Demon i panna Prym - Paulo Coelho - ebook
Wydawca: Drzewo Babel Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2002

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 186

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 5 godz. 5 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Demon i panna Prym - Paulo Coelho

Czy człowiek jest z gruntu dobry czy zły?

Pewnego dnia do Viscos, małego miasteczka w Pirenejach przybywa tajemniczy nieznajomy. Jego niepokojąca obecność sprawia, że tutejsi mieszkańcy, prowadzący dotąd spokojne, uczciwe, wypełnione pracą życie, w ciągu niespełna tygodnia muszą wybrać pomiędzy Dobrem i Złem.

Demon i panna Prym to opowieść o odwiecznej walce, którą toczą w nas światło i ciemność, anioły i demony, dobro i zło a także refleksja nad wolnością wyboru swojej własnej ścieżki, wolnością, którą ma każdy z nas, w każdej chwili życia...

Opinie o ebooku Demon i panna Prym - Paulo Coelho

Fragment ebooka Demon i panna Prym - Paulo Coelho






tytuł oryginału

O Demônio e a Senhorita Prym

 

koncepcja graficzna

Michał Batory

 

zdjęcie Autora

Basia Stępień

 

redakcja i korekta

Maria Rawska

 

przygotowanie

PRESSENTER

 
 

wydawca dedykuje tę książkę

tym, którzy są choć odrobinę

bardziej wyrozumiali dla świata,

niż dla siebie samych

 
 

Copyright © 2000 by Paulo Coelho

Copyright © for the Polish edition by Drzewo Babel, Warszawa 2002

 

This edition was published by arrangements with Sant Jordi Asociados, Barcelona, Spain

All rights reserved

 
 

Drzewo Babel

ul. Litewska 10/11 • 00-581 Warszawa

listy@drzewobabel.pl

www.drzewobabel.pl

 
 

ISBN 978-83-89933-83-6

 
 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


 
 

Ktoś znakomitszy

zwrócił się do niego zapytaniem:

„Nauczycielu dobry, co mam czynić,

aby osiągnąć życie wieczne?”

Jezus mu odpowiedział:

„Czemu nazywasz Mnie dobrym?

Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg”.

 

Łukasz: 18, 18-19

 
 
 
 
 

Pierwsza opowieść o Podziale powstała w starożytnej Persji. Bóg czasu, stworzywszy wszechświat, był świadom jego harmonii, lecz zabrakło mu w niej czegoś niebywale ważnego – towarzysza, z którym mógłby cieszyć się całym tym pięknem.

Przez tysiąc lat modlił się o potomka. Opowieść nie objaśnia, do kogo kierował swe modły, jako że był wszechmocny, jedyny i najwyższy, jednakże modlił się tak długo i tak żarliwie, że w końcu stał się brzemienny.

Gdy zdał sobie sprawę, że jego modlitwy zostały wysłuchane, przeraził się. Wiedział bowiem, iż równowaga kosmosu jest bardzo chwiejna. Było już jednak za późno – dziecko zostało poczęte. Zdołał jedynie sprawić, by dziecię w jego łonie podzieliło się na dwoje.

Legenda głosi, iż z modłów boga czasu zrodziło się Dobro, Ormuzd, a z jego wyrzutów sumienia Zło, Aryman – bracia bliźniacy.

Zaniepokojony, przygotował wszystko tak, by Ormuzd pierwszy opuścił jego łono i mógł dopilnować, by Aryman nie wywołał zamętu we wszechświecie. Jednak Zło było sprytne i przebiegłe. Udało mu się odepchnąć Ormuzda w czasie porodu i pierwsze ujrzało światło gwiazd.

Niepocieszony bóg czasu postanowił dać Ormuzdowi sprzymierzeńców i stworzył ludzki ród, który miał walczyć u jego boku, aby pokonać Arymana i uniemożliwić mu panowanie nad światem.

Według perskiej legendy ludzie są sprzymierzeńcami Dobra i w myśl tradycji mają w końcu zwyciężyć. Natomiast inna opowieść o Podziale w zgoła odmiennej wersji, pojawiła się wiele wieków później – człowiek stał się w niej narzędziem Zła.

