Dochodzenie II - David Hewson - ebook
Wydawca: Marginesy Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 783 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 23 godz. 49 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dochodzenie II - David Hewson

 

Kopenhaska policja szuka mordercy młodej prawniczki. Szef wydziału zabójstw wie, że w skomplikowanym śledztwie pomóc może tylko Sarah Lund, przed dwoma laty usunięta ze służby. Ona jedna nie wierzy w winę męża ofiary i zamach tajemniczej Ligi Muzułmańskiej. Po kolejnych morderstwach trop prowadzi do jednostki wojskowej przygotowującej się do kolejnej misji w Afganistanie.

Opinie o ebooku Dochodzenie II - David Hewson

Fragment ebooka Dochodzenie II - David Hewson

Spis treści
Karta redakcyjna
Słowo wstępne
Motto
Podziękowania
Główni bohaterowie
Rozdział 1.  Czwartek, 3 listopada, 23.42
Rozdział 2.  Poniedziałek, 14 listopada, 7.45
Rozdział 3.  Poniedziałek, 14 listopada, 18.52
Wtorek, 15 listopada, 7.43
Rozdział 4.  Wtorek, 15 listopada, 19.52
Środa, 16 listopada, 8.45
Rozdział 5.  Środa, 16 listopada, 18.34
Rozdział 6.  Piątek, 18 listopada, 8.04
Rozdział 7.  Sobota, 19 listopada, 9.03
Rozdział 8.  Niedziela, 20 listopada, 8.10
Rozdział 9.  Poniedziałek, 21 listopada, 9.15
Tytuł oryginału: THE KILLING 2
Przekład: EWA PENKSYK-KLUCZKOWSKA
Redaktor prowadzący: DOROTA KOMAN
Redakcja: DOROTA KOMAN
Korekta: JOANNA ZIOŁO, MATEUSZ SZMIGIERO
Projekt okładki, opracowanie graficzne typograficzne: ANNA POL
Łamanie, montaż: MANUFAKTURA
Zdjęcie autora: Copyright © Mark Bothwell
Zdjęcie Sofie Gråbøl: Copyright © DR / Time Harden
Wydanie pierwsze
First published 2013 by Macmillan an imprint of Pan Macmillan,
a division of Macmillan Publishers Limited Pan Macmillan,
20 New Wharf Road, London N1 9RR Basingstoke and Oxford
Associated companies throughout the world
www.panmacmillan.com
Copyright © David Hewson 2013
Based on Søren Sveistrup’s FORBRYDELSEN II (THE KILLING 2)
an original Danish Broadcasting Corporation TV series
co-written by Torleif Hoppe and Michael W. Horsten
The right of David Hewson to be identified as the author of this work
has been asserted by him in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act 1988
Copyright © for the translation by Ewa Penksyk-Kluczkowska
Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2013
ISBN 978-83-63656-34-8
Wydawnictwo Marginesy
ul. Forteczna 1a,
01-540 Warszawa
tel./faks: 48 22 839 91 27, 48 696 451 127
e-mail: redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja: eLitera s.c.
SŁOWO WSTĘPNE_

od Sørena Sveistrupa, twórcy serialu
Dochodzenie (Forbrydelsen),
zdobywcy nagrody BAFTA

Tworzenie scenariusza do serialu telewizyjnego Dochodzenie było dla mnie doznaniem wyjątkowym. Gdy teraz zasiadam do pisania, najnowsza część serialu, Dochodzenie II, jest emitowana Danii, radością dowiaduję się, że brytyjska widownia nie może się doczekać rychłej emisji BBC.

Kiedy padła propozycja, by ślad za serialem powstała książka, podszedłem do niej zainteresowaniem. Chciałem zobaczyć, co tego wyjdzie, ale wiele osób na pewno sceptycznie podchodziło do przeniesienia serialu telewizyjnego na karty książki. Brytyjscy wydawcy zapalili się natomiast do pomysłu tak bardzo, że prawa do publikacji zacięcie walczyło ich na aukcji dziesięciu. Ważne było, by zwycięzca tej walki wybrał pisarza, który doceni serial, kogoś, kto będzie umiał przeniknąć myśli Sarah Lund kto poświęci czas, by wchłonąć duńską kulturę poznać Kopenhagę. David Hewson okazał się właściwą osobą. wygląda na to, że reszta świata podziela opinię, ponieważ prawa do publikacji książki sprzedawane do kolejnych krajów.

Wszyscy mamy świadomość, że to, co się sprawdza na ekranie, nie zawsze sprawdza się na kartach książki, odwrotnie zatem wypadku niektórych scen konieczne mogą się okazać przeróbki dla potrzeb książki. David odwiedził mnie Kopenhadze, omówiliśmy elementy fabuły, zastanowiliśmy się nad tymi, które on chciałby rozwinąć. Wiedziałem wtedy, że jestem gotów powierzyć „swoje dziecko kompetentnym rękom Davida.

Cieszymy się, że historia Sarah Lund dzięki słowu drukowanemu, e-bookom audiobookom dociera do coraz szerszego kręgu odbiorców. Oczekujemy, że druga część książki każdym calu okaże się równie udana. Mam nadzieję, że jej lektura sprawi Państwu wielką przyjemność.

Søren Sveistrup

Życie można zrozumieć, oglądając się wstecz.
Żyć jednak trzeba naprzód.

Søren Kierkegaard

PODZIĘKOWANIA_

Znowu jestem winien wdzięczność wielu ludziom, którzy mi pomogli. Należą do nich Søren Sveistrup, twórca serialu, Susanne Bent Andersen oraz Lars Ringhof Kopenhagi. Dziękuję też bardzo mojemu brytyjskiemu wydawcy Trishy Jackson jej współpracownikom Pan Macmillan za ich trafne uwagi. Podobnie jak wypadku pierwszej książki biorę jednak na siebie pełną odpowiedzialność za wszelkie zmiany stosunku do pierwotnej, telewizyjnej opowieści.

David Hewson

GŁÓWNI BOHATEROWIE_
POLICJA KOPENHASKA_

Sarah Lund była podkomisarz policji kryminalnej (obecnie ta funkcja nazywa się podkomisarz policji), Wydział Zabójstw

Lennart Brix szef Wydziału Zabójstw

Ulrik Strange podkomisarz policji, Wydział Zabójstw

Ruth Hedeby zastępca komendanta policji

Madsen detektyw, Wydział Zabójstw

Svendsen detektyw, Wydział Zabójstw

Erik König szef Politiets Efterretningstjeneste (PET), Agencji Wywiadowczej Narodowego Bezpieczeństwa Wewnętrznego, niezależnego wydziału służb policyjnych

FOLKETINGET, DUŃSKI PARLAMENT_

Thomas Buch nowy minister sprawiedliwości

Karina Jørgensen osobista sekretarka Bucha

Carsten Plough sekretarz Bucha, starszy urzędnik służby cywilnej

Erling Krabbe szef Partii Ludowej

Birgitte Agger szefowa Partii Postępu

Flemming Rossing minister obrony

Gert Grue Eriksen premier

Frode Monberg były minister sprawiedliwości

_WOJSKO DUŃSKIE

Jens Peter Raben były sierżant

Louise Raben żona Rabena, pielęgniarka wojskowa

pułkownik Torsten Jarnvig ojciec Louise Raben

major Christian Søgaard

Allan Myg Poulsen były towarzysz broni Rabena

Lisbeth Thomsen była towarzyszka broni Rabena

David Grüner były towarzysz broni Rabena

generał Jan Arild asystent szefa sztabu, kwatera główna

Gunnar Torpe, „Kapelan” pastor, były kapelan wojskowy

Torben Skåning były kapitan

Frederik Holst lekarz wojskowy

Peter Lænkholm były porucznik

_INNI

Anne Dragsholm prawniczka, aktywistka

Stig Dragsholm mąż Anne Dragsholm

Abdel Hussein Kodmani aktywista islamski

Connie Vemmer dziennikarka, była rzecznik prasowa Ministerstwa Obrony Narodowej

1_
CZWARTEK_
3 LISTOPADA_
23.42_

Trzydzieści dziewięć schodów prowadziło ruchliwej drogi Tuborgvej do Mindelunden, jej cichymi grobami niezmiennie gorzkimi wspomnieniami. Lennart Brix, szef Wydziału Zabójstw kopenhaskiej policji, czuł się, jakby przez większość życia pokonywał drogę.

Pod łukiem wejściowym, chroniącym przed marznącym deszczem, mimowolnie wspomniał tamtą pierwszą wizytę sprzed niemal pięćdziesięciu lat. Pięcioletni chłopiec ściskający rękę ojca nawet sobie nie wyobrażał, co zaraz zobaczy.

Śmierć była dziecku równie daleka, jak koszmar senny albo bajka. Ale tu, tym odludnym parku Østerbro, uwięzionym pomiędzy ruchem ulicznym linią kolejową, leżała przyczajona niczym zgłodniałe widmo, kryjąc się cieniach za nagrobkami posągami, szepcząc nazwiska wycięte zimnych kamiennych tabliczkach wmurowanych ścianę.

Brix, wysoki poważny mężczyzna, daleki od snucia fantazji uleganiu iluzji, wytarł twarz rękawem płaszcza. Za nim odprawiano znajomy rytuał Wydziału Zabójstw. Funkcjonariusze czarnych mundurach stąpali ciężkimi krokami po betonowych ścieżkach, niosąc lampy pozostały sprzęt niczym ekipa techniczna przygotowująca przedstawienie. Trzaski krótkofalówek niosły się powietrzu. Mężczyźni zadawali przewidywalne pytania, na które on krótkim machnięciem ręki udzielał przewidywalnych odpowiedzi.

Mindelunden.

Natrętne wspomnienie, dręczący strach, który od tego czasu nigdy go nie opuścił.

– Szefie?

Madsen. Dobry gliniarz. Niezbyt bystry, ale młody pełen zapału.

– Gdzie ona jest? spytał Brix.

– najgorszym miejscu. Chce pan...?

Brix ruszył górę, dotarł do schodów, wyszedł na wietrzną ciemną noc. Długa linia płyt pamiątkowych po jego lewej stronie zdawała się ciągnąć nieskończoność, jedno nazwisko po drugim, sto pięćdziesiąt jeden, garstka partyzantów zamordowanych czasie pięcioletniej okupacji nazistowskiej. Było ich wiele więcej, jak powiedział jego ojciec tamten słoneczny dzień, 5 maja, pół wieku temu, gdy każdym domu mieszkaniu zapalano oknie świeczkę dla upamiętnienia tych, którzy zginęli.

Przed oczyma Brixa znowu stanął tamten zimny, spokojny poranek. czapką ręku mały Lennart szedł do posągu kobiety trzymającej martwego syna, chociaż widział niewiele oprócz grobów na przodzie, rząd za rzędem ciągnących się równych kamiennych mogił, każda pamiątkowym wazonem, wszystkie pięknie utrzymane. tak będzie zawsze, zapowiadał jego ojciec.

Tamtego dnia dziecko, którym był wówczas Lennart Brix, odbyło pierwsze spotkanie mrocznym potworem zwanym śmiertelnością zrozumiało, że jego szara, wieczna obecność nigdy go już nie opuści. Śmierć ciągle tu była niewidzących kamiennych oczach kobiety tulącej utraconego syna. nazwiskach wyciętych marmurowych płytach. Czaiła się jak dzikie zwierzę, kuląc się cieniach lasku za uporządkowanymi, równymi grobami, czekając na sposobność, by uciec miasto.

– Szefie?

Madsen się niecierpliwił. Miał prawo. Lennart Brix wiedział, gdzie jest najgorsze miejsce, po tych wszystkich latach Wydziale Zabójstw tak nie chciał go zobaczyć.

– Mamy męża. Wóz patrolowy zatrzymał go samochodzie na moście do Malmö. Jest cały zakrwawiony. Bełkocze jak szaleniec.

Naziści zajęli Mindelunden wraz sąsiednimi koszarami Ryvangen 1943 roku, gdy zacieśnili kontrolę nad Kopenhagą. budynkach wojskowych po drugiej stronie linii kolejowej ustanowili centrum dowodzenia. Tu, na płaskim terenie wykorzystywanym do parad ćwiczeń wojskowych, prowadzili schwytanych partyzantów na strzelnicę tam ich mordowali.

Madsen potupywał na bruku chuchał na ręce.

– To pewnie oznacza, że połowę roboty mamy za sobą.

Brix tylko na niego spojrzał.

– Mąż powtórzył młody funkcjonariusz, wyraźnie zniecierpliwiony. Jest cały we krwi.

Dwa lata temu, kiedy na poły nieświadomie zbliżali się do rozwodu, Brix oprowadził po Mindelunden swoją żonę. Tym samym podjął daremny wysiłek, by zainteresować swoim miastem rodzinnym powstrzymać przed ostatecznym wyjazdem. Pochodziła Londynu, nigdy do końca nie pojęła więc kontekstu tego miejsca. Żeby to zrozumieć, trzeba być Duńczykiem, obowiązkowo przyprowadzonym tu dzieciństwie przez rodzica poważnie traktującego wydarzenia przeszłości.

Anglicy znali oblicze wojny, ale natury okupacji naiwnie nie zdawali sobie sprawy, co było niebezpieczne. Dla nich, także dla Amerykanów, konflikty zbrojne rozgrywały się innych miejscach, wybuchały jak dalekie ognie, następnie je tłumiono pod postacią popiołów prochów zostawały na obcej ziemi. Dla Duńczyków okupacja była czymś innym, Brix nie umiał tej inności wyjaśnić. Walczyli najlepiej, jak umieli, kiedy Niemcy wkroczyli do Jutlandii 1940 roku. Potem na jakiś czas spokojnie się poddali zamian za namiastkę normalności, pozornej niepodległości rozdartej wojną Europie, okrutnej scenerii, gdzie władza nazistów wydawała się przesądzona.

Zanim zaczęli znikać Żydzi, śmiałe grupy partyzantów niepokoić sumienia, zmieniło się nastawienie ludności. Niektórzy walczyli, płacąc najwyższą cenę, torturowani celach Politigården kwatery głównej policji, gdzie Brix teraz pracował potem przewożeni do Mindelunden, przywiązywani do słupów na tle trawiastego szańca, gdzie nigdy nie miały stanąć żywe cele.

Ciągle słyszał, jak ojciec opisuje scenę maja 1945 roku, kiedy nadeszło wyzwolenie. tych ostatnich miesiącach Niemcom śpieszno było wymordować jak najwięcej więźniów. Skatowane, gnijące ciała leżały półzagrzebane na nagich polach, porzucone pośpiechu.

Nie umarli lekką śmiercią, doświadczenie okupacji nie chciało odejść niepamięć. Pozostał gniew, żal skrywane poczucie wstydu. Jako dziecko drżące przed tymi trzema słupami, zachowanymi charakterze pomników przed trawiastą ścianą strzelnicy, Lennart Brix zastanawiał się, czy on miałby tyle odwagi. Czy może odwróciłby się plecami żył jak gdyby nigdy nic?

To pytanie na pewno zadawali sobie wszyscy, którzy nadeszli później. Rzadko jednak na głos.

Szczekanie psa wyrwało Brixa zamyślenia. Zerknął na techników białych kombinezonach czepkach, którzy maszerowali ponurymi twarzami między rzędami grobów stronę miejsca, gdzie zbierała się reszta zespołu.

Pomyślał, że może tamta chwila przed pięćdziesięciu laty namaściła go na detektywa. Kogoś, kto szukał przyczyn tam, gdzie pozoru nie istniały.

– Szefie?

Twarz Madsena jaśniała chorobliwym zapałem, którego oczekiwał od swoich ludzi. Musieli czuć głód, potrzebę pościgu. Detektywi byli myśliwymi, wszyscy. Niektórzy lepszymi od innych, chociaż najlepsza policjantka, jaką kiedykolwiek się zetknął, teraz marnowała życie swoje zdolności mundurze pogranicznika zapadłej dziurze na Zelandii.

Brix nie odpowiedział. Ruszył przed siebie, wiedząc, że musi stawić temu czoło.

Płaski prostokąt trawy, zdeptany ubłocony przez policyjne buty, trzech stron otoczony był ścianami.

Reflektory świeciły tak mocno, że można było odnieść wrażenie, że to księżyc pełni jaśnieje nad ich głowami. Poza ich zasięgiem światła grupy funkcjonariuszy cierpliwie przeszukiwały teren, wysoko unosząc latarki.

Przed nimi stały trzy sękate słupy repliki oryginałów, które obecnie znajdowały się niewielkim muzeum Ruchu Oporu mieście, Frihedsmuseet. Kobietę przywiązano do środkowego, rękoma na plecach, ciężką liną przepasując jej pierś. Blond włosy przesiąkły deszczem krwią. głową zwieszoną, podbródkiem na piersi, wyglądała, jakby przycupnęła niezgrabnie na kolanach.

Ziejąca rana na jej szyi jak chory drugi uśmiech. Miała na sobie niebieski szlafrok pocięty miejscami do pasa, tam, gdzie trafiło oszalałe ostrze, wyzierało poranione ciało. Jej twarz była posiniaczona brudna. Krew nosa zaschła wokół ust niczym makijaż tragicznego klowna.

– Kilkanaście ran na szyi klatce piersiowej referował Madsen. Nie zabito jej tutaj. Zadzwonił do nas mąż powiedział, że wszedł do domu stwierdził, że wszędzie jest pełno krwi. ani śladu żony. Potem odjechał samochodem.

Przysunął się, by popatrzeć bliska.

– więc tak wyglądają zbrodnie namiętności.

Pies wpadł szał.

– Czy ktoś może uciszyć to zwierzę? spytał Brix.

– Szefie?

– Zabierzcie męża na przesłuchanie. Zobaczymy, co ma do powiedzenia.

Madsen zaszurał nogami.

– Chyba nie jest pan przekonany.

– Ona jest prawniczką. On też. Zgadza się?

– Tak.

Brix wpatrywał się poszarpane, pogruchotane ciało pod słupem.

– Tutaj? Pokręcił głową. Akurat tutaj? To nie ma sensu.

– ogóle zabijanie ludzi nie ma sensu, prawda?

