Diabłu ogarek. Kolumna Zygmunta - Konrad T. Lewandowski - ebook
Wydawca: Wydawnictwo RM Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 334 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Diabłu ogarek. Kolumna Zygmunta - Konrad T. Lewandowski

Przygoda, magia i miłość w siedemnastowiecznej Warszawie

Krakowskie Przedmieście za dnia zdawało się oranżerią pełną pstrokatych motyli, kwiatów i powabnych łątek o wysmukłych kibiciach. Natomiast po zmroku przechodziło iście wilkołaczą przemianę i zaczynały się tutaj dziać łotrzykowskie fenomeny. Tu najchętniej załatwiano wszelkie tajne porachunki, nawet nie bacząc na świętość miejsca, w kościołach miejscowych, które też okradano regularnie...

Młody pisarz do szaleństwa zakochany w pięknej dwórce, śledząc najnowsze plotki z królewskiego dworu, wpada na trop intrygi, w którą zamieszane są najważniejsze postaci ówczesnej Rzeczypospolitej. Rozwikłania zagadki noszącej znamiona czarnoksięskich praktyk podejmuje się – z osobistych powodów – Stanisław Jakub Lawendowski herbu Paprzyca, namiestnik warszawskiej straży marszałkowskiej. Pomagają mu zarówno młodzi zakochani, jak i tajemnicza żydowska wiedźma. Rezultaty śledztwa szybko przekraczają najśmielsze oczekiwania, a zaangażowanym w nie bohaterom zaczyna grozić śmiertelne niebezpieczeństwo...

Autor odkurzył stare warszawskie legendy, z przewrotnym poczuciem humoru opisując kulisy wystawienia kolumny króla Zygmunta. Barwny portret siedemnastowiecznej stolicy, od magnackich posiadłości po zamtuzy i szemrane zakątki Krakowskiego Przedmieścia, wyraziste postaci i nieprzewidywalne zwroty akcji i historia romantycznego związku z zaskakującym finałem składają się na diabelnie interesującą powieść.

Opinie o ebooku Diabłu ogarek. Kolumna Zygmunta - Konrad T. Lewandowski

Fragment ebooka Diabłu ogarek. Kolumna Zygmunta - Konrad T. Lewandowski

Diabłu ogarek. Kolumna Zygmunta


Text copyright © 2013 by Konrad T. Lewandowski


This edition copyright © 2013 by Wydawnictwo RM

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25

rm@rm.com.pl

www.rm.com.pl


Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.


ISBN 978-83-7243-959-8

ISBN 978-83-7773-060-7 (pdf)

ISBN 978-83-7773-059-1 (mobi)

ISBN 978-83-7773-058-4 (ePub)


Redaktor prowadzący: Justyna Mrowiec

Redakcja: AD VERBUM Iwona Kresak

Korekta: Beata Żmichowska

Skład i przygotowanie wersji elektronicznej: Marcin Fabijański

Ilustracja na okładce: Jakub Kasper


Wydanie I

Warszawa 2013


W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

Spis treści

1. Droga do Warszawy

2. Stołeczne plotki

3. Murzyńskie przedmurze

4. Namiestnik marszałkowski

5. Egzekucja

6. Plac bernardynek

7. Starcie czarownic

8. Mieszanka piorunująca

9. Dyspensa nuncjusza

10. Nie szczekaj, burku, na cudzym podwórku!

11. Pocałunek wiedźmy

12. Swąd i kołtuny

Bez nazwy-1.xhtml

1 Droga do Warszawy

Sosna rosła na małej piaszczystej wydmie.

Właściwie należałoby powiedzieć, że nie rosła, lecz stała na niej. Podstawa pnia, z której rozchodziły się korzenie, znajdowała się przeszło dwa łokcie nad ziemią. Drzewo stało więc jakby na kilkunastu wijących się nogach, niczym oceaniczny kraken lub inny głowonóg wzięty z rycin ilustrujących przygody hiszpańskich i angielskich żeglarzy. Tyle tylko, że tu wokoło szumiał swojski, mazowiecki las pod Węgrowem, a do morza było ponad czterdzieści mil polskich lotem ptaka albo siedemdziesiąt mil drogą wodną z biegiem Liwca, Bugu i Wisły.

Pień wyrastający z tego osobliwego postumentu był prosty i wysoki, doskonale masztowo smukły, no i w tym rzecz, że  aż za doskonały. Nigdzie na nim nie było dziupli, sęka ani śladu po kornikach czy robocie dzięcioła. Kora spękana ani za głęboko, ani za płytko, bruzdy zaś przejawiały jakąś przedziwną harmonię, od dłuższego wpatrywania się w powierzchnię pnia na człowieka spływał niepostrzeżenie sen na jawie. Osobliwe to drzewo niby stało w lesie, a jakby całkiem poza nim. Jeśli się dobrze przyjrzeć i wsłuchać w szelest koron na wietrze, jawnie znać było, że ta sosna nie współszumi z innymi. Kołysała się we własnym rytmie, jakby tylko pro forma, aby się nadmiernie nie wyróżniać.

Wnosząc z grubości pnia, drzewo to liczyło sobie jakieś osiemdziesiąt lat. W istocie najstarsi ludzie pamiętali, że zawsze wyglądało tak samo. Nie rosło. Stało na swych nogach-korzeniach poza czasem, najpewniej odwiecznie. Świadomi rzeczy praktycy powiadali, że ten świat jest jak ser – pełno w nim dziur, większych i mniejszych, które były enklawami innych światów, zamieszkałymi przez odmienne istoty, tak dziwne, że  aż chciało się wątpić, iż to także stworzenia boże. Dobrze było owe uroczyska znać, ale tylko po to, by trzymać się od nich z daleka i w żadną komitywę z ich mieszkańcami nie wchodzić, w przeciwnym razie nieuchronnie ciężkiej biedy było można sobie napytać. Jeżeli zaś kto odważył się zbawienie duszy, żywot doczesny oraz zdrowie zmysłów swoich zaryzykować, to jedno tylko wyższe dobro publiczne taki hazard usprawiedliwiało.

Stanisław Jakub Lawendowski herbu Paprzyca, woźny trybunału ziemi liwskiej, uwiązał konia sto kroków od zaklętej sosny, poprawił na sobie podróżny żupan dla większej powagi i jeszcze raz uważnie rozejrzał się dookoła. Wprawdzie już wcześniej upewnił się dobrze, że nikt go nie śledzi, ale jezuickie licho nie śpi! Ruszył ku sośnie niespiesznym krokiem. Broni żadnej pan woźny ze sobą nie wziął, tylko torbę myśliwską przerzuconą przez ramię. Kordelas przezornie odpiął od pasa i powiesił go na łęku siodła. Nawiedzone drzewo nie lubiło ludzi zbliżających się do niego z jakimikolwiek ostrzami. Zaczynało wtedy osobliwie oddalać się od podchodzącego, tak że im ów człek był bliżej, tym ta sosna jawiła się dalej, aż w końcu przepadała gdzieś w leśnym gąszczu, a ten, co jej szukał, nie mniej niż trzy dni potem błądził, zanim drogę do domu odnalazł. Raz kiedyś osaczyło ją dwóch upartych drwali, z węgrowskich Szkotów się wywodzących, którzy kalwińską nadgorliwością powodowani poprzysięgli zaklętą sosnę odnaleźć, zrąbać i na krzyż Pański przetworzyć. Nowi to byli osadnicy, niepojmujący jeszcze pierwszego prawa mazowieckiej ziemi, że tu dla każdej istoty boskiej i nieboskiej było miejsce, byle tylko ona na sąsiadów swoich nie nastawała i szanowała cudze miedze.

