Cztery zbrodnie na cztery pory roku - Agnieszka Krawczyk; Marta Guzowska - ebook
Wydawca: Zbrodnicze Siostrzyczki Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 102 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 2 godz. 52 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cztery zbrodnie na cztery pory roku - Agnieszka Krawczyk; Marta Guzowska

Oto pierwsza w historii książka, która powstała specjalnie z myślą o osobach czytających ebooki w abonamencie. „Cztery zbrodnie na cztery pory roku” to zbiór kryminalnych opowiadań napisanych przez Zbrodnicze Siostrzyczki.

Zbrodnicze Siostrzyczki to doskonale znane czytelnikom Marta Guzowska (wcześniej wydała nakładem W.A.B. Ofiarę Polikseny i Głowę Niobe, za tę pierwszą powieść uhonorowana została Nagrodą Wielkiego Kalibru ) i Agnieszka Krawczyk (autorka powieści obyczajowych i kryminałów, które ukazały się m.in. w wyd. SOL). Wybór tematyki jest nieprzypadkowy – to właśnie w kryminałach specjalizują się autorki, ta kategoria jest zdecydowanie najpopularniejsza wśród osób, korzystających z subskrypcyjnego dostępu do ebooków.

Zbrodnicze Siostrzyczki doskonale bawią się krótką formą, proponując czytelnikom kryminalne zagadki, które rozwiązać można w tempie partii szachów błyskawicznych. Każda pora roku przynosi nieoczywistą zbrodnię, za którą kryją się skryte w odległej przeszłości motywy lub… przypadek. Zło czaić się może zarówno w ekskluzywnym domu spokojnej starości, jak i w zapuszczonym ośrodku wczasowym.

Autorki o ebooku:

Marta Guzowska: Dostałam na urodziny czytnik i zakochałam się w ebookach. Chciałam zobaczyć, jak to jest, kiedy moje opowiadania wychodzą tylko w wersji elektronicznej.

Agnieszka Krawczyk: Ja jestem nieuleczalnym molem książkowym, a czytnik po prostu zmienił moje życie. W sprzyjających okolicznościach (mąż z dzieckiem u teściów na weekend) potrafię czytać książkę w dzień, góra dwa. Legimi to spełnienie moich snów o czytaniu bez ograniczeń za przystępną cenę. Wykupujesz abonament, który kosztuje mniej więcej miesięcznie tyle co pół książki i można czytać, czytać, czytać…

Ebook Zbrodniczych Siostrzyczek został wydany wyłącznie w wersji elektronicznej i jest dostępny jedynie w księgarni Legimi.com. Książkę można czytać w abonamencie jak i w tradycyjnym modelu sprzedaży detalicznej.

Opinie o ebooku Cztery zbrodnie na cztery pory roku - Agnieszka Krawczyk; Marta Guzowska

Fragment ebooka Cztery zbrodnie na cztery pory roku - Agnieszka Krawczyk; Marta Guzowska

Agnieszka Krawczyk

Marta Guzowska

Cztery zbrodnie
na
cztery pory roku

Zbrodnicze Siostrzyczki

Kraków, Wiedeń 2014

www.zbrodniczesiostrzyczki.pl

SPIS TREŚCI

WSTĘP

WIOSNA: DRZEWO SAMOBÓJCÓW, Agnieszka Krawczyk

LATO: KWESTIA CZASU, Marta Guzowska

JESIEŃ: WYJAZD INTEGRACYJNY, Agnieszka Krawczyk

ZIMA: ZIMNY PORANEK, Marta Guzowska

O AUTORKACH AGNIESZKA KRAWCZYK

O AUTORKACH MARTA GUZOWSKA

Wstęp

Tak, Drogi Czytelniku, wiemy, że nie sięgnąłeś po nasze opowiadania po to, żeby przedzierać się przez mętne słowa wstępne. Postaramy się streścić.

Po pierwsze: dziękujemy. Za to, że nam zaufałeś i zechciałeś poświęcić ciężko zarobione pieniądze i wydarty rodzinie czas, żeby spędzić z nami kilka godzin. Mamy nadzieję, że nie będziesz tego żałować.

