Dlaczego mnie to spotkało? Niepojęta Boża sprawiedliwość - Grün, Anselm - ebook
Wydawca: Święty Wojciech Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2010

Dlaczego mnie to spotkało? Niepojęta Boża sprawiedliwość ebook

Grün, Anselm

2.5 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 183 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dlaczego mnie to spotkało? Niepojęta Boża sprawiedliwość - Grün, Anselm

„Czym sobie na to zasłużyłem?” – to pytanie zadaje sobie wiele osób przeżywających chorobę, śmierć, katastrofy. Także codzienne cierpienie, jak rozpad związku czy strata miejsca pracy przynosi wiele wątpliwości. Nie znajdujemy odpowiedzi na to, dlaczego miłosierny Bóg do tego dopuszcza. Anselm Grün pomaga znaleźć odpowiedź na te pytania i opisuje na podstawie konkretnych doświadczeń, jak można sobie z nimi poradzić. Pokazuje, jak można przyjąć cierpienie i nauczyć się je rozumieć.
To książka, która daje pocieszenie.

Opinie o ebooku Dlaczego mnie to spotkało? Niepojęta Boża sprawiedliwość - Grün, Anselm

Fragment ebooka Dlaczego mnie to spotkało? Niepojęta Boża sprawiedliwość - Grün, Anselm






WPROWADZENIE

Katastrofa tsunami z 26 grudnia 2004 roku sprawiła, że problem cierpienia w świecie zaczęły na nowo roztrząsać całe społeczeństwa. Po co cierpienie? Jak Bóg może na nie pozwalać? Czy bezsens cierpienia nie jest dowodem na to, że Bóg nie istnieje? Czy Bóg pozwala na cierpienie? A może wręcz je zsyła? Jak dobry Bóg może dopuszczać takie zło? Czy nie jest niesprawiedliwy, pozwalając, by cierpieli ubodzy? W psalmie 34 czytamy: „Oto ubogi wołał, a Jahwe go wysłuchał, i wybawił od wszelkiej udręki” (Ps 34, 7). Czy ktoś, komu śmierć zabrała syna, może dziś jeszcze modlić się tymi słowami? Czy patrząc na biedaków, na których spada jedno nieszczęście po drugim, nie ma się wrażenia, że brzmią one jak szyderstwo?

Oto samotna, i tak już ciężko doświadczana przez życie kobieta, którą w pracy spotyka mobbing. Teraz zaś lekarz mówi jej, że ma raka. Wtedy z jej ust wyrywa się skarga: „Dlaczego właśnie ja? Dlaczego mnie to spotkało? Przecież przez wszystkie te lata starałam się odczytywać w życiu wolę Bożą! Pogłębiałam swoją duchowość! Zdrowo się odżywiałam! A teraz to na mnie spada? Dlaczego tak jest? Czy Bóg chce mnie za coś ukarać? Dlaczego mi to robi? Już dość walk stoczyłam. Często niełatwo mi było iść przez życie samotnie, bez wsparcia rodziny. A teraz jeszcze to? Czy nieszczęścia muszą zawsze chodzić parami? To niesprawiedliwe. Innym wszystko się udaje, a mnie nic. Czuję się, jakbym była przeklęta. Czy Boga w ogóle interesuje moje cierpienie? Wołałam do Niego w modlitwie, ale nic to nie dało”.

Takie właśnie wypowiedzi słyszę wciąż w rozmowach oraz po wygłaszanych przeze mnie prelekcjach. W centrum znajdują się zawsze pytania: „Dlaczego Bóg pozwala na cierpienie? Dlaczego mu nie zapobiega? Dlaczego cierpienie musi dotykać akurat mnie? Co chce osiągnąć Bóg, niszcząc wszystko to, na czym opierałem swoje życie? Czy jest tak okrutny? Czy nie ma dla mnie współczucia? Czy jest niesprawiedliwy?”

Na pytanie, czy Bóg jest niesprawiedliwy, nie jestem w stanie odpowiedzieć. Mogę tylko stwierdzić: „Nie wiem. Nie patrzę Bogu w karty. Nie potrafię stanąć nad Nim i przyjrzeć się temu, co On myśli, gdy coś się dzieje. Mogę tylko próbować zrozumieć z perspektywy czasu, co się stało, i interpretować to na swój użytek”. Wraz z osobą cierpiącą usiłuję stanąć wobec jej gniewu i smutku, jej głębokiego bólu i rozpaczy. Również i ja muszę znieść fakt, że jej cierpienie stanowi coś niepojętego. Dopiero po odpowiednim czasie spędzonym w milczeniu mogę ostrożnie szukać właściwych słów, dających cierpiącemu odczuć moje współczucie i bezradność, lecz również moją gotowość do towarzyszenia mu w jego drodze. Być może odnajdę wówczas słowa, które zdołają osobę tę pokrzepić i umocnić.