Od zawziętych Szkotów sosna nie uciekła, swoim zwyczajem klucząc nieznacznie w czasie i przestrzeni, lecz hardo stawiła im czoła na swojej rodowitej wydmie. Wtedy to się pokazało, że ona nie tylko jak kraken wygląda, ale i jak ten głowonóg atakować potrafi, a korzenie jej potrafią być szybkie i silne jak macki onego potwora. Pierwszego Szkota, co się na nią toporem zamierzył, chwyciła za gardło i w okamgnieniu wciągnęła go głęboko pod piach, tak że trupa już nikt nigdy więcej nie zobaczył. Pewnie do tej pory tam leży i użyźnia ziemię pod nią. Drugiego napastnika sosna pokarała na postrach. Przychwyciła go mocno korzeniem owiniętym wokół lewego nadgarstka i trzymała tak przez pięć dni, aż ów Szkot z głodu, pragnienia i desperacji sam sobie rękę odrąbał. Zrazu, owszem, próbował walczyć i siec po korzeniach, ale ona ciosy zbijała, aż w końcu nieborak pojął dobrze, co powinien uczynić. Gdy sam się pokarał, ona pozwoliła mu odejść najkrótszą drogą do Węgrowa. Pożółkłe kości odciętego przedramienia wciąż jeszcze tkwiły w drewnianym oplocie, na widoku, innym samozwańczym drwalom ku przestrodze.

Szkocki minister, kiedy się o tym wypadku dowiedział, z zemsty chciał zaraz bez mała krucjatę do tego lasu organizować, ale duchowni innych wyznań tudzież miejscowa szlachta grzecznie, acz stanowczo do porządku go przywołali. I on w końcu zrozumiał to, czego żadną miarą nie chcieli pojąć ojcowie jezuici oraz szaleni Niemcy, już dwudziesty pierwszy rok mordujący się bez opamiętania w głupiej wojnie domowej między katolikami a protestantami.

Sosna pozwoliła woźnemu zbliżyć się do siebie. Stanisław usiadł na wydmie tuż obok drzewa i sięgnął do torby. Wyjął lniane zawiniątko, w którym znajdowało się pół tuzina przesuszonych owoców szaleju, rozkruszył w palcach jeden z nich, wziął do ust dwa nasionka, rozgryzł je starannie trzonowymi zębami, przełknął, odczekał kilka minut, po czym uniósł do ust kolejne dwa.

Zwykle w podobnych okolicznościach woźny używał bieluniu, pozwalającego o wiele wyraźniej widzieć w zaświatach, ale też i dużo bardziej trującego od szaleju, skutkiem czego każdy obrzęd należało potem odchorować. Tymczasem Stanisław był w podróży i żadne osłabienie nie wchodziło w grę. Szalej zgodnie ze swą nazwą wzmagał wszelką ruchliwość, co w drodze mogło być nawet pomocne, ale i tego ziela należało zażyć tylko tyle, ile było konieczne. Dlatego woźny jadł go teraz po trochu, w długich odstępach czasu, aby osiągnąć cel za minimalną dawką.

Po upływie pół godziny i zjedzeniu dziesięciu nasion szaleju Stanisław kątem oka dostrzegł ruch w klatce z korzeni sosny, jakby ożywiła się tam nagle chmara nietoperzy, z których wszakże żaden nie był w stanie wydostać się poza obręb sterczących z ziemi drewnianych prętów. W istocie bowiem była to klatka więzienna, w której jakiś dobry i mądry człek albo może i anioł z bożego rozkazu przed wiekami albo nawet tysiącleciami zamknął cały rój złośliwych diablików, które teraz zaczęły stawać się widzialne.

Ile ich tam dokładnie było, tego pewnie nawet ów profos, co je zamknął, nie wiedział. One same zaś, kiedy ich spytać, gadały co zwykle, że jest ich legion, a co najmniej czartowski tuzin, czyli trzynastka. Ma się rozumieć, obiecywały złoto, diamenty, szczęście w miłości i wieczną jurność oraz gładkość gęby i wymowy temu, kto je na wolność wypuści. I zaraz ochoczo tłumaczyły, jak tego dokazać. Mianowicie należało pomiędzy korzenie sosny, stanowiące kraty ich więzienia, zapuścić jaką bądź rurkę – mogła być lufa fuzji, fujarka pasterska, mogło i źdźbło słomy, a one zaraz ową rurką hyc, hyc!, na świat się wymkną, by swawole swoje czynić, a najchętniej ludziom włosy w kołtuny splątywać. Jednak zarzekały się, że najpierw koniecznie nagrodę oswobodzicielowi swemu dadzą...

Obiecanki cacanki, a głupiemu dusza do piekła! Wierzyć im za grosz nie było wolno, ale że głupich nie sieją, więc dlatego właśnie sosnę wiążącą diablęta swymi korzeniami przezornie obdarzono rozumem oraz zdolnością pomykania, a jak trzeba to i tęgiego bicia sękatą lagą przez łeb. Umne drzewo jednak dobrze poznawało się na ludziach i nie przeszkadzało nikomu czynić rzeczy pro publico bono przydatnych.

Pan woźny ze swej strony w żadne czarnoksięskie dysertacje wdawać się z diablętami spod sosnowych korzeni nie zamierzał. Po pierwsze dlatego, że by go jak nic przegadały. Stanisław sam z siebie zbytnio uczony nie był, ot, tyle pisania, czytania i statutów trybunalskich liznął, ile to w rzemiośle jego było niezbędne. Łaciny jak wszyscy – piąte przez dziesiąte, z języków żywych niemieckiego co nieco, no i, o dziwo, po szkocku też niezgorzej. Jeszcze do obracania cyframi w głowie woźny Lawendowski miał talent nieprzeciętny, niejednego Żyda w szybkich rachunkach potrafił przegonić i to bez abakusa, ale ta umiejętność oraz zdrowy mazowiecki rozsądek stanowiły już cały zasób jego talentów umysłowych. I dosyć, Panu Bogu dziękować!

Czorty zaś często bystrzejsze są od ludzi i wiedzą więcej, taka ich diabelska natura, więc nie ma co się łudzić, że kiedykolwiek w dyspucie przemądrzałej zdoła się im placu dotrzymać i ćwieka zabić. Lepiej było polegać na sposobach niezawodnych w swojej prostocie i niczego w tym przedsięwzięciu nie manierować. Dlatego też Stanisław zjadł tylko tyle szaleju, by móc diablęta widzieć, ale już nie słyszeć ani z nimi gadać. Skusić pewnie one by go nie skusiły, choć tylko Bóg na pewno to wie, ale za to wątpliwości by w duszy zasiały i potem długo trzeba byłoby bić się z przykrymi myślami. Nikt nie ma lekko, a przez głupotę można mieć gorzej od innych. Ale dość deliberacji!

Szalej zaczął już w pełni działać, tak że pomiędzy korzeniami dobrze widać było pchające się na świat boży diable gęby, gadające niemo i krzywiące się niczym gargulce na gzymsach katedr. Zresztą skądś mistrzowie kamieniarscy brać sobie modele wszak musieli... Stanisław schował zawiniątko z trującym zielem, a w zamian ze swej torby wyjął flaszkę szklaną, do połowy pełną trzykrotnie paloną okowitą, czyli był to bez mała czysty spirytus. Woźny odkorkował, popatrzył krytycznie na zawartość naczynia i uznał, że mu jej nie ubędzie zbytnio, jeżeli pociągnie jeden łyk, aby zmyć posmak ziołowej goryczy w ustach. Wziął więc głęboko powietrza i wstrzymując oddech, pociągnął palącego płynu, który natychmiast żywym ogniem wypalił sobie szlak od podniebienia do dna żołądka. Stanisław odsunął flaszkę od ust i powoli, równo odetchnął, pozbywając się z gardła oparów okowity, które wciągnięte do płuc za nowym wdechem niechybnie spowodowałyby ciężkie zakrztuszenie. Pić sam spirytus doprawdy trzeba umieć!

Teraz zdaniem pana woźnego trunku pozostało w sam raz. Nie namyślając się dłużej, nachylił butelkę i wsunął jej wylot między korzenie sosny. Diabliki, myśląc, że to jest niechybnie owa rurka, przez którą na świat boży wyjść będą mogły, rzuciły się do niej hurmą, poczęły tłoczyć jeden przez drugiego i w try miga pierwszy z nich wepchał się do środka z cmoknięciem, jakby jajo ugotowane na twardo przez szyjkę przeszło, po czym z impetem wyrżnął mordą o denko flaszy, aż chlusnęła z niej fontanna okowity. Reszta czortów pomiarkowała się w podstępie i czym prędzej odstąpiła od złudnej bramy na wolność. Jak zawsze w butelkę dał się nabić tylko jeden.