Właśnie że ma, pomyślał Brix. Czasami. Na tym właśnie polegała robota detektywa. By wśród kości krwi dojrzeć logikę.

Myśl utraconej funkcjonariuszce Sarah Lund nie dawała mu spokoju. Że tak trwoni swój czas Gedser. Zastanawiał się, co ona by wywnioskowała takiej sceny. Jakie zadałaby pytania, na co by spojrzała. Coś, czym zetknął się przed pięćdziesięciu laty, również jemu dało ten straszliwy dar. Dało. Trochę. Ale nie miał takiego talentu jak Lund. On umiał mówić do zmarłych, wyobrażał sobie ich odpowiedzi.

Ona...

Wysoki, poważny szef Wydziału Zabójstw kopenhaskiej policji bardzo chciał opuścić to miejsce. Tutaj nie mógł jasno myśleć, rozum go zawodził.

Nigdy nie pojmie, jakim cudem Lund słyszy, co mówią zmarli.

– Co mam zrobić? spytał znowu Madsen.

– Już powiedziałem. Przywieź go na komendę.

Ruszył drogę powrotną wąską, błotnistą ścieżką, przez pole nagrobków, mijając nazwiska na murze, posąg matki tulącej zamordowanego syna, tablicę pamiątkową patriotycznymi wersetami kłopotliwego pastora Kaia Munka, dawno temu zamordowanego przez gestapo pewnej ciemnej styczniowej nocy pobliżu Silkeborg Jutlandii.

Zszedł betonowymi schodami, ostrożnie, tak jak kiedyś jako pięciolatek opuszczający to miejsce zawrotami głowy mdłościami, gdy uświadomił sobie, że świat nie jest bezpiecznym szczęśliwym królestwem, choć tak dotąd sądził, że pewnego dnia jego tak jak wszystkich czeka mrok.

stóp schodów Lennart Brix spojrzał prawo, potem lewo, upewniając się, że nikt go nie widzi. Zszedł na pobocze ruchliwej drogi zrobił to, co kilkadziesiąt lat temu: zwymiotował brudne krzaki, zarzucone śmieciami, butelkami niedopałkami.

Potem siadł milczący żałosny nieoznakowanym radiowozie, pod obracającym się niebieskim światłem, słuchając syren rozmów policyjnym radiu, żałując, że nie ma sobie tyle wiary, by modlić się, żeby Madsen miał rację. Że to tylko zaskakująco gwałtowna zbrodnia rodzinna, która zostanie szybko jednoznacznie rozwiązana.

Zbrodnia namiętności. Nic więcej.

Tekst
2_
 
PONIEDZIAŁEK_
14 LISTOPADA_
7.45_
 

Gedser leżało nad ciemnymi wodami Bałtyku. Maleńkie miasteczko liczyło sobie ośmiuset mieszkańców, z czego większość utrzymywała się z promu, przez cały dzień kursującego do Rostocku i z powrotem. W czasach, gdy Niemcy były podzielone na Wschodnie i Zachodnie, przemyt ograniczał się zasadniczo do uchodźców politycznych zza żelaznej kurtyny. W XXI wieku przemytnicy okazali się bardziej przedsiębiorczy. Narkotyki, twarde i miękkie, przemyt ludzi z Bliskiego Wschodu i odleglejszych regionów. Natura kontrabandy się zmieniła, a władze mogły tylko mieć nadzieję, że nieco powstrzymają ten zalew.

Sarah Lund, w swoim granatowym mundurze pogranicznika, z długimi ciemnymi włosami związanymi pod regulaminową czapką, nie straciła ani krztyny ze swojej ogromnej wyobraźni i dociekliwości. Po katastrofalnym zakończeniu sprawy Birk Larsen i postrzeleniu jej partnera Jana Meyera została wyrzucona z kopenhaskiej policji. Zaproponowano jej tę skromną, kiepsko płatną posadę na prowincji, gdzie nie znała nikogo ani nikt jej nie znał.

Przyjęła ją skwapliwie, rozgościła się w maleńkim drewnianym domku, w którym przez dwa lata nie zdążyła rozłożyć swoich rzeczy, oprócz kilku praktycznych ubrań i paru zdjęć syna Marka, czternastolatka mieszkającego obecnie z ojcem pod Kopenhagą.

Jej życie trwało w stanie zawieszenia, utknęło w martwym, głuchym punkcie, choć częściowo było już wolne od dręczącego poczucia winy, które nie dawało jej spokoju w stolicy.

To przez nią sprawa Birk Larsen zakończyła się tak paskudnie. To ją należało winić, że Meyer, aktywny, szczęśliwy człowiek, bezgranicznie kochający swoją rodzinę, resztę życia spędzi na wózku.

Pracowała więc w Gedser i patrzyła, jak ciężarówki toczą się jedna za drugą z wielkich statków w porcie, a potem przyglądała się twarzom kierowców, gdy zabierali swoje pojazdy na nabrzeże, i szybko nabrała biegłości w wyławianiu tych o nerwowym spojrzeniu.

W poprzednim roku nikt nie złapał tylu nielegalnych imigrantów, co ona. Co prawda na nikim nie robiło to wrażenia. Jakie to miało znaczenie? Wyzwaniem dla uchodźców było pokonanie wąskiej cieśniny pomiędzy Rostockiem a Gedser. Kiedy już ktoś sobie z tym poradził, trafiał na duńską ziemię, skąd deportowano niewielu imigrantów, czy to legalnych, czy nie.

Wykonywała zatem swoją pracę jak najlepiej. A pomiędzy nadejściem a wypłynięciem promu czytała i pisała dziwny list do Kopenhagi.

Przed tygodniem samotnie obchodziła czterdzieste urodziny. Trzy puszki piwa i list do Vibeke, matki, opowiadający o fikcyjnym przyjęciu z fikcyjnymi nowymi przyjaciółmi. I kupiła sobie kieszonkowe radio.

Teraz, o ósmej, gdy siedziała sama w niewielkiej budce pograniczników, deszcz lał z ponurego nieba, a ona słuchała w słuchawkach porannych wiadomości.

„Przyszłość rządowego pakietu antyterrorystycznego stoi pod znakiem zapytania...” – oznajmił spiker.

Uważne oczy Lund podążyły za odpływającym promem, który manewrował przy wyjściu z portu i ociężale kierował się na otwarte morze.

„...ponieważ minister sprawiedliwości Frode Monberg trafił do szpitala z atakiem serca. Nie mamy aktualnych informacji na temat stanu jego zdrowia. Parlament miał dzisiaj omawiać nową ustawę antyterrorystyczną. Premier Gert Grue Eriksen twierdzi, że nieobecność Monberga nie zaszkodzi negocjacjom z partnerami koalicyjnymi rządzącej Partii Centrum...”.

– Politycy – mruknęła Lund, wspominając wydarzenia sprzed dwóch lat. – Nannie Birk Larsen nie okazali żadnych względów. Dbali tylko o siebie.

Przesadnie uprzejmy głos premiera wypełnił jej uszy. Grue Eriksen od tak dawna funkcjonował na szczytach duńskiej polityki, że na sam dźwięk głosu zobaczyła jego wizerunek: srebrzyste włosy, promienna, miła twarz. Człowiek godzien zaufania. Chluba narodu.

„Pakiet antyterrorystyczny jest w obecnej sytuacji niezbędny – powiedział Grue Eriksen wyważonym, pewnym głosem. – Prowadzimy wojnę z okrutnym wrogiem, który jest tak tchórzliwy, że musi się trzymać w ukryciu. Walka z terroryzmem musi trwać, tutaj i w Afganistanie”.

Nielegalni imigranci złapani przez Lund nie wyglądali na terrorystów. Zwykli, smutni, biedni obcokrajowcy, którzy łyknęli kłamstwo, że Zachód jest miłą i szczodrą ziemią, która ich powita z otwartymi ramionami.

Kolejny serwis informacyjny.

„Podejrzany o dokonanie morderstwa w Parku Pamięci nadal przebywa w areszcie. Szef Wydziału Zabójstw Lennart Brix przez dziesięć dni, które upłynęły od zbrodni, ujawnił niewiele informacji. Źródła zbliżone do Politigarden sugerują, że aresztowana osoba, podobno mąż ofiary, wkrótce zostanie zwolniona, o ile policja nie dokona jakiegoś przełomowego odkrycia...”.

Jednym szybkim ruchem wyjęła słuchawki z uszu. W kolejce do następnego promu stanęła ciężarówka. To dlatego. Tylko dlatego nie chciała dłużej tego słuchać.

Nieważne, że jej dyżur właśnie się kończył, a w stronę budki nadchodził zmiennik.

Kopenhaga to już przeszłość. I praca w policji również. Nie cieszy się z tego. Ale też nie czuje rozczarowania. Tak po prostu jest.

Wyszła więc na spotkanie zmiennikowi, porozmawiała o grafikach i raportach. O tym, co mogą dla nich oznaczać nowe ustawy antyterrorystyczne. Pewnie więcej roboty papierkowej i tyle.

Ruszyła do biura, by zakończyć dziesięciogodzinną zmianę, zastanawiając się, czy zdoła się wyspać, kiedy wreszcie wróci do swojego domku na skraju tego ponurego miasteczka.

Przy drzwiach zobaczyła czarnego forda. Plakietka parkingowa na przedniej szybie wyglądała znajomo: Politigarden. Przy samochodzie stał mężczyzna w jej wieku. Wyższy od Jana Meyera, bardziej umięśniony. Ale w takich samych ciuchach: czarna skórzana kurtka i dżinsy. Ta sama zniszczona, blada twarz, krótko ostrzyżone włosy i kilkudniowy zarost.

Jan Meyer miał wyłupiaste oczy i wielkie uszy. Ten mężczyzna nie. Był przystojny, ale jakby nie zdawał sobie z tego sprawy. Uważny za tą zawodową, zdystansowaną maską, do której noszenia zmuszała go praca.

Glina do szpiku kości, pomyślała Lund. Równie dobrze mógłby nosić odznakę na piersi.

*

– Cześć – powiedział żywym, niemal dziecięcym głosem, podążając za nią do biura.

Lund wyłączyła swoje walkie-talkie, wsadziła je do szuflady. Wzięła kubek z kawą.

On stał w drzwiach.

– Sarah Lund?

Kawa jak zwykle wydawała się zbyt mocna.

– Ulrik Strange. Dzwoniłem do ciebie mnóstwo razy. Zostawiałem wiadomości. Pewnie ich nie odebrałaś.

Zdjęła czapkę, uwolniła długie ciemne włosy. On nie odrywał od niej wzroku. Lund zastanawiała się, czy jest podziwiana. W Gedser to się nieczęsto zdarzało.

– W termosie jest kawa, jeśli masz tyle odwagi – powiedziała i wypełniła nocny raport: dwie linijki, nic do zgłoszenia.

– Jestem podkomisarzem policji...

Szczegóły, pomyślała Lund. Zawsze się liczyły.

– Podkomisarzem policji kryminalnej, chciałeś powiedzieć?

Zaśmiał się. I wyglądał przy tym życzliwie.

– Nie. W ciągu dwóch lat sporo się zmieniło. Wprowadzono mnóstwo reform. Już nie można palić w budynku. Mamy nowe stopnie. Wyrzucili słowo „kryminalnej”. Pewnie było uważane za trochę...

Podrapał się po krótkich włosach.

– Osądzające.

Wzniósł kubek z kawą, jakby wygłaszał toast. Lund sprawdziła wpis w dzienniku i zamknęła go.

– Chcielibyśmy omówić z tobą pewną sprawę.

Wyszła do szatni. Strange podążył za nią.

– Dziesięć dni temu zamordowano kobietę. W bardzo dziwnych okolicznościach.

Lund wzięła swoją cywilną kurtkę, granatowy sweter i dżinsy.

– Zaczekam, aż się przebierzesz.

– Mów dalej. – Przecisnęła się za szafki i ściągnęła zimny, wilgotny mundur.

– Pewnie o tym czytałaś. Mindelunden. Kobieta zamordowana w Parku Pamięci. Chcielibyśmy, żebyś przejrzała akta sprawy, bo może coś nam umknęło.

– My? – spytała Lund zza szafek.

– Brix o to prosił. Potrzebne nam świeże spojrzenie. Uważa, że ty możesz je nam zapewnić.

Lund siadła na krześle i wciągnęła długie skórzane buty.

– Mogę tu zostać do południa – zaproponował Strange. – Zreferować ci sprawę, jeśli chcesz.

– Pracuję w straży granicznej. Nie zajmuję się morderstwami.

– Jesteśmy prawie pewni, że mamy sprawcę. Mąż ofiary siedzi w areszcie. Możemy go trzymać najwyżej do jutra, a potem musimy mu postawić zarzuty. Zapłacimy ci za przepracowany nad sprawą czas. Twoi tutejsi przełożeni się zgadzają.

Wstała, nie patrząc na niego.

– Powiedz mu, że nie jestem zainteresowana.

Stał w drzwiach, nie ruszył się z miejsca.

– Dlaczego?

Lund wpatrywała się w jego klatkę piersiową, dopóki się nie ruszył, po czym minęła go i chwyciła kurtkę.

– Brix uprzedził mnie, że odmówisz. Mówił, że powinienem podkreślić, jakie to ważne. I że potrzebujemy twojej pomocy.

– Cóż... – Lund odwróciła się, by spojrzeć na niego. – Już to zrobiłeś, prawda?

Strange ściskał kubek, zastanawiając się, co powiedzieć.

– Zanim wyjdziesz, sprawdź, czy zamknąłeś dobrze drzwi – dodała i ruszyła w stronę auta.

*

Gdy zadzwonił telefon, Thomas Buch siedział sam w swoim biurze poselskim w Folketinget, siedzibie parlamentu, i odbijał od ściany gumową piłeczkę. Robił tak od dzieciństwa. Drażnił tym wszystkich. Siebie też.

Niektórzy uważali Bucha za intruza, kogoś, kto dostał się do duńskiego parlamentu dzięki wybitnemu człowiekowi, którego śmierć była prawdziwą stratą dla narodu. Buch miał trzydzieści osiem lat, był jednym z dyrektorów w przedsiębiorstwie rolnym w swojej rodzinnej Jutlandii. W pracy odnosił sukcesy, prowadził firmę, którą jego rodzina tworzyła przez długie lata, aż w końcu rozrosła się tak, że zatrudniała ponad czterysta osób.

Potem nadeszła druga wojna w Iraku. Jeppe, starszy brat Thomasa – ten bardziej bystry, szczupły, przystojny, elokwentny, gwiazda mediów, która wkrótce miała wkroczyć w świat polityki – postanowił wrócić do wojska.

Jeppe rzucał długi cień. Stał się on jeszcze dłuższy, gdy Jeppego zamordowali rebelianci, którzy zaatakowali jego oddział dostarczający wsparcie medyczne szpitalowi na przedmieściach Bagdadu.

Thomas Buch w zasadzie sam nie do końca rozumiał, dlaczego zgodził się walczyć o miejsce w parlamencie, które obiecano jego bratu, tym samym zamieniając złożoność Wspólnej Polityki Rolnej na zawiłości duńskiego prawa parlamentarnego. W gruncie rzeczy nie była to wielka zmiana. Ze zdziwieniem odkrył, że może wygodnie prosperować w ławach Partii Centrum. Większość go tolerowała, niektórzy traktowali podejrzliwie, a dla wszystkich zawsze był grubym młodszym bratem Jeppego. W każdym razie on sam tak się czuł postrzegany.

Tęsknił za swoją żoną Marie, która została w domu w Jutlandii z dwójką ich dzieci, nie znosił cynicznej miejskiej atmosfery miasta. Niemniej obowiązek to obowiązek, a rodzinna firma została w dobrych rękach.

Pomysł awansu w szeregi rządu nawet nie postał mu w głowie. Otyły, z łagodną twarzą morsa i wątłą rudą brodą, nigdy nie był ulubieńcem mediów. W głębi serca miał nadzieję, że kiedy obecna kadencja dobiegnie końca, cichcem powróci do spokojnych pól ojczystych stron i znowu stanie się anonimowy. Tymczasem zaś poradzi sobie z każdą legislacją, która się nadarzy, potrzebami wyborców, codziennymi obowiązkami parlamentarnymi.

I uderzeniem gumowej piłeczki o ścianę gabinetu. Zawsze próbował przewidzieć, jak zareaguje ona na niewielką zmianę kąta. Obserwowanie piłeczki pomagało mu się skupić, a telefon, który niedawno odebrał, dał mu mnóstwo do myślenia. Było to wezwanie na egzekucję albo wyniesienie na wyższe stanowisko.

Kazano mu włożyć marynarkę i krawat. Odbił więc piłeczkę po raz ostatni, ocenił bezbłędnie, którędy wróci, złapał ją i wsadził do kieszeni, po czym ściągnął bluzę i z małej szafy przy oknie wyciągnął swoje najlepsze ubranie.

Na krawacie zobaczył żółtko. Na jedynej dość czystej białej koszuli też. Zeskrobał je, ale została żółta plama. Znalazł więc w zastępstwie czarne polo i wyszedł na listopadowy chłód. Przeciął brukowany plac, który oddzielał siedzibę parlamentu od pałacu Christiansborg, wspiął się długimi czerwonymi schodami i dotarł do gabinetu Gerta Grue Eriksena, premiera Danii.

*

W domku zawsze panował przenikliwy ziąb, choćby nie wiadomo jak Lund podkręcała żałosne ogrzewanie. Wiedziała, że nie zaśnie. Usmażyła więc bekon, spaliła kilka tostów i sprawdziła rozkład jazdy pociągów.

Autobusem do Nykobing Falster, potem pociągiem. Dwie i pół godziny. Kursował regularnie.

Od czasu sprawy Birk Larsen rzadko bywała w domu. To nie miasto ją odstraszało. To wspomnienia. I poczucie winy. W Gedser jej życie wypełniał szary Bałtyk, nudna, rutynowa praca w porcie, samotne godziny w pustym domku, oglądanie telewizji, błąkanie się po sieci, czytanie, spanie.

W mieście było inaczej. Przestała być panią swojego życia napędzanego przez wydarzenia z zewnątrz, poza jej kontrolą, pełne ciemnych ulic, do których przemierzania tęskniła.

