Demontaż - Szymon Chudyk - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 578 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Demontaż - Szymon Chudyk

Hellert był człowiekiem, którego zaliczyć możemy do mieszczących się w tak zwanej normie. Posiadał nawet cechy postrzegane w społeczeństwie jako zalety – był wykształcony, inteligentny, łatwo dostrzegał wielotorowe powiązania między skutkami i przyczynami. Napędzała go ciekawość, najskuteczniejsze paliwo intelektualne. Inną rzeczą jest, gdzie ową ciekawość ulokował…

 

Dzień, w którym uprowadzono Sema wraz z żoną i córką, stał się punktem zwrotnym całego ich życia. Porywacz o nazwisku Hellert i jego pomocnik, Ed, nie ukrywają swojej tożsamości, nie ukrywają twarzy, od razu przystępują do eksperymentu, który jest celem porwania. Stopniowo dowiadujemy się, na czym ów eksperyment polega. Rozwój sytuacji jest przerażający, a położenie Sema, którego odseparowano od Anny i Talii, pogarsza się z każdą godziną. Hellert spokojnym, wręcz przyjaznym tonem wyjaśnia mu zasady demontażu. Pomimo że Sem jest skrępowany i bezsilny, wszystko zależeć będzie od jego decyzji, do której Hellert ściśle się zastosuje.

 

Demontaż” jest powieścią sensacyjną, lecz jest także próbą poznania woli i stabilności duchowej człowieka, który poddany zagrożeniu i otoczony złem chce ocalić swoją „normalność”.

Opinie o ebooku Demontaż - Szymon Chudyk

Fragment ebooka Demontaż - Szymon Chudyk






Strona redakcyjna


1. Okno

Sem siedział przed idealnie czystym oknem, nie przysłaniały go ani firany, ani rolety. Inne okna w tym domu były zwyczajne, poszarzałe od deszczu i wiatru, opatulone zasłonami – ale nie tu. Tu naga tafla szkła hipnotyzowała oczy klarownością i zmuszała do patrzenia na zewnątrz.

Za szybą jaśniał podjazd wyłożony kostką, widoczny z każdego miejsca w pokoju, jednak z fotela, w którym siedział, widok miał najlepszy. Na zewnątrz panowała cisza, w domu również, chyba nawet głębsza; nie grało radio, nie szumiała woda w kuchennym kranie, nikt nie rozmawiał – on zaś tkwił tu godzinami niczym pochłonięty spektaklem widz, oderwany od realnego świata. Wciąż obserwował przez okno Annę i Talię; trzymając się za ręce, podchodziły do otwartych drzwi samochodu. Robiły to samo co dnia, od wielu tygodni, lecz Sem nigdy nie zobaczył, jak wsiadały. Bo tamtego dnia, kiedy działo się to naprawdę, odwrócił głowę do człowieka stojącego w progu – i stracił je z oczu. Był to najważniejszy moment w całym jego życiu, dlatego powracał doń w myślach – tutaj, przed oknem.

Ale milcząca postać Sema nie przypominała cierpiętnika o zbolałych rysach twarzy, nawykłej już do goryczy; miał raczej spojrzenie zranionego bawołu, który musi czekać, oszczędzać siły, by uderzyć, gdy nadejdzie czas. Pragnął śmierci innego człowieka, chciał, aby tamten przestał oddychać, przestał myśleć. Właściwie nie nazywał tego pragnieniem, lecz potrzebą, koniecznością, ciężkim obowiązkiem, który na siebie nałożył, a który – wciąż niedopełniony – nie dawał mu spokoju.

Zadzwonił telefon. Sem sięgnął po aparat.

– Słucham?

Z głośnika popłynął ukontentowany głos:

– Dobrze, że zastałem pana w domu!

– Mnie przecież nietrudno zastać. Coś nowego?

– Tak, mamy Hellerta! Wstępnie go przesłuchałem... – Rozmówca zawiesił głos, spodziewając się żywej reakcji Sema, ale ten milczał. – Sprawdzamy go, wszystko pasuje. Przyjadę po pana o trzynastej.

– O trzynastej? To za dwie godziny!

– Wiem. Nie da się wcześniej, niczego nie możemy przeoczyć. Przyjadę, ale proszę koniecznie na mnie czekać. Będzie pan w domu?

– Będę. Z całą pewnością będę...

Telefon ucichł, lecz Sem nadal trzymał go w dłoni, jakby nie dowierzał, że ta rozmowa odbyła się naprawdę; pomijając spojrzenie lśniących oczu, wyglądał na człowieka w pełni opanowanego. Podobnie zresztą wyglądał każdego ranka, gdy opuszczał łóżko z nadzieją, że niebawem otrzyma tę wiadomość – a kiedy nie przychodziła przez cały dzień, kładł się wieczorem, ponury, lecz daleki od zwątpienia, i z jeszcze większą determinacją wyglądał kolejnego świtu. To nie było zwyczajne czekanie, zatrute niepewnością i rozwleczone pustymi wieczorami – to było metodyczne, zawzięte przeczesywanie godzin i dni, odrzucanie ich za siebie, gdy przemijały, i sięganie po kolejne. Tak to wyglądało aż do dzisiejszego przedpołudnia, do tej chwili.

Dopiero teraz poczuł ekscytację. Niecierpliwość i potrzeba działania zaczynały go palić, wyganiać z fotela, on jednak oparł się temu impulsowi i nie opuścił miejsca przed oknem. Kiedy słońce minęło dach, matowe dotąd kostki bruku roziskrzyły się mrowiem punkcików – dokładnie tak jak na fotografii w prospekcie, z którego kiedyś wybrała je Anna.

– Ten! Koniecznie ten... – Pamiętał stukanie jej palca w katalog. – Zobacz, ma być z luminacją, bladokawowy!

Jasne beże i głębokie bursztyny – to były kolory Anny. Lubiła się nimi otaczać, a one w niezwykły sposób współgrały z jej włosami i twarzą. Ilekroć wspominał jej twarz, widział jasne oczy, dwie kreski brwi, a dalej gładkość czoła. I widział letnią sukienkę, tulącą się do jej piersi i brzucha, oraz dłonie o starannie spiłowanych paznokciach. Zagryzł usta, jakby nie mógł powstrzymać się od łkania, ale natychmiast powściągnął tę słabość.

Tamtego dnia odjechali sprzed domu dwoma samochodami. Anna z dziewczynką wyszły na zewnątrz wcześniej, spojrzał akurat w okno, gdy zbliżały się do policyjnego samochodu: z boku czekała furgonetka i mundurowy o mało inteligentnej twarzy, ale ciężkich ramionach. Talia podskakiwała z radości, ciągnąc mamę za rękę, jazda prawdziwym radiowozem do prawdziwego komisariatu nie przytrafiała się jej codziennie. W tym właśnie momencie Sem odwrócił się od okna, bo ubrany po cywilnemu funkcjonariusz stanął w progu i jeszcze raz przeprosił za zamieszanie; potem we dwóch wyszli i zajęli miejsca w furgonetce.

– Policja jest biedna. Nam... – tłumaczył, wskazując palcem na Sema i siebie – pozostało tylko miejsce w tym gracie. Na co dzień przewozimy nim aresztantów, teraz jednak nie miałem żadnego wolnego samochodu.

Sem zbagatelizował uwagę. Gdy usiedli na ławkach na wprost siebie, cywil uderzył pięścią w przegrodę oddzielającą ich od szoferki. Ruszyli.

– Pana kobiety jadą przed nami limuzyną – uśmiechnął się policjant – a więc w znacznie wygodniejszych warunkach. Za­­oszczędzimy czas, jeśli już po drodze z panem porozmawiam.

– Rozumiem... – mruknął Sem, choć prawdę mówiąc, nie rozumiał przesadnego rozmachu działań w sprawie jednej kradzieży. – Niech pan pyta, ale jeśli chodzi o tamto włamanie do sąsiadów, niewiele chyba pomogę.

Mężczyzna siedział tuż przy oknie. Sem spojrzał na nie mimowolnie: było z mlecznego szkła zbrojonego metalową siatką. „Kuloodporne?” – pomyślał.

– Proszę się nie zdziwić, lecz sytuacja nie jest taka, jak pan sądzi. Mnie... i mówię to od razu... nie chodzi o włamanie do domu Finów. Jestem zainteresowany jedynie losami pana żony i córki, dlatego chciałem, byśmy porozmawiali na osobności. – Odwrócił się, uchylając szybę. – Otóż przeprowadzam pewien niezwykle ważny eksperyment i muszę zaprosić pana do współpracy. Choć nasz eksperyment już się rozpoczął, zapytam dopiero teraz: czy wyraża pan zgodę?

– Zgodę? Niby na co?

– Zgodę na zabicie pana żony i dziecka.

Sem ucichł na kilka sekund, a wyrazu jego twarzy nie można było nazwać jedynie zdziwieniem. Mężczyzna przyglądał się mu i czekał na reakcję.

– O co tu chodzi... Kim ty jesteś?!

– Jonatan Hellert – skinął głową cywil. – Jestem doktorem filozofii i neurochirurgiem. Ale przede wszystkim jestem pana przyjacielem, a może nawet, kto wie, wielbicielem.

Sem nerwowo spojrzał na szybkę w przegrodzie oddzielającej ich od szoferki. Była dla odmiany z klarownego szkła, ale coś ją przysłaniało i nie mógł dostrzec limuzyny.

– Pańska żona i dziecko naprawdę jadą przed nami. – ­Hellert zrozumiał to spojrzenie. – I są bezpieczne. Zapewniam, że to pan jest w niebezpieczeństwie. Proszę wyrazić zgodę na to, bym je zabił, a uratuje pan swoją skórę.

– Ty nie jesteś gliną! – Sem dokonał bardzo spóźnionego odkrycia.

– Oczywiście, że nie. Jaka więc jest pańska odpowiedź?

– Więc kim?! Po co to wszystko?!

Tajemniczy jegomość nie śpieszył się z wyjaśnieniami; wyjął chusteczkę i wytarł nos. Nie sposób było ogarnąć kontrastu pomiędzy jego zachowaniem a treścią tego, co mówił. Podmuchy z uchylonego okna targały kosmykami jego gęstych włosów. Sem był zdezorientowany całą tą równie niezwykłą, co podejrzaną sytuacją, przez chwilę sądził nawet, że to jakiś idiotyczny żart. Ale dezorientacja szybko przerodziła się w niepokój o najbliższych, a potem we wściekłość.

– Zaraz to wyjaśnimy! – Walnął pięścią w blachę, za którą siedział kierowca, by dać mu sygnał do zatrzymania. Pojazd jednak przyspieszył i Sem, choć próbował wstać, klapnął z powrotem na ławkę.

– Niepotrzebna ta panika. Widzę, że jeszcze nie rozumie pan swojego położenia.

Sem patrzył z niedowierzaniem, jakie można poczuć tylko wtedy, gdy człowiek po raz pierwszy w życiu staje przed rzeczą niepodobną do niczego innego. Hellert, nie podnosząc się z ławki, znów przyłożył chustkę do nosa, jak gdyby zamierzał gruntownie się wysmarkać. Następnie wydobył spod marynarki pistolet, starannie wymierzył w głowę ofiary – i strzelił.

Sem wzdrygnął się, spojrzał na nadgarstek: wskazówka ospale mijała jedenastą. Przed jego oczami, na bruku za oknem, nic się nie działo, trwał bezruch i panowała cisza – i właśnie to było straszne. Bolały go plecy, ścierpły mu pośladki, gdy tymczasem do umówionego telefonicznie spotkania pozostały jeszcze dwie godziny. Mógł tylko czekać. Letnie przedpołudnie snuło się po trawnikach i bruku, przysiadało w plamach światła, wolne od jakichkolwiek trosk. Sem ponownie przemierzył wzrokiem drogę, którą przeszły wtedy we dwie, i wrócił myślami do dni gęstych od wydarzeń i strachu.