 

Sądzę, że większość czytelników wie, co mam na myśli: mężczyzna i kobieta żyli w rajskim ogrodzie, rozkoszując się wszystkimi wspaniałościami, jakie tylko można sobie wymarzyć. Istniał tam jeden tylko zakaz – nie wolno im było poznać, co to Dobro i Zło. Pan Wszechwładny mówił im (Gn: 2,17): z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść.

Lecz pewnego pięknego dnia zjawił się wąż. Zapewniał, iż poznanie ważniejsze jest od samego raju i dlatego powinni je posiąść. Kobieta wzbraniała się, twierdząc, iż Bóg zagroził im śmiercią, lecz wąż uspokoił ją, że wręcz przeciwnie, w dniu, w którym poznają, co to Dobro i Zło, staną się równi Bogu.

Przekonana w ten sposób Ewa zjadła zakazany owoc, a połowę dała Adamowi. Pierwotna harmonia raju została wówczas zniweczona, a kobieta i mężczyzna wygnani i przeklęci. Jednak Bóg wypowiada wtedy niejasne i tajemnicze zdanie, którym zdaje się przyznawać rację wężowi: Oto człowiek stał się taki jak My: zna dobro i zło.

Podobnie jak staroperski mit nie wyjaśnia, do kogo modli się bóg czasu, który przecież jest panem wszechwładnym – Biblia też nie mówi do kogo wypowiada te słowa jedyny Bóg, ani dlaczego, skoro jest jedyny, używa sformułowania: taki jak My.

 

Jakby nie było, od zarania swych dziejów człowiek jest skazany na życie w odwiecznym Podziale na Dobro i Zło. My, ludzie współcześni, żywimy te same wątpliwości, co nasi przodkowie. Chciałem to pokazać w mojej książce, dlatego tu i ówdzie na jej kartach pojawią się legendy i baśnie powtarzane od pokoleń w różnych zakątkach ziemi.

 

Książką Demon i panna Prym zamykam trylogię „Zaś siódmego dnia...”, w skład której wchodzą jeszcze Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam [wyd. polskie 1996] oraz Weronika postanawia umrzeć [wyd. polskie 2000]. Te trzy książki opowiadają o tygodniu z życia zwykłych śmiertelników, którzy nagle stają twarzą w twarz z miłością, śmiercią i władzą. Zawsze byłem zdania, że głębokie przemiany czy to jednego człowieka, czy całych społeczeństw, dokonują się w bardzo krótkim czasie. Wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy, życie stawia przed nami wyzwania, by poddać próbie naszą odwagę i pragnienie zmiany. W takich chwilach udawanie, że nic się nie stało, czy usprawiedliwianie, że jeszcze nie jesteśmy gotowi, na niewiele się zda.

Wyzwanie nie czeka. Życie nie ogląda się za siebie. Tydzień to aż nadto, by zdecydować, czy godzimy się na nasz los, czy nie.

 

Buenos Aires, sierpień 2000

 

Od niemal piętnastu lat stara Berta przesiadywała dzień w dzień na progu swojego domu. Mieszkańcy Viscos wiedzieli, że tak zazwyczaj zachowują się starzy ludzie: bez końca rozpamiętują przeszłość i czasy młodości, przyglądają się światu, z którym powoli zaczynają się żegnać, i szukają pretekstu do rozmów z sąsiadami.

Jednak Berta miała powód, dla którego tu była. Jej przesiadywanie miało się dziś zakończyć wraz z nadejściem nieznajomego, który wspinał się właśnie po stromym zboczu, w kierunku jedynego hotelu w mieście. Nie wyglądał wcale tak, jak go sobie zwykła wyobrażać. Miał znoszone ubranie, za długie włosy i kilkudniowy zarost na twarzy.

Przybyszowi towarzyszył cień: był nim demon.

 

„Mój mąż ma rację – powiedziała do siebie. – Gdyby mnie tu nie było, nikt by tego nie zauważył”.

Nigdy nie potrafiła ocenić czyjegoś wieku. Uznała, że ma jakieś pięćdziesiąt parę lat. „To jeszcze młody człowiek” – pomyślała w sposób zrozumiały jedynie dla ludzi w podeszłym wieku. Zastanawiała się, jak długo zostanie w ich miasteczku: chyba krótko, bo plecak miał niewielki. Prawdopodobnie zatrzyma się tylko na jedną noc i ruszy dalej ku swojemu przeznaczeniu, którego nie znała i które niewiele ją obchodziło. Uznała jednak, że lata spędzone na progu domu nie są stracone, bo wyczekując przybysza nauczyła się doceniać piękno okolicznych gór – przedtem nie zwracała na nie uwagi: urodziła się tu i przywykła do tego, co ją otacza.

