Diabłu ogarek. Ostatni hołd - Konrad T. Lewandowski - ebook
Wydawca: Wydawnictwo RM Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 355 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Diabłu ogarek. Ostatni hołd - Konrad T. Lewandowski

Koniec lata 1641 roku. Młody pruski książę elektor Fryderyk Wilhelm Hohenzollern uparcie odwleka hołd należny królowi Polski Władysławowi IV. Tymczasem woźny trybunału ziemi liwskiej – Stanisław Lawendowski herbu Paprzyca, otrzymuje dwa wyjątkowo kłopotliwe zlecenia naraz. Na dodatek jego aplikant Grzesiek koniecznie chce się wykazać i ani myśli dłużej siedzieć w zaścianku, studiując pożółkłe statuty sejmowe. Wszystkie te zaszłości nieoczekiwanie splatają się ze sobą, sprowadzając na woźnego lawinę kłopotów, łącznie z klątwą i losem żywego potępieńca.

Akcja najnowszej powieści Konrada Lewandowskiego rozstrzyga się w zaświatach, w których dochodzi do skrytej, czarnoksięskiej agresji na Rzeczpospolitą. Okazuje się jednak, że król Władysław może liczyć na wiernych poddanych nie tylko z krwi i kości. Autor nawiązuje do ludowych legend kurpiowskich oraz łączy je z autentycznymi praktykami pruskich czarowników z okresu wojen polsko-krzyżackich, tworząc oryginalny i niesamowity amalgamat.

Opinie o ebooku Diabłu ogarek. Ostatni hołd - Konrad T. Lewandowski

Fragment ebooka Diabłu ogarek. Ostatni hołd - Konrad T. Lewandowski




1
Piwo podwójnie nawarzone

Lato roku Pańskiego 1641 chyliło się ku końcowi. Zelżały upały. Przez uchylone okno kancelarii sądu ziemskiego w Liwie do izby wpadały pierwsze rześkie powiewy nadchodzącej jesieni.

– Że jak niby? – woźny trybunalski Stanisław Lawendowski upewnił się, że dobrze słyszy. – Tak to tam w istocie stoi?

Asesor Wygonowski uniósł wyżej do oczu kartę z pozwem.

Prawowierne wartości duchowe – przeczytał głośno po raz wtóry.

– W piwie?!

– Ano w piwie. Widać po bożemu uwarzone.

– A spróbowałby który gagatek piwowar warzyć niepobożnie! Zaraz by takiemu mistrz małodobry całą beczkę przez lejek w gardziel przetoczył, co do kropli.

– Wszakże tu najwyraźniej o coś więcej idzie – stwierdził sędzia. – Ojcowie jezuici twierdzą, że to jawna obraza boska, żeby ich piwa nie pić.

Stanisław podrapał się w głowę i popatrzył na resztę przytomnych na kancelaryjnej naradzie, podczas której układano porządek najbliższych posiedzeń trybunału. Pan podsędek Zając bawił się przy tym wybornie. Pisarz Jędrzej przeciwnie – z miną człowieka, którego po trzydziestu pięciu latach sądowej służby nic już zadziwić nie może, z piórem zawieszonym nad otwartą księgą wokandy czekał na postanowienie zwierzchności. Co każą – zapisze. Grzesiek Lawendowski, krewniak i aplikant woźnego, nie śmiał odzywać się przy starszych, ale łypał na boki tak zbystrzałymi nagle ślepiami, że nie sposób było nie zgadnąć, o czym młokos myśli i że z góry się na to cieszy. O, niedoczekanie smarka!

– Rzecz poza granicą ziemi liwskiej, więc to nie nasza jurysdykcja – Stanisław wytoczył od razu najcięższy argument, aby zdusić kwestię w zarodku. – Wszak tu aż za dwie rzeki, za Bug i Narew trzeba jechać.

– Delegacyja to dla was żadna nowość – rzucił lekko pan podsędek. – Skoro zaś ojcowie jezuici tak pięknie proszą... – zawiesił głos, dając do zrozumienia, że dobrze wie o wszystkich perturbacjach i zaszłościach pomiędzy urodzonym panem woźnym Lawendowskim a Towarzystwem Jezusowym.

– I w prawie są – dodał asesor Wygonowski. – Wprawdzie Myszewo pod samą pruską granicą leży, ale jednak jeszcze w granicach Księstwa Mazowieckiego. Skoro zaś legalni włodarze miasta o waści proszą, przeszkód formalnych tu nie ma.

Umarł w butach! Grześkowi jeszcze bardziej ucieszyła się gęba.

– Ty nie pojedziesz! – żachnął się woźny, przelewając całą irytację na aplikanta.

– O, wa! – odparował zuchwale Grzesiek. – Drugi raz w zaścianku nad księgami i szpargałami zostawić się nie dam!

Asesor i podsędek nic nie powiedzieli, ale znać było po nich niemą zgodę co do tego, że Stanisław przesadnie oszczędza swojego ucznia i wrodzoną zadziorność chłopaka marnuje. Co było z poprzednim nieborakiem, to było, świeć Panie nad jego duszą! Teraz czas najwyższy, aby Grzesiek bardziej otrzaskał się w fachu. Stanisław wiedział to dobrze, a jeszcze lepiej pojmował, że dziś w każdej kwestii przyjdzie mu ustąpić.

– Na Kurpiach prawo bartne znać wypada – nie zamierzał jednak poddawać się bez oporu.

– Ja każdy ichni statut dobrze znam! – oznajmił Grzesiek.

– Prawda – przyświadczył mu pan podsędek. – Trzy dni będzie, jak sam go ze statutów bartnych egzaminowałem. Umny jest i mógłby na ichnich rokach stawać.

– W karczmach o bigosowanie będzie łatwo... – woźny zaczął zgłaszać kolejne zastrzeżenie.

