Dogonić rozwiane marzenia  - Elizabeth Flock - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Dogonić rozwiane marzenia ebook

Elizabeth Flock

(0)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Dogonić rozwiane marzenia - Elizabeth Flock

Poruszająca opowieść o tym, jak trudną sztuką jest pogodzenie się z losem, którego czasami nie sposób zmienić. Każdy dzień Samanthy Friedman jest taki sam. Kiedyś niezależna i odnosząca sukcesy, dziś jest przede wszystkim mamą trójki dzieci. Zajęta wypełnianiem nudnych domowych obowiązków, musi wciąż przypominać sobie, że parę lat temu tego właśnie najbardziej pragnęła. To, co wydawało się spełnieniem marzeń, stało się męczącą codziennością. Odpowiedzialność za podjęte decyzje przytłacza ją coraz bardziej. Cammy, 17-letnia córka Samanthy, przechodzi okres buntu. Poczucie wyobcowania nasila się, kiedy Cammy dowiaduje się, że została adoptowana. Szuka akceptacji, obracając się w podejrzanym towarzystwie. Wszystkie swoje przeżycia opisuje w dzienniku – poetyckim zapisie bolesnej samotności.
Matka i córka - obce dla siebie, marzą o tym samym. Dla Samanthy ucieczką od rzeczywistości są spotkania z przystojnym nieznajomym, podsycane pragnieniem, by poczuć cokolwiek. Dla Cammy obsesyjne poszukiwania biologicznej matki i wiara, że stworzą udaną rodzinę. W rozpaczliwym buncie sięga po narkotyki i szuka bliskości w przygodnym seksie, by wreszcie nic nie czuć. Punktem zwrotnym dla Samanthy i Cammy okaże się dzień, który miał niczym nie różnić się od poprzednich. Dzień pełen dramatycznych wydarzeń, które zmienią ich życie na zawsze.

Opinie o ebooku Dogonić rozwiane marzenia - Elizabeth Flock

Fragment ebooka Dogonić rozwiane marzenia - Elizabeth Flock

Strona tytułowa
Samantha
Cammy

Elizabeth Flock

Dogonić rozwiane marzenia

Przełożyła: Małgorzata Borkowska

Harlequin

Warszawa 2011


Samantha



Nie uprawialiśmy seksu od jedenastu miesięcy. Prawie cały rok. To dłużej niż trwa rozwój ludzkiego płodu. Pamiętam o tym z dwóch powodów: po pierwsze to była nasza rocznica ślubu, a w rocznicę ślubu seks to pewnik; po drugie następnego wieczoru miał miejsce incydent ze światłem. Czytałam książkę o rodzinie misjonarzy w Afryce. W kalendarzu notuję wszystko, co czytam, a w ogóle doskonale pamiętam, jak żałowałam, że to nasza rocznica ślubu, bo akurat dotarłam do bardzo ciekawego rozdziału. Tymczasem musiałam udawać, że nie widzę, jak Bob robi wszystko, czego jego zdaniem oczekuje się od mężów obchodzących rocznicę ślubu.

A więc następnego wieczoru byliśmy na piętrze w pokoju, który obok kuchni jest najważniejszym pomieszczeniem w domu. Bob siedział w rogu przy komputerze, szukając na eBayu rakiet tenisowych.

– Czemu po prostu nie pójdziesz do sklepu sportowego? – spytałam go wcześniej.

– Szukam starych drewnianych rakiet – odparł, nie podnosząc wzroku.

Wzruszyłam ramionami i ponownie zagłębiłam się w lekturze. Pamiętam uczucie zaskoczenia, gdy spojrzawszy wokół, uświadomiłam sobie, że nie znajduję się w Kongo w czasach wojny domowej, tylko w swoim ładnym dwupiętrowym domu w dzielnicy North Side w Chicago. Uwielbiam, gdy książka jest tak dobra, że zapominasz, kim jesteś i gdzie przebywasz.

Usłyszałam, jak Bob ciężko wzdycha i odsuwa się od dużego biurka zasłanego zadaniami domowymi dzieci, prośbami o zgodę na udział w wycieczkach, zawiadomieniami ze szkoły. Wychodząc z pokoju, zgasił światło. Dopiero gdy zawołałam za nim, wrócił i włączył je ponownie, mrucząc:

– O, przepraszam. Zapomniałem, że tu siedzisz.

Jednak najbardziej dotknęło mnie to, że wcale nie próbował mi nic udowodnić. On naprawdę zapomniał, że byłam razem z nim w pokoju. I to jest właśnie sedno sprawy. Od tamtej pory nie uprawialiśmy seksu.

Wiem, że ten incydent ze światłem wydaje się całkiem błahy, ale wszyscy znamy te momenty, gdy miarka się przebrała. Takiej chwili nie da się precyzyjnie określić, wiadomo jednak, że coś się zmieniło, że to ostatnia kropla. Od jakiegoś czasu każde z nas powoli pogrążało się we własnym świecie, a ja to po prostu ignorowałam. Aż do tej pory. A teraz nie mogę już tego dłużej znosić.

A przecież dopiero w zeszłym tygodniu kupiłam maślankę do naleśników, które postanowiłam zrobić bez żadnego konkretnego powodu. Ot, taka niespodzianka. Uznałam, że chociaż raz mogę zdobyć się na jakiś wysiłek. Kupiłam maślankę, bo wiem, że Bob lubi, gdy naleśniki są treściwsze. Kiedyś mówił o nich "bajeranckie naleśniki" tonem, który sugerował, że dziękuje mi za pokonanie dodatkowej drogi, gdy takiego wysiłku wyma gało kupienie czegoś w rodzaju maślanki. Jednakże w zeszłym tygodniu w ogóle nie zauważył, że na śniadanie jemy coś innego niż płatki z zimnym mlekiem, a gdy ostrożnie zsuwałam na talerz stos naleśników, machnął niecierpliwie ręką, mówiąc:

– Mnie nie dawaj. Na Irving Park są roboty drogowe, więc musimy już ruszać. Chodźcie, dzieciaki.

Nasi ośmioletni synowie, Jamie i Andrew, jeszcze z pełnymi buziami chwycili nagolenniki i korki. Tak bardzo różnią się wyglądem i charakterem, że czasem zastanawiam się, czy faktycznie są bliźniakami. Jamie porusza się powoli i z rozwagą, jakby musiał przemyśleć każdy krok. Przed śniadaniem porządnie ułożył sprzęt piłkarski przy drzwiach wyjściowych. Obok postawił też dwie butelki wody. Pamiętał, żeby wziąć dwie, bo Andrew zawsze zapomina o zabraniu swojej. Jamie ma nos pokryty piegami i tak mlecznobiałą skórę, że widać przez nią niebieskie żyły. Mam wrażenie, że ze swoimi delikatnymi rysami wyrośnie na przystojnego mężczyznę. Jest mały jak na ośmiolatka i wiele osób sądzi, że ma rok mniej od brata. Andrew jest masywny i przysadzisty, a jego gęste rude włosy zawadiacko sterczą nad czołem. Jest dokładnie taki, jak zwykle wyobrażamy sobie ośmioletniego chłopca: niechlujny, rozczochrany, czupurny. Kiedy się przewróci i rozetnie wargę, spluwa krwią i gna dalej. Ma kłopoty z koncentracją, ale testy nie wykazały ADHD. Kiedy pojawiają się problemy, Jamie sprawia wrażenie skrzywdzonego, natomiast Andrew odchyla głowę do tyłu, wywraca oczami i wzdycha, słuchając bezsensownych uwag rodziców. Do Andrew nic nie trafia. Do Jamiego trafia wszystko.