Zwracając się w tej książce do zmiażdżonych, wstrząśniętych, złamanych i wypalonych cierpieniem oraz pochylonych pod jego ciężarem, będę to czynił z wielką ostrożnością. Wiem z własnego doświadczenia, że nawet słowa wypowiedziane w dobrej intencji mogą zranić tego, kto jest jakby ogłuszony własnym bólem. Wszystkie próby tłumaczenia i wyjaśniania wywołują tylko gniew tego, kogo chcielibyśmy pocieszyć: „Łatwo ci tak mówić. Gdyby to twoja córka zginęła w wypadku, to byś tak nie mówił”.

W tej książce ośmielam się mimo wszystko mówić. Mam jednocześnie w pamięci wszystkich tych ludzi przepełnionych bólem, których spotkałem w ostatnich latach. Jeżeli Twój smutek i ból, drogi Czytelniku, są jeszcze zbyt głębokie, to może się zdarzyć, że niektóre zdania wywołają Twą złość lub Cię zranią. Ufam jednak, że w swym smutku przeżywasz okresy, kiedy szukasz słów pozwalających zobaczyć to, co się zdarzyło, w innym świetle, mogących Ci pomóc zrozumieć cierpienie, które stało się Twoim udziałem, oraz sobie z nim radzić.

Niekiedy pomóc może również zdystansowanie się od subiektywnego doświadczenia, które nas opanowało, i spojrzenie na problem cierpienia z bardziej obiektywnej perspektywy – sięgnięcie do skarbca myśli mędrców różnych epok. Rozważania podejmowane przez innych nie cofną biegu wydarzeń. Nie złagodzą naszego bólu. Być może jednak perspektywa lub doświadczenie drugiego człowieka pomogą nam spojrzeć na naszą sytuację inaczej. Dlatego też przedstawiam w tej książce kilka teorii, które – jak sądzę – odpowiadają chrześcijańskiemu podejściu do cierpienia. Nie dają one gotowych rozwiązań, lecz mają być pomocą w spojrzeniu na nasze doświadczenie cierpienia z szerszej perspektywy. Refleksja pozwala na nabranie dystansu do własnego bólu. A czasem to właśnie ów dystans przyczynia się do jego złagodzenia. Refleksja nie unicestwia jednak bólu – ma ona prowadzić do jego zrozumienia. A mimo całej niepojętości cierpienia jedną z najbardziej podstawowych potrzeb człowieka jest zrozumienie go. Tylko wówczas, gdy rozumiem własne życie, jestem w stanie dochować wierności sobie – i wytrwać w cierpieniu.

Drogi Czytelniku! Ta książka ma stanowić dla Ciebie pomoc w zmaganiu się z pytaniami egzystencjalnymi. Pragnę jednak najpierw wziąć Cię za rękę i zaprowadzić w świat refleksji teologicznej i poznania duchowego, zgromadzonych w skarbcu chrześcijańskiej tradycji. Być może myśli te w pierwszej chwili wydadzą Ci się obce. Być może akurat Tobie w danym momencie nie są one aż tak bardzo potrzebne. Możesz zatem od razu przejść do konkretnych przykładów zmagania się z cierpieniem, opisanych w części trzeciej niniejszej książki. Ufam jednak, że teologiczna refleksja i duchowe doświadczenia wielu poszukujących uczciwie odpowiedzi na swe pytania pozwolą Ci poczuć się zrozumianym, poczuć, że masz prawo zadawać pytania i wykrzykiwać swoją rozpacz. Cytowani przeze mnie w tej książce ludzie sami doświadczyli wielkiego cierpienia. Próbowali jednak podejmować nad nim refleksję i w ten sposób się z nim uporać. Próbowali zaspokoić przynajmniej swój umysł. A jeżeli nawet czasem nie jesteś w stanie jasno myśleć, bo jesteś oszołomiony, lektura pomoże Ci przynajmniej uporządkować Twoje myśli oraz wniknąć w to, co w Twym doświadczeniu nieogarnione i niepojęte.