Miał wrażenie, że obudził się po upływie sekundy. Żył! Otępiałym wzrokiem próbował rozpoznać otoczenie, szukał blaszanych ścian i uchylnego okna. Rzeczywiście, widział jakieś ściany, znajdowały się jednak w większym oddaleniu, niż oczekiwał. Nie mógł zrozumieć, skąd tyle miejsca wokół i dlaczego podłoga nie drga na wybojach. Wtedy pojął, że leży na plecach, coś przytrzymuje mu ręce, a nogi ma tak ciężkie, że nawet nie próbował nimi ruszyć. Uniósł głowę, by spojrzeć na swoje ciało, lecz mięśnie karku nie były jeszcze w stanie jej utrzymać i walnął potylicą o podłoże. Oprzytomniał w jednej chwili.

Pomieszczenie było spore, bez okien, o szarych ścianach. Światło jarzeniówek pod sufitem padało równomiernie, mimo to panował tu półmrok. Leżał na stole na wznak i nie było mu wygodnie. Ręce, nogi oraz tułów miał przywiązane do blatu rzemieniami, swobodne ruchy mógł wykonywać tylko głową. Dlaczego był nagi? Dlaczego nie był ranny? Jasna skóra brzucha i ud kontrastowała z pierwszą opalenizną na przedramionach. Po obu stronach metalowego blatu odkrył sieć wgłębień, czy raczej rowków, zbiegających się w jeden gruby kanał – ten prowadził ku brzegowi stołu do ostatecznego odpływu.

– To stół z prosektorium! – wykrzyknął, jak gdyby znalazł rozwiązanie trudnej zagadki. Oprzytomniał już całkiem i czując, że nagle przybyło mu sił, szarpnął ramionami – ale skórzane powrozy trzymały mocno. Był bez szans.

Pomieszczenie – chyba jakiś opuszczony magazyn – ściany miało solidne, betonowe. Drzwi znajdowały się pewnie z tyłu, nie mógł jednak sięgnąć tam wzrokiem. Leżał jakiś czas nieruchomo, próbując zrozumieć swoje położenie; sytuacja wydała mu się groteskowa i bardziej głupia niż niebezpieczna. Przypominała do tego stopnia tanie filmy grozy, że Sem nieoczekiwanie parsknął śmiechem, bo wyobraził sobie miny kolegów, kiedy im o tym opowie.

Jakby w odpowiedzi na ów śmiech drzwi z tyłu się otworzyły i stanął w nich Hellert, niezbyt zaskoczony chichotem jeńca. Najwyraźniej nie zwykł okazywać zdziwienia czymkolwiek; spokojnie zamknął za sobą drzwi i podszedł tak, aby Sem mógł go widzieć. Przez chwilę trwali w milczeniu; jeden próbował stłumić panikę i zrozumieć sens tego, co się dzieje, ­drugi obserwował pierwszego.

– Fajny pistolecik – zagaił Sem. – Znów zamierzasz mnie nim uśpić?

– Nie, raz wystarczy. W razie potrzeby zrobimy to – spojrzał na przedramię więźnia – tędy.

Sem podążył za jego wzrokiem: spod niedużego opatrunku wystawała końcówka do wielokrotnych iniekcji. Zrozumiał.

– Długo spałem?

– Tyle ile trzeba.

– A co z nimi?

– Spokojnie, przyjacielu. – Tamten wykonał kojący gest dłonią. – Wszystko zaraz sobie wyjaśnimy i o wszystko zadbamy. Proszę najpierw powiedzieć, czy jest panu wygodnie?

– Bosko... sukinsynu!

– Świetnie. Ja wiem o panu wystarczająco dużo, można powiedzieć... wszystko. Jest pan idealnie zdrowy i sprawny fizycznie. Nawet z pewnymi osiągnięciami sportowymi w ­młodzieńczych latach. I, co najważniejsze, ma pan niezwykle uroczą żonę, mądrą córeczkę, wiedzie pan ustabilizowane życie. Na dodatek we własnym pięknym domu. Czyż trzeba więcej? Zgromadził pan wokół siebie tyle dóbr, tyle szczęścia... – Rozłożył dłonie. – Tego dokładnie szukałem.

Sem przełknął ślinę.

– Nie jest pan kimś przypadkowym, pierwszym lepszym człowiekiem z ulicy. Wybrałem pana. Jest pan silny, inteligent­­­­­­­ny. – Zda­­­wał się delektować wyliczanką komplementów. – A to podstawa. A przede wszystkim odpowiedzialny oraz spełniony. Słowem, będzie co demontować.

Zrobił kilka kroków i znalazł się na miejscu, którego Sem obserwować już nie mógł; wsłuchiwał się więc tylko w dobiegające zza głowy dźwięki, choć na konkretne czynności nie potrafił ich przetłumaczyć. Gdy po pewnej, dość długiej ­chwili Hellert znów się ukazał, był ubrany w biały kitel i zawiązywał troki.

– To jakiś wariat... – jęknął Sem, widząc, że jego oprawca nie posiada już wąsów ani obfitej czupryny – był niemal łysy. Pogładził dłonią czaszkę i okazało się, że ma trochę cienkich, krótkich kłaczków w kolorze skóry.

– Rozumiem pańskie zdenerwowanie, ale proszę mi wierzyć, będę we wszystkim panu pomagał. Będę dla pana dobry.

– Dlaczego zdjąłeś to z siebie? Te cholerne wąsy i perukę!

– Kamuflaż nie jest już potrzebny.

– Już nie?!

– Nie. – Uśmiechnął się zagadkowo.

Mówił głosem ciepłym, przyjaznym i patrzył ofierze prosto w oczy. To, być może, miało pokrzepiać więźnia, miało dodawać mu otuchy, ale nie dodawało. Sem podejrzliwie ocenił jego zadbane dłonie i żeby zatuszować strach, wypalił:

– Z takim głosem powinieneś dyżurować w telefonie zaufania!

Efekt był mierny, kandydat na doradcę w sprawach trudnych i beznadziejnych uniósł tylko nieznacznie brwi na znak, że przyjął do wiadomości rekomendację, po czym zawołał:

– Ed, ustaw pana przy świetle!

Sem maksymalnie wykręcił głowę w bok i do tyłu, aby zobaczyć, o kogo chodzi. Ed okazał się tym samym wielkoludem, który stał na podjeździe w mundurze. Zrobił dwa ciężkie ­kroki i oparł ręce na blacie, tuż przy głowie Sema. Metalowy stół miał kółka, więc Sem pojechał na nim pod przeciwległą ścianę. Na długim przewodzie wisiała tam lampa, która zaraz rozbłysła jaskrawym światłem. Ed zdążył już zrzucić mundur policjanta i prowadził stół równie fachowo jak wcześniej furgonetkę. Bo chyba on ją prowadził. Ustawił leżącego w snopie światła, a za chwilę popychał w tę samą stronę oraz z tym samym wdziękiem szklany stolik na kółkach.

– Po co to?! – rzucił w jego kierunku Sem, ale nie otrzymał odpowiedzi.

Widział już drzwi, a obok nich zlew i olejowy grzejnik. Rzeczywiście, nie odczuwał zimna, choć był nagi. Hellert tymczasem mył ręce. Ed polał mu czymś dłonie, założył gumowe rękawice, a następnie pomógł zrobić to samo chirurgowi. Na koniec, chyba z przejęcia, podrapał się w nos.

– Musisz teraz włożyć nowe! – polecił Hellert i asystent natychmiast wykonał polecenie z wielką powagą.

Lekarz zwrócił się do leżącego:

– Zapewniam, że nie poczuje pan bólu. Znieczulimy pana xytalenem, a następnie dokonamy amputacji lewej stopy. Chociaż to początek eksperymentu, trzeba się spieszyć, czas nagli.

– Mojej stopy? Po co?!

– Oczywiście, że pańskiej, przyjacielu. Dla zaoszczędzenia czasu. Ta amputacja ma pana ściągnąć z chmur na ziemię i uzmysłowić, że eksperyment przeprowadzamy naprawdę. Bo wciąż widzę, że nie rozumie pan powagi sytuacji. A ja w kilka zaledwie dni muszę pana wyregulować. Tak... wyregulować, to właściwe słowo. Dlatego po zabiegu ponowię moją propozycję, aby zgodził się pan na śmierć żony i córki. Jeśli za którymś razem zgodę nareszcie uzyskam, zostanie pan – i to gwarantuję – uwolniony. One zaś umrą. Ale na razie amputacja, bo inaczej gotów pan to wszystko wziąć za żart.

Sem milczał – chyba dlatego, że zaskoczyła go własna bezradność. Hellert stał nad nim i mógł zrobić dosłownie wszystko. Inaczej człowiek zachowuje się, stojąc z wrogiem twarzą w twarz, a inaczej, gdy leży skrępowany, nagi, zdany na czyjąś łaskę i niełaskę. Ta świadomość działała destrukcyjnie.

– Właśnie... – Hellert zdawał się czytać w myślach ofiary. – Czy zauważył pan tę różnicę? Proszę sobie wyobrazić kogoś porządnie ubranego, sytego, posiadającego w kieszeni gruby portfel, a obok zaparkowany samochód. Z całą pewnością taki człowiek będzie zdecydowany w rozmowie, stanowczy w argumentacji, wierzący w swoją wartość i skuteczność. Gdyby jednak zabrać mu to wszystko, rozebrać z garnituru, obnażonego posadzić na ziemi, uniemożliwić kontakt z kimkolwiek... Człowiek niby ten sam, ale będzie jakże inny, skłonny do ustępstw.

Mówił w sposób zapraszający do partnerskiej, inteligentnej dyskusji o rzeczach niepospolitych. Ed milczał, stojąc obok stolika z narzędziami, ale jego wzrok wyrażał pełne i świadome uczestnictwo. Obie dłonie w gumowych rękawiczkach trzymał przed sobą w geście identycznym jak jego guru.

– Szczególne znaczenie ma tu nagość – kontynuował He­llert. – Człowiek pozbawiony odzienia czuje się mały, poniżony. Wstyd z powodu odsłoniętych miejsc intymnych też pełni ważną rolę. To doskonała forma nacisku poprzez osłabienie pozycji danej osoby. Proszę powiedzieć, czyż nie tak właśnie pan to odczuwa? – Uśmiechnął się, widząc rozterkę na twarzy Sema. – Ja oczywiście traktuję pana z całym szacunkiem, jak partnera i przyjaciela, bo obiecuję sobie, że nasza znajomość przerodzi się z czasem w zażyłość. Po prostu wyjaśniam panu, do czego zmierzamy, czemu ma służyć osłabianie pańskiej woli, kolejne amputacje, zadawanie...

– Co ty bredzisz?! Jakie kolejne amputacje?!

– Owszem, będą, ale już bez znieczulenia. Zamierzam je przeprowadzać do skutku, czyli dotąd, aż przychyli się pan do mojej prośby. Zależność jest nieskomplikowana: w wypadku braku zgody na śmierć Anny i Talii pozbawię pana części ciała i poproszę o to jeszcze raz. Naprawdę tylko poproszę, nawet nie natarczywie. A potem wszystko powtórzymy. Nie wiem, ile razy, to się okaże. Gdy po którejś amputacji otrzymam zgodę... bo chyba ją otrzymam, prawda?... – spojrzał badawczo – ...zostanie pan uwolniony oraz zachowa resztę ciała. A ile pan go wcześniej straci, to już zależy od pańskich decyzji, przyjacielu. Proszę pamiętać, że życie Anny i Talii jest w pana rękach, a dokładniej... w głowie. Zginą bowiem w dniu, w którym wyrazi pan na to zgodę, by uratować siebie. Tę resztę siebie, która pozostanie... Dlatego konieczny jest refleks. No – zachęcił go uśmiechem – na pewno wszystko pan zrozumiał.

