Diabłu ogarek. Czarna wierzba - Konrad T. Lewandowski - ebook
Wydawca: Wydawnictwo RM Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 361 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Diabłu ogarek. Czarna wierzba - Konrad T. Lewandowski

Skoro zaś ludzie i diabły na tej ziemi muszą żyć razem, to niech żyją jak sąsiedzi, choćby nawet sobie krzywi. Nie podnosi się ręki na sąsiada, jeżeli on ci w niczym nie zawinił...

Lipiec 1639 roku. W spokojnej i dostatniej Rzeczpospolitej w zgodzie żyją katolicy, prawosławni, arianie i luteranie. Z trudem dają wiarę wieściom o bestialstwach i okrucieństwach wojny trzydziestoletniej. Ogień, który ogarnął całą Europę, zatrzymał się na granicy Polski, jakby napotkał niewidoczny mur.

Miedze pomiędzy ziemią, niebem a piekłem wszędzie tu na Mazowszu jasno i wyraźnie wytyczone były i każdemu od maleńkości znane. Tylko głupi przekraczali je na własną wieczną szkodę.

Weteran wojny smoleńskiej Stanisław Jakub Lawendowski herbu Paprzyca, woźny trybunału ziemi liwskiej, specjalizuje się w doręczaniu pozwów wyjątkowo agresywnym adresatom. Bywa, że jak weźmie skwitowanie odbioru, to wyrok nie jest już konieczny. Czasem jednak zawodzą naturalne sposoby i aby sprawiedliwości stało się zadość, niezbędna jest pomoc czarnej magii. Te kontrowersyjne praktyki są solą w oku pewnego biskupa oraz podróżującego incognito hiszpańskiego inkwizytora. Miejscowi magnaci zaś dostrzegają okazję przeprowadzenia własnej przewrotnej intrygi…

Opinie o ebooku Diabłu ogarek. Czarna wierzba - Konrad T. Lewandowski

Fragment ebooka Diabłu ogarek. Czarna wierzba - Konrad T. Lewandowski

Diabłu ogarek. Czarna Wierzba


Text copyright © 2013 by Konrad T. Lewandowski


This edition copyright © 2013 by Wydawnictwo RM

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25

rm@rm.com.pl

www.rm.com.pl


Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.


ISBN 978-83-7243-892-8

ISBN 978-83-7773-057-7 (pdf)

ISBN 978-83-7773-056-0 (mobi)

ISBN 978-83-7773-055-3 (ePub)


Redaktor prowadzący: Justyna Mrowiec

Redakcja: Anna Puziewicz

Korekta: AD VERBUM Iwona Kresak, Paulina Potrykus-Woźniak

Ilustracja na okładce: Jakub Kasper

Skład i przygotowanie wersji elektronicznej: Marcin Fabijański


Wydanie I

Warszawa 2013


W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl








Moim przodkom


Autor

Spis treści

1. W obronie sąsiada

2. Zburzony ład

3. Gołysz i świętokradcy

4. Zaorana miedza

5. Panna polna

6. Strachy na Lachy

7. Żywioły wody, powietrza i zemsty

8. Cud w Miedznej

9. Litwa warta mszy

10. Duch nad wodami

11. Podstępem i bombą

12. Szarża do piekieł

Bez nazwy-1.xhtml

1 W obronie sąsiada

– Coś wasze za jeden?!

– Stanisław Jakub Lawendowski herbu Paprzyca...

– Pieprz i lawenda? – zarechotał z własnego dowcipu. – A gdzież takowe zioła kupą rosną, he?

– Zaścianek Korzeń nad Liwcem, będzie dwie mile od Węgrowa, pół od Starej Wsi...

– A na co mnie to wiedzieć, hę?!

Oj, wyglądało na to, że trzeba będzie zsiąść z konia. Nazwisko i herb najwyraźniej nic durniowi nie mówiły. Trochę dziwne, bo jak mazowiecka równina między Bugiem a Wieprzem szeroka, Lawendowskich znali wszyscy, w każdym znaczeniu słowa znać. Osobliwie zaś Stanisława. No, tu może przesadzał. Połowa mężczyzn w zaścianku miała na imię Stanisław i Jakub, w tej albo odwrotnej kolejności, druga połowa Zdzisław i Grzegorz, takoż zamiennie. Przy specjalnych okazjach można było spotkać Jakub Grzegorz. Innych imion używać nie uchodziło, z wyjątkiem Henryka i Leona. Szczytem kumoszej ekstrawagancji było dać chłopcu na chrzcie Henryk Leon, ale tak rzadko bywało, bo zaraz się dobrodziej boczył, że to czegoś nie po bożemu. Teologia w Korzeniu, jakby się kto pytał, równie swojska była jak żytni chleb, kiełbasa i zsiadłe mleko. Znaczy lepsza niż w Rzymie... Lecz mniejsza o facecje, od których bledli ojcowie jezuici. Ciekawe, jakże się taki ignorant uchował? bo gdzie, było jasne. Znajdowali się pośrodku dzikich pól między Łukowem a Siedlcami, a tu widać durnego szlachetkę uświadczyć łatwiej niż wedle Dniestru i Dniepru, bo stamtąd głupich Tatarzy już dawno na arkanach wywiedli. Przynajmniej tak to wyglądało z mazowieckiej perspektywy.

– Waszmość jest Andrzej Michał Bartnicki herbu Kościesza, dziedzic majątku Paproty? – upewnił się Stanisław, patrząc z niesmakiem na rozmówcę. Pan Andrzej niechybnie dopiero co podniósł się po trzydniowym najmarniej pijaństwie. Raczej tygodniowym, można było o to iść w zakład. Żeby ochędożyć się na przyjęcie niespodziewanego gościa, pan na Paprotach wylał sobie kubeł wody na podgolony łeb i stał teraz przed Stanisławem w mokrej, rozchełstanej koszuli, mrużąc zaczerwienione oczy przed słońcem.

Stanisław ze swej strony, dojeżdżając na miejsce, nie bacząc na lipcowy skwar, dopiął swój zielony żupanik pod szyję i nasadził jak należy kunią czapkę z czaplimi piórami. Powaga urzędu winna iść przed wygodą.

Za tło dyskursu robił wpółzeżarty przez spuszczele dworek z garbatym dachem, na którym ubytki gontu łatano doraźnie słomianą strzechą, i prowizorka ta miała tak na oko ze sto lat, wnosząc po grubości omszenia niektórych łat. W drzwiach stała pani Bartnicka, wypełniając całą ich szerokość. Równie jak mąż rozczochrana i zapuchnięta. Jej zęby oraz pokrzywiony szczerbaty płot okalający resztę zapuszczonego folwarku zdradzały iście bliźniacze pokrewieństwo. Mówiąc krótko, nagana szlachectwa za samą babę. Albo płot...

– A bo co?! – rozmowa najwyraźniej zmęczyła już gospodarza. – Czego wasze chcesz?!

– Skarga jest na was, od sąsiadów do sądu ziemskiego w Liwie złożona.

– Hę...? A niby kto i o co?

– Nie moja rzecz. W pozwie macie wszystko in detalis wyłuszczone.

– To wyście są... – dopiero teraz dotarło.

– Woźny trybunalski. Weźmiecie pozew po dobroci?

– Czeladź! – zawołał, usiłując podnieść głos do krzyku, co mu nie wyszło. – Ku mnie! – zachrypiał. – A żywo! Jontek, panią czarną!

– Dalej juchy, pan w potrzebie! – zawtórowała mężowi pani Bartnicka, nadspodziewanie piskliwym głosem.

Wyskoczyli z lamusa i zza gumna. Pięciu. Złapali, co kto miał pod ręką – widły, orczyki, wekiery, ale jeden w złachmaniałym kontuszu, pewnie jaki krewny gospodarza, dzierżył w garści pordzewiałą batorówkę. Z dworu wybiegł wezwany pacholik i podał panu husarską szablę.

To się Stanisławowi bardzo, ale to bardzo nie spodobało.

– Z rycerskim orężem do hultajskiej rozprawy stajecie? Taka z was szlachta?! – rozgniewany zsiadł z konia. po krótkim namyśle zrezygnował z uwiązania wierzchowca. Primo, dlatego że stan płotu zupełnie nie gwarantował skuteczności tego przedsięwzięcia. Secundo, lepiej było polegać na końskim rozumie Grocha, a konisko było umne jak niejeden człowiek.

– A wasze swego korda przepomniał czy go może po drodze zastawił? – Bartnicki dopiero teraz zauważył, co Stanisław ma przy boku. Był to tylko myśliwski kordelas, solidny, ale ponad połowę krótszy od normalnej szlacheckiej broni.

– My, Lawendowscy, szabel na co dzień nie nosimy – odparł z godnością Stanisław.

– To wyście ariany?