Jak się należało spodziewać, przybysz wszedł do jedynego hotelu w mieście. Przez chwilę Berta zastanawiała się, czy powiedzieć księdzu o niepożądanym gościu, ale i tak nie dałby wiary jej słowom. Powiedziałby, że jest już stara i ma przywidzenia.

No cóż, teraz pozostawało tylko czekać na to, co się wydarzy. Szatanowi nie trzeba wiele czasu, by zasiać spustoszenie – tak samo jak burzom, huraganom czy lawinom, które w kilka sekund wyrywają z korzeniami drzewa zasadzone przed dwustu laty. Nagle zdała sobie sprawę, że to, iż Zło zawitało do Viscos, niczego nie musiało zmienić. Demony wciąż przychodzą i odchodzą, nie zawsze odciskając trwałe ślady. Krążą nieustannie po świecie, czasem tylko po to, by popatrzeć, co się dzieje, innym znów razem, by wywieść na pokuszenie jakąś duszyczkę. Są w ciągłym ruchu, zmieniają cel na chybił trafił, bez żadnej logiki, dla samej przyjemności stoczenia bitwy. Zdaniem Berty w Viscos nie było nic, co mogłoby przykuć czyjąś uwagę na dłużej niż jeden dzień, a cóż dopiero wzbudzić zainteresowanie w kimś tak ważnym i tak zajętym jak sam wysłannik ciemności.

Próbowała zająć myśli czymś innym, ale obraz nieznajomego nie dawał jej spokoju. Niebo, dotąd rozświetlone słońcem, naraz zaczęło zasnuwać się chmurami.

„To normalne o tej porze roku – pomyślała. – Zwykły zbieg okoliczności, który nie ma nic wspólnego z nieznajomym”.

Wtedy usłyszała jak przez niebo przetoczył się grzmot, a po nim trzy następne. To mogło znaczyć, że nadciągnie ulewa, lecz jeśli wierzyć tutejszym przesądom, mogła to również być skarga Boga rozgniewanego na obojętnych na Jego obecność ludzi.

„Może powinnam coś zrobić? W końcu ta chwila, której tak długo oczekiwałam, w końcu nadeszła”.

Przez czas jakiś obserwowała w skupieniu, co dzieje się wokół. Chmury zbierały się nad miasteczkiem, ale już nie słychać było żadnego odgłosu burzy. Jako, że niegdyś była dobrą katoliczką, nadal nie wierzyła w gusła i zabobony, zwłaszcza te wywodzące się z tradycji Viscos, której korzenie sięgały cywilizacji Celtów, zamieszkujących niegdyś te ziemie.

„Piorun to przecież naturalne zjawisko przyrody. Gdyby Bóg chciał porozumieć się z ludźmi, sięgnąłby po środki bardziej bezpośrednie”.

W chwili gdy ta myśl przemknęła jej przez głowę, rozległ się znowu trzask pioruna, tym razem znacznie bliżej. Berta wstała, zabrała krzesło i weszła do domu, zanim spadły pierwsze krople deszczu. Teraz jednak jej serce przeszył lęk, którego nie umiała sobie wytłumaczyć.

„Co tu począć?”.

Zapragnęła, by nieznajomy natychmiast stąd odszedł. Za stara już była, by pomóc sobie samej, całemu miastu czy – tym bardziej – Wszechmocnemu, który przecież wybrałby sobie kogoś młodszego, gdyby potrzebował wsparcia. Wszystko to było jakimś urojeniem. Pewnie mąż z z nudów wymyśla, czym mogłaby jakoś zabić czas.

Ale to, że widziała demona, co do tego nie miała najmniejszej wątpliwości. Demona z krwi i kości, w przebraniu pielgrzyma.