Sem słuchał jak zahipnotyzowany. Niewiele było trzeba, aby go przekonać, że to sen. Elegancja słów Hellerta, jego uprzejmość były najwyższego sortu. Choć to nieprawdopodobne, Hellert całkowicie kontrolował sytuację i czynił wrażenie, że zna ich życie od podszewki. Nawet zdrobnienie imienia Natalii wymawiał tak naturalnie, jakby co dzień spędzał z nią czas na zabawie. Trudno było pojąć, w jaki sposób ów człowiek potrafił zorganizować całą tę szopkę i po co. Ale jeśli łatwo poradził sobie z nim, cóż dopiero...

– Gdzie one są? Gdzie je przetrzymujesz?!

– Spokojnie... – Hellert delikatnie dotknął jego piersi, palce miał miękkie i ciepłe, dobrotliwe. – Wszystko po kolei i w swoim czasie, bo zrobi się bałagan. Najpierw musimy odciąć tę stopę, musimy uzyskać właściwą relację w naszych rozmowach.

Sem poczuł ścisk gardła, ale już zrozumiał, że jeśli spanikuje, one nie przeżyją, że musi być niezłomny i obojętny na szantaż, jakikolwiek. W kłębowisku myśli, które nim targały, to był jedyny dobry drogowskaz. Wykręcił głowę do ściany, aby Hellert nie widział jego twarzy, i wycedził:

– Może i jest coś w twojej teorii o bezradności golasa, ale na sukces nie licz.

– Dlaczego?

– Bo go nie będzie!

Przez sekundę oczy Hellerta uśmiechały się do jakiejś myśli.

– A zatem, panowie, jesteśmy gotowi. Rozpoczynamy demontaż – oznajmił i zabrzmiało to jak uroczysta formuła. Skinął na Eda, a ten starannym ruchem odsłonił narzędzia; rola instrumentariusza najwidoczniej bardzo mu odpowiadała.

– Xytalenu nie używa się dziś w oficjalnej chirurgii. Kiedyś jednak był dopuszczony do stosowania, ale tylko w szpitalach polowych, przy dużej ilości rannych. Później zaprzestano i tego. Raz użyty jest nieszkodliwy, pomijając indywidualne reakcje. Kilkakrotne użycie grozi miejscowym paraliżem, a bywa, że... zgonem.

Sem z respektem spojrzał na żółty flakon, który Hellert właśnie otwierał.

– Za to ma wspaniałe właściwości znieczulające, wystarczy opędzlować odpowiednie miejsce. W kilka minut preparat się wchłania, dając lokalne znieczulenie, nawet dwugodzinne. Oczywiście stosować go można tylko przy operacji kończyn, z dala od serca i ważnych narządów. Xytalen jest przy tym środkiem antyseptycznym, co znakomicie ułatwia pracę chirurga, a w tych tutaj warunkach jest wręcz niezastąpiony. Pacjent naturalnie zachowuje świadomość.

Świadomość pacjenta tymczasem ogarnęło przerażenie na myśl o tym, że za chwilę zostanie inwalidą. W trzydziestym drugim roku życia. To działo się naprawdę. Musiał natychmiast coś zrobić, każda sekunda bezczynności była marnotrawstwem, którego skutki jawiły się katastrofalnie. Hellert wyraźnie przekroczył już czterdziestkę, wyglądał niegroźnie, ciało miał pulchne, miękkie, nie w pełni męskie. Sem żałował teraz możliwości zaprzepaszczonych w furgonetce – będąc z nim sam na sam, gołymi rękami, nawet bez podnoszenia tyłka z ławki, mógł go choćby zadusić. Ed natomiast wyglądał na osiłka, lecz sylwetkę miał nieforemną, jakby przypadkowo posklejaną z rąk, nóg i czerstwego kadłuba. Z nim byłoby znacznie trudniej.

– Skalpel! – polecił Hellert i Ed rozpoczął swoją ceremonię; sięgnął po narzędzie z pietyzmem, którego nikt, przy jego fizjonomii, nie mógłby się spodziewać.

Sem, widząc ostrze, stracił nad sobą kontrolę i szarpnął się rozpaczliwie. Rzemienie zatrzeszczały, lecz pozycja ofiary nie zmieniła się nawet o centymetr.

– Nie rób tego... – stęknął. Czuł, że wargi i język nie są mu posłuszne, że ogarniają je jakieś dodatkowe skurcze. – Ja... ja... żadnej zgody ode mnie nie uzyskasz! Nigdy!

– Dobrze – ugodowo odparł Hellert. – Będziemy o tym mówić, ale po amputacji.

Sem robił wszystko, żeby opanować spazmy brzucha i ud. Bardzo się na tym skoncentrował. Znieczulenie działało tak idealnie, że ostrego narzędzia nawet nie poczuł. Krwi było dużo, lekarz sprawnie osuszał ranę tamponami, zakładając jednocześnie zaciski na większe naczynia.

– Zgnijesz, sukinsynu, w lochu! Zgnijesz... – jęknął Sem i opuścił głowę na stół. Omdlała mu już szyja, a zresztą nie chciał dalej na to patrzeć.

– W lochu, mówi pan? Proszę nawet nie myśleć o takich rzeczach. Wszystko jest doskonale zorganizowane. Niemożliwa jest ucieczka stąd ani skontaktowanie się z kimkolwiek i w jakikolwiek sposób. Mój eksperyment przeprowadzam profesjonalnie, mimo skromnych warunków. Niepotrzebnie pan traci czas, energię i niepotrzebnie się rozprasza. Sądzę, że po drugiej amputacji zacznie pan wreszcie myśleć rozsądnie. Ja nie jestem amatorem.

I Sem uświadomił sobie z całą jasnością, że to prawda. Sposób, w jaki wywieźli ich z domu, dowodził tego aż nadto dobitnie. Ed, w mundurze policjanta, czekający przy furgonetce, nie wzbudzał niczyich podejrzeń. Hellert był równie wiarygodny, okazał jakąś legitymację i podał się za komisarza policji. Trudno było nie wierzyć, że prowadzi śledztwo, skoro włamanie do sąsiedniego domu rzeczywiście miało miejsce dwa dni wcześniej. W komisariacie policji, znajdującym się o kwadrans jazdy samochodem, przetrzymywano już, jak twierdził fałszywy policjant, włamywaczy i teraz proszono sąsiadów o konfrontację oraz identyfikację skradzionych przedmiotów. Wąsaty oficer w cywilnym ubraniu był bardzo uprzejmy. Zapewnił, że Sem oraz jego piękna żona są tam niezbędni, a wszystko potrwa chwilę i zaraz zostaną odwiezieni do domu. Oczywiście mogli zabrać Talię, która pewnie bałaby się zostać sama. Mała, zachwycona szykującą się wyprawą do tak niezwykłego miejsca, nalegała jeszcze bardziej niż elokwentny policjant.

– Bo to chyba nie jest groźne, tatusiu, prawda? – spytała. Zawsze musiała to wiedzieć. Przerwał rozmowę z policjantem i spojrzał na wyczekujące na odpowiedź dziecko.

– Nie, niegroźne.

Dziewczyny już wyszły, gdy komisarz zręcznie zatrzymał Sema kilkoma uprzejmymi słowami. Wtedy odwrócił się od okna – i więcej ich nie widział.

Dochodziła dwunasta. Czasu do spotkania zostało jeszcze sporo, dziś płynął wyjątkowo powoli. Sem przejechał dłonią po szorstkiej brodzie – pomyślał, że powinien się ogolić i jakoś przygotować do podróży. Dzień był słoneczny, światło pięknie przelewało się po bruku, lubiło takie struktury. Spędzał przed oknem wiele godzin każdego dnia, od tygodni. Czasem rozważał, jak dalece niebezpieczne jest zło z elementami dobra i jak dalece zdradliwe jest dobro z elementami zła. Nieważne, czy kontemplacja i patrzenie w okno miały sens – tak chciał i tak musiał, zresztą nikt nie pytał go o sens tego, co robi. Poza tym miał nadmiar własnych pytań, dziesięć razy więcej niż odpowiedzi. Aż w końcu przyszedł dzień, na który czekał. Nigdy nie wątpił, że to nastąpi, przeciwnie, był niezłomnie przekona­ny, że kiedyś znów stanie z Hellertem twarzą w twarz. Inaczej być nie mogło. Ale teraz, śledząc wskazówki zegara, ledwie wierzył, że stanie się to już za godzinę.

Hellert zawsze był idealnie ogolony; albo był typem pozbawionym zarostu. Kiedy założył opatrunek, Sem w dalszym ciągu nie czuł bólu. Kończyna sprawiała na nim wrażenie przyklejonego kawałka drewna. Uniósł głowę... Nogi były dziwne, nierównej długości, więc w pierwszej sekundzie brak symetrii wytłumaczył sobie ich niejednakowym odczuwaniem. Ale zaraz potem prawda stała się oczywista. Lewa noga, przerażająco różna od prawej, zakończona była opatrunkiem, którego kształt wykluczał szansę, że kryje się pod nim stopa. Wpatrywał się naprzemiennie to w jedną, to w drugą kończynę, jak gdyby chciał w masochistycznym transie nasycić się okrucieństwem tego widoku. Dopiero po chwili jego rozbiegane oczy spoczęły na szklanym stoliku: stopa leżała na półce, w misie. Była zadziwiająco blada, co tym silniej kontrastowało z zakrzepłymi ciemnowiśniowymi kluchami krwi. Patrzył zaskoczony jej obłym kształtem, tym bardziej niezwykłym, że nie towarzyszyła mu długa dźwignia reszty kończyny. Palce, paznokcie, pięta, które dobrze znał, nie należały już do niego. Były obce.

– Uporządkuj wszystko – polecił Hellert. – A to zapakuj i do lodówki.

Instrumentariusz, kiwnąwszy głową, poprowadził wózek z ak­­­ce­­­soriami w stronę drzwi. Ranga wykonywanej pracy nadała jego ruchom wielką powagę. Hellert otaksował spojrzeniem kikut i całość swojej roboty, po czym zdjął rękawiczki.

– Jeszcze przez godzinę nie będzie pan czuł bólu. Proszę to dobrze wykorzystać i spróbować zasnąć. Chciałbym, by był pan w dobrej kondycji. – Zgasił wiszącą lampę, której światło dokuczliwie raziło oczy Sema. – Wrócę za kilka godzin i porozmawiamy. A teraz... dobranoc.

Wyszedł. Chwilę później, posapując, zjawił się Ed z kocem pod pachą. Pochylił się nad Semem i starannie go przykrył. Był przy tym bardziej delikatny od Hellerta.


2. Trawa

Sem otworzył oczy na dźwięk zbliżających się kroków.

– No i jak? – Hellert podszedł bliżej. – Jak się pan czuje?

Za jego lewym ramieniem, zgodnie z etykietą asystenta, podążał Ed. Gdy obaj mężczyźni zatrzymali się przy stole, Hellert ujął nadgarstek chorego, a powaga tego gestu, niewątpliwie wymagana przy manualnym mierzeniu tętna, rozzłościła Sema.

– Nic, tylko prawdziwy obchód lekarski – warknął. – A termometru w tyłek mi nie wsadzicie?

Chirurg ze spokojem dokończył badanie.

– Bardzo dobrze. I nawet gorączki pan nie ma. Tylko się cieszyć.

– Toteż się cieszę!

We trzech równocześnie spojrzeli na opatrunek. Któryś ze szwów musiał puścić, bo po lewej stronie pojawiła się brunatna plama.

– To nie ma znaczenia – uspokajał lekarz. – Czy dobrze się pan wyspał?

– Jak to nie ma znaczenia, przecież krwawię!

– Opatrunek jest tymczasowy. A znaczenia nie ma dlatego, przyjacielu, że za chwilę amputujemy wyżej. Przy czym bardzo mi zależy, aby pan świadomie, a nawet aktywnie uczestniczył w naszym eksperymencie.

– Aktywnie? To co, mam podsuwać nogę pod skalpel?!

Hellert wydawał się przygotowany na takie reakcje.