– Nie – zaprzeczył spokojnie. Lawendowskich z Korzenia nagminnie mylono z węgrowskimi arianami. Zwłaszcza przyjezdnym się to zdarzało, ale nikt z zaścianka się o to nie gniewał. Chyba że kto na dodatek wymyślił sobie, że Lawendowscy też pacyfiści, a to był już duży błąd...

– Zwyczaj w naszym rodzie jest taki, że my rycerskiej broni zażywamy wyłącznie na królewskie wezwanie, w obronie wiary i ojczyzny. Gdy takiej potrzeby nie ma, nasze szable i miecze leżą w kościele jako wota. Zwyczaj pradawny, od dwóch moich przodków Jakuba i Grzegorza się wywodzi, którzy z krucjaty do Ziemi Świętej powróciwszy, uroczyście ślubowali swoich mieczy w mniej godnej sprawie nie podnosić, a w testamentach potomstwo swoje po wszystkie pokolenia do tego samego zobowiązali.

Przemowa najwyraźniej była zbyt długa i skomplikowana jak na możliwości umysłowe pana Bartnickiego, bo słuchając jej, tak czoło marszczył, że mało mózgu uszami nie wydusił. W końcu jednak pojął jej zasadniczy sens.

– Szablice, znaczy się, w kościele trzymacie?

– Tak.

– Toście kpy! – zarechotał znowu, a za nim cała jego familia, która mimochodem zaczęła obchodzić intruza półkolem.

O sam śmiech Stanisław obrażać się nie zamierzał. Też uważał, że pomysł, aby w nagłej potrzebie lecieć po broń najpierw na plebanię w Starej Wsi, a potem pewnie za organistą z kluczami od kościoła po okolicznych karczmach biegać albo przepatrywać stogi siana, gdzie ów zwykł dziewki obracać, był zdecydowanie mało praktyczny. Słowem, szable jak należy wisiały w domach na ścianach. W kościele zaś i owszem też były, ale te najpiękniejsze i najkosztowniej zdobione jako wota i nikt ich nie ruszał, bo jakże tak? O tym życiowym udogodnieniu obcym się jednak nie gadało. O rodowej tradycji opowiadając, nikt w takie szczegóły nie wchodził, przynajmniej nie od razu, więc trzeba było wybaczyć, gdy czasem Lawendowskich za głupków mieli. bo z pozoru rzecz biorąc, w prawie byli.

Wszelako było to jedyne życiowe odstępstwo od zasady przodków. Żaden Lawendowski najpierw bez książęcego, potem królewskiego wezwania szabli z domu nie wyniósł, no chyba żeby gdzie na ustroniu sztukę krzyżową poćwiczyć. Ale żeby tak samowolnie, przy szabli między ludzi iść, a już, nie daj Bóg, w jakiej karczemnej zwadzie ją dobyć...? O co to, to nie! Takiego despektu, jak ród Lawendowskich z Korzenia liczny, nikt świętej pamięci antenatom nie uczynił. Nigdy dotąd oni tam w niebiesiech przed Panem Zastępów za potomków oczami świecić nie musieli, takoż i w tym pokoleniu pokazać się to nie mogło!

Pan Bartnicki przestał się śmiać.

– Mości Lawendowski, tak żeście mnie uweselili, że daruję was zdrowiem. Idźcie z Bogiem!

– Pójdę, jak mi odbiór pozwu skwitujecie.

– Skwituję! Płazem na rzyci albo gorzej, jak mnie bardziej rozsierdzicie!

– Na znak dla jegomości asesora potrzebuję odcisku waszego pierścienia w wosku.

– Uchodź wasze, pókim dobry!

– Nie po to żem dwa dni z Liwa do tego kundlowa się telepał.

– Wiara!

– Ostatni raz spytam, chcecie zacną rycerską broń dla łotrostwa użyć?

– Taka ci u nas fantazja! – oświadczył bezczelnie drugi szlachetka.

– Dobrze gadacie, kuzynie Albercie! – zgodził się z nim gospodarz. – Taką fantazję mamy, a co?!

– A to, żeście chamy nie szlachta! Rycerskiego honoru nie macie. Tak i ja z wami jak z chamami, na chamską modę się sprawię... – Stanisław wyciągnął spod czapraka krótki cep.

– Tyyy!!!

Pan Albert zamłynkował swoją batorówką, ale zanim zdążył wykręcić pierwszą ósemkę, dostał bijakiem w kciuk i wypuścił broń, która ze świstem wleciała między pozostałych atakujących, zmuszając dwóch z nich do pośpiesznej rejterady. Jeden mało nie stracił nosa. Stanisław zawinął cepem spod pachy i pachołek nacierający z widłami z prawej przystanął, robiąc minę, jakby zobaczył anioła. Zdawałoby się, że bijak tylko musnął jego skroń, ale chłopisko zwiotczało i osunęło na majdan niby mdlejąca dama dworu.

Stanisław przerzucił cep za plecami z prawej do lewej ręki i wyciął Bartnickiego w piszczel, aż drewno huknęło o kość. Szlachcic zawył z bólu i siadł, chwytając się za stłuczoną nogę. Omal się przy tym nie wytrzebił własną bronią, bo mu się dłoń zaplątała w kabłąku jelca. A cep Stanisława już z pełnego zamachu bił między oczy następnego pachołka, wgniatając mu nos do środka twarzy. Głęboko, aż między uszy, bo drewno było rozwiercone w środku i wypełnione ołowiem. do tego solidne okucia i dobrze naoliwiony łańcuszek z austriackiej stali, łączący obie części. Tak to sobie Lawendowscy w ciężkim życiu radzili, odkąd antenaci brukać rycerskiego oręża zakazali. Ale, jakby się kto pytał, to krótki kordelas w karczemnym bigosowaniu sprawiał się znacznie lepiej od długiej klingi.

Cep tylko wizgał wokół Stanisława. po krzyżu... w kark... w kiść... po grzbiecie... na odlew i w rzyć! Żaden z przeciwników, kompletnie zaskoczonych bronią i wprawą woźnego, nie zdołał go nawet tknąć. Przez pół pacierza nieudolnie próbowali dotrzymać Stanisławowi pola, po czym Bartnicki dał znak do odwrotu, to znaczy, podpierając się husarską szablą jak kulą, pokusztykał w popłochu do dworku, po drodze obalając żonę, która stojąc w drzwiach, usiłowała wyrychtować rusznicę. Reszta towarzystwa wpadła za panem Andrzejem i zabarykadowała się od środka. Na majdanie zostało dwóch rozciągniętych pachołów.

Stanisław nie spieszył się. Podszedł najpierw do powalonych. Ten, co dostał między oczy, już dogorywał. Nad miazgą z oczu i nosa widać było odsłonięty mózg. Woźny zdziwił się trochę, bo choć owszem, po takim uderzeniu delikwent do końca życia powinien smarkać w gardło, to jednak czaszka rozpadła się przesadnie, jak zgniła dynia. Widać wcześniej była już nadtłuczona albo kość franca jaka nadżarła. Trzeba będzie przy okazji cep siarką okadzić.

Zrobił nad konającym znak krzyża i ruszył do tego z anielską miną. Ów właśnie odzyskiwał przytomność. Stanisław chwycił go za kołnierz, postawił na nogi i paroma kopniakami pogonił w pole. Upewniwszy się, że obity stracił ducha do dalszej walki, woźny zwrócił się ku dworowi.

– Obawiam się waszmość, że jednego sługę będziesz musiał pochować! – zawołał. – Przyjmiesz teraz pozew bez dalszych wstrętów?!

– Zapłacisz za krew! – odwrzasnął z wnętrza Bartnicki.

– Sprzeciwiając się prawu, sam jesteś sobie winien wszelkich szkód i zranień! – odkrzyknął Stanisław. – Jakże to będzie z pozwem?

– Będziem się bronić! Mamy kule i proch!

– Ja też... – woźny ruszył do konia. Odłożył na miejsce cep, a w zamian wyjął z olster pistolety i wsunął ją za pas. Potem z sakwy za siodłem wydobył szczelny pakunek z natłuszczanej skóry. Groch zrozumiał, co się święci, bo gdy tylko jego pan wziął, czego potrzebował, niezwłocznie potruchtał za najgrubszą z rosnących w pobliżu wierzb.

Woźny podszedł do drzwi dworu. Z wnętrza dolatywały odgłosy pośpiesznego ładowania broni palnej, szczęk stempli, grzechot rozsypanych kul i zduszone przekleństwa. Niesporo im szła ta robota z poprzetrącanymi nadgarstkami... Stanisław rozwinął swój pakunek i wyjął małą, ale solidnie okutą dębową baryłeczkę z lontem. Drzwi dworu Bartnickiego ocenił na dwa funty prochu. W baryłeczce miał trzy.

– Będziesz, wasze, brał nas głodem?! – pan Andrzej odzyskał rezon.

– Wieczerzać myślę w Siedlcach – odparł Stanisław, mocując ładunek do klamki.