Po drugie: jeśli, tak jak my, jesteś tropicielem ciemnych zakamarków ludzkich dusz, na pewno będziesz miał/miała przemyślenia po lekturze naszych opowiadań. Napisz nam o tym na adres: office@zbrodniczesiostrzyczki.pl. Najciekawsze refleksje opublikujemy na naszej stronie zbrodniczesiostrzyczki.pl

Po trzecie: te cztery opowiadania mają zaostrzyć Twój apetyt. Wkrótce kolejna odsłona zbrodni na każdą porę roku będziemy dalej tropić morderstwa wiosenne, letnie, jesienne i zimowe. O pierwszych z nich przeczytasz już jesienią bo nie ma lepszej rozrywki po urlopie niż dobrze wymyślone zabójstwo… Szukaj nas na Legimi.com, a informacji o dacie ukazania się opowiadań na zbrodniczesiostrzyczki.pl i na Facebooku www.facebook.com/zbrodniczesiostrzyczki

Po czwarte: to już wszystko. Trzymaj się mocno i, jeśli czytasz wieczorem, na wszelki wypadek zostaw na noc zapalone światło w przedpokoju. Pamiętaj, zbrodnia nie zna dnia ani godziny, może zdarzyć się o każdej porze roku…

Zbrodnicze Siostrzyczki: Marta Guzowska i Agnieszka Krawczyk

Drzewo samobójców

Agnieszka Krawczyk

Section0002_0001

Krynica-Zdrój, maj 1954 roku

W zapadającym szybko zmierzchu trudno było rozróżnić twarze dzieci. Na pewno było ich pięcioro, najstarszy, może dwunastoletni chłopak, trzymał w jednej ręce książkę, a w drugiej latarkę, której blade światło padało na stronice. Czytał, a właściwie recytował coś histerycznym głosem; latarka w jego dłoni drżała, nikłym blaskiem oświetlając polanę pod drzewem. Wydobywała dziwne kształty, niepokojące formy gałęzi, korzeni i traw. Czwórka pozostałych dzieci, młodszych, stała w milczeniu blisko siebie, trzymając się za ręce. Trzy dziewczynki trzęsły się, szczękając zębami ze strachu. Ściskały swoje dłonie tak mocno, że bielały im kostki, ale nie czuły bólu. Mały chłopiec, niezgrabna istota na krzywych nogach, wpatrywał się w recytującego z przerażeniem w oczach. Najstarszy chłopak wciąż podnosił głos, słowa, które wypowiadał były niezrozumiałe, a przez to przerażające. Czy mówił w obcym języku? Tak, ale był to język obcy wszystkim ludziom. Oderwane sylaby, dziwne westchnienia, piskliwe odgłosy.

Pozostała czwórka słuchała zafascynowana i przestraszona.

Nagle jedna z dziewczynek, ta najmniejsza, która trzęsła się najbardziej, upadła na ziemię i zaczęła wić się w konwulsjach. Chłopak z książką przestał mówić i oświetlił ją latarką. Drobnym ciałem dziewczynki wstrząsały dreszcze, wyglądała jak szmaciana lalka poruszająca się wedle nieznanych reguł. Uderzała głową na boki, jakby nie czując bólu, a przecież, już po chwili, na jej skroni pojawiła się krew. Druga dziewczynka, której jasna kretonowa spódnica w kropki, opalizowała w nocnym mroku, krzyknęła wysokim głosem i od razu zasłoniła usta ręką. Chłopcy patrzyli w milczeniu. Ta, która upadła, jeszcze chwilę wiła się na ziemi, nogi poruszały się jej spazmatycznie, na usta wystąpiła piana. Po dłuższej chwili znieruchomiała, wpatrując się niewidzącymi oczyma w niebo, na którym właśnie pojawił się Księżyc i pierwsze gwiazdy.

Było cicho, nie poruszały się nawet liście na drzewach. Takie wieczory, noce, zdarzały się często po długich dniach majowych, gdy świat zastygał w zmęczeniu, jakby nie wierząc, że zapadła już noc i nadeszła pora odpoczynku.

Podeszli w milczeniu. Patrzyli na leżącą, ale nikt się nie odezwał. Nagle, jakby poruszeni tą samą myślą, odwrócili się i rzucili do ucieczki. Dziewczynki biegły razem, trzymając się za ręce. Upadła ta wyższa, o jasnobrązowych rozczochranych włosach, bo potknęła się o wystający korzeń, jej koleżanka, której opalizująca spódnica rysowała się bladą plamą w mroku, nawet się nie odwróciła, wypuściła rękę koleżanki i zniknęła w ciemnościach. Nadbiegający chłopiec, ten o pałąkowatych nogach, dostrzegł białe podkolanówki leżącej dziewczynki, która zanosiła się od śmiechu, nie zwracając uwagi na poranione kolana.