– Wiem, jak się kochacie... – zaczął ni z gruszki, ni z pietruszki, ale kontekst tych słów stał się zrozumiały już chwilę później. – Wiem, jaką stworzyliście z Anną parę, a potem rodzinę. To, że kobieta i mężczyzna, by zbudować rodzinę, muszą wpierw zbudować sobie szczęście, jest oczywiście banałem. Ale też banały idą w parze z wielkimi prawdami, więc niektórzy mylą je ze sobą. Szczęście dwojga ludzi jest zbiorem oddzielnych rysunków, które należy złożyć w skończony obraz. To poczucie przynależności, wzajemna fascynacja erotyczna, wspólnota celów, tolerancja... Już dwa takie elementy mogą zdecydować o sukcesie małżeństwa, panu zaś udało się osiągnąć coś w rodzaju ideału. Mam dziwną pewność, że pan to wszystko zauważył i docenił na czas. Ludzi w ten sposób obdarzonych jest sporo, lecz większość nie ma świadomości posiadania skarbu. Gdyby pan okazał się jednym z nich, nie wybrałbym pana. I nie ceniłbym.

– Dzięki.

– Pana żona i córka – Hellert zignorował sarkazm – pozostają pod moją opieką. Na razie nie wiedzą, co się z panem dzieje ani też co je ewentualnie czeka. Będą żyć, dopóki nie wyda pan na nie wyroku. Ja jednak wyczuwam... mało, spodziewam się, że moje naciski nieprędko przyniosą efekt.

– Nigdy go nie przyniosą!

– Tym lepiej. Jak pan zapewne pamięta, jestem neurochirurgiem. Swego czasu pasjonowałem się człowiekiem jedynie od strony somatycznej, a byłem prymusem. Organizm człowieka im poznawany głębiej, tym bardziej okazuje się fascynujący. To nie tylko precyzyjna maszyna, samowystarczalny ustrój, w którym funkcja i forma są idealnie ze sobą zespolone. To również filozofia natury, filozofia tak samo piękna, jak bezwzględna. Piękna, bo wyższa od naszej, ludzkiej, a bezwzględna, bo wcale nas nie faworyzuje, raczej traktuje jak element większej i ważniejszej całości.

Ed tkwił na dawnym miejscu, trudno było wierzyć, że rozumie mistrza w pełni, ale wyglądało na to, że nie ma żadnych wątpliwości. Poprzestawał na aprobującym wyrazie twarzy, mimo że mógł przecież wykorzystać pauzę, którą zrobił Hellert, na odchrząknięcie i dodanie od siebie: „No właśnie!”.

– Poznawanie człowieka tylko od biologicznej strony jednak nie wystarcza. Byłoby dziwne, a w każdym razie pozostawiałoby niedosyt, gdyby ciało człowieka stanowiło sztukę już ­skończoną, było celem samym w sobie. Otóż zapewniam pana, że ciało, choć tak wspaniałe, jest jedynie korzeniem łączącym nas z materią. I to korzeniem uciążliwym. Dziewięćdziesiąt procent potencjału współczesny człowiek zużywa na obsługę własnej fizyczności, nie do końca natomiast wie, co począć z sobą podstawowym, świadomym, jak zagospodarować duchowość, najpierwszą strukturę ludzkiej istoty. Ten niezagospodarowany obszar potrafimy jedynie omotać dziwacznymi prawidłami zwanymi etyką, czyli kłębem wzajemnie wykluczających się zaleceń. Krępują one ducha i umysł, a mnie irytują, hamują, zabierają cenny czas. Wszystkim nam zabierają czas.

– Mów za siebie.

– Niestety, nie tylko pan tego nie rozumie. Skrępowany, po­z­­bawiony swobody duch człowieka musi w tej sytuacji zejść do podziemi, do podświadomości. Właśnie tam, na dnie jaźni, we­getuje prawdziwe oblicze każdego z nas, prawdziwe, ale stłamszone, nieaktywne. Są ludzie, którzy pół życia muszą przemaszerować, by je w sobie dostrzec. Inni nie znajdują go wcale. Jest przykurczone, zmarszczone, a od siedzenia w ciemnościach ślepe, mimo to najprawdziwsze, pradawne. Ono daje siłę do dokonania najtrudniejszych wyborów, ono kreuje walkę, napędza dążność. Ono wreszcie potrafi wyzwolić determinację, by zabić innego człowieka. Ktoś, kto nie zabił innej ludzkiej istoty, nie wie o sobie wszystkiego.

Umilkł i wypatrywał czegoś w oczach Sema. Nie wiadomo, czy to znalazł, ale po krótkim zastanowieniu kontynuował:

– Są sytuacje, w których ową wewnętrzną twarz samego siebie dostrzegamy wyraźniej niż kiedykolwiek. Można powiedzieć, podchodzimy do niej na krok. Następuje to wówczas, gdy człowiek walczy z przeszkodami na granicy swoich możliwości. Ekstremalne sytuacje uaktywniają prawdziwy, indywidualny obraz człowieka, odkrywają samo jego jądro. Pozwala­­ją mu skierować się do wewnątrz, zauważyć, że tam, w głębi, dokąd już nie dochodzą dźwięki dnia powszedniego, tkwi pradawna świadomość. Jest nieruchoma, ale żywa, tylko własna. Ja ją – ściszył głos – badam. Prawdziwie i rzetelnie, swoimi metodami.

– Na mnie? – Sem nie czuł się zaszczycony.

– Również.

– I to ma być ten twój eksperyment?

– Nasz. Pan wnosi weń wielki wkład, choć ja nadaję mu kierunek, ja wytyczam cele.

– Przecież to absurd! Będziesz mnie kroił kawałek po kawałku i obserwował, co wytrzymam, a czego nie? Czy zauważę jakąś drugą gębę w swojej psychice?

– Będę wypatrywał różnych momentów, bo to proces, ale teraz akurat czekam na chwilę, w której pan się załamie. Przewiduję dwa etapy eksperymentu, ten jest wstępny i krótki, najwyżej kilkudniowy. Drugi będzie dłuższy, ale i o wiele ciekawszy. Tu, na stole, wytyczam cele ja. Dalej wytyczy je pan samodzielnie.

– To bez sensu. A jeśli powiem, że mam dosyć, że poddaję się i zgadzam, pójdziesz je zabić? – Sem chciał go wypróbować. – Odważysz się?

Hellert na kilka długich sekund pozostawił leżącego bez odpowiedzi. Nagle pochylił się i zajrzał mu z bliska w oczy. Patrzył tak, jakby wzrokiem potrafił prześwietlać myśli Sema, zanim jeszcze dojrzeją. Docierał w najgłębsze zakamarki jego jaźni, przebijał się przez dymne zasłony heroizmu, by odnaleźć na samym dnie strach. Tu właśnie chciał trafić i trafił. Sem cały skamieniał w środku, licząc, że Hellert nie zobaczy dwóch bezbronnych postaci o jasnych włosach, które w głębi tego strachu ukrywał. Patrzyli na siebie, lecz Sem nie powtórzył już tamtego pytania – znał odpowiedź. Drżącym głosem zadał inne:

– Gdzie je przetrzymujesz? Chcę wiedzieć...

Hellert wyprostował plecy.

– Są bardzo blisko, całe i zdrowe. Nasz eksperyment byłby prymitywny, gdyby polegał jedynie na krojeniu, jak to pan określił. Muszę dokonać tych amputacji, aby osiągnął pan właściwy poziom odczuwania, nie są one jednak moim celem ani nawet główną metodą mojego doświadczenia. Są tylko środkiem, wstępnym etapem, zapewne dla pana dokuczliwym, ale proszę mnie dobrze zrozumieć. Aby dostać się do rzeczywistej osobowości człowieka, muszę najpierw przebić cielesne okowy. Bez bólu się nie obejdzie. Lecz ja nie badam odporności na ból. – Zaprzeczył kategorycznym ruchem dłoni. – Ja ­demontuję i analizuję trudno dostępne pokłady psychiki, zależności emocjonalne, z których na co dzień zwykły człowiek nie zdaje sobie sprawy.

Sem zamknął oczy. Zimne światło jarzeniówek sprawiało, że wydawał się bardzo blady. Hellert, obserwując go, powiedział rzecz niezwykłą:

– Jest pan młodym, pięknie zbudowanym mężczyzną. Szkoda byłoby stracić takie ciało...

– Mnie też jest szkoda – odparł, ale oczu nie otworzył – bo mam je od samego początku.

– Wybornie! Myślę, że zostaniemy przyjaciółmi. No, ale już czas... Ed! – zwrócił się do pomocnika.

Nie minął nawet kwadrans, gdy Sem znów leżał w snopie światła. Ed wywiązywał się nienagannie z obowiązków instrumentariusza, pielęgniarza, salowego i operatora wszystkiego, co na kółkach. Sprawiał przy tym wrażenie dziecka, które upo­do­­bało sobie nową zabawę, może nie do końca zrozumiałą, za to nad wyraz frapującą. Stał obok Hellerta gotowy do działania i czekał na polecenia. Przez moment trwali w bezruchu, tak jakby coś wisiało w powietrzu.

– Dobrze... – Hellert przerwał ciszę. – Za chwilę straci pan lewą nogę, już w całości. Ale proszę być spokojnym, będę czuwał nad pana bezpieczeństwem, będę staranny. Wiem, że moje pytanie jest retoryczne, muszę je jednak...

– Nigdy tego ode mnie nie usłyszysz! Rozumiesz? Nigdy!!!

– Ale ja w każdej chwili mogę je zabić, nikogo nie pytając o zgodę. Chodzi tylko o to, aby pan sam powiedział, że się zgadza, żeby to przeszło przez pana usta, a więc przez myśli, przez serce. Zgadzając się, zachowa pan zdrowie i ciało. Bez jednej stopy można świetnie żyć, są protezy podudzia, które pozwalają biegać, wspinać się na drzewa.

– Dzięki, nie jestem małpą... – odburknął, maskując strach. I były to ostatnie słowa, które wypowiedział, mając jeszcze obie nogi.

Tym razem znieczulenia nie zastosowano. Już sama świadomość tego faktu wystarczała, by porzucić trzymanie fasonu i krzyczeć. Ale Sem milczał jak buntownik, nie zamierzał się poddać nawet pod tym względem. I nie chodziło o pozę – on taką niezłomnością wzmacniał swoją wolę i potwierdzał determinację. Klatka piersiowa unosiła mu się spazmatycznie, lecz zagryzione usta tamowały drogę wszystkiemu, co próbowało się z nich wydostać.

Ogień pierwszego cięcia pokazał, o co naprawdę toczy się gra. Poprzedni zabieg, pozbawiony bólu, przykry był tylko dla świadomości, dokuczał wizją życia w kalectwie. Teraz było inaczej. Teraz wszystko było inaczej. Skalpel z łatwością ciął napięte mięśnie, które natychmiast ustępowały, wiotczały. Żar przepalał udo i poprzez brzuch wdzierał się do piersi, do gardła. Więzy trzymały Sema w zażartym uścisku, był jak motyl przyszpilony do tablicy – i to rozochocało ból.

Hellert okazał się doskonałym fachowcem, praca szła mu sprawnie, ale duma z efektów pojawiała się głównie na twarzy Eda. Chirurg pozwalał mu tylko na podawanie narzędzi i z rzadka dopuszczał do pola operacyjnego, ale udział asystenta wydawał się rzeczywiście nieodzowny.

Sem nie krzyknął nawet raz, choć czasem jęk wydobywał się przez zaciśnięte zęby. Walczył z samym sobą, walczył na śmierć i życie. Gdyby nie więzy, strzeliłby w górę jak wyzwolona sprężyna. Czuł, że ten niemożliwy do udźwignięcia ciężar wgniata go, wpycha w jakąś malutką przestrzeń, która była nim samym. I jak tam, w środku, jego własny głos – rozsierdzony, a przez to obcy – strofuje go, że tu wtargnął, że się godzi na takie cierpienia. Odbił się ze wszystkich sił, by wypłynąć na powierzchnię. Gdy otworzył oczy i zalało je światło lampy, zrozumiał, że od wielu sekund nie oddychał. Bo twarda od wysiłku przepona i mięśnie korpusu nie miały nawet grama wolnej energii dla pracy innej niż przezwyciężanie bólu. Rozluźnił brzuch, odetchnął łapczywie i od razu poczuł satysfakcję, że wytrzymał.