– A to waść musisz rychło w drogę ruszać, żeby tam na wieczór stanąć! – zachichotał kuzyn Albert.

– Prawdę waść mówisz... – woźny wyjął z kieszeni zapalniczkę zrobioną z zamka kołowego od starego pistoletu. – Ostatni raz pytam, panie Bartnicki, weźmiesz pozew po dobremu?

– Pokaż no się tylko, ladaco, to cię z dziurawym łbem w chlewie pochowam!

Stanisław podpalił lont. Zanim obrońcy zdążyli zareagować, przemknął chyłkiem pod oknami i stanął za węgłem. Ktoś we dworze poniewczasie wystrzelił na oślep.

– Niech baby i małoletni skryją się prędko z tyłu domu! – przestrzegł głośno woźny.

– Jędruś, mnie się zdaje, że on co knuje... – zaniepokoił się pan Albert.

– Pies mu mordę lizał! – odparł gospodarz. – Mierz dobrze, jak tylko łeb wystawi!

Stanisław sięgnął za pazuchę po flaszeczkę z wódką. Była to najpodlejsza chłopska przepalanka, na dodatek oczywiście obrzydliwie ciepła, ale właśnie takiej teraz potrzebował, żeby przy wybuchu wziąć nerwy w karby. Miał tak od czasu bitwy smoleńskiej, kiedy to przy szturmie moskiewskie prochy opodal niego gruchły tak, że cudem z życiem uszedł. Od tej pory przy działach i minerskiej robocie na trzeźwo ani rusz. Choć tak z drugiej strony, prawdę powiedziawszy, stale korciło go, aby przeżyć to znowu...

Wizja spadła nagle. Znów stał na rozrytym wybuchem szańcu, wokół leżeli powaleni podmuchem ludzie i konie, tylko on sam jeden na nogach, nic nie pojmując, nie czując, nie słysząc. Cyrulik gadał potem, że impet eksplozji duszę z niego wymiótł.

BWUM!!! Jezuuuu...!

Echo załomotało potężnie o coraz odleglejsze olszyny i dąbrowy. Na koniec, jakby po namyśle, stęknął i zapadł się dach dworku. Z walącego się strychu wyleciały spłoszone gołębie.

Stanisław wyszedł zza węgła, dopijając gorzałkę. Wyglądało na to, że daleko przecenił solidność drzwi, stoczonych od wewnątrz przez robactwo. Funt prochu wystarczyłby w zupełności. Wybuch wyrwał ponadto nadproże, framugi, złamał próg i po obu stronach rozszczepił ścianę na bale. Jeszcze parę uncji, a z całego domostwa nie byłoby co zbierać.

Nie wchodził do środka. Poczekał, aż duszący siarkowy tuman wygna domowników na zewnątrz. Pierwszy, kaszląc i rzężąc, wyskoczył kuzyn Albert. Stanisław wyrżnął go kolbą krócicy za ucho. Następny był pachołek z wekierą. Cały osmalony, z szałem wściekłości w przekrwionych ślepiach, za jedno mu było, przeciw komu staje, byle tylko zabić. Woźny bez wahania wypalił mu w pierś i wymienił pistolet. Postrzelony pachołek w pierwszej chwili z rozmachem siadł pod ścianą, po czym, zgrzytając zębami, zaczął wstawać, ale nagle opuściły go siły i osunął się w poprzek wejścia. Nie trzeba było drugiej kuli.

Z dworu nikt więcej nie wyszedł, więc Stanisław dobył kordelas, przestąpił drgające ciało i zagłębił się w cuchnący siarką mrok. Szybko usunął się w bok, by nie stać jak tarcza na tle jasnej wyrwy, i rozejrzał się po zdemolowanej izbie. Bartnicki, chwiejąc się na nogach, czaił się w najciemniejszym kącie. Musiał dostać w twarz urwaną od drzwi antabą, która wybiła mu garść zębów. Krwawił też z ran na brzuchu i piersiach, a lewa ręka zwisała bezwładnie. Prawą macał po ścianie, szukając wiszącej na niej karabeli, ale chwilowo ważniejsze było, że nie ma rusznicy i nie jest zdolny jej użyć.

Ostatni z czeladzi siedział na podłodze i bełkotał coś, gmerając palcami w krwawych oczodołach. Drzazgi wyłupiły nieszczęśnikowi oczy. Jak wyżyje, będzie jeden żebrak więcej. Serce Stanisława zamarło...

Dalej leżał Jontek. Pan nie pozwolił mu odejść, kazał nabijać rusznicę. Podmuch rzucił podrostkiem o ścianę i skręcił kark jak psiakowi. Gdzieś w głębi domu lamentowały dziewki, jękliwie zawodziła pani Bartnicka.

Boże, wybacz... Stanisław przeżegnał się i zamknął pacholikowi powieki. Potem z lodem w oczach zwrócił się do gospodarza. Ten zdołał już dostać karabeli i przybrał postawę szermierczą.

Woźny doskoczył. Jego kordelas miał przy jelcu wcięcie do łamania kling. Bez trudu zablokował tam ostrze przeciwnika i wyłuskał mu broń.

– Przyjmiesz teraz pozew? – oparł Bartnickiemu nóż o gardło.

– Nie mogę... – stary warchoł ani myślał ustępować. – Bom niezdrów... – wybełkotał.

– Mogę przysiąc na krucyfiks, że kiedym tu przybył, byłeś waść w dobrym zdrowiu. – Stanisław wsunął krócicę za pas. Wolną ręką wyjął pozew i wcisnął go Bartnickiemu za resztki koszuli. – Teraz o skwitowanie pierścieniem w wosku grzecznie waści proszę.

– A takiego! – szlachcic zacisnął w pięść dłoń, na której miał herbowy sygnet.

Woźny bez słowa wykręcił mu rękę i powalił na ziemię. Przydeptał nadgarstek, zmuszając do rozprostowania palców, po czym szerokim ostrzem kordelasa zadał szybki sztych w dół.

Bartnicki zawył przeraźliwie i wyszarpnął rękę, tuląc ją do siebie. Z dwóch palców, które zostały na podłodze, Stanisław podniósł ten z sygnetem, a z sakwy przy pasie wyjął sztabkę wosku. Powiódł wzrokiem po pobojowisku. Przy wejściu dopalała się jakaś drzazga. Woźny rozgrzał wosk nad płomykiem i odcisnął w nim herb gospodarza.

– Bierz waść! – odrzucił palec właścicielowi. – Jam nie złodziej. A gdyby jaki kauzyperda dociekał, to kiedyśmy się kwitowali, pierścień był in extenso na twoim palcu i na nim przy tobie pozostał...

– I tak... się... nie stawię! – wycedził z nienawiścią szlachcic.

– Takiś hardy? – Stanisław zaciął usta. – No to zobaczymy... – cofnął się, podniósł drugi z obciętych palców, po czym zawinął go w chustę i schował.

– A to... na co to...?

– Skoro waść sam nie przyjdziesz, czort cię za ten palec przed trybunał sprowadzi.

Bartnicki zbladł, jakby go kostucha dotknęła. Dopiero teraz pękła w nim dusza, a w oczach błysła czysta groza. Woźny wyszedł, nie oglądając się za siebie. Na zewnątrz siedział pan Albert, trzymając się oburącz za głowę.

– Gwałt... gwałt... gwałt... – mamrotał monotonnie. Był niegroźny. Stanisław zdjął rękę z krócicy.

Groch przybiegł na pierwszy gwizd. Woźny wskoczył na siodło i ruszył w powrotną drogę. po jakich stu krokach natknął się na gromadę chłopów, którzy zbiegli się z okolicy zobaczyć, co się dzieje, ale nie ważyli się podejść bliżej.

– Wielmożny panie! – najstarszy spośród nich zdobył się na odwagę i wystąpił, zdejmując czapkę. – Zali to na Bartnickich zajazd?

Widać było wyraźnie, że wszyscy tu cieszą się na tę myśl.

– Zajazd, dobry człowieku, to dopiero będzie, jak trybunał dekret wyda – odparł spokojnie Stanisław, prostując się w kulbace. – Na razie! – obwieścił głośno. – Biorę was, ludzie, jako to dobrych chrześcijan, na świadków, że urodzonemu panu Bartnickiemu doręczono urzędowo wezwanie do stawiennictwa przed trybunałem ziemskim w Liwie! Pomieniony stawiał opór, ale ad finitum pismo przyjął, kwitując odbiór pieczęcią własną.

Chłopi słuchali z przejęciem.

– Od tej pory pan Bartnicki jest w ręku prawa i żadnego uszczerbku na mieniu i osobie własnej ponieść nie może! – dodał z naciskiem woźny. – Znaczy, rabować dworu nie próbujcie, bo na stryk pójdziecie!

– Ano, mnie się widzi, wielmożny panie – stary chłop uśmiechnął się przymilnie – że tu już żadnego więcej zajazdu nie potrza...

