się człowiek godzien najwyższego szacunku, znany do tego powszechnie i, co gorsza, słynący z tak zwanych dobrych uczynków. Szantaż, jak mniemam: uczciwy człowiek płaci za błędy młodości. A ów budynek z drzwiami nazywam odtąd Domem Szantażu. Wszelako z drugiej strony nic tutaj nie jest zupełnie jasne. – Co rzekłszy, pan Enfield popadł w zadumę.

Z zamyślenia wyrwał go raptem pan Utterson, mówiąc:

– Nie wiesz pan pewnie, czy wystawca czeku mieszka tam właśnie…

– Toby sobie lokum wybrał! – odparł pan Enfield. – Nie. Tak się składa, żem zwrócił uwagę na jego adres: mieszka przy jakimś skwerze.

– A nie pytał pan tamtego o ów dom z drzwiami?

– Nie, drogi panie. Jestem człowiekiem dyskretnym. Wystrzegam się zadawania pytań, bo zawsze przywodzą mi na myśl dzień Sądu Ostatecznego. Zadajesz pan jedno pytanie i jakbyś poruszał lawinę. Siedzisz spokojnie na szczycie wzgórza i puszczasz jeden, jedyny kamyk, a on popycha kolejne. Mija chwila i po głowie dostaje ten czy inny poczciwiec uprawiający swój ogródek, a jego rodzina musi zmienić nazwisko. Nie, panie szanowny, to jedna z moich zasad: im dziwniej się sprawy mają, tym mniej pytań z mojej strony.

– Dobra zasada, nie przeczę – rzekł prawnik.

– Mimo to sam jąłem pilnie ten dom obserwować – ciągnął pan Enfield. – Jeżeli w ogóle można tu mówić o domu. Innych drzwi nie ma tam z pewnością, a przez te jedne nie wchodzi i nie wychodzi nikt zgoła, wyjąwszy bohatera mojej przygody. Czyni to zresztą niezbyt często. Od strony dziedzińca na piętrze są trzy okna, zawsze zamknięte, choć czyste; na parterze nie ma nic. Jest jeszcze komin, z którego na ogół snuje się dym, ktoś zatem musi tam mieszkać. A jednak mogę się mylić, bo zabudowa jest tak gęsta, że trudno orzec, gdzie kończy się jeden dom, a gdzie zaczyna następny.

Przez chwilę panowie szli dalej, pogrążeni w milczeniu, aż w końcu pan Utterson powiedział:

– Podoba mi się pańska zasada.

– Tak – odparł Enfield. – Sądzę, że jest nie najgorsza.

– Ja chciałbym wszakże zadać jedno pytanie. Jak brzmi nazwisko człowieka, który tak podle potraktował dziewczynkę?

– No cóż… – rzekł pan Enfield. – Mogę je chyba bez szkody wyjawić. Był to niejaki pan Hyde.

– Hm – mruknął pan Utterson. – A jak on wygląda?

– Trudno go opisać. Jest w nim jakaś skaza, coś, co odstręcza i budzi niesmak. Nigdy wcześniej nie pałałem do nikogo aż taką niechęcią, ale nie umiem powiedzieć dlaczego. Jakby był zdeformowany, takie przynajmniej robi wrażenie, choć nie potrafię tej deformacji opisać. Wygląda inaczej niż wszyscy, lecz, wierz mi pan, nie wiem, na czym ta inność polega. Nie, mój panie, jestem bezradny. Nie opiszę go panu. I nie dlatego, że mi pamięć szwankuje, bo klnę się, że widzę go teraz bardzo wyraźnie.

Pan Utterson nic na to nie odrzekł i przez chwilę szedł najwyraźniej głęboko zamyślony.

– Jesteś pan pewien, że otwierał drzwi kluczem? – zwrócił się w końcu do towarzysza.

– Panie szanowny… – odparł Enfield, bezgranicznie zdumiony.

– Tak, tak – rzekł Utterson. – Wiem, że zabrzmiało to dziwnie. A swoją drogą, jeżeli nie pytam pana o drugie nazwisko, to tylko dlatego, że już je znam. Trafiłeś pan z tą historią pod dobry adres. Jeżeli podałeś jakiś fakt niedokładnie, czas, mój Richardzie, byś go uściślił.

– Mogłeś pan ostrzec mnie zawczasu – powiedział Enfield z niejakim smutkiem. – Byłem jednak dokładny jak pedant, by użyć pańskiego określenia. Jegomość miał klucz; mało tego, on wciąż go ma. Nie dalej niż tydzień temu widziałem, jak robi z niego użytek.

Pan Utterson westchnął głęboko, lecz nic nie powiedział, a jego młody przyjaciel rzekł po chwili:

– Oto kolejna lekcja milczenia. Wstyd mi za mój długi język. Umówmy się, że nie wrócimy już do tej sprawy.

– Z najszczersza chęcią – odparł prawnik. – Umowa stoi, Richardzie.


Rozdział 2
W POSZUKIWANIU PANA HYDE’A

 

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.