– Z czego się śmiejesz? – zapytał niepewnie, bo jej śmiech, a właściwie dziki chichot brzmiał upiornie.

– Twarze… – powiedziała, nie przestając się śmiać. – Wszędzie widzę twarze… W gałęziach drzew, na ziemi, nawet w trawie. Niektóre są smutne, inne drwią ze mnie…

Z niepokojem popatrzył na nią. Słabo widział w tym półmroku, rozświetlonym jedynie księżycowym blaskiem, ale wydała mu się bardzo blada. Sinawe usta rozciągały się w fałszywy uśmiech klowna. Przerażony rzucił się do ucieczki.

Drugi chłopiec, ten z książką, biegł sam, nie zwracając na tamtych uwagi. Długo pędzili krętym wyboistym traktem, prowadzącym w dół z Góry Parkowej w kierunku miasteczka.

Spotkali się przy dolnej stacji kolejki linowej. Oni dwaj i dwie dziewczynki, w tym ta blada, wciąż śmiejąca się histerycznie.

– Powinniśmy wrócić – powiedział młodszy chłopiec, zdyszanym głosem. Tu na dole, gdy wyłonili się z lasu, to był już inny świat, bardziej normalny, oswojony. Widzieli domy przy Bulwarach Dielta, a właściwie migające światła w oknach. Zerwał się wiatr.

– Nie – powiedział ten z książką. – Nikomu o tym nie powiemy, nie wrócimy. Widzieliście, co się z nią stało…

– Ale może ona żyje? – upierał się młodszy. Tamten pokręcił głową.

– Sam widziałeś jak wyglądała… – Na samo wspomnienie piany na ustach, powykręcanego ciała i oczu jak wypolerowane czarne agaty wpatrzonych w przestrzeń, robiło się słabo. Młodszy chłopiec skulił ramiona i rozpłakał się.

Chłopak z książką popatrzył na wszystkich surowo.

– Słuchajcie! Wiecie, co zrobiłaby z nami milicja, gdyby ktoś się dowiedział… Nikomu nic nie powiemy… Ani o tym, co tu robiliśmy! Przysięgnijcie!

Ponieważ żadne z nich nie kwapiło się, by wypowiedzieć słowa przysięgi, szturchnął ich mocno.

– No! Powiedzcie to! I jeżeli ktoś z was puści farbę, to pamiętajcie – skończycie jak ona… I wasze rodziny też! – potrząsnął trzymaną w rękach książką, a oni przerażeni utkwili w niej wzrok. Dziewczynka w spódniczce w kropki przeżegnała się, a chłopak z książką roześmiał się dziwnym śmiechem przypominającym brzęczenie szkła.

– Przysięgam! – powiedział młodszy chłopiec, zawtórowała mu ta w spódniczce. Blada, wysoka dziewczyna wciąż milczała.

– No jazda! – znowu szturchnął ją ten najstarszy. – Teraz ty…

– Przysięgam – powiedziała przez zaciśnięte zęby.

Wydawał się zadowolony, poklepał ich po plecach.

– Nie martwcie się. Jutro rano na pewno znajdą ją ludzie spacerujący po parku… Najlepiej będzie jak w ogóle zapomnicie o tej sprawie…

Powlekli się do domów. Szli razem, ale każde z nich wędrowało osobno, pogrążone we własnych myślach i udrękach. Rozstali się przy Domu Zdrojowym.

– No, jazda do domu – przynaglił ich. – I w ogóle ani słowa!

„Ja nigdy nie zapomnę tego co zrobiłam” pomyślała wysoka dziewczynka, a dziwny ciężar spłynął na jej serce i nie miał jej opuścić przez kolejne sześćdziesiąt lat.

Krynica-Zdrój, maj 2013 roku

Dom Seniora „Pod Sosnami” usytuowano przy Bulwarach Dietla, tuż nad potokiem Kryniczanka, w którego wartko płynącej wodzie odbijała się brązowa wieżyczka tego okazałego budynku.