Stanisław uśmiechnął się pod wąsem i rzucił mu srebrnego trojaka.

– Wypijcie, dobry człowieku, za zdrowie Lawendowskich z Korzenia.

* * *

Stanisław ominął Siedlce szerokim łukiem od zachodu, przez Wołyńce i Broszków. Wieczerzać tam ani myślał, ale gdyby jacy krewni Bartnickich umyślili pościg, to mieli w mieście dużo karczem do zlustrowania. „Pod Pierogiem” Żyd Samuel, po starej przyjaźni, wszystkich pytających o Stanisława Lawendowskiego herbu Paprzyca wysyłał na liwieckie bagna pod Mordami, nie mieszkając przedtem wziąć godziwie srebra do garści. Jak dostał za mało, kazał jeszcze szukać na bagnach szałasu.

Woźny przenocował w lesie pod Ziomakami, a następnego dnia pokłusował raźno wzdłuż lewego brzegu Liwca i minąwszy mały Wyszków, wczesnym popołudniem zajechał do Liwa. Z miejskiej rogatki skierował się prosto do ratusza, a tam jął wypytywać o asesora Wygonowskiego.

Stajenny tylko wzruszył ramionami, zaś w sądowej kancelarii przywitała Stanisława głucha cisza. Dwóch interesantów mieszczan nie wiedziało nic, po prostu czekali cierpliwie, aż pojawi się notariusz Maciejak. Gorzej, że stary Jędrzej, pisarz ziemski, też gdzieś przepadł, zostawiając cały urząd na łasce boskiej opatrzności. Znaczy, coś się stało...

Stanisław po chwili namysłu zszedł do piwnic, gdzie mieli kwatery podręczni jegomości asesora. Już w połowie schodów usłyszał rozgorączkowane głosy.

– Nie schodzi! Nijak nie idzie! – poznał głos Rzepki, młodszego pisarza, w którym pobrzmiewała rozpacz.

– Jakże to tak? Jakże można było dać się tak wychędożyć?! – zrzędził swoim zwyczajem Jędrzej, zupełnie bez współczucia.

– Na miły Bóg, czemuście księgi wieczyste bez baczenia zostawili?! – warknął na niego Stanisław, wchodząc do izby. – Da wam wielmożny asesor popalić, jak się o tym dowie!

– Wasza miłość już z powrotem? Bogu dzięki! – stary pisarz bardziej ucieszył się, niż przejął reprymendą. – Ano, popatrzcie tylko, jak nam tego nieboraka urządzili...

Na środku sutereny stała balia, a w niej jakaś bezkształtna bryła ze smoły, pierza i trocin. Trudno było rozpoznać w tej kukle człowieka. Stanisław potrzebował dobrej chwili by dojść, że to Zygmuntek, praktykant trybunalski przyuczający się na podsędka. Obok klęczał zdenerwowany Rzepka w koszuli z podwiniętymi rękawami i z miernym skutkiem usiłował przywrócić bryle ludzki wygląd. Dotąd zdołał tylko z grubsza odskrobać twarz ofiary, dzięki czemu woźny mógł zorientować się, kto zacz. Wszędzie poniewierały się lepkie od smoły pakuły. Rzepka miał ją nawet we włosach.

Zygmuntek ciężko dyszał. Skóra prześwitująca w wolnych od smoły miejscach była sina.

– Wasza miłość! On iście w oczach słabnie! – Zwrócił się pisarczyk do Stanisława. – Poradźcie co!

– Gołego go w smole tarzali? – woźny podszedł bliżej.

– Tak, wasza miłość.

Stanisław obejrzał się na pisarza i notariusza. Stare kutwy cofały się chyłkiem na schody. Obaj doskonale wiedzieli, co trzeba zrobić, ale gdyby doradzili, to im wypadałoby grosz wyłożyć. Ciekawe, czy patrzyliby do końca, jak chłopak się dusi.

– Zygmuś, co tobie?! Nie omdlewaj! – pisarczyk bezskutecznie próbował ocucić towarzysza, któremu głowa chwiała się coraz bardziej.

– Smoła zatkała pory w skórze, przez które wapory żywotne krążą – wyjaśnił Stanisław. – Nie tylko samymi płucami człek dycha.

– To co tu począć, wasza miłość?

Po Jędrzeju i Maciejaku nie było już śladu. Stanisław z ciężkim sercem sięgnął po sakiewkę. Obiecywał sobie porządny obiad z wieczerzą po robocie, a tu nici z tego.

– Pietrek! – skinął na przyczajonego pod ścianą pacholika. – Biegnij duchem na rynek i kup cały garniec masła. Masz tu... – wyłuskał srebrnego talara.

– Mało będzie, jaśnie panie – burknął chłopak, patrząc spode łba.

Stanisław bez słowa dołożył mu orta.

– Śmigaj! Reszta dla ciebie. Tylko nie wyżryj po drodze! – pogroził mu palcem.

Bose stopy Pietrka zaklaskały po kamiennych stopniach za drzwiami.

– Na co nam masło, wasza miłość? – zapytał Rzepka.

– Od masła smoła puszcza i schodzi – wyjaśnił woźny. – Sposób niezawodny na takie przygody, ale drogi, bo trzeba grubo smarować. No, jak to w życiu... – zreflektował się, że złą naukę daje, więc czym prędzej zmienił temat. – Jakże do tego doszło?

– Ja jemu mówiłem, wasza miłość, żeby poniechał, ale on chciał koniecznie mości panu podsędkowi się przypodobać, że tak samo jak wasza miłość pozwy donosić potrafi.

– Bez asesorskiego polecenia? Bez mojej delegacji? Aż to dureń! Przecież taka samowola mocy urzędowej nie ma. Każdy się takim pozwem legalnie podetrze. Tylko papieru i pisania szkoda. Nie wiecie o tym aby, bęcwały jedne?!

– Wiemy, wasza miłość, ale Zygmuś myślał, że pozwani się nie spostrzegą, a pan asesor sankcję da potem...

– Mało wam było losu Jaśka?! – Stanisław rozsierdził się nie na żarty. Strata pięciu ćwierci talara tym bardziej wzmagała jego gniew.

Jasiek był jego pomocnikiem i uczniem, który też bardzo chciał się wykazać. Dwa lata temu, a pół roku po tym jak zaginął, baby zbierające grzyby w lesie pod Drohiczynem znalazły go powieszonego na suchej gałęzi. Poznali trupa, bo w gardle miał niedoręczony pozew. Adresat oczywiście nie wiedział o niczym.

– Myśleliśmy, wasza miłość, że tu w samym Liwie nic...

– Znaczy, to miało być dla braci Tycowskich? – Stanisław miał zająć się tą sprawą zaraz po powrocie z Paprotów.

– Tak, wasza miłość – Rzepka spuścił głowę.

– Głupich nie sieją – woźny z rezygnacją machnął ręką. – A gdzież to jegomość asesor się zapodział? Ledwie trzy dni mnie nie było, a już cała jurysdykcja na głowie stanęła!

– Pan asesor od samego rana na zamku konferuje. Biskup Flicowski z całym orszakiem zajechał.

Stanisław gwizdnął z cicha. Jego ekscelencja Flicowski, biskup pomocniczy arcybiskupa płockiego, zawsze przywoził do Liwa same kłopoty. Pasterskiego błogosławieństwa zaś dla odmiany nigdy, bo to nie jego diecezja, co stale zwykł podkreślać.

Wpadł Pietrek z garncem masła. Rzeczywiście duchem się chłopak uwinął, aż nie wypadało pytać go o resztę. Zresztą słowo się, psiakrew, rzekło.

– Szorujcie tego bęcwała! – polecił głośno woźny. – Potem dajcie mu kubek gorzałki i do łaźni. A jak już do siebie dojdzie, przyprowadzić do mnie na darcie pasów! – powiedział to takim tonem, by nie mogli odgadnąć, czy mówi poważnie, czy żartuje.

Odwrócił się do drzwi, bo patrzeć, jak paskudzą dobre masło smołą, było ponad jego siły. Póki asesor Wygonowski nie wróci, miał czas zająć się na mieście swoimi sprawami. Przed wyjściem z sądu Stanisław zajrzał jeszcze do księgi wokandy, by sprawdzić, co tam dokładnie Tycowskim zapisano. Zdziwił się mocno, po czym machnął ręką i wyszedł na rynek.

Zaczął od warsztatu rusznikarza Eugena Wouwermana. U Niemca jak zwykle było czyściej niż w kościele, pachniało świeżo umytą podłogą i naoliwionym metalem. Nigdzie ani opiłka, a wszystko poukładane niczym w tabernakulum. Woźny przed wejściem odruchowo wytarł buty.

– Herr Stanislaw! – rusznikarz w czarnym surducie i kudłatej peruce wyszedł zza lady, kłaniając się nisko. – Następna bum-baryczleka potszebna? – zagadnął domyślnie. Sprowadził się do Liwa osiem lat temu, zaraz po zarazie, ale polskie słowa wciąż kaleczył śmiesznie. Tym śmieszniej, im poważniej starał się mówić.