Stanisław szybko zakorkował flaszkę, podniósł ją w górę i popatrzył pod światło. Rozeźlony diablik zrazu miotał się tam wewnątrz niczym wściekły nietoperz, robił grymasy jak w krzywym zwierciadle. Pewnie jakieś szpetne klątwy chciał rzucać, ale zaraz posmakował spirytusu i się uspokoił, po czym zmalał do rozmiarów kijanki, z lubością pluskającej się w trunku. Krzywda nijaka mu się tam nie działa. Co innego gdyby nieszczęsnego czorta o suchym pysku zaszpuntować i jeszcze go tak przez całe wieki trzymać... Oj, wtedy to gdyby jakimś przypadkiem udało się wyposzczonemu diabłu na świat wydostać, dopieroż byłaby bieda wszystkim przytomnym naokoło! Durni Arabowie, którym prorok Mahomet wyszynku nie dozwala, co rusz mają taki ambaras z tymi swoimi dżinami.

Dla pewności woźny mocniej dobił korek pięścią, a butelkę z diablikiem owinął grubo w szmatę, aby mu się w drodze, nie daj Panie Boże, nie stłukła. Wrócił do konia i umieścił zdobycz w sakwie, pomiędzy dwiema trzyfuntowymi beczułkami prochu, wyprodukowanymi przez liwskiego rusznikarza Niemca Wouwermana, zapakowanymi szczelnie w nasmarowaną łojem skórę. To wszystko jednak jeszcze było za mało jak na wyprawę na sejm do stolicy...

Nie było co zwlekać, bo dzień czekał długi! Stanisław ogarnął się szybko, wskoczył na siodło i pogalopował przez las na południowy zachód. Kwadrans później minął Ludwinów i skierował się wprost ku Liwcowi. Po szaleju pędziło się raźno, chwilami jakby nad ziemią. Pędem, rozpryskując wodę, woźny przemknął przez rzekę mało uczęszczanym brodem i wielkim łukiem minął swój rodowy zaścianek Korzeń, gdzie wszyscy byli przekonani, że pan krewniak już od dawna zdąża warszawskim traktem na zachód. Lepiej, aby ziomkowie się nie dowiedzieli, że Stanisław w istocie dopiero teraz puścił się w tę drogę.

W Korzeniu został Grzesiek, młody aplikant Stanisława, przyuczający się na jego następcę w trybunalskim fachu. Chłopak, ma się rozumieć, był niepocieszony, że ominie go ekscytująca wyprawa do samej Warszawy, ale woźny był w tej mierze nieprzejednany. Jednego terminatora już kiedyś stracił, więc nie myślał drugiego na jakiekolwiek ryzyko wystawiać, zanim ów rozumu oraz sprawności nie nabierze i nie będzie gotów stawić czoła wszelkim przygodom, jakie mogą się podczas doręczania pozwu trafić.

Grzesiek miał zatem przykazane pod nieobecność Stanisława pilnie studiować statuty i konstytucje sejmowe, wyuczyć się systemu organizacji trybunałów koronnych, a po trosze i litewskich, przede wszystkim zaś wszelkich kruczków przez pozwanych zażywanych, ażeby woźnego okpić, zbić z tropu i pisma trybunalskiego nie przyjąć.

– I za co mnie, panie stryjku, tak karzecie?! – Grzesiek miał jawnie łzy w oczach, kiedy się o tym przykazie dowiedział. – Zalim źle się dotąd sprawował?

– Dobrze sobie, smyku, radzisz – odrzekł mu wtedy Stanisław. – Idzie zaś o to, byś sprawiał się jeszcze lepiej. Wyuczyć się statutów musisz, żeby cię jaki kauzyperda chytrym gadaniem nie wywiódł w pole. Musisz zatem znać fundamenty prawa, na których praktyka woźnego trybunalskiego się opiera. Dlatego czytaj co trzeba, a jak czego nie zrozumiesz, pytaj imć pana asesora, który obiecał, że ci wszelkie zawiłości chętnie wyjaśni.

– Ależ ja chcę z wami, na sejm do Warszawy! – wybuchnął chłopak.

– A ja nie chcę cię tam pochować! – uciął dyskusję Stanisław. – Nie będę miał głowy stale na ciebie baczenie mieć, a ty jeszcze za młody otrok jesteś, żeby w bigosowaniach stawać albo w intrygach tajemnych kluczyć tak, by sztyletu w plecy nie wziąć. Ucz się, mówię, bo jak wrócę, przepytam!

Chłopak się naburmuszył mocno, ale posłuchał. I lepiej, aby teraz jego imaginacji nie zaprzątały wieści, że pryncypał przed wyjazdem szwenda się po okolicznych uroczyskach. Zresztą sam Stanisław przesadnej pewności siebie nie miał.

Nie spodziewał się tej delegacji. Posłem wszakże nie był ani kandydować na sejmiku ziemskim nie zamierzał. Nie byłoby to rozsądne. Po wydarzeniach ostatnich tygodni lepiej było na czas pewien zejść panom braciom z oczu i poczekać, aż ucichną echa zajazdu na Sockich oraz wzbudzenia Rozstajów Wód. Cudem wszak nie doszło wtedy do magicznego kataklizmu o niewyobrażalnych konsekwencjach. Summa summarum nic złego się nie stało, ale wątpić nie należało, że wysokie władze kościelne zagięły parol na ród Lawendowskich z Korzenia.

Asesor Wygonowski ujął rzecz wprost:

– Jedź ty do nich, Stasiu, ażeby oni nie musieli przyjeżdżać tutaj, bo doprawdy dość już kłopotów nam na własnych śmieciach narobili.

– Zatem ja prosto w wilczą paszczę mam wleźć?

– W Warszawie zarówno wrogów, jak i przyjaciół będziesz miał na wyciągnięcie ręki. Nasi drodzy sąsiedzi Radziwiłłowie trzymają z Wiśniowieckimi, którzy ostatnio wściekle drą koty z rodem Ossolińskich. Gdzie dwóch i trzech się bije, tam czwarty może wyjść na swoje. Nie wątpię, że poradzisz sobie sprytnie. Pożar, skoro już musi być, lepiej z dala od własnego domu wzniecać. Oficjalnie zatem przydasz się, Stasiu, w straży pana marszałka Kiereja do pilnowania porządku podczas obrad i na ulicach stolicy. Takich jak ty w czas sejmowy nigdy za wielu. Dam ci listy polecające do podkanclerzego Ossolińskiego i wojewody Sobieskiego. Jedź zatem do Warszawy i radź tam sobie, jak potrafisz. Zobaczymy, co z tego wyniknie, i będziemy myśleć, co dalej począć.

– Obym i ja te skutki zobaczyć zdołał... – mruknął woźny, niezbyt zachwycony przeznaczoną mu rolą przynęty.

Pomysł sędziego poparł także i patriarcha rodu, pradziad Jakub, który jeszcze dopowiedział swoje.

– Jedź, jak sędzia radzi – rzekł – i bacz na to, że nici owej tajemnej intrygi, przez którą wielkie diabły w naszą Rzeczpospolitą lezą, zbiegają się najpewniej w Warszawie, w rękach jednego człowieka. Dobrze by wiedzieć, kto zacz i co dalej zamierza.

– Jakże zdołam go wyśledzić, dziadku?

– Jest na to sposób, mój Stasiu – odrzekł stary Jakub i powiedział mu, jak trafić do zaklętej sosny i jak spod jej korzeni diablika podebrać.

Woźny ominął Liw od północy i wjechał na warszawski gościniec. Przed południem, gdy działanie szaleju zaczęło już ustawać, minął Roguszyn. Na nocleg powinien stanąć jak zwykle w karczmie w Stanisławowie, leżącym równo w pół drogi do Warszawy, ale zaraz za Dobrem, znów upewniwszy się dobrze, że nikt za nim nie podąża, Stanisław zboczył z traktu na południe i zapadł w lasach i manowcach rozpostartych w widłach rzeczułek Osownicy i Rządzy. Blisko było stąd do sławetnych Rozstajów Wód, ale tym razem droga mości Lawendowskiego wiodła w inne, acz nie mniej dziwne miejsce. Choć może trudno było nazywać „miejscem” obszar nienależący wcale do tej rzeczywistości, a tylko luźno z nią skomunikowany.