– Oby prędko! – wykrzyknął ochoczo młodzik. – Przekonacie się, co już umiem!

Woźny zmilczał przechwałkę i wrócił do istotnej materii sprawy.

– Zatem ja mam tam za jezuickim piwem chodzić przeciwko piwu starościńskiemu? – upewnił się jeszcze.

– Z tego, co wiemy, pozew o propinacyję jest obopólny – stwierdził asesor, zerkając znów w pergaminy. – Pan starosta Myszowiecki takoż skarży ojców jezuitów, że – cytuję – z despektem dla jaśnie wielmożnego pana starosty nakłaniają chłopów, aby gardzili dworskim piwem i do karczmy duchownej uczęszczali. Dobrym poddanym zaś, panu staroście posłusznym, odmową sakramentów świętych oraz opatrzenia na śmiertelnym łożu grożą, jeśli ci piwo dworskie dalej pijać będą.

– Co za czasy nastały, że już nawet gęby w pianie umoczyć nie można, jeśli jaki klecha krzyżyka na nim nie położył! – zeźlił się Stanisław. – Gdyby owo piwo dobre było, przymus nijaki nie byłby potrzebny, nadto jeszcze z sankcją zaświatową! Musi to być cienkusz okrutny, niewiele lepszy od tego, co biesy pijają w piekle, skoro takimi kondycyjami obwarowywać go trzeba.

– Umartwiać się rzecz chrześcijańska – skwitował pan Zając z udawaną powagą. – Pokuta czyśćcowa potem lżejsza. Zaczem nie można odmówić ojcom jezuitom, że o dusze owieczek swoich nie dbają. A że im przy tym wątpia i wątroby cokolwiek przenicują, nic to! Chamskie gardła i brzuchy zniosą wszystko – roześmiał się z własnego dowcipu.

Woźnemu wcale nie było do śmiechu.

– Nie dziwi to was aby, że nie pan starosta, ale akurat ojcowie jezuici do trybunału ziemskiego w mieście Liwie się zwrócili, ażebym ja ich roszczenia przeciw miejscowemu staroście wspomógł? – zapytał.

– Cenią was jawnie! – parsknął pan podsędek. – Skoro aż dziesięć złotych zadatku na opędzenie kosztów podróży przysłali. Słyszana to rzecz, żeby jezuici dawali zamiast brać? Niechybnie na większy profit liczą. Wcześniej narobiliście im szkód niemałych, teraz mniemają zapewne, że się z nawiązką poprawicie...

– Nie ma zwyczaju takie delegacyje czynić! – Stanisław palnął pięścią w stół.

– Prawo zezwala dla rozstrzygnięcia sprawy sprowadzać wielmożnych asesorów z innych stron kraju – odrzekł sędzia – a takoż i pana kata skądinąd wypożyczyć, gdyby go było trzeba. Można więc też zawezwać woźnego trybunalskiego, który godność pośrednią między tymi dwoma prezentuje. Rzadki to przypadek, przyznaję, ale jako rzekłem, przeszkód nie ma.

– Obowiązku też nie – odparł Stanisław. – Odmówić mogę.

– Możecie – przyznał poważnie asesor Wygonowski. – Ale to by było niepolitycznie i nieroztropnie. Mnie też, przyznaję, ta jezuicka intryga niezbyt pięknie pachnie, ale właśnie dlatego wypada dobrze ją powąchać.

– Prawda – westchnął woźny z rezygnacją. – Ale jak na mój rozum, mospanowie, zgadywania tu nie ma wiele. Dowodnie ojcowie jezuici u siebie nikogo odważnego nie znaleźli, ażeby ów pojechał z pozwem do pana starosty, który widać jest surowy człek i w kaszę, znaczy się w piwo, dmuchać sobie nie daje. Zatem wzywają mnie, licząc, że ja pozew doręczę i zaraz potem starościńscy ludzie ukręcą mi łeb. Będą przewielebni mieli dwie pieczenie na jednym ogniu!

– Łba to wy sobie, Stanisławie, ukręcić nie dacie, o tom spokojny – odparł z przekonaniem asesor. – A waszemu Grześkowi trzeba doświadczenia.

– Dobrze już, pojadę i aplikanta ze sobą wezmę, ale jak wy mi wpierw na jedną kondycyję przystaniecie – odparł stanowczo woźny.

– Jakiż to macie warunek?

– Oprócz zwykłych plenipotencji dacie mi także instygatorskie upoważnienie dla zbadania zasadności owej skargi i powództwa. Chcę sam się przekonać, jakie to są owe znaczniejsze wartości duchowe, co niby w piwie ojców jezuitów się kryją. Dla kiepskiego piwska karku nadstawiał nie będę, nie honor mi. Zatem jak ino doczesny sikacz okaże się, pozew im wrócę bez dalszego biegu.

– Znacie się na piwie i teologii razem? – zagadnął lekko pan podsędek.

– A bywało nie raz – odparł spokojnie Stanisław – przy piwie kwestie wiary roztrząsać.

– Ponoć w habsburskich krajach – popisał się wiedzą Grzesiek – inkwizycyja święta za takowe mędrkowanie nastaje...

– Jędrzeju, otwórzcie okno! – polecił woźny pisarzowi. – Bo nam tu mości aplikant nasmrodził!

– Żadnych wiatrów nie puszczałem! – zaprzeczył Grzesiek, czerwieniejąc.

– Nie z tyłka, jeno z gęby, miano Świętego Oficjum wspominając. Pomnij to na przyszłość i nie wywołuj wilka z lasu. Dość tej kleszej szarańczy na południe i zachód od Rzeczpospolitej się wyroiło, jeszcze gotowa do nas przylecieć.