– Wiesz, które to boisko? – pytam Boba.

– Wiem – odpowiada niecierpliwie, lecz zatrzymuje się na ułamek sekundy, wahając się, czy nie powinien jednak sprawdzić.

– Tylko pytam. Zmienili je w tym sezonie i jeszcze tam nie byłeś. Chłopcy, wiecie, jak tam dojechać, prawda? Z parkingu w prawo i w górę, pamiętacie? Pokażcie tacie drogę, dobrze?

– Pa, mamo! – woła Andrew.

– Zawiąż buty. Bob, każ mu zawiązać buty, zanim wysiądzie z samochodu, bo się potknie.

– Tak, jasne, zawiąż buty – mówi Bob. – Chodźmy, chłopcy.

Piłkę ma przyciśniętą do żeber, więc gdy upuszcza kluczyki, schyla się po nie jak ciężarna kobieta, starając się przy tym nie przekrzywić plastikowej tacki z pączkami, które kupiłam im na czas przerwy w treningu.

– Nie zapomnij po drodze odebrać rzeczy z pralni – mówię. – Słuchaj... zjesz na obiad stek? Jadę do sklepu.

– Dobrze, wszystko mi jedno. Jamie, rusz się – ponagla syna, stojąc przy garażu.

Drzwi z tyłu domu otwierają się na kamienną dróżkę, którą ułożyliśmy z Bobem, gdy dwadzieścia lat temu sprowadziliśmy się tutaj. Spłukaliśmy się doszczętnie, lecz byliśmy szczęśliwi, że zamieszkaliśmy w tak obiecującym sąsiedztwie. Wynieśliśmy na zewnątrz radio i włączyliśmy jedyną stację, którą udało się złapać. Grali jazz. Zabrakło mi pary gdzieś w połowie pracy, która miała nam zająć jeden dzień, a rozciągnęła się na ponad dwa weekendy, bo kostki, które wybraliśmy, nie pasowały do siebie. Odbywaliśmy niezliczone wędrówki do centrum ogrodniczo-budowlanego i z powrotem. W drugą niedzielę leżałam w słońcu na trawie, słuchając Milesa Davisa i Boba, który najpierw pogwizdywał, a potem klął. Pamiętam, że z dziecięcą fascynacją obserwowałam chmury i uśmiechałam się jak ktoś bardzo zadowolony z życia. Cóż, mieliśmy piękny dom, wiał lekki wietrzyk, ja leżałam na terenie, który do nas należał, trzymając bose stopy na naszej trawie. Osłoniłam dłonią oczy i patrzyłam na Boba, jak w olbrzymim skupieniu przymierzał kostkę po kostce do płytkich dołków. T-shirt, który miał na sobie, był wtedy jeszcze całkiem nowy. Pochodził z koncertu zespołu Squeeze, który odbył się w kampusie college'u. Nasza druga albo trzecia randka. Drugi rok studiów. College w Bostonie, rok 1981.

Nie widziałam wtedy świata poza Bobem. Moim zdaniem był słodki, skoro nie chciał niczego przyśpieszać. Mówił, że jestem inna, a jemu nie zależy na seksie, tylko na "przejściu całej drogi". Dodawał też, że chce uniknąć tego wszystkiego, co mogłoby popsuć nasz związek. Więc się nie śpieszyliśmy. Chodziliśmy z sobą, ale nie doszło do niczego poważnego. Sypialiśmy ściśnięci na moim pojedynczym łóżku pod fińską kołdrą, otoczeni zapachem chińskich zupek i piwa. Żałowałam, z ˙e pocałunki Boba są takie niedbałe i wilgotne, ale z czasem to się poprawi, mówiłam sobie. Nie poprawiło się, jednak uznałam, że w życiu są ważniejsze sprawy.

Znajomi lubili nasze towarzystwo, bo nigdy nie rzucaliśmy się na siebie w porywach namiętności, więc osoby samotne nie czuły się przy nas gorsze tylko dlatego, że występowały solo. Dobrze się z nami spędzało czas. Na imprezach rozdzielaliśmy się, żeby pogadać to z tym, to z tamtym. Nie musieliśmy ciągle być razem. W gruncie rzeczy całkiem często zdarzało się, że nie widywaliśmy się nawet przez kilka dni, na przykład podczas sesji, choć każde z nas zawsze wiedziało, gdzie podziewa się drugie. Mieliśmy wiele wspólnego, a nasz związek nie kolidował z nauką. Pochodziliśmy z Chicago, skończyliśmy prywatne licea, byliśmy jedynakami. Lynn, moja przyjaciółka, a także współlokatorka podczas studiów, zaprzyjaźniła się również z Bobem. Chodziliśmy na wspólne randki z nią i jej coraz to innymi chłopcami. Kiedy nie miała partnera, Bob umówił ją z Patelem, swoim bliskim kolegą. Niestety Lynn potrafiła być żenująco nieprzyjemna, gdy kogoś nie polubiła, a akurat Patel zdecydowanie nie przypadł jej do gustu. Bob zarzekał się, że już nigdy jej nikogo nie przedstawi, lecz zrobił to, bo go ubłagałam, i w końcu zaskoczyła na Michaela, za którego zresztą w rezultacie wyszła. Bob był ich drużbą, a ja pierwszą druhną, i wszystko układało się znakomicie, jak w bajce. My pobraliśmy się, kiedy Lynn i Michael wrócili z podróży poślubnej. Wyobrażałam sobie, że zamieszkamy po sąsiedzku, obie z Lynn zrezygnujemy z pracy i zajmiemy się wychowaniem dzieci. Myślałam, że będziemy z Bobem zasypiać wtuleni w siebie, jak to bywało w moim pokoju w akademiku, no i marzyłam o płotku z białych sztachetek.

Jednak gdzieś tam w środku zaczęły się pojawiać wątpliwości. Tak naprawdę niepokój ogarnął mnie już podczas miodowego miesiąca. Na Karaibach byliśmy bardzo szczęśliwi. Jeździliśmy na skuterach wodnych, lataliśmy na spadochronie holowanym za motorówką, razem z innymi nowożeńcami wypływaliśmy oglądać zachody słońca. Zauważyłam tylko, że zaczyna nam brakować tematów do rozmowy. Zupełnie jakbyśmy mieli rachunek bankowy z określonym zapasem zdań, a w miarę upływu czasu te nasze oszczędności zaczęły topnieć.

Pewnego popołudnia na plaży nagle się zachmurzyło. Zrobiło się ciemno, lunął deszcz. Nie zdążyliśmy uciec do samochodu, więc schowaliśmy się pod parasolem z re klamą Heinekena. Podczas tropikalnej ulewy parasol okazał się równie nieskuteczny, jak wówczas, gdy miał nas chronić przed rozżarzonym do białości słońcem.