 

W hotelu był sklep z regionalnymi specjałami, restauracja serwująca miejscowe dania oraz bar, gdzie spotykali się mieszkańcy Viscos, by wymieniać poglądy na nieśmiertelne tematy, takie jak pogoda czy obojętność młodych na to, co dzieje się w ich rodzinnej miejscowości. „Dziewięć miesięcy zimy i trzy miesiące piekła”, jak zwykli byli mawiać, gdyż w ciągu niespełna dziewięćdziesięciu dni musieli wykonać całą pracę na roli: zaorać ziemię, zasiać ziarno, poczekać, aż wzejdzie, zebrać plon, zwieźć siano, użyźnić glebę i na dodatek ostrzyc owce.

Wszyscy mieszkańcy Viscos mieli świadomość, że z daremnym uporem czepiają się życia w świecie, który tak naprawdę już przeminął. Trudno im było pogodzić się z faktem, że są ostatnim pokoleniem rolników i pasterzy, od wieków zamieszkujących okoliczne tereny. Wcześniej czy później zjawią się tu maszyny, zwierzęta będzie się hodować gdzieś daleko stąd, karmiąc je specjalną paszą, miasto zostanie sprzedane wielkiej zagranicznej firmie, która pewnie przerobi je na narciarski kurort.

Stało się tak z innymi okolicznymi miejscowościami, ale Viscos stawiało zacięty opór, spłacało bowiem dług wobec swej przeszłości, wobec silnej tradycji przodków, którzy niegdyś tu mieszkali i wyznawali zasadę, że trzeba walczyć do końca.

 

Nieznajomy przeczytał uważnie formularz hotelowy, zastanawiając się, jak go wypełnić. Wiedział, że jego akcent może zdradzić, iż pochodzi z Ameryki Południowej, więc zdecydował się na Argentynę, bo był kibicem reprezentacji piłkarskiej tego kraju. W rubryce „adres” wpisał ulicę Colombia, bo znał skłonność mieszkańców Ameryki Południowej do oddawania sobie nawzajem hołdów, nadając ważnym miejscom nazwy z sąsiednich krajów. Nazwisko sławnego w minionym wieku terrorysty podał jako swoje własne.

W ciągu niespełna dwóch godzin każdy z dwustu osiemdziesięciu jeden mieszkańców Viscos dowiedział się, że przybył do nich Carlos, urodzony w Argentynie, zamieszkały w Buenos Aires przy zacisznej uliczce Colombia. Małe miasteczka mają to do siebie, że nie trzeba nadto się wysilać, by wszyscy w okamgnieniu poznali czyjeś życie osobiste ze szczegółami.

A o to właśnie chodziło przybyszowi.

 

Wszedł po schodach do swojego pokoju i wyjął z plecaka całą zawartość. Miał trochę ubrań, maszynkę do golenia, dodatkową parę butów, witaminy, aspirynę, gruby zeszyt, w którym prowadził notatki, i jedenaście sztabek złota, po dwa kilogramy każda. Wyczerpany napięciem i długą wspinaczką zasnął niemal natychmiast, zastawiwszy jednak uprzednio drzwi krzesłem, mimo iż dobrze wiedział, że może zaufać każdemu z dwustu osiemdziesięciu jeden mieszkańców Viscos.

Następnego ranka zjadł śniadanie, zostawił w recepcji rzeczy do prania, zapakował z powrotem do plecaka sztabki złota i ruszył w kierunku górskich szczytów. Po drodze zobaczył jedynie siedzącą przed domem i przyglądającą mu się z zaciekawieniem staruszkę.

Zagłębił się w las. Po jakimś czasie przywykł do bzyczenia owadów, świergotu ptaków i szumu wiatru smagającego bezlistne gałęzie drzew. Wiedział, że w miejscu takim jak to mógł być obserwowany z ukrycia, dlatego przez niemal godzinę nie robił nic.

Kiedy nabrał pewności, że każdy, kto próbowałby go podglądać, musiał się już znudzić i odejść, tracąc nadzieję na sensację, przybysz wykopał dół w ziemi w pobliżu skał przypominających kształtem literę Y i tam schował jedną ze sztabek złota. Wspiął się wyżej. Na kolejną godzinę zastygł w głębokiej medytacji, podziwiając przyrodę. Potem wybrał skałę przypominającą orła i wykopał tam dołek, w którym ukrył pozostałe dziesięć sztabek.