Z pewnością za pomocą intelektualnych interpretacji można również unikać konfrontacji z cierpieniem. Wiem jednak z doświadczenia, że umysł trzeba traktować poważnie. Człowiek musi zaspokoić swą potrzebę krytycznego myślenia. W przeciwnym bowiem razie pomija w sobie ważny aspekt człowieczeństwa. Dlatego też życzę Tobie, drogi Czytelniku, byś kolejnych stron nie czytał jak oderwanych od życia spekulacji intelektualnych, lecz by stały się one dla Ciebie oparciem w zmaganiu się z własnym doświadczeniem. Być może cierpienie sprawiło, że w gruzach legła w ogóle Twoja wiara. Teologiczne rozważania prawdopodobnie jej nie przywrócą, jednak mogą pomóc Ci wznosić ją na nowych fundamentach oraz pogodzić obraz Boga w Tobie z Twym doświadczeniem.


TEOLOGICZNE ODPOWIEDZI NA CIERPIENIE

Ogólne refleksje filozoficzne

Pytanie o Boga i pochodzenie cierpienia niemiecki filozof Leibniz w XVII wieku określił mianem pytania o teodyceę. Leibniz zastanawiał się nad kwestią, w jaki sposób można pogodzić wiarę we wszechmocnego i miłosiernego Boga z doświadczeniem zła, ciemności i cierpienia. Takie postawienie sprawy oznaczało postawienie Boga przed trybunałem ludzkiego rozumu. Wobec faktu istnienia w świecie zła Leibniz nie oskarża jednak Boga, lecz broni Go. Podczas gdy niemiecki poeta Georg Büchner (1813-1837) widział w cierpieniu najważniejszy dowód na to, że Bóg nie istnieje, Leibniz usiłował udowodnić w sposób rozumowy, że cierpienie wręcz nas ku Bogu kieruje.

Dziś większość teologów ze sceptycyzmem odnosi się do tego, czy na pytanie o teodyceę będzie można kiedykolwiek dać odpowiedź. Stąd też wielu spośród nich w ogóle go nie zadaje. Johann Baptist Metz[1] uważa jednak, że bez pytania o teodyceę człowiek w swym cierpieniu byłby pozostawiony sam sobie. Dlatego postuluje ukształtowanie nowej wrażliwości na tę odwieczną kwestię. Zauważa, że niektóre ruchy w ramach duchowości, podkreślając potrzebę jedności z Bogiem, całkowicie zagłuszają skargi zanoszone przez człowieka. Człowiek nie wie już, do kogo ma się zwrócić ze swym cierpieniem i swym wołaniem. Mimo to Metz stwierdza, że odpowiedzi, które daje nam tradycja, dziś właściwie nie mogą nas już zadowolić.

Wśród nich na początek należałoby przywołać odpowiedź, którą dał św. Augustyn: „Piękno porządku świata uwidacznia się zwłaszcza w przeciwieństwach; jest w nim bowiem obecne zło, służyć zaś należy dobru”[2]. Cierpienie i zło stanowią dla św. Augustyna niejako ciemne tło, na którym światło Bożej miłości jaśnieje z jeszcze większą mocą. Filozof nie zadaje pytania, czy Bóg jest wobec zła bezsilny. Definiuje natomiast wszechmoc Boga w sposób następujący: „Wszechmocny Bóg […] nigdy nie pozwoliłby na istnienie jakiegokolwiek zła w jego dziełach, gdyby nie był tak potężny i dobry, by móc samemu wyprowadzić dobro nawet ze zła”. Przyjmując tę perspektywę, św. Augustyn umieszcza cierpienie w kontekście Bożej wszechmocy: Bóg nie zapobiega cierpieniu, może jednak je przemienić i wyprowadzić zeń dobro.

Ta odpowiedź na pewno ma w sobie sporo mądrości. Jednak gdybym jako duszpasterz wspomógł się nią wobec osoby, która właśnie cierpi z jakiegoś powodu, nie pomogłaby jej wiele. Być może nawet osoba ta odebrałaby ją jako cyniczną. Św. Augustyn nie jest jednak bynajmniej nieczuły na cierpienia innych. Sam bardzo cierpiał z powodu upadku Cesarstwa Rzymskiego – legł wtedy w gruzach cały jego świat. Jego odpowiedź jest próbą umieszczenia bezsensu owego procesu historycznego oraz bezsensu osobistego doświadczenia cierpienia w szerszym kontekście. Miało to umożliwić mu zniesienie cierpienia bez przeżycia załamania psychicznego.