Okolica była płaska jak stół, a raczej taka się z pozoru zdawała, i jak na warunki mazowieckie niemal zupełnie bezludna. Tu czy tam wyrastały leśne kępy i zagajniki, nigdy nie obszerniejsze niźli dwie, trzy morgi. Laski owe czegoś nie chciały albo nie mogły rozszerzyć się i zrosnąć w jeden bór. Bynajmniej nie przeszkadzały temu dość nieliczne tu pola i wyżarzyska. Rzecz kryła się w zmienności linii widnokręgu, która raz wydawała się szczupła, ledwie na jedną staję odległa, to znów oddalała się hen na dziesiątki mil, jakby widziana z bocianiego gniazda na maszcie morskiego okrętu. Jawnie, na oczach nic się nie działo, ale za każdym kolejnym spojrzeniem coś tu było jakoś inaczej, choć krajobraz niby wciąż ten sam – pola zielone lub złote, siwe łęgi porośnięte srebrzystymi krzewami wikliny, popielate chmury płynące po niebie mieniącym się odcieniami błękitu, no i te ciemne kępy drzew: sosen, olch albo osik.

Zagajniki owe wraz z każdym rozszerzeniem lub zawężeniem kręgu horyzontu niepostrzeżenie zmieniały swe położenie na tle łąk i nieba, nazbyt dociekliwych spectatorów przyprawiając o pomieszanie zmysłów. Geometrzy pola wymierzający, cichcem pomiędzy sobą nazywali takie okolice „przeklętymi przez mędrca Euklidesa” i unikali ich jak ognia. Mapy tych stron, skoro im je robić kazano, rysowali sobie a muzom – oni tak, teren siak i niech by im kto spróbował kłam zadać. Oskarżyciel musiałby wtedy niezgodność udowodnić, czyli samemu kartę dobrą wyrysować, zatem pogrążyć się w owym labiryncie przestrzeni, a to był już wstęp do jawnego szaleństwa, któremu nocami przyświecały konstelacje gwiazd nieznane ziemskim astronomom.

Z drugiej strony te mazowieckie manowce, kiedy nie próbowano ich w żaden sposób okiełzać, były jednakowoż łaskawe i wędrowcom je przemierzającym tylko niewielkie płatały figle. Najdalej po godzinie błądzenia każdy gdzie chciał, tam trafiał – na pole, do lasu swego czy na szlak do obranej wcześniej miejscowości. Byle tylko żadną miarą ani prętem mierniczym ładu sztywnego tu nie narzucać, to wszystko kończyło się dobrze.

Tam zaś, gdzie chciał teraz dotrzeć woźny Lawendowski, drogi nigdy tej samej nie było. Zawsze inaczej się te ścieżki plotły, acz nigdy też nie było to tak, aby się zupełnie znaleźć nie dały. Tym prędzej to następowało, im mniej się człowiek spieszył. Stanisław puścił więc swojego Grocha luzem, pozwolił mu człapać noga za nogą, jak konającej szkapie w wózku żydowskiego domokrążcy, a sam uważnie przepatrywał okolicę z wysokości siodła.

Na każdy zagajnik wyłaniający się zza zmiennego widnokręgu woźny zerkał zawsze dwa razy – najpierw wprost, potem kątem oka. Jeżeli kępa drzew tkwiła wciąż na swoim miejscu, nic mu było po niej. Bywało też, że raz spostrzeżony lasek był, a drugim razem już nie, jakby nigdy nie egzystował. Tam kryło się silniejsze załamanie przestrzeni i mądrze było omijać takie miejsce wzrokiem, podobnie jak pałającą na niebie tarczę słońca, jeżeli nie chciało się postradać całkiem wzroku, a w tym przypadku zdolności rozróżniania kierunków.

Wreszcie po siedmiu kwadransach niespiesznej jazdy zagajnik, na który spojrzał woźny, nie zniknął, tylko jakby przesunął się nieznacznie. To był ten! Stanisław trącił wierzchowca piętami i ruszył w tamtą stronę, zataczając obszerny półokrąg. W żadnym wypadku nie można było obrać prostej drogi, gdyż zagajnik by się wtedy oddalił. Aby zbliżyć się doń, należało zawsze jechać po spirali. Wtedy ów lasek sam wychodził na spotkanie podróżnikowi, raz ukazując się z prawej, raz z lewej, ale za każdą kolejną manifestacją był coraz to bliżej...

Wreszcie pojawiała się całkiem prosta polna droga. Teraz już można było nią pójść, ale należało przygotować się na jeszcze jedną niespodziankę, mianowicie skarpę w czasie, z której trzeba było możliwie gładko zeskoczyć. Konie płoszyły się tu za każdym razem, na chwilę bowiem pojawiało się uczucie spadania w przepaść bez dna. Dlatego Stanisław teraz zsiadł, wziął Grocha za uzdę i zaczęli iść razem, łeb przy ramieniu. Wierzchowiec choć nie pierwszy raz tu bywał, nigdy nie wyzbył się obaw i zarżał lękliwie. Pan uspokajająco położył mu dłoń na chrapach i tak szli dalej.

Nigdy nie dało się przewidzieć, gdzie dokładnie kryje się ten uskok, ani przygotować się na jego pojawienie. Zawsze wyglądało to tak samo. Krok, krok, krok i nagle jakby głową w studnię... Grunt odnajdywał się zawsze wtedy, kiedy człek i zwierz zdążyli się już zdrowo wystraszyć, że tym razem oparcia dla stóp i kopyt nijakiego nie będzie. Wtedy znów jakby nic stawali na twardej ziemi, a pierwszym świadectwem zmysłów było nagłe pociemnienie słonecznego blasku. Miejsce było to samo, tylko czas uskoczył ku wieczorowi. Tu zawsze panował wieczorny zmrok, jakby słońce już całkiem zaszło, a nigdy nie wschodziło. Ci, co w tym miejscu mieszkali, słońca unikali z natury.

Stanisław ruszył śmiało ku pogrążonemu w wiecznym mroku zagajnikowi. By prawdę rzec, nie był to las, lecz cmentarzysko. Nie ludzi wszakże, a połamanych powozów, kolasek, bryczek, furmanek, ba, bywały też pańskie karety, a nawet resztki rzymskich rydwanów, niemal już doszczętnie wrośnięte w ziemię i oplecione przez czarne jakieś powoje. Wszystko to całkowicie pogruchotane, bez ścian, kompletów kół, a czasem i zupełnie bez nich. Gospodarz miał taką fantazję, że zbierał pojazdy, którymi ktoś kiedyś na tamten świat pojechał, znaczy przygodę miał, w której z impetem z drogi wypadł i w rozpadlinę jaką wleciał albo na drzewo i na śmierć kark sobie skręcił lub łeb rozbił. Co tam jeszcze z wozu pozostało zdatne, to szło do ponownego przemysłu, reszta butwiała porzucona między drzewami.

Z owych szczątków powstawały karawany, służące do wożenia trumien na pogrzebach za dnia, a nocami ponoć do tajemnych wypraw, o których wytwórca tych pojazdów nic a nic gadać nie chciał. Pytany, mawiał zawsze, że to nie jego rzecz, kto i gdzie jego produktami podróżuje. I chyba nawet szczerze, zdaniem Stanisława, wiedzieć tego nie chciał.

Powoźnik ów zwał się Wikiel, trudno zgadnąć, czy było to imię czy imienisko, on sam nigdy tego jasno nie deklarował. Nagabywany zaś o ród, tylko ramionami wzruszał. Chłop był z niego byczo pleczysty, brodaty po jajca, a do tego całkiem czarny od smaru do osi, którego to mazidła nigdy z rąk, twarzy, kudłów ani odzienia nie ścierał. Bo i po co, skoro zaraz znów oblepi? Lecz najdziwniejsze w nim było to, że wcale nie ludzka dusza w tym ciele zamieszkiwała, o ile jakąś duszę w ogóle posiadał.