– Tak – odparł krótko woźny. – Znowu jeden dureń drzwi przed prawem otworzyć nie chciał.

– A u nas w Rzeszy starczyło w ”imię prawa” powiedzieć... rycht przed wojną starczyło... – zasępił się Niemiec. – Mój Herr Gott, kiedy to tej zawieruchy koniec będzie?

– Już ponad dwadzieścia lat – Stanisław pokiwał głową ze współczuciem. – Ciężko was Pan Bóg doświadcza.

– Miasta popalone, ludzi glodne, ordung żaden, nicht, nicht... – Eugen spuścił głowę. Pochodził z Badenii, gdzie zostawił brata i siostrę. Jak mógł, wspomagał ich groszem w wojennej biedzie, ale już ponad rok, od czasu batalii pod Breisach, nie miał od rodzeństwa żadnych wieści. po prostu kamień w wodę. Żal było patrzeć, jak się Niemczysko męczy. Ostatnio zdesperowany Wouwerman, choć sam kalwin, w intencji szczęśliwego odnalezienia swoich dał na mszę w liwieckim kościele, a na dodatek zamówił nabożeństwo w ariańskim zborze w Węgrowie.

– Ja, ja... Jusz slusze, herr Stanislaw – Niemiec otrząsnął się z przygnębienia i postawił na ladzie identyczną baryłkę z lontem jak ta, którą woźny zużył na drzwi Bartnickiego.

– Tak samo ubite? – upewnił się Stanisław.

– Jak zawsze – zapewnił sprzedawca.

Ręczne bomby Wouwermana miały siłę wybuchu żeliwnego granatu z podwójnej kolubryny, mimo że były znacznie mniejsze i wykonane z drewna. Nie było w tym żadnych czarów, a tylko sztuka granulacji i ubijania prochu. Na początku, kiedy jeszcze poczciwy Niemiec nie wiedział, co to polskie picie, Eugen dał się przy szklanicy starki pociągnąć za język i objaśnił, że w środku baryłki, tam, gdzie najpierw dociera lontowa iskra, ziarna prochu mają kształt kulek kaczego śrutu i są słabiej ubite. Każda kulka prochu spala się tak osobliwie, że w miarę palenia jej powierzchnia maleje, przez co ognia jest coraz mniej, a miejsca dla niego coraz więcej. Dzięki temu napór wzrasta umiarkowanie i baryłka nie pęka za wcześnie. W zamian płomień równiej rozchodzi się wewnątrz ładunku i dociera do drugiej warstwy prochu, uformowanego w laseczki i mocno ubitego bliżej ścianek. Powierzchnia prochowego ziarna w kształcie laski lub pałki – przeciwnie niż kuli – rośnie w miarę spalania, przez co ognia gwałtownie przybywa i wybuch nabiera wielkiej mocy. Pospolicie nikt w wojsku, nawet w artylerii, w takie pirotechniczne arkana się nie bawił, bo w bitwie czy w pochodzie czasu na to nie ma, ale rzemieślnicza robota to co innego. Stary Eugen był mistrzem w tym fachu. Miał też dość rozumu, aby drugi raz nie dać się spić, i już nikt nie zdołał od niego wyciągnąć, jakim to sposobem prochowym ziarnom kształt kulek albo pałek się nadaje i jeszcze żeby one wszystkie takie same były... Ot, chytra niemiecka sztuczka!

– A jakże tam mój półhak? – zagadnął woźny, pakując bombę.

– Arkebuzik jusz gotowy! – oznajmił rusznikarz i zaraz przyniósł broń z zaplecza.

Prawdziwe cudeńko to było, przemyślnej italskiej roboty, w rodzie Lawendowskich od czasów króla Stefana używane. Skąd był, nikt nie mówił, więc pewnie zdobyty w przygodzie, którą chwalić się nie wypadało. Zwali go swojsko półhakiem, choć po prawdzie to Niemiec miał rację, mówiąc nań „arkebuzik”, bo w istocie był to mały arkebuz, pół łokcia krótszy od zwykłego. W zamian gwinty miał w lufie, przez co kula dalej i celniej leciała niż z najdłuższej rusznicy. Tylko szwedzkiemu muszkietowi ustępował, ale to nadrabiał lekkością i poręcznością. Półhakiem nazwali go od stempla z rękojeścią jak u laski, bo takim urządzeniem podczas ładowania łatwiej było kulę przez gwinty przepchać.

Zachwyt starego rusznikarza, kiedy zobaczył tę broń po raz pierwszy, wzbudziło jednak coś innego, czego nikt z Lawendowskich przez lata nie dostrzegł, choć niejasne podejrzenia mieli. Otóż wnętrze kanału zapałowego, a także resztę lufy od środka pokryto hiszpańskim sreberkiem, zwanym platinium. Eugen mówił, że dokonano tego za pomocą alchemicznej sublimacji i arszeniku... Czort z nim tańcował! To było już całkiem nie na głowę Stanisława. Wyjaśniło się jednak, czemu lufa wciąż kaliber trzyma, a otwór zapałowy się nie poszerza, choć trzy pokolenia Lawendowskich często gęsto z tej rury grzały. Każda inna broń palna, gdy z niej pięćset, a najwięcej tysiąc razy wystrzelić, nadawała się na szmelc, bo ognie prochowe otwór zapałowy niby piczę starej kurwy rozdziawiały, przez co stopniowo coraz więcej impetu przez panewkę uciekało, aż kula ledwie miała siłę lecieć.

Dziwnym dla Stanisława było tylko to, że tak pożyteczna sztuka konserwowania lufy i zapału za pomocą owego platinium nie przyjęła się nigdzie szerzej. To jednak Wouwerman wyjaśnił chętnie. Otóż hiszpańskie sreberko, całkiem bezwartościowy niby-metal, a raczej kamień, którego kuć ani topić nie sposób było, przydawał się najbardziej do wypełniania fałszywych złotych monet, dużo lepiej od ołowiu, bo wagę miał taką samą jak złoto i równie kamienie probiercze oszukiwał. W obawie, by ta zaraza po ich krajach się nie rozeszła, Hiszpanie urzędowo, całymi cetnarami topili w oceanie znalezione w Amerykach sreberko. Tylko paru rusznikarzy znało pożytek, jaki można było z niego mieć, ale już samo posiadanie platinium było zabronione pod gardłową karą. Stąd, takich cacek jak półhak Stanisława, zdaniem rusznikarza, w całej Europie można było ledwie kilkanaście sztuk naliczyć.

Wszakże choć lufa niespożyta, to staroświecki zamek kołowy przez ponad pół wieku używania rozsypał się ze szczętem. Żadne restauracje już nie pomagały i Niemiec orzekł, że trzeba ten szajs na moderny skałkowy zapłon wymienić. Z tym jednak sprawa trudna, bo należało dać dno do panewki, ale bez kucia, żeby tak znakomitej lufy nie rozhartować. Eugen trzy miesiące bawił się, obrabiając metal na zimno i łącząc go na występy, a Stanisław bez najlepszego oręża z pozwami jeździł. Wreszcie jednak koniec temu nadszedł.

Woźny napiął kurek, przeszedł z bronią w najciemniejszy kąt izby i nacisnął cyngiel. Iskra od skałki poszła jak drut. Wyborna robota!

– Wielmoszny pan zadowolony? – rusznikarz z godnością wyprostował się za ladą.

– Pięknie dziękuję! – Stanisław sięgnął po sakiewkę. Ugodzili się za tę pracę na dwanaście czerwonych złotych, a woźny dał już z góry całego portugała. Teraz wyjął brakujące dwa złote dukaty oraz dołożył srebrną klipę za baryłeczkę. Drogo, ale na broni tylko głupi oszczędza. Lepiej już nie dojeść.

Rusznikarz sprawdził pieczęcie mennicze oraz wagę monet na podręcznej wadze i pokłonił się klientowi w pas.

– Wielmoszny Herr Stanislaw jeszcze czego nie potszebuje? Prochu i kul mosze?

– Nie dzisiaj – odparł woźny. – Ostańcie z Bogiem, panie Wouwerman!

Na liwskim rynku znów dopadła Stanisława chandra. Wszystko przez to nieszczęsne masło! W kiesie została mu już tylko jedna dwutalarowa klipa, którą przyobiecał swoim białogłowom wydać na domowe sprawunki przed powrotem do zaścianka, nadto trzy orty, pięć trojaków i jakieś szelągi, sześć, może osiem, nie chciało mu się sprawdzać. Można było za to dobrze zjeść albo dobrze wypić, ale żeby oba naraz, jak sobie Stanisław na leśnych biwakach obiecywał, to już nie za bardzo. Talar, za który myślał się dziś pocieszyć w karczmie Wampija, poszedł na masło dla tego głupka Zygmuntka. Prawda, że asesor Wygonowski miał mu akurat wypłacić koszta i pobory, no ale nie było go w kancelarii. Może jutro, jak znów jakich zaległości w wypłatach nie będzie. Słowem, szajs!, jak mawia stary Eugen.

