Dobry adres  - Władysław Zawistowski - ebook
Wydawca: Literatura Net Pl Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dobry adres - Władysław Zawistowski

Dramat współczesny, którego akcja toczy się na Wybrzeżu, w okresie transformacji i przemian ustrojowych.

Sztuka, której autorem jest gdański pisarz, poeta, teatrolog Władysław Zawistowski, została napisana w sposób, który umożliwił jej adaptację na potrzeby Teatru Telewizji. Premiera telewizyjna odbyła się w styczniu 2004 r.

Do mieszkania w starej trójmiejskiej kamienicy zgłasza się niejaka Ewa Grossman z Nowego Jorku i oferuję zawrotną sumę, chcąc je natychmiast nabyć, ku ogromnemu zaskoczeniu właścicielki. Jakie są jej motywy i czemu aż tak zależy jej na tym właśnie mieszkaniu? Tego dowiesz się czytając tę pozycję.

Opinie o ebooku Dobry adres - Władysław Zawistowski

Fragment ebooka Dobry adres - Władysław Zawistowski







Władysław Zawistowski

Dobry adres

Sztuka telewizyjna

Literatura.net.pl

Sopot, czerwiec 2002


© Władysław Zawistowski, Sopot 2002






Dobry adres



Sztuka telewizyjna





Sopot, czerwiec 2002

Konwersja: Nexto Digital Services








Osoby:


EWA GROSSMAN,

około pięćdziesiątki; pewna siebie, światowa, zdecydowana – te wszystkie określenia, niewiele zazwyczaj znaczące w spisie postaci tym razem powinny zostać potraktowane na serio, gdyż to sama EWA jest osobą jak najbardziej serio, nawet jeśli świadomie teatralizuje swoje zachowania;

DOROTA DREWICZ,

dwudziestopięcioletnia mężatka; „gdzieś" pracuje, „coś tam" zaocznie studiuje. To „gdzieś" i „coś" są niedookreślone, gdyż jest to aktywność na miarę możliwości i ambicji DOROTY, pod każdym względem przeciętnych. A jednak DOROTA ma w sobie „coś" jeszcze; przytłumioną lecz nie uśpioną osobowość.

WALDEK DREWICZ,

jej mąż, trochę po trzydziestce; niedokończone studia, nieokreślone zajęcia, nieokiełznane ambicje; autorowi nieco przykro to stwierdzić, ale nie pisał on tej sztuki z zamiarem obrony WALDKA DREWICZA...

REMEK,

brat DOROTY, trzydziestopięcioletni inżynier, dotąd pływający, teraz szuka szczęścia na lądzie;

ANIELA KOBIELOWA,

Sąsiadka DREWICZÓW, osiemdziesięcioczteroletnia emerytowana bibliotekarka, wdowa od osiemnastu lat; znacznie bardziej skomplikowana, niżby na to wskazywało jej prostolinijne obejście;

MECENAS TRZUSKOLASKI,

doradca prawny EWY ROSSMAN, sześćdziesięcioletni, bardzo reprezentacyjny;


Oraz w scenach retrospektywnych:


ANNELISE WÜRTZHOFFER
MAJOR SAWICKI
JEGO ŻONA
DZIEWCZYNKA
PORUCZNIK DRATWA
MILICJANT
DOCENT GOLDFARB
IRENA GOLDFARB
SEKRETARZ WALIGÓRA
MAŁGOSIA WALIGÓRA
ROMEK
LEKARZ
DWAJ MILICJANCI



Miejsce akcji:


mieszkanie Doroty i Waldka Drewiczów na najwyższym piętrze kamienicy z przełomu XIX i XX w., w atrakcyjnym punkcie dużego portowego miasta. Jednak to tylko adres jest atrakcyjny, samo mieszkanie znacznie mniej. Mieści się w oficynie potężnej kamienicy z frontonem wychodzącym na ruchliwą ulicę. W kamienicy mieści się wiele Bardzo Ważnych Urzędów, ale w oficynie przetrwało trochę komunalnych mieszkań, po części wykupionych, po części nie. Ich okna wychodzą na boczną, spokojną uliczkę i miejski park. Cicho tu i spokojnie.

Nasze mieszkanie mieści się na najwyższym czwartym piętrze, prawie pod dachem, przez co pełno w nim bokówek i różnych zakamarków, ale mało „powierzchni użytkowej". Składa się z trzech pokoi, które dla uproszczenia będziemy nazywali Dużym, Lewym i Prawym. Większość akcji toczy się oczywiście w Dużym Pokoju, do którego prowadzi z klatki niewielki korytarz. Na lewo z korytarza – drzwi do kuchni, obok – łazienka. Mieszkanie jest bardzo zaniedbane i od niepamiętnych czasów nie remontowane.