Pierwszą osobą, jaką spotkał w drodze powrotnej, była młoda dziewczyna. Siedziała na brzegu strumienia, który utworzyły niezliczone potoczki spływające z lodowców, i czytała książkę. Podniosła wzrok na wędrowca i zaraz wróciła do lektury. Z całą pewnością matka uczyła ją, by nie rozmawiać z nieznajomymi. Jednak nieznajomi przybywający w nowe miejsce mają prawo zjednywać sobie jego mieszkańców, dlatego obcy zbliżył się do dziewczyny.

– Dzień dobry – odezwał się. – Jest bardzo ciepło jak na tę porę roku.

Przytaknęła.

– Chciałbym coś pani pokazać – nie dawał za wygraną nieznajomy.

Dziewczyna, jak przystało na dobrze wychowaną panienkę, odłożyła książkę, wyciągnęła rękę i przedstawiła się:

– Jestem Chantal. Wieczorami pracuję w barze w hotelu, w którym się pan zatrzymał, i zdziwiło mnie, dlaczego wczoraj nie zszedł pan na kolację. Nazywa się pan Carlos, pochodzi z Argentyny i mieszka przy ulicy Colombia – w całym Viscos już o tym głośno, bo każdy, kto przyjeżdża tutaj poza sezonem łowieckim, zawsze budzi powszechną ciekawość. Ma pan pięćdziesiąt lat, siwiejące włosy i spojrzenie człowieka, który wiele przeżył. Jeśli chce mi pan coś pokazać, to z góry dziękuję, bo znam te okolice jak własną kieszeń. To raczej ja mogłabym pokazać panu miejsca, których nigdy pan nie widział, ale z pewnością jest pan bardzo zajęty.

– Mam pięćdziesiąt dwa lata, nie nazywam się Carlos a w formularzu hotelowym podałem tylko fałszywe dane.

Chantal była zbita z tropu. Nieznajomy ciągnął dalej:

– Nie mam wcale zamiaru pokazywać pani Viscos, lecz coś, czego pani nigdy dotąd nie widziała.

Chantal znała historie dziewcząt, które poszły z nieznajomymi do lasu i wszelki ślad po nich zaginął. W pierwszej chwili ogarnął ją strach, lecz zaraz jego miejsce zajęła tęsknota za przygodą. Ten mężczyzna nie odważy się zrobić jej krzywdy. Przecież dopiero co powiedziała mu, że wszyscy już o nim wiedzą, niezależnie czy dane, które podał w hotelu, są zgodne z rzeczywistością, czy nie.

– Kim pan jest? – zapytała. – Czy zdaje pan sobie sprawę, że jeśli prawdą jest to, co pan mówi, to mogę na pana donieść na policję za fałszowanie danych osobowych?

– Obiecuję, że odpowiem na wszystkie pytania, ale najpierw proszę pójść ze mną. To zaledwie pięć minut drogi stąd.

Chantal zamknęła książkę, westchnęła głęboko i pomodliła się w duchu, czując, jak jej serce ogarnia na przemian strach i podniecenie. Poszła za nieznajomym, pewna, że będzie to jeszcze jedno rozczarowanie w jej życiu obfitującym w spotkania, które na pierwszy rzut oka wydają się pełne obietnic, ale w końcu okazują się tylko niespełnionym snem o miłości.

Mężczyzna podszedł do skał w kształcie litery Y, wskazał świeżo wzruszoną ziemię i poprosił dziewczynę, by zaczęła kopać.

– Pobrudzę sobie ręce – powiedziała. – I ubranie.

Odłamał jakąś gałąź i podał dziewczynie. Zdziwiło ją jego zachowanie, ale postanowiła spełnić prośbę.

Pięć minut później ukazała się przed nią żółtawa, zabrudzona sztabka metalu.

– Wygląda na złoto – powiedziała Chantal.

– Bo to jest złoto. Moje złoto. Proszę zasypać je ziemią.

Posłuchała. Nieznajomy zaprowadził ją do następnej kryjówki. Znów zaczęła kopać. Ku swemu zdumieniu odkryła wiele żółtych sztabek.

– To też jest złoto i też jest moje – rzekł mężczyzna.

Chantal już chciała ponownie je zakopać, lecz poprosił, by tego nie robiła. Usiadł na pobliskim kamieniu i zapalił cygaro. Obojętnie popatrzył na horyzont.

– Dlaczego mi pan to pokazał?

Nie odezwał się ani słowem.

– Kim pan jest, u licha? I co pan tutaj robi? Dlaczego mi pan to pokazał? Przecież mogę powiedzieć wszystkim, co pan tu ukrył!