– Naprawdę – rzekł Hellert – jestem pełen podziwu. Nie wziąłbym przecież za słabość krzyku, który pan dał radę tak skutecznie opanować.

– Nie jestem pierworódką, by się drzeć!

– Racja... – Hellert sięgnął po srebrzyste narzędzie, którego Sem dotąd nie widział.

– Do czego ta piłka?! – zacharczał więzień.

– Do przecinania kości.

– Ale poprzednio nie było żadnego piłowania!

– To prawda. Poprzednio przeciąłem torebkę stawu skokowego, przeciąłem ścięgna i rozdzieliłem obie części kończyny. Rozumie pan? Teraz nie mogę tego powtórzyć, to znaczy, nie mogę wyłuskać głowy kości udowej z panewki stawu biodrowego. Muszę przeciąć kość niżej.

– Dlaczego?!

– Miałby pan w przyszłości problem z utrzymaniem pozycji siedzącej. Po ostatnich pana wyczynach można wnioskować, że drugą nogę też usuniemy. Dlatego zostawię kawałek kości udowej i część uda, które przedłuży niejako pośladek, tworząc płaszczyznę umożliwiającą prawidłowe siadanie. To konieczne dla pańskiego dobra.

– Dzięki. Jesteś ludzki... sukinsynu!

– Nie ukrywam, że będzie bolało. Środków uśmierzających, jak mówiłem, już nie zastosujemy. Odwagi, przyjacielu! Ten ból i każdy następny przeżyje pan niejako osobiście.

Odsunął się od stołu, aby zrobić miejsce Edowi; ten starannie sprawdził i docisnął każdy pas. Rzemień trzymający brzuch zaciągnął tak mocno, że Sem stęknął, z trudem łapiąc oddech.

– Nie ponawiam pytania o pańską decyzję – oznajmił Hellert – bo od kilku minut ta noga jest już stracona. Odsłoniłem kość, pozamykałem naczynia, przeciąłem nerwy, więc... już do pana nie należy.

Ed kiwnął głową na znak, że więzy prawidłowo trzymają ciało ofiary i można rozpocząć piłowanie.

– Włóż nowe rękawiczki! – polecił Hellert, nie odwracając oczu od Sema. – Teraz poczuje pan coś w rodzaju szorowania. Chociaż odbiór takich wrażeń jest rzeczą indywidualną.

Jak długo trwało przecinanie kości, Sem nie umiał okreś­lić, gdyż nie doczekał końca. Ostrze piłki faktycznie dawało wrażenie szorowania, przenikliwego, które wibracjami przechodziło na cały kręgosłup, które czuł w zębach i skroniach. Potem poczuł uderzenie pioruna w główne wiązki nerwów... i odpłynął. Ale tylko na kilka sekund, bo zaraz oprzytomniał. Ten sam ból z łatwością gasił mu świadomość i natychmiast go cucił. Nim Hellert ostatecznie pokonał najtwardszy element kończyny, pacjent omdlewał jeszcze dwulub trzykrotnie, wracał i ginął, nie potrafiąc odróżnić minut od godzin.

Zegar uporał się wreszcie z połową dnia i spychał teraz wskazówki na drugą stronę tarczy. Sem ocenił w lusterku wygląd ogolonej twarzy i krawata, który założył. Wszystkie krawaty kupiła mu Anna – to była jej prawdziwa słabość, choć przy lada okazji z ironicznym uśmiechem oznajmiała, że kupowanie krawatów to nawyk drobnomieszczańskich żon. Dociągnął węzeł, tkanina była miękka, elegancka, z przyjemnością dotykał jej palcami.

Wspomnienie Anny, choć żywe, zagłuszała dominująca nad wszystkim myśl o zbliżającym się spotkaniu z Hellertem. Znów spojrzał na zegarek, od dwóch godzin najczęściej oglądany przedmiot, ale wskazówki wędrowały do przodu ślamazarnie. Wkładając marynarkę, pomyślał, chyba nawet z pewnym rozbawieniem, że ostatnio nie ubierał się w ten sposób – przywykł już do pomiętych koszul i kilkudniowego zarostu. Prawdę mówiąc, więcej uwagi poświęcał teraz oknu niż pielęgnacji twarzy, mył je często i dokładnie, choć stan fizyczny, w jakim się znajdował, zmuszał go przy tej pracy do szczególnego wysiłku. Coś leżało na podłodze obok fotela, schylił się po ten przedmiot. Zdjęcie Anny – patrzyła spokojnie, bez uśmiechu, prosto w jego oczy. Lubił tę fotografię i nosił w kieszeni właśnie przez pewien łagodny smutek, który osiadł w tamtej ­chwili na jej ustach. I lubił patrzeć na jej włosy. Ich obfitość, wiedział to doskonale, brała się nie z samej ilości, ale z całej gamy słonecznych barw, które ożywały i gasły przy każdym ruchu jej głowy. Zrozumiał to któregoś dnia, gdy stała przed lustrem – dopiero co wymknęła się z łóżka i jej ciepło tliło się jeszcze w pościeli. Próbowała rozpierzchłe jasności uładzić, ale nie było to potrzebne. Pomyślał wtedy, że mogłaby ich nigdy nie czesać, nigdy nie poprawiać.

– No co? – zauważyła jego maślane spojrzenie. Rozmazał na twarzy głupawy uśmiech i bąknął:

– Oświetlają ci policzki, nie ruszaj...

Schował zdjęcie do kieszeni. Znów zawiesił wzrok na bruku – i czekał dalej. Wspomnienia czaiły się po kątach wystyg­łego domu, były jak narkotyk, nadchodziły falami.

– Gotowe! Możesz ją odwiązać – ogłosił Hellert i te słowa ocuciły Sema na dobre.

Ed szarpnął rzemienie opasujące nogę, ale klamra mocno trzymała swoją zdobycz; osiłek chwycił łydkę ze zdwojoną siłą i ponowił próbę. To zabolało.

– Puść... – jęknął kaleka.

Tamten nawet nie mrugnął, robił swoje bez pośpiechu. Paluchy miał bezlitosne, a Sem cierpiał, jakby ktoś kopał go w łydkę traperskim butem. Ed uniósł odciętą nogę wysoko i... odłożył ją na wózek. Prawie na całej długości poplamiona była krwią i wyła z bólu. Opatrunek w okolicach kostki, pozostałość z poprzedniej amputacji, przedstawiał się teraz żałośnie.

Hellert z troską spojrzał na świeżo upieczonego inwalidę.

– Nie zimno panu?

– Nie wiem, chyba trochę. Ta noga boli...

– Cierpliwości! To jeszcze potrwa, muszę wykończyć kość, zszyć... – Skinął na Eda. – Przykryj pana starannie. Ból fantomowy po odciętej nodze jest naturalny, proszę się nim nie przejmować. Bywa, że pacjent miesiącami czuje amputowany fragment ciała. Jestem mile zaskoczony pańską postawą, choć jednocześnie oczekiwałem przecież, że pan wytrzyma i się nie podda. Gratuluję! W każdym osobniku zakodowany jest od milionów pokoleń instynkt samozachowawczy i on w pana głowie również się kotłuje. Wciąż o sobie przypomina. A ja przypominam panu – proszę jasno i jednoznacznie wyrazić zgodę, bym mógł je zabić, a odzyska pan wolność.

Pochylony nad kikutem Hellert przygotowywał igłę i nici, rozmowa nie przeszkadzała mu jednak w robocie. Sem obserwował jego plecy; pod napiętym materiałem kitla nie rysowała się linia kręgosłupa, zapewne z powodu lekkiej otyłości. Było w tym coś nieestetycznego. W zasięgu rąk Sema leżały narzędzia, czyste na tacy, zakrwawione niżej, w misie. Nie miał ­możliwości sięgnięcia po żadne z nich, ale wybrał wzrokiem jedno, którym mógłby się posłużyć. Potem wyszukał odpowiednie miejsce na pochylonych plecach... Poczuł obrzydliwość tej myśli – i pragnienie wcielenia jej w życie. Trwało to dwie sekundy, ale przez te dwie sekundy na pewno by to uczynił – gdyby tylko miał taką możliwość. Nie roztrząsał, czy postąpiłby w zgodzie z sobą, tym zwyczajnym, czy tym wewnętrznym, ukrytym na jakimś tam dnie. Myśl, że mógłby Hellerta zadźgać, była podobna do wyobrażenia, że rozgniata bosą stopą uciekającego karalucha. Nawet poczuł ulgę, że nie ma wyboru, że jest skrępowany. Potem odwrócił twarz i długo patrzył w chropowatą ścianę, bo chciał uciec od widoku pleców swego oprawcy i całego tego pomieszczenia.

– Szycie to błahostka przy tym, co przeżył pan wcześniej. Sądzę, że nawet nie poczuje pan bólu. Instynkt samozachowawczy już sam w sobie jest interesujący, ma niezależne dojścia do centrum zawiadywania wolą i natarczywie podpowiada, aby wszystko rzucić, zdradzić, zawieść, byle ratować siebie. Ma określone wspólne obszary z tchórzostwem, lecz przecież to czysta fizjologia. Na dodatek posiada niezwykłą właściwość – może zostać scedowany na innego osobnika, na kogoś ważnego. I wtedy nakazuje chronić go bardziej niż siebie, kosztem swojego życia. W przyrodzie to fenomenalne zjawisko obserwujemy u samic walczących w obronie potomstwa, które są tak zdeterminowane, że ignorują własne zagrożenie. Chyba pan nie wątpi, że zwierzęta i ludzie mają podobne instynkty? Ja twierdzę, że wręcz identyczne.

Adresat owego wykładu nie odklejał wzroku od ściany, oddychał częściej i głębiej niż przed chwilą. Faktycznie, ból szycia był przy wcześniejszych cierpieniach niczym. Męczyło go za to wrażenie, że ukłucia czuje w innym miejscu, niż się tego spodziewał.

– Odciągnij to w swoją stronę, muszę mieć lepszy dostęp. – Hellert zwrócił się do pomocnika. – I trzymaj, bo jest śliskie.

Sem poczuł uszczypnięcie w okolicy rany, ale ból dało się jakoś znieść. Precyzyjna, a przy tym bardziej niż zwykle odpowiedzialna robota zdeprymowała Eda i jego łapska nie spisały się najlepiej. Tak przynajmniej uznał chirurg.

– Nie bój się, nie zepsujesz! Później i tak to odetniemy – pouczył go. – Chwyć jeszcze raz, mocniej, duże dłonie nie wy­kluczają precyzyjnego działania. Jedyne, co dyskwalifikuje chirurga, to lęk, że coś zepsuje. Rozumiesz? Załóżmy, że przecinasz żyłę w pobliżu serca pacjenta. Jeśli będziesz myślał, że zrobisz go kaleką albo zabijesz, to nie zostaniesz dobrym operatorem. Przecinaj żyłę, jakbyś naprawiał dopływ wody do zlewozmywaka. Miej świadomość, że pomyłka oznacza co najwyżej zalanie mieszkania, czego przecież byś nie chciał. To są zwyczajne przewody, dźwignie, komory, mechanizmy, jakich wiele dookoła. Wystarczy, jeśli będziesz staranny... Spróbuj jeszcze raz – nie zirytowała go kolejna nieudana próba Eda.