W pół drogi na obiad woźny z wisielczym humorem doszedł do wniosku, że powinien zacząć łupić kupców na gościńcu. bo niby kto, jakby co, doręczyłby mu pozew, ha? Tylko uczciwym ludziom wiatr zawsze w oczy! Ech, napić się za to trzeba, najlepiej u Wampija.

Przezwisko pochodziło od holenderskiego nazwiska arendarza, któremu było Peter van Wij albo van Ryj i coś tam jeszcze, co brzmiało, jakby kto chciał charknąć, ale się zatchnął. Nikt z Liwa i okolicy nie był w stanie tego spamiętać ani wymówić, stanęło więc z polska na Wampiju. Sam przemianowany też przywykł, bo minął mu już dwunasty rok, jak się do Liwa sprowadził. Arendarz tak jak Wouwerman był wychodźcą z Niemiec, tyle że północnych. W przeciwieństwie jednak do rusznikarza, który do Rzeczpospolitej zawczasu przez rozum zjechał z całym dobytkiem, Wampij po duńskiej kampanii Tilly’ego przebiegł wielkopolską granicę jak zaszczute zwierzę, tylko w koszuli, co ją miał na grzbiecie, wygłodzony i ranny, z córką Dafne sponiewieraną do obłędu przez cesarskich kondotierów. Tylko ona jedna została z całego jego rodu, którego zagładę na własne oczy oglądał. Nieborak trafił do obozu dla uciekinierów, który pod Poznaniem ojcowie jezuici założyli. Tam przeżył największy szok swego życia. Nikt go bowiem luterskim psem nie nazwał ani nawet o wiarę nie spytał, tylko zaraz jak Łazarza opatrzyli, miskę gorącej kaszy dali i ciepłą odzież. Córką zajęły się jakieś dobre kobiety. Nagle się pokazało, że prawdziwi chrześcijanie istnieją i na dodatek są nimi polscy papiści... po tym, co przeszedł, mało mu serce nie pękło. Chłopisko do tej pory się wzruszał, tamte chwile wspominając. Wkrótce przez nikogo nie namawiany na katolicyzm przeszedł, a Polakiem stał się lepszym od samego polskiego króla. Ponieważ był przy tym zawołanym piwowarem, dostał arendę w Liwie. Jego Dafne po paru latach doszła do siebie na tyle, że zaczęła z domu między ludzi wychodzić i niebawem przechrzczona na Dośkę wyszła za mąż za krawca Zająca, poczciwego mieszczanina z Węgrowa. Wampij do tej pory dochował się trojga wnucząt – Lecha, Mieszka i Jadwigi.

Pierwsze, co zobaczył Stanisław po wejściu do karczmy Wampija, to byli trzej bracia Tycowscy rozparci za stołem w rogu izby. Przy innych stołach siedziało paru mieszczan, jacyś chłopi, a co najważniejsze, było też trochę okolicznej szlachty. Znaczy się, byli świadkowie.

Stanisław zerknął kątem oka, czy jego cep luźno siedzi w sakwie, którą niósł przerzuconą przez ramię, po czym ruszył wprost do Tycowskich.

– Dwa są sposoby doręczania wezwań przed oblicze trybunału – powiedział, stając przy ich stole. Mówił głośno, na całą izbę, tak że gwar ucichł momentalnie. – Pierwszy na piśmie za pokwitowaniem rodową pieczęcią. Drugi przez ogłoszenie w przytomności godnych wiary świadków – skinął głową w stronę szlachciców przy sąsiednim stole. ci odkłonili się na znak, że pojmują i zaświadczą. Trzej siedzący nieco dalej byli zbyt pijani, by w lot pojąć, o co idzie.

Tycowscy siedzieli nieruchomo, nie spuszczając oczu z woźnego. Chłopy były na schwał, najstarszy dopiero co przekroczył wiek chrystusowy.

– Takoż i ja zawiadamiam obecnych tu ichmości urodzonych panów Tycowskich, braci rodzonych herbu Sas, dziedziców majątków Dzierzby i Jabłonne, pozwanych przez imć pana Fabiana Sockiego z Czerwonki, w sprawie o granicę posesji w obrębie miasta Liw, że termin rozprawy wyznaczony został na dzień dwudziestego września roku pańskiego 1639, na godzinę dziesiątą. Sprawę do trybunału ziemskiego przekazał sąd grodzki z racji...

– A pewnie, że się stawimy! – przerwał mu Anzelm, najstarszy z Tycowskich. – Siadaj waść z nami i nie zdzierajże już gardła na sucho. Ani nam w głowie uchylać się od wezwania.

Można było w to wierzyć, bo Socki był pieniacz zajadły, który nie pierwszy raz procesował się z Tycowskimi, chociaż jeszcze ani razu z nimi nie wygrał. Bracia nie mieli żadnego powodu, by unikać sądu. Ostatnio kupili dwie posesje koło węgrowskiej rogatki, remontowali drewniane domy tam stojące i stawiali nową kamienicę. Stąd poszedł spór o granicę placów, a i smoły mieli pod ręką dosyć, żeby intruza utaplać.

– Mości pan woźny pewnie krzyw na nas za ów żarcik niewinny... – odezwał się średni, Kacper.

– Aplikant podsędkowski chciał sobie zażartować z nas, dokument bez urzędowej wagi nam przynosząc, to my sobie zażartowalim z niego – wyjaśnił Anzelm. – Ot, psikus za psikus...

– Ale żeby nijakiej szkody i żalu potem nie było – dodał najmłodszy Bolesław – tośmy najpierw kauzyperdkę do gołego rozebrali, aby się zacne czeskie sukno nie powalało. Jutro szatkę odeślemy, jak obeschnie, bośmy ją naszym dziewkom wyprać kazali, gdyż inkaustem gęsto wyplamiona była!

Wszyscy trzej roześmiali się serdecznie.

Stanisław milczał. Postanowił, że nie będzie Tycowskich uświadamiać, że ich troska o odzież sponiewieranego aplikanta mogła go kosztować życie.

– Widzieliśmy, jak chłopak trybunalski z garncem masła biegał! – parsknął Bolesław. – Jak teraz kauzyperdkę z góry na dół masełkiem godziwie namaszczą, tym łacniej będzie mógł on panu podsędziemu się przypodobać!

Uśmiali się z tej konkluzji do łez. Woźny stał nadal z zaciśniętymi ustami.

– Oj, panie Stanisławie! – zawołał Kacper. – Minę macie taką, jakbyście to wy, a nie pan podsędek za owo masło zapłacili.

– Bom zapłacił! – nie wytrzymał Stanisław.

– A ile? – zainteresował się Anzelm.

– Pięć ćwierci.

– Toście przepłacili! – skwitował Bolesław. – U naszej Pająkowej, co ma stragan przy węgrowskiej rogatce, dostalibyście garniec masła za talara. A gdyby tak do mleczarza w samym Węgrowie iść i hurtem brać, dałoby się nawet do trzech czwartych stargować.

– Szczęście w nieszczęściu, że Liw nie Warszawa, bo w stolicy masło po półtora talara stoi – pocieszył woźnego Kacper.

Cokolwiek o braciach Tycowskich mówić, głowy do interesów mieli. Prócz zwyczajnych intrat z dziedzicznych folwarków, browarów i gorzelni, bardzo rozumnie zarządzanych, żyli z manufaktury pasów kontuszowych, w której zatrudniali panny wywodzące się z miejscowej gołoty gniazdowej, które inaczej o posagu marzyć by nie mogły. Bracia zaś dzięki temu mogli każdemu klientowi ręczyć, że ich pasy, jako że wyłącznie przez szlacheckie córki tkane, o wiele godniej jest nosić. Ostatnio namawiali starego Eugena, by na spółkę założyć młyn prochowy, ale że Niemiec przez rodzinne troski głowy do tego nie miał, kupili w Liwie place i stawiali kamienicę aż na cztery piętra wysoką, bo twierdzili, że miasto ma dobre perspektywy. co ma do miejskich intrat perspektywa mazowieckich łęgów widziana z okna na czwartym piętrze kamienicy, tego i sam pan burmistrz nie pojmował, ale Tycowscy swoje wiedzieli.

– Znaczy się, myśmy kiesę mości pana woźnego niczego złego niechcący na szwank narazili – oznajmił poważnie Anzelm.

– Wątpić w to nie można – przyświadczył Kacper.

– Ale jednakowoż zwady z Lawendowskimi mieć nie chcemy – podał myśl Bolesław.

– Nie chcemy! – zgodzili się z nim pozostali bracia, pół żartem, pół serio.

– Takoż jeszcze raz prosimy waszmość do kompanii! – rzekł najstarszy. – Słowo szlacheckie, że stratę sobie przy nas powetujecie!