Chodziło o miejsce, nie o nią.

„Ściągnęłaś Meyera do tego budynku. Wygnałaś ze swojego życia Bengta Roslinga. Przepędziłaś też Marka i jego ojca. Dokonałaś tych wszystkich fatalnych wyborów, próbując dociec, kto zabił Nannę Birk Larsen”.

Od jakiegoś czasu nie słyszała już tego głosu.

Zdjęcie Marka miała na lodówce. Nie widziała go od pięciu miesięcy. Pewnie jest teraz jeszcze wyższy.

Na urodziny kupiła mu bluzę w Netto. Tani prezent. Przy swoich mizernych zarobkach nie mogła sobie pozwolić na inny.

Powinna czasami spotkać się z matką. Z powodów, których Lund nie rozumiała, wojna pomiędzy nimi, kiedyś taka zacięta i nieustanna, wygasła, odkąd ją zwolniono z Politigarden. Niewykluczone, że Vibeke znalazła w sobie cień współczucia, a może nawet żałości, którego jej córka nigdy wcześniej nie zauważyła. A może po prostu obie się starzały i brakowało im energii, by podtrzymywać wieloletnie sprzeczki, które dzieliły je, odkąd Lund sięgała pamięcią.

Zerknęła na kalendarz. Trzy dni wolne od pracy. I żadnego pomysłu na zabicie czasu.

Sięgnęła po laptopa, rzuciła okiem na wiadomości. Przeczytała to, co powiedzieli o morderstwie w Mindelunden, bo coś musieli powiedzieć. Nie było tego dużo. Lennart Brix doszedł do wprawy w kneblowaniu mediów, a w każdym razie był teraz lepszy niż dwa lata temu, gdy połowa polityków w kopenhaskim ratuszu próbowała wyjść cało ze sprawy Birk Larsen.

Brix.

Nie był złym człowiekiem. Tylko ambitnym. Nie zwolnił jej od razu. Zaproponował wyjście, dzięki któremu zostałaby w policji, gdyby tylko zechciała schować dumę do kieszeni, powiedzieć, że kłamstwa są prawdą, ukryć rzeczy, które należało wydobyć na ostre, bezlitosne światło.

Nie zrobi tego dla Brixa. I na pewno nie dla jego uroczego posłańca Ulrika Strangego. Może dla Marka. Może nawet dla matki.

Nie, gdyby to zrobiła, to dla siebie. Bo tak chciała.

Telefon błysnął, gdy włączył się przypominacz. Dzisiaj urodziny Marka.

– Cholera – zaklęła, pędząc po tanią bluzę. Stwierdziła, że jedyny papier do prezentów, jaki ma w domu, jest w renifery.

Pakując prezent w papier i taśmę, zadzwoniła do domu. Vibeke nie było. Ostatnio zwykle jej nie było, nie wiedzieć czemu.

„Cześć, mamo – nagrała się Lund. – Przyjeżdżam na Marka urodziny, tak jak obiecałam. Zostaję tylko do jutra. Jeden dzień. Do zobaczenia”.

Potem sięgnęła po zniszczoną torbę na ramię, zapakowała do niej ciuchy, które się jej nawinęły pod rękę, i ruszyła na przystanek autobusowy.

*

Kiedyś był to gabinet króla, przynajmniej tak powiedziała sekretarka, która przywitała Bucha. Pałacowe krzesła i wielkie biurko, słynne duńskie lampy. Z okna roztaczał się widok na plac do jazdy konnej, gdzie samotny trener z dwoma rumakami z królewskiej stajni krążył i krążył po błocie. Duńskim państwem kierowano głównie z budynków na maleńkiej wysepce Slotsholmen, dawnego grodu warownego, który niegdyś był całą Kopenhagą. Pałac Christiansborg, Folketinget, siedziby rozmaitych ministerstw... wszystko to tłoczyło się w kilku połączonych budynkach wzniesionych na szczątkach zamku walecznego biskupa Absalona. Ogólnodostępność całego kompleksu przypominała o liberalnej naturze nowoczesnego państwa.

Buchowi nawet się to podobało, choć wolałaby, żeby Marie i dziewczynki częściej go odwiedzały.

Miał w kieszeni swoją gumową piłeczkę i chwilę się zastanawiał, jakby to było odbić ją od wyłożonych panelami ścian gabinetu powstałego dla króla Danii. Nagle jednak wszedł Gert Grue Eriksen i coś w jego twarzy mówiło Buchowi, że to nie jest właściwy moment. Minister leżał w szpitalu ciężko chory. Rozgrzebana ustawa antyterrorystyczna ugrzęzła w labiryncie pokrętnej polityki koalicyjnej. Grue Eriksen był kapitanem statku o nazwie Państwo, odpowiedzialnym za nawigację jednostką sterowaną przez wiele rąk. Niski, energiczny mężczyzna w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat, o srebrnych włosach i dostojnej, przyjacielskiej twarzy. Odkąd Buch pamiętał, Eriksen znajdował się na szczytach duńskiej polityki. Od tak dawna, że człowiek z Jutlandii ciągle czuł przed nim respekt niczym dziecko przed dyrektorem.

Grue Eriksen nie lubił prowadzić czczych gadek.

Krótkie powitanie, zwyczajowe pytanie o rodzinę, uścisk ręki.

– Słyszał pan o Monbergu? – przeszedł szybko do rzeczy.

– Wiadomo coś nowego?

– Mówią, że będzie żył.

Premier gestem skierował gościa do krzesła stojącego przed jego biurkiem, po czym sam zajął wielki skórzany fotel naprzeciwko.

– Nie wraca do pracy. Nie w tej chwili. I później też nie.

– Przykro mi – powiedział Buch ze szczerym współczuciem.

Grue Eriksen westchnął.

– To zły moment. Potrzebujemy pakietu antyterrorystycznego. A utkwiliśmy pomiędzy prawicą a lewicą. Z jednej strony tak zwani patrioci Krabbego w Partii Ludowej. Z drugiej krwawiące serce Birgitte Agger i Postępowych. Jeśli oni wszyscy nie odpuszczą, ustawa przepadnie. Monberg miał sobie z tym poradzić.

Grue Eriksen wpatrywał się wyczekująco w rozmówcę.

– A więc, Thomasie? Co zrobimy?

Buch się roześmiał.

– Schlebia mi, że pyta pan o to właśnie mnie. Ale...

Nie był tępy. Jego umysł pracował całą drogę po długich schodach do gabinetu Grue Eriksena.

– Ale dlaczego? – spytał.

– Bo kiedy wyjdzie pan z tego pokoju, uda się pan na spotkanie z królową. Musi poznać nowego ministra sprawiedliwości. – Grue Eriksen ponownie się uśmiechnął. – Znajdziemy panu koszulę i krawat. I proszę w jej obecności nie bawić się tą cholerną piłeczką. Potem znajdziemy jakiś sposób na uchwalenie naszego pakietu antyterrorystycznego. W przyszłym tygodniu głosowanie, a tu panuje kompletny chaos. Krabbe ciągle żąda kolejnych ustępstw. Postępowcy wykorzystają każdy pretekst...

– Przykro mi – przerwał mu Buch – ale muszę coś powiedzieć.

Grue Eriksen zamilkł.

– To dla mnie zaszczyt. Naprawdę. Ale jestem biznesmenem, rolnikiem. Znalazłem się...

Spojrzał za okno, na budynek parlamentu.

– Znalazłem się w niewłaściwym miejscu. Czekaliście tu na Jeppego. Nie na mnie.

– To prawda – przyznał premier.

– Nie mogę...

– Mamy pana. Nie Jeppego. Przyglądam się panu od lat. Zauważyłem pański spokój i prawość. Oddanie. Sporadyczne... – wskazał na czarne polo – problemy z protokołem.

– Nie jestem prawnikiem.

– A ja nie jestem premierem. W tej roli obsadziło mnie życie i próbuję wykonywać tę pracę jak najlepiej. Będzie pan miał najświetniejszych w kraju urzędników służby cywilnej. I moje pełne wsparcie. Jeśli...

– Muszę odmówić – przerwał mu Buch.

– Dlaczego?

– Bo nie jestem gotowy. Za mało wiem. Może za kilka lat, kiedy pobędę tu dłużej. Nie jestem moim bratem.

– Nie. Nie jest pan. Dlatego panu składam propozycję. Jeppe był jasną gwiazdą. Aż za jasną. Był pochopny i gwałtowny. Nigdy nie zaproponowałbym mu tego stanowiska.

Buch gwałtownie wciągnął powietrze i spojrzał za okno na dwa konie krążące po błotnistym placu do jazdy konnej. Za nimi trener, mężczyzna z pejczem w dłoni. Trzymanym delikatnie. Nieużywanym. Ale jednak obecnym.

– Na ten pakiet antyterrorystyczny postawiłem moją reputację, fotel premiera – ciągnął Grue Eriksen. – Pan lepiej niż ktokolwiek inny wie, jak bardzo ten projekt jest potrzebny. Niech pan przywoła do porządku tych tam, na korytarzach po drugiej stronie placu. Niech zobaczą, że to ma sens.

– Ale...

– To wojna, Thomasie! Nie mamy czasu na tchórzostwo i skromność. Oni pana posłuchają, i to tak, jak nigdy nie słuchali Monberga. On był czeladnikiem, umiejętnym działaczem partyjnym. Nie wnosił nic więcej. Nie miał siły moralnej.

Grue Eriksen kiwnięciem głowy wskazał rozmówcę.

– Pan wnosi. Nikt lepszy nie przychodzi mi do głowy.

– Panie pre...

– Ma pan kompetencje. Nie wątpię w to. Naprawdę brakuje panu woli? Poczucia obowiązku?

Obowiązek.

Obok tego słowa trudno było przejść obojętnie.

Premier wstał i podszedł do długiego okna. Buch dołączył do niego. Patrzyli obaj na konie i dwukółkę brnącą przez błoto na placu.

– Mogłem wyznaczyć kogoś innego z naszego ugrupowania – powiedział Grue Eriksen – ale wtedy ustawa byłaby zagrożona. Myśli pan, że to leży w interesie Danii?

– Nie – odrzekł Buch. – Oczywiście, że nie. Pakiet, który mamy, jest uzasadniony i konieczny...

– Proszę więc doprowadzić go do końca. Dla mnie. Pytam pana ostatni raz: zostanie pan naszym nowym ministrem sprawiedliwości?

Buch nie odpowiedział.

– Biała koszula, klasyczny krawat – orzekł Grue Eriksen i wezwał sekretarkę. – Znajdziemy coś panu. Lepiej niech pan pośle po zapas oficjalnych strojów, panie ministrze. Koniec z koszulkami polo.

*

Herstedvester, placówka łącząca funkcję więzienia i szpitala psychiatrycznego, leżało dwadzieścia kilometrów na zachód od Kopenhagi. Oznaczało to długą, nudną podróż, której Louise Raben miała już trochę dość.

Znała procedurę. Torba przejeżdża przez skaner. Obszukanie. Przepustka.

Potem strażnicy wprowadzali ją do środka i dalej, do pokojów widzeń, a ona zastanawiała się, gdzie jest jej mąż i co robi.

Dwa lata osadzenia, każda prośba o zwolnienie warunkowe odrzucona. Jens Peter Raben był żołnierzem, ojcem, mężem. Człowiekiem, który służył państwu duńskiemu przez niemal połowę swojego trzydziestosiedmioletniego życia.

Teraz został zdegradowany do roli więźnia w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym, odizolowany jako zagrażający sobie i społeczeństwu, któremu kiedyś w swoim mniemaniu służył.

Dwa lata. Nic nie zapowiadało końca udręki. Gdyby był skazany za zwykłe przestępstwo – rabunek, rozbój – już by wrócił do domu, a może do wojska – to było jej tajemne życzenie, którego nie wypowiadała w obecności ojca – szukałby pracy w cywilnym świecie. Ale stan umysłu Rabena po tym, gdy ranny wrócił z Afganistanu, nie dawał nadziei na wolność, do której mieli prawo zwyczajni przestępcy. Odkupienie było niedostępne dla tych, których uznano za niespełna władz umysłowych.

Coraz częściej przychodziła jej do głowy straszliwa myśl. A jeśli nigdy go nie wypuszczą? Jeśli jej mąż, ojciec Jonasa, zostanie w Herstedvester na zawsze?

Ich syn właśnie skończył cztery lata. Potrzebował obecności mężczyzny. Oboje potrzebowali. Ona była młoda. Brakowało jej przyjaźni męża, a także jego obecności, ciepła, bliskości. Na samą myśl, że mógłby nigdy nie wrócić, zaczynała sobie tworzyć absolutnie niedopuszczalne scenariusze.

Gdyby on nigdy nie wrócił... Ile jest warta lojalność? Wierność?

Louise Raben pochodziła z rodziny wojskowego, wychowała się w koszarach, gdy jej ojciec sięgał po kolejne stopnie. Niektóre kobiety czekały, inne korzystały z okazji, by przejąć kontrolę nad własnym życiem. Ona nie chciała dokonywać takiego wyboru.

Strażnik wprowadził ją na blok dla odwiedzających. Na zewnątrz widziała skrzydło więzienne i dalej szpital, w osobnym budynku. Wszędzie wysokie mury. Druty kolczaste. Mężczyźni z walkie-talkie i bronią. Potem wpuścili ją do prywatnego pokoju zarezerwowanego na wizyty małżeńskie. Tania tapeta, zwykły stół, pod ścianą tapczan. I mężczyzna, który coraz częściej wydawał się daleki, choćby nie wiadomo jak się starała.

– Jonas? – spytał.

Podeszła i uściskała go. Ciągle miał na sobie te same stęchłe ciuchy – czarny sweter, wytarte płócienne spodnie. Broda mu posiwiała, twarz stała się szczuplejsza. Zawsze ją zdumiewało, że choć nie wydaje się muskularny, ma w sobie jakąś siłę, widoczną chociażby w szaroniebieskich oczach, które sprawiały wrażenie niestrudzonych.

Jens Peter Raben był sierżantem w batalionie jej ojca. Kimś, komu ludzie ufali i kogo czasami się bali. Była w nim zaciekłość i gniew, które chyba nigdy nie słabły, w każdym razie takie miała wrażenie.

– W przedszkolu był bal – powiedziała, kładąc dłoń na jego policzku i czując szczecinę. – Koledzy go zaczepiali...

– Jasne. Rozumiem.

– Odzywał się do ciebie Myg?

Raben pokręcił głową. Na dźwięk tego imienia jakby trochę się zmartwił. Allan Myg Poulsen należał do jego oddziału w Afganistanie. Aktywnie działał w klubie weteranów, dbając o byłych żołnierzy. Poprzedniego ranka Louise zadzwoniła do Myga z prośbą, by znalazł jakąś pracę dla jej męża.

– Myg mówi, że mógłby ci załatwić jakąś robotę. Na budowie. Stolarkę. Pomógłby nam znaleźć mieszkanie.

Wtedy się uśmiechnął.

– Może gdybyś miał zapewnioną pracę...

– Może.

Podczas każdego spotkania wydawał się jej taki spokojny. Trudno było zrozumieć, dlaczego każde jego podanie o warunek odrzucano, argumentując, że jest tak niebezpieczny, iż nie można go zwolnić.

Przyniosła ze sobą kilka rysunków Jonasa, rozłożyła je teraz na stole. Bajki i smoki. Zamki na niebie.

– Tata kupił mu miecz i tarczę. Prosił o nie.

Raben kiwnął głową, nic nie mówiąc. Tylko patrzył na nią zagubionymi oczami.

Czegokolwiek w tej chwili chciał, nie mogła mu tego dać. Wlepiła więc wzrok w mur za oknem i powiedziała:

– Niewiele się dzieje. Gdyby nie to przedszkole. Mieszkanie w koszarach... to nie jest...

Zawsze to ona musiała zapytać. Wstała i wskazała tapczan.

– Chcesz...?

– Zaczekajmy chwilę.

Ostatnio zawsze tak mówił.

Louise już nie usiadła. Postanowiła nie płakać.

– Kiedy będziesz miał informacje o warunku?

– Niedługo. Adwokat uważa, że mam duże szanse. Dyrektorka kliniki mówi, że zrobiłem duże postępy.

Znowu wpatrzyła się w mur.

– Tym razem nie mogą odrzucić. Nie odrzucą.

Znowu zaczęło padać. Za oknem biegali inni więźniowie, w kapturach, z twarzami na mroźnym wietrze, znudzeni tak jak on. Próbowali wypełnić czymś czas.

– Nie odrzucą, Louise. Co się dzieje?

Siadła, wzięła go za rękę i starała się spojrzeć mu w oczy. Było w nich coś, do czego nigdy nie umiała dotrzeć.

– Jonas nie bardzo chce tu przychodzić.

Twarz mu pociemniała.

– Wiem, że uwielbiasz się z nim spotykać. Ma cztery lata. Byłeś za granicą, gdy się urodził. Połowę jego życia spędziłeś tutaj. On wie, że jesteś jego ojcem, ale...

Te myśli nie dawały jej spokoju, a były tak wyraźne.

– To tylko słowo. Nie uczucie. Nie ma... – Wyciągnęła rękę i dotknęła jego piersi. – Nie ma go tutaj. Musisz wrócić do domu. Potrzebuje cię. Oboje cię potrzebujemy.

Nagły gniew zniknął, a jego miejsce zajęła odrobina wstydu.

– Nie zmuszaj go – powiedział.

– Nie zmuszam. – Łzy same popłynęły. Była żoną wojskowego, chociaż nigdy tego nie chciała. To było bez sensu. – Nie zmuszam, Jens! Ale on już nie jest niemowlęciem. Nie chce nawet o tobie mówić. Niektóre dzieciaki w przedszkolu mu dokuczają. Coś słyszały.

Wyraz jego twarzy – rozdarcie pomiędzy żalem a bezsilną wściekłością – sprawił, że jeszcze bardziej zachciało jej się płakać.

– Przepraszam. – Wyciągnęła rękę i na chwilę dotknęła jego szczeciniastych policzków. – Coś na to zaradzę. Nie martw się.

– Razem coś zaradzimy.