– Pomnę, stryjku – zapewnił spostponowany chłopak.

– Zatem postanowione! – asesor skinął na pisarza, który zaskrzypiał piórem, sporządzając notę w księdze wokandy. – Prześwietny trybunał ziemi liwskiej – zaczął dyktować – bierze pod swoją kuratelę sprawę ojcowie jezuici przeciwko panu staroście Myszowieckiemu o wzajemne naruszenie przywileju propinacji. Dla zbadania słuszności sporu na miejscu tudzież rozwiezienia pism sądowych według swego uznania delegujemy mości pana woźnego Lawendowskiego. Kiedy to, panie Stanisławie, chcecie jechać?

– Zaraz! Juki mamy już spakowane jak do zwykłej służby – odparł ponuro zapytany. – Nie ma tu nad czym dumać, tylko koni dosiadać. Im szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy i ambaras z głowy będzie!

– Ale, ale! Jest jeszcze jedna sprawa – przypomniał pisarz Jędrzej, unosząc głowę znad wokandy. – Zanim tego piwa pokosztujecie, wpierw po drodze mości panu woźnemu do Paplina zajrzeć wypada i tamtejszej dziedziczce doręczyć zalegający pozew w procesie o łęgi i zniesławienie. – Unikając bazyliszkowego wzroku starszego Lawendowskiego, skryba przechera posypał piaskiem świeżo zapisaną kartę dla osuszenia atramentu.

Pan podsędek uśmiechnął się paskudnie, jakby z góry cieszył się na kompromitację pana Lawendowskiego. Ten zaś poczuł, że mu krew jasna do głowy uderza.

– Czort tę babę nadał... – wycedził przez zęby Stanisław. W istocie ledwie nad sobą panował. Jedno przykre zlecenie mógł znieść, ale nie dwa naraz! Tym bardziej go zeźliło, że w głębi duszy liczył, że w zamian za szybkie podjęcie sprawy jezuickiego piwa chociaż ta babska pyskówka mu się upiecze i kto inny pojedzie w zastępstwie. Dłuższa delegacja dawała nadzieję, że w międzyczasie ta rzecz się po kościach rozejdzie, ale nie! Pisarz Jędrzej był zbyt wielkim skrupulantem, żeby nie zauważyć dogodnego zbiegu okoliczności. Panowie asesorzy też nie zamierzali okazywać przesadnej wielkoduszności i ułatwiać woźnemu życia.

– Wysadzicie ją w powietrze swoim zwyczajem i po krzyku – zakpił jawnie pan podsędek, aż woźnego zaświerzbiała ręka.

– Wdowy wysadzać nie uchodzi – odparł Stanisław zupełnie serio. – Ani z babami wojować. Dobrze to, mospanie, wiecie.

– To niech się Grzesiek wprawia – powiedział asesor Wygonowski i zgarnął ze stołu swoje pergaminy, dając tym samym znak, że naradę uważa za skończoną.

Jeszcze tylko pisarz wydobył z akt pozew dla paplińskiej dziedziczki i z krzywym uśmiechem wręczył ów dokument Stanisławowi, który darował już sobie wszelkie komentarze, żeby po próżnicy zębami nie zgrzytać, tylko czym prędzej zawinął się i wyszedł z Grześkiem na ratuszowy dziedziniec.

Konie czekały już osiodłane. Woźny i jego aplikant, kiedy opuszczali dziś rano rodowy zaścianek, spodziewali się, że w Liwie będzie na nich czekać praca, ale dalibóg nie tak daleko i nie tak paskudna na sam początek.

– Pozwolicie mnie, stryjku, popróbować? – przymilił się Grzesiek. – Wszak to by był mój pierwszy pozew do wręczenia...

– Wiesz ty aby, smarkaczu, o co się tak napraszasz?

– No przecież baby bać się nie będę!

– Ona ciebie też się nie przelęknie, bo wie, że nikt ręki na płeć białogłowską nie podniesie. I że u siebie w domu na wszystko może sobie pozwolić. Choćby nocnik na głowę wylać. Dla niej to nie pierwszyzna.

– Wam kiedyś wylała? – zapytał młodzik i od razu przezornie usunął się poza zasięg ręki pryncypała.

– Mojemu poprzednikowi, co pojechał w zastępstwie... – Stanisław darował sobie szczegółowe objaśnianie, w jaki to chytry sposób uniknął poprzedniej misji do Paplina, skutkiem czego w roli woźnego wystąpić musiał pan instygator Połasek, przez co godność jego urzędu, stan szat oraz duma własna doznały nie lada jakiego uszczerbku.

Panią dziedziczkę Paplińską nieprzypadkowo zołzą tudzież zgorzelą w całej okolicy przezywano. Baba była iście z piekła rodem, równie niegrzeczna i wredna, co zawzięta. Lecz zajazd na samotną wdowę czynić – zupełnie nierycerska rzecz! W praktyce więc Paplińska poza prawem stała, albowiem póki jakiejś ciężkiej crimen jawnie nie popełniła, na wszystko pozwolić sobie mogła, a co tu dużo gadać, babskie warcholstwo najpaskudniejsze. Jak dotąd sposobu na jejmość panią żadnego nie było, poza tym jednym, aby Paplin szerokim łukiem omijać. Ot, wypadałoby złożyć tę zaszłość na karb jezuickiej przewrotności, ale niestety, w tej mierze pomienieni ojczulkowie najzupełniej niewinni byli. Jak pech, to pech!

– To ja może lepiej dla nauki popatrzę, jak stryjek sobie poradzi – młokos zaczął wykręcać się sianem.