Autorem innej tradycyjnej odpowiedzi jest Leibniz. Jego odpowiedź na pytanie o teodyceę naznaczyła całą niemiecką filozofię idealistyczną: „Nieskończona mądrość Wszechmocnego oraz jego niezmierzona łaska sprawiły, że – biorąc pod uwagę wszystkie rzeczy – nie mogło powstać nic lepszego, niż to, co stworzył Bóg. […] Dlatego też, gdy któreś spośród dzieł Bożych wydaje się nam niedoskonałe, należy przyjąć, że nie znamy go dostatecznie, zaś mędrzec, który byłby w stanie ogarnąć je swym umysłem, musiałby stwierdzić, że czegoś lepszego nie sposób byłoby nawet zapragnąć”[3]. Dla filozofii idealistycznej nie ma zatem sprzeczności między istnieniem Boga a obecnością w świecie cierpienia.

W praktyce oznacza to stwierdzenie, że horyzont myślowy tego, kto dostrzega tu sprzeczność, jest zbyt ciasny. Potrzebny jest nam szerszy kontekst myślowy. Wtedy zrozumiemy, że Bóg i cierpienie należą do wyższego porządku rzeczy. Owa optymistyczna perspektywa niemieckich filozofów uległa jednak załamaniu pod wrażeniem wielkiego trzęsienia ziemi w Lizbonie w roku 1755, wskutek którego zginęło około stu tysięcy ludzi. Także i dla nas jest ona zbyt abstrakcyjna w stosunku do konkretnego cierpienia, którym ludzie doświadczani są na co dzień. Komuś, kto doświadczył skutków żywiołu, kogo dotknęła choroba, komu życie zadało dotkliwy cios, ta teoretyczna odpowiedź niewiele pomoże.

Wielu teologów uważa, że cierpienia nie sposób pojąć, trzeba je raczej odpowiednio ująć, nie można go zrozumieć, trzeba się nauczyć je znosić. Dlatego też jakakolwiek teoria nie może nam naprawdę pomóc. To zastrzeżenie należy potraktować z całą powagą. Jednak gdy jest się pogrążonym w cierpieniu, pragnie się je zrozumieć. Osoba cierpiąca zaczyna automatycznie zadawać pytania: „Co się stało? Dlaczego właśnie ja? Jaki sens może mieć to, co przeżywam?”. To właśnie doświadczenie cierpienia pcha nas do tego, by starać się ogarnąć umysłem to, co nam się przydarzyło.

Teolog z Freiburga Gisbert Greshake podjął teologiczną próbę pogodzenia Boga i cierpienia, opierając się na głębszym rozumieniu pojęcia wszechmocy. Fakt, iż Bóg jest wszechmocny, nie oznacza, że jest on w stanie stworzyć coś sprzecznego z naturą danej rzeczy. Boża wszechmoc nie stworzy trójkątnego koła; nie stworzy również wolnego człowieka w świecie, w którym nie ma cierpienia. „Jeżeli Bóg chce wolności swych stworzeń, to musi wpisać w nie zdolność do cierpienia”[4]. „Sensem wolności człowieka jest jego zdolność do kochania; bez wolności bowiem miłość jest niemożliwa. Cierpienie stanowi zaś konsekwencję złego wyboru”[5].

Ponieważ żyjemy w świecie, na którym swe piętno odcisnęła ludzka grzeszność, cierpienie jako skutek grzechu dotyka nas już przed podjęciem przez nas własnej wolnej decyzji. Istnieje jednak również cierpienie niebędące konsekwencją wolności człowieka, lecz mające swe źródło w prawach rządzących wszechświatem. Katastrofa tsunami z roku 2004 nie została spowodowana błędami człowieka, lecz zrodziła się we wnętrzu Ziemi. Według francuskiego jezuity i przyrodnika Teilharda de Chardin cierpienie stanowi nieunikniony produkt uboczny procesu ewolucji. Ta odpowiedź może jednak zadowolić tylko w niewielkim stopniu. Można by najwyżej stwierdzić, że klęski żywiołowe pokazują, iż w świecie nie występuje wyłącznie pokój i harmonia, lecz panują w nim chaos i nieprzewidywalność oraz że czasem można doświadczyć także działania sił niszczycielskich. Świat nie jest piękny i dobry w tym sensie, że panuje w nim harmonijne współistnienie, jak to często chcielibyśmy uważać. Ma on w sobie również coś okrutnego. Reinhold Schneider[6], pobożny chrześcijanin, którego wiersze niosły w czasie II wojny światowej pocieszenie wielu niemieckim żołnierzom przebywającym na polu walki, pod koniec życia zszokowany był dostrzeganym w przyrodzie okrucieństwem. Rzuciło to cień na jego obraz Boga i sprawiło, że niemal stracił zmysły.