Wikiel był wampirem. Nieszkodliwym wszakże dla pobożnych chrześcijan, gdyż sysał tylko i wyłącznie własną żonę Gochnę, która dla odmiany była ghulicą, żywiącą się trupami. Przez szacunek dla sąsiadów i poświęconej ziemi Gochna nigdy jednak zwłok z cmentarzy nie wykopywała, lecz ściągała sobie wisielców z szubienic, których potem ogryzała w tym lesie. Dokładniej mówiąc, posilała się w osobnej szopie na skraju gospodarstwa, bowiem mąż nie pozwalał jej jeść w domu. Stanisław przez ciekawość zajrzał kiedyś do owej jadalni, raz jeden, no i ten raz na zawsze mu wystarczył... Osobliwa ta para małżonków miała jedno dziecko – strzygę Kaśkę, liczącą sobie teraz trzydzieści parę wiosen. Dziewucha na oko była niczego sobie, przynajmniej dopóki się zbyt szeroko nie uśmiechnęła. Wtedy pokazywało się, że wszystkie jej zęby to kły. Natura Kaśki była w połowie ludzka, gdyż strzygą stała się z urodzenia, a nie wskutek przepoczwarzenia obłożonego czarnoksięską klątwą trupa i upiornego zmartwychwstania. Lubiła więc jako inne dziewki korale, kiecki, a najbardziej tańce, tak bardzo, że  aż po którejś z wiejskich zabaw wróciła do domu z brzuchem... Mała Anulka z niewiadomego ojca poczęta była już zwykłym człowieczym dziecięciem, dziesięcioletnim, wesołym jak skowronek, acz wiecznie umorusanym jak nieboskie stworzenie i kochanym na zabój przez matulę, babcię oraz dziadka.

Ot, taka to rodzina ów zagajnik na uboczu świata pomieszkiwała. Wikielowie nikomu krzywdy nie robili, a więc i na nich nie nastawano. Aczkolwiek niejeden zbłąkany wędrowiec, którego tu bez złych intencji ugościć chciano, spostrzegłszy się co i jak, uciekał z przeraźliwym krzykiem, a potem niestworzone bajędy po karczmach rozpowiadał.

Życzliwych gospodarzy tak niegrzeczne zachowanie gości wielce dziwiło i trochę też zasmucało. Oni sami bowiem nijakiego poczucia własnej osobliwości i odmienności ani trochę nie mieli. Żyli na swoim, po swojemu, czyli jak wszyscy, i czego tu wydziwiać?

Niejakie perturbacyje wynikły wtedy, gdy przyszło świeżo narodzoną Anulkę ochrzcić. Skoro bowiem ta mała jako jedyna z całej rodziny duszę na pewno miała, no to o chrzest dla niej poprosić już wypadało. Zrazu głowa rodziny, niewiele myśląc, wyszedł nocą na gościniec i sprowadził do domu pierwszego duchownego, który mu się tam napatoczył. Traf chciał, że jezuitę, bo tych to wszędzie pełno. Ówże mnich, choć jego zakon słynie z wyjątkowo obrotnych w gębie kaznodziei, kiedy przyszło co do czego, języka całkiem zapomniał. W oczach osiwiał, a ręce tak mu zaczęły latać, że wodą poświęconą w główkę dziecięcia nie trafił, zatem chrzest okazał się nieważny. Nieumiejętny partacz nie uciekł, bo jego kolana zrobiły się na to zbyt miękkie. Wikiel, rad nierad, odstawił delikwenta bezpiecznie z powrotem na trakt, gdzie się pierwej spotkali, ale wieść niesie, że klecha już na zawsze pozostał kołowaty.

Zmartwieniu gospodarzy zaradził dopiero Stanisław, po starej znajomości. Sprowadzony przez niego z Liwa dobrodziej Aleksander załatwił sprawę bez mrugnięcia okiem. Rodzicami chrzestnymi Anulki byli pan woźny i jego matka, która wtajemniczona w sprawę, skwitowała ją krótkim stwierdzeniem, że ktokolwiek by w kumy prosił, odmawiać na Mazowszu nie uchodzi! Tylko po wszystkim odświętne ubrania czym prędzej przeprać musieli, bo trupim odorem od oddechu Gochny przeszły.

Kiedy Stanisław zbliżył się do zagajnika, Wikiel natychmiast wyszedł mu na spotkanie. Uścisnęli sobie dłonie, a poczciwy wampir jak zwykle uśmiechał się szeroko, zupełnie nie dbając, że kogoś wystraszyć może swoimi zębiskami, zsiniałymi od żoninej posoki. Krew ghulicy była granatowa, jakby się kto pytał, i nadżerała każdy skropiony nią metal, nawet złoto od niej bielało.

– Ze zwykłym interesem przyjechałem – oznajmił woźny. – Po mandragorę...

– Będzie czas załatwić – odparł wymijająco gospodarz. – Zachodźcie do dom, mości panie woźny, a to nasza malutka się ucieszy!

Wikielowie mieszkali w zrujnowanej kaplicy, tak starej, że chyba nawet przedchrześcijańskiej. Jakie bóstwa tu czczono, nie wiadomo, gdyż nie ostały się żadne znaki ani figury, tylko nad drzwiami jeszcze jakieś całkiem zatarte płaskorzeźby, na których zwierza od kwiatu nie sposób już było odróżnić. Freski wewnątrz, jeśli były, pokryła dawno gruba skorupa brudu i sadzy. Dach oraz część murów zapadły się przed wiekami i zastąpiono je niedbale położoną strzechą tudzież deskami z powozów, wyłomy w murach zaś zalepiono po prostu gliną. Wszystkie te restauracje liczyły sobie tyle lat, ile miała wnuczka gospodarzy, gdyż wcześniej rodzina gnieździła się w krypcie pod kaplicą, nic sobie z braku wygód, a także i wygódki nie robiąc. Dopiero żeby im małe dziecko nie zmarniało, dołożyli niejakich starań. Gospodarz sklecił coś na kształt pieca, na którym się ciepłą strawę uwarzyć dało. Żeby było Anulkę czym karmić, zaprowadzono w obejściu kozę i kuraki, o których wygody jednak nikomu już dbać się nie chciało, więc dla bezpieczeństwa przed lisami ptaszyska nocowały przycupnięte na drzewach niczym rodowite wrony.

Gochna na widok gościa czym prędzej zerwała garść pokrzywy i szałwii, wepchnęła to sobie do ust i zaczęła zawzięcie przeżuwać. W ten sposób, przynajmniej we własnym mniemaniu, uczyniła swój oddech znośniejszym dla osób postronnych. Woźny przez grzeczność temu nie zaprzeczał. To i tak było wiele starania oraz dobrej woli ze strony istot nieznających pojęcia przykrego zapachu. W domu Wikielów śmierdziało zwykle jak na trzydniowym pobojowisku – szło wydzierżyć, zwłaszcza doświadczonemu żołnierzowi.

Mała Anulka na widok ojca chrzestnego pisnęła z radości i przybiegła się witać, rzucając w kąt dotychczasową zabawę, polegającą na oplataniu kolorowymi wstążkami jakiejś starej, nadgryzionej czaszki, pozostałości babcinego posiłku. Owe tasiemki, tak jak inne babskie fintifluszki, dostarczali żydowscy przekupnie, którzy za zarobkiem docierali i tutaj.

Stanisław wręczył małej przygotowany zawczasu gościniec, to jest toruński piernik, w którym dziewczynka natychmiast zatopiła ząbki. Łapczywie i głęboko, sposobem niechybnie podpatrzonym u matuli, która dla szpiku najgrubsze końskie i wołowe gnaty chrupała jak orzechy laskowe.

– Podziękować wpierw wypada! – zrugała córkę Kaśka, wychylając się z wejścia do rodzinnej kaplicy. Strzyga przemawiała głosem jakby z dna głębokiej beczki, tonem iście basowym, acz o dziwo jej płeć niewieścią wciąż dało się po brzmieniu poznać.