– Ileż pytań naraz! – westchnął nieznajomy, wpatrując się w góry, jakby zapomniał o obecności dziewczyny. – Właśnie o to mi chodzi, żeby dowiedzieli się o tym inni.

– Obiecał mi pan odpowiedzieć na każde pytanie.

– Niech pani nie wierzy w obietnice. Świat jest ich pełen. Obietnic bogactwa, zbawienia, wiecznej miłości. Niektórzy sądzą, że mogą wszystko obiecać, inni zaś na to przystają, bo łudzą się, że zapewni im to lepszą przyszłość – tak chyba dzieje się w pani przypadku. Ci, którzy łamią obietnice, czują się bezsilni i sfrustrowani. To samo dzieje się z tymi, którzy gorączkowo chwytają się cudzych obietnic.

Rozgadał się, opowiadał chaotycznie o swoim życiu, o pewnej nocy, która odmieniła całkowicie jego los, o kłamstwach, w które musiał wierzyć, bo inaczej nie sposób było pogodzić się z rzeczywistością. Wiedział, że powinien wyrażać się prościej, mówić językiem bardziej zrozumiałym dla dziewczyny. Jednak Chantal w lot pojęła, o co chodzi. Jak wszyscy starsi mężczyźni, chciał tylko uwieść młodą dziewczynę. Jak każdy człowiek, uważał, że za pieniądze można kupić wszystko. Jak wszyscy przybysze, pewien był, że dziewczęta z prowincji są wystarczająco naiwne, by przyjąć każdą propozycję, byle dawała im bodaj cień szansy na wyrwanie się w świat.

Nie był niestety ani pierwszym, ani ostatnim, który próbował ją omamić w tak pospolity sposób. Niepokoiło ją tylko złoto, jakie jej proponował. Nigdy nie sądziła, że jest aż tyle warta. Pochlebiało jej to, ale jednocześnie przerażało.

– Zbyt wiele doświadczyłam, aby wierzyć obietnicom – odpowiedziała, by zyskać na czasie.

– Choć zawsze w nie pani wierzyła i nadal wierzy.

– Myli się pan. Wiem, że żyję w raju. Znam Biblię i nie popełnię tego samego błędu, co Ewa, która nie potrafiła zadowolić się tym, co miała.

Oczywiście nie była to prawda i Chantal zaczęła się obawiać, że obcy zniechęci się i odejdzie. Prawdę powiedziawszy, sama sprowokowała to spotkanie w lesie, wybierając sobie na czytanie książki miejsce, obok którego nieznajomy – czy tego chciał, czy nie – musiał przejść w drodze powrotnej i zagaić rozmowę. Mogło to oznaczać nową obietnicę, kilka dni marzeń o nowej miłości i o podróży w nieznane, daleko od miejsca, w którym się urodziła. Jej serce zostało już wielekroć zranione, a mimo to wciąż wierzyła, że spotka mężczyznę swojego życia. Na początku przepuszczała wiele okazji, uważając, że to jeszcze nie ten. Dzisiaj wiedziała już, że czas ucieka nieubłaganie, i gotowa była opuścić Viscos z pierwszym lepszym, który zechce ją stąd zabrać, nawet gdyby nic do niego nie czuła. Z pewnością nauczy się go kochać, bo miłość to też tylko kwestia czasu.

– To właśnie chciałbym wiedzieć: czy żyjemy w raju, czy w piekle? – przerwał jej rozmyślania nieznajomy.

Wszystko przebiegało zgodnie z jej przewidywaniami – obcy wpadał w sidła.

– W raju oczywiście. Tyle że jeśli ktoś zbyt długo żyje w miejscu doskonałym, zaczyna się nudzić.

Rzuciła przynętę. Chciała przez to powiedzieć: „Jestem wolna i gotowa”. Następne jego pytanie powinno brzmieć: „Tak jak pani?”.

– Tak jak pani? – spytał nieznajomy.

Musiała być czujna i nie okazywać zanadto zainteresowania, bo mogłaby go wystraszyć. Kto ma wielkie pragnienie, nie powinien pić zachłannie.

– Czy ja wiem? Czasami myślę, że tak, innym znów razem, że nie potrafiłabym żyć z dala od Viscos.

Teraz należało udać obojętność.