Stanisław darował sobie zbędne gadanie, wskoczył na siodło i ruszył przodem na węgrowski gościniec. Liw już podniósł się ze zniszczeń po nalocie płanetnika i z pozoru wszystko znów było po staremu. Woźny jednak wiedział i pamiętał dobrze, że to był tylko wstęp do większej katastrofy, sprawionej już nie przez wodę, a wojenny ogień. Fatum wisiało nad tym miastem i nie dawało o sobie zapomnieć.

Do Paplina drogą przez Węgrów i Starą Wieś mieli pół dnia jazdy. Stanisław chciał przez ten czas ochłonąć, zebrać myśli i w spokoju pomyśleć o czekającej go pracy, ale Grześkowi gęba się nie zamykała.

– Stryjku, a gdyby tak napuścić na to babsko jakiegoś czorta?

– Tylko tego by brakowało!

– A czemu?

– To jak gaszenie ognia oliwą. Ona zaś prędzej się z tym czortem skuma i dogada, niźli się go przestraszy, a wtedy podwójny kłopot będzie. Nigdy, pomnij to dobrze, nigdy na babę diabła nie nasyłaj, tylko gładkiego anioła, jakby co.

– Czekajcie stryjku, czy to ta sama jejmość, co z niezmiernego skąpstwa słynie? Bom coś słyszał...

– Dobrze słyszałeś, synku.

– Ta, co gościom swoim kazała w stodołach nocować, bo u niej we dworze pawiment świeżo umyty i mogliby go jej zadeptać?

– Ta sama. I wiele jeszcze podobnych opowieści o niej krąży. Zdaje się, wszystkie prawdziwe.

– Ale jakże to można gości nie uszanować? Przecież mówi się “Gość w dom, Bóg w dom”...

– Ta widać Boga w sercu nie ma. Na złą wolę nie poradzisz.

– No to jak, stryjku, poradzić sobie z nią zamyślacie? Skoro tu powaga trybunału na nic, siłą nie uchodzi, a i czarów też zażyć nie chcecie...

– Dumam o tym właśnie, a ty mi, smarku, myśli nijak zebrać nie dajesz!


2
Wieści z szerokiego świata

Jakiś czas jechali w milczeniu.

Błonia nadliwieckie straciły już swoją letnią, połyskliwą siwosrebrzystą barwę, stały się zwyczajnie szare, zblakły, zmarniały. W zamian ozłociły się łęgi. Wierzby i olchy połamane dwa lata temu przez rozjuszonego płanetnika obrosły nowymi gałęziami, które zakryły kikuty konarów, przynajmniej do czasu, nim opadną liście, ku czemu już szło. Powalone pnie dawno zebrano na opał. Zdawałoby się, że wszystko znów jest po staremu, że co ma się zdarzyć, będzie powtórzeniem tego, co dawniej bywało. Jednak niepokój jakiś wciąż szedł od tej ziemi, przestrzeni i wód. Nie wszystko się załagodziło, nie wszystko, co wtedy poruszone, z powrotem osiadło na swoje miejsce. Wypadałoby zajrzeć za furtę zaświatów i popatrzeć, co się tam kroi, ale Stanisław wolał tego nie czynić, żeby znów coś się nie rozchwiało, nie pękło.

Było nad czym rozmyślać, ale więcej niż pół godziny tej zadumy nie było. Grzesiek wyskoczył nagle z nowym konceptem.

– Stryjku, a może to owa Paplińska rozpuściła owe diablęta, co ludziom włosy w kołtuny kręcą?

– Może tak, może nie – odparł wymijająco woźny, błądząc wzrokiem po bagnach i rozlewiskach rozciągających się wkoło Liwskich Mostów. Niebawem przyjdą długie, mokre późnojesienne noce i znów po zmroku zaroi się tu od utopców, zmór i innych straszydeł. Dziw brał, ile się tego gnieździło w bezdennych zastoiskach. A wyświęcić ich było nie sposób, co najwyżej po wierzchu.

Wiele wody upłynęło w Liwcu od przypadku, o którym wspomniał Grzesiek, ale jak dotąd nie udało się wyśledzić sprawcy ani też nikt nie przyznał się do zniszczenia zaklętej sosny z ludwinowskiego lasu, która w klatce ze swoich korzeni więziła kilka tuzinów złośliwych diabląt sprowadzających kołtuny, pypcie i czyraki. Przed wiekami jakiś dobry, arkana znający człek je tam zamknął, a teraz ktoś rozpuścił. Przeprowadzona skrycie instygacja nie dała nic, żadnych poszlak ani choćby plotek. Do tej pory zaś ludzie, jak to ludzie, zaczęli się przyzwyczajać do nowych przykrości i niedogodności. Bodaj już połowie okolicznych chłopów pod czapkami kołtuny zaczęły się kręcić. Delikwenci traktowali to z pokorą, jak dopust boży, choć ręki boskiej ani nawet czubka bożego palca jako żywo w tym nie było. Trudno przychodziło dać wiarę, aby zrobił to ktoś z miejscowych, na szkodę własnej familii oraz współziomków. Dlatego Stanisław rozpytywał głównie o obcych przyjezdnych, osobliwie magią się parających, swojaków zaś, choćby i z największego warcholstwa słynących, o ten czyn nie podejrzewał. Zatem, na zdrowy rozum biorąc, chłopak tak całkiem od rzeczy nie mówił. Należało tę rzecz wybadać wcześniej.

– Ona mieszka blisko Ludwinowa i powód mogła mieć – Grzesiek tymczasem coraz bardziej zapalał się do swojej teorii. – Ot, choćby kołtuny na swoje sąsiadki sprowadzić. Baby, jak się powadzą, nie takie uroki potrafią na siebie rzucać! – oznajmił z miną znawcy niewieściej duszy.

– Taka supozycja daleko cię nie zaprowadzi – woźny uciął te dywagacje. – Najprędzej przed trybunał za obmowę, jeżeli gdzie przy ludziach podobną plotkę rozpuścisz.