– Ełękłuę...! – oznajmiła mała z pełnymi ustami.

– Na zdrowie – Stanisław pogładził ją po głowie.

– Zachodźcie! Zachodźcie! – zaprosiła życzliwie strzyga. – Już miętę zaparzam!

Zaraz za progiem woźny omal nie wpadł na zawieszony u sufitu barani szkielet, nie do końca wytrybowany z nadpsutego mięsa, które świeciło w mroku niebieskawą, fosforyczną poświatą rozkładu. Była to zarazem spiżarnia i lampa gospodarzy. Ochędostwo w rozumieniu familii Wikielów polegało na tym, że w domu nigdy nie trzymało się ludzkich kości. Wszystko inne poza tym mogło być.

Generalnie wnętrze domostwa wyglądało jak lamus, w którym wybuchła bomba Wouwermana. Nie robiono żadnej różnicy pomiędzy meblami a zapasem drewna na opał. Uczynny gospodarz prędko zaimprowizował dla Stanisława coś na kształt ławy blisko pieca, na którym Kaśka parzyła miętę. Gorący napój z tego ziela był jedynym posiłkiem, który można było tutaj spożywać bez obawy przenicowania żołądka. Aplikant na samobójcę mógł się skusić na pierogi z baraniną. Ciekawa rzecz, ale mała Wikielówna nigdy nie chorowała. To dziecko z nawyknienia pewnie i jad trupi mogłoby jeść łyżkami.

Zważywszy na okoliczności, należało się spodziewać, że napar z mięty zostanie podany raczej w ludzkich czerepach, ale to były całkiem porządne, szkliwione gliniane kubki, ma się rozumieć od żydowskich handlarzy. Pan i pani domu popijali z gościem miętę dla towarzystwa, udając, że im smakuje. Uśmiechali się jak zwykle, serdecznie i szeroko. Stara Wikielowa swoim zwyczajem rozgadała się o tym, cóż to ostatnio pod okolicznymi szubienicami się przydarzyło, zwykła bowiem skwapliwie asystować przy każdym wieszaniu, szacując smakowitość przyszłego pokarmu. Jeden bezczelny złodziej szczególnie przypadł jej do gustu.

– Kiedy mu jegomość suspensor stryk na szyję wkładał – opowiadała żywo – ten ci do niego z taką wyrwał się pretensją: „Delikatniej, chamie! Chcesz mnie udusić aby?!”. Wszyscyśmy się jak stali uśmiali... A skoro taka w nim fantazja, mózg na pewno delikates będzie! – zakończyła rozmarzona ghulica.

Stanisław uśmiechnął się półgębkiem dla porządku.

Gospodarz z kolei zawsze chętnie słuchał o wydarzeniach w ludzkim świecie. Starego wampira osobliwie bawiły opowieści o Niemcach oraz ich zamiłowaniu do porządku i czystości. Była to dla niego egzotyka co się zowie, większa od chińskiej. Pojęcie brudu Wikiel uważał za całkowicie niedorzeczne, wszak wszystko jest naturą! Był pewien, że owa niemiecka czystość zabiłaby jego wnuczkę w okamgnieniu, i przypuszczał też, że cała ta tocząca Rzeszę, niekończąca się wojna wzięła się od nadmiaru gorącej wilgoci w głowach. I kto wie, czy nie miał racji...? Dziś jednak jakoś nie znać po nim zwyczajnej wesołości. Widać było, że ma zmartwienie.

– A cóż to wam dopiekło? – zapytał wprost Stanisław.

Wampir zmarkotniał całkiem, załamał czarne ręce i milczał dłuższą chwilę.

– Chutlichy pomordowane – oznajmił wreszcie.

Gospodarz miał na myśli swoich nieludzkich sąsiadów, mieszkających w bliżej nieokreślonym miejscu, chyba już całkiem poza wszelkim znanym kosmosem, acz jednak ciągle jeszcze z Mazowszem jakoś skomunikowanym. Trafić do ich sadyby tylko sam Wikiel umiał. Stanisław widział kiedyś jednego Chutlicha, z daleka i po ciemku, ale wolałby nie oglądać go lepiej, a najchętniej wcale. Ten ci już bowiem w niczym człowieka nie przypominał, tylko jakby przerośnięty krzew sitowia z gąszczem wijących się wąsów i łap z mnóstwem stawów jak u raka. Ślepia zaś na czółkach, ślimaczą modą, lub coś w tym rodzaju. Widok ów tak wpijał się w pamięć, nie dawał o sobie zapomnieć i nieodmiennie powracał w koszmarnych snach, aczkolwiek Chutlichowie też rozmyślnie nikomu nigdy krzywdy nie czynili. Wiedząc, do jakich to palpitacji ludzkie umysły swym wyglądem doprowadzają, starali się nikomu na oczy nie pokazywać. Żyli na swój sposób poczciwie, z pracy własnej, trudniąc się dobywaniem piasku szklarskiego, ponoć bardzo zacnego, z rzadkimi minerałami, od których po wytopieniu przepiękne kolory szklanic, dzbanów i witraży powstawały. Worki owego piasku odbierał od nich Wikiel i przedawał dalej znajomym Żydkom, którzy go na koniec dostarczali hutnikom szkła praktykującym w okolicach Wołumina, skąd wyroby uchodziły w Warszawie i Lwowie za szkła weneckie. Tak wmawiano wielkim panom, którzy wszelkim krajowym rękodziełem wielce się brzydzili. Wszakże teraz oto najważniejsi dostawcy surowca przepadli...

– Jakże to się stało? – zagadnął woźny, zastanawiając się, czy byłaby tu podstawa do wszczęcia formalnej instygacji. Chutlichy może i nie ludzie, ale jak by nie patrzeć, poddanymi Korony Polskiej byli dobrymi.

– Poszedł ja do nich po piach, jak było umówione, i zastał wszystkie rozsiekane na drobne flaki – oznajmił Wikiel. – Kto i kiedy to uczynił, dojść nie zdołałem.

– Rozsiekanych? – upewnił się Stanisław. – Od szabel?

– Może i od szabel – skinął głową wampir. – Srebrnych śrucin też się w nich dopatrzyłem. W tym zaś rzecz, że tak sobie w kościach czuję, że my tu będziem zaraz następne...

Przeczuciom Wikiela zawsze należało wierzyć. On nieomylnie wiedział, kiedy ktoś chciał do jego zagajnika wejść, i od razu wychodził przybyszowi na spotkanie. Z uśmiechem szczerym na gębie albo czym ciężkim w garści, zależnie od intencji obcego wędrowca.

– Kiedy to?

– Dziś nocą.

Noc w tutejszych warunkach była pojęciem względnym. Była to pora, kiedy Anula spała. Można było tylko suponować, że dziecko czuło senność wtedy, kiedy inni ludzie.

– I cóż zamierzacie?

– Odejdziem póki co.

– Nie szkoda wam swojskich śmieci?

– Żal jest, ale sam im nie poradzę – westchnął ciężko wampir.

– A gdybym pomógł?

– To powinno ujść.

– Więc pomogę! – zdecydował Stanisław. – Dobrze byłoby którego żywcem wziąć i wybadać, co za ptak i kto tu go nasłał...

Pogadali jeszcze godzinę, co w świecie słychać, po czym zaczęli się sposobić do bitki ze zbójami. Stanisław przygotował krócice, półhak, a do tego kordelas, swój sławny mały cep i nadziak, który specjalnie na wyprawę do stolicy zabrał. Ten ostatni oręż samym swoim złowrogim wyglądem skutecznie odstraszał wszelkiej maści szelmy i pozwalał unikać zaczepki, do jakich łatwo przychodziło wobec szlachcica, który z racji starożytnego rodowego zwyczaju szabli zażywał tylko na sprawiedliwej wojnie pro fide, lege et rege, czyli na co dzień nie nosił.