Dom mieścił się w starej, pieczołowicie wyremontowanej wilii, która istniała już przed wojną, nosząc wówczas nazwę „Vauxhall”. Był to wtedy jeden z najelegantszych okolicznych pensjonatów, szczycący się posiadaniem najnowocześniejszych w mieście toalet spłukiwanych bieżącą wodą. Codziennie napełniany zbiornik mieścił się w wysokiej wieży zwieńczającej budynek, zaś uruchomienie automatycznej spłuczki pozwalało na higieniczne i komfortowe korzystanie z łazienki. Po wojnie budynek przechodził z rąk do rąk, nieuchronnie niszczejąc. Uratował go Robert Byliński, zamożny biznesmen. Wykupił z rąk państwa, odrestaurował, nie szczędząc zarobionych na Zachodzie pieniędzy i wreszcie otworzył tu luksusowy dom seniora.

Zrobił naprawdę świetny interes, bo wszystkie apartamenty były nie tylko zajęte, ale już zarezerwowane na przyszłość. Każda osoba miała tu do dyspozycji dwupokojowe samodzielne lokum z łazienką, całodobową opiekę lekarzy i pielęgniarek oraz dostęp do rozmaitych rozrywek, jakich nie brakowało w uzdrowisku. „Pod Sosnami” oferowało swoim pensjonariuszom indywidualne lekcje malarstwa i rysunku, zajęcia fitness i basen, klub czytelniczy, filmowy oraz własny teatr i kameralny zespół muzyczny. W obszernym salonie, zajmującym prawie cały parter ogromnej willi, co wieczór toczyły się turnieje brydżowe i szachowe, nieustannie rozmawiano i bawiono się. Oczywiście, te luksusy kosztowały i to bardzo słono, ale przebywające tu osoby było na to stać. Posiadały duże majątki lub wspierały je zamożne dzieci. Kilkoro gości sprowadziło się „Pod Sosny” zza granicy, wykorzystując swoje pokaźne europejskie emerytury, aby umilić sobie schyłek życia.

To miejsce miało naprawdę klasę – wśród mieszkańców można było spotkać byłych przedsiębiorców, majętnych przedstawicieli wolnych zawodów, artystów i kolekcjone-rów. Był nawet jeden dawny polityk i wspierana przez dzieci aktorka, niegdyś ozdoba stołecznych scen teatralnych. Pensjonariuszy otaczano szacunkiem i dyskrecją, starając się uniknąć rozgłosu i jakiegokolwiek skandalu. W końcu płacili tak dużo również za święty spokój.

Dlatego, gdy nocna pielęgniarka doniosła właścicielowi o śmierci jednego z mieszkańców, Byliński poczuł pewien niepokój. Oczywiście, rezydenci luksusowej wilii umierali i trudno się dziwić, w końcu byli to ludzie dość wiekowi. Każdorazowo jednak takie wydarzenie wywoływało pewien niepokój – zarówno wśród pensjonariuszy, jak i personelu. Po pierwsze trzeba było wezwać policję i miejskiego lekarza, by stwierdził zgon. To zawsze budziło obawy, czy zmarłym nie zainteresują się media, a tego „Pod Sosnami” chciano za wszelką cenę uniknąć. Rodziny nie lubiły rozgłosu. „Z klasą i dyskrecją” – takie było motto luksusowego ośrodka i wydarzenie, jakim była śmierć któregoś z rezydentów stanowiło ten groźny moment, gdy mogło dojść do naruszenia owej złotej zasady.

Dlatego Byliński najpierw wypytał panią Martę, nocną pielęgniarkę, o wszystkie szczegóły. W śmierci Edwarda Lubowskiego, zamożnego emerytowanego adwokata, nic nie budziło podejrzeń. Zmarł we śnie, lekarz, którego zatrudniał dom seniora, stwierdził zawał serca. Cóż, to się mogło zdarzyć w każdej chwili.