Nie mogła tak po prostu patrzeć mu w oczy. Wiedział o tym, więc wziął jej ręce i czekał, aż podniesie wzrok.

– Wyjdę stąd, Louise. Nie mają powodu dłużej mnie trzymać. Wyjdę i znów będziemy rodziną. Zdobędę pracę. Znajdziemy mieszkanie. Będzie dobrze. Obiecuję.

Próbowała się uśmiechnąć.

– A ja dotrzymuję obietnic – dodał. – Będziemy razem tak bardzo, że szybko się wam przejem. Zatęsknisz za czasami, kiedy byliście tylko we dwoje.

Zamknęła oczy. Łzy płynęły.

– Znienawidzisz moje chrapanie – ciągnął z uśmiechem, nieustępliwy. – Moje cmokanie i to, że brudzę wszystko pastą do zębów.

Roześmiała się, sama nie wiedząc już, czy to szczery śmiech, czy nie.

– Wracam do domu – powiedział, a jedyne, co jej przyszło do głowy, to zatrzymać jego słowa i obietnice nagłym pocałunkiem, dłonią na jego głowie, zerknięciem na prowizoryczne łóżko, które wstawiano tu na wizyty małżeńskie.

– Proszę, Jens. Muszę...

– Nie tutaj. Nie w tym przeklętym miejscu.

Trzymał jej dłonie. Ten sam mężczyzna, którego poznała przed laty, gdy była córką oficera rozpaczliwie próbującą wyrwać się z ciasnego kręgu wojskowego życia, pewną, że nigdy nie zakocha się w żołnierzu.

– Kiedy będziemy wolni...

Jens Peter Raben przycisnął ją mocno do siebie i szeptał obietnice wprost do jej ucha, czym znowu doprowadził ją do śmiechu.

Nagle – jak zawsze za szybko – rozległo się pukanie do drzwi. Ich czas się skończył.

Zanim się obejrzała, stała przed Herstedvester w deszczu i patrzyła na wysokie mury i drut kolczasty, zastanawiając się, ile warta jest obietnica złożona w więzieniu.

*

Brix analizował właśnie ostatnie przesłuchania Stiga Dragsholma, męża zabitej kobiety, kiedy jego posłaniec wrócił z Gedser. Szef podniósł wzrok znak akt.

– Przykro mi – powiedział Strange. – Lund odmówiła. Chyba nieźle się tam zadomowiła.

– Zadomowiła? – powtórzył Brix zdumiony. – Lund?

– To ty ją znasz. Nie ja. Moim zdaniem wyglądała nieźle. Jak idzie?

Brix się skrzywił. Zadzwonił telefon Strangego.

– Nie – powiedział. – Szef jest zajęty. W czym mogę pomóc? – Swobodny, pewny siebie uśmiech. – Lund? Zmieniłaś zdanie. Widzisz, jestem jasnowidzem.

Brix strzelił palcami. Wziął telefon.

– Jeśli nadal uważasz, że jestem w stanie pomóc – powiedziała – przyjeżdżam dzisiaj na urodziny syna. I tylko po to. Ale mogę podejść po jakieś dokumenty, jeśli naprawdę chcesz.

– Nie prosiłbym, gdybym cię nie potrzebował.

Długa cisza.

– Dlaczego? – spytała.

Nic się nie zmieniła. Spokojny, monotonny głos stawiający niezręczne pytania.

– Przyjdź, to pogadamy.

Gdzieś w tle usłyszał dźwięk klaksonu. A potem: „Muszę kończyć”.

I połączenie przerwano.

Strange patrzył na szefa.

– Przyjeżdża czy nie?

– Przyjeżdża. Na własnych warunkach. I nigdy nie było inaczej. Z tym mężem ofiary stoimy w martwym punkcie. Nie wiem, czy w ogóle...

Urwał. Spojrzał w długi korytarz, na ściany wyłożone czarnym marmurem i lampy z brązu o kształcie starodawnych pochodni.

W ich stronę szła Lund. Tym samym miarowym krokiem, jak mężczyzna; mężczyzna, który wie, dokąd zmierza.

Dwa lata. W biurze wszystko się zmieniło. Zniknął mały bunkier, w którym gnieździła się z Meyerem. Teraz królowała tu otwarta przestrzeń. Mnóstwo ludzi. Ci, którzy pozostali, pewnie nie darzyli jej najcieplejszymi uczuciami, sądząc po spojrzeniach, które przyciągała, gdy kroczyła przez Wydział Zabójstw.

Kobieta, którą zesłał do Gedser, podeszła i stanęła przed nim. Strangego jakby tu w ogóle nie było.

– Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł – powiedziała.

– Przeczytaj tylko akta, dobra? Co ci szkodzi? Zapłacę ci. Za każdą godzinę, którą nad tym spędzisz. Będziemy potrzebować...

Robiła to, co zawsze. Rozglądała się. Zauważała wszystko. Odnotowywała zmiany.

– Wcześniej było tu lepiej.

– Nie prosiłem o poradę wnętrzarską.

Brix wskazał Strangemu otwarte biuro.

– Oprowadź ją. Znajdź dokumenty. – Spojrzał na Lund. – Przeczytaj wszystko dokładnie.

Sprawiała wrażenie zadowolonej.

– Potem chcę ci coś pokazać – dodał.

– Powiedziałam, że przeczytam dokumenty. Nic poza tym.

– Muszę...

– Jeden dzień. Jutro wracam do Gedser.

– Lund, zamordowano kobietę. Bardzo brutalnie. Jest w tym coś dziwnego. Coś, czego nie mogę zrozumieć.

Jej wielkie jasne oczy otworzyły się szeroko z oburzenia.

– Za mało masz tu ludzi? Co jest we mnie tak wyjątkowego, że swojego chłopca na posyłki fatygowałeś aż do Gedser?

Strange zasłonił dłonią usta, tłumiąc śmiech.

– Przyjechałaś zobaczyć się z rodziną, prawda? – W bladym uśmiechu Brixa błysnęła ironia.

Lund usiłowała znaleźć jakąkolwiek odpowiedź.

– Nieważne – dodał Brix. – Spójrz tylko do akt. A potem Strange zabierze cię na przejażdżkę.

*

Ministerstwo Sprawiedliwości zajmowało budynek po północno-wschodniej stronie Slotsholmen, nieopodal mostu Knippelsbro. Buch wrócił tam po oficjalnej audiencji u królowej w pałacu Amalienborg i ani trochę się nie zdziwił, że jako pierwsza zadzwoniła do niego żona.

– Tak, tak, uścisnąłem jej dłoń. Teraz jestem w ministerstwie. To... eee...

Biuro, pomyślał, jak biuro.

– Którym ministerstwie? – spytała Marie.

– Moim chyba. Muszę kończyć.

Następnie, wciąż w koszuli i krawacie od premiera, został oprowadzony po departamencie, przedstawiony personelowi wyższego i niższego szczebla, a wreszcie zabrany do sali bankietowej, gdzie podano szampana i koreczki.

Chyba śnię, pomyślał. Chwała Bogu, zaraz się obudzę.

Po budynku oprowadziła go młoda blondynka Karina Jorgensen.

Gdy prezentacje najwyraźniej dobiegły końca, z kieliszkami w dłoni weszli do niewielkiego gabinetu z biurkiem i komputerem. Buch siadł ochoczo na krześle i uśmiechnął się promiennie do niej i otaczających go urzędników uśmiechających się z kolei pobłażliwie.

W radiu powiedziano, że jego nominacja była nieoczekiwana. Ci ludzie najwyraźniej podzielali to zdanie.

– Podoba mi się – oznajmił Buch pogodnie, po czym wziął pióro z blatu, gotów ruszyć do pracy.

– To moje miejsce, panie ministrze – powiedziała blondynka. Zmarszczyła twarz w zdumieniu, gdy pochyliła się nad nim, by poruszyć myszką.

– Co to jest?

Na ekranie widniał dziwny mail. Bez tematu. Tylko link do strony. I wiadomość: „Ponów próbę”.

Kliknęła na link.

– Jakiś kretyn ciągle nam przysyła tę durną wiadomość. Nie wiem, jak się tego pozbyć. Ten link donikąd nie prowadzi. Przepraszam...

Blondynka podeszła do dwuskrzydłowych drzwi i otworzyła je. Wiodły do pomieszczenia, które przywodziło na myśl pracownię dżentelmena z wiejskiej posiadłości w rodzaju tych, do których Thomas Buch raczej nie był zapraszany.

Na ścianach wisiały portrety jego poprzedników, poczynając od XIX wieku. Stół do narad. Lśniące mahoniowe biurko.

Pachniało tu świeżością i nowością, jakby sprzątaczki usunęły każdy najdrobniejszy ślad po Frodem Monbergu.

Buch podszedł do okna. Widział stąd pojazdy pędzące po Inner Harbour, słyszał syreny statków, czuł puls miasta. Dokładnie naprzeciwko miał Borsen, starą giełdę i jej dziwną iglicę z czterema smokami o splecionych ogonach i otwartych dziko paszczach.

– Musimy jeszcze wymienić kilka rzeczy – powiedziała Karina. I niepewnym tonem dodała: – W pańskiej gestii pozostaje decyzja, czy sprowadzi pan swoją asystentkę. Proszę się mną nie przejmować. Sekretariat wyznaczy...

– Umie się pani tu poruszać? – spytał Buch, oszołomiony widokiem portretów na ścianach i walczących smoków oraz zapachem nowego miejsca.

– Pracuję tu od trzech lat.

– A więc moją pierwszą decyzją na nowym stanowisku będzie ta, że pani zostaje. Jeśli to pani odpowiada...

Miała owalną, uroczą twarz, bardzo ładną, zwłaszcza gdy się uśmiechała.

– Te rzeczy... – Buch uderzył w stos dokumentów na biurku – to pewnie Monberga.

– Nie. – Do gabinetu wszedł wysoki mężczyzna około pięćdziesiątki, o krótkich, przyprószonych siwizną włosach i w poważnych okularach w ciemnych oprawkach. – To dokumentacja procesu negocjacyjnego w sprawie pakietu antyterrorystycznego. Carsten Plough, sekretarz.

Pewny uścisk dłoni. Buch pomyślał, że Plough jest uosobieniem urzędnika służby cywilnej, każdego, jakiego w życiu poznał. Tak szary, że aż niewidoczny, grzeczny, chętnie się uśmiechał, ale przede wszystkim chciał sprawiać wrażenie rzeczowego profesjonalisty.

– Na czym stoimy? – spytał Buch.

– Przed nami umowa z Krabbem i Partią Ludową. Opozycja nas nie poprze. To wszystko może pan jednak wyczytać z dokumentów.

– Wyczytam. Ale najpierw musi pan poznać moje zdanie. Prowadzimy wojnę. Czy nam się to podoba, czy nie, musimy osiągnąć porozumienie. Z Krabbem, a także z Postępowcami. Chcę wypracować globalny kompromis. Wojna to nie czas na partie polityczne.

Plough westchnął.

– To dobre stanowisko. Monberg też tak myślał. Niestety...

– Nie jestem Monbergiem.

Buch przerwał wertowanie papierów na biurku. W teczce znajdował się plik zdjęć. Tak krwawych i drastycznych, że poczuł się, jakby ten dzień ze snu zmienił się w koszmar.

Kobieta w niebieskim szlafroku przywiązana do słupa, zakrwawiona, zsiniałe rany na szyi i klatce piersiowej. Zbliżenie bladej twarzy, która – choć martwa – nadal była pełna strachu i zszokowana.

Plough przysunął się do ministra, zakrywając usta dłonią, nagle skruszony.

– Przepraszam. Przekazałem panu akta Monberga, a nie sprawdziłem, co w nich jest.

– Kobieta z Mindelunden – powiedział Buch, przypominając sobie artykuły prasowe. – To ona?

– Monberg interesował się tym osobiście. Prosił, żeby mu dostarczać bieżące informacje.

– Nie wiedziałam o tym – wtrąciła Karina. – Nie powiedział mi...

– Prosił, żeby mu dostarczać bieżące informacje – powtórzył Plough trochę zły. – Przepraszam. Mogę panu później zreferować...

– Jeśli Monberg musiał wiedzieć, to ja też muszę – orzekł Buch.

Nie wstrząsnął nim widok krwi. Buch w głębi serca był rolnikiem, człowiekiem praktycznym, nie unikał okrutnych realiów.

– Później – obiecał Plough, po czym spakował zdjęcia do teczki.

*

Raben spędził cały dzień w warsztacie więziennym, robiąc karmniki dla sklepów ogrodniczych. Jeden wzór. W kółko ten sam. Nabierał w tym wprawy. Może był już na tyle dobry, by zdobyć pracę stolarza.

Po południu miał dostać wiadomość o losach swojego ostatniego podania o zwolnienie warunkowe. Czekał więc do czwartej, znudzony, niecierpliwiąc się, aż w końcu wymknął się bocznymi drzwiami i podszedł do ogrodzenia oddzielającego szpital od więzienia.

Po drugiej stronie dyrektor Toft, blada blondynka, lodowa piękność świadoma swojej urody, szła ścieżką w kierunku parkingu.

Raben podszedł do siatki, wsadził palce między druty i czekał, aż kobieta się zatrzyma.

Zobaczył go jeden ze strażników i krzyknął. Toft się uśmiechnęła i zapewniła, że wszystko w porządku.

Rabenowi stanęło serce. Życzliwość zwykle towarzyszyła złym wieściom.

– Jak pani sądzi, jak idzie? – spytał, gdy strażnik się wycofał.

– Nie mogę panu powiedzieć. Powinien pan porozmawiać ze swoim adwokatem.

– On przyjdzie dopiero w przyszłym tygodniu.

Wzruszyła ramionami.

– Więc musi pan zaczekać.

Ruszyła do samochodu.

– Nie chodzi o mnie! – krzyknął, podążając za nią po swojej stronie płotu. – Moja żona się martwi. Muszę do niej zadzwonić. Nie wiem, co powiedzieć.

– Niech pan powie prawdę. Że nic pan jeszcze nie wie.

– Mogę znaleźć pracę przez klub weteranów. I mieszkanie.

– Szkoda, że pan wcześniej o tym nie wspomniał.

– Jeśli coś się dzieje, chcę wiedzieć, na miłość boską.

Toft się zatrzymała. Raben starał się uspokoić. Ta kobieta rozkoszowała się władzą nad osadzonymi. Lubiła, gdy o tym wiedzieli.

– Jeśli chodzi o personel medyczny, dostał pan ocenę pozytywną. Ale to nie koniec. Ostateczna decyzja należy do komisji. Do władz. Nic więc nie jest pewne.

– A jeśli odmówią?

– To zaczeka pan pół roku i znowu złoży wniosek...

Raben próbował zajrzeć w jej zimne niebieskie oczy, nawiązać osobisty kontakt przez siatkę ogrodzenia.

– Za pół roku nie będę już miał żony. Ani syna. Ona postawi na mnie krzyżyk.

– Musi pan być cierpliwy, Raben.

– Siedzę tu od dwóch lat. Nic mi nie jest. Sama pani tak powiedziała.

Toft się uśmiechnęła, odwróciła i odeszła.

Strażnik znowu zaczął krzyczeć, każąc mu wrócić do warsztatu.

– Nic mi nie jest! – warknął Raben na nią, gdy oddalała się w stronę parkingu bloku psychiatrycznego.

– Raben! – Sądząc po głosie, strażnik niezbyt się złościł. – Masz gościa. Chodź tu.

Wsadził ręce do kieszeni i wrócił do drzwi.

– Moja żona?

– Mówi, że jest twoim kolegą z wojska. Myg Poulsen. Chcesz się z nim spotkać czy nie?

Raben patrzył, jak dyrektor Toft wsiada do swojego małego jaskrawego sportowego wozu i odjeżdża w stronę bramy.

Allan Myg Poulsen. Chudy, nieduży dzielny człowiek. Raben nie mógł sobie przypomnieć, co się wydarzyło w tamtym zapylonym, zimnym domu w Helmand. Miał w głowie tylko dźwięk broni, krzyki i wrzaski umierających, zapach krwi.

Ale Myg tam był. On też należał do ocalonych, do rannych.

– Spotkam się z nim – powiedział Raben.

*

Lund przeczytała akta w Politigarden, a potem, gdy zapadał zmierzch, Strange zawiózł ją do domu zabitej kobiety. Anne Dragsholm mieszkała w willi na końcu ślepej ulicy dziesięć minut samochodem od Mindelunden.

Chodziła z dokumentami w dłoni, mówiąc głównie do siebie.

– A więc mąż mówi, że przyjechał do domu i stwierdził, że wszędzie jest pełno krwi. Przestraszył się i odjechał?

W domu, oddzielonym od świata taśmą „Policja, nie przekraczać”, panował chłód. W oczy rzucały się ślady pozostawione przez techników. Minęły dwa lata, odkąd Lund po raz ostatni widziała miejsce zbrodni. A jakby to było wczoraj.

– Cieszę się, że zmieniłaś zdanie – powiedział Strange. – Naprawdę się cieszę. Jesteś trochę... – Szukał właściwego słowa. – Taką jakby legendą.

Był nieśmiały w sposób niemal dziecięcy. Zupełnie niepodobny do Jana Meyera.

– Tak się teraz na to mówi? – spytała, próbując go rozpracować.

– Starałem się być miły.

– Nie fatyguj się. Nie zmieniłam zdania. I tak tu jechałam. Nie powinniśmy zaczekać na Brixa?

– Spóźni się. Chciał, żebym cię oprowadził.

Włożył lateksowe rękawiczki, a drugie podał jej. Poczuła się, jakby wkładała stary mundur.

– Rozwodzili się – podjął Strange. – On miał romans ze swoją sekretarką. Miesiąc temu żona go wyrzuciła. Nie rozmawiała z nim. Rozłączała się, kiedy dzwonił.

Podążyła za nim korytarzem. Na ścianie wisiała fotografia. Zdjęcie ślubne. Ładna kobieta o długich blond włosach. Pod ramię z promiennie uśmiechniętym mężczyzną w eleganckim garniturze. Uśmiechy iście prawnicze, wymierzone w obiektyw. Dalej późniejsze zdjęcie, z małym dzieckiem.