Wszystko zatem – podłogi, drzwi, okna, karnisze, pawlacze, szafy ubraniowe, urządzenie bokówek, przetrwało w niezmienionym kształcie co najmniej od lat trzydziestych, a może i dłużej. Zapewne stało się tak dlatego, że żaden z lokatorów nie mieszkał tu na tyle długo, by zdążyć cokolwiek zmienić. Umeblowanie powinno być przeciętne, w miarę dostatnie, ale nie nowoczesne. Wręcz przeciwnie – niektóre meble powinny sprawiać wrażenie, jakby stały tu od roku 1907, w którym zbudowano te kamienicę. Niezbędne elementy wyposażenia to: kredens, komoda, dwa-trzy fotele, stół, sofa. Ściany przynajmniej częściowo wyłożone starą boazerią dębową.

Na wprost drzwi wejściowych mieszkania Drewiczów – drzwi do mieszkania starej Kobielowej, jedynej sąsiadki na najwyższym piętrze.



Czas akcji:


Akcja sztuki toczy się współcześnie, w dużym mieście gdzieś na polskim wybrzeżu.








Scena 1 (niekonieczna, można zacząć od 2)

Nakładające się na siebie obrazy, nieco zamglone, może czarno-białe. Chyba powinny się różnić od scen „współczesnych". To ważne, gdyż ta sekwencja obrazów z czołówki to równocześnie pierwsze wprowadzenie widza w nurt retrospektywny.

Obraz pierwszy:

mała dziewczynka w oknie na poddaszu, patrzy w dół, w stronę parku.

Obraz drugi:

spojrzenie z perspektywy dziewczynki – alejką parkową oddala się okutana płaszczami i szalikami staruszka, ciągnąc za sobą wózek dziecięcy zapełniony tobołkami. To ANNELISE WÜRTZHOFFER. Jest chmurno, wiatr zacina deszczem. Chwilami nie widać nawet haseł wymalowanych biała olejną farbą na murze parku, w perspektywie: MIN NIET! i ŚMIERĆ FASZYSTOM! Staruszka skręca w lewo, ginie z oczy dziewczynki. Napisy czołówki.

Obraz trzeci:

ta sama alejka parkowa dzisiaj, ale nie od razu jest to oczywiste. W miejscu alejki, gdzie wcześniej skręciła staruszka pojawia się EWA GROSSMAN. Idzie w stronę kamienicy.

Obraz czwarty:

w tym samym oknie na poddaszu stara KOBIELOWA. Tkwi w tym samym miejscu i pozie, w którym przed pięćdziesięcioma siedmioma laty siedziała mała dziewczynka. Patrzy w dół, na nadchodzącą EWĘ GROSSMAN.








Scena 2


Mieszkanie DREWICZÓW. DOROTA, częściowo ubrana do wyjścia (wieczorowe ciuchy, lekki makijaż) krąży po mieszkaniu. Głośne pukanie do drzwi. DOROTA nie słyszy, bo właśnie wyszła do bocznego pokoju. Ponowne pukanie.


DOROTA (krzyczy) Otwarte!!!! Dobrze, że jesteś nareszcie.


Drzwi otwierają się, wchodzi EWA GROSSMAN. Staje w progu, rozgląda się ciekawie.


DOROTA ( z sąsiedniego pomieszczenia)

Przez ciebie się spóźnimy, zobaczysz, Waldek... Na dzień dobry będzie obciach i znowu nie dostaniesz roboty. A w ogóle to zapnij mi suknię.


Na końcówce tej kwestii DOROTA wchodzi do Dużego Pokoju w rozpiętej wyjściowej sukience. Na widok uśmiechniętej EWY płoszy się i cofa.


EWA (z ogromną pewności siebie) Jeśli mogę zastąpić pana Waldemara, to służę uprzejmie...


Podchodzi do DOROTY i zdecydowanym gestem zapina jej suknię.


EWA

Przepraszam, ale krzyczała pani „Otwarte!" tak zachęcająco, że nie miałam innej możliwości...


DOROTA (zmieszana)

To ja przepraszam, byłam pewna, że to mąż nareszcie wraca z miasta.


EWA (z troską) 

Spieszy się pani?


DOROTA

No, właściwie tak... (mimo woli zaczyna się EWIE tłumaczyć) Mamy jechać na jakieś spotkanie... no ale Waldka ciągle nie ma, a na dodatek wziął samochód, więc sama pani rozumie... (nagle się reflektuje) jak to bywa. A czym mogę służyć?


EWA 

Poszukuję państwa Sumińskich?


DOROTA (nieco zdziwiona)

Sumińskich?... Zaraz, coś mi się jarzy... (zastanawia się) Byli tu chyba jacyś Sumińscy przed nami, jeszcze za czasów komuny...



EWA 

Jak za komuny – to pani nie może ich pamiętać.


DOROTA (nie rozumie)

Jasne, byłam za mała... Zresztą ja wtedy tutaj w ogóle nie mieszkałam... To mieszkanie mąż kupił kilka lat temu, właściwie przypadkowo...


EWA 

Rozumiem, że nie od Sumińskich?