– Toż ja tylko ze stryjkiem o tym mówię! – zastrzegł się aplikant. – A zdaje mi się, że tu czarodziejskiej instygacji wcale nie robiono. W zaświatach nikogo nie pytaliście...

– Dość było z tym kłopotów – mruknął woźny. – Mądrze było odpuścić.

Latem 1639 roku nad Liwem, Węgrowem i kilkoma okolicznymi miejscowościami przez głupotę i chciwość rozpętano czarodziejski kataklizm, skutkiem którego na pewien czas zniesione zostały granice między ziemskim światem a zaświatami. Ład ledwie co, z dużą biedą udało się przywrócić i od tej pory Stanisław poniechał czynienia w rodzinnych stronach magicznych praktyk, których wcześniej zwykł zażywać dla zmiękczenia hardości co poniektórych adresatów pozwów. Gdyby nie to, w istocie, przywołałoby się jednego czy drugiego mieszkańca nadprzyrodzonych rewirów i zapytało go, kto stoi za wypuszczeniem z sosny dokuczliwych diablików. Takie rzeczy oni tam zawsze wiedzą. Jednak w zamian za wskazówki mógł powstać nielichy problem z odesłaniem pachnącego siarką interlokutora z powrotem, skąd przybył. Dość rzec, że w rzeczce Osownicy, w której dnie wskutek zakłócenia magicznego obrzędu pozostała niedomknięta szczelina do piekieł, ustał ruch wód i wyzdychały wszystkie ryby. Wartka niegdyś struga zmieniła się do dziś w rów przypominający stęchły rynsztok. Rozstaje Wód utraciło swą moc.

– Ale teraz to chyba można by już...? – kusił Grzesiek, jawnie ciekaw rytuału, którego jeszcze nigdy nie oglądał, a jedynie znał z powieści. – Może już wszystko ustało się na powrót?

– Albo i nie ustało – mruknął woźny, czując wszakże, że tej supozycji zbagatelizować nie zdoła. Wyglądało na to, że chłopak miał nosa. Paplińska w istocie być mogła!

Stanisław wstrzymał konia, sięgnął do sakwy po pozew, który miał w Paplinie doręczyć, i uważnie przebiegł pismo wzrokiem. Skarżącym był urodzony pan Malicki, posesjonat na sąsiednim majątku Stoczek. Ów szlachcic występował w imieniu swej małżonki, pomówionej przez dziedziczkę Paplina o uprawianie czarów, które jakoby miały prowadzić do przeciągnięcia na swoją stronę granicy spornego łęgu, a ściślej mówiąc: przepędzenia drzew modą taką, jako się stado krów przepędza... Wykazanie, że ów łęg prawowicie należy do majątku Stoczek, stanowić miało w tym przypadku podstawę dla wykazania niewinności jejmość pani Malickiej i tym samym dowieść despektu dla jej dobrego imienia. Po cóż bowiem pani na Stoczku miałaby się czarów imać, aby wziąć, co jej?

– Czytajże – woźny podał dokument aplikantowi.

– Ot, pyskówka – podsumował po chwili Grzesiek tonem starego wygi. – Wzmiankują tu, że o ten głupi łęg oni już ze trzy pokolenia się sądzą.

– No właśnie, a teraz nagle sprawa znów na nowo rozdmuchana, jak myślisz, dlaczego?

– Nie wiem, stryjku. Nie mam waszego doświadczenia.

Woźny skwitował pochlebstwo kwaśnym uśmiechem.

– Bo widomie o coś innego tutaj chodzi. Poprzednim razem koszty trybunalskie daleko wartość owego łęgu przeszły, więc obie strony pokój sobie dały. Sprawa z wokandy zeszła nierozstrzygnięta, niby też i nie umorzona, ale nowych terminów nie wyznaczano – i tak sobie minęło ponad trzydzieści lat. Aż tu nagle wszystko znów od nowa. Przyczyna jakaś po temu musi być.

– Ale w pozwie nic o tym.

– Dlatego my wpierw do Malickich pojedziemy i ich wypytamy. Nie chcę powinności swojej czynić po omacku, nie wiedząc, co się za tym kryje.

– Będziemy, stryjku, własną instygację czynić?! – ucieszył się chłopak.

– Ano tak.

– A czy mamy na to plenipotencję? Bo wszak tylko na sprawę jezuickiego piwa pan asesor przystał, ażeby zasadność skargi badać.

– Jeden pozew mniej, jeden więcej...

– To można tak chytrzyć?

– Żadnego chytrzenia ani krętactwa w tym nie ma! – odrzekł stanowczo woźny. – Pomnij to, że służymy sprawiedliwości rozumnie, zgodnie z honorem, a nie jej ślepymi narzędziami jesteśmy. Sprawiedliwość ma iść przed prawem, nie odwrotnie! I na to myśmy szlachta, aby tego dopilnować. Zatem pan asesor mnie wiarę dał, a ja według sumienia mojego korzystać z jego zaufania będę. Ty, smarku, sam żeś przed chwilą podejrzenia rzucał, więc tobie pierwszemu przystoi ich słuszność sprawdzić.

– To co robimy, stryjku?

– Pogoń konia! Przez Starą Wieś musimy czym prędzej przemknąć, żeby nas panowie Radziwiłłowie serdecznie nie ugościli...