– No cóż, skoro nie chce mi pan powiedzieć nic o złocie, to podziękuję już za spacer. Wracam nad strumień, do mojej książki.

– Chwileczkę!

Złapał przynętę.

– Oczywiście, wytłumaczę, dlaczego złoto znalazło się wśród tych skał. Po cóż inaczej przyprowadzałbym panią tutaj?

Seks, pieniądze, władza, obietnice... Chantal udała, że spodziewa się jakiegoś zaskakującego wyjaśnienia. Mężczyźni uwielbiają czuć swoją przewagę, nie zdając sobie sprawy, iż w większości przypadków zachowują się w sposób całkowicie przewidywalny.

– Ma pan zapewne wielkie doświadczenie życiowe i wiele może mnie nauczyć.

No właśnie. Należało poluzować żyłkę, rzucić trochę pochlebstw, aby nie wystraszyć ofiary. To jest podstawowa zasada.

– Jednak muszę przyznać, iż ma pan fatalny zwyczaj prawienia morałów na temat obietnic i ludzkiej łatwowierności, zamiast odpowiadać na pytania wprost. Z przyjemnością zostanę, jeśli odpowie mi pan, kim jest i co tutaj robi.

Obcy oderwał wzrok od górskich szczytów i spojrzał na dziewczynę. Od lat spotykał najróżniejszych ludzi i teraz mógł niemal czytać w jej myślach. Z pewnością sądziła, że pokazując to złoto chciał jej zaimponować swoim bogactwem. Tak samo ona – starała się wywrzeć na nim wrażenie swoją młodością i obojętnym chłodem.

– Kim jestem? No cóż, powiedzmy, że człowiekiem, który poszukuje prawdy. Udawało mi się wprawdzie poznać ją w teorii, ale nigdy w praktyce.

– Prawdy jakiego rodzaju?

– Prawdy o ludzkiej naturze. Odkryłem, że jeśli nadarza się sposobność, by ulec pokusie, to niestety jej ulegamy. Każda istota ludzka na ziemi potrafi czynić zło, zależy to tylko od okoliczności.

– Sądzę...

– Nieważne, co pani sądzi ani co sądzę ja, nie obchodzi mnie też, w co chcemy wierzyć. Chodzi o to, czy moja teoria jest słuszna, czy nie. Chce pani wiedzieć, kim jestem? Przemysłowcem, bardzo bogatym i bardzo znanym. Stałem na czele koncernu zatrudniającego tysiące pracowników. Byłem bezwzględny, kiedy było trzeba, i wielkoduszny, gdy uważałem to za konieczne. Przekroczyłem wszelkie możliwe granice rozkoszy i poznania, doznawałem tego, co innym nawet się nie śni. Jestem człowiekiem, który żył w raju, ale zdawało mu się, że jest uwięziony w piekle życia rodzinnego i rutyny, i który piekło całkowitej wolności uznał za raj. Oto kim jestem – człowiekiem, który był i dobry, i zły. Być może, jestem osobą najlepiej przygotowaną do odpowiedzi na pytanie o istotę człowieczeństwa – i właśnie dlatego tu jestem. Wiem, o co mnie teraz pani zapyta.

Chantal poczuła, że traci panowanie nad sytuacją. Musiała natychmiast wziąć się w garść.

– Sądzi pan, że zapytam, dlaczego mi pan pokazał to złoto? Ale tak naprawdę chciałabym wiedzieć, dlaczego bogaty i sławny przemysłowiec przyjeżdża do Viscos w poszukiwaniu odpowiedzi, którą mógłby znaleźć w książkach, na uniwersytetach lub konsultując się z jakimś uczonym.

Nieznajomemu spodobała się bystrość dziewczyny. Był zadowolony z siebie: jak zwykle wybrał właściwą osobę.

– Przyjechałem do Viscos, bo zaświtał mi w głowie pewien pomysł. Dawno temu widziałem w teatrze sztukę autora o nazwisku Dürrenmatt. Zapewne pani go zna...

Była to prowokacja. Ta młoda dziewczyna nigdy oczywiście nie słyszała o Dürrenmatcie, a teraz będzie udawała, że wie, o kogo chodzi, i przyjmie swój nonszalancki ton.

– Niech pan mówi dalej – odpowiedziała, zachowując się dokładnie tak, jak przewidywał.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com