Wikiel zaopatrzył się w ułomek dyszla, okuty na jednym końcu poskręcanym resorem od karety. Jego baba miała zamiar po prostu rzucać w napastników kawałami żelaza, uprzednio ośliniwszy je obficie, co bynajmniej nie było żartem. Poniew aż łatwo dało się zgadnąć, że jeśli ich przeciwnicy zdołają wedrzeć się do zagajnika, to polezą prosto do domu, więc Kaśka z dzieckiem zamyśliła ukryć się w którymś z wraków, gdzie trzeba by ich szukać niczym w jakim labiryncie. Zapytana o broń, tylko się szeroko wyszczerzyła. Pazurów powszechnie strzygom przypisywanych nie miała, jedynie zwykłe dłonie, ale gołymi palcami potrafiła odrywać surowe mięso od kości, ścięgna targać jak sznurki oraz rozdzierać puklerze. Stanisław na własne oczy to widział. Należało się jednak spodziewać, że postrzał srebrną kulą te nadzwyczajne siły od razu jej odbierze.

Woźny i wampir zasadzili się na skraju zagajnika, w miejscu wybranym przez gospodarza. Nie było tu porządnego gąszczu, tylko kilka drzew dość grubych, aby się za nie schować. Krzaków też niewiele, ot, wszystkiego parę jałowców. Gdyby mrok był głębszy, najlepiej ciemność jak w nowiu, to by uszło, tak zaś stali nieomal na widoku w tej trwającej tu odwiecznie szarówce przed świtaniem, które nigdy nie nadchodziło. Przed nimi zaś wznosiła się lekko pochylona w ich stronę połać zakrzaczonych mazowieckich nieużytków. W tych chaszczach z powodzeniem mogła zapaść cała nieprzyjacielska rota.

Stanisław nie wątpił w niezachwiane przekonanie swojego towarzysza, że napastnicy nadejdą właśnie z tego kierunku, ale zaniepokoił go ewidentny brak obeznania wampira z podstawami żołnierskiego rzemiosła. Propozycję, aby ściągnąć tu jakiś wóz, przewrócić go na bok i tak przysposobić jaką solidniejszą fortalicję, Wikiel zbył wzruszeniem ramion. Gdyby przeciwników pojawiło się zbyt wielu, to oni musieliby się prędko cofnąć w głąb zagajnika, czyli oddać zbyt łatwo pierwszą linię obrony.

Gospodarz miał jednak własny pomysł na odparcie napaści, a polegał on na wykorzystaniu tutejszego niedostatku światła, który powodował łudzenie ludzkiego oka, niezdolnego w tych warunkach prawidłowo określać miary wysokości i odległości przedmiotów.

– Wyjdźże dwieście kroków w te pole, potem się obejrzyj znienacka, a sam się o tym przekonasz – odpowiedział wampir na nagabywanie o szaniec. Po czym dodał: – Zdążysz jeszcze się wrócić.

By skrócić nużące oczekiwanie, Stanisław przystał na to chętnie. Wyszedł z zagajnika, ruszył przed siebie i oddaliwszy się, ile było umówione, zrobił nagły w tył zwrot.

Wrażenie w rzeczy samej dech mu w piersiach zaparło.

Wikiel stojący na skraju lasu był teraz równy wzrostem drzewom. Podniósł powoli pałkę i woźny mógłby przysiąc na najświętsze relikwie, że przyszło mu stanąć naprzeciw prawdziwego olbrzyma z maczugą.

– Podejdź teraz ku mnie powoli, a nie spuszczaj mnie z oczu! – zawołał wampir z oddali.

Stanisław zrobił, co mu kazano. W miarę jak zbliżał się z powrotem do zagajnika, Wikiel stopniowo malał, aż nagle osiągnął swój zwykły wzrost, gdy umysł woźnego odgadł nareszcie prawidłową perspektywę.

– I co...? – zachichotał rozbawiony wampir. – Chytra sztuczka tak po prawdzie, co nie?

– Chytra – przyznał woźny, drapiąc się w głowę. Jeszcze czegoś takiego na własne oczy nie oglądał, acz wpadło kiedyś mu w ucho, że takie zjawiska w istocie bywają widywane gdzieniegdzie u schyłku lub w zaraniu dnia.

– Jak naprzeciw nim wyjdą dwa olbrzymy, tamci zaraz narobią w gacie! – cieszył się gospodarz. – A jeśli bedom strzelać, to w górę, nam nad głowami.

Znajomości własnego terenu oraz jego osobliwości nie można było wampirowi odmówić, ale co szaniec, to jednak szaniec!

Stanisław nie zdążył już zgłosić obiekcji. Wtem powietrze pięćdziesiąt kroków od nich zaskwierczało gwałtownie od ogni świętego Elma, które pęczkami trysnęły z pustki. Nim zdążyli się zdziwić, z rozdartej przestrzeni wypadło pół tuzina grasantów z rusznicami w garściach. W tle za nimi na chwilę mignął widok jakiejś jasno oświetlonej izby. Szczegółów żadnych woźny dojrzeć nie zdążył. Uwagę jego przyciągnęła zafrasowana mina Wikiela.

– Za blisko od lasa wyszli... – stwierdził markotnie wampir.

Stanisław domyślił się, że ze sztuczki z oszukiwaniem perspektywy wyszły im nici. Mieli zatem pecha na dobry wieczór!

– Trzeba nam do tyłu! – oznajmił gospodarz.

– Za wcześnie! – syknął zirytowany woźny, ściągając półhak z pleców.

Tamci dostrzegli ruch między drzewami i wypalili od razu salwą ze wszystkich luf, przystając lub przyklękając na jedno kolano. Ich pociski zaświstały między drzewami, zadudniły po pniach oraz wrakach w głębi zagajnika. Brzęknęła kryształowa szybka w resztkach jakiejś karocy.

Jak pech, to pech!

Stanisław dostał kulę, nim zdążył wystrzelić. Rzuciło nim w bok, zatoczył się na mięknących nogach. Miast składać się do strzału, musiał przytrzymać się najbliższej sosny, by nie upaść, broń wypadła mu z ręki. Uderzenie i wstrząs zamroczyły go, na razie nie czuł bólu.

Gdzie go trafili? To było w tej chwili najważniejsze pytanie. W uszach mu szumiało, należało się skupić... Odetchnął głębiej, chrząknął i przełknął ślinę. Nie poczuł smaku krwi, zatem chyba nie w płuco... Łomot serca słyszał wyraźnie w skroniach, zatem w serce też nie... Lodowatą zgrozą przejęła go myśl, że może w takim razie w brzuch... Wciągnął zatem głęboko żywot i znów wydął, ale nic go nie zapiekło ani nie zemdliło, a więc raczej nie w brzuch... Skoro ustał, nogi i biodra też na pewno musiały być zdrowe...

Dopiero teraz poczuł wilgoć pod prawą pachą. Mokre ciepło przesuwało się w dół, po boku... Blisko źródła krwawienia biegła tętnica, ale gdyby ją przerwało, powinno przecież chlustać dużo bardziej... Woźny najpierw poruszył palcami prawej dłoni – miał w nich czucie i władzę. Łokieć też funkcjonował. Dopiero kiedy podniósł wyżej całe ramię, zaćmiło go ostrym bólem.

Kula weszła zatem pod pachę, to pewne. W tym momencie Stanisław dostrzegł bruzdę w korze drzewa tuż obok, wyrytą dokładnie na wysokości jego rany i zrozumiał, że dostał rykoszetem odbitym od pnia. Szczęście w nieszczęściu, że pocisk nie uderzył z całym impetem, bo jak nic połamałby mu żebra, tak zaś na nich się tylko zatrzymał... Teraz woźny poczuł, że jakaś twarda grula uwiera go nieprzyjemnie gdzieś pod prawą łopatką, a więc to tam utkwiła ta cholera jedna!

Ból spod pachy zaczął promieniować na plecy. Stanisław zacisnął zęby i podniósł półhak. Skoro prawa ręka była dość sprawna, odwiódł kurek, przycisnął kolbę do obojczyka, a policzek do kolby.