Uczeń zmobilizował się, chwycił wskazane miejsce całą dłonią. I to już naprawdę zabolało. Hellert, chcąc chyba wyprzedzić reakcję Sema, zwrócił się do niego:

– Operator musi mieć chłodne oczy i bezduszne dłonie. Chcę panu powiedzieć, że ja dzięki takiemu podejściu zrobiłem błyskawiczną karierę chirurga. Na moim stole zeszło, o ile pamiętam, tylko dwóch, może trzech pacjentów. Ale ci, których wyleczyłem, patrzyli później na mnie jak na boga, choć ja patrzyłem na nich jak na mechanizmy. Lubiłem popsute mechanizmy, ale po naprawieniu przestawały mnie interesować. Natomiast sam widziałem pracę kilku chirurgów, którzy cofali rękę ze skalpelem i mówili: „Jeśli to usunę, on nigdy już nie będzie normalnie żył”. Robili przez to błędy, nie osiągali pełnej skuteczności. A wracając do tematu... Dwie rzeczy mają w naszym eksperymencie kluczowe znaczenie – instynkty oraz motywacje. Manipulując oboma parametrami, można wiele osiągnąć. Motywacje należy tak kształtować, aby badany z trudem dokonywał wyboru, lecz nie mógł się od wyboru uchylić.

– Czyli szantaż! – Sem nie wytrzymał. – Po co tu piękne słowa!

– Szantaż? To salonowy zwrot. Daleki od meritum, a bliski egzaltacji. Ale skoro pan woli... Trzeba wiedzieć, że argument motywujący ma charakter jednorazowy i przestaje działać, gdy badany zrobi to, o co nam chodziło. Aby więc wywierać nacisk na kolejne wybory, trzeba mieć kolejne argumenty, których wyczerpanie oznacza upadek eksperymentu. Zrozumie pan, w czym rzecz, bo ja argumentów nie wyczerpuję nigdy.

Sem jęknął, gdyż ból odżył nagle jak zdradliwy niedogaszony pożar, gryzł ostro i głęboko. W jednej chwili przybrał postać stutonowego smoka o takiej sile szczęk, że ciało Sema zmiękło niczym kłębek szmat. Najchętniej znów by zemdlał, ale limit na dziś został chyba wyczerpany. Jedna myśl budziła w nim wiarę i umożliwiała przetrzymanie tego piekła: świadomość, że ratuje dwa najcenniejsze dla siebie życia, że jego cierpienie ma sens, tak wielki, że ból momentami stawał się znośny. Nagle bardzo do nich zatęsknił. Tuż pod powiekami zobaczył ich głowy, ich włosy, jednakowo jasne, jednakowo słoneczne, jakby ktoś polał je ciepłem brzasku. Za żadne skarby nie chciałby teraz stracić sprzed oczu tego obrazu, bawił się nim, cieszył jak dziecko, pieścił. Dopiero po jakimś czasie zdobył się na wysiłek i zadał pytanie:

– Dokąd to obcinanie będzie trwać? Gdy zabraknie nóg, to...

– Tak, to jest pewien problem – odparł Hellert. – Nie jest pan moim pierwszym obiektem, miałem już takiego człowieka, z którym dotarłem niemal do granicy możliwych amputacji, a on się nie poddawał. Nie można w nieskończoność redukować ciała, gdyż wcześniej czy później dochodzi do bezpośredniego zagrożenia życia. Czyli do zamknięcia eksperymentu. Wówczas, muszę to uczciwie przyznać, nie doceniałem psychicznych możliwości nacisku. Ograniczając proces tylko do amputacji, szybko osiągnąłem granice, których przekroczenie zabijało obiekt eksperymentu. Stanąłem więc przed koniecznością zreformowania metodyki... Nożyczki z ostrym końcem, Ed!

Dryblas ujął narzędzie w dwa palce, dziwiąc się jego skromnym rozmiarom. Hellert przyciął skórę i dokończył szycie.

– Zacząłem się wtedy wahać, gdyż mojemu pacjentowi pozostało tylko ramię nadające się do amputacji. Dla zyskania na czasie powiedziałem, że chwilowo zawieszam eksperyment, aby mógł nabrać sił. Rzeczywiście, był już w kiepskiej kondycji, stracił dużo krwi i pojawiło się zagrożenie sepsą. I wtedy, o dziwo, uległ. Zawrócił mnie od progu i oznajmił, że zgadza się na wszystko. Pamiętam jego cichy, spokojny głos. Długo zastanawiałem się, dlaczego podjął decyzję dopiero wtedy, przecież przeszedł już najgorsze, mógł odpocząć, wszystko przemyśleć, a ja nie wiedziałem, co robić dalej. Dlaczego nie ugiął się wcześniej, gdy miał obie ręce, nadzieję na resztkę samodzielności? Dziś to wiem. Dzięki moim eksperymentom wiem też o innych rzeczach, ale prawdziwej wiedzy spodziewam się dopiero po pracy z panem. Oczywiście mógłbym pana zdemontować całkowicie, do końca, lecz nie o to mi chodzi. Mam inny plan. Lepszy.

– Całkowicie? Czyli jak?...

– Nie trzeba zabijać ani nawet okaleczać, żeby kogoś zdemontować. Tak zdemontować, żeby nie potrafił dalej żyć. Ja jednak przygotowałem dla pana inny program, program odradzania. Tylko muszę pana najpierw spreparować, przygotować do tego procesu.

– I ty naprawdę jesteś lekarzem?

– Właśnie dlatego spoczywa na mnie obowiązek dociekania. – Głos mu drgnął ukrytą irytacją. – Trzeba zdobyć się na odwagę, mimo że historia nas poucza, jak wielką niechęcią darzy się ludzi poszukujących. W każdym pokoleniu po przekroczeniu nowego progu wiedzy moraliści podnoszą bunt. Toczą pianę i segregują byty, których sami nie potrafią odróżnić. Ja na takie rzeczy nie mam czasu, mam natomiast odwagę. I nie dbam o to, że nie jestem rozumiany. Pan zresztą też mnie nie rozumie, traktując jak swojego oprawcę. A ja, owszem, szanuję pana, lecz bólu ująć nie mogę i nie chcę. Prawdziwym bólem jest niewiedza, brak odpowiedzi na pytanie, a podróż w poszukiwaniu tej odpowiedzi jest sensem. Sensem wolnego intelektu. Może nawet chciałbym, żeby to na mnie ktoś przeprowadzał taki eksperyment!

Sem miał już powiedzieć, że chętnie zamieni się rolami, ale nie był w nastroju do żartów.

– Ale po co to wszystko... – szepnął.

Hellert odpowiedział chętnie, choć po krótkim namyśle.

– Pojedynczy człowiek konfrontowany jest ze zdarzeniami, których chronologiczny ciąg nazywamy życiem. Najmniejszą stabilność obserwujemy w obszarze psychiki. Tu właśnie trzeba wszystko poznać, żeby zmienić ludzkie osiągi. Chciałbym, aby człowiek był jak trawa, którą się strzyże, a ona odrasta z zapałem. Nie marnieje, nie słabnie. Odwrotnie, jest piękniejsza, soczystsza. Przyglądał się pan kiedy porządnie utrzymanemu trawnikowi? Najważniejszym zabiegiem pielęgnacyjnym jest jego częste koszenie. Trawa to swoisty ideał życia i żywotności. Człowiek okaleczony, psychicznie zniszczony nie wraca z taką łatwością do poprzedniej formy i to jest mankament. Ja właś­nie pana zetnę, a potem przygotuję do odroś­­­nięcia. Poprowadzę pana w najpiękniejszą, najniezwyklejszą wycieczkę życia.

Ed stał z boku, jak zwykle naśladując posąg – rzeźbiarskie studium toporności. Twarz miał pełną aprobaty i dumy, że może brać w tym udział, a zadania, którymi obarczał go chirurg, traktował jak najwyższej rangi misję.

Siły opuszczały Sema. Nie stracił jednak po raz kolejny przytomności, a tylko stężał, odrętwiał. Nawet ból stał się odległy, jak gdyby dotyczył kogoś innego. Pojmował, co się wokół dzieje, ale fizycznie się rozmył, rozpłynął i nie umiał już określić, w którym miejscu znajdują się granice jego ciała. Pod zamkniętymi powiekami widział Annę i Talię. Szły powoli w jego stronę, śmiejąc się bezgłośnie, a on chłonął z najczulszą miłością ich obraz, żywy i piękny, w kolorach tak idealnie świeżych, jakby ktoś oczyścił świat z najmniejszych zabrudzeń. Chciał je gorąco zapewnić, że mogą na niego liczyć, jak zawsze, że będzie je chronił i że kontroluje sytuację. Nie miał jednak dość sił, by to powiedzieć, patrzył więc tylko i rozumiał jaśniej niż kiedykolwiek, jak bardzo je kocha.

– Posprzątaj i nie zapomnij włożyć tego do lodówki. – Głos Hellerta miał naturalne brzmienie, ale dochodził z daleka, jakby z głębi lasu.

Ed nic nie odpowiedział, choć było pewne, że wykona polecenie należycie. Jego ciężkie stąpnięcia również dobiegały z nieokreślonej dali. Sem zamierzał otworzyć oczy, by zweryfikować wizualnie tę niezgodność dźwięku i przestrzeni, ale było mu tak dobrze z zamkniętymi powiekami, że natychmiast z tego pomysłu zrezygnował.

***

Od gospodarza, u którego wynajmował pokój, dzieliło go teraz kilka kilometrów. Szedł tą trasą już trzeci raz. Lato było młode, nad morzem sezon jeszcze się nie rozpoczął. Przyjechał na tydzień, tylko tyle czasu mógł poświęcić na wypoczynek, ale to wystarczało. Próżnował do nieprzyzwoitości, po swojemu, czyli włóczył się bez celu i bez zegarka po plażach oraz nadbrzeżnych lasach. Piach, zeszłoroczna ściółka i młoda zieleń tworzyły najdziwniejsze kompozycje; czasem przystawał, by spojrzeć na szalejące na wietrze mewy – a potem szedł dalej, nie dopuszczając do głowy myśli o żadnych terminach, żadnych obowiązkach.

Niemniej jednak drugi już raz w czasie tej wędrówki przecząco pokiwał głową, bo nie dowierzał pewnej natrętnej myśli. Chciał to rozstrzygnąć. Nie mogła go przecież fascynować jedna barwa, nawet jeśli miała tyle odcieni – taka monotonia to rzecz estetycznie chybiona. Monotonia czyni kolory wyblakłymi, sprawia wrażenie szarości, nie intryguje – a jednak myślami wielokrotnie do niej powracał. Tak samo jak do kamienia.

Słońce miał teraz przed sobą, świeciło mu prosto w twarz, ale już nie tak natarczywie jak wcześniej. Było późne popołudnie, najpiękniejsza godzina nad brzegiem. Szkoda, że dopiero od lipca słońce znów będzie zachodzić w morzu; o tej porze roku wędrowało aż na wydmy, rdzewiejąc razem z nimi.

Gdy po kwadransie minął zatokę, już z daleka zobaczył wielki, bulwiasty kamień. Ukośne światło wycięło zeń ciemny kontur i cieniem rzuciło na piasek. Wkroczył z lekkim podnieceniem na ten cień niczym na ścieżkę. Ukryta między drzewami plaża była pusta. Szedł i w miarę jak zbliżał się do skalnej bryły, jak rosła w oczach, coraz bardziej malał przy jej chłodnej potędze. Przypominała zamienioną w kamień wielką ciężarówkę, której koła od nadmiaru dźwigania ugięły się, zrosły z ziemią i która ugrzęzła na zawsze parędziesiąt kroków od wody. Wczoraj nie podszedł do głazu, minął go z daleka, nie zatrzymał się – teraz, gdy nie było tu nikogo, mógł spokojnie obejść kamień dookoła. Po kilku krokach wyszedł z cienia, a kiedy tylko minął krawędź skały, usłyszał okrzyk:

– Ojej!!!

– Przepraszam... – zmieszał się. – Nie chciałem pani wystraszyć. Spaceruję...

– Spaceruję?! – Dziewczyna odetchnęła nieco po niespodziewanym najściu. – To jest skradanie się, nie spacer!