Jawnie z jaśnie wielmożnymi litewskimi sąsiadami żadnego sporu nie było. Stosunki zaścianka Korzeń z położoną niemal na przeciwległym brzegu Liwca radziwiłłowską rezydencją układały się z pozoru wzorowo. Więcej nawet, panowie książęta po zaszłościach sprzed dwóch lat jakby łaskawsi i uprzejmiejsi dla rodu Lawendowskich się zrobili, aczkolwiek tylko głupi mógł wątpić w to, że za serdecznymi uśmiechami magnatów wyszczerzone wilcze kły się kryją. Jeden fałszywy ruch, jeden powód, pretekst choćby, a Bóg jeden wie, co się dalej stać mogło. Dlatego teraz Lawendowscy omijali dobra Radziwiłłów, kiedy i jak tylko mogli, ale i to z ostrożna, aby nijakiego despektu i lekceważenia dla odmiany zarzucić im nie można było. Magnaci pamięć mają długą, więc chociaż niejawnie wystrychnięto ich na dudka, to o jakimkolwiek puszczeniu spraw w zapomnienie nie mogło być mowy. Przynajmniej nie w tym pokoleniu.

Minęli więc galopem pałac w Starej Wsi i dopiero za Borzychami zwolnili, dając wierzchowcom wytchnienie. Zaraz potem pokazał się Paplin. Tutaj przystawać na razie nie zamierzali. Tylko z daleka, acz uważnie zlustrowali majątek, do którego mieli dostarczyć pozew przed wyprawą za Bug.

Dwór otaczał szczelny płot, deska przy desce zbity, a do tego jeszcze obrośnięty gęsto ostem, jeżynami, różą dziką i tarniną oraz pewnie każdym innym kolczastym zielskiem, jakie pospolicie w Polszcze widywano. Charakter właścicielki oddawało to lepiej niż herb.

Brama, choć dzień biały, była zamknięta na głucho.

Już samo to dziwnym było i źle o pani dziedziczce świadczyło, a jeszcze gorzej o jej gościnności. Dla wędrowców zdrożonych każdy szlachecki dom, jak Sarmacja Sarmacją, zawsze stał otworem, już z daleka panów braci zapraszając. Bramę zamykało się na noc przed złodziejami albo w czasach niespokojnych. Tu i teraz ani jedno, ani drugie w grę nie wchodziło. Słowem nie po polsku to było i nie po bożemu.

– Może to Żydowicha jaka? – wyraził przypuszczenie zdegustowany Grzesiek.

– Z urodzenia być nie może, ale z charakteru to nawet gorzej – stwierdził cierpko Stanisław. – Znam ja takie niewiasty żydowskie, które by za podobne porównanie ciężko obrazić się mogły.

– A może byśmy tak, stryjku, załatwili sprawę luterskim sposobem? Przybijmy jej pozew ćwiekiem do tej bramy i niech ma!

– Ona powie potem, że nic nie dostała i nie wie, jakoby przed trybunałem miała się stawić. Bo może coś tam na bramie było albo i nie było. Nie wiedzieć kiedy, samo odpadło i wiatr gdzieś poniósł.

– Skwitowania sygnetem rodowym ona też wam nie da, a przecie niewieście palców nie utniecie, aby pierścienia dostać...

– Musimy zrobić tak, aby przy zacnych świadkach ona nasze pismo do ręki wzięła. To wystarczy.

– Skądże weźmiemy owych świadków, stryjku?

– Potem pomyślimy, teraz skręcaj zaraz w prawo na trakt ku Stoczkowi. Przekonamy się z kolei, jakże tamtejsi gospodarze zwykli gości traktować.

W Stoczku zastali wszystko jak należy. Brama była rozwarta na oścież, a ledwie zajechali przed dom, powiadomiony przez pacholika pan Malicki, jegomość tęgi, w buraczkowym kontuszu stanął na ganku, kręcąc wąsa i kordialnie witając przybyszów. Tylko zdążyli zsiąść, a już dziewka służebna, nadzorowana przez jejmość panią Malicką, wyniosła im zimne piwo dla przepłukania gardeł „z kurzu gościńca”.

Dwór był stary, ale nadzwyczaj dobrze restaurowany. Ściany świeżo pobielone, gont olchowy, z pewnością nie dalej jak pięć lat temu położony, dopiero co tu i ówdzie chwytał go pierwszy mech. Tylko z zaczernienia dębowych kolumn przy ganku można było wnioskować o starożytności tego domostwa. Stanisław dawał mu co najmniej dwa wieki.

Nikt ich o nic nie zapytał, zanim kufli do dna nie osuszyli i nie odsapnęli. Dopiero wtedy Stanisław, otarłszy pianę z ust, przedstawił z imienia i urzędu siebie oraz swojego aplikanta.

Pan Malicki nie przestał się uśmiechać. Skoro przybysze od razu przyjęli poczęstunek, było jasnym, że przychodzą w dobrej wierze. Z czym dokładnie, o to jeszcze będzie czas zapytać. Co nagle, to po diable! A w tym domu widomie z piekłem się nie kumano.

– Zachodźcie, waszmościowie! W samą porę na obiad! – zaprosiła ich rumiana gospodyni. – Bardzo będziemy wam radzi!

Służba na jedno pańskie skinienie natychmiast zajęła się zdrożonymi końmi. Stanisław i Grzesiek weszli do dworu, gdzie zaraz poprowadzono ich do stołu jadalnego. Podano żur i żeberka wieprzowe. Po jedzeniu zaś stanął dzban zacnego gryczanego dwójniaka, z własnej pasieki, co podkreślił gospodarz. I tak przystąpiono do rozmowy, najpierw o zdrowiu członków obojga familii, potem o zbiorach tegorocznych, a wreszcie o polityce.

Słowem, państwo Maliccy od pierwszych chwil sprawiali niebywale zacne wrażenie. Oboje byli już dobrze posunięci w latach, dorosłe ich dzieci dawno z domu wyszły, córki za mężami, a dwóch synów – do wojska królewskiego. Małżonkowie mieszkali teraz sami, ciesząc się wizytami wnuków. Z pewnością domyślali się, że wizyta woźnego trybunalskiego musi mieć jakiś związek z wzniesionym przez nich pozwem przeciw Paplińskiej, ale nie zdradzali żadnej niewczesnej ciekawości, na pierwszym miejscu stawiając dobry obyczaj. Już samo to ukazywało w złym świetle każdego, kto chciałby im dokuczyć. No bo dlaczego i za co?