– Proszę wezwać policję! – powiedział Byliński do recepcjonistki, młodej dziewczyny, którą przyjęto tutaj tuż po szkole hotelarskiej. – Proszę wyjaśnić, że zależy nam na dyskrecji, żadnych kogutów, radiowozów, mundurów. Niech przyjedzie ktoś po cywilnemu, nierzucającym się w oczy autem. Nasi pensjonariusze życzą sobie bezwzględnego spokoju, trzeba im oszczędzać nieprzyjemnych wrażeń…

Wydawał polecenia, recepcjonistka gorliwie kiwała głową, a on już w myślach przeglądał listę oczekujących na wolne miejsca „Pod Sosnami”. Pierwszy był pułkownik Osiecki, wracający z długoletniej emigracji w Anglii. Sam Byliński wolałby co prawda panią Nalaskowską, której dzieci kierowały dużą firmą odzieżową, ale krewni pułkownika naciskali już od bardzo dawna, więc pominięcie go mogłoby wywołać nieprzyjemny skandal. Cóż – seniorka odzieżowego rodu będzie musiała poczekać aż zwolni się inne miejsce…

Gdy podinspektor Adam Werner zajechał swym ubłoconym służbowym oplem pod ganek, Byliński wyszedł osobiście, by go przywitać.

Werner musiał przyznać, że dyrektor domu „Pod Sosnami” miał klasę. Ubrany był stylowo, bez ekstrawagancji, ale w doskonałej jakości rzeczy, dyskretnie podkreślające jego status. Na przykład buty. Były ręcznie szyte z włoskiej skóry, co Adam dostrzegł na pierwszy rzut oka. Także garnitur z niewiarygodnie drogiej wełny vicuna w nietypowym ciemno-błękitnym odcieniu zdradzał nie tylko dobry gust, ale pewne wyrafinowanie.

– Miło mi pana widzieć – odezwał się tymczasem gospodarz, gdy Adam wygramolił się ze swego brudnego samochodu, wygładził pogniecione poły marynarki i podał mu rękę. Bylińskiemu nawet powieka nie drgnęła na ten obraz abnegacji policjanta. Wprowadził go po schodach do obszernego hallu, gdzie mieściła się recepcja.

– Zapraszam do mojego gabinetu – wskazał dębowe drzwi opodal wejścia do salonu.

Gabinet szefa także prezentował się okazale, choć urządzono go nad wyraz skromnie. Meble były gustowne i dyskretnie kosztowne. W ozdobnej szafie obok biurka stało kilka starodruków, a na ścianie wisiał obraz w stylu Pankiewicza.

– To jeden z moich Pankiewiczów – wyjaśnił Byliński, gdy policjant zapatrzył się na pejzaż. „No cóż” – pomyślał z rozbawieniem Adam. „Powinienem założyć z góry, że będzie to oryginał. Ten facet nie toleruje podróbek.”

– Zaprosiliśmy pana – ciągnął tymczasem Byliński. – Ponieważ zmarł jeden z pensjonariuszy. Nasz lekarz twierdzi, że to zawał serca, zatem to rutynowe wezwanie, sam pan rozumie…

– To ja ocenię – powiedział nerwowo Werner, bo ten elegancki goguś działał mu na nerwy. Policjant znał takich biznesmenów, jego świętej pamięci babcia określała ich zabawnym zdaniem: „krew wypije, dziurki w skórze nie zrobi”. I była to kwintesencja tego, co Werner sądził na temat Bylińskiego i mu podobnych.

– Ależ oczywiście – ugodowo stwierdził właściciel, jakby reflektując się, że takie protekcjonalne traktowanie policjanta może zaszkodzić domowi „Pod Sosnami”.

– Proszę mnie zaprowadzić do pokoju zmarłego – Werner wyciągnął notatnik. – Czyli Edwarda Lubowskiego, lat 72.

Weszli na piętro. Wszędzie było pusto, bo pensjonariusze przebywali o tej porze w jadalni na śniadaniu. Nocna pielęgniarka otwarła drzwi i weszli do pokoju Lubowskiego, gdzie czekał już lekarz. Uścisnął dłoń Wernera i podzielił się z nim swoją diagnozą – zmarły od dawna cierpiał na serce, zawału, który doprowadził go do śmierci, można się było spodziewać.

Policjant spojrzał na zwłoki mężczyzny. Nie wyglądało na to, by zamieszane w to były osoby trzecie. Lubowski zmarł we śnie, jego twarz była spokojna i nie zdradzała oznak przestrachu. Ciało spoczywało w naturalny sposób, wokół nie było widać żadnych śladów walki. Ot, naturalna śmierć ze starości.