Nie umiał nic powiedzieć. A więc znów tu była, siedziała na piasku oparta plecami o skałę, z kolanami podciągniętymi pod brodę i obserwowała równinę morza.

– To ładne miejsce – bąknął, patrząc na wszystkie odcienie beżu zalewające dziewczynę od stóp do głów. – Lubię tędy chodzić.

– Faktycznie, widziałam pana ze dwa razy, snującego się bez celu – orzekła, jakby była gospodarzem tego miejsca i tego kamienia. – Na szczęście z daleka.

– Przecież przeprosiłem. Skąd miałem wiedzieć, że pani mieszka pod skałą i obserwuje spacerowiczów.

– Morze, nie spacerowiczów.

Ależ była pięknie opalona! Jasnokawowa sukienka sięgała jej do kolan, nie posiadała rękawów i trzymała się na nagich ramionach za pomocą sznureczków. Ciepły, miodowy odcień jej skóry oraz kolor sukienki i tych sznurkowatych ramiączek były niemal identyczne i zlewały się, ale jakoś przyjemnie dla oczu, które musiały przeskakiwać między nimi i bawić się ową wpółwidoczną granicą. Zmusił się i jeszcze raz skrytykował w myślach jej wygląd. Nawet włosy! Wczoraj nie zauważył tego, ale teraz patrzył z bliska: miały taką barwę, jakby umyła je w bursztynie i słońcu. Co za monotonia, wszystko w jednym kolorze! Nieoczekiwanie dla samego siebie wyciągnął dłoń.

– Jestem Sem.

Przywitała się.

– Ania.

Spojrzał na jej bose stopy i pomyślał, że jakoś dziwnie wy­mówiła swoje imię. Tak jakby je lubiła, jakby ładnie brzmiało. Dogasał dzień, zapachniały pobliskie sosny – sosny nad morzem pachną inaczej.

– Będziesz spać pod tym głazem czy masz gdzieś zwyczajny dom? Anno...

Rzeczywiście, dobrze brzmiało, choć wymówił je inaczej, ostrożniej.

– A co, nie podoba ci się tutaj? Spacerowiczu...

– Owszem, tylko trudno mi uwierzyć, że jesteś rybaczką, która co wieczór odpoczywa pod skałą.

Uśmiechnęła się i zrozumiał, dlaczego przestał go męczyć nadmiar bursztynowych barw. Bo w zadziwiający sposób rozświetlały je oczy, świeże, gładkie. Określenie może dziwne, ale właśnie tak pomyślał: świeże i gładkie. I cała dzięki nim świeciła, stawała się kolorowa. Bardzo kolorowa.

– Ja mieszkam u gospodarza, jakieś trzy kilometry stąd, niedaleko portu rybackiego – powiedział, by ją ośmielić. – Przyjechałem nad morze na tydzień.

– Ja też. Ale mój tydzień skończył się dzisiaj. Rano wyjeżdżam.

Wstała. Prosta, zwykła sukienka opadła jej do łydek. Jednak wszystko to razem nie było już zwykłe.

– Chętnie cię odprowadzę, dzień się kończy.

– Nie ma potrzeby. Ja nie mieszkam trzy kilometry stąd, tylko u wuja. Za tym laskiem, to tylko kilka kroków... – Wskazała ręką kierunek.

– Nie chcesz, bo cię nieumyślnie przestraszyłem?

Nic nie odparła i przez chwilę w milczeniu patrzyli na morze. Czekał.

– Przed zmierzchem widok spod tej skały jest przepiękny... – Strzepnęła piasek z sukienki i dodała: – To chodźmy.

– Dzięki! – ucieszył się.

– Spróbuję ci zaufać. Z tym że ja zamierzam iść normalnie, a nie skradać się.

– Zgoda!

Obrzuciła go ciepłym, choć bardzo krótkim spojrzeniem i poszli.

Słońce, któremu zostało ledwie kilka kroków do horyzontu, zaczęło, chyba dla zabawy, przemalowywać piasek na kolor bardzo podobny do sukienki z cienkimi ramiączkami. Gdy Sem po pewnym czasie spojrzał wstecz, zobaczył, że wielki kamień, do połowy tonący już w cieniu, także zaraził się niezwykłym urokiem jednej barwy. I że zrobił to jako ostatni.


3. Śniadanie

Oprzytomniał, ale w pierwszej chwili nie pamiętał, że jest człowiekiem jednonogim. Tropił jakieś myśli, dziwił się bezradności swojego ciała – aż dotarło doń, że jest kaleką i że, co najgorsze, nadal nie ma z nimi kontaktu. Tymczasem Ed, który siedział pod ścianą, wstał i ze znawstwem przyjrzał się pacjentowi. Widać wszystko było w porządku, bo zrobił w tył zwrot i wyszedł. Jak się okazało, tylko na moment, po sprzęt do zmywania podłogi, od razu też przystąpił do pracy.

– Dobrze to robisz, sala operacyjna musi być przecież w idealnym stanie.

Pochłonięty swoją pracą, nie zareagował na zaczepkę Sema.

– Czystość i porządek to podstawa, nie?

Milczenie.

– Nieźleście to wykombinowali. Ty jesteś jego kumplem? Bratem? Może niewolnikiem?... Będziesz coś z tego miał? Oprócz oczywiście kryminału, bo chyba rozumiesz, że przestajesz z bandytą.

Dryblas nadal nie reagował, więc Sem chwilowo dał za wygraną; porządkował myśli, obserwując pracę tamtego.

– Posłuchaj – spróbował z innego końca. – Gdzie właściwie się znajdujemy? Przecież tyle możesz mi powiedzieć, bo i tak żywego mnie nie wypuścicie. Widziałem przecież wasze twarze, znam nazwisko twojego szefa...

Znów tylko milczenie, przerywane mlaskaniem ścierki i po­­­­­­­sa­­pywaniem Eda – kończył już pracę, choć powierzchnia do zmycia była spora. Zawodowa sprzątaczka w hotelu nie zrobiłaby tego za pomocą żadnej maszyny ani lepiej, ani szybciej. Sem szukał jakiegoś sposobu wciągnięcia go do rozmowy, gdyż podobna okazja mogła się nie nadarzyć; wreszcie, kiedy Ed wyżął już swoją ścierkę, zaświtała mu w głowie pewna myśl.

– Mógłbyś zerknąć na opatrunek? Może coś jest nie w po­­rządku.

To poskutkowało. Powaga na twarzy Eda, gdy zbliżał się do ka­­­leki, wskazywała, że przejął się tą uwagą. Kikut mógł być co prawda w porządku, ale równie dobrze mógł być nie w po­­rządku, oba te stany zaś miały bardzo poważne znaczenie. Podszedł więc i patrzył na opatrunek, jak gdyby tampony z gazy były cennym przyrządem wymagającym nadzoru fachowca. A fachowiec akurat tutaj był i nie zamierzał uchylać się od obowiązku. Oględziny trwały dość długo, a im więcej czasu upływało, tym bardziej na twarzy Eda malowała się potrzeba dokonania jakiejś medycznej interwencji.

– No... może tak zaraz nie dotykaj – uspokajał Sem. – Tylko popatrz, żeby niczego nie przegapić. Pewnie dużo nauczyłeś się przy Hellercie i umiesz więcej niż niejeden asystent na bloku operacyjnym.

Ed nie musiał potwierdzać, wiadomo było, że tak właśnie myśli.

– Sądzisz, że mój organizm wytrzyma, jeśli on amputuje mi drugą nogę? Chyba między takimi operacjami powinien być większy odstęp. Może ty jesteś niemową, co? – zapytał wprost.

– Nie! – Ed zaprzeczył ciepłym barytonem. Natychmiast jednak przycisnął dłoń do ust, jakby chciał wykasować nieostrożne słowo.

– Tak tylko powiedziałem, bo się nie odzywasz. Widziałeś dzisiaj moją żonę i dziecko? Wiesz, gdzie teraz są? Tyle możesz mi powiedzieć!

Ed pokręcił przecząco głową, lecz to nic nie wyjaśniło.

– Nie widziałeś ich czy też nie możesz powiedzieć, gdzie są? Wrogami przecież nie jesteśmy.

Tamten jeszcze raz pokiwał głową i ruszył ku wyjściu.

– Zaczekaj! Nie będę cię więcej o to pytał. Pobądź ze mną, chciałbym z kimś porozmawiać, tyle że ty nic nie mówisz.

Posłuchał. Stanął z boku i patrzył na opatrunek przysłaniający okrutną ranę.

– Prawdę mówiąc, jestem pełen podziwu dla was obu. Zorganizować rzecz z takim rozmachem, nie wzbudzić niczyich podejrzeń, uprowadzić w biały dzień trzy osoby... Ten twój Hellert to łebski facet. Odwalasz przy nim kawał solidnej roboty.

Znów nic.

– Coś jednak mnie zastanawia... – Sem dzisiaj miał anielską cierpliwość. – Były dwa samochody, a ty prowadziłeś jeden z nich. Hellert siedział ze mną w furgonetce, więc musiał być jeszcze ktoś trzeci.

Mięsiste wargi Eda rozciągnął tajemniczy uśmieszek, lecz z jego ust nie padło ani jedno słowo. Może nawet miał zamiar coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo wszedł Hellert.

– Jeszcze dziś przeprowadzimy amputację drugiej nogi – oznajmił już w progu. – Oczywiście w dalszym ciągu może pan dokonać wyboru, o którym mówiliśmy. Drugą kończynę utniemy od razu w całości.

Źrenice Sema powiększyły się, zanim zdążył odwrócić wzrok. Całą siłę woli skoncentrował na mięśniach twarzy, by nie pojawił się na niej nawet ślad strachu. Czy ów kamuflaż w konfrontacji z przenikliwością Hellerta okazał się skuteczny, nie wiedział, ale za to miał świadomość, że jeśli pozwoli panice wziąć górę nad swoją wolą, zgubi je obie. Lepiej było mówić, mówić cokolwiek, próbować jakichkolwiek argumentów niż milczeć i czekać na najgorsze. Ta idea go ożywiła.

– Wspomniałeś – zaczął ostro – że trudno rozpoznać swoje drugie oblicze w głębi duszy. Ty, jeśli je kiedykolwiek ujrzysz, przerazisz sam siebie.

Hellerta te słowa nie speszyły.

– Drugie? Mówiąc precyzyjnie, przyjacielu, tamto oblicze jest pierwsze, bo przecież ważniejsze.

– Numeracja mnie nie obchodzi! Chcę powiedzieć, że tworzysz sztuczne teorie i bezczelnie nazywasz je nauką. Jeśli człowiek poszukiwałby w sobie siebie samego i nie mógł go znaleźć, byłby to koszmar. Bezsens.

– Ależ nie. Stanowczo nie. Siebie trzeba się uczyć, a więc szukać przez całe życie. Zapewniam pana, że łatwiej jest poznać innego człowieka niż siebie, tego prawdziwego, ­ukrytego na dnie jaźni. Patrząc na księżyc, od razu rozumiemy, że jest planetą, ale ludziom zeszło kilka tysiącleci na chodzeniu po piachu, łąkach i lasach, nim pojęli, że stąpają także po planecie. Poznawanie samego siebie idzie opornie, może zająć lata – to pewnik. Dopiero moment śmierci, bodaj najważniejszy w całym życiu człowieka, złącza oba oblicza – to pierwotne i to, którego używał na co dzień, wyretuszowane. Śmierć jest chwilą objawienia samego siebie, zjawiskiem podobnym do odzyskania pamięci po amnezji, tyle że wielokrotnie intensywniejszym, wręcz mistycznym. Trzeba być zawsze przygotowanym na śmierć, aby tego wielkiego momentu nie przegapić... – Uśmiechnął się, a potem dodał niższym tonem: – Ja wiem, że pan się pali, aby przejść do konkretów. I przejdziemy, zapewniam, ale później, we właściwym momencie. Nasz eksperyment ma przemyślaną sekwencję, dlatego harmonogramu musimy przestrzegać. I nie marnować czasu. Ed, idź po stolik!