– Cóż tam, panie bracie, na wojnie niemieckiej słychać? – zagadnął gospodarz Stanisława przy drugiej kolejce miodu. – Po świecie z urzędowymi sprawami krążycie, pewnie coś więcej wiecie. Skończy się ta wojna aby kiedy, jak myślicie?

– Wieść niesie, że Szwedzi z nowymi siłami na Śląsk i Czechy wkrótce mają ruszyć – odrzekł woźny. – Znów pewnie spustoszą do cna oba te kraje, ledwie jako tako podniesione z upadku po poprzednich kampaniach.

– Iście czterej jeźdźcy Apokalipsy w tę i nazad po tych Niemczech krążą – stwierdził pan Malicki. – A śląskiego ludu żal, boć to przecież Polacy jako i my. Od matki Korony odłączeni poniewierkę od obcych znosić muszą.

Pani Malicka przeżegnała się ze smutkiem.

– Czemu to nasz król się za nieszczęsnymi nie ujmie? – zapytała.

– To by znaczyło, serce moje, że i Rzeczpospolitej przyszłoby do tej dzikiej zawieruchy się przyłączyć, od czego nas, Boże, zachowaj! – wyjaśnił jej mąż. – Jednak lepiej, że my bezpieczni, jakby z brzegu morza na wzburzone oceany patrzymy. Francyja takim odległym spectratorem być nie chciała, wtrąciła się w tę awanturę i teraz lud tamtejszy ledwie zipie podatkami wojennymi obłożony.

– Francuzi właśnie na Hiszpanów idą – oznajmił woźny najnowszą nowinę, zasłyszaną parę dni temu w Liwie, w karczmie u Wampija. – Korzystają z tego, że w Hiszpanii w zeszłym roku wielki zamęt powstał. Galeony z kruszcami z Ameryki nie dopłynęły i ponoć do licznych rozruchów oraz buntów całych prowincji doszło. Portugalia i Katalonia posłuszeństwo wypowiedziały, a na tym ogniu Francja pragnie własną pieczeń upiec. Zatem już nie protestanci z katolikami, ale dwa katolickie kraje wzajem we krwi topić się będą. Iście świat ku szaleństwu zmierza! Nie dość, że kresu tej wojny nie widać, to ona coraz głupsza i krwawsza się staje.

– Jaka w tym intrata? Jaka korzyść dla kogo? – zdumiał się pan Malicki.

– Chyba tylko dla kruków i psów na pobojowiskach żerujących – stwierdził woźny. – Ale jest też i lepszy pożytek, bowiem teraz, tak sobie myślę, że takowego exemplum starczy całemu światu za dowód, że ustrój naszej Rzeczpospolitej najlepszy i najrozumniejszy.

– Wypijmy za to! – wzniósł pucharek gospodarz.

– Oby młody książę pruski co prędzej tę prawdę zrozumiał! – dokończył myśl Stanisław i wychylił swój miód.

– A cóż z nim? – spytał zaciekawiony pan Malicki, ocierając wąsy po toaście. – Bośmy tu wprawdzie słyszeli, że w Prusiech Książęcych nowy pan nastał, ale mało co więcej poza tym.

– Pruski dziedzic chyba zanadto się zapatrzył na ową Portugalię, co właśnie z Hiszpanią rozwód wzięła – odparł woźny. – I teraz on nie kwapi się posłuszeństwa należnego naszemu królowi Władysławowi okazać.

– Hołd odwleka? – zdziwił się pan Malicki.

– To rzecz pewna – przyświadczył woźny. – Wszak już półtora roku z górą minęło, jak kurfirst Fryderyk Wilhelm stolec książęcy po zmarłym ojcu objął, lecz jak dotąd do Warszawy zupełnie mu niespieszno. Poznałem niedawno w Węgrowie kupca z Gdańska, który owego księcia spotkał i opowiadał, że nader dziwny to z usposobienia młodzian.

– A cóż to w nim takiego dziwnego?

– Osobliwym zbiegiem okoliczności młody książę tyle lat sobie liczy, ile trwa niemiecka wojna. Rzec by można, że poczęty został razem z nią, a to nie wróży dobrze... Stary książę Jerzy też czegoś swego pierworodnego nie uważał, bo choć innego, prawowitszego następcy nie miał, młodego Fryderyka od nauki rządzenia jawnie odsuwał. Jakby się go obawiał.

– I co ten młodzik porabiał dotąd?

– Ponoć jako inni nauki w Niderlandach pobierał. Ale mówią też, że pola wojennych batalii dziwnie chętnie odwiedzał. Niby po to, aby los nieszczęsnego swego ludu brandenburskiego dobrze poznać, ale słyszałem też taką plotkę, że czarownik jakiś w orszaku mu towarzyszył i na nieobeschłych jeszcze z krwi pobojowiskach zdarzało im się nocować. Ile w tym prawdy, nie wiem. Jednak dziwnym mi się wydaje, że młody książę, napatrzywszy się na psy trupami się żywiące, nie zechciał tym skwapliwiej pod bezpieczne skrzydła Rzeczpospolitej podążyć.

– Oby co gorszego z tych psich uczt nie wynikło! – wtrąciła zafrasowana gospodyni.

– A cóż masz na myśli, serce moje? – zagadnął jej mąż.

– Niedobre przeczucie mnie nagle naszło – westchnęła pani Malicka. – Kiedy wspomnieliście, panie woźny, o tych psach, taka mi myśl zaświtała, że jaki zły duch wpierw dobrze trupim mięsem wykarmiony po tej wojnie niemieckiej chudnąć nie zechce...