– Gdzie dziecko?

– Córka. U dziadków.

Wąska kuchnia. Ściany bliżej pokoju pokryte dziecięcymi rysunkami. Brudna patelnia na kuchence. Brudny talerz, wokół niego kółko zrobione długopisem.

– O dziewiętnastej czterdzieści jeden skorzystała tu z laptopa, żeby się połączyć z internetem – kontynuował Strange. – Otworzyła wino, zerknęła na kilka stron biur pośrednictwa nieruchomości i wzięła kąpiel.

Lund wczytywała się w raport z autopsji.

– Czy to był jej codzienny porządek dnia? Późno wracała do domu, brała kąpiel? Jadła sama?

– Skąd mamy wiedzieć?

– Moglibyście spytać męża.

– Mąż mówi niewiele. Została zaatakowana, zanim siadła do jedzenia. Tutaj. Potem napastnik zawlókł ją do jadalni.

Przeszli dalej. Okna sięgające od podłogi do sufitu wychodziły na niskie drzewa ledwie widoczne w świetle dalekich latarni. Na zakrwawionym dywanie leżał przewrócony skórzany fotel biurowy, a niedaleko podnóżek z tej samej skóry. Z boku stała wysoka lampa podłogowa.

– Została dźgnięta dwadzieścia jeden razy – powiedział Strange, stukając palcem w raport. – Raz w serce i ta rana okazała się śmiertelna. Nie wiemy, jakiego narzędzia użył sprawca.

– Noża? – spytała Lund.

Nie była pewna, czy docenił jej sugestię.

– Raczej innego ostrego narzędzia.

Podszedł do lampy przy oknie, stopą wcisnął włącznik w podstawie. Do życia obudziły się detale. Obraz na ścianie był przekrzywiony. Na drewnianej podłodze leżało szkło z jakichś stłuczonych ozdób.

Strange obszedł mebel, by stanąć przy oknie.

– Na fotelu posadzono ją siłą. Wskazuje na to ilość krwi.

Lund patrzyła na zdjęcia. Obok ciała leżał kawałek celofanu.

– On palił? Znaleźliście popiół?

– Ten celofan nie pasuje do paczki papierosów. Nie wiemy, co to jest.

– Guma do żucia?

– Nie wiemy, co to jest – powtórzył. – Mąż mówi, że zadzwonił koło północy. Chciał porozmawiać o sprzedaży domu. Zeznał, że był po paru drinkach. Sądząc po badaniach krwi, musiało ich być więcej.

– Był pijany?

– Cuchnął.

– Gdzie był wcześniej?

– Ze swoją dziewczyną. Zdążyłby.

– Co się stało według niego?

– Nie otworzyła drzwi. Zobaczył, że okno piwniczne jest otwarte. Zaniepokoił się. Wszedł tamtędy.

– Nie miał klucza?

– Parę tygodni temu zmieniła zamki. I założyła alarm.

Lund podeszła do okna, włączyła światło na zewnątrz. Ogród ciągnął się do zarośniętego krzakami lasu. Usłyszała przejeżdżający pociąg. Jedna z linii prowadzących przez Osterbro. Może ta sama, która przebiegała przez Mindelunden, gdzie znaleziono Anne Dragsholm.

Za ich plecami ktoś zapukał do drzwi. Przyjechał Brix.

– Dragsholm musiała się go bardzo bać – powiedział. – Zwolniła firmę ochroniarską, wynajęła nową, bardzo drogą. Zamówili nowe czujniki do ogrodu.

Lund kiwnęła głową.

– Czegoś się bała.

– Miło cię widzieć – dodał Brix. – Przepraszam. Na komendzie nigdy nie ma czasu, żeby to powiedzieć.

Westchnął głęboko jak człowiek, który ma podjąć trudną decyzję.

– Jeśli tu już skończyłaś, to może obejrzymy miejsce, w którym ją znaleźliśmy?

*

Nie mieli pojęcia, jak zabójca przeniósł Anne Dragsholm do Mindelunden. Park Pamięci zamykano na noc, ale trudno go było uznać za miejsce bezpieczne. Otwarty teren blisko centrum miasta. Każdy mógł się tam dostać, jeśli chciał.

Strange włączył silną latarkę policyjną i przeszli gąbczasty długi trawnik starej strzelnicy w stronę trzech pali z brązu wystających z ziemi na tle szańca.

Brix sprawiał wrażenie dziwnie milczącego.

– Anne Dragsholm miała prawo do połowy majątku męża, w tym do połowy jego firmy – powiedział Strange.

– Co ją łączyło z tym miejscem? – spytała Lund.

Brix przerwał milczenie.

– Nie mamy pojęcia. Wiadomo, że wyważył drewniane drzwi wejścia dla ogrodnika i zaciągnął ją tutaj. Dlaczego...

Lund znowu otworzyła akta z wynikami badań, poprosiła Strangego, żeby jej poświecił.

Kobieta w wieku mniej więcej czterdziestu lat, w zakrwawionym niebieskim szlafroku, spoczywająca bezwładnie na ziemi, martwa, przywiązana do środkowego pala. W tak świętym miejscu zakrawało to na bluźnierstwo.

– Mąż nie jest kretynem – powiedział Strange, wskazując ciało na zdjęciach. – Zakładamy pozorację. Chce, żeby to wyglądało na robotę szaleńca. Bo co...?

Lund nie słuchała, tylko chodziła między palami w tę i z powrotem. Brix podążył za nią, dotykając policzka palcem w rękawiczce.

– Co myślisz? – spytał.

Przyjrzała mu się, zastanawiając się nad dziwnym błyskiem w jego oku.

– Myślę, że to pomyłka. Marnuję wasz czas. Panujecie nad sytuacją. Czemu mnie pytasz?

– Bo pomyślałem, że możesz mieć jakieś zdanie.

– Nie. – Podała mu akta. – Nie mam.

– Prześpij się z tym. Pogadamy jutro.

– Nie mam żadnych pomysłów.

– Może jeszcze coś przyjdzie ci do głowy.

– Nie przyjdzie.

– Zadzwoń do mnie, gdyby jednak przyszło. Jeśli nie, to nie szkodzi. W obecnej sytuacji muszę jutro wypuścić męża. Nie mamy podstaw, żeby postawić mu zarzuty.

– Zgadza się.

Lund zerknęła na zegarek.

– Muszę się zobaczyć z matką – powiedziała. – Może mnie ktoś podrzucić do Osterbro? To niedaleko.

Brix kiwnął głową.

– Dobra. Ale chcę, żebyś najpierw kogoś poznała.

*

Od chwili, gdy zobaczył Erlinga Krabbego i Birgitte Agger siedzących przy stole konferencyjnym, Thomas Buch wiedział, że pierwsze spotkanie, które odbędzie w roli ministra sprawiedliwości, nie będzie łatwe.

Z tą sytuacją skojarzyły mu się smoki po drugiej stronie, na iglicy Borsen. Splecione ze sobą, ale w ciągłym konflikcie, z wyszczerzonymi zębami.

Krabbe – wysoki, chudy, ascetyczny – wyglądał, jakby za dużo czasu spędzał na siłowni. W czasie drugiej wojny światowej jego dziadek był słynnym partyzantem i cudem ocalał, nie zostawiając śladu na murze w Mindelunden. Krabbe kierował teraz nacjonalistyczną Partią Ludową, przez lewicę porównywaną niekiedy do nazistów. Zdaniem Bucha niesłusznie. Byli przeciwni imigracji, podejrzliwi wobec obcych kultur. Nieugięci, często zgryźliwi. Z tego powodu zawsze kiepsko im się wiodło. Tę odrobinę władzy, którą mieli, zawdzięczali wymogom polityki koalicyjnej. W Folketinget nigdy nie rządziła jedna partia. Przy każdej trudnej inicjatywie ustawodawczej potrzebne były koalicje.

Birgitte Agger, szefowa partii mniejszościowej, nie była zainteresowana okruchami z pańskiego stołu. Pięćdziesięciodwuletnia zawodowa polityk przeszła niełatwą drogę, by zostać przywódcą Partii Postępu. Była największą nadzieją miękkiej lewicy, eleganckim, starannie wymanikiurowanym kameleonem zmieniającym strategię zależnie od nastrojów społecznych. W sondażach szła łeb w łeb z Grue Eriksenem. Widziała się w roli premiera. Buch miał pełną świadomość, że wszelkie negocjacje dotyczące ustawy antyterrorystycznej muszą uwzględniać jej wybujałe ambicje.

Znowu pomyślał o splecionych smokach za oknem.

W tej chwili rząd utkwił między Agger a Krabbem jak między Scyllą a Harybdą. Pierwsza ze stron zarzucała Grue Eriksenowi słabość, druga atak na dawno ustanowione prawa obywatelskie. Szczegóły ustawy – dokładniejsza kontrola graniczna, więcej pieniędzy na służby bezpieczeństwa, dłuższy okres zatrzymania dla podejrzanych o terroryzm – stanowiły teren walk dla tej dwójki, przy czym każde z nich dążyło do zwycięstwa, licząc na kapitulację przeciwnika.

– Nie ma minuty, żeby nie dała o sobie znać kolejna grupa islamskich ekstremistów...

Krabbe właśnie wygłaszał tyradę przeciwko czemuś, co rozumiał jako infiltrację duńskiego społeczeństwa przez obce wpływy.

– Chcą obalić naszą demokrację i zamiast niej wprowadzić brutalność szariatu...

– Mamy już prawa, które poradzą sobie z każdym, kto podżega do przemocy – zauważył cierpliwie Buch.

– To za mało – nie ustępował Krabbe, nieskalany w niebieskiej koszuli i granatowym krawacie, ze starannie przystrzyżonymi krótkimi włosami. Wyglądał jak przerośnięty harcerz szukający okazji do zdobycia kolejnej sprawności. – Ci ludzie chcą nas cofnąć do średniowiecza.

– To śmieszne. – Agger chwyciła swoją aktówkę, gotowa do wyjścia. – Jeśli Partia Ludowa zamierza teraz zamykać ludzi za to, co myślą, to jej problem. Wszyscy wiemy, po co tu jesteśmy. To głupia wojna. Gdyby nie...

– Owszem, to głupia wojna – przerwał jej Buch. – Zgadzam się. A na pewno wiem, co mówię.

Pozostała dwójka zamilkła. Jeppe – pomyślał Buch. I zapamiętał sobie, żeby nie korzystać zbyt często z tego chwytu.

– Niemniej jednak toczymy tę wojnę – podjął. – Tak wygląda nasza sytuacja, czy się nam to podoba, czy nie. Wszyscy wiemy, że potrzebna nam dokładniejsza kontrola graniczna. Więcej środków dla policji i służb wywiadowczych.

– Zakaz działalności dla tych cholernych islamistów – przerwał mu Krabbe.

– Widzisz? – Agger wstała i poklepała po plecach nowego kolegę. – Powodzenia. Staruszek nie wyświadczył ci przysługi, co? Kiedy ostatnio widziałam Monberga, był bliski załamania. Prosisz o rzeczy niemożliwe. Przekaż Grue Eriksenowi, żeby wracał do NATO i niech im powie, żeby poszli do diabła.

– Kiedy będziemy mogli – odparł Buch – zrobimy to. Ale nie teraz. Gdybyś siedziała na jego stołku, podjęłabyś takie same decyzje.

Zaśmiała się.

– Zobaczymy. Do widzenia, Krabbe. Wracaj do swoich fantazji o małej Danii, która nigdy nie istniała.

I wyszła.

Erling Krabbe dolał sobie trochę kawy.

– Przepraszam, jeśli byłem zbyt szczery. Ale trzeba to było powiedzieć. Musimy się bronić. Musimy pamiętać o Nowym Jorku. O Londynie i Madrycie.

– Musimy pamiętać o Oslo i Utoi – odparował Buch. – Każdy był wyrywny do zrzucania winy na muzułmanów, prawda? A okazało się, że to szaleniec, Anders Behring Breivik, urodzony w Norwegii i tam wykształcony. Jeden...

Urwał. Chciał powiedzieć: „Jeden z was”, a to byłoby nie w porządku. Krabbe miał groteskowe pomysły i głęboko zakorzenione uprzedzenia. Ale był parlamentarzystą do szpiku kości.

– Co „jeden”? – dopytywał Krabbe.

– Jeden z nas.

Buch wstał od stołu, by podjąć kolejną próbę. Przejrzał wcześniej instruktaże z Politiets Efterretningstjeneste, PET, policyjnych służb bezpieczeństwa i wywiadu odpowiedzialnych za bezpieczeństwo wewnętrzne.

– Gdyby PET chciała tych środków, które pan sugeruje, poprosiliby o nie. A ja bym je położył im na stole. Ale oni, eksperci, wcale ich nie chcą. Jeśli pan sobie życzy, mogę ich poprosić, żeby powiedzieli panu dlaczego.

Krabbe lekceważąco machnął ręką.

– Wiem dlaczego. Za bardzo się tych ludzi lękamy. Boimy się, że jeśli się im przeciwstawimy, podniesie się krzyk o dyskryminacji i uprzedzeniach. Mój dziadek walczył o ten kraj z nazistami, narażał życie...

– Kampania strachu wam nie zaszkodzi, skoro sondaże i tak wypadają fatalnie, prawda?

Buch musiał to powiedzieć. Pompatyczność Krabbego przekraczała wszelkie granice.

Krabbe wstał, włożył swoją drogą marynarkę, poprawił rękawy.

– Agger na pewno pana nie poprze. To oznacza, że ja jestem jedyną pańską szansą zdobycia większości. Niech pan to sobie przeliczy. Ja już to zrobiłem.

– Erling...

– Czekam na odpowiedź do dziewiętnastej. Niech pan porozmawia z premierem. On rozumie sytuację. – Krabbe uniósł pustą filiżankę jak do toastu. – Nawet jeśli pan nie.

Rozejrzał się po gabinecie, uśmiechnął do portretów na ścianie, otaksował spojrzeniem Thomasa Bucha tak, że ten poczuł się co najmniej nie na miejscu.

– Smaczna kawa, Buch. Miłego dnia.

*

Gdy Lund wróciła do Politigarden, znowu powitały ją spojrzenia. Tych, którzy ją znali. I tych, którzy tylko o niej słyszeli. Svendsen, opryskliwy funkcjonariusz, którego kiedyś potraktowała pistoletem, minął ją z teczkami w ręku, patrząc zimnym wzrokiem, jakiego nie widziała od miesięcy.

Lund uśmiechnęła się do niego i kiwnęła głową.

– Cześć!

Potem Brix błyskawicznie zabrał ją do pokoju przesłuchań. Niska, elegancka kobieta w żakiecie i spódnicy siedziała przy stole i rozmawiała przez telefon. Była mniej więcej w wieku Lund, ale roztaczała wokół siebie kierowniczą aurę: drogie ubrania, urocza, uśmiechnięta twarz, ciemne włosy starannie ostrzyżone nad karkiem. Doskonale wyprasowana biała koszula.

Perfumy.

Lund w swojej zimowej kurtce, dżinsach i czerwonym swetrze poczuła się niezręcznie.

– To zastępca komisarza Ruth Hedeby – przedstawił kobietę Brix, wskazując Lund krzesło. – Chce posłuchać, co masz do powiedzenia.

Hedeby uścisnęła jej dłoń.

– Dużo o pani słyszałam.

– Wyobrażam sobie.

– Mindelunden to miejsce pamięci narodowej. Chcę, żeby ta sprawa została wyjaśniona. Minęło dziesięć dni, a my ciągle nic nie mamy.

– To postawcie zarzuty mężowi.

– Nie mamy podstaw. – Hedeby skrzyżowała ramiona. – Coś pani przychodzi do głowy?

– Nie widzę błędów po stronie śledczych. Ślady wskazują chyba jednoznacznie...

– Oczywiście. Ale co pani myśli?

Lund zerknęła na Brixa. On też czekał.

– Nie sądzę, żeby to on ją zabił.

Hedeby przymknęła oczy i westchnęła. Nie takiej odpowiedzi oczekiwała.

– Mogę się mylić – zastrzegła Lund. – Ale wątpię w to.

Hedeby bawiła się swoją ślubną obrączką.

– Bo? – spytała.

Przewertowała akta na biurku.

– Tu stawia się tezę o zbrodni w afekcie. Ale ciało wyciągnięto z domu, zabrano do Mindelunden...

– Żeby zmylić śledczych – przerwała Hedeby. – Żebyśmy myśleli, że to robota szaleńca. Technicy powiedzieli, że on miał na ubraniu jej krew. Jak...

– Posłuchajmy, co Lund ma do powiedzenia – zasugerował Brix. Hedeby zgromiła go wzrokiem. – Jeśli nie masz nic przeciwko temu.

Lund spojrzała na nich i zastanowiła się, kto tu tak naprawdę jest szefem. Sądząc po randze – Hedeby. Ale Brix miał przyjaciół, wpływy. Wyrobił je sobie na początku sprawy Birk Larsen. Ciągle pewnie miał te kontakty.

– Anne Dragsholm bała się swojego mordercy – powiedziała Lund. – Bała się od jakiegoś czasu. Mąż miał motyw. Jest manipulatorem, ale nie mamy żadnych doniesień o przemocy. Nigdy nie składała policji skargi na niego. Myślę...

Przerwała. Hedeby nie odrywała od niej jasnych oczu.

– Moim zdaniem morderca chciał coś przekazać, składając jej ciało w takim miejscu. Przy słupie w Mindelunden. To zbyt znaczące, żeby można to ignorować. Zbyt... straszne, żeby kierował mordercą impuls, takie rzeczy nie przychodzą człowiekowi do głowy po pijaku w czasie kłótni.

Ruth Hedeby skrzyżowała ramiona.

– Próbował coś przekazać?

– Właśnie.

– No to chyba mu się nie udało? Bo gdyby mu się udało, nie siedzielibyśmy tutaj, rozgryzając, o co chodzi.

– Otóż to. – Lund odsunęła akta. – Chyba że prawdziwy morderca na coś czeka.

– Czemu miałby czekać?

– Nie wiem. Czym ta kobieta zajmowała się przed ślubem?