DOROTA

Oczywiście, że nie... (zastanawia się) Z tego co wiem, to oni wyemigrowali do Australii. Czasem przychodziły jakieś listy, więc je odnosiłam na pocztę, a tam jedna znajoma mi powiedziała, że prywatnie to ona wie, że oni emigrowali, ale służbowo pocztę i tak musi przekazywać. Wie pani jak to u nas jest. Normalne...


EWA (stanowczo, nawet nad potrzebę) 

Nie wiem, jak to jest (akcentuje) u was. Dla mnie to absurdalne.


DOROTA Pani... nie jest z Polski? Mówi pani doskonale... (uśmiecha się)


EWA (ucina)

Od dwudziestu lat mieszkam w Nowym Jorku. A po polsku mówię na pewno lepiej niż większość tutejszej populacji.


DOROTA

Waldek... to znaczy mój mąż wciąż myśli o Ameryce. Normalna obsesja. Mówi, że tylko tam można rozwinąć skrzydła.


EWA (nieco oschle) Przedtem trzeba je mieć.


DOROTA (zmieszana)

No tak... na pewno. Zresztą Waldek już tam był, nawet sporo zwiedził... ale jakoś nigdzie się nie zaczepił. Może skrzydła miał za krótkie...


EWA I co? Tutaj lepiej?


DOROTA (nie ma ochoty o tym mówić)

No wie pani... przecież to tak trudno porównać... Dla pani to jest pewnie regularny skansen, ale my staramy się tu żyć jak ludzie. Chociaż nie zawsze nam wychodzi...


EWA (autorytatywnie)

W Ameryce też patentów na szczęście nie rozdają, ale po miesiącu spędzonym w kraju widzę, że beznadzieja i gnuśność są tu nadal upartymi endemitami. Jak wszy, machorka, kalosze, bimber i kiszona kapusta. Brrr... to dziwaczne, że jeszcze pamiętam takie słowa?


DOROTA (nie podoba jej się ten tekst, zgrywa się) 

Jaka szkoda, że nie przyjechała pani zimą!


EWA (ostrożne zdziwienie) 

Dlaczego?


DOROTA

Zobaczyła by pani na ulicach pijane białe niedźwiedzie, oczywiście w kaloszach... Nie przesadzajmy... Tu jest po prostu inaczej.


EWA (kręci głową) 

Pod tym „inaczej" kryje się na ogół „gorzej"!


DOROTA (odcina się)

Czyli jednak – inaczej, no nie? Z definicji. Nie chcę się z panią kłócić, ale czasami „inaczej" jest więcej warte niż „lepiej".


EWA

Wiem... a „być" jest ważniejsze niż „mieć". Są kraje, gdzie powtarza się to z lubością. Ale to pomylenie pojęć, dziecko. Przekona się pani sama, to przyjdzie z wiekiem. Jest tylko jeden standard jakości wszystkiego – od chleba po demokrację, i od sexu do biznesu. A powoływanie się na inność to ustępstwo na rzecz własnej słabości.


DOROTA (uśmiecha się blado)

A ja jednak mam swoje zdanie... Bo widzi pani... (waha się) Waldek, mój mąż, tak krążył po tej Ameryce, krążył, wydawał forsę od dziadków, a jednak się nie zahaczył... I nawet tych amerykańskich standardów ze sobą nie przywiózł. Tyle tylko, że zaczął się kąpać codziennie.


EWA

To już sukces! A na Amerykę widać okazał się za słaby...


DOROTA

A skąd miałby brać siłę taki sobie mały facecik stąd, którego zawsze zmuszano do ustępstw – już od pieprzonej enerdowskiej spacerówki, i zasyfiałej szkoły, gdzie zawsze były zatkane kible, aż do jakiejś głupiej pracy i wiecznego czekania na lepsze czasy?


EWA (rozgląda się po mieszkaniu, zmienia temat tonem swobodnej towarzyskiej konwersacji) 

Ale przynajmniej macie państwo całkiem wygodny ten kąt do czekania. Stare budownictwo, solidne, ale trochę przyciężkie.

DOROTA (niechętnie)

No tak, kamienica dość ponura, ale za to cicho, park obok... To co z tymi Sumińskimi? Mogę pani jakoś pomóc?


EWA

Chyba nie ma takiej potrzeby... (zastanawia się) Cóż, państwo Sumińscy, również postanowili nie czekać biernie, a samemu ścigać swój los... (rozgląda się) A dom stoi, jak stał. I niewiele się w nim pewnie zmieniło od czasów, gdy pan inżynier zaczął marzyć o kangurach?


DOROTA

Nic się nie zmieniło... My tylko pomalowaliśmy, bo... bezustanny, by nie powiedzieć (mocno akcentuje) endemiczny brak gotówki uniemożliwił nam realizację śmiałych planów remontowych. Jeszcze jedno ustępstwo... A część listów do Sumińskich była z Ameryki... Może od pani?


EWA 

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com