Greshake kontynuuje swoją argumentację związaną z rozważaniami na temat Boga i cierpienia w następujący sposób: „Cierpienie jest […] ceną wolności, ceną miłości. Gdyby Bóg ze względu na swą wszechmoc i dobroć nie pozwolił na cierpienie, musiałby unicestwić miłość (która niemożliwa jest bez wolności). Miłość bez cierpienia byłaby zatem czymś w rodzaju metalu z drewna lub trójkątnego koła”[7]. Słowa te są próbą zaspokojenia umysłu pytającego o przyczynę istnienia cierpienia. Nie stanowią one jednak odpowiedzi, która mogłaby uciszyć niepokój naszej duszy. Usiłują one po prostu zadowolić dociekliwość naszego rozumu. To może się jednak udać tylko na chwilę – umysł wkrótce znów daje o sobie znać, zadając kolejne pytania. A nawet gdyby milczał, do głosu dochodzi nasza wola, która buntuje się przeciw tej odpowiedzi. Wystarczy pomyśleć choćby o postaci Iwana Karamazowa, bohatera powieści Dostojewskiego Bracia Karamazow. Nie chce on zaakceptować świata takiego, jakim stworzył go Bóg. Cena, którą musi płacić człowiek za obecne w świecie cierpienie, jest dla niego zbyt wysoka. „Za drogo zresztą oceniono naszą harmonię, tyle płacić za wejście, to nie na naszą kieszeń. Dlatego chcę jak najprędzej oddać bilet. […] Nie Boga nie przyjmuję, tylko zwracam mu z szacunkiem bilet”[8].

Powyższe rozważania ukazują jasno, że Bóg nie chce cierpienia. To nie On również je zsyła. Jednak godzi się na nie, ponieważ ważna jest dla Niego wolność człowieka, stanowiąca warunek prawdziwej miłości. Taką odpowiedź daje nam teologia. Greshake, podejmując próbę powiązania pytania o Boga z problemem cierpienia, ma słuszność o tyle, że cierpienie rzutuje na nasz obraz Boga. Nie możemy uprawiać teologii abstrahującej od kwestii cierpienia. Wiele osób doświadczonych w cierpieniu nie jest w stanie znieść frazesów o „dobrym Panu Bogu”, bo sprzeciwia się temu ich rozum. Takie słowa stanowią dla nich tanią pociechę. Dlatego też teologia musi zmierzyć się z problemem cierpienia i pytać, jakie znaczenie dla naszego obrazu Boga mają ciemne strony naszego życia, związane z cierpieniem. Odpowiedzią chrześcijanina jest obraz Trójjedynego Boga, który w osobie swego Syna bierze na siebie cierpienie i zsyła na nas Ducha Świętego, przychodzącego z pomocą naszej słabości oraz nieustannie przyczyniającego się za nami w błaganiach w obliczu udręki, jaka towarzyszy nam poprzez cierpienie (por. Rz 8, 26).