– Zdenerwowało cię coś? – spytałam. – Tak nagle umilkłeś. – Gdy tylko wzruszył ramionami, a potem spojrzał w niebo, nie ustąpiłam: – Bob, o co chodzi? – Doczekałam się tylko ciszy w odpowiedzi. – Zmarzłam... Możesz wyjąć z torby zapasowy ręcznik?

Zrobił to całkiem mechanicznie. Ręka zgięła mu się w łokciu, zanurzyła w torbie, wyciągnęła ręcznik i wysunęła się w lewo w moją stronę.

– Nic, tylko... – zaczął z wzrokiem utkwionym w kłębiące się chmury. – Po prostu...

– Czekaj, co po prostu? O czym ty mówisz? Ogarnęła

Żałujesz, że wzięliśmy ślub? Chodź, okryj się ręcznikiem. – Przysunęłam się bliżej. – Nie jest ci zimno?

– Nie, jest dobrze. Nie przejmuj się.

– Ale co miało znaczyć to "po prostu"?

– Nieważne, rozumiesz? – W jego głosie było tyle zjadliwości, że się cofnęłam. Byłam młoda i pomyślałam, że wszystko się ułoży. Uznałam, że zwyczajnie wpadł w ponury nastrój.

Ostatniego wieczoru poszliśmy do baru na plaży. Zamówiliśmy mnóstwo piwa i kołysząc się do dźwięków gitary hawajskiej, patrzyliśmy na ocean. Bob z piwa przerzucił się na whisky. Wcześniej tylko raz widziałam, jak pije whisky, a zdarzyło się to podczas pożegnalnej imprezy na ostatnim roku studiów. Oglądaliśmy zachód słońca. Bob, pobrzękując kostkami lodu, wypił resztę alkoholu, po czym uniósł szklankę, sygnalizując kelnerowi, że chce następną kolejkę. Poszłam do łazienki, umyłam ręce, spojrzałam w lustro i mruknęłam do siebie:

– Chyba popełniłam wielki błąd.

Niestety nie miałam nikogo, z kim mogłabym o tym porozmawiać, a przecież bardzo się zaniepokoiłam. Martwiłam się i martwiłam, aż wpadłam w taką apatię, że po powrocie do domu jeszcze przez prawie dwa tygodnie odwoływałam spotkania z Lynn i Mikiem. Nie chciałam, by przyjaciółka zorientowała się w sytuacji.

Kamienna ścieżka nie jest prosta. Chcieliśmy, żeby wiła się w stronę garażu niczym miniaturowa żółta brukowana droga z "Czarnoksiężnika z krainy Oz". Uważaliśmy, że tak będzie ładniej. Teraz wszyscy wybieramy prostą drogę przez trawnik. Lynn i Mike kupili dom dwie ulice dalej w naszej pełnej drzew okolicy. Można tu odnieść wrażenie, że mieszka się na przedmieściu, choć od centrum Chicago dzieli nas zaledwie kilka minut. Jedno- i dwupiętrowe domy na naszej uliczce są do siebie bardzo podobne, mają małe kwadratowe trawniki, ganki od frontu, patia, tarasy i trawniki z tyłu. Garaże zaprojektowane na dwa samochody wychodzą na wąską alejkę. Trzeba użyć klaksonu i machnąć ręką do osoby, która uprzejmie poczeka, aż się wyjedzie. Wszyscy mają grille z długimi łopatkami i szczypcami, ceglane kominy, ozdobne wianki w zimie, amerykańskie flagi w lecie. W każdym tygodniu można się spodziewać trzech lub czterech wizyt skautów, którzy próbują sprzedać papier do pakowania lub prenumeratę jakiegoś czasopisma, rozczochranych dzieciaków z college'u, które chciałyby ocalić planetę, jakiegoś miejscowego gościa, któremu źle się wiedzie, więc chodzi od domu do domu z marnymi grabiami i oferuje wysprzątanie trawnika. Zimą przychodzi odgarnąć śnieg ze ścieżek i chodnika.

Pod koniec lat osiemdziesiątych Mike'owi i Bobowi zaczęło ubywać włosów, a przybywać w obwodzie. Bob zaczął nosić okulary, a Mike soczewki kontaktowe. Pew nego dnia, gdy spojrzałam na męża, stwierdziłam, że wygląda staro. No, może nie tak staro, ale jednak... staro. Nie sposób było zobaczyć w nim chłopaka, za którego wyszłam. Natomiast i ja, i Lynn trzymałyśmy się w dobrej formie. Zapisałyśmy się do tej samej siłowni na naszej ulicy, gdzie wprowadzono zajęcia z aerobiku, który właśnie zaczynał zdobywać popularność. Włosy obcięłyśmy, jak miliony innych Amerykanek, na wzór Jennifer Aniston. Potem je zapuściłyśmy i wyprostowałyśmy. Jak to zrobiły miliony Amerykanek.

– Pa, mamo. – Jamie odwraca się, żeby mnie objąć, zanim pogna za Andrew i Bobem na trening. – Dzięki za naleśniki.

Kiedy drzwi się zatrzaskują, wylewam resztę ciasta do zlewu i puszczam wodę, żeby wszystko spłynęło. Cammy przywlekła się do kuchni. Trze oczy, rozmazując resztki makijażu, którego przed snem nigdy nie zmywa. Trzaskają otwierane i zamykane drzwiczki szafek. Brzęczą słoiki i butelki na drzwiach lodówki, które popycha stopą. W jednej ręce trzyma mleko, w drugiej miskę z płatkami.

– Pachnie naleśnikami. – Wsuwa się na wysoki stołek, pochyla nad płatkami i wiosłuje łyżką, patrząc na rysunkowe zagadki na pudełku, które przekręca, żeby odczytać wypisane na dnie odpowiedzi.

Cammy najpiękniej wygląda rano, kiedy jest jeszcze zaspana. Latem oliwkowa cera nabiera ciemniejszego, bardziej południowego odcienia. Ach, ta jej cera, po prostu bez skazy. Cammy jest filigranowa, ma cieniutkie nadgarstki i długą szyję, wydatne wargi, duże piwne oczy. Naturalny kolor jej włosów – teraz są ufarbowane – to głęboki brąz, jak pieczone w karmelu jabłko. Gęste, świetnie się układają. Nosiła je z grzywką, którą przystrzygała, żeby nie wpadała do oczu, tak jak się to dzieje teraz. Nie wygląda na szesnaście lat, przynajmniej dopóki nie nałoży make-upu, który przypomina farbę do malowania twarzy. Cechy nastolatki stają się bardziej widoczne, kiedy się ubierze. Te czarne ciuchy wyglądają jak kostium na Halloween.

Kończy płatki, a kiedy podnosi się ze stołka, omal się nie przewraca. Wygląda, jakby składała się z samych kończyn. Ma patykowate nogi o wystających kolanach, jest płaska, a kiedy stoi, nie wie, co ma począć z rękami. Rzęsy ma podkręcone, a zęby proste bez pomocy aparatu ortodontycznego. Teraz przechodzi okres buntu i próbuje zniszczyć wszystko, co jest w niej atrakcyjne. Kurczy się, gdy sądzi, że ktoś na nią patrzy, ogarnia ją przerażenie, kiedy słyszy coś w tym stylu:

– No nie, Cammy Friedman? Nie do wiary. Nie widziałam cię od czasu, gdy byłaś taka malutka. Proszę, proszę.