– A niechże na dziś będzie pokój z trybunalskimi sprawami – Stanisław z ulgą rzucił swoje rzeczy pod ścianę. – Muszę trochę odsapnąć.

– Wampiju, dzban pięciorniaka! – krzyknął Bolesław.

– Piwa nie ma? – zagadnął woźny, po raz nie wiadomo który dziwiąc się osobliwej fizjognomii arendarza, którego włosy i brwi były jasne jak u wieprzka, może nawet jaśniejsze, aż do metalicznego połysku. Przy tym były też świńsko krótkie, bo karczmarz nie strzygł się nigdy dłużej jak na dwa palce.

– Piwo jeszcze nie doszło, proszę waszmości – powiedział Wampij, stawiając na stole spotniały dzban i czwarty kufel. Mówił po polsku bez choćby cienia obcego akcentu.

Zwykle o tej porze roku było jeszcze marcowe, ale w tym całą nastawę wysuszyli ze szczętem jeszcze w kwietniu, pijąc za szczęśliwy połóg królowej Cecylii Renaty i zdrowie pierworodnego królewicza Zygmunta Kazimierza, być może, jak da Bóg i wolna elekcja, następcy polskiego tronu.

Kiedy brakło piwa wampijowej roboty, a bywało to często, bo przednie było i amatorów miało wielu, stąd, nawiasem mówiąc, bracia Tycowscy coraz częściej o powiększeniu browaru przebąkiwali, piło się inną specjalność arendarza – wytrawny miód pięciorniak, który ów wyuczył się robić zaraz po tym, jak w Liwie nastał. Napitek był lekki i orzeźwiający, zwłaszcza latem z plastrami limonii, niejeden go przedkładał nad piwo. A wspomnieć jeszcze wypadało o cydrze Wampija, robionym jesienią, gdy jabłka dojrzewały. Na ten specjał jednak trzeba było do września zaczekać.

– Przepióreczki na przekąskę zaraz powinny dojść, to się z waści podzielimy – powiedział Anzelm do Stanisława, nalewając miód.

– Za pozwoleniem mości panów – odezwał się Wampij. – Ja tak sobie pomyślałem, że mości panowie swoim zwyczajem jeszcze kogo do stołu zaproszą, więc zawczasu dwie przepióreczki więcej do pieca włożyć kazałem.

– Bardzo rozumnie, mój dobry Wampiju – rzekł Kacper z uznaniem. – A jakże tam nasze rydzyki smażone na... masełku – zerknął z szelmowskim uśmiechem na Stanisława.

– A już, już, wasza miłość, dziewczynę z patelnią przysyłam! – zawołał karczmarz, biegnąc z powrotem do kuchni.

– Na główne danie zamówiliśmy antrykot wołowy, duszony z czosnkiem w italskiej oliwie – rzekł Bolesław do woźnego. – Ale słyszeliśmy, że z wołu waść gicz cenisz najbardziej, więc jakby co...

– Nie będę waszmościom przy proszonej kolacji grymasił – odparł Stanisław, unosząc kubek. – Wypijmy zatem po porządku.

– po porządku pijemy! – zawołał Anzelm Tycowski na całą karczmę.

Wszyscy czterej powstali z miejsc, a za ich przykładem poderwali się wszyscy, którzy hasło usłyszeli, z wyjątkiem jednego chłopa, który szarpnięty przez kamrata za ramię, miast wstać, pod stół się zwalił. Bóg z nim.

– Za pokój duszy jaśnie oświeconej księżnej pani Anny Mazowieckiej, miłościwie nam wciąż w sercach naszych panującej! – wygłosił toast Anzelm.

– Amen! – odkrzyknięto wokół i wypito.

– I za wolne księstwo mazowieckie! – dodał Stanisław.

– Zdrowie! – odpowiedzieli mu Tycowscy. – Za Mazowsze!

– Na Kraków! – porwał się do karabeli stary szlachcic pijany w siwy dym. – Bić Koronnych!

– Cichajcie no, stryjku Adamie – zmitygował szlachcica jeden z młodszych kompanów. – Myśmy już Koronę do Mazowsza przyłączyli i stolica teraz w Warszawie.

– A tak... – zreflektował się szlachcic. Zostawił szablę i rozmasował sobie skroń. – No, ale żem jeszcze się nie przyzwyczaił...

– Z podziękowaniem waszmości! – Kacper Tycowski podszedł do pana Adama, by się z nim stuknąć kuflem. Stanisław natychmiast zrobił to samo, po czym z kolei przepił do braci.

– Za gniazda Tycowskich!

– I za Korzeń Lawendowskich! – zawołali tamci.

Różnie to między oboma familiami się układało. Bywały koligacje, bywały i zajazdy, ale dobrze pamiętano sobie nawzajem rok 1537, kiedy to ich pradziadowie społem odpierali od liwskiego zamku wojska koronne, broniąc sierocego dziedzictwa księżnej Anny, a zarazem ostatniego skrawka wolnego Mazowsza, którym była ziemia liwska przez jedenaście lat od śmierci księcia Janusza, stojąc wtedy za udzielne księstwo. Społem też antenaci obu rodów dzielili kielich goryczy, kiedy Włoszka Trucicielka, której imienia się nie wymawiało, przynajmniej tam, gdzie pluć na podłogę nie uchodziło, umiłowaną księżnę panią przed sejmem upokorzyła, Liw do własnych majętności przyłączając.

Nim zasiedli do parujących rydzów i przepiórek, także po porządku wypili zdrowie króla Władysława, królowej Cecylii oraz małego królewicza Zygmunta. Przy trzeciej kolejce użalili się nad losem królewskiego brata Jana, już drugi rok w niewoli przez zdradzieckich Francuzów trzymanego.

– Słyszałem, że tam ponoć pludraki ślimakami go karmią – mruknął Stanisław, ogryzając przepiórcze udko. – Wybornie soczyste to mięso! Ani za suche, ani za twarde... Jakżeż ta bestia to robi?!

Wampij skłonił się dwornie za szynkwasem.

– Ślimakami?! Nie może być! – zgniewał się Bolesław. – Polskiego królewicza torturować się ośmielają?! Ileż to jeszcze zniewag Rzeczpospolita ścierpieć potrafi?!

– Ech, wysłać by lisowczyków do Paryża... – burknął Kacper z ustami pełnymi smażonych rydzów. – Wpadliby i umknęli...mm... zanimby się koronkowe fircyki spostrzegły, mhm... rozumu nauczyli. Osobliwie zaś tego ich żabiego kardynała Richu-rechu, czy jak mu tam... bo ja po żabiemu nie umiem... Temu by jaki głęboki staw znaleźli... i do szyi kamień, żeby żabsko nie wypłynęło, a z królewiczem Janem do kraju... Pludrakom tęgi mores by został... Rydzyki palce lizać!

– Na taką wyprawę dalibyśmy i pięćset czerwońców! – stwierdził z zapałem Bolesław, sięgając kopyścią do patelni.

– No, może trzysta... – pomiarkował Anzelm młodszego brata.

– Ale z całego serca dalibyśmy! – podsumował Kacper.

– Wypijmy za to – powiedział Stanisław, unosząc dzban.

Tymczasem Wampij szedł ku nim z półmiskiem dymiącej wołowiny. Jednak kiedy przyszło do głównego dania, nastrój przy kolacji zmienił się niespodzianie.

– Ależ dziwne to, panie Stanisławie, gdy tak wokół popatrzeć... – rzekł Anzelm, z racji starszeństwa dzieląc mięsiwo i chleb. – Na Zachodzie burza i zawierucha bez końca, na Wschodzie też wiecznie ciemne chmury, a tylko nad Rzeczpospolitą słońce jasne. Szczęśliwa to rzecz, prawda, ale czegoś dziwna... bo jakby tak owa aura, nie daj Bóg, się odwróciła?

– Moskwie trzeba co dwadzieścia lat po łbie dać i spokój będzie – odparł z przekonaniem Stanisław. – Jak było za króla Stefana, za Zygmunta i teraz za Władysława pod Smoleńskiem. Dopiero jakbyśmy tego kiedy zaniechali, to ani chybi, nieszczęście gotowe.

– Nie poniechamy! – zapewnił Bolesław. – W trzydziestym czwartym moskwicina praliśmy, to i w pięćdziesiątym czwartym spierzem, a Bóg już tam dobrze wie gdzie i pod jakim królem to będzie.

– Ano chyba, żeby nam co w tym przeszkodziło... – mruknął Anzelm.

– Kraczecie, mości bracie, jak kruk w nowiu! – zirytował się Kacper. – Wypiliście znowu jeden kufel za dużo!

Najstarszy z Tycowskich tak właśnie miał, że popiwszy, miast weseleć, w czarną melancholię wpadał.