– Bóg złego nie dopuści, serce moje! – pocieszył ją gospodarz i zwrócił się do woźnego. – Takie frasunki co rusz małżonkę moją nachodzą, od kiedy nasze z Paplinem przykrości się zaczęły. A nie uwierzylibyście, jaka wcześniej z niej była trzpiotka radosna.

Stanisław odstawił swój kielich i odchrząknął z powagą, dając znak, że do istotnej kwestii zamierza teraz przystąpić.

– Wasz pozew wkrótce doręczyć zamierzam, ale z trybunału dano mi możność zapytać, czy aby się tej sprawy polubownie zakończyć nie dało.

– My byśmy i za tym byli – zapewnił pan Malicki, a jego żona skwapliwie pokiwała głową. – Procesy nam nie w smak, chętnie byśmy po chrześcijańsku wybaczyli, gdyby tylko wpierw pani na Paplinie kalumnie swoje odwołała.

– A o cóż tu właściwie poszło? – zapytał woźny z urzędową powagą.

– O żart niewczesny – załamała ręce pani Malicka. – Przygadałam ja Paplińskiej o tych gości, nie gości, co tam u niej niby bywają.

– Z kościoła akurat wtedy wychodziliśmy i jak to zwyczajnie przy takiej okazji sąsiadów się witało i zagadywało – pan Malicki zaczął objaśniać od początku i po kolei. – Ktoś tam wtedy wspomniał, że poprzedniej nocy przed domem u Paplińskiej karetę bogatą widziano, a rzecz to niezwykła, bo pani owa zawsze z natury była gościom niechętna. Ciekawość więc wszystkich brała, kogo to przyjmowała i jaki interes w tym miała, no i dlaczego akurat po nocy. A że pomieniona akurat przechodziła mimo, tośmy ją zapytali.

– I o taki drobiazg poszło? – zdziwił się woźny.

– Paplińska się wyparła – mówił dalej pan Malicki. – Rzekła, że nijakich gości u niej nie ma i nie było, że pewnikiem komuś ta kareta po pijaku się przywidziała. Na to moja jejmość, która, jako rzekłem, trzpiocią ma naturę, przewrotnie wzięła stronę Paplińskiej, wołając, że ona prawdę mówi, że żadnej karety u niej we dworze istotnie być nie mogło. Kiedy zaś zapytano, czemu, moja duszka na to, że przecież u Paplińskiej brama zawsze zawarta i podjazd chwastem zarośnięty, co każdy sam zobaczyć może, więc niechybnie kareta owa musiałaby jak ptak jaki, z powietrza nad jej płotem przybyć... Ot, facecja zwykła, wszyscy się z niej uśmieli, tylko nie Paplińska, ta usta zacięła, obróciła się na pięcie i poszła sobie bez pożegnania. Parę niedziel potem zaczęły się plotki i pomówienia, że serce moje... – pocałował zmieszaną żonę w rękę – czarostwem szpetnym się para. Że niby sztuką tajemną sprawia, że olchy z łęgu, o który dziad i ojciec mój z Paplinem z dawien dawna się procesowali, przy pełni księżyca dostają nóg i przechodzą, stąpając na korzeniach, na naszą stronę granicy. Łeż to jest, jak mi Bóg miły! Verbum nobile daję! Bo cały ów łęg w granicach włości naszych się znajduje, a granica dóbr przy jego południowym, a nie północnym skraju biegnie. Tego wobec trybunału zamierzam teraz dowieść, aby dobre imię i cześć małżonki mojej oczyścić! Czarami w naszej familii nie parał się nigdy nikt!

– Jesteście pewni, że to wszystko przez tę debatę o karecie poszło? – upewnił się woźny.

– Długo wcześniej, a nigdy potem żeśmy się z panią Paplińską nie widzieli, więc nic innego z naszej strony jej ubóść nie mogło.

– Doprawdy dziwna sprawa... – zamyślił się woźny – by o taki drobiazg zadawniony spór powtórnie wszczynać.

– Ale tak było! – zapewnił pan Malicki. – Zawsze żeśmy żyli w pokoju ze wszystkimi sąsiadami, a tu na stare lata taka sromota przyszła! Inaczej być nie mogło, jak tylko do prawa i do trybunału się odwołać!

– Nie dziwię się waszmość państwu – zapewnił kurtuazyjnie woźny.

– Ale ponoć chodzące drzewa w tych stronach już bywały – wyskoczył niespodziewanie Grzesiek. Nie pytany o nic, samowolnie przy starszych głos zabierając, zasługiwał na surową reprymendę, ale nim Stanisław zdążył do niej przystąpić, pan Malicki niespodzianie zgodził się z młokosem.

– Dlatego właśnie ludzie tutejsi tym pomówieniom wiarę dają – odrzekł. – Bowiem choć od pokoleń nikt stąpającego drzewa nie widział, wciąż się tu o nich dobrze pamięta. Ponoć ostatnią z rodu chodzących drzew była owa sosna z Ludwinowa, co ją dwa lata temu jacyś niewiadomi zbóje ścięli. Ale ona mało się ruszała, bo w korzeniach jak w garści trzymała diablęta psotne, które potem wszędy się rozlazły na ludzką szkodę.

Stanisław skinął głową na znak, że zna tę sprawę dobrze.

– Dziękujemy z serca za poczęstunek! – powiedział, wstając zza stołu. – Ale nam już czas w dalszą drogę.

– Do Paplina? – upewniła się gospodyni.

– W trybunalskiej służbie – odparł wymijająco woźny.

Państwo Maliccy wymienili się spojrzeniami i już o nic nie zapytali.