Tamci nie ruszyli do ataku po pierwszej salwie. Rozumnie, ale gdyby zaryzykowali, victoriajuż byłaby ich. Na razie zasłonięci przez dym ładowali flinty, sposobiąc się do drugiej salwy. Nie przerwali nabijania, kiedy jeden z nich padł na plecy po celnym, choć spóźnionym strzale woźnego. Tylko podnieśli głowy, zapamiętując miejsce, skąd dano do nich ognia. Byle hultaje nie zachowaliby tyle zimnej krwi, zatem nie z pierwszymi lepszymi opryszkami była ta sprawa.

Kiedy odrzut broni uraził zraniony bark, Stanisław nie zdołał powstrzymać jęku bólu. Wikiel natychmiast przybiegł mu z pomocą, ale poczuwszy zapach świeżej krwi, stanął skonsternowany, zaczął cmokać i mlaskać mimo woli. Jeszcze tylko tego brakowało, aby wampir nie zdołał się opanować... Jednak zdołał. Nie był z tych, co się nie miarkują, bo na takich już dawno temu znalazły się osikowe kołki. Wikiel zaszedł woźnego od zdrowego boku, wsparł go własnym barkiem i zaczął odprowadzać w głąb zagajnika.

– Mówiłem ja, ażeby się cofnąć! – mruknął z przyganą pod adresem szlachcica. – Nie byłoby przykrości...

Ból oraz irytacja sprawiły, że Stanisław nie skomentował. Nie pora była teraz na wykłady o sztuce fortyfikacji!

Przeciwnicy dostrzegli ich, a że jeszcze nie mieli gotowych strzelb, chwycili za pistolety. Pięćdziesiąt kroków stanowiło granicę skutecznego strzału z krócicy, woźny i wampir znajdowali się tuż za nią. Wokół znów zaświstały srebrne kule. Obsypały ich kawałki rozpryskującej się kory, odstrzelone gałązki i igliwie. Szczęściem grad pocisków tym razem przeszedł bokiem. By trafić z pistoletu na taki dystans, należało naprawdę dobrze wymierzyć, a tamci strzelali w pośpiechu.

Wikiel odholował Stanisława za leżącą na boku kolaskę bez kół, której nadłamana podłoga wydawała się jednak jeszcze dość solidna, by zatrzymać kule. Zostawiwszy rannego towarzysza w bezpiecznej kryjówce, wampir przepadł gdzieś wśród plam i smug cieni.

Przerwa nastała teraz dłuższa, gdyż napastnicy przed wkroczeniem do zagajnika postanowili nabić wszystkie swoje rury. Stanisław wykorzystał ten czas, by samemu się ogarnąć. W kieszeni spodni miał czystą chustę, którą wcisnął sobie pod zranioną pachę, po czym szczelnie dopiął żupan, aby improwizowany opatrunek lepiej się trzymał. Wziął parę głębszych oddechów, zapanował nad bólem i zaczął szykować broń. Podczas rejterady niczego nie zgubił, ale półhaka nie był już w stanie ponownie załadować, gdyż potrzebował do tego pewnego chwytu obu dłoni, zwłaszcza podczas przepychania kuli przez gwinty. Zostały mu więc w praktyce dwie nabite krócice. Nadziakiem od biedy mógł walczyć lewą ręką, ale lepiej było na nim tylko się wspierać. Najmądrzej zaś uznać rzetelną prawdę, że imć pan Lawendowski został już wyeliminowany z dalszej walki. Od biedy mógł się tu jeszcze bronić, natomiast o ataku i jakiejkolwiek walce wręcz absolutnie nie mogło być mowy. Sytuację komplikował fakt, że Wikiel oddalił się bez słowa, nie uzgodniwszy z nim wcześniej żadnego planu. Walczyli zatem iście po polsku na „jakoś to będzie”...

Nie pora wyrzekać! Stanisław odciągnął kurek krócicy, chwycił ją oburącz i przyklęknąwszy za swoją osłoną, znieruchomiał, mierząc lufą w mrok.

Tamci weszli między drzewa ostrożnie, luźnym szeregiem, osłaniając się wzajemnie, czujni na każdy ruch i szelest. Powoli zbliżali się wprost do kryjówki woźnego.

Stanisław podpuścił ich na dziesięć kroków i kiedy herszt zbójów odezwał się, by wydać jakiś rozkaz, woźny wypalił mu prosto w gadającą gębę. W następnej chwili padł brzuchem na ziemię, a kule tamtych rozniosły jego osłonę w wióry i drzazgi. Zdezelowana bryczka okazała się znacznie mniej solidna, niż wyglądała, czego po ciemku nie sposób było stwierdzić.

Wiedział, że teraz go obejdą i obskoczą z dwóch stron, więc nie bacząc na ból, Stanisław przetoczył się na plecy, po czym wymierzył drugi pistolet w górę oraz przed siebie. Kalkulacja była prosta – jeżeli pokaże się jeden zbój, będzie dobrze, jeżeli dwóch naraz, to już po panu woźnym trybunalskim!

Z prawej zamajaczył jakiś ruch, więc szlachcic skierował broń w tamtą stronę i na tym skupił całą uwagę. Tymczasem napastnik bezszelestnie wyskoczył z lewej i nacisnął cyngiel, zanim Stanisław zdążył zareagować.

Wystrzał spalił na panewce... Bóg łaskaw! Czerwony błysk prochu oświetlił na mgnienie oka wykrzywioną nienawistnie mordę zbira. Niedoszły zabójca zaklął po niemiecku i cofnął się w cień równie szybko, jak się pojawił. Ten z prawej zaś zapewne nie widział dobrze leżącego na ziemi woźnego, więc podszedł bliżej i to go zgubiło. Wikiel doskoczył doń zza drzewa i wyrżnął swoją pałą na odlew po krzyżu z taką mocą, że przeciwnik aż się złamał do tyłu przez plecy. Rozdygotany skowyt rannego odbił się po zagajniku ponurym echem. Zawodzący zbój próbował jeszcze odpełznąć, wlokąc za sobą bezwładne nogi. Wampir poprawił mu przez łeb, z którego zostały tylko bezkształtne farfocle.

Stanisław zebrał siły, zwłaszcza całą swoją odporność na ból, i poderwał się na równe nogi, by ostatnią kulę zużyć na obronę towarzysza, który przed chwilą ocalił mu życie. Zaciskając zęby, woźny wychylił się zza szczątków kolasy i ocenił sytuację.

Dwóch napastników stało nad siedzącym na ziemi hersztem, który trzymał się za pogruchotaną szczękę i coś bełkotał. Zdaje się, wystrzelili już wszystkie lufy, więc na razie Wikiel był bezpieczny. Na zdrowy rozum wampir powinien był teraz rzucić się na nich, korzystając z okazji, ale on z sobie tylko znanych powodów wolał się im tylko bezczynnie przyglądać. Pewnie uśmiechał się przy tym z właściwą sobie lekko kpiącą nonszalancją. Trzeci napastnik, ten od niewypału, skulony, usiłował po ciemku przeczyścić zapał rusznicy i podsypać panewkę.

Zranienie przywódcy rozstrzygnęło starcie. Herszt miał już dość bitki, a pozostali nie chcieli wojować bez niego. Napotkany opór okazał się dla nich zbyt silny. Zanim więc Stanisław zdecydował się wybrać sobie cel, tamci, chwyciwszy za ramiona rannego kamrata, zaczęli pospiesznie wycofywać się z zagajnika. Teraz dopiero poleciał ku nim kawał złomu, rzucony z boku przez Gochnę. Trafiła, sądząc po plugawym wrzasku, ale nie powaliła, więc nie wiadomo, który z nich oberwał. Ghulica osiągnęła jednak tyle, że teraz napastnicy rzucili się do ucieczki.

Poszli więc za nimi z powrotem na skraj lasu. Widzieli dobrze, jak przed uchodzącymi znów otworzyło się puste powietrze i pokazała oświetlona izba. Stanisław teraz już przygotowany na ów widok, zdołał zauważyć, że obrzęd magiczny czyniła jakaś kobieta, za którą stał ciemno ubrany mężczyzna. Napastnicy weszli do nich, zabierając z sobą rannego herszta i zostawiając dwóch zabitych, po czym przejście w przestrzeni znikło.