Karl Rahner pisze w tym kontekście, że powiązanie cierpienia z ludzką wolnością to wprawdzie odpowiedź trafna, lecz nie ostateczna: „Nie mamy prawa zadowalać się tą odpowiedzią”[9]. Według niego jedyna odpowiedź na pytanie o cierpienie to ta, że „niepojętość cierpienia stanowi aspekt niepojętości Boga”[10]. Akceptacja niepojętości cierpienia jest zaś dla niego „konkretnym sposobem, w jaki akceptujemy samego Boga i w jaki pozwalamy Mu istnieć”[11]. Rahner opowiada o wizycie Waltera Dirksa[12] u śmiertelnie chorego Romana Guardiniego[13]. Ten ostatni miał powiedzieć swemu przyjacielowi na łożu śmierci, że podczas Sądu Ostatecznego nie tylko Bóg jemu, lecz również i on Bogu będzie zadawać pytania, na które nie dały mu odpowiedzi ani Biblia, ani też kościelna dogmatyka: „Po co, Boże, do zbawienia prowadzą tak straszliwie kręte drogi, po co cierpienie niewinnych, po co wina?”[14]. Rahner jest przekonany, że ostateczną odpowiedź na nasze pytania dotyczące cierpienia otrzymamy dopiero w trakcie spotkania z Bogiem przy naszej śmierci. A jedyną odpowiedzią będzie „niepojęty Bóg w swej wolności”. Teolog kończy swe rozważania dotyczące problemu, dlaczego Bóg pozwala, byśmy cierpieli, słowami: „Nie ma innego świętego światła, które może rozjaśnić ponure czeluści cierpienia, niż sam Bóg. Jego zaś znajdziemy tylko wówczas, gdy zaakceptujemy niepojętość samego Boga, bez której nie byłby On Bogiem”[15].

Odpowiedź Rahnera jest jedyną w teologii, która mnie zadowala. Kiedy mówimy o Bogu w sposób zbyt prosty i „wygładzony”, ranimy ludzi upadających pod ciężarem cierpienia. Ostatecznie Bóg pozostaje równie niepojęty jak samo cierpienie. Dotyczy to także sposobu, w jaki mówimy o innych ludziach. Jeżeli sądzimy, że musimy tylko zacząć myśleć pozytywnie, a wówczas już poradzimy sobie z cierpieniem, nie doceniamy człowieka oraz olbrzymiej tajemnicy, którą w sobie nosi. Spotkałem młodych ludzi, którzy chcieli popełnić samobójstwo, bo uważali się za nieudaczników w świecie, w którym wszystkiego można dokonać i w którym wystarczy jedynie zdobyć się na wysiłek lub myśleć pozytywnie, by życie było udane. Tymczasem konieczne jest uznanie faktu niepojętości cierpienia oraz zaakceptowanie w nim niepojętego Boga i tajemnicy człowieka. Gdy oddaję się niewypowiedzianej i niepojętej tajemnicy Boga, nie usiłując jej zrozumieć, zaczynam patrzeć na Niego zupełnie inaczej. Wpatruję się już tylko w bezkresną głębię Boga, by dostrzec w niej światło Jego miłości, które sprawia, że nie chcę już więcej pytać.

Wielkie religie a cierpienie

Inne religie na pytanie o istnienie cierpienia udzielają innych odpowiedzi. Na przykład buddyzm uczy, że przyczynę wszelkiego cierpienia stanowi kontakt ze światem. Musimy uwolnić się od świata, a wówczas uwolnimy się od cierpienia. Cierpieć z powodu choroby będzie tylko ten, komu zależy na życiu. Cierpieć z powodu utraty jakiejś rzeczy będzie tylko ten, kto przywiązany jest do swej własności. Cierpienie nie dręczy już kogoś, kto poprzez medytację i ascezę uwolnił się od kontaktu ze światem. Buddyzm zna pięć rodzajów cierpienia: starość, chorobę, śmierć, rozłąkę oraz niepowodzenie, a wszystkie one pochodzą z żądzy życia. Dlatego też duchowość buddyjska polega na stłumieniu w sobie wszelkich namiętności i uwolnieniu się w ten sposób od cierpienia.

W buddyzmie Mahajana istnieje jeszcze jeden sposób postrzegania cierpienia. Wielu bodhisattwa[16], którzy sami uwolnili się od cierpienia, współcierpią z ludźmi dręczonymi jeszcze przez cierpienie, pomagając im poprzez swe współczucie w odnalezieniu drogi do jego przezwyciężenia. To ostatnie zachowanie przypomina postawę Jezusa, który także cierpi wraz z nami, byśmy potrafili znieść nasze cierpienie.

Hinduizm przyczyny istnienia cierpienia upatruje w „szczególnym bycie istot”. Dlatego też człowiek powinien przezwyciężyć rozłąkę z Bogiem, jednocząc się z Nim oraz ze wszystkim, co istnieje. Indywidualny atman powinien roztopić się w boskim brahmanie; w ten sposób cierpienie zostaje unicestwione. Ćwiczenia jogi służą umożliwieniu człowiekowi zjednoczenia się z boskim brahmanem.