– Długa lista. – Brix otworzył drugą teczkę. – Anne Dragsholm miała trzydzieści dziewięć lat. Edukację w college’u zakończyła w Stanach Zjednoczonych. Pracowała dla organizacji charytatywnych i pozarządowych w Afryce oraz Azji. Wykonywała jakieś zlecenia prawne dla Amnesty International i armii duńskiej. Nigdzie nie zagrzała miejsca.

– Co robiła w wojsku? – spytała Lund.

– Była radcą prawnym. Jeździła na Bałkany, do Iraku, na Cypr i na koniec do Afganistanu.

– Ma jeszcze kontakty w wojsku?

Brix przejrzał dokumenty.

– Nie wygląda na to. Co miesiąc dokonuje wpłat na konto organizacji kombatanckiej. Tysiąc koron. To dużo.

Pukanie do drzwi. Brix poszedł otworzyć, zostawiając Lund z Hedeby. Zastępca komisarza postukiwała w stół zadbanymi paznokciami.

– Ja tylko zgaduję – powiedziała Lund.

– Zawsze pani tylko zgaduje, z tego co słyszałam.

To się Lund nie spodobało.

– Jeśli mam rację, coś przeoczyliście. Musicie tam wrócić. Do domu. Do parku. Do miejsc, w których bywała Dragsholm. Musicie dokładnie poszukać...

Hedeby patrzyła jej prosto w oczy.

– Tak pani uważa?

– Powiedziałam już, że zgaduję.

– A uważa pani, że byłoby inaczej, gdyby ciągle tu pani pracowała?

– Nie mam pojęcia. Przyjechałam na prośbę Brixa. Przykro mi, jeśli panią rozczarowałam...

Wrócił Brix z rękoma w kieszeniach.

– Mąż się przyznał. Do morderstwa i do przeniesienia ciała.

– Powiedział, dlaczego zabrał ją do Mindelunden? – spytała Lund.

– Przyznał się! – krzyknęła Hedeby i uderzyła pięścią w stół. – Bóg raczy wiedzieć, jak długo staraliśmy się to z niego wyciągnąć.

– Gratuluję.

Lund sięgnęła po torebkę.

Hedeby już stała, mówiła o adwokatach, zarzutach i posiedzeniach sądu.

– Na chwilę przysporzyła mi pani zmartwień – powiedziała, zerkając na Lund ostrym wzrokiem, po czym wyszła.

Brix siadł przy stole.

– Dziękuję, Lund, że się fatygowałaś. Jak mówiłem, załatwię ci dniówkę.

– Nie ma sprawy. To było tylko kilka godzin. Nic nie zrobiłam. I tak musiałam się spotkać z matką. Dlatego przyjechałam. Wezmę taksówkę. Nie przejmuj się.

Nie ruszył się.

– Gratulacje – dodała.

– Svendsen to z niego wyciągnął. Nigdy za nim nie przepadałaś.

– Nie słuchał. Nie robił tego, co mu kazałam. A, i jeszcze jedno. To bandzior.

Lennart Brix wstał, uścisnął jej dłoń, po czym podszedł do drzwi i je otworzył.

– I tak dziękuję – powiedział.

*

Raben spotkał się z Mygiem Poulsenem w tym samym pokoju widzeń. Tapczan stał teraz inaczej. Po odwiedzinach u innego więźnia. W pomieszczeniu unosiła się woń potu i pospiesznego seksu.

Poulsen był niedużym mężczyzną o żałośnie wymizerowanej twarzy. Ogólnie wylizał się z ran, chociaż utykał. Znowu nosił mundur polowy. Rozłożył ramiona na powitanie i ze śmiechem uściskał Rabena.

– Przepraszam, że nie przychodzę częściej. – Mówiąc to, nie patrzył koledze w oczy. – W klubie weterana mam mnóstwo roboty. I sprawy...

Jego słaby głos zamilkł.

– Louise mówiła, że mógłbyś mi pomóc w szukaniu roboty.

– Postaram się. – Poulsen wyjął z kieszeni kartkę. – Nie wiem, czy to jakaś pomoc. Szukają stolarza. Szef firmy był w wojsku. Może trochę nagnie zasady dla jednego ze swoich.

Podał Rabenowi nazwisko i numer telefonu.

– Sierżant w stanie spoczynku. Boże, ileż ja się musiałem nasłuchać wojennych opowiastek, żeby to zdobyć. Za kilka miesięcy będzie jakaś robota.

– Wie, kim jestem?

– Wie. Już nam kiedyś pomagał. Niech Louise zadzwoni, to on przyśle papiery. – Chwilę milczał, jakby bał się coś powiedzieć. – Jesteś już zdrowy, Jens? Wyglądasz lepiej.

Raben schował kartkę do kieszeni.

– Czuję się lepiej.

– Pomagamy sobie. O to właśnie chodzi. Klub może ci również pomóc w szukaniu mieszkania. Przekażę Louise szczegóły, zanim wyjadę.

Znowu zerknął podejrzliwie, wiercąc się tak jak wtedy, gdy przygotowywali się do misji.

– Dokąd wyjeżdżasz? – spytał Raben głosem sierżanta. Głosem, którego nie sposób zlekceważyć.

Poulsen kręcił się na krześle.

– Wracam do Afganistanu. Z kontyngentem, który jedzie w przyszłym tygodniu. Na pół roku. Nie mogę się doczekać. Co tu jest do roboty dla takich jak ja?

– Dokąd?

– Do Helmand. Na początek Obóz Viking. Jestem zwykłym szeregowcem. Skąd mogłem wiedzieć? Złożyłem podanie parę dni temu. Jest OK. Nie ma sprawy.

Raben wstał, stanął na drodze do drzwi.

– Kiedy się ostatnio widzieliśmy, mówiłeś, że masz tego dość.

– Muszę iść.

Poulsen usiłował go minąć. Raben chwycił go za ramię. Drobny mężczyzna wyrwał się i już nie wyglądał tak życzliwie.

– O co chodzi, Myg? Coś ty zrobił? Może dam radę ci pomóc...

– Jesteś świrem – warknął Poulsen. – Jak możesz mi pomóc?

– Nie pamiętam, co się stało. Wiem, że coś złego...

– Gówno wiesz! I niech tak zostanie.

Blada twarz Poulsena poczerwieniała z gniewu i wściekłości.

– Już po całym tym gównie, Raben. Pozamiatane. Jeśli ktoś będzie zadawał pytania...

– Jakie pytania?

– Dobrze, że nie wiesz. – Jego głos zrobił się piskliwy. – Strażnik!

– Myg...

– Strażnik! Wypuśćcie mnie stąd!

Raben znowu go chwycił. A tamten znowu się wywinął z jego silnego uścisku.

– Mogę ci załatwić pracę – krzyknął do niego Poulsen. – I tyle. Ale otwórz tylko dziób, a koniec umowy. Tym razem nie pociągniesz mnie za sobą. Nie ma mowy...

Drzwi się otworzyły. W progu stanął strażnik, kołysząc pałką. Raben się odsunął i patrzył, jak Myg Poulsen w pośpiechu opuszcza pokój.

Coś wiedział. Tak jak kiedyś Raben. Prawda wciąż gdzieś tam była. Rozumiał to. Kołatała z tyłu głowy jak wściekły, otępiały potwór zagubiony w ciemnościach.

*

Mieszkanie jej matki w Osterbro wypełniały wspomnienia, spośród których tylko niewielka część była miła. Ale nie w tej chwili. Teraz był tu Mark, wysoki i przystojny, szczęśliwszy niż w czasach, gdy z nią mieszkał. Nie była złą matką. Po prostu nie zdołała być naprawdę dobrą matką. Mark zamieszkał więc z jej eksmężem. I dostawał tyle kieszonkowego, że ona nie mogłaby sobie na taką sumę pozwolić przy obecnych zarobkach. I nienawidził Gedser, czemu trudno się dziwić.

Czternaście świeczek na torcie. Vibeke, jej matka, też była szczęśliwa, a towarzyszył jej chyba nowy chłopak. Mnóstwo krewnych, których imiona usiłowała sobie przypomnieć. Potem odśpiewali Sto lat i patrzyli, jak Mark schyla się, by zdmuchnąć świeczki.

Był na tyle miły, że włożył granatową bluzę z Netto, którą mu kupiła, i to od razu po wydobyciu z okropnego opakowania. Paskudna taniocha, w dodatku o numer za mała.

Chłopak matki miał na imię Bjorn. Krągły, łysiejący, wesoły, Lund oszacowała jego wiek na sześćdziesiąt parę lat. Szczęśliwy, nagrywał każdą sekundę przyjęcia na kamerę wideo. Kiedy świeczki zgasły, Vibeke klasnęła w dłonie i wszyscy jak na komendę ucichli.

– Skoro tu jesteście – oznajmiła donośnym, szczęśliwym głosem – Bjorn i ja chcieliśmy wam coś oznajmić.

Jej matka się zarumieniła. Lund zaczęła się zastanawiać, kiedy ostatnio to widziała.

– Ten cudowny mężczyzna na tyle zgłupiał, że mi się oświadczył. – Vibeke promieniała jak dziewczyna. – Co miałam powiedzieć?

– Tylko „tak” – podsunął Bjorn z szerokim uśmiechem.

– No i tak właśnie zrobiłam. Nie ubiorę się na biało. Nie będzie dużo zamieszania. No. I tyle. – Po chwili wahania dodała: – W sobotę. Najbliższą. Wszyscy jesteście zaproszeni. Czy staruszkowie nie mogą się kierować impulsem?

Chwilę trwała cisza pełna zdziwienia, a potem wybuchły oklaski. Lund stwierdziła, że chichocze, zasłaniając usta dłonią.

Podszedł do niej Mark.

Pogłaskała go po piersi, śmiechem kwitując absurdalnie ciasną bluzę.

– Przepraszam. Tak szybko urosłeś.

– Nie przejmuj się. – Głos miał głęboki i spokojny. Ledwie mogła uwierzyć, że to ten sam trudny dzieciak, który mieszkał tu z nią w czasie sprawy Birk Larsen. – Fajnie, że przyjechałaś. Kiedy musisz wracać?

– Zaraz.

– Babcia powiedziała, że masz rozmowę o pracę. Mogłabyś wrócić do Kopenhagi.

– Nie. Co u ciebie?

– W porządku.

Dostrzegła rozczarowanie na jego twarzy. Przez chwilę znowu stała z dwunastoletnim Markiem. Znowu go zawiodła.

Wziął ją za ramiona, pocałował w policzek i powiedział coś słodkiego, straszliwie dorosłego i wyrozumiałego.

Vibeke wykrzykiwała polecenia, by jeść więcej ciasta.

Wzrok Lund zbłądził na podłogę. Coś tam leżało. Kawałek celofanu obok papieru zdartego z prezentu.

Tej samej wielkości, co niezidentyfikowany naddarty kawałek znaleziony w domu Anne Dragsholm.

Ruth Hedeby bardzo się nie podobało, gdy Lund powiedziała, że wszyscy powinni szukać uważniej. Ale naprawdę do tego właśnie sprowadza się ta robota. Do patrzenia. Nigdy nie odwracać wzroku, choćby to było nie wiadomo jak trudne.

Lund pochyliła się i podniosła celofan z podłogi. Na stole powyżej leżało plastikowe pudełko, tuż obok włączonej kamery Bjorna. Nowa kaseta czekała na swoją kolej.

Wsadziła opakowanie do kieszeni, wyszła na korytarz i wyjęła telefon.

Dodzwoniła się dopiero za drugim razem.

– Strange, słucham.

– Mówi Lund. Nie mogę złapać Brixa.

– To ważne? Jestem zajęty.

Był gdzieś na dworze. Słyszała uliczny szum.

– Chodzi o morderstwo Dragsholm. Ten kawałek celofanu...

– Myślałem, że z tym skończyliśmy.

– On to wszystko sfilmował. Jeśli nie uważasz, że mąż byłby do tego zdolny, to macie niewłaściwą osobę.

Strange milczał.

– Chcę jeszcze raz iść do tego domu – powiedziała Lund. – Dobra?

Długie westchnienie pełne rezygnacji.

– Daj mi godzinę.

– Coś nie pasuje? Strange?

– Godzinę – powtórzył, a potem się rozłączył.

Goście w głębi mieszkania znowu śpiewali. Miała nieprzyjemne poczucie, że powinna do nich dołączyć.

*

Koszary Ryvangen znajdowały się na trójkątnym wycinku terenu w Osterbro, gdzie rozwidlały się biegnące na północ tory kolejowe. Louise Raben, wraz z synkiem Jonasem, wprowadziła się do ojca, pułkownika Torstena Jarnviga, prawie rok temu, gdy skończyły się pieniądze na mieszkanie, które miało być ich domem rodzinnym. Raben nigdy go nawet nie zobaczył. Niedługo po powrocie z misji osadzono go w Herstedvester. Z powodu zaburzeń psychicznych. Doszło do gwałtownego zajścia, którego nikt do końca nie zrozumiał, sprawy sądowej, niejasnego wyroku.

Przeprowadziła się więc z Jonasem do Ryvangen tymczasowo, a w każdym razie takie było założenie. Nadal chciała mieć coś własnego. Pragnęła życia poza ciasną społecznością, taką jak wojsko. Ale to było niemożliwe. Datę zwolnienia Jensa ciągle przesuwano. Nie miała tyle pieniędzy, żeby samodzielnie płacić za mieszkanie. Wraz z Jonasem zajęła więc wolny pokój w mieszkaniu ojca. Skromny, ale i tak lepszy od kwatery sierżanta, którą kiedyś dzieliła z mężem.

Jarnvig był samotnym mężczyzną, bez reszty oddanym wojsku. Jego żona, matka Louise, uciekła dawno temu – nienawidziła wojskowego życia. Teraz był pułkownikiem, dowódcą koszar.

Louise kochała ojca, chociaż za często go widywała. Na swój sposób starał się zastąpić Rabena i zamęczał ją, że trzeba znaleźć Jonasowi szkołę w okolicy, zająć się sutereną, zrobić tam dwa pokoje, by mieli więcej miejsca. Dzisiaj wieczorem, przy stole jadalnym, skubiąc kanapkę, podjął tę samą śpiewkę.

– Musisz go zapisać jak najwcześniej, żeby miał najlepszą szkołę. To ważne...

Jonas siedział na podłodze pokoju gościnnego. Bawił się najnowszą zabawką, którą dostał od Christiana Sogaarda. Sogaard był majorem, przystojnym, pewnym siebie, kroczącym dumnie mężczyzną, prawą ręką jej ojca. Kręcił się wokół ich domu, uśmiechał do Louise, klepał chłopca po głowie. Dawał mu żołnierzyki z bronią i mundurami. Jonas je uwielbiał, lubił siadać obok Sogaarda, który śmiał się, gdy mały krzyczał: „Pif-paf!”.

Tego popołudnia Jonas wdał się w bójkę w przedszkolu. Jakieś dziecko natrząsało się z jego ojca. Sogaard pojechał go odebrać, interweniował i przywiózł do domu.

Louise wiedziała, czego naprawdę chce Sogaard. Podejrzewała, że jej ojciec chce tego samego. Wojskowe małżeństwa rozpadały się na wszystkie przewidywalne sposoby. Rozstanie albo je cementowało, albo niszczyło. Zniknięcie Rabena w paszczy duńskiego psychiatrycznego systemu penitencjarnego było gorsze nawet od półrocznej misji w Iraku czy Afganistanie. Wtedy przynajmniej wiedziała, kiedy mąż wróci do domu. No chyba że trafiłby na szpitalne łóżko albo do trumny.

– Szkoła zależy od miejsca zamieszkania, tato. Jensa powinni już niedługo wypuścić. Może dostać pracę. Myg mówi, że jest robota na budowach. Stolarstwo...

– I zostawisz nas? W szpitalu cię uwielbiają. Jesteś nam potrzebna.

Była pielęgniarką w koszarowym szpitalu. Dobra praca. Marna pensja. Ale ona czuła się potrzebna, doceniana, a to było ważne.

Jarnvig podniósł kubek z kawą.

– Naprawdę myślisz, że go wypuszczą?

– Czemu nie? Polepszyło mu się. Nie mają powodu go tam trzymać. Gdybyś się z nim spotkał, też byś to zauważył.

– A jeśli nie? Czekasz już dwa lata.

– Wiem, jak długo czekam. Liczę każdy dzień.

– Ciągle wszystko odkładasz. To źle na ciebie wpływa. Na Jonasa też...

Zawsze uważała ojca za przystojniaka. Wysoki, wyprostowany, pewny siebie, szczery i przyzwoity. Louise miała piętnaście lat, gdy jej mama odeszła. Wsiadła do samolotu do Hiszpanii, żeby ułożyć sobie nowe, osobne życie. Ona wciąż czuła ból po jej stracie, oboje go czuli.

– Jens jest ojcem Jonasa i kocha go. Jeśli to dla ciebie problem, mogę się natychmiast wyprowadzić.

Odgryzł kawałek kanapki i zaczął wertować dokumenty leżące na stole.

Pukanie do drzwi. Said Bilal. Jeden z najmłodszych oficerów. Nowego typu. Urodzony w Danii muzułmanin, syn imigrantów. Ciemnowłosy, ciemnoskóry; nie słyszała, żeby miał przyjaciół. Nie widziała też, żeby się kiedykolwiek uśmiechał.

Stał z hełmem w ręku, w pełnym umundurowaniu polowym, sztywny i wyprostowany.

– Major Sogaard powiedział, że prosił pan o informacje o zaawansowaniu przygotowań do wyjazdu.

– Później – rzucił Jarnvig, nie podnosząc wzroku.

– Muszę z panem porozmawiać o starszym szeregowym...

– Później. Dziękuję.

– To nie jest szczęśliwy żołnierz – zauważyła Louise po wyjściu Bilala.

– I co z tego? Niedługo będzie w Helmand. Robią to, bo muszą. Nie możemy oczekiwać, że będą tańczyć i śpiewać.

Wróciła do swojego pokoju, by dołączyć do Jonasa i Christiana Sogaarda na podłodze.

– Chcę pokazać tacie nową zabawkę – powiedział chłopiec. – Kiedy się z nim zobaczymy?