– Czasem mi się wydaje – kontynuował niezrażony – jakby teraz właśnie los Rzeczpospolitej na cienkim włosku się ważył. Albo będzie jak dotąd, pokój i dostatek coraz większy, albo pogrążymy się w takim samym upadku jak Niemce. Wszak to niedawno, w czerwcu, słońce się nad naszą Rzeczpospolitą zaćmiło, co za przestrogę poczytywać należy.

– A wiecie, że mnie niedawno śniło się, jak diabeł z Bogiem w kości o Polskę grają – zadumał się woźny. – I nagle się pokazało, że ten niby Bóg to też diabeł, tylko większy i jeszcze na kościach oszukuje... Aż żem się spocony obudził.

– Rzut kością mówicie? – Anzelm uniósł brwi. – Coś w tym jest... Mała, nieznaczna rzecz, a przeważy szalę na wieki. Cóż to takiego może być?

Jego bracia zdzierżyć tych posępnych dywagacji nie mogli, więc jak tylko zjedli, zaraz wynieśli się od stołu. Kacper przesiadł się do pana Adama i jego siostrzeńców, po czym społem zaczęli wyśpiewywać sprośne kuplety na pohybel wrogom Rzeczpospolitej. Bolesław stanął z kuflem przy szynkwasie i jął droczyć się z dziewkami służebnymi. Stanisław przeciwnie, wolał Anzelmowi kompanii dotrzymać. Wciąż miał przed sobą martwe oczy małego Jontka i zamarłe w nich pytanie „za co?”. po zajściu w Paprotach potrzebował się wygadać, a jak zaczął, Tycowski zaraz zawołał o starkę.

– Głupia zawziętość – stwierdził, gdy woźny skończył opowieść. – Powiadam ci, panie Stanisławie, że ostatnimi czasy coraz więcej tego w ludziach widać. Niby jeszcze nic, niby mało kto, ale ani chwili spokoju nie ma. A to tkaczki nam próbują buntować, że niby praca nie jest dla szlachcianek, a to znów rozpowiadają, że zamtuz w Liwie stawiamy, żeśmy już bardziej łyki, nie szlachta, i szlachectwo trzeba nam odebrać. Jak kiedyś tego Sockiego za język złapiemy, będzie, powiadam ci, panie Stanisławie, będzie proces o potwarz!

– Jemu w to graj – zauważył woźny. – Ale niby co innego mają te szlachcianki z waszej manufaktury robić, skoro wszystkie białogłowy zawsze coś tam po domach przędą i tkają?

– Dla nich to niby dyshonor ma być, że one na handel te pasy robią. Że nie uchodzi szlachcie własnymi rękami na życie zarabiać.

– To co mają robić? – powtórzył pytanie Stanisław.

– Ponoć lepiej, żeby ich ojcowie do jakiego wielkiego pana na służbę poszli, przy magnackim dworze się zaczepili.

– Tak bez własnego kąta ni piędzi ziemi? – zdumiał się woźny. – Wysługiwać się każdemu kaprysowi jaśnie oświeconego pryncypała? Toż to głupota!

– Ano tak, panie Stanisławie, ano tak... – Anzelm nalał nową kolejkę. – Ale mimo to już co niektóre panny wahać się zaczęły, a parę za zatrudnienie podziękowało. Inne zaraz przyszły na ich miejsce, prawda, ale wiecie, jak to jest z tym ludzkim szszzzz po kątach. Niby nic, ale ani się obejrzysz, jak nagle wszędzie wokół bagno obmowy, a błoto do gardła się wdziera i nad głową się zamyka. Szacunek dla ludzkiej poczciwości i starunku stale gdzieś jakimiś dziurami uchodzi, a w zamian głupia pycha się wciska. To jeszcze nie za rok ani nie za dwa, ale boję się, panie Stanisławie, że Niemce kiedyś w kułak śmiać się z nas Polaków będą, a nie podziwiać jak teraz.

– Chyba, że ową dziurę znajdziemy i zatkamy zawczasu – poddał myśl woźny.

– Ba, ale gdzież ona jest?

Szukali tak przy kolejnych butlach przyczyn zła skrycie drążącego nawę Rzeczpospolitej, aż koniec końców znaleźli, tylko potem za nic nie potrafili sobie przypomnieć, jakie one były.

* * *

Stanisław obudził się późnym rankiem z głową jak kubeł popiołu, prawda, ale nie bolącą, jak zwykle po trunkach Wampija. Leżał w izbie gościnnej, a w wezgłowiu łóżka złożono jego rzeczy. Mowy nie ma, żeby w tej karczmie komu co przepadło po pijaku. Paru złodziei, którzy nie chcieli uwierzyć, że arendarz ma oczy wokół głowy, od dawna nawoziło mandragorę przy warszawskim gościńcu.

Na sąsiednim posłaniu chrapał sprawiedliwie Kacper Tycowski, na stoliku pod oknem stały gotowe słój kiszonych ogórków i garniec maślanki, jak kto wolał. do tego misa z dzbanem wody.

Woźny ogarnął się i zszedł do głównej izby. Tam zastał go Pietrek z wiadomością, że asesor Wygonowski oczekuje go w kancelarii. Stanisław zamówił chłopakowi pajdę chleba ze smalcem, a dla siebie jajecznicę. Razem dokończyli śniadanie i poszli do ratusza.

Po drodze woźny zaczął przygotowywać się w duchu na kolejną rozprawę z biskupem Flicowskim. Jego ekscelencja pierwszy raz pojawił się w Liwie rok temu, krótko po rakowskim skandalu, przywożąc ze sobą sekwestr na drukarnię ariańską w Węgrowie. Stanisław miał ów sekwestr doręczyć i wyegzekwować. Zamiast tego utopił ów dokument w wychodku, a na dodatek, nie bacząc, czyje tam podpisy i pieczęcie, sumiennie oszczał pismo z góry.

O co tam w Rakowie poszło i kto miał rację, woźny wnikać nie zamierzał. Zawiłe jezuickie wywody księdza biskupa też nie były na jego prostą, mazowiecką głowę. Stanisław wiedział jedno, to mianowicie, że wszystkie niemieckie nieszczęścia wzięły się z nastawania na ludzi innej wiary i ręki do tego przykładać nie zamierzał. Kiedy przy kolejnej wizycie biskup zaczął się ciskać, że sekwestr jeszcze nie doręczony, woźny odpalił mu, że z Liwa do Węgrowa dojechać nie mógł z powodu złych dróg... Ekscelencji mało co jasny szlag na miejscu nie trafił, no i szkoda, że nie.

Chryja wynikła stąd jak trzy zajazdy. Także dlatego, że Stanisław pisma nie zwrócił, choć roztropnie zmilczał, gdzie należy go szukać. Chcieli mu za to odebrać urząd, ale asesor Wygonowski się nie zgodził, więc próbowali złożyć i asesora, lecz za asesorem stanęła murem szlachta na sejmiku, aż się cała afera o królewski majestat oparła. Tu w sprawę wszedł ksiądz dobrodziej Aleksander, który, zanim otrzymał liwską prebendę, był wychowawcą synów króla Zygmunta i w porę przypomniał wielkiemu Władysławowi, jak to monarcha, pacholęciem będąc, w czas letniej kanikuły jeździł z nim do Liwa i jak to jegomość królewicz ze Staśkiem z Korzenia łowili w Liwcu ukleje. Król nakazał sprawę rozpatrywać tak wnikliwie, aż się po kościach rozeszła. Albo i nie rozeszła, skoro teraz biskup Flicowski wrócił i Bóg raczy wiedzieć, co zamierza...

Asesor Wygonowski nie przyjął nikogo przed przybyciem Stanisława, więc nie kazał czekać.

– Witajcie, mości panie woźny! – podniósł się zza biurka. Był niski, pleczysty, bardziej do drwala niż gryzipiórka podobny. Szło mu już na pięćdziesiątkę, ale zupełnie nie było tego po nim widać.

– Jak zdrowie waszmości? – zagadnął Stanisław. Sędziemu było Maciej, po imieniu byli od zawsze, ale przy ludziach tytułowali się, jak należy.

– Dobrze, dziękuję – zamknął drzwi. – Choć Stasiu, to się policzymy.

Woźny bez słowa podał mu sztabkę wosku, w której odcisnął sygnet Bartnickiego. Przy herbowym znaku czerniała skrzepła, rozmazana kropla krwi. Asesor uniósł brwi na ten widok.

– Za ile dusz mam dać na mszę? – spytał, wracając za biurko.

– Trzy, może cztery...

– Opowiedziałeś się i przestrzegłeś wpierw? – otworzył księgę wokandy.

– Tak – odparł woźny.

– Siadaj, Stasiu – sędzia umoczył pióro. – Wobec tego piszemy: „pozwany zawezwan prawidłowo”. A teraz, Stasiu, niespodzianka! Spłacam dziś wszystko, com ci powinien. Ile masz świeżych kosztów?

– Sześć złotych w srebrze za baryłkę prochu.