Sem zrozumiał, co oznaczają te słowa, poczuł to w brzuchu. Ledwie przebrzmiały kłapnięcia buciorów, zwątpił, czy tym razem zdoła wytrzymać ból.

– Ten twój przerośnięty pomagier coś taki nierozmowny... – próbował zakpić, ale zdradziło go martwe brzmienie głosu.

– Zakazałem mu odpowiadać na pańskie pytania i w ogóle rozmawiać. Przewidziałem te pana manewry. A Ed jest bardzo pomocny.

– I bardzo lojalny. Tak samo zresztą jak głupi.

Skrzypnęły drzwi. Sem rozgorączkowanym wzrokiem spojrzał na stolik jadący w jego stronę – popychany rękami Eda wydawał się płynąć po podłodze, leżące na nim przedmioty cicho brzęczały. Na szklanym blacie, przykrytym serwetą, ustawione były talerzyki, dzbanek, filiżanki. Rozszedł się zapach kakao i świeżego pieczywa, a gospodarz wskazał, w którym miejscu stolik powinien stanąć; nalał beżowego płynu do dwóch filiżanek, rozsmarował masło, nałożył konfitury i wreszcie znacząco kiwnął na pomocnika. Ten bez wahania oswobodził nadgarstki oraz ramiona Sema.

– Smacznego! – zachęcił Hellert. – Ja już jadłem, ale z panem napiję się kakao dla towarzystwa.

Sem o mało nie westchnął. Z ulgą popatrzył na pozostałą przy życiu nogę i – chyba dla sprawdzenia, czy działa – poruszył stopą.

– Nie ma powodu, dla którego miałby pan nie jeść... – Gos­podarz zachęcił go raz jeszcze.

Po krótkim wahaniu Sem uniósł się na łokciach i wziął filiżankę do ręki; pierwszy łyk pociągnął nieufnie, ale następnych już sobie nie żałował. Miłe ciepło zalało mu gardło, a potem brzuch, który wreszcie się ogrzał i rozluźnił.

– Dopiero drugi dzień jest pan u mnie, a już mam wrażenie, że tęskni pan za domem.

Sem wolał popijać, niż się odezwać.

– Jest pan szczęściarzem. Każdy mężczyzna marzy o takim życiu. Wie pan – Hellert usiadł na krześle, które podstawił mu Ed – to może niepopularna opinia, ale mężczyźni uzależniają się od kobiet bardziej niż kobiety od mężczyzn. Wynika to po części z faktu, że kobieta szuka towarzysza życia, opiekuna, który zapewni byt jej i jej potomstwu. Ona oczekuje miłości i przyzwala na nią, ale lubi, gdy otacza się ją opieką. Mężczyzna zaś pragnie jej dla samej miłości, dla samego aktu. Zmysły są dlań najważniejsze, bo obficie wyposażony został w receptory odbioru cielesnego piękna. A delikatność kobiety, celu jego zachłanności, olśniewa go... Ostrożnie!

Sem zakrztusił się, choć wcale nie jadł zachłannie. Właściwie ugryzł dopiero raz. Odkaszlnął kilkakrotnie i potrzebował chwili, by dojść do siebie. Hellert podjął wątek:

– Nie należy dać się zmylić tym, że sporo znajomości, jakie mężczyzna zawiera, miewa charakter doraźny, z lekka tylko przybrany uczuciem. Jest to rodzaj błądzenia, poszukiwania, pogoni za czymś jedynym, co dopiero ma nadejść. Dlatego ja mówię o miłości mężczyzny do kobiety, zwykle jednej w życiu, którą on odbiera całą skalą swoich zmysłów. Zaczyna rozumieć jej urodę i nagle staje się przenikliwym znawcą piękna, odkrywa siłę swojej zachłanności i zmysłowość swojej siły. Naprawdę kochać potrafi właśnie mężczyzna, a uzależnienie jest tak wielkie, że niejeden twardziel już przez nie przepadł. Bo kobieta, jeśli chce, może złamać, zniszczyć. Albo jeśli nie chce, lecz inaczej akurat nie umie.

– Myślałem, że jesteś psychopatą... – Sem był naprawdę zaskoczony. – A mówisz jak żigolak.

Teraz Hellert łyknął z filiżanki. Zatoczył dłonią gest wokół stolika, uprzejmie sugerując, aby gość częstował się i czuł się swobodnie jak we własnym domu.

– A pan? Czyż pan nie odczuwa tego podobnie? Kocha pan przecież Annę każdym zmysłem, odkrył pan w sobie głębokie zrozumienie jej urody: jej twarzy, szyi, włosów, intymności... Czyż nie? Proszę pomyśleć – nie przyjąłby pan innej kobiety dla zaspokojenia potrzeb emocjonalnych i cielesnych, które ona jedna w panu wzbudziła, prawda?

Sem milczał, choć mimowolnie powtórzył to pytanie w myś­lach. Nie, żeby szukać odpowiedzi, bo ją znał, była oczywista, lecz dla przyjemności pomyślenia o Annie w ten właśnie sposób.

– Powiem panu coś jeszcze – zaoferował chirurg.

– I też będzie to opinia niepopularna?

– Wręcz przeciwnie, tak bardzo popularna, że stała się oczywistością. Otóż stara prawda mówi, że wartość tego, co dobre, doceniamy dopiero po stracie. Ale nie wszyscy – uzupełnił od razu. – Pan jest dostatecznie wrażliwy, by na czas zauważyć prawdziwą wagę rzeczy cennych. Chyba się nie mylę? Czy otwierając oczy każdego ranka, uświadamiał pan sobie przewagę nad innymi? Czuł pan ciepło leżącej obok rozespanej niewiasty – i to tej właśnie! – a za ścianą jak małe kocię przeciągało się dziecko, nie dość, że z pańskiej krwi i kości, to jeszcze będące pomniejszonym obrazem ukochanej kobiety. Wodził pan wzrokiem po ścianach swojego domu, wstawał z nimi obiema do niedzielnego śniadania, do pachnącego kakao... i nie ceniłby pan tego? Dziś widać jaśniej niż kiedykolwiek, jak tamte dni były ważne. Czyż nie tak?

– Tak... – Sem poruszył wargami, lecz kolejne słowo powiedział tylko w myślach.

– W Annie zakochał się pan, jestem tego pewien, nie natychmiast. Najpierw było zdziwienie, musiał pan dojrzeć do pojmowania jej piękna.

– Zainteresowała mnie od razu, ale...

– Właśnie.

Przez chwilę Sem próbował rozgryźć znaczenie tej uwagi. Ed nie przeszkadzał im w rozmowie, ale uczestniczył w niej duchem. Jeśli nawet wszystkiego nie rozumiał, to wystarczała mu miła świadomość przebywania w towarzystwie Hellerta.

– Niech pan teraz pomyśli o Talii. Jeśli się zastanowić – jego głos stał się szczególnie przyjazny – to widać, jak silnie od­działuje dziecko na dorosłego. Owszem, wychowujemy dzieci, mamy na nie przemożny wpływ, ale łatwo zapominamy, że i one wychowują nas. To sprzężenie zwrotne. Człowiek, stając się rodzicem, ulega pod wpływem dziecka wewnętrznej transformacji. Przejście z nie-rodzica w rodzica jest nie mniejszą metamorfozą niż zmiana dziewczynki w kobietę. Ogólna mobilizacja, zapobiegliwość, dumne poczucie następstwa rozwijają się wtedy lawinowo. Niechże pan przywoła obraz swojego dziecka i spróbuje to rozważyć.

– Nie muszę rozważać... – odparł cicho.

– Myślę o chwilach – Hellert też ściszył głos – w których przy­­­tulał pan Talię. Bo chyba przytulał ją pan? Całował? Jestem pewien, że dotykając jej policzków albo drobnych rączek, za­­uważał pan, że ciepło i delikatność małej niosą... posmak Anny. Są jej echem, słodką wariacją.

To było niezwykłe. Mówił o nich w bardzo intymny sposób, coś czaiło się w jego słowach, w łatwości, z jaką manipulował emocjami ofiary. Ta pogawędka, niemalże przyjacielska, niemal przyjemna, teleportowała Sema w przeszłość tak skutecznie, że poczuł ich zapach, zobaczył ich twarze. I nagle zrozumiał, czemu miało służyć to śniadanie, kakao, rozmowa o nich. Przecież to wszystko, cały ten miraż pryśnie za chwilę, a Hellert ponownie postawi go przed wyborem, już trudniejszym. I znów będzie niczym ślepiec podprowadzony przez kogoś fałszywie życzliwego na skraj autostrady; zdany tylko na swoje siły będzie musiał postanowić – przejść na drugą stronę czy odwrócić się i uciec na oślep jak najdalej.

Odstawił filiżankę i wyszarpnął łokieć spod ciała.

– Ty bandyto! – jęknął. – Bawisz się mną...

Hellert skinął głową, najwyraźniej takiego obrotu sprawy spodziewał się od początku.

– Co pan zdecydował w kwestii życia dziecka i żony?

– Prędzej zdechnę na tym zasranym stole, niż usłyszysz, że się poddaję!

– To ostateczna odpowiedź?

– Najostateczniejsza!

– Zdaje pan sobie sprawę, że w tej sytuacji zmuszony jestem amputować panu drugą nogę?

– Akurat...

Ed na znak chirurga podszedł do stołu i od nowa zapiął rzemienie. Kaleka nie zwracał na niego uwagi, patrzył w sufit, jak gdyby szukał tam dalszych wskazówek. Nie odwrócił oczu nawet wtedy, gdy manipulowanie przy pasach ustało i Ed wyszedł. Czekali nań w milczeniu, obaj, aż ciszę przerwał łamiący się głos Sema.

– Ja nigdy nie wyrażę zgody. Nie mógłbym tego zrobić – zamknął powieki – choćbym nawet chciał. Choćbyś zostawił mi tylko głowę z kawałkiem szyi. Dlatego, że widzę ich oczy... ciągle widzę. Gdybym je zawiódł... – Urwał, bo zza drzwi dobiegł metaliczny dźwięk, delikatny, jakby ktoś rozkładał srebrne sztućce. – Gdybym je zawiódł...

– Wiem, przyniosłoby to panu cierpienie większe niż to spowodowane moim skalpelem. Wiem to, przyjacielu, czekałem na kogoś takiego, na kogoś z taką motywacją. Tymczasem... skoro zdecydował pan już o losie swojej drugiej nogi, Ed zaś szykuje narzędzia... ustalmy, co dalej. Otóż planuję pracować tu z panem nie dłużej niż cztery dni. To dobry plan, choć napięty. Dłuższego leżenia na tym stole nie wytrzymałby nikt, nawet pan. Mamy więc jeszcze półtorej doby, a roboty do zrobienia sporo. Czwartego dnia wszystko musi się rozstrzygnąć.

– Jakiej roboty?

– Dowie się pan. Po amputacji drugiej nogi przeprowadzimy ważną rozmowę.

Sem ożywił się.

– To znaczy... że je uwolnisz? Że je uwolnisz, jeśli wytrzymam do końca? – zapytał ostrożnie, bojąc się spłoszyć nadzieję. – Nie skrzywdzisz ich?

– Jeśli wytrzymam do końca? No, trzeba przyznać, że butny to pan jest. Przecież wytrzymać do końca oznacza umrzeć na tym stole. Myśli pan, że amputacja nóg i rąk to już kres możliwości? Amputować można różne rzeczy, bardzo różne. Genitalia, uszy, język, wargi, nawet powieki... Nie ma pan pojęcia, jak niewiele mogłoby zostać na tym stole, a i tak żyłby pan jeszcze przez pewien czas. Ale nie bawmy się w wyliczanki, ja przygotowałem dla pana ciekawsze rozwiązanie. Naprawdę ciekawe. Dlatego po operacji porozmawiamy. A teraz do dzieła...

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.