Pocałowała go w delikatne blond włosy.

– Niedługo.

Sogaard bardziej skupiał się na niej niż na Jonasie, a ona w pewnym sensie nie miała nic przeciwko temu. Był atrakcyjny i troskliwy. Od dwóch lat żyła jak wdowa albo jak dziewica. Dobrze było mieć pod ręką kogoś, kto od czasu do czasu patrzył na nią z uwielbieniem.

– Kiedy niedługo? – nie ustępował Jonas.

– Naprawdę niedługo – odparła Louise Raben bez cienia wahania, odwzajemniając uśmiech Christiana Sogaarda.

*

Carsten Plough głęboko nienawidził wszelkich zmian, więc nie podobało mu się również przybycie nowego ministra. Kojarzyło mu się to z braniem ślubu z obcym człowiekiem. Urzędnik służby cywilnej nigdy nie wiedział, w co się pakuje.

– Gdzie on teraz jest? – jęknął Plough do sekretarki Bucha.

– Nie wiem.

– Musi zacząć się zachowywać jak przystało na ministra.

– Dla Bucha to wszystko jest nowe. – Znowu przyszedł dziwny mail, który w kółko dostawali. – Jest tu dopiero od rana.

– Niesamowite, ile szkód można wyrządzić w jeden dzień. Całkowicie zaprzepaścił swoje szanse u Birgitte Agger. Teraz Krabbe uważa, że może nam wejść na głowę.

Karina znowu spróbowała kliknąć na link.

– Co to jest, na Boga?

Plough podszedł i stanął za nią.

– Mail od ministra finansów. Ich kolej na zorganizowanie piątkowych drinków. Pewnie ktoś uważa, że to żart.

Wyciągnęła pasmo blond włosów i zaczęła je zagryzać.

– Jestem pewna, że już przysyłali zaproszenie na drinki. A tego adresu nie ma w książce.

Kroki przy drzwiach. Żwawym krokiem wszedł Buch. Granatowy sweter, gryząca się z nim fioletowa koszula, bez krawata.

– Krabbe już przyszedł – powiedział Plough. – Gdzie pan był?

– Wychodziłem. Spotkanie miało być o dziewiętnastej. Nie cierpię, kiedy ktoś zjawia się przed czasem. Chodźmy...

Usadzony przy stole konferencyjnym Erling Krabbe patrzył triumfująco.

Wstał, niemal ciepło uścisnął Buchowi rękę. Uśmiechnął się do Plougha i Kariny.

– Przyszedłem z lekkim wyprzedzeniem. Przepraszam. Mam za sobą ciężki dzień. Głowa mnie boli. Proszę o wybaczenie. No to do rzeczy...

– Sytuacja jest bardzo prosta – przerwał Buch radośnie. – Ani teraz, ani nigdy nie pójdziemy na kompromis w kwestii chronienia naszych podstawowych konstytucyjnych wartości demokratycznych.

Szczupły polityk spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.

– Nie damy się zastraszyć ani terrorystom, ani panu. Czy wyraziłem się jasno?

– Bardzo – odrzekł Krabbe z krótkim kiwnięciem głowy. – Zatem rząd uważa, że najlepiej będzie mu się pracowało bez nas?

– Wręcz przeciwnie. Ale to pańska decyzja. Jeśli rzeczywiście miałby pan zrezygnować, chciałbym wyjaśnić nasze stanowisko.

Buch położył na stole swoją aktówkę i wyjął z niej plik dokumentów.

– Nie jestem historykiem ani prawnikiem. Ale zasięgnąłem informacji w sprawie obu pańskich sugestii. O ile wiem, rząd duński tylko raz w historii zakazał działalności legalnej organizacji tylko z powodu jej poglądów. Proszę...

Podał dokumenty Krabbemu. Plough przysunął się powoli, zerknął i jęknął. Zdjęcia z drugiej wojny światowej. Nazistowscy żołnierze na ulicach, wyciągnięte karabiny, bagnety w górze, tłum przerażonych gapiów.

– Działo się to w tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym roku. Gdy zakazaliśmy działalności Partii Komunistycznej. Wtedy Wehrmacht wywarł na nas presję. Nie muszę panu mówić, do czego to doprowadziło. Pański dziadek na pewno wspomniał coś na ten temat.

Krabbe rzucił zdjęcia na stół.

– Tych sytuacji nie można porównywać.

– Mam ekspertów konstytucjonalistów, którzy zaklinają się, że wręcz przeciwnie. Jeśli jest pan zainteresowany, znajdzie pan w teczce ich oświadczenia. Proszę śmiało dzielić się tym z kolegami.

– Proszę mnie nie obrażać.

Buch machnął mu przed nosem swoją wielką prawą dłonią.

– Słowo honoru, Krabbe, absolutnie nie mam takiego zamiaru. Zadam panu jedno proste pytanie. Czy Partia Ludowa chce być partią szerokiego porozumienia i wprowadzić takie prawa, których domagają się służby bezpieczeństwa? Czy chce pan samotnie głosić poglądy, których Dania nie zna od czasów, gdy do Kopenhagi wtargnęli naziści i potraktowali nas jak niewolników i marionetki?

– Panie ministrze... – zaczął Plough.

– Nie. – Buch uśmiechnął się do jednego i drugiego. – On może sam odpowiedzieć.

– To żałosne – warknął Krabbe, kierując się do drzwi. Dokumenty zostawił na stole. – Gubi się pan, Buch. Mój błąd polega na tym, że nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo.

*

– Nie mogę tu zostać całą noc – gderał Strange. – Przejdźmy do rzeczy. Po co miałby to filmować?

Wrócili do domu Dragsholm i właśnie obchodzili salon. Wszystkie światła były włączone. Szare cienie drzew majaczyły na końcu ogrodu. Skądś dobiegało bębnienie deszczu.

Była dziewiętnasta piętnaście. Powinna zadzwonić do matki i powiedzieć, że się spóźni. Ale Vibeke wyglądała na tak szczęśliwą z Bjornem, że pewnie w ogóle nie zauważyła jej nieobecności.

– Powiedziałeś, że ślady krwi wskazują, że kobietę najpierw pchnięto nożem, a potem siłą posadzono na tym krześle. – Lund spojrzała na skórzany fotel dyrektorski wciąż leżący na boku, tak jak go znaleziono. – A jeśli się mylisz? Jeśli najpierw posadzono ją na krześle, a potem raniono?

Strange zmarszczył czoło.

– Gubię się. Jeśli to była zbrodnia w afekcie...

– Musisz tworzyć teorię zgodną z faktami, nie odwrotnie.

Chyba poczuł się skarcony. Lund wzięła teczkę, przejrzała raport z sekcji zwłok, zdjęcia ran na ciele Anne Dragsholm.

– Jedno głębokie pchnięcie w serce – przypomniała Lund. – Zdaniem lekarza zadane prawdopodobnie nożem. Pozostałe rany są inne. Płytsze. O postrzępionych krawędziach.

– Nie mamy żadnej broni.

– Chciałeś powiedzieć, że nie znaleźliście.

– Tak – odparł, udając cierpliwego. – To właśnie chciałem powiedzieć.

– Co Svendsen wycisnął z męża? Zeznał, jak ją zabił?

– Nożem. Gdzieś go wyrzucił.

Wpatrywała się w niego.

– Gdzieś?

– Nie byłem na przesłuchaniu.

– Ale to nie był tylko nóż, prawda? Dlaczego Dragsholm się nie broniła? Dlaczego nie ma ran na rękach?

Myśl. Patrz. Wyobrażaj sobie.

Wracały stare nawyki. Czasami umiała wyśnić sobie drogę do miejsca zbrodni. Tak, że niemal tam była, kiedy rozgrywał się dramat.

Lund spojrzała na skórzany fotel. Miał mocne poręcze z lśniącego metalu i solidną podstawę. Czerwona plama na skraju lewej poręczy po wyschnięciu nabrała połysku metalu.

Postawiła fotel. I podnóżek. Następnie chwyciła wysoką lampę na metalowym stojaku i umieściła ją przed nimi, przy czym lampę wycelowała w oparcie fotela, znalazła wtyczkę, wetknęła ją do gniazdka i włączyła światło.

Lampa zaświeciła bardzo jasno. Promień światła padał wprost na oparcie krzesła. Wyglądało to jak scena z pokoju przesłuchań. Taka scena, która podobałaby się zbirowatym gliniarzom w rodzaju Svendsena, gdyby tylko wolno im było ją przygotować.

– Odtwarzasz to – powiedział Strange głosem pełnym podziwu.

– Właśnie.

Odsunęła podnóżek i umieściła go przy lampie.

– Tutaj siedział. Świecił jej prosto w oczy. Przede wszystkim torturował ją, żeby zmusić do mówienia. Kiedy dostał to, co chciał, wziął nóż i dźgnął ją w serce.

Strange potrząsnął głową.

– Była w trakcie rozwodu. Po co by ktoś przeprowadzał takie niby przesłuchanie...?

– Nie ma w tym żadnego niby. Przyszedł tu w określonym celu. Tego właśnie chciał. Cały czas miał taki zamiar.

Światło padało na półki z książkami za fotelem.

Powoli, metodycznie przesunęła wzrokiem po rzędach tomów. Tytuły prawnicze. Historyczne. Podróżnicze i wojskowe.

– Sprawdzili w tym pokoju wszystko, Lund. Niczego by nie przeoczyli.

– Jasne. Nigdy niczego nie przeoczają.

Pomiędzy tomiszczami ksiąg prawniczych stał mały posążek. O połowę od nich mniejszy. Nic specjalnego.

Klasyczny symbol sprawiedliwości, kobieta z zawiązanymi oczami trzymająca wagę.

Było w niej coś dziwnego.

Posążek był z brązu. Srebrna zasłona na oczach przypominała łańcuszek. Był luźny. Osobny. Dłonią osłoniętą rękawiczką Lund chwyciła dziwny przedmiot, obróciła go. Coś się chowało z tyłu, pobrzękując o podstawę.

Strange dołączył do Lund.

– Co to jest? – spytała.

Na łańcuszku, schowany za posążkiem, wisiał kawałek lśniącego metalu. Wyglądał jak prostokąt prymitywnie przecięty na pół. Odcięta krawędź była ostra, poplamiona krwią i inną tkanką. Wybito na niej rząd krzyżyków. Przy krawędzi widniał napis: „Dania”.

– Nieśmiertelnik – wyjaśnił Strange.

– Tym ją pociął. Jest przełamany na pół.

Nie odpowiedział.

– Strange...

– Przełamuje się go, kiedy żołnierz ginie. Kiedy odsyłają jego ciało z pola bitwy. To taki...

– Wojskowy rytuał – przerwała. – Masz adres tego klubu weteranów, dla którego Dragsholm wpłacała pieniądze?

– Musimy zadzwonić do Brixa. Będzie chciał przysłać techników.

Machnęła mu przed nosem zakrwawioną blaszką.

– Mówisz o tych ludziach, którzy to przeoczyli?

– Tak, ale...

– Chcę zobaczyć ten klub weteranów, któremu posyłała pieniądze.

– Lund! Mam robotę...

– Odłóż ją na później – przerwała mu, po czym wsadziła nieśmiertelnik do plastikowej torebki dowodowej i schowała ją do kieszeni.

*

Kolejna noc w Herstedvester. Raben przechadzał się korytarzami, nie mówiąc zbyt wiele. Zastanawiał się, dlaczego nie pozwalają mu zadzwonić do domu.

Louise mu się wymykała. Wyglądało na to, że on niewiele może z tym zrobić.

Nagabywał więc znowu strażnika, prosił o pozwolenie na nadprogramowy telefon.

– Jutro – odparł mężczyzna. – Wtedy zajmie się tym nadzorca.

– Jutro będzie za późno.

Strażnik był potężny i nie był rodowitym Duńczykiem.

– Skończyły ci się telefony, Raben. Nie trzeba było tyle dzwonić.

– To ważne.

Kilkoro drzwi dalej dyrektor Toft rozmawiała z jednym z więźniów. Raben podszedł, przerwał jej, spytał, czy nadzorca może zerknąć na jego wniosek o rozmowę telefoniczną.

Lodowaty piękny uśmiech.

– Raben! – zawołał nadzorca z głębi korytarza. – Czas wracać do celi.

– Był u mnie kolega z wojska – powiedział, nie ruszając się z miejsca. – Martwię się o niego.

– Czemu? – spytała.

– Coś mu jest. Myślę, że może sobie zrobić krzywdę. Muszę z nim pogadać. I z żoną. Ona może pomóc.

– Przekażę nadzorcy, że pańskim zdaniem to pilne.

– Nie moim zdaniem. To naprawdę jest pilne.

– Tak mu powiem.

Za plecami usłyszał kroki. Szedł po niego krzepki strażnik.

– Musimy porozmawiać o innej sprawie, Raben.

– Mogę najpierw zadzwonić?

– Nie. Komisja odrzuciła pańskie podanie o zwolnienie warunkowe. Zwykle rozpatrzenie podania z naszą rekomendacją zajmuje im z tydzień. Ale... – Wzruszyła szczupłymi ramionami. – Po prostu odmówili. Nie wiem, na jakiej podstawie.

Zabrakło mu powietrza, nie mógł myśleć.

– Kiedy się dowiem, wszystko panu przekażę. Przykro mi.

– Co? – Słyszał, że strażnik się zbliża. – Co to ma być?

Ruszyła w swoją stronę. Kolejne pół roku w więzieniu, a ona mu to oznajmiła w ułamku sekundy.

– Toft! Zakończyłem terapię. Zrobiłem wszystko, co mi kazali...

– Nie wiem dlaczego. – Ledwie się odwróciła, a już wyciągała kluczyki do swojego sportowego wozu. – Kiedy...

– Mam małego synka. Rodzinę.

– Za pół roku może pan znowu złożyć podanie. Proszę kontynuować leczenie...

– Kurważeż mać, kobieto, co ja jeszcze mam zrobić?!

Strażnik był już przy nim, pięści zaciśnięte, uśmiech; szukał okazji do bitki.

– Odsuń się od pani dyrektor – rozkazał.

– Nie dotknąłem jej.

Wielki chłop chwycił go za ramię. Raben był znowu w dobrej formie, wyleczył się ze wszystkich ran. Silny i dobrze wyszkolony. Odwrócił się, pchnął strażnika w klatkę piersiową, ten zatoczył się i padł na plecy.

Toft patrzyła, jakby dobrze bawiąc się tą sytuacją. Ramiona skrzyżowane, nieruchome blade oblicze, wzrok skupiony na jego twarzy.

– Musi pan zachować spokój – powiedziała.

– Jestem spokojny. Tylko nie rozumiem.

Usłyszał hałas za sobą. Strażnicy realizowali procedury. Nigdy nie prowadzić walki w pojedynkę. Niektórzy z tutejszych osadzonych byli wielcy i trudni. Wycofać się. Czekać na właściwy moment.

– Nie jestem psycholem. Ani pedofilem. Ani kryminalistą.

Strażnik wrócił z pałką w ręku, uderzał nią o dłoń.

– Odsuń się od niej, Raben.

– Nie dotknąłem jej! Nie...

– Nie zdołamy ci pomóc, jeśli sam sobie nie pomożesz – powiedziała spokojnie Toft.

– Wciskacie mi to gówno, łajdaki...

Nagle nadszedł atak. Ten sam czerwony ryk, co w Iraku, w Afganistanie. Wrzask wściekłości i gwałtowna furia, w której go szkolili i do której zachęcali.

Podniósł stolik, choć chyba nawet o tym nie wiedział. Machał nim przed sobą, zbliżając się do strażnika.

Ciemna skóra o barwie helmandzkiego błota. Widział je wszędzie dokoła, gdy wyjeżdżał na patrol, nie wiedząc, czy spotkają się z przyjacielem, czy z wrogiem.

Jeden szybki rzut i z krzykiem cisnął stół przed siebie, celując w mężczyznę.

Nie wiadomo skąd pojawiły się jakieś ręce, podcięto mu kolana, czyjeś pięści tłukły niemiłosiernie.

Jens Peter Raben leżał na podłodze, duszony i okładany razami.

Ktoś chwycił go za nogi. Ktoś inny wcisnął jego krzyczącą twarz w podłogę.

Słowa Toft, wypowiadane bezbarwnym, wytwornym tonem, który zdążył znienawidzić, krążyły gdzieś nad nim. Podniósł wzrok, zobaczył ją, jej niebieskie oczy, skupione.

– Podajcie mu środki uspokajające – poleciła. – Zamknijcie w celi.

Silne ramiona ciągnęły go, gdy krzyczał i kopał, po czym wepchnęły do izolatki, podniosły na stalowy stół, zapięły skórzane pasy na jego walczącym ciele, gdy przeklinał ich i opluwał.

Igła strzykawki wbiła się w jego ramię. Zobaczył przed oczami wspomnienia o innym miejscu, innym rodzaju przemocy.

Jens Peter Raben zastanawiał się, czy kiedykolwiek pozbędzie się tego koszmarnego snu, znajdzie schronienie i spokój w domu z Louise i małym chłopcem, który ledwie rozpoznawał jego twarz.

Zastanawiał się, w co się zamieni – do czego wróci – jeśli go nigdy nie wypuszczą. Pomyślał o Mygu Poulsenie, przerażonym żołnierzyku, który był z nim w Helmand, gdy ściany ich małego wspólnego świata zaczęły obracać się w gruz i pył.

Poulsen nigdy nie chciał wracać na wojnę. Wróciłby z jednego tylko powodu. Gdyby był zbyt przerażony, żeby zostać.

Potem zadziałała chemia, mocno, głośno i szybko. I już nie mocował się ze skórzanymi pasami ani nie myślał za dużo.

*

Plough wciąż był na tyle wściekły, na ile pozwalał mu kontrolowany urzędniczy temperament. Erling Krabbe wypadł z gabinetu Bucha, a po dziesięciu minutach zadzwonił, potulnie proponując poparcie jego partii dla ustawy z kilkoma drobnymi poprawkami.

– A jednak – rzekł Buch, gdy rozmowa dobiegła końca, a on pakował się do wyjścia – nie wyglądasz na zadowolonego, Carsten.