W dzieciństwie Cammy lubiła się tulić, jak teraz robi to Jamie. Kiedy była małą dziewczynką, w Dniu Matki zwykle płakałam. Pewnego roku – nie pamiętam, ile lat miała – sądziłam, że Cammy jest z Bobem na dole i przygotowuje dla mnie śniadanie do łóżka, gdy nagle na ramieniu poczułam dłoń. Przełknęłam łzy i odwróciłam się, a wtedy objęła mnie rączkami i poklepała po plecach, powtarzając:

– Już dobrze, mamusiu.

A potem cichutko wyszła, żebym mogła wydmuchać nos i przywołać uśmiech na powitanie grudkowatych naleśników wnoszonych po schodach na koślawej wiklinowej tacy ozdobionej bukiecikiem podwiędniętych mleczy, kiwających się w słoiku po dżemie.

Dziesięć lat później Cammy wzdryga się na myśl o jakimkolwiek kontakcie. Kiedy już musi się do kogoś przytulić, pochyla się do przodu tak, że tylko jej ramiona stykają się z drugą osobą. Resztę ciała trzyma daleko, jak najdalej. Boba to denerwuje, chociaż tak naprawdę ostatnio wciąż coś go denerwuje.

Patrzymy na wszystko zupełnie inaczej. To znaczy Bob i ja. Ja patrzę na oczy ludzi. Czasami, niezbyt często, ale jednak się zdarza, przypadkiem wychwytuję czyjeś spojrzenie i dostrzegam w nim jakąś głębię, coś na kształt porozumienia, jakbyśmy należeli do tej samej rasy psów. Zazwyczaj są to ludzie, którzy mają takie oczy jak ja, to znaczy szeroko rozstawione, okrągłe, ciemnobrązowe. Kiedy jestem zdenerwowana, ciemnieją jeszcze bardziej, całe upodobniają się barwą do źrenic.

Natomiast Bob widzi u ludzi wyłącznie stopy. Kiedy idzie ulicą, patrzy w dół. Najki. Klapki. Buty od Manola Blahnika. Imitacje z sieci Payless. W zimie buty Uggs i L.L.Bean. Kiedy ktoś idzie w butach sportowych, Bob śledzi każdy jego krok, zupełnie jakby patrzył na piękną kobietę. W rzeczywistości interesuje go siła, z jaką stawiana jest pięta. Cóż, ostatecznie studiował medycynę sportową. Kiedy objął stanowisko w firmie Nike, poszliśmy z Mikiem i Lynn na kolację, żeby to oblać. Przez jakiś czas pod koniec dnia z radością opowiadał mi o pracy nad udoskonaleniami, dzięki którym nowe pokolenie biegaczy odczuje fantastyczne zmiany na lepsze. Gdzieś w trakcie tego roku przestał się cieszyć, a zaczął pić. Nie za dużo, lecz wystarczająco, żeby alkohol uwypuklał jego cyniczne zachowanie.

Bob zajmuje się obuwiem sportowym, bo tak to nazywają w branży, chociaż ja zwykle mówię ludziom, że projektuje tenisówki, choć wiem, że brzmi to całkiem inaczej. Zanim zaczął pracować w słynnym koncernie, nie miałam nawet pojęcia, że istnieje coś takiego jak architektura buta. Oczywiście kiedyś czytałam o początkach Nike, o biegaczu, trenerze i gofrownicy, która posłużyła do odlania podeszwy, lecz poza tym byłam całkiem nieświadoma, czego trzeba, żeby stworzyć dobry sportowy but.

W świecie Boba stopy dzielą się na dwie kategorie: zdrowe i chore. Zdrowe to te, które w naturalny sposób starzeją się w równym stopniu od palców do pięty. Chore to wszystkie pozostałe, a dla Boba większość stóp jest chora.

– Kto mógł wpaść na pomysł, żeby klapki stały się tak powszechne? – spytał ogłupiałą towarzyszkę podczas szkolnej imprezy charytatywnej.

Albo:

– Ten facet nie zdaje sobie sprawy, że za dziesięć lat z powodu płaskostopia zostanie pacjentem pediatry – powiedział mi, gdy robiliśmy zakupy gwiazdkowe w Old Orchard Mall.

A także:

– W idealnym świecie zdelegalizowalibyśmy wysokie obcasy i wszyscy nosiliby obuwie ortopedyczne.

To powiedział do dyrektora szkoły po pełnej napięcia rozmowie, podczas której dowiedzieliśmy się, że Cammy znów dostała naganę i ma warunkową zgodę na pozostanie w szkole. Dyrektor, pan Black, wygląda, jakby przyszedł na świat w wyniku kleszczowego porodu. Nie znoszę go, głównie zresztą, jak sądzę, dlatego, że on nie znosi mnie. Ani mojej rodziny.

To były początki nauki Cammy. Przyszliśmy do dyrektora Blacka, żeby poprosić o przeniesienie jej do innej klasy, którą prowadziła mniej niecierpliwa nauczycielka. Nim skończyliśmy mówić, pan Black zaczął kręcić głową, po czym uniósł rękę i powiedział:

– Złej tanecznicy przeszkadza rąbek u spódnicy.

Miałam ochotę skręcić mu kark. Próbowaliśmy rozmawiać o szczególnych potrzebach Cammy, a on nas potraktował, jakby to były jakieś bzdety.

– Dzieciak jest w pierwszej klasie... Jakie to ma znaczenie? – zdziwił się Bob.

Pan Black pochylił się nad biurkiem i syknął:

– No właśnie.

– Nie to miałem na myśli – powiedział Bob. – Co za problem, żeby przeszła do klasy panny Landis? Słyszeliśmy, że świetnie radzi sobie z...

Zanim jednak Bob skończył zdanie, pan Black podniósł się i oznajmił:

– Zobaczymy, co da się zrobić.

Zostaliśmy odprawieni. Byliśmy przekonani, że wszystko załatwi, jednak teraz, gdy go już poznałam, wiem, że nawet przez chwilę nie zastanawiał się nad naszą sprawą. Sukinsyn.

Tak więc wiele lat później pan Black w drodze do klasy, gdzie szedł na hospitację, odprowadzał nas do wyjścia. Byłam pewna, że próbował zagłuszyć stukot moich obcasów w pustym korytarzu, gdy bez przekonania spytał Boba, jak idzie mu w pracy. Bob trzymał nas w drzwiach prawie przez pięć minut, rozprawiając o najnowszych amortyzowanych pneumatycznie obcasach, aż w końcu wyzwoliłam zniecierpliwionego dyrektora, biorąc Boba pod ramię i mówiąc:

– Musimy już iść, kochanie. – Celowo ominęłam wzrokiem wdzięczne, jak sądzę, spojrzenie dyrektora. Przecież właśnie skrzywdził moją córkę. Ratowałam też siebie przed wysłuchiwaniem wywodów Boba na temat filozofii stóp.

– Chryste! Co my teraz zrobimy? – mówię w drodze do samochodu. – Klnę się na Boga, że naprawdę nie wiem, co jeszcze możemy zrobić.

– Buty Allena Edmondsa – mówi Bob, wyciągając rękę po kluczyki. Dał je mnie, bo twierdzi, że przez nie ma zachwianą równowagę. Przez cztery kluczyki! Myślałby kto, że chodzi o maraton na olimpiadzie! – Facet ma dobry gust, jeśli chodzi o buty, muszę mu to oddać.

– Bob, skup się. Co zrobimy w sprawie Cammy?

– Był zbyt surowy – mówi Bob, włączając silnik i ustawiając lusterko, chociaż to przecież on prowadził, gdy tu jechaliśmy. – Nagana? Za zlekceważenie nauczycielki?

– Nie mogę w to uwierzyć, na Boga! Jak mogło do tego dojść? Bob, ona nie zlekceważyła pani Cummings ot, tak sobie, przez nieuwagę czy coś takiego. To ponure spojrzenie Cammy jest naprawdę przerażające. Na miejscu nauczycielki też bym ją odesłała do dyrektora. Zresztą nie to jest najważniejsze. Problem w tym, że chodzi na wagary. Pali na terenie szkoły. Do diabła, nigdy nie czułam od niej dymu. A ty?

– Uważam, że to lekka przesada zawiesić kogoś za przerażające spojrzenie. – Bob patrzy w prawo i w lewo, zanim powoli wyjedzie ze szkolnego parkingu. – Wszystkie dzieciaki od czasu do czasu wagarują. Można ją za karę zatrzymać po lekcjach, ale zawieszać?

I jeszcze raz w prawo, potem w lewo. Ze sposobu, w jaki się rozgląda, można by sądzić, że wyjeżdża na autostradę Daytona, gdzie samochody śmigają z prędkością wyrażaną trzycyfrowymi liczbami.

– On jej nie zawiesił – mówię. – Dał jej naganę i zatrzymał w szkole warunkowo. A tak swoją drogą, z tej strony jest czysto.

– Zawieszenie, warunek, jeden pies. I tak będzie paskudnie wyglądać na świadectwie.

– Właśnie o to mi chodzi. Jest zielone światło. Dlatego trąbią.

– To chyba ja prowadzę?

– Mówię tylko, że w domu musimy przyjąć wspólną linię postępowania. – Odwracam się twarzą do niego, bo nie mogę patrzeć, jak jedzie. Prowadzi fatalnie, a najgorsze jest to, że nie zdaje sobie z tego sprawy. Samochody przejeżdżające obok niego zwalniają, twarze kierowców są wykrzywione wściekłością, ale Bob tego nie widzi.

– Jak ma wyglądać ten wspólny front?

– Przede wszystkim ma całkowity szlaban. Żadnego komputera, żadnej komórki.

– To jak zadzwoni, gdy coś będzie odwołane albo trzeba ją będzie skądś odebrać? – pyta Bob.

– Co nam da zakaz korzystania z komputera, jeśli będzie miała komórkę? Cały czas wysyła SMS-y. Jeżeli kara ma odnieść skutek, musimy jej zabrać telefon. Zresztą w razie potrzeby można przecież znaleźć automat. Nie rozumiem, czemu cię to martwi, skoro to ja się zajmuję odbieraniem dzieci.

– O co ci chodzi?

– Kiedy ostatnio odbierałeś Cammy lub chłopców, nie licząc weekendów? To także twoje dzieci, Bob.

Patrzy przed siebie, a ja nagle zaczynam się zastanawiać, jak bardzo by mnie obeszła jego śmierć. Na pewno martwiłabym się o dzieci, że dorastają bez ojca, ale ja? Nie jestem pewna, czy bardzo bym to odczuła.

– Myślę, że chodzi o adopcję. – Ucisk w żołądku podpowiada mi, że to nie jest najlepszy moment na poruszenie tego tematu, ale prawdę mówiąc, żaden moment nie jest dobry. – Moim zdaniem większość tych kłopotów ma związek z tym, w jaki sposób dowiedziała się, że ją adoptowaliśmy.

– Och, proszę... Będziemy to odgrzebywać do końca życia? Jezu!

– Do diabła, Bob! Jak można powiedzieć małej dziewczynce, że w ogóle nie przypomina braci, bo nie jest naszym prawdziwym dzieckiem? Ile lat temu to było? Dziesięć? Nie, jedenaście. I przez tych jedenaście lat Cammy czuje się we własnej rodzinie jak wyrzutek.

– Przestań. Wcale tak nie jest, o czym doskonale wiesz – odpowiada Bob.

Czuję, jak przyśpieszamy i wyjątkowo jedziemy równo z innymi samochodami.

– Chcesz powiedzieć, że nic nie palnąłeś? Chyba zapomniałeś, że wszystko dokładnie ustaliliśmy... Mieliśmy porozmawiać z nią razem, gdy będzie w odpowiednim wieku, jak sugerują w książkach. A ty się wygadałeś. Beze mnie i bez zastanowienia powiedziałeś jej wszystko. I teraz drapiesz się w głowę, nieodmiennie zdumiony, że chociaż minęło tyle lat, Cammy pamięta każde słowo. Siedzisz tu zadowolony z siebie i mówisz, że to nie tak? Ależ właśnie tak, Bob. Tak, po prostu tak.

Bob zwalnia i auta znów muszą gwałtownie skręcać, żeby nas ominąć. Facet w toyocie prius pokazuje Bobowi środkowy palec, a ja się zastanawiam, czy budzimy w nim wrogie uczucia, bo jedziemy tym okropnym, benzynożernym suvem, czy dlatego, że Bob prowadzi wolniej, niż wskazują znaki drogowe. A może po prostu zauważył, z jaką złością mówię do tego faceta, z którym siedzę w samochodzie, i robi to dla mnie?

– Wszystko wymknęło się spod kontroli, jeśli o nią chodzi – mówię, porzucając temat adopcji, jak to zwykle robię. – Nawet nie wiem, od czego zacząć. Próbuję coś załatać, ale zawsze wyskoczy coś nowego.

– Wiem.

Kłamie, bo nic nie wie. Przynajmniej w sprawach dzieci. Chłopcy są złaknieni jego obecności. Ostatnio coraz więcej czasu zabiera mi zmuszenie go, żeby spędził z nimi choć kilka chwil.

Reszta drogi minęła w milczeniu, co mi wcale nie przeszkadza. Patrzę na niego i... Mam być szczera? W porządku, będę. Prawdę mówiąc, Bob w ogóle mnie nie pociąga. I tak wracam do punktu wyjścia...

Żadna z moich kolez ˙anek nie chce seksu. Poważnie. Ani jedna. No, może żadna z tych, które mają dzieci. Przyglądam się innym czterdziestokilkuletnim mamom i mogę je podzielić na dwie kategorie. W jednej są te, które pogodziły się z rolą matki. Noszą praktyczne buty, mamuśkowate dżinsy, sportowe bluzy, w zimie wielkie szare kurtki w stylu człowieczka z reklamy opon Michelina, a latem bezkształtne stare T-shirty.

Druga grupa to zwolenniczki ćwiczeń pilates. Te są seksowne. Noszą dżinsy, o jakich marzą ich córki, mają dobrze ukształtowane bicepsy i płaskie brzuchy. Dla tych kobiet trening to pełnoetatowe zajęcie. Zupełnie jakby dostały tajemny nakaz uprawiania jogi, zachowania dobrej sylwetki przez całe życie i kupowania obcisłych koszulek z głębokim dekoltem. Ja przepadam za świeżo wypranymi białymi bluzkami zapinanymi na guziki jak męskie koszule, ale dopasowanymi do figury. Dżinsy nie są zbyt obcisłe, jednak nie wiszą na mnie. Moje ulubione buty to para mokasynów od Gucciego, na które wykosztowałam się przed laty, gdy Bob dostał premię na Boże Narodzenie. To najlepszy zakup, jaki mi się trafił. Są tak dobrze wykonane, że ani razu nie musiałam oddawać ich do zelowania. Skóra jest miękka, a żółtobrązowy kolor pasuje do każdej pary moich spodni. Chociaż najczęściej chodzę w spódnicach. Nie tak dawno, gdy pojechałam po dzieci do szkoły, Ann Slevick zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu i zauważyła:

– Jesteś zawsze taka schludna i poukładana.

Podziękowałam jej, ale nie uśmiechnęła się w odpowiedzi, więc następnego dnia włożyłam dziurawe dżinsy.

Czasami wieczorem, gdy przebieram się w spodenki od Gapa i starą, dziurawą, zażółconą pod pachami koszulkę z widokiem Mount Rushmore, staję przed lustrem i oglądam się uważnie. Mam przyzwoitą fryzurę, to znaczy wycieniowane włosy do ramion, czyli dzisiejszy standard. Nie przesadzam z farbą, więc brązowy odcień, chwalić Boga, wygląda naturalnie. Tyłek też mam niezły, przynajmniej jak na czterdziestopięciolatkę. W każdym razie co i rusz widuję gorsze. To przód mnie martwi. Nie cierpię swojego brzucha. W sumie jednak kryzys średniego wieku jeszcze nie dosięgnął mojego ciała, ale to wyłącznie złudzenie, bo mam długie ręce i nogi. Na starych zdjęciach szkolnych zawsze widać mnie z boku siedzących w równiutkim rzędzie dzieci. Po drugiej stronie stoi nauczyciel. Przeklinałam swój wzrost. Koledzy z klasy wyglądali przy mnie jak lilipuci, więc garbiłam się, żeby być równa z nimi. Tak samo jak Cammy miałam wystające kolana i mnóstwo siniaków. Idąc z pokoju do pokoju, bez żadnego racjonalnego powodu próbowałam ściąć narożnik i waliłam o futrynę. Skończyłam wreszcie rosnąć, gdy osiągnęłam sto siedemdziesiąt trzy centymetry. Chłopcy zaczęli mnie doganiać i przerastać, więc wszystko poszło w niepamięć, chociaż nadal muszę zwracać uwagę, żeby trzymać się prosto.

– Słyszałyście, dziewczyny, o tych wszystkich żyjących bez seksu małżeństwach? – spytałam podczas spot kania klubu książki. Zbieramy się już prawie od pięciu lat. Najpierw byłyśmy we trzy: ja, Lynn i Ginny z końca ulicy. Ginny jest słodka. Może trochę zbyt słodka, ale stabilnie słodka, a to naprawdę coś. Ma trzydzieści lat, piętnaście mniej niż ja. Mieszka z Donem, swoim mężem, w jaskrawozielonym domu, o którym wszyscy mówią Sygnalizator. To do niej dzwonię, gdy potrzebuję pomocy w sprawach domowych. Nasze stosunki bardzo się zacieśniły, gdy przed czterema czy pięcioma laty Ginny porzuciła pracę doradcy inwestycyjnego w banku w centrum miasta. W letnie wieczory siadywałyśmy na mojej werandzie w białych wiklinowych fotelach i rozmawiałyśmy o tym, czego właściwie pragniemy od życia. Kiedyś powiedziałam, że nie jestem pewna, po czym dodałam tajemniczo:

– Lecz jeszcze tego nie osiągnęłam.

Pamiętam, jak to wyznanie zaskoczyło Ginny. Widać to było po jej minie, na koniec uściśliła:

– Przecież masz dzieci.

Też kiedyś myślałam, że życie nabierze sensu, gdy pojawią się dzieci.

A więc klub książki zaczął się od nas trzech. Potem Ginny spytała, czy może przyprowadzić koleżankę z pracy, Leanne, która bywa trochę upierdliwa, ale właściwie nie mam nic przeciwko niej. Jest zabawna, chociaż według mnie brakuje jej głębi. Albo inteligencji. Zresztą czy to w dużym stopniu nie są synonimy? Zawsze podejrzewałam, że Leanne gnie obwoluty książek, by wyglądało, że nie tyle je czyta, co studiuje. Być może nawet zagina, a później rozprostowuje rogi na przypadkowych stronach. Gdzieś po drodze dołączyła do nas Teresa Wdowiak. Nie przypominam sobie, kto ją przyprowadził. A potem Sally Flanders przyparła Lynn do muru, pytając, czy nasz klub przyjmuje nowych członków i czy w takim razie mogłaby do nas przystąpić. Jakie miałyśmy wyjście? Nikt nie jest w stanie powstrzymać Sally Flanders.

Jest nas więc dzisiaj osiem, co jest dość niezwykłe. Zazwyczaj spotykamy się w cztery lub pięć, ale teraz czytamy "Chłopca z latawcem" i wszystkie chcą wypowiedzieć swoje zdanie. W zeszłym miesiącu ktoś zaproponował "Sto lat samotności", ale żadna z nas nie przebrnęła poza pierwszych pięćdziesiąt stron, więc zrezygnowałyśmy. Chociaż to nieprawda. Kerry Kendricks przeczytała całą powieść i sprzeciwiała się zmianie, ale ona lubi się popisywać, a nikt nie miał ochoty wysłuchiwać, jak się mądrzy na temat literatury południowoamerykańskiej.

Siedzimy w salonie Sally Flanders. Nie znoszę jej salonu. Czuję się, jakbym wchodziła do sklepu kosmetycznego, taki tu jest napór zapachów potpourri i aromatyzowanych świec. Sally przepada za kwiatowymi wzorami i haftowanymi w zwierzęta poduszkami. Mówi o nich: "moje słodkie stworzonka". Dziś między mój krzyż a pręty najbardziej niewygodnego krzesła na świecie została wetknięta "Lucky Lassie".

– Niedawno przeczytałam w jakimś czasopiśmie, że czterdziestoletnie kobiety dopiero zaczynają życie – mówię. – Piszą tam, że jesteśmy pewniejsze swojego ciała i potrafimy wyrażać swoje potrzeby. Nie pamiętam dokładnie słów, ale taki był sens.

Przerywa mi wybuch śmiechu.

– No co? – Rozglądam się wokół. – Mówię to całkiem poważnie. Was to nie martwi?

– Ma rację – odzywa się Lynn. – Wczoraj było coś na ten temat w telewizji śniadaniowej. Pokazali małżeństwo, które kochało się w czasie miesiąca miodowego i na tym koniec. Wiecie, od jak dawna są małżeństwem? Dwanaście lat. Dwanaście lat i zero seksu. Nie wiem, jak ona tego dokonała, ale też bym tak chciała.

Znów dał się słyszeć śmiech.

– Nie rozumiem, o co się martwisz. – Ginny patrzy na mnie, po czym wywraca oczami. – Przecież jesteś taka poukładana. Pewnie masz już wszystko zaplanowane. W dodatku tworzycie z Bobem znakomitą parę. Założę się, że kochacie się co drugi dzień.

Mam ochotę zawołać: "Zwariowałaś? Chyba nie mówisz poważnie?". Już otwieram usta, lecz Lynn jest szybsza:

– Jeśli chodzi o Michaela, to myśli, że mam okres prawie przez cały miesiąc.

Wybuch śmiechu wstrząsa milusińskimi stworzeniami, czy jak tam się one nazywają. Padają rady, jak się wyzwolić od seksu, a potem następuje pikantna historyjka o mężu osoby, którą wszystkie dobrze znamy. Tak przynajmniej twierdzi Kerry Kendricks, która zapytana przez Lynn, czy nadal uprawia seks, odpowiada:

– Kto miałby na to czas?

Kerry Kendricks działa w każdym szkolnym komitecie. Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś o niej mówił, używając tylko imienia.

– Pozwólcie, że o coś spytam – odzywa się Ginny, spoglądając na mnie. – Jak to jest waszym zdaniem? Chodzi o kobiety czy o mężczyzn? Czy to kobiety pragną seksu, a mężczyźni go nie chcą, czy na odwrót?

Wszystkie zaczynają mówić równocześnie, więc nie ma znaczenia, że nie odpowiadam. Nie mówię im, że żadne z nas nie pragnie seksu. Wyłącznie Lynn wie, że wciąż nie przestałam współżyć z Bobem, bo mam nadzieję, że dzięki temu nie staniemy się sobie całkiem obcy. Nadal próbuję się z nim kochać, chociaż tak jak i on wcale tego nie pragnę.

Następnego ranka, zaraz po wyprawieniu dzieci do szkoły, Lynn przyciąga sobie kuchenne krzesło i wytrząsa torebkę słodziku do filiżanki z herbatą, którą przed nią stawiam.

– Zanim zapomnę... Czy wpłacisz coś na Bieg po Zdrowie? Chodzi o walkę z rakiem piersi. – Przesuwam formularz w jej stronę. – Wiem, wiem... Przysięgam, że w tym roku to już ostatni raz.

– Rak piersi, bądź zielony, na ratunek wielorybom... – Z westchnieniem wpisuje nazwisko w odpowiedniej rubryce. – Kurczę, czy jest coś, na co nie zbierasz pieniędzy? Trzymaj.

– Dzięki. A swoją drogą – mówię rozbawiona – wtedy zbieraliśmy na Greenpeace, nie na wieloryby. Zresztą to było jakieś dziesięć lat temu.

– Powinnaś z tym przyjść wczoraj na spotkanie klubu.

– A właśnie... Co myślisz o tym, co powiedziała Ginny? – Siadam naprzeciwko niej i ponieważ chcę, by wyglądało, że przypadkiem poruszam ten temat, strzepuję ze stołu nieistniejące okruszki.

Lynn patrzy na mnie przez zmrużone powieki.

– Wiesz, dlaczego wszystkim wydaje się, że jesteś taka poukładana? Bo zachowujesz się, jakby tak było. – Dmucha na herbatę, czekając, aż trochę ostygnie.

– Naprawdę tak o mnie myślą?

– Jasne.

– Wcale taka nie jestem.

– Ja to wiem i ty to wiesz, ale powtórzę jeszcze raz, ludziom taka się wydajesz. – Upija łyk herbaty. – Niewie le wiedzą. Kurczę! Jedzie śmieciarka, a ja zapomniałam wystawić kosze. Muszę iść.

Faktycznie udaję całkiem inną osobę. Czyż inni nie starają się nadrabiać miną? Czy ktokolwiek w moim wieku jest naprawdę szczęśliwy? Tak długo rozciągałam usta w uśmiechu, aż zaczęło to wyglądać naturalnie. Zresztą czasami rzeczywiście jest naturalne... Na przykład przy dzieciach. Albo przy Lynn. Wiem, że także w innych sytuacjach, tyle że nie jestem w stanie przypomnieć ich sobie tak na poczekaniu. O, również po jodze, kiedy uda mi się być na zajęciach. Wtedy też uśmiecham się szczerze. W te nieliczne wieczory, gdy jemy kolację sami z Bobem, panuje taka cisza, że muszę się powstrzymywać, by nie przewalić stołu. Mam wrażenie, że tylko w ten sposób mogłabym wyrwać nas z odrętwienia.

Kiedyś Bob powiedział:

– Jedynym niezmiennym punktem w naszym małżeństwie jest ten skraj przepaści, na którym się zatrzymaliśmy i zabijamy czas, póki nie zabraknie nam sił i już nie będziemy w stanie zapobiec nieuchronnemu upadkowi.

Byliśmy wtedy całkiem młodym małżeństwem. Czytaliśmy w łóżku książki. Od naszego ślubu upłynęły ze trzy lata. Działo się to latem, więc okna trzymaliśmy otwarte, bo nie działała klimatyzacja. Było tak parno, że nawet leżąc bez ruchu, cała się pociłam.

– Posłuchaj tego – powiedział, a ja odłożyłam książkę, żeby wytrzeć spocone dłonie o prześcieradło. Wtedy Bob przeczytał na głos zdanie ze swojej książki: – Jedynym niezmiennym punktem w naszym małżeństwie... – Czytał dalej, a ja patrzyłam w sufit i myślałam, że może wentylator podsufitowy wcale nie jest złym rozwiązaniem. – Słuchasz? – spytał Bob, po czym przeczytał ustęp jeszcze raz.

Wtedy usłyszałam. Przekręciłam się na bok i uklepałam poduszkę, żeby widzieć Boba, zobaczyć wyraz jego twarzy. Pamiętam, jak się zastanawiałam, czy po prostu zrobił na nim wrażenie styl pisarza – czasem zdarzało mu się czytać jakieś fragmenty na głos po to tylko, żeby zachwycać się budową zdania. A może chodziło o coś innego? Odłożył książkę i zapatrzył się przed siebie, tak że widziałam tylko jego profil. A potem odezwał się właściwie do siebie:

– A więc domyślam się, że może być gorzej.

Czekałam, że się roześmieje, ale w jego głosie nie słychać było ironii. Zupełnie jakby pocieszało go to, że przynajmniej nam układa się lepiej – nawet jeśli tylko trochę lepiej – niż tej parze stojącej na skraju przepaści. W każdym razie tak to zabrzmiało.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Pamiętam, jak za wszelką cenę próbowałam coś wymyślić, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Po kilku minutach martwej ciszy, w czasie której leżeliśmy, trzymając na piersiach książki położone grzbietami do góry, Bob odezwał się:

– Powinniśmy założyć wentylator pod sufitem. – Przerwał, by rozważyć pomysł. – Nie powinno być trudności z instalacją, pewnie zrobię to w jedno popołudnie. Co o tym myślisz?

Zamknęłam oczy, a gdy Bob na mnie spojrzał, udałam, że zasnęłam. Słyszałam, jak wzdycha i przekręca się, żeby wyłączyć lampę. Gdy jego książka spadła na podłogę, znowu się poruszył. Myślałam, że ostrożnie zdejmie mi z piersi moja powieść, ale wkrótce rozległo się chrapanie. Zdałam sobie sprawę, że napinam mięśnie i staram się leżeć nieruchomo, a kiedy wreszcie noc stała się moją wyłączną własnością, mogłam zastanowić się nad tym, co usłyszałam. Trzeba przyznać, że to, co przed chwilą powiedział Bob, wprawiło mnie w konsternację.

W tym czasie mój wzrok już przywykł do ciemności. Pamiętam to, bo właśnie patrzyłam na tandetne zasłony, które powinnam zmienić, ale jakoś nie mogłam się do tego zabrać, gdy nagle pojęłam, że wcale nie powinnam czuć się zaskoczona. Co prawda sprawy mogły układać się gorzej, ale różnica nie byłaby wielka. A ja po prostu nie chciałam tego zauważać.

W tym właśnie sęk! Od tamtej nocy, gdy Bob powiedział to na głos, nie mogłam pozbyć się tej myśli. I nadal nie mogę.


Cammy



To jest takie głupie. Przeczytam to jeszcze raz później i pewnie uznam, że jest durne, więc w końcu i tak wyrzucę, ale co tam. Powinnam teraz pisać wypracowanie o tym, kto moim zdaniem w dzisiejszym świecie najbardziej dba o środowisko, ale chrzanię to. Nie mam pojęcia, kto dba o środowisko i nic mnie to nie obchodzi. Nasza planeta i tak się rozleci, nic tego nie powstrzyma, więc niby co ma pomóc jakieś głupie wypracowanie. Pisanie go to tylko strata czasu. A do tego jeszcze tyle papieru pójdzie na marne. Znakomita sprawa, nie? Pisać o środowisku i zabić przy tym kawałek lasu.

Poprzedniej nocy, jakoś koło drugiej nad ranem, wpadł Will. Wdrapał się po drzewie, które rośnie tuż przy ścianie. Powiedziałam mu, że mama się wkurzy, jeśli przyłapie go u mnie w pokoju, ale odparł na to, że luzik, bo przecież nic nie robimy. Chciałam na to powiedzieć: "O, to znaczy, że wkładanie twojego kutasa do moich ust to nic? Więc go zabieraj w diabły". Ale nie powiedziałam tego, a on sobie poszedł wkrótce po tym, gdy skończyłam.

Ta cała historia z Willem sprawia, że czuję się mała i mam ochotę wpełznąć do jakiejś dziury. Albo wdrapać się mamie na kolana. Czyżbym chciała znów stać się małym dzieckiem i tym razem zrobić wszystko jak należy? Tak to wygląda, więc pewnie tak. Przyglądam się twarzom w tłumie, jakbym próbowała zobaczyć siebie samą. To takie dziwne. Zupełnie jakbym naprawdę miała ujrzeć swoje odbicie w lustrze. Może to dziwaczne, ale nie mogę przestać przypatrywać się ludziom. W centrum handlowym, w kolejce do kina. Dziwnie jest myśleć, że moja prawdziwa matka jest tam gdzieś i może też mnie szuka. Na pewno jest piękna. Pełna wdzięku. Elegancka. Ciekawe, czy żałuje, że mnie urodziła. Wyobrażam sobie, jak próbuje mnie odnaleźć. Jakby zdawała sobie sprawę, że popełniła potworny błąd. Założę się, że miała depresję poporodową. Nie wiedziała, gdzie się zwrócić, więc mnie porzuciła, żeby mieć trochę spokoju i ciszy. Z pewnością następnego dnia zmieniła zdanie, ale już było za późno. Samantha i Bob Friedmanowie zabrali mnie i nie powiedzieli jej dokąd. A ona od tamtej pory żyje z pustką w sercu. W wyobraźni widzę, jak ją odnajduję, ona zachęcająco klepie się po nodze, a ja – chociaż jestem na to o wiele za duża – wdrapuję się jej na kolana. Chcę z nią zacząć wszystko od nowa. Od samego początku.

Rodzice świrują na moim punkcie. Sądzą, że ich nie słyszę zza ściany, ale przecież w tym domu słychać wszystko z każdego miejsca, więc to jest tak, jakby uważali, że jestem głucha albo coś. Zeszłej nocy słyszałam ich nawet przez swojego iPoda. Ciągle Cammy to i Cammy tamto, jakby musieli jeszcze mnie wykorzystywać, by nie zwariować w tym swoim nudnym życiu.

Nigdy nie wyjdę za mąż. Może zostanę lesbijką. Przy swoich kolegach Will nazywa mnie lesbą. To dlatego, że nie mam jeszcze piersi jak te dziewczyny w typie cheerleaderek, które obciągają piłkarzom. Czasami zastanawiam się, jak to jest być taką śliczną. Te dziewczyny mogą przebierać i wybierać, nie muszą się martwić o stopnie ani o to, że ktoś je zlekceważy. Nikt ich nigdy nie ignoruje. Faceci obchodzą się z nimi, jakby były ze szkła, wszyscy są delikatni i uprzejmi jak wobec księżnej Diany. No nie, kretynko, ona przecież nie żyje. No więc nie wobec księżnej Diany, tylko kogoś w tym stylu, na kogo patrzy się z podziwem. Jak na przykład Missy Delaney.

Missy Delaney była pierwszą osobą, która zauważyła, że nie pasuję do swojej rodziny. Tak właśnie powiedziała tym swoim piskliwym głosem: "Nie pasujesz do swojej rodziny". Jakbym była torebką, a oni butami. To zdarzyło się jakieś osiem lat temu, i ważne, że wśród ludzi, więc powiedziała to tak, że zabrzmiało niemal jak komplement. Zupełnie jakbym była ładniejsza albo coś w tym stylu. Ot, udawanie na pożytek innych, bo obie doskonale wiedziałyśmy, że wcale nie chciała być miła. Myślę, że była pierwszą osobą, która tak jawnie, tak szczerze mnie znielubiła. Do dziś nie wiem, czemu wybrała sobie właśnie mnie na to nielubienie.

Chociaż chyba już rozumiem. Gdybyśmy poznały się dziś, wcale bym się jej nie dziwiła. Bo to jest trochę tak, jakbyśmy pochodziły z różnych planet. Kiedy ufarbowałam włosy na czarno, mówiła wszystkim, że jestem początkującą lesbijką, a gdy przekłułam sobie nos, powiedziała, że już zostałam pełnoprawnym członkiem społeczności gejowskiej.

– Ale w lesbijskiej parze to nie ty malujesz usta – skrzeczała do swoich wyznawców.

O niczym tak nie marzę, jak o tym, żeby po skończeniu szkoły przestać o niej myśleć.

Już się całkiem przyzwyczaiłam do tych udawanych pokasływań, które się rozlegają, gdy wchodzę do klasy. Przywykłam, że wszyscy się ze mnie śmieją, a nawet do obleśnych ruchów, które Max robi językiem, gdy idę obok niego do swojej ławki. To znaczy dawniej mnie to gryzło, ale co tam. Nienawidzę swojego życia.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com