Do tej drogi odwołuje się mistyka chrześcijańska, starając się pomóc człowiekowi w zjednoczeniu z Bogiem. Nie znosi ona jednak cierpienia, lecz wznosi je ku Bogu. Cierpienie staje się drogą ku zjednoczeniu z Bożą miłością. W żadnym jednak razie mistyka chrześcijańska nie próbuje bagatelizować cierpienia, tak jakby było ono unicestwiane przez doświadczenie jedności z Bogiem. Odczuwam ból również wówczas, gdy czuję się zjednoczony z Bogiem w mym cierpieniu. A mimo doświadczenia jedności wszelkiego bytu cierpienie może doprowadzić mnie do punktu, w którym będę odczuwał lęk, że złamię się pod jego ciężarem.

Żydzi w swej historii z problemem cierpienia zmagali się wciąż na nowo. Dla psalmistów wielkie zgorszenie stanowił fakt, że bezbożnicy mają się tak dobrze, a bogobojni – tak źle. Autor psalmu 73 przyznaje, że niemal zwątpił w swej wierze, widząc, że grzesznikom powodzi się dobrze: „Obce im są trudy [zwykłych] śmiertelników, nie uderzają w nich ciosy jak w innych ludzi” (Ps 73, 5). Następnie jednak dostrzega, że stoją oni na niepewnym gruncie: „O jakże nagła spotyka ich zguba! Znikają, giną w przerażeniu” (Ps 73, 19). Wreszcie psalmista wyznaje: „A przecież zawsze jestem przy Tobie. Ująłeś mnie za prawicę” (Ps 73, 23). I rzeczywiście, Bóg jest przy nim wtedy, gdy cierpi, a nawet wówczas, gdy umiera. To wystarcza bogobojnemu.

Problemowi cierpienia w całości poświęcona jest Księga Joba. Przyjaciele Joba uważają, że winę za swe cierpienie ponosi zawsze człowiek. Job protestuje jednak przeciw takiemu stawianiu sprawy. Przecież szczerze starał się żyć przed Bogiem jako człowiek sprawiedliwy i postępować właściwie. Teraz wykrzykuje wobec Niego swój ból. Skarży się i płacze; czyni Bogu gorzkie wyrzuty. Jednak ostatecznie oddaje się niepojętemu Bogu. Bóg ukazuje mu się we wspaniałości stworzenia. A widząc je, można tylko oddać pokłon nieskończenie wielkiemu Stwórcy.

Historii narodu wybranego towarzyszyło zawsze pytanie o cierpienie. Lud ten wiele wycierpiał. Nigdy jednak nie odstąpił od Pana i nie przestał Go chwalić. Pewien bogobojny człowiek modlił się słowami: „Nie odejdę od Ciebie, nawet gdybyś miał mnie zniszczyć”. Za sprawcę cierpienia Żydzi uważają Boga; ich zdaniem to od Niego pochodzi wszystko – zarówno dobro, jak i zło. A człowiek powinien przyjmować z ręki Boga jedno i drugie: „Albowiem On zranił – On też nas uleczy; On uderzył i On opatrzy nam rany” (Oz 6, 1).

Islam pytania o Boga w tym kontekście w ogóle nie zadaje. Dla tej religii wszystko jest kwestią losu. Na wszystko, co przydarza się człowiekowi, odpowiada ona jednym i tym samym zdaniem: „Allah tak chciał”. Oznacza to, że gdy Allah czegoś chce, człowiek musi się temu poddać i nie wolno mu pytać, dlaczego tak ma być. Pozostaje mu tylko pogodzić się z losem i przyjąć niepojętą wolę Bożą. Tylko Bóg wie, czemu wszystko ma służyć. Człowiek powinien zaufać Jego woli. Islam uważa, że bolesne doświadczenia stanowią próbę, a czasem również sprawiedliwą karę, która dotyka człowieka, by się nawrócił. W sufizmie cierpienie uzyskuje nowe znaczenie. Ten odłam islamu ma własną mistykę cierpienia, pozostającą jednak pod wpływem monastycyzmu chrześcijańskiego. Miłość do Boga osiąga szczyt w gotowości do znoszenia cierpienia. Pewien mistyk perski uważa, że cierpienie jest Bogiem. „Takie myśli prowadziły mistyków do radosnego przyjmowania wszelkich możliwych udręk, które uważali za znaki szczególnej dobroci Boga”[17].

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com