– Nie jestem zadowolony. Prawa z czterdziestego pierwszego roku w żaden sposób nie da się porównać z sugestiami Partii Ludowej. Następnym razem doceniłbym, gdyby pan zasięgnął mojej opinii, zanim się skonsultuje ze swoimi ekspertami.

– Masz rację. Jestem nowy w tej robocie. Okaż mi trochę wyrozumiałości, proszę. Jestem też politykiem. Chcę pracować po swojemu.

Plough zebrał całą swoją odwagę i siłę, by stoczyć spór. Natychmiastowe przeprosiny Bucha zbiły go z tropu.

– Rozumiem to, panie ministrze, ale w przyszłości...

– Pierwszy dzień! – Buch poklepał go po ramieniu. – Nie poszło mi jakoś fatalnie, prawda?

Wielki chłop z Jutlandii miał miły uśmiech i wiedział, kiedy go wykorzystać.

– Tego nie powiedziałem. Są różne sposoby załatwiania spraw. Ministerialne sposoby...

Do gabinetu zdecydowanym krokiem weszła Karina.

– Musicie to zobaczyć.

– Nie – odparł Buch, zbierając swoje rzeczy. – W polskiej ambasadzie jest przyjęcie. Kiełbaski...

– Odwołałam. Proszę...

Wyglądała na bliską łez, a była silną, pewną siebie młodą kobietą.

– PET już jedzie – dodała, wracając do swojego biurka.

Mężczyźni podążyli za nią. Siadła przed komputerem. Na ekranie widniała stop-klatka filmu wideo. Dom w ciemnościach, w środku włączone światła.

– Co to jest, Karino? – spytał Buch.

– Ten mail, który ciągle przychodził z adresu w Ministerstwie Finansów. Fałszywego, jak się okazało. Link się otworzył dopiero o dziewiętnastej trzydzieści. To...

Wzięła głęboki oddech i kliknęła „play”.

– Sami zobaczcie.

Ekran obudził się do życia. Włączyło się światło. W oknie na górze pojawiła się kobieta, zawijała włosy w ręcznik, jakby przed chwilą wyszła spod prysznica. Z kamery dobiegał niespokojny, płytki oddech. Obiektyw podążył za kobietą przez okna kuchni. Wypiła szklankę wody, chyba na coś popatrzyła i odeszła.

– Wszystko w porządku – powiedział Buch. – Ale polska ambasada...

– Niech pan o niej zapomni – odparła stanowczo Karina.

Odgłos kroków, kamera przysunęła się bliżej. Kobieta w kuchni sieka warzywa na desce. Ma mokre włosy. Ubrana jest w niebieski szlafrok. Coś słyszy, patrzy w okno, wydaje okrzyk, niemy, upuszcza nóż.

Szybki ruch, dźwięk tłuczonego szkła.

Potem przeskok w czasie, nie wiadomo jak duży. Zbliżenie. Kobieta siedzi w fotelu przy lampie, ciągle w niebieskim szlafroku. Krew płynie jej z nosa, jedno oko ma czarne, podbite, skórę rozciętą nad brwią. Szlafrok jest ściągnięty aż do piersi, odsłoniętą skórę znaczą okrutne cięcia.

Wygląda na wściekłą i zbuntowaną zarazem. Wpatruje się w obiektyw.

– Mój Boże – mruknął Carsten Plough i przyciągnął krzesło.

Buch przysunął się bliżej, a jednocześnie kamera się wycofała. Zobaczyli sznury na jej klatce piersiowej. W lewej ręce kobieta trzymała kartkę papieru. Jej zakrwawiona, przerażona twarz odwróciła się do kamery. Kobieta zaczęła czytać łamiącym się, drżącym głosem.

– Oskarżam zakłamany duński rząd i niewierny naród duński o zbrodnie przeciwko ludzkości.

Kartki w jej dłoni zadrżały. Oczy przesunęły się na kamerę, szukając litości, reakcji. Bezskutecznie.

– Nadszedł czas zemsty Allaha. Liga Muzułmańska pomści cierpienia spowodowane przez Duńczyków... w Palestynie, Iraku i Afganistanie.

Wilgotne włosy na jej nagich ramionach. Kręciła głową. Łzy zaczęły tworzyć zasmarkane rozlewiska, które płynęły z jej ust, nosa; pół płakała, pół szeptała.

– Przyznaję się do winy. Moja krew zostanie przelana. A wraz ze mną umrze wielu.

Kamera zrobiła zbliżenie. Jej twarz przerażona i udręczona.

– Nic nie zrobiłam... Mam małą córeczkę... Na miłość boską...

Jeszcze bliżej, i jeszcze. Zakrwawione usta, zakrwawione zęby, krzyk, stop-klatka. I cisza.

Na ekranie. I w pokoju.

Karina wstała, przeprosiła i czym prędzej wyszła.

Thomas Buch siadł ciężko obok jej biurka.

To była kobieta ze zdjęcia, które widział w teczce Frodego Monberga.

Anne Dragsholm. Buch nauczył się już jednej politycznej sztuczki. Teraz był dobry w nazwiskach. Tego nie zapomni szybko.

*

Klub weterana w Christianshavn, niedaleko dawnych terenów wojskowych, z których powstało hipisowskie Wolne Miasto Christiania. Strange prowadził; przez całą drogę wyglądał na naburmuszonego.

– Coś się stało? – spytała Lund, gdy minęli Slotsholmen, ciągle oświetloną, a potem most Knippelsbro.

– Ty.

Nic z Meyera. Zero figlarności. Wydawał się porządny, spokojny, odpowiedzialny. Do tej pory jej się to podobało.

– Przykro mi, jeśli praca koliduje z twoim życiem towarzyskim.

Spojrzał na nią krzywo. Może jednak jakieś ślady poczucia humoru?

– To był żart, Strange.

– Policja nie jest całym moim światem. Mam inne sprawy. Ty nie?

Nie odpowiedziała.

– No bo wiesz – ciągnął – przyjechałaś do Kopenhagi spotkać się z matką. A nie wtykać nos w sprawę o morderstwo.

– Brix mnie poprosił.

– Żebyś przeczytała akta.

– I to zrobiłam.

– I proszę, co mamy. Jesteśmy na służbie.

Miał niezwykłą twarz. Bardzo czujną, młodszą, niż wskazywałby jego wiek, a jednocześnie dojrzałą w swojej powadze. Przystojną, ale udręczoną.

– Nie masz tu żadnej władzy, Lund.

– Brix mnie prosił.

– Kiedy tam dotrzemy, siedzisz w samochodzie i czekasz na mnie.

– Nie bądź śmieszny.

To mu się nie spodobało. Zerknął w lusterko, wjechał w boczną ulicę i wyłączył silnik.

– Zostajesz w samochodzie i czekasz na mnie – powtórzył. – Albo się na to zgadzasz, albo wysiadasz w tej chwili i idziesz do domu. Gdzie i tak powinnaś być. A nie tutaj, ze mną, w tym cholernym deszczu.

Skrzyżował ramiona i czekał.

– Przyjdziesz po mnie? – spytała.

– Kiedy już stwierdzę, że jest bezpiecznie.

– Nie jestem dzieckiem, Strange! Kiedyś byłam ci równa stopniem.

– Kiedyś. – Spojrzał jej w oczy. – A co się stało potem?

Czekał. Lund ani myślała złapać się na ten haczyk. Nie z tym obcym facetem. Z nikim zresztą.

– Nieważne – powiedział Strange dość łagodnie. – Ludzie gadają. Czego się spodziewasz?

– Nie wiesz nawet połowy.

– Chcesz mi o tym opowiedzieć?

Znowu cisza.

– Dobrze. Bo ja nie chcę słuchać. – Uruchomił silnik. – Ja tu jestem gliną. Nie ty.

Nie czekając na odpowiedź, włączył się ponownie do wieczornego ruchu.

*

Deszcz padał pionowymi strugami, gdy wjechali na pusty parking za zrujnowanym budynkiem obok zaułków prowadzących do Christianii.

– Sprawdziłem klub. Liczy sobie jakieś dziesięć, jedenaście tysięcy członków z całej Danii. Sekretarz nazywa się Allan Myg Poulsen. Ma pokój przy biurze. Numer dwadzieścia sześć.

– Jest czynnym żołnierzem?

– Nie wiem.

– Służył w Afganistanie?

Strange milczał.

– Dragsholm dawała tym ludziom pieniądze – przypomniała Lund. – Co miesiąc. Musicie się dowiedzieć dlaczego.

– Popytam. – Strange wyłączył silnik, wziął kluczyki, otworzył drzwi po swojej stronie. – Zaczekaj tu, aż wrócę. – Odwrócił się i spojrzał jej w twarz. – Zrozumiałaś?

Lund zasalutowała i przybrała najpoważniejszą minę, na jaką było ją stać.

Patrzyła, jak Strange wysiada z wozu, mija kolejne drzwi, znajduje wspólne wejście do budynku i znika w środku.

Zaklęła i rzuciła coś uszczypliwego i bardzo niesprawiedliwego.

Wyleciałby za to, że wziął ze sobą osobę postronną. Może. A może po prostu miał rację. Jan Meyer zawsze czuł się przy niej jak niepełnosprawny, czego ona nie do końca rozumiała. Był dobrym gliną, bystrym i z polotem. I szybko się uczył. Głównie od niej.

Patrzyła, jak w budynku przed nią przesuwa się światło.

Strange był inny. Przede wszystkim o wiele bardziej pewny siebie. Chciała posłuchać, jak rozmawia. Ocenić, jak zadaje ludziom pytania.

Najbardziej chciała sama to robić. W śledztwie w sprawie morderstwa była jakaś woń, przeczucie, smak. Zagubiona w Gedser, szukając żałosnych, nielegalnych emigrantów próbujących przedostać się do Danii, zapomniała, jak to jest. Teraz znów poczuła ten zapach i znów jej się spodobał.

– Potrzebujesz mnie, Brix – wyszeptała w fotelu pasażera czarnego nieoznakowanego radiowozu.

Umiem patrzeć, pomyślała. Widzę.

Na pierwszym piętrze na szczycie budynku wisiał żelazny pomost. Lund przebiegła wzrokiem po kracie. Ciężka kłódka z łańcuchem. Przecięta.

Gdy tak patrzyła, jakaś postać w czerni, w kapturze, na tle paskudnej nocy, wyszła z głównego budynku kompleksu, z rękoma w kieszeniach i głową pochyloną, po czym szybko ruszyła w stronę schodów na końcu.

Przygarbiona, w pośpiechu, próbując się skulić w środku czarnej zimowej kurtki.

Lund opuściła szybę i krzyknęła:

– Hej!

Jedno słowo i postać ruszyła biegiem.

Lund bez namysłu wyskoczyła z auta.

Tylko jedno wyjście z zastawionego samochodami parkingu. Lund puściła się biegiem, cały czas wołając.

Gdy wypadła zza zasłony budynków, uderzył w nią nagły podmuch wiatru – ciężki i lodowaty. Uciekający mężczyzna kierował się do bram Christianii, prymitywnych malowideł przedstawiających skręty, pacyfki i inne hipisowskie symbole.

Wpadli do Wolnego Miasta. Zero samochodów. Labirynt budynków, grupki ludzi spacerujących nocą.

Tylko dwoje ludzi biegło. On był tym drugim.

Przyspieszyła, mknąc przez leniwe, gderające tłumy, przez opary narkotyków, mijając prowizoryczne knajpki. W powietrzu muzyka, głupkowaty śmiech.

Ulica Dilerów. Zatłoczona ciekawskimi turystami i miejscowymi klientami kluczącymi pośród obleganych straganów.

Stoiska z prochami zastawione tacami z haszyszem; podejrzliwe oczy śledziły ją, gdy gnała w tę i z powrotem z latarką w podniesionej ręce, tak jak to robią gliniarze.

Jeszcze raz dojrzała uciekającą postać w kapturze. Potem mężczyzna zniknął. Lund próbowała podążyć jego śladem. Zagubiła się w zaułkach i uliczkach Christianii; musiała wyjąć telefon, by spojrzeć na plan miasta i ustalić, gdzie się znajduje.

Potem ruszyła z powrotem do klubu weteranów, znalazła normalne ulice z samochodami i ludźmi niosącymi zakupy w torbach, a nie skręty.

Była mniej więcej w połowie drogi, gdy ktoś wyskoczył z boku i chwycił ją za ramię.

– Jezu – zachłysnęła się, a potem zobaczyła zmartwioną i zdumioną twarz Strangego.

– Kojarzysz, że kazałem ci zostać na miejscu?

– Z budynku wybiegł jakiś mężczyzna. Zawołałam go, a on się rzucił do ucieczki. Było w tym coś dziwnego.

Strange oparł się o szarą ceglaną ścianę, deszcz spływał mu po twarzy.

– Prawda?

– Skąd mam wiedzieć?! Ledwie wszedłem do środka, a zaczęłaś krzyczeć. Pobiegłem więc za tobą. Co miałem zrobić?

– Znalazłeś Myga Poulsena?

Pokręcił głową.

– Naprawdę bawi cię rola samotnego gliniarza obwieszczającego swoją obecność bandzie dilerów?

– Nie jestem gliniarzem – odparowała Lund. – Tak powiedziałeś.

Ruszyła w stronę mieszkań i klubu weterana.

Zdążyła wejść do środka, zanim ją powstrzymał.

Drzwi do pokoju Poulsena stały otworem. Wyglądało na to, że w środku nikogo nie ma.

– Dotąd właśnie dotarłem, gdy zaczęłaś wrzeszczeć – oznajmił Strange, doganiając ją. – Może powinienem skontaktować się z centralą...

– I co powiesz?

Weszła. Na podłodze leżało przewrócone krzesło. Wyglądało to tak, jakby ktoś stoczył tu walkę.

Niczego więcej nie znaleźli. Lund wyszła i ruszyła korytarzem. Na drzwiach przed nią widniał wymalowany napis: „Klub weteranów”.

Krzesła. Stół do ping-ponga. Tani komputer. Czajnik, parę kubków i kuchenka gazowa.

– Ci to dopiero korzystają z życia – stwierdził Strange. – Może przejrzymy książki. Zobaczymy, na co poszły pieniądze Dragsholm.

W ręku trzymał latarkę, węszył nią dokoła. Lund znalazła włączniki światła i nacisnęła wszystkie.

Rozbłysnął rząd wielkich, silnych jarzeniówek. Pomieszczenie wyglądało na wilgotne, zakurzone i puste.

W głębi nieprzezroczysta plastikowa płachta odcinała róg pokoju. Może malowanie. Albo jakiś inny remont.

Lund podeszła bliżej. Na wewnętrznej stronie płachty zobaczyła rozmazane czerwone plamy.

Nie czekała na Strangego, który dalej rozglądał się wokół biurka.

Podeszła, odsunęła plastik ramieniem, spojrzała.

Mężczyzna do góry nogami, stopy związane sznurem przerzuconym przez stalową belkę pod sufitem.

Krew sącząca się z rozciętego gardła utworzyła na podłodze ciemną, lepką kałużę.

Lund wyjęła latarkę, przyjrzała się dokładniej. Czuła za plecami, że Strange się zbliża, przeklinając pod nosem.

Ciągle miała rękawiczki ochronne, z których skorzystała w domu Anne Dragsholm. Wyjęła je z kieszeni, włożyła na ręce, przykucnęła, przysunęła się do powieszonego ciała kołyszącego się powoli w lewo i w prawo jak obłąkane wahadło.

Długopisem wyciągnęła przedmiot zwisający z szyi martwego mężczyzny.

Srebrny łańcuszek oblepiony krwią. Kawałek metalu przecięty na pół.

Nieśmiertelnik, krawędź postrzępiona szkarłatną tkanką, ostra, nierówna i zniszczona.

*

Stojąc obok ciała Myga Poulsena, z którego powoli wyciekała krew na twardą zimną podłogę, Strange zadzwonił do Brixa.

Lund słuchała. Odniosła wrażenie, że rozmowa się przedłuża.

– O co chodzi? – spytała, gdy Strange się rozłączył.

– Jedzie z zespołem.

– Co jeszcze?

Patrzył na nią. Zdumiony. Ale i zainteresowany, jak się jej zdawało.

– Alarm przeciwterrorystyczny zmieniono z żółtego na czerwony. Rząd dostał coś na kształt groźby. Związanej z tą Dragsholm. Ona jest podobno pierwsza. – Przerwał i spojrzał na martwe ciało zwisające z haka. – No właśnie.

Lund powoli obróciła się na pięcie o trzysta sześćdziesiąt stopni, oglądając brudne, nagie pomieszczenie. Pomyślała, że niewiele tu znajdą. Chyba że technicy. Mężczyzna, którego goniła po Christianii, musiał uciec tylnymi schodami, na pomost.

Powinna była go dopaść. Co prawda nie miała broni. Ani niczego tego typu.

– Cały czas wiedziałaś, że to nie mąż, prawda? – spytał Strange.

– A ty nie?

Mylił się ten, kto sądził, że natura zbrodni jest skomplikowana. U źródeł zbrodni leżą najprostsze popędy i potrzeby: strach, żądza, zazdrość, nienawiść, chciwość. Zadaniem policji – kiedyś jej zadaniem – było zdjąć warstwy oszustwa, osłonę kłamstw skrywającą ten prosty fakt.

– Jeśli popatrzeć na statystyki, to większość wskazuje na sprawcę z kręgu najbliższych – powiedział Strange.

Lund pomyślała o nieśmiertelniku na posążku przy książkach. O odłamanym kawałku metalu na szyi Myga Poulsena. Oba na pewno były fałszywe. Żadnych numerów, tylko rząd krzyżyków z jakiejś amatorskiej maszyny.

– Najpierw trzeba popatrzeć – odparła.

Dziesięć minut później usłyszeli hałas przy drzwiach. Zobaczyła Brixa i widok, którego nie spodziewała się już ujrzeć: funkcjonariuszy gotowych do pracy przez tyle godzin, ile szef zażąda. Mężczyźni i kobiety w białych kombinezonach, białych ochraniaczach na buty i czepkach.